Poe, King i smutek horroru

Tomasz Pindel
19.01.2019

Lektura opowiadań Edgara Alana Poego jest z jednej strony wspaniała, z drugiej przygnębiająca. Wspaniała – bo to świetna literatura. Przygnębiająca – bo trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co najlepsze, już było, i to dawno, a literatura nie tyle się rozwija, ile podlega swoistej dewolucji…

Ojciec założyciel

Jorge Luis Borges napisał kiedyś opowiadanie pod tytułem „Ogród o rozwidlających się ścieżkach” i ta zgrabna metafora posłużyła mu do opisania czasu. Mam wrażenie, że równie dobrze pasuje do doświadczenia czytania literatury, ilustrując znaną wszystkim prawdę, że jedna książka prowadzi do drugiej.

Tak się jakoś składa, że bardzo wiele z owych ścieżek wiedzie nas w którymś momencie do Edgara Allana Poego. Ów amerykański, niby świetnie wszystkim znany, ale w sumie nie wiem, na ile intensywnie dziś czytany amerykański pisarz posiada pewną niezwykłą właściwość: okazuje się, że wynalazł sporą część tego, czym późniejsza literatura światowa miała się karmić.

Weźmy kryminał. Może i w obiegowej opinii fundamentem literatury detektywistycznej są dzieje dżentelmena z Baker Street 221b spisane przez sir Arthura Conana Doyle’a, może i zaszczytny tytuł pierwszej powieści gatunku przypisuje się „Księżycowemu kamieniowi” Wilkiego Collinsa – ale przecież ta znakomita zresztą książka Collinsa ujrzała światło dzienne w 1868 roku, „Studium w szkarłacie” zaś w 1887, podczas gdy już w 1841 na łamach amerykańskiego „Graham’s Magazine” Poe opublikował słynną nowelę „Morderstwo na Rue Morgue”, w której wprowadził postać detektywa Auguste’a Duponta, geniusza dedukcji i ojca wszystkich detektywów tego świata. W kilku opowiadaniach z Dupontem zawiera się wszystko to, co stanowić miało esencję podobnych historii – acz, zgodnie z zasadą, że cesarzowi, co cesarskie, przyznajmy, że to Conan Doyle potrafił w pełni wykorzystać potencjał tego pomysłu.

Najpowszechniej jednak kojarzy się Poego z literaturą grozy. Nie bez kozery: wystarczy spojrzeć na któreś z jego zdjęć, od razu widać, że facet musiał mieć wiele do powiedzenia w kwestii mrocznej strony świata…

Takich założycielskich opowiadań Poego jest jeszcze kilka. „Złoty żuk” kryje w sobie wszystkie elementy pirackiej powieści awanturniczej, za której szczytowe osiągnięcie uważamy „Wyspę skarbów” Stevensona. „Serce oskarżycielem” to czystej wody thriller psychologiczny napisany w czasach, gdy szczytem psychologicznej finezji było seppuku z miłości popełnione przez pewnego młodego Niemca nazwiskiem Werther. „Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfalla” (1835) o podróżniku, który balonem doleciał na księżyc, czy „Przygody Arthura Gordona Pyma” (1838) czytane były w czasie, gdy mały Julek Verne siedział za pulpitem i z wystawionym koniuszkiem języka uczył się pisać zdanie „Pierre ma ser, a ser ma Pierre’a”.

Najpowszechniej jednak kojarzy się Poego z literaturą grozy. Nie bez kozery: wystarczy spojrzeć na któreś z jego zdjęć, od razu widać, że facet musiał mieć wiele do powiedzenia w kwestii mrocznej strony świata… W licznych opowiadaniach amerykańskiego klasyka groza przebija w najróżniejszy sposób, czasem są to historie wprost horrorowe, czasem chodzi raczej o nastrój i klimat, bywa, że straszą nas zupełnie na serio, a kiedy indziej szczerzą się w kąśliwym grymasie. I to jest właśnie ten moment, kiedy możemy doświadczyć poczucia literackiej dewolucji: bo czy nie jest przypadkiem tak, że horror bardziej się zwija, niż rozwija?

Smutek horroru

Czytałem sobie to „To” i myślałem, że stanowi ono znakomity dowód na to, że horror jest gatunkiem zasadniczo martwym. Wiem, brzmi to idiotycznie, rocznie wydaje się tony horrorów i miliony ludzi na świecie się nimi zaczytują, ładna mi śmierć…

Ci, którzy nie lubią literatury gatunkowej, często stosują prostą sztuczkę: chcąc wykazać marność pogardzanej konwencji – czy to będzie fantasy, SF, horror, czy tzw. literatura kobieca – biorą na warsztat utwory najgorszego sortu, dzieła przeciętnych twórców, piąte wody po kisielu i epigonów epigonów. I wtedy oczywiście elegancko wychodzi, jaki to literacki badziew. Mnie pesymistyczne refleksje ogarnęły jednak w trakcie lektury jednego z fundamentalnych dzieł gatunku pióra niekwestionowanego gatunku tego króla. Chodzi mi o To autorstwa Stephena Kinga.

Przyznaję: Kinga znam tylko częściowo i zacząłem poznawać późno. Przeczytane w liceum „Miasteczko Salem” wydało mi się beznadziejne, dziś nic nie pamiętam, prócz rozczarowania. Uznałem wtedy, że to po prostu marnej jakości masowa horror-pulpa, jakiej w heroicznych wydawniczo wczesnych latach 90. trzaskano całe masy. Potem przeczytałem „Danse macabre”, frajda wielka, ale to jednak inna bajka, bo rzecz literaturoznawcza. Później „Misery” – i musiałem przyznać, że bardzo to dobre. I tak oto powoli, ostrożnie wybierając z nadmiaru możliwości, czytałem kolejne „Kingi”, aż parę lat temu wreszcie wziąłem się za „Smętarz dla zwierzaków” – no i wtedy, proszę państwa, padłem na kolana, czapki z głów, ave mistrzu i takie tam.

Ale po klimaksie zawsze musi przyjść upadek. Bo „To” jest dla mnie w sumie powieścią rozczarowującą. Ale i dającą do myślenia. Czytałem sobie to „To” i myślałem, że stanowi ono znakomity dowód na to, że horror jest gatunkiem zasadniczo martwym. Wiem, brzmi to idiotycznie, rocznie wydaje się tony horrorów i miliony ludzi na świecie się nimi zaczytują, ładna mi śmierć… Ale ja mam na myśli osiągi, by tak rzec, artystyczne, literackie. Wydało mi się wówczas, że horror zasadniczo – że się tak szalenie fachowo i literaturoznawczo wyrażę – nie daje rady.

Jak wiadomo, gatunek ten wywodzi się ze szlachetnej tradycji ghost stories i gotyku, czyli historii, w których zjawia się coś z innego porządku i to coś jest straszne. Bohaterowie się boją i czytelnikom ten strach się udziela. Znawcy (patrz: Roger Caillois) twierdzą, że literatura taka jest możliwa tylko w społecznościach zlaicyzowanych i wyznających naukowy światopogląd: musisz nie wierzyć w ducha, by jego pojawienie się budziło metafizyczny strach; jeśli bowiem wierzysz, to bać się możesz, ale tak jak wściekłego psa czy faceta z nożem – żadna to metafizyka.

Sęk w tym, że taka konwencja, de facto oparta na jednym schemacie (potwór z pudełka), szybko się wyczerpuje. Wszystko jedno, czy to upiór, ghul, wampir, czy likantrop – ciężko się ich tak naprawdę bać. Do tego logika wydarzeń w takim tekście zwykle jest na bakier z logiką zwyczajnie ludzką. Pisał o tym Julio Cortázar w jednym ze szkiców zebranych w „Ostatniej rundzie” – zauważył, że na potrzeby akcji w historiach grozy bohaterowie robią rzeczy, których normalny człowiek nigdy by nie zrobił. W ramach idiotycznych zakładów zamykają się na noc w nawiedzonym domu albo starym grobowcu, na widok oślizgłego potwora pochylają się nad nim, zamiast wiać, włażą do jakichś tuneli itd. Znamy to uczucie z setek filmów i książek tego gatunku: kiedy bohater robi rzecz absolutnie idiotyczną i wiadomo, że to się dla niego źle skończy.

I co z tym „Tym”?

„To” jest horrorem do potęgi, takim metahorrorem, nie tylko ze względu na swoje fizyczne rozmiary. Mieści się tu naprawdę dużo (uprzedzam tych, co nie czytali: będę spojlował): jest straszliwy klaun-potwór mordujący dzieci, jest istota z innego świata przybyła na Ziemię w prehistorycznych czasach, jest nawiedzone i przeklęte miasteczko, w którym zło odradza się w regularnych odstępach czasu, jest wyprawa przez obrzydliwe kanały, jest oko z mackami, jest amerykańska wersja Szeloby, jest mroczna tajemnica z przeszłości, są opętani ludzie, zmuszani do strasznych działań niczym swoiste zombi, są makabryczne omamy. Do tego dochodzi arsenał chwytów już nie tyle z horrorów, ile z thrillerów, czy też szerzej – grozy niemetafizycznej: cała armia psychopatów, w tym psychopatyczne dzieci, mnóstwo przemocy fizycznej, rany, złamania, krew, hektolitry krwi, seryjni mordercy, zabójstwa i molestowanie seksualne, okrutna obojętność na cudze cierpienie. Wreszcie: są elementy z powieści w ogóle, poza gatunkami. Bo to w końcu historia o dziecięcej przyjaźni i o tym, co z tymi dziećmi – i z ich przyjaźnią – stało się po niemal trzydziestu latach, taka proza rozrachunkowa.

Według mnie powieść ta działa świetnie właśnie w tych momentach: kiedy jest realistyczną historią grupki bohaterów. Dzieciństwo z lat 50. – piątka z plusem, dorosłe losy i rozrachunki – też piątka, portrety postaci – również bardzo dobry. Nieźle radzi sobie jako thriller: mroczna przeszłość i przeklęte miasteczko Derry robią wrażenie; psychoza i zagadka mordowanych dzieci – bardzo udana kreacja klimatu. Trochę gorzej jest z warstwą erotyczną, naprawdę nie wiem, po kiego czorta była ta mała orgietka w kanałach z udziałem nieletnich. Nie mam nawet zastrzeżeń do podróży w czasie w wyniku dymnego rytuału, całkiem to zgrabne i z sensem. Wiadomo, King fachurą jest i basta.

Ale kiedy pojawia się potwór, kiedy wyskakuje jakaś zjawa – to jeśli chodzi o mnie, muszę powiedzieć, czar pryska. King prezentuje w tej powieści pełną gamę horrorowych chwytów, o których pisał w „Danse macabre”: od najwyżej cenionej grozy, przez zwykły strach, po (słowa samego Stephena) „wymiotny odruch obrzydzenia”. Grozy, zwłaszcza na początku, jest tu sporo, ale kiedy zaczęły się mnożyć te wszystkie okropności, masakry, wypływające oczy, rozdeptywane larwy (?) Tego, gnijące zwłoki i upiorne pajęczaki, to najpierw chichotałem, potem ziewałem, a w końcu mnie to irytowało.

I nie twierdzę, że King nie daje rady. To horror nie daje. Nie jesteśmy chyba dziś w stanie potraktować serio potwora (może Amerykanie mają inaczej?). Jaki by nie był straszny. Groza działa, jak długo nie wiemy, co się kryje w mroku. „Pokaż mi potwora, przestanę się bać” – to uniwersalna zasada tego gatunku. Jak by nie opisać monstrum (kino ma jeszcze gorzej, bo nie może sobie pozwolić na niedomówienia), to zawsze będzie nam towarzyszyć co najmniej lekkie rozczarowanie. Naprawdę straszy tylko nieznane.

Mam z „To” trochę tak samo jak z serialem „Stranger Things” (zestawienie, wiadomo, nieprzypadkowe): w sumie fajne, ale byłoby znacznie fajniejsze, gdyby wywalić wątki nadprzyrodzono-koszmarne (King zresztą to zrobił: „Ciało” to takie „To”, tyle że w rozsądnym rozmiarze i bez zjaw z innych światów).

Horror – myślałem sobie odkładając opasłe tomisko na bok – nie żyje i dziś straszyć może jeno jego trup. To znaczy horror wzięty w nawias, nietraktowany poważnie. Bądźmy szczerzy, książeczki dla dzieci o sympatycznych wampirkach tudzież filmy w rodzaju „Hotel Transylwania” to dla horroru tak, jakby ktoś wszedł na jego grób i nań nasikał. Może – snułem dalej te refleksje – może to dlatego, że dziś mamy tyle reportaży, a one są straszniejsze od horrorów? Te wszystkie książki o przemocy domowej, o uchodźcach tonących w przeładowanych łodziach, o kartelach i mafiach, o głodzie?

Tak sobie wtedy myślałem.

Nigdy nie mów nigdy

Groza działa, jak długo nie wiemy, co się kryje w mroku. „Pokaż mi potwora, przestanę się bać” – to uniwersalna zasada tego gatunku.

Ale minęło trochę czasu i zmieniłem zdanie. To znaczy dalej mam względem „Tego” te same odczucia i dalej uważam, że prawdziwą grozę budzi literatura faktu, tyle że jedna z rozwidlających się ścieżek zaprowadziła mnie do powieści, której istnienia do niedawna świadomości nie miałem i która anulowała moje przemyślenia na temat kresu horroru.

Ta powieść nazywa się „Dom z liści” i napisał ją Mark Z. Danielewski. Bardzo wymowne są jej recenzje na LC, chyba najcelniej i najkrócej ujmuje to Tibora, pisząc: „OSTRZEGAM! POLECAM!”. Danielewski stworzył bowiem coś, co nawet przy pobieżnym kartkowaniu zdaje się mówić wprost: to albo jest arcydzieło, albo totalny bełkot. Chaos typograficzny, najróżniejsze czcionki, przedziwne wizualne zaburzenia na stronach, kilka pięter narracji i ogrom przypisów pozwala nam szybko pojąć, że to rzecz mocno eksperymentalna i nie wiadomo, czy da się to czytać, czy nie bardzo.

Ja należę do tych, którzy twierdzą, że nie tylko da się, ale że to w ogóle bardzo dobra rzecz – a już na pewno znakomity horror. Bo to jest właśnie powieść grozy, historia pewnego domu, który kryje w sobie jakiś inny wymiar – trudno to precyzyjnie określić: w każdym razie w budynku otwierają się przestrzenie urągające wszelkiej naszej fizycznej wiedzy i zdrowemu rozsądkowi. I kryje w tym innym wymiarze jakaś groza, ba, nie że jakaś – wielka groza! Tyle że nie bardzo wiadomo jaka, żaden diabeł czy inny klaun z pudełka nie wyskoczy.

„Dom z liści” pokazuje, że literatura grozy wcale nie sczezła, że wciąż daje wielkie możliwości, że można budzić lęk i niepokój bez używania oślizgłości, hektolitrów krwi, zębatych paszcz i stosów zmasakrowanych ciał.

Literatura nie przestaje ewoluować. Ścieżki wciąż się rozwidlają.

A wy, drodzy Czytelnicy, znacie jakieś doskonałe współczesne horrory, które nie powielają zgranych schematów?

Reklama

komentarze [56]

Sortuj:
1041
74
26.02.2019 16:08

Moim skromnym zdaniem najwięcej cukru w cukrze, czyli horroru u Kinga jest w jego opowiadaniach (czytaliście to o potworze w szafie? Jej, jej, jej...) A im grubsza książka, tym bardziej sam horror zmieszany z czym innym, co zresztą nie musi być wcale takie złe. Dla mnie "To" jest przede wszystkim świetną historią o przyjaźni grupki dziecięcych outsiderów na tle niewielkiego...

więcej

391
47
25.01.2019 23:40

Artykuł zwrócił moją uwagę po pierwsze z racji tego, że jestem zarówno fanką horrorów jak i fanką Kinga.
Od paru dni zagłębiam się w "To" i jestem w połowie. Muszę jednak zaznaczyć, że obecne czytanie jest już 3 podejściem do tego klasycznego już tomiszcza. Dopiero za tym trzecim razem udało mi się dobrze 'wgryźć' w opowieść.
Po przebrnięciu przez pierwszą setkę stron,...

więcej

2584
365
22.01.2019 03:37

"Smętarz dla zwierzaków" to lektura taka, że czapki z głów? Powieść zainspirowana opowiadaniem Bradbury'ego "Posłaniec". Pomysł w sam raz na opowiadanie i opowiadanie Bradbury'ego zrobiło na mnie ważenie, tymczasem King rozwlekł to tak, że więcej tu było nudy niż strachu.


1182
119
21.01.2019 13:47

Przepraszam, a co takiego oryginalnego jest w fabule "Domu z liści"? "Historia pewnego domu, który kryje w sobie jakiś inny wymiar – trudno to precyzyjnie określić: w każdym razie w budynku otwierają się przestrzenie urągające wszelkiej naszej fizycznej wiedzy i zdrowemu rozsądkowi"? Shirley Jackson napisała już taką książkę w 1959 roku, nazywała się "Nawiedzony dom na...

więcej

0
0
21.01.2019 08:40

Nie zgadzam się z opinią autora na temat powieści "To". Być może rzeczywiście dzisiaj nie jest ona taka straszna, ale autor nie wziął chyba pod uwagę, że pierwsze wydanie miało miejsce ponad 30 lat temu! Czytałem ją zapewne niedługo po tym wydaniu i zapamiętałem jako świetną książkę (a pamięć długotrwałą mam raczej słabą). Obecnie w zalewie kinowych potworów, dziwnych...

więcej

494
9
22.01.2019 21:58

Według mnie "To" nie jest stricte horrorem. To dramat-obyczajowy z elementami grozy. Książka jest świetna. Kinga nie powinno się szufladkować. Zresztą nikogo nie powinno :P Gatunek literacki to rzecz płynna i nie zawsze da się jej przypiąć metkę.


1795
80
23.01.2019 15:56

No właśnie ja mam podobnie z Tym - czytałam ją za dzieciaka, i zapamiętałam bardzo dobrze. A teraz się zastanawiam, czy warto by ją odswieżyć i zobaczyć, czy wytrzymała próbe czasu ;)


3963
3723
20.01.2019 20:25

Może,ktoś wie .Czy Masterton wróci do Wojowników Nocy ?


236
0
20.01.2019 18:14

Wy tu tylko o Kingu, który obraca się w jednym gatunku - horroru.
My kochamy Kinga za to jak kompletnym i wszechstronnym jest pisarzem.
Łączy w sobie wszystkie gatunki. Grozy, romansu, powieści obyczajowej.
Dla mnie King zawsze wychodził poza wszelkie ramy.
Jest niesamowity.
Nudne opisy bohaterów?
Właśnie to jest jego najmocniejszy punkt.
Portrety psychologiczne. Jest...

więcej

839
193
21.01.2019 05:12

Kompletnym i wszechstronnym? To trochę przegięcie.
Sam przeczytałem w całości tylko jedną książkę King'a i tylko dlatego, że pewna koleżanka bardzo mi ją polecała. Samo doświadczenie było w porządku, nawet mnie lektura wciągnęła, ale jednocześnie wynudziła i nie zachęciła po zagłębienie się w jego twórczość bardziej.
Jego książki nie są bardzo zróżnicowane. Są bardzo...

więcej

236
0
21.01.2019 06:45

Nie daje się porwać wyobraźni? Na nieznane wody?
Większej bzdury nie przeczytałem.

Nie będę podawał przykładów.
Przeczytałem wszystkie jego książki więc dalsza konwersacja z Tobą nie ma sensu.


839
193
21.01.2019 07:38

Akurat skupiłeś się na dwóch mniej znaczących aspektach mojego wywodu, ale w porządku.
Nie musisz podawać przykładów. My się oboje nie przekonamy do swoich racji, nasza dyskusja to tylko rozrywka dla osób trzecich, które będą to czytać.
Ja przez King'a nie potrafię przebrnąć. Pierwsze kilkadziesiąt stron i przepraszam, ale wysiadam. Wszystko jest takie samo, wszystko zlewa...

więcej

494
9
22.01.2019 21:55

Dla mnie największym atutem Kinga jest to, że jego protagoniści, a także postaci-tło są autentyczne, ludzkie. Czytając książkę jego autorstwa z łatwością sobie wszystko wizualizuję. Poza tym do tej pory pamiętam wielu z nich - bohaterów - takimi jakimi wydawali się być i płynąć przez fabułę w mojej głowie. Chociaż odtworzyć przebiegu wydarzeń nie byłabym w stanie. Tego...

więcej

793
178
23.01.2019 08:45

Mnie też King nudzi. Kiedyś był jednym z moich ulubionych pisarzy. Podobało mi się, że w jego książkach można znaleźć trochę horroru, trochę dramatu czy trochę dreszczowca. Jednak w miarę mojej czytelniczej podróży stwierdziłam, że to "trochę" to za mało. Nie jest on dla mnie mistrzem w żadnej kategorii. Tak samo miałam jak za dzieciaka uwielbiałam "Harrego Pottera" i...

więcej

1289
130
20.01.2019 15:26

Formalne eksperymenty z reguły kryją nędzę fabularną ale mogę się mylić.


842
61
20.01.2019 14:17

Powieść "Dom z liści" jest świetna, chociaż niekoniecznie bym ją horrorem nazywał. To raczej miedzygatunkowy, eksperymentalny miks, w którym oczywiście horror też ma swoje znaczące miejsce. Jeśli ograniczyć współczesny horror do Kinga czy popularnego u nas Mastertona to faktycznie można odnieść wrażenie, że jest martwy i już nic nas w nim nie zaskoczy. Ale to nieprawda, bo...

więcej

1449
130
20.01.2019 23:45

Krzysztofa Wrońskiego :)


0
1141
21.01.2019 08:16

Gibon, dodałem książki, o których piszesz do swojej listy zakupowo - bibliotecznej, jednak człowiek nigdy nie dowie się tyle z artykułu, co z komentarzy - dzięki!


251
235
20.01.2019 10:48

Bardzo podoba mi się powyższy artykuł. Lubię czytać Kinga i o Kingu. To prawdziwy mistrz. Jego książki są napisane bardzo dobrym i poprawnym językiem, dlatego czyta się je tak lekko (chyba że są źle przetłumaczone). Dostarczają dużo emocji (smutek, żal, strach, przerażenie, etc.) i super rozrywkę w tym ponurym i przewidywalnym świecie. Po przeczytaniu strach mija, a...

więcej

236
0
20.01.2019 18:17

Mam dokładnie tak samo.
Dlatego King pozostaje dla mnie wciąż numerem 1.
Za to wszystko o czym napisałaś.
Z jednym małym wyjątkiem. Czasami ten strach pozostaje ze mną na dłużej.
Ale nigdy nie sięgałem po Kinga po to "żeby się bać". Może przy okazji, żeby poczuć dreszczyk emocji.
Bo w przeciwieństwie do większości pisarzy jest on nieprzewidywalny. (Oczywiście nie we...

więcej

zgłoś błąd