Wrrr! Z książką na zwierza

Grzegorz Przepiórka
23.08.2020

Kto spotyka w lesie dzika, ten wiadomo, że albo zmyka, albo strzela. Sam bowiem jako człowiek jest wciąż odrobinę dziki. Jak zatem pomóc zwierzętom oswoić człowieka? Jakie książkowe i nieksiążkowe drogi ku temu prowadzą? Poniżej pięciu autorów i pięć drogowskazów. 

Wrrr! Z książką na zwierza

Na tropie

Ruszamy! Pierwsza z dróg prowadzi NA ZEWNĄTRZ. Odkładamy komórki, opuszczamy przytulne mieszkania, domy, wymykamy się z zamkniętych osiedli, mijamy znak drogowy z przekreślonym terenem zabudowanym, zostawiamy nasze miejskie i wiejskie życia – by  wkroczyć w krainę, w której mieszka zwierz. Z tym że jeżeli wkroczymy, tak jak byśmy maszerowali Marszałkowską albo jak żołnierze podczas defilady, to zwierza nie ujrzymy. Trzeba mieć niezłego farta, by ot tak natknąć się na przedstawicieli fauny, którzy przed ludzkim, i nie tylko ludzkim, okiem mają za cel się skryć. Tak dla bezpieczeństwa.

Wielka księga prawdziwych tropicieli Adam WajrakAby na żywo ujrzeć różne cuda zwierzęcego świata, trzeba z powrotem stać się tropicielem, obudzić w sobie pierwotny gen. Ten z czasów, kiedy jeszcze wszyscy goniliśmy po sawannach. Z pewnością pomoże w tym „Wielka Księga Prawdziwych Tropicieli”. Jej autor, Adam Wajrak, którego przedstawiać nie trzeba, wie – gdzie, kiedy i w jaki sposób szukać. A co więcej, dostarcza moc inspiracji, czego w ogóle wypatrywać, ujrzenie jakich zwierząt może nas wprawić w zdumienie lub zachwyt. Boa polskich Bieszczad, czyli wąż Eskulapa. Ważki, które były świadkami istnienia dinozaurów. Chomiki europejskie w lubelskim, nie te same, co ze sklepu zoologicznego. Łoś, który potrafi nurkować na głębokość 5 metrów! Rusałka admirał – motylek, który podróżuje do Afryki! I wiele, wiele, wiele innych wspaniałości. 

Halo, tu ziemia! – ktoś może alarmować. Przecież to książka dla dzieci i młodzieży. W związku z tym zapewniam, że skorzystają na jej lekturze zarówno rodzice, którzy zechcą zaoferować swoim pociechom wielką przygodę, jak i ci, którzy się potomstwa nie dochowali. O ile dorosły nie jest zawodowym przyrodnikiem, z Wajrakiem nudzić się nie będzie. Co więcej, narracja prowadzona z myślą o młodszym czytelniku może tylko sprzyjać. Pozwala bowiem pozbyć się dorosłego skrępowania, dystansu, typowego oglądu, a rozbudzić z powrotem dziecięcą ciekawość i wrażliwość. Bez nich zwierzęcy cud nie ma szans się objawić. 

Reklama

Wajrak porywa nas (i to dosłownie, bo pisze z pasją) na zewnątrz. Kiedy nowym siedliskiem człowieka staje się powoli cyfrowy świat, autor „Wielkiej księgi prawdziwych tropicieli”, prowadząc czytelnika przez mokradła, łąki, lasy, pola, góry i plaże ukazuje, że nasz stary, dobry, dziki dom jest wciąż namacalny, a przebywanie w nim pozwala złapać głębszy oddech i być nie lada odkrywcą. Wajrak również angażuje. O ile tylko zechcemy, to obserwację możemy sami lub z dziećmi, poszerzyć o budowanie domu dla pszczół, zakładanie akwarium dla cierników czy ratowanie młodych ptaków, jeśli zajdzie taka potrzeba. Autor daje wiele praktycznych wskazówek, jak być w przyrodzie. Aha, i jeszcze jedno, zapewnia, że dzika nie ma się co aż tak bardzo bać. Przy spotkaniu z tym zwierzęciem, zamiast wdrapywać się na drzewo, lepiej powoli się wycofać.      

Na języku

Po wędrówkach po różnych kniejach, chwilę odsapniemy, a to za sprawą kolejnego tropiciela. Będzie nim Jerzy Bralczyk. Nie, to nie pomyłka. Ten Bralczyk. Jeden z najbardziej znanych znawców polskiego języka wyrusza tropem nazw zwierząt. Metoda interesująca, a zarazem słuszna, gdyż jak Profesor zauważa, to właśnie poprzez nazewnictwo przedstawiciele fauny są najbardziej dostępni. Rusza zatem po śladach w przeszłość, by wybadać, skąd się wzięły tak oczywiste dziś nazwy jak bocian, dzik, gołąb czy wiewiórka. Nie rzadko trop ginie w mrokach odległej przeszłości, w gęstwinach języka prasłowiańskiego i praindoeuropejskiego.

Zwierzyniec Jerzy BralczykCzasem etymologiczny trop zupełnie się urywa. W takiej sytuacji prawdziwy tropiciel, a takim jest Jerzy Bralczyk, nie płacze jak bóbr, lecz wytęża swój sokoli wzrok i próbuje rozpoznać zwierzę po innych rodzajach śladów, jakie zostawia na kartach. Tych pełno w związkach frazeologicznych, metaforach, przysłowiach czy porównaniach, które odnosimy do ludzi. Ot, pisząc ten tekst, pracuję jak mrówka, choć równie dobrze mógłbym strzelać gawrony.

Bralczyk bobruje także w mitologiach, religiach, ludowych wierzeniach, trafiając na takie smaczki jak chociażby motyle, które Słowianie uważali za dusze zmarłych czarownic, nazywając babkami. Zamiast zaś przekomarzać się z innymi językoznawcami, woli pójść na grubszego literackiego zwierza, którego zawsze znajdzie czy to u Reja, Mickiewicza, Słowackiego, Osieckiej albo i u Skaldów. Nie omieszka też wspomnieć o pewnym ptaszku z ludowej pieśni i tańca, co to lubił uciekać w proso. 

Tak liczna obecność zwierząt na łonie języka pokazuje, że od tysiącleci były one niezwykle znaczącym towarzyszem podróży człowieka przez czas i wzajemnej koegzystencji. Miały spory wpływ na ludzkie postrzeganie świata i podejmowane przez człowieka niegdyś decyzje. Były przebogatym źródłem inspiracji. Dziś, zauważa Profesor-tropiciel, nie uważamy zwierząt za bliskich. Szkoda. Może lektura „Zwierzyńca” pomoże nam do nich znów się zbliżyć.

Na sercu

Teraz robimy zwrot o 180 stopni. O ile poprzedni autor był zanurzony w ludzkiej mowie po szyję lub bardziej, o tyle Carl Safina proponuje, by spotkanie ze zwierzęciem dokonało się poza słowami. Celowo używam liczby pojedynczej. Po pierwsze, mnogość zwierzyńca w jego książce zostaje zastąpiona przez pojedynczość. Safina koncentruje się na słoniach, wilkach, orkach, choć o kilku innych rodzajach zwierząt też wspomina. Dzięki czemu może pozwolić sobie na pogłębioną obserwację, a nawet otrzeć się o wnikliwość, jeśli wziąć pod uwagę, że towarzyszą mu osoby – Cynthia, Rick, Ken – które przyglądaniu się zwierząt poświęciły kilkadziesiąt lat życia. 

Cóż się wyłania z tego rodzaju obserwacji? Na kartach książki Carla Safiny zwierzęta ulegają rozrzedzeniu. Ze zwierzęcej masy najpierw wyłaniają się wspomniane gatunki. Szybko jednak przechodzimy do konkretnych słoni w kenijskim Parku Narodowym w Amboseli, wilków w Yellowstone i orek z Cieśniny Juan de Fuca. Safina dalej podkręca ostrość, dzięki czemu mamy obraz skupisk. Aż wreszcie w poszczególnych stadach, watahach, a raczej należałoby powiedzieć rodzinach, reflektor kierowany jest na pojedyncze zwierzę. Ma imię, jak słoń Tim, cechy charakterystyczne – ogromne kły lub przestrzelone ucho, swoją historię, którą znają jego obserwatorzy, i swój charakter.   

Zabieg Safiny sprawia, że „to zmienia się w kto”, a pytanie-klucz, którym się posługuje brzmi: kim jesteś? Powraca ono jak refren, kiedy autor przypatruje się Enid, Zerosześć czy T-19. Odnotowanie zewnętrznych cech i zindywidualizowanie to jednak dla Safiny nie punkt dojścia, ale punkt wyjścia do tego, by zrozumieć. Zrozumieć CO MYŚLĄ I CZUJĄ zwierzęta. 

Cóż za niedorzeczność! Ktoś wrzaśnie. Przecież zwierzęta nie myślą, czuć może czują, ale też nie w tak wyrafinowany sposób, jak ludzie. I tu ostro włącza się Carl Safina. Mierzenie zwierząt ludzką miarą nie ma sensu, gdyż one są po prostu inne. Ale jednocześnie i zwierzęta, i ludzie są podobni, gdyż jest w nas to samo – życie. Odziedziczyliśmy te same systemy odczuwania, podczas wielu reakcji wytwarzamy te same hormony, a nawet robaki (przynajmniej niektóre) są  „wyposażone w prawie taki sam zestaw genów jak ten stojący za układem nerwowym u ludzi”.

Reklama

Nie sposób zatem odmówić zwierzęciu, że nie myśli i nie czuje. Safina podaje długą listę przykładów. Udowadnia, podążając drogą nie domysłów a faktów, jak zmyślne są zwierzęta, choćby gawrony. Jak głęboko potrafią odczuwać smutek, ale również radość słonie. Że wśród wilków zdarzają się bohaterowie i wielkoduszne alfy. Że zwierzęta doskonale potrafią się komunikować nie tylko w obrębie jednego gatunku, ale niekiedy też międzygatunkowo. Rozmawiają na wiele innych sposobów niż za pomocą słów. To zaś, że my ludzie nie potrafimy ich zrozumieć, jednocześnie uważając się za koronę stworzenia, tym bardziej nas obliguje do traktowania zwierząt na równi z nami. Wszak sami też jesteśmy zwierzętami.

„Poza słowami. Co myślą i czują zwierzęta?” – bestseller „New York Timesa” – to dobra karma dla umysłu, ale jednocześnie, co zaskakujące, lektura momentami wzruszająca. Być może w tym połączeniu – serca i rozumu – jest metoda na wykrzesanie empatii, skalibrowanie innej niż „z góry” perspektywy patrzenia i w finale prawdziwe spotkanie ze zwierzęciem, a nie jedynie nas samych z sobą.

Na widelcu

Kiedy już wiemy, że zwierzę myśli i czuje, czas na kolejne z nim spotkanie – tym razem na talerzu. Może to najkrótsza droga, by zbliżyć się do zwierzaków i je pokochać. Wiadomo przecież powszechnie, że przez żołądek do serca, a jeśli już kogoś kochamy, to czasem tak mocno, że moglibyśmy go zjeść. Czy moglibyście z miłości zjeść swojego pieska czy kotka? I ciekawe, co one by powiedziały na taką miłość, gdyby mogły mówić? Podywagujmy...

Porozmawiajmy o jedzeniu zwierząt. Etyka wegetarianizmuNa spotkanie przy talerzu zaprasza nas Michael Huemer w książce „Porozmawiajmy o jedzeniu zwierząt”. Spokojnie. Nie jest to wielka księga mięsożerno-kulinarnych tropicieli, ani z drugiej strony moralitet głoszony ex cathedra. Autor, zgodnie z tytułem książki, wzorem choćby platońskich dialogów, proponuje rzeczową rozmowę. Na współczesnej mini agorze, w restauracji Native Food, spotykają się: lubujący się w jedzeniu mięsa M i weganin W. Od początku biorą się za filozoficzne bary. Obaj mają równe szanse. Nie ma mowy o rozemocjonowanym ekologizowaniu.     

Co jest stawką w tej dyspucie? Cierpienie i śmierć w ramach chowu przemysłowego 74 miliardów sztuk zwierząt rocznie – z jednej strony, z drugiej strony – komfort dla podniebienia, przyjemność z delektowania się smacznymi kąskami, luksus nieświadomości i święty spokój w organizacji menu po staremu... Zastanawiam się jednak, czy dałoby się w ogóle uniknąć sporu pomiędzy M i W. Może jest jakiś sposób, by zjeść ciastko i mieć ciastko. Spróbujmy. Wyobraźcie sobie, że zamiast w kęs mięsa widelec wbijacie w żywe zwierzę, a następnie staracie się połknąć taką prawdę.

Reklama

Nie będę nikogo czarował. Ten pojedynek nie zakończy się remisem. Gdyby tak się stało, to autor byłby największym przegranym – zło bowiem jest złem i trzeba je nazywać po imieniu. Gdyby było inaczej, to wciąż kobiety nie miałyby prawa głosu, panowałoby niewolnictwo, a nazizm traktowalibyśmy jako jeden z równoprawnych ustrojów politycznych. Różnica w tym, że krowy, świnie, kury i inne zwierzęta nie pomaszerują pod Biały Dom, nie przyjadą autobusami na Wiejską, nie założą żółtych kamizelek. To my jesteśmy ich jedynym głosem lub jego brakiem. Każdy z nas. 

A jeśli ktoś wątpiłby w wymierność siły pojedynczego głosu, to ekonomiści zdążyli już dokładnie policzyć, o ile spadek konsumpcji jednego funta mięsa obniża przyszłą produkcję, biorąc nawet pod uwagę obniżkę ceny. Rzecz jednak nie w tym, czy wystarczy na płatne zabójstwo na zlecenie, tylko czy stać nas na współczucie? Oto prawdziwa cena bycia człowiekiem. Dylematy.

Na ratunek

Na empatii nie oszczędzają bohaterowie książki „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłości naszej planety”, których serca to czeki in blanco. Tak, to nie pomyłka. Są w Polsce ludzie, którzy dla zwierząt uczynili i czynią rzeczy ponad swoje siły. Pracują w schroniskach, stowarzyszeniach i fundacjach dla natury, instytucjach naukowych, w ośrodkach rehabilitacji dzikich zwierząt. Rozmowy z nimi podejmuje, tym razem w niecodziennej dla siebie roli, Marcin Dorociński (polecam z jego udziałem Plan B ze wzruszającym ludzko-psim, albo jak kto woli, psio-ludzkim wątkiem). 

Na ratunek Marcin DorocińskiJest moc w tej książce, bo jak może jej nie być, kiedy Sabina Pierużek-Nowak pędzi przez pół Polski na ratunek potrąconemu przez samochód wilkowi, Irena Kowalczyk-Ornowska staje na marketingowej głowie, by zebrać złotówkę do złotówki na Schronisko w Korabiewicach, zaś Łukasz Balcer stawia na nogi ośrodek w Celestynowie. Poza tym szczęka opada, kiedy człowiek dowiaduje się, że jeż to nie tylko kolce, a nietoperz przy swoim niebywałym słuchu potrafi przesypiać dzień w kościelnej dzwonnicy, wisieć zaś do góry nogami bez odrobiny zmęczenia. 

Na ratunek to książka o fantastycznych ludziach i fantastycznych zwierzętach, ale jest w niej jeszcze jeden bohater. To my. Każdy z nas przypadkowo lub umyślnie może zostać bohaterem i „dopisać” Dorocińskiemu ciąg dalszy. Kto wie, jakie zwierzę w potrzebie przyjdzie nam spotkać na swojej drodze – w tej książce znajdziemy praktyczne wskazówki, co wtedy należy zrobić, aby skutecznie pomóc, a nie przysporzyć zwierzęciu jeszcze większego cierpienia. Każdy może też ofiarować złotówkę, spróbować sił w schroniskowym wolontariacie, być głosem zwierząt. Dla nas to niewiele, dla nich tak wiele.

A jakie są Wasze przygody ze zwierzętami? Te bezpośrednie i lekturowe. Gorąco zapraszam do podzielenia się doświadczeniami w komentarzu.

Fotografia otwierająca: cottonbro / Pexels

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
4050
3810
23.08.2020 10:07

Ja ostatnio codziennie widzę.Sarny,bociany,mysZołowy i kruki.


206
0
20.08.2020 14:59

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd