Diabli nadali. Kobiece sprawy Rosemary Woodhouse

Bartek Czartoryski
18.04.2021

…i nadszedł rok pański 1967. Ulice Detroit rozgorzały ogniem słusznego gniewu, nareszcie pełnoletnia Priscilla wyszła za Elvisa, wybuchło ukwiecone Lato Miłości, ukazał się pierwszy numer magazynu „Rolling Stone”, ze zdjęciem Lennona, a na Manhattanie narodził się Szatan.

Diabli nadali. Kobiece sprawy Rosemary Woodhouse lubimyczytać.pl

Diabeł dopiero czekał na swoją popkulturową koronację, bo Anton Szandor LaVey jeszcze dłubał przy niesławnej biblii au rebours i patrząc na ówczesny kalendarz wydawniczy, można domniemywać, że pożałował swojej opieszałości. Bo uprzedził go nie kto inny jak ateista o żydowskich korzeniach, publikując powieść, która przysłużyła się mrocznemu księciu nie mniej niż sławetna publikacja firmowana koźlim pentagramem. Tyle że „Dziecko Rosemary” nie wyrosło na gruncie satanicznych przekonań Iry Levina, bynajmniej. Autorem powodowały z jednej strony kwestie czysto merkantylne, z drugiej immanentny lęk towarzyszący rychłemu ojcostwu.

Jak zresztą sam pisał na początku nowego milenium, owym niepokojom dorobił diabelskie rogi z wyłącznie pragmatycznego powodu. Nie pozostało mu inne wyjście, skoro John Wyndham już przed dekadą niejako zaklepał sobie istoty pozaziemskie, wymyślając „Kukułcze jaja z Midwich”.

Choć Levin nie wierzył ani Bogu, ani Lucyperowi, otulił swoją nieprawdopodobną historię kocykiem miejskiego realizmu, przeplatając wszystko podszytymi szyderstwem okultystycznymi bajaniami. Tyle że osiągnął efekt odwrotny do zamierzonego, a jego metafora została zinterpretowana cokolwiek opacznie. Chcąc bowiem wytknąć i wyśmiać nonsensy jakichkolwiek (quasi)religijnych celebracji, rozbudził zainteresowanie rytualnymi praktykami, magią i satanizmem. No i do końca życia został z tym diabłem jak Himilsbach z angielskim.

Levin, odludek, niechętny wywiadom, spotkaniom i publicznym wystąpieniom, mimo że z pewnością usatysfakcjonowany komercyjnym powodzeniem powieści (cztery miliony sprzedanych egzemplarzy i rekomendacja samego Trumana Capote’a na okładce pierwszego wydania), został niejako przygnieciony ogromną popularnością książki, która przerosła swojego autora. Rok później pojawił się nie mniej sławny film wyreżyserowany przez Romana Polańskiego i unieśmiertelnił „Dziecko Rosemary”. Niedługo potem LaVey nareszcie opublikował swoją „Biblię Szatana”, wbijając gwóźdź do trumny minionej epoki. Ba, krążyła nawet nowinka, że założyciel diabelskiego kościoła wystąpił u Polańskiego jako sam Pan Ciemności, który zstąpił z piekieł zapłodnić śmiertelniczkę. Ale to tylko hollywoodzka kaczka wypasiona – jak się można domyślać – żyznym gruncie plotek i faktycznych celebryckich ciągot LaVeya.

Powieść Iry Levina, odczytana przez niektóre środowiska chrześcijańskie zupełnie serio, ze zignorowaniem jej wybornego humoru, przyciągnęła również głosy zajadle krytyczne. Pisano do autora listy, odsądzając „Dziecko Rosemary” od czci i wiary (można by się spierać pół żartem, pół serio, że skądinąd całkiem słusznie), ale obrońcy moralności mieli wtedy znacznie poważniejsze problemy, bo przecież przez Stany przetaczały się masowe protesty przeciwko skostniałemu establishmentowi. Sukces książki przyniósł inny skutek, który przysporzył Levinowi prawdziwych zmartwień, gdyż spłodził on niezliczone powieści i filmy o tematyce infernalnej, inicjując swoisty renesans horroru okultystycznego i umocowując na płaszczyźnie literatury popularnej i kina głównego nurtu tak przezeń przecież nielubianą symbolikę religijną, która na zawsze przeniknęła do popkulturowego mainstreamu. I, co wyszło dopiero po latach, dał nieśmiały początek tak zwanej satanicznej panice, czyli medialnej nagonce na wszystko, co choćby lekko zalatywało siarką. Innymi słowy, „Dziecko Rosemary” na zawsze zmieniło powszechne postrzeganie Szatana.

O ironio, niezupełnie o diabły Levinowi chodziło, choć ta na poły przemyślana, a na poły wymuszona potrzebą chwili decyzja fabularna ma niezaprzeczalnie spory potencjał rozrywkowy. Lecz wystarczająco uważna lektura „Dziecka Rosemary” i choćby śladowa znajomość kontekstu społeczno-politycznego pozwala na odczytanie powieści Levina na zupełnie innym poziomie, który nie jest jednak żadnym sekretnym drugim dnem, ale klarowną wypowiedzią na pograniczu komentarza społecznego. Bo choć trudno z pełnym przekonaniem określić go mianem autora feministycznego, czy też lewicowego myśliciela, to porusza on na kartach swojej najsłynniejszej powieści tematy, które potem przebiegle rozwinie w „Żonach ze Stepford”, a które dotykają kwestii kryzysu (toksycznej) męskości, krytykują opresyjność patriarchalnego dyktatu i ślizgają się po problematyce klasowej przynależności. Zebrane do kupy, wszystko to prowadzi do może niezbyt oryginalnej, lecz niezmiennie ponurej refleksji: od diabła gorsi jesteśmy my.

Papież dzieciątku błogosławił

Levin na rok narodzin diabła nieprzypadkowo wybrał 1965. Wtedy to rozpoczął pracę nad książką i mógł swobodnie nawiązać do bieżących wydarzeń, na czym zależało mu szczególnie, bo był w stanie obudować swoją nadprzyrodzoną opowieść iluzją realizmu, jedynie obudowując ją publicystycznym detalem. Sądnemu dniu nadał też wymiar symboliczny, bo wtedy to do Nowego Jorku przybył odprawić mszę na stadionie Jankesów papież Paweł VI. Przywiązanie do szczegółu ostatecznie stało się dla Levina istnym przekleństwem, bo Polański, przystępując do realizacji filmu, chciał jak najwierniej przenieść powieść na ekran, zasypywał go więc licznymi pytaniami o rozmaite drobiazgi i konkrety, o których autor książki, pisząc, nawet nie pomyślał. Dlatego też można dzisiaj spojrzeć na „Dziecko Rosemary” nie tylko jako na mistrzowski przykład literackiego horroru, ale także jako na polemiczną analizę zastanej rzeczywistości, której argumenty są ciągle aktualne.

Owszem, nadal można odczytywać książkę będącą wyznaniem antyteistycznego credo autora jako odę do samego diabła (jak swojego czasu chcieli tego hiszpańscy cenzorzy frankistowskiego reżimu), można ją postrzegać jako wyborny thriller psychologiczny traktujący o postępującym obłędzie (przynajmniej do momentu wyłożenia kawy na ławę), można też traktować jak kronikę niepokoju ciężarnej kobiety (nie na darmo powieść otwiera wyimek z książki o macierzyństwie), ale przede wszystkim jest to udana próba pochwycenia do słoika ducha czasu, wyekstrahowania zeitgeistu z natłoku bieżących wydarzeń. Nie mógł Levin oczywiście przewidzieć, że po tym, jak skończy pracę nad „Dzieckiem Rosemary”, rewolucja młodzieżowa głośno upomni się o idee swobodnej miłości, a jeszcze zanim odda gotowy manuskrypt wydawnictwu, okładkę „Time’a”, poprzedzającą nieznacznie pamiętną datę 6 czerwca 1966 roku, ozdobi (niewykluczone, że retoryczne) pytanie „Czy Bóg umarł?”.

Ale za to musiał mieć pełną świadomość tego, że pigułka antykoncepcyjna była już praktycznie powszechnie dostępna i szykowała się rychła legalizacja aborcji, co było ogromnym krokiem naprzód dla amerykańskich kobiet, całkowicie zmieniającym dotychczasową optykę relacji damsko-męskich. Dlatego też „Dziecko Rosemary” można również określić mianem powieści granicznej, obrazującej wydarzające się na oczach autora błyskawiczne i daleko idące zmiany: społeczne i kulturowe na poziomie makro emocjonalno-świadomościowe na poziomie mikro.

Levin pisał o ciąży jako o czasie bezgranicznej niepewności, kiedy przez dziewięć miesięcy kobieta nie sprawuje kontroli nad swoim ciałem, a rozwijający się płód może być źródłem autentycznego przerażenia, także z perspektywy czysto medycznej. Ten całkiem zwyczajny punkt wyjścia posłużył mu za trampolinę do pomysłu, który zaowocował rozwiązaniem nadprzyrodzonym, choć emanacja diabelskiego zła dokonuje się tutaj dopiero pod sam koniec powieści. Do momentu ujawnienia, co kryje kołyska, groza powieści Levina opiera się na przede wszystkim na oczekiwaniu na nieuniknioną chwilę porodu, który przybiera – zresztą całkiem dosłownie – rozmiary apokaliptyczne, oraz obserwacji relacji Rosemary ze światem, relacji opartej na opresji i przemocy, psychicznej i fizycznej. Kobieta myśli, oczywiście, że jej wyczekiwane dziecko to zwyczajny chłopczyk, a nie monstrum, któremu pisane jest zostać Antychrystem, lecz nawet gdy dokonuje przerażającego odkrycia, matczyna miłość bierze górę nad katolickim wychowaniem. Wyborny finał książki Levina jest tyleż przerażający, co jawnie prześmiewczy.

„Ma oczy swojego Ojca”.

- cytat z książki „Dziecko Rosemary”

O ile Polański ograniczył się do zapożyczenia ikonicznego już cytatu z powieści i nie zdecydował się na skierowanie kamery na potwornego noworodka, o tyle książka opisuje jego wygląd, ślepia bestii, ogon i dopiero kiełkujące na dziecięcym czole rogi, a gdy Rosemary ostatecznie akceptuje swojego syna, z zasuszonych, starczych gardeł rozlegają się okrzyki, z których najgłośniej wybrzmiewa bodajże „Chwała Szatanowi!”. Boki zrywać.

Za zamkniętymi drzwiami

Lecz nawet gdyby zupełnie zrezygnować z tropienia diabelskich konotacji „Dziecka Rosemary”, to i tak mielibyśmy do czynienia z powieścią trafnie opisującą dziewięć miesięcy absolutnej niepewności. Wynika ona nie tylko z definicji trudnego do przeprocesowania faktu, że obcy organizm, jak by nie było, pasożytuje na kobiecym ciele, ale i z reakcji otoczenia.

Bo przecież praktycznie bez przerwy Rosemary traktowana jest jak inkubator, którego jedynym zadaniem jest powić zdrowe dziecię. Jej osobiste potrzeby schodzą na dalszy plan, zostaje niemalże ubezwłasnowolniona. I nawet kiedy decyduje się na bunt i odejście od męża, to orientuje się, że jest sama. U Polańskiego owej sceny nie ma, u niego Rosemary organizuje przyjęcie, na którym po raz pierwszy od dawna rozmawia z ludźmi spoza kręgu czcicieli diabła, lecz jest to krótkotrwałe zwycięstwo niezależności, bo zaraz potem na jej nadgarstkach na powrót zostają zaciśnięte kajdany mężowskiej kontroli. Levin, za pośrednictwem obecnego praktycznie tylko nominalnie diabła, pisze przede wszystkim o – jak byśmy to dziś powiedzieli – czysto obyczajowym dramacie dziejącym się za zamkniętymi drzwiami przestronnego mieszkania klasy średniej.

Prawdziwym niegodziwcem jest tutaj nie Szatan per se, ale Guy, mąż Rosemary, który zwabiony korzyściami czysto materialnymi godzi się oddać swoją żonę diabłu. Nie ma przy tym mowy o żadnym dylemacie etycznym, owa niemoralna propozycja staje się dla niego jedynie furtką do kariery. Nawet mówi Rosemary, jeszcze wtedy przekonanej o poronieniu, że lada chwila zmajstrują sobie kolejne dziecko. Nic się nie stało! Od początku jest jasne, że Guy ma ambicje aspirować do klasy wyższej. Dlatego też, jak można sobie wyobrazić, podekscytowany ciągnie Rosemary na północny zachód Manhattanu, do luksusowego apartamentowca Bramford (który swoją nazwę, jak pisał Levin w skierowanym do redakcji „Time’a” sprostowaniu do recenzji filmu, zawdzięcza Bramowi Stokerowi, autorowi „Draculi”). Budynek stoi tuż przy Central Parku, choć Guy jest przecież nieznanym aktorem o przeciętnych dochodach.

Ów apartamentowiec u Polańskiego „grany był” przez ekskluzywny Dakota Building, przed którym zastrzelono Johna Lennona. Tam o lokum trzeba się wystarać; bez jednomyślnej zgody lokatorów można się obejść smakiem, o czym boleśnie przekonały się między innymi Cher i Madonna. Rosemary też ulega marzeniom o transferze do nowojorskiej elity, tyle że zapewne ma inne wyobrażenie o sposobie osiągnięcia tego celu. Guy dosłownie kupczy jej ciałem, stręczy ją diabłu, osobiste korzyści przedkłada nad dobrostan żony, która zostaje odurzona i podczas satanicznego rytuału zgwałcona przez samego Szatana.

Lęk Rosemary nie bierze się jednak wyłącznie z poczucia (jak się okazuje, stuprocentowo słusznego), że coś jest nie tak z jej ciążą. Jest omotana i całkowicie zależna od otoczenia, od nadopiekuńczej i irytującej sąsiadki Minnie, serwującej jej kolejne koktajle, i bagatelizującego jej zmartwienia męża. Kobieta zostaje do stosunku i ciąży przymuszona podstępem i przemocą, a potem odmawia się jej odpowiedniej opieki lekarskiej i – powoli, acz stopniowo – prawa do samostanowienia. Sam akt poczęcia, za który odpowiedzialność bierze Guy, może się dzisiejszym czytelnikom wydawać wyjątkowo upiorny nie tylko dlatego, że jego sprawcą był diabeł.

Gdy na drugi dzień Rosemary pyta męża, co między nimi zaszło, zdaje się przyjmować małżeński gwałt za coś jak najbardziej naturalnego, ledwie męską fanaberię, może drobny fetysz. A to scena nieporównywalnie straszniejsza od diabolicznego finału. Bierna akceptacja Rosemary będąca milczącą zgodą na przemoc nie jest sadystycznym wymysłem Levina, bynajmniej, mówimy o czasie, kiedy podobne zachowanie ze strony męża było powszechnie akceptowalne. Zwłaszcza nie przyszłoby do głowy protestować dziewczynie wychowanej w wierze katolickiej. Guy żartuje sobie niewybrednie z bezsilności Rosemary, tłumacząc, że nie powinna tyle pić, choć przecież zna straszną prawdę. Na dokładkę mówi:

„To było nawet intrygujące. Coś w rodzaju nekrofilii”.

Realizując tę scenę, Polański jest sugestywny tam, gdzie Levin jedynie podsuwa czytelnikowi pewne tropy. Rytuał, mimo że przykryty halucynacyjnymi majakami, na ekranie jest rzeczywisty i diabeł pojawia się osobiście, co zmienia perspektywę odbiorcy. Czytelnik mógł się jeszcze łudzić i domniemywać, u Polańskiego nie ma niedomówienia: to Szatan jest ojcem tytułowego dziecka i wspólna droga ku nieuniknionemu finałowi jest swoistym współuczestniczeniem w bezsilności.

Lecz bez względu na artystyczną interpretację tej sceny nadal to Guy jest pozycjonowany jako sprawca przemocy, przed czym nie dość, że nie ucieka, to jeszcze się tym chełpi. Tłamsząc żonę również psychicznie, kiedy ta zaczyna podejrzewać, co się święci, egzekwuje nad nią kontrolę, do której rości sobie prawa jako człowiek mogący dowolnie dysponować swoją ruchomością. Kiedy kobieta podejmuje niewinną, ale samodzielną decyzję i udaje się do fryzjera, mąż ma dla niej jedynie przykre słowo. Zdaje się nawet, że zaprzedanie żony diabłu nie jest najgorszym, czego się dopuścił. Brzmi to cokolwiek odważnie, lecz najzwyczajniej mógłby, nawet jeśli tylko z powodu jej mimowolnej ofiary, być dla niej opiekuńczy i troskliwy. A traktuje Rosemary jako narzędzie.

Prawdziwa groza powieści Levina kryje się nie na płaszczyźnie nadnaturalnej, ale na tej jak najbardziej doczesnej, kiedy ukochany mężczyzna okazuje się potworem w ludzkiej skórze. Nie jest to scenariusz wydumany, lecz jak najbardziej prawdopodobny. Niewykluczone, że może dlatego powierzył Polański rolę Guya nikomu innemu jak Johnowi Cassavetesowi, reżyserowi i piewcy niezależnego kina zaangażowanego społecznie. Trudno orzec, czy Levin spodziewał się, jak palący będzie ten problem po kilkudziesięciu latach od wydania jego książki, lecz to kwestia znacznie bardziej pesymistyczna niż ewentualne przyjście na świat Antychrysta. Pisarz podjął ten problem raz jeszcze, w późniejszych „Żonach ze Stepford”, gdzie nadrzędnym męskim pragnieniem jest posiadanie całkowicie posłusznej i uległej żony. A puentą jest, że dzisiaj to model rodziny promowany przez środowiska katolickie, nie satanistyczne; te zwróciły się ku liberalizmowi.

Świt nowej ery

Jeśli zestawić „Dziecko Rosemary” z tym, co działo się na przełomie dekad, narodziny diabła stają się u Levina zwiastunem nieodwracalnych zmian społecznych i kulturowych, które położyły się cieniem na radosnym lecie miłości. Kres położyli mu między innymi Charles Manson i jego samozwańcza rodzina, dopuszczając się zbrodni, której ofiarą padła Sharon Tate, żona Polańskiego.

Tabloidy rozpisywały się o swoistej klątwie ciążącej na tym tytule, bo przecież zmarł przedwcześnie kompozytor muzyki do filmu Krzysztof Komeda, producent William Castle miał epizody psychotyczne, a sam Levin rozwiódł się z żoną, która była mu muzą i której przebieg ciąży skrzętnie notował, szykując się do napisania swojej powieści. Z czasem, choć niezaprzeczalnie był ze swojego dzieła dumny, nabrał doń sporego dystansu. Męczyła go korespondencja słana hurtowo przez organizacje katolickie. Czuł się również winny nagłemu renesansowi okultyzmu i miał świadomość dorzucenia cegiełki do owej „satanicznej paniki”, która lata później ogarnęła media i przypisywała zbrodniczą sprawczość utworom rockowym oraz horrorom, w ten czy inny sposób inspirowanych „Dzieckiem Rosemary”. I choć kolejne napisane przez niego, całkiem niezłe powieści – „Żony ze Stepford” oraz „Chłopcy z Brazylii” – cieszyły się komercyjnym powodzeniem (i zostały zekranizowane), to Levin praktycznie wycofał się z życia publicznego i kolejną książkę, „Sliver”, wydał dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych.

Najwyraźniej jednak „Dziecko Rosemary” nadal nie dawało mu spokoju, bo rok 1997 przyniósł, jak się okazało, jego ostatnią powieść: „Son of Rosemary”. Mętna, niepotrzebnie zagadkowa i cokolwiek niedorzeczna, została poddana surowej krytyce i domknęła pisarską karierę Levina. Ten epilog umiejscowił Rosemary u progu nowego milenium, kiedy, po przeszło trzydziestu latach śpiączki, poznaje swojego dorosłego już syna, którego przeznaczeniem istotnie jest sprowadzić na świat apokalipsę. Próba oddania stanu ducha człowieka tuż przed nastaniem lat dwutysięcznych jednak się nie powiodła. Lektura „Son of Rosemary” pozwala myśleć, że Levin zapomniał, na czym zasadzał się sukces pierwowzoru, albo że była to rozpaczliwa i radykalna próba odcięcia się od niego, wyszydzająca szyderstwo. Jeśli tak, to padł ofiarą własnego żartu.

Wcześniej ciąg dalszy „Dziecka Rosemary” dopisali filmowcy. Dekadę po wydaniu książki premierę miało telewizyjne „Look What's Happened to Rosemary's Baby”, będące nieco zagmatwaną kontynuacją dzieła Polańskiego. Guy, Roman i Minnie nadal knują przeciwko buntowniczej Rosemary, która usiłuje nie dopuścić do sfinalizowania rytuału i wyrwać syna z piekielnych łapsk. Film, tani, wydumany i sensacyjny, był raczej próbą podpięcia się pod stworzony przez Levina popyt na kino okultystyczne niż faktycznie poważną próbą pociągnięcia poruszonej przez niego problematyki. Do udanych trudno też zaliczyć miniserial „Dziecko Rosemary” z 2014 roku wyreżyserowany przez Agnieszkę Holland. Owa mniej znana adaptacja powieści Levina, choć ambitnie przenosząca akcję do współczesnego Paryża, kiedy sytuacja materialna i społeczna bohaterki różni się znacząco od tej z połowy lat sześćdziesiątych, mimo swojej postfeministycznej narracji, jest niestety mdła i pełna dłużyzn. Niezależność ekonomiczna tej wersji Rosemary, kobiety spełnionej i nowoczesnej, acz wyglądającej macierzyństwa, jest na potrzeby fabularne zbalansowana jej wyobcowaniem po przeprowadzce do Europy. Lecz mimo ciekawego rozdania kart zbyt długi, czterogodzinny format oraz zachowawczość scenariusza nie przysłużyły się rzeczonej adaptacji. Cień pierwowzoru okazał się stanowczo zbyt długi i gęsty.

Ostatecznie przykrył i Levina, choć złośliwi mogliby rzec, że ten, jak Liberace, płakał przez całą drogę do banku. Ale choć popkultura lubi podobne opowieści, naznaczone tragicznym niepowodzeniem, trudno zaliczyć do nich „Dziecko Rosemary”. To, jak by nie było, historia o spektakularnym sukcesie, który na dobre i na złe odmienił świat na zawsze. I wysłał samemu diabłu zaproszenie na salony, gdzie ten się rozgościł, rozsiadł i nie zamierza pójść do domu.

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
3951
265
19.04.2021 14:41

Słowo „diabeł” zostało zapożyczone ze staroczeskiego diábel, które przyszło z łaciny (diabolus) i greki: diábolos – pierwotnie oznaczającego oszczercę, potwarcę, obmówcę; to z kolei pochodzi od dia-bóllein – przewracać, przerzucać. Czyli diabeł to ktoś, kto obala, zmienia, przeinacza, kłamie, burzy ustalony porządek.

Ciekawie rozpracowana etymologia słowa:...

więcej

4217
3977
18.04.2021 17:44

Najlepszy diabeł to Obecność i Annabell /


40
0
16.04.2021 11:45

Zapraszam do dyskusji.


Reklama
zgłoś błąd