Komiksy nowej generacji

Tomasz Pindel
05.01.2019

Wszyscy wiemy, że zbiorową wyobraźnią rządzą dziś seriale nowej generacji i to one stanowią trzon kultury masowej. Nowe formy dystrybucji, hollywoodzkie budżety i realizacyjny rozmach idą w parze z większą śmiałością w tworzeniu scenariuszy, łamiących dotychczasowe telewizyjne tabu, oraz formalną odwagą dotąd zarezerwowaną dla filmów kinowych. Warto jednak wiedzieć, że podobną przemianę, tyle że nieco wcześniej, przeszły także komiksy. Komiksy, które czasami zapierają dech w piersiach.

Zacznę od osobistego wyznania: do niedawna z zasady omijałem amerykańskie komiksy zeszytowe, te wszystkie superbohaterskie i im pokrewne serie, wydawane przez oficyny w rodzaju Marvela czy DC Comics. Wychowałem się na komiksie europejskim, wielbię nade wszystko finezyjną szkołę frankofońską, jestem także zdeklarowanym entuzjastą „doroślejszego” nurtu określanego zwykle mianem powieści graficznej, toteż na masową produkcję zza oceanu spoglądałem dotąd niezbyt życzliwym okiem: ot, przegięte fabuły i powtarzalna realistyczna kreska. Owszem, wiedziałem, że są wyjątki, że istnieje Alan Moore i Frank Miller, Mroczny Rycerz i Kick-Ass, ale to mi wystarczało.

Aż tu na ostatnim Pyrkonie dostałem grubaśny gratisowy tom Najlepsze powieści graficzne Vertigo, wydany w celach promocyjnych przez wydawnictwo Egmont. I było po mnie. Wsiąkłem na amen.

Pokaz mocy

Wyobraźcie sobie, że ktoś wręcza wam płytę, na której nagrane są pierwsze odcinki kilkunastu najlepszych seriali. Ów „próbkowy” tom sprowadza się właśnie do tego: zawiera pierwsze rozdziały jedenastu serii wydawnictwa Vertigo, które dostępne są po polsku. Z jednej więc strony dostajemy jedenaście początków, budzących naturalny głód ciągu dalszego, z drugiej zaś – prawdziwą galerię komiksowych możliwości.

Lektura pozwoliła mi zrozumieć kilka rzeczy. Po pierwsze, poszczególne serie naprawdę bardzo się różnią graficznie. Owszem, można tu znaleźć typową realistyczną kreskę kojarzącą się z amerykańskim komiksem odcinkowym – jak choćby w serii „Baśnie” czy „Y – Ostatni z mężczyzn”, ale także całą masę innych stylów. Seria „100 naboi”, rysowana przez Eduarda Risso, utrzymana jest w konwencji uproszczonego realizmu, często grającego nieco „po millerowsku” cieniami; R.M. Guéra w cyklu „Skalp” posługuje się brudniejszym, mrocznym, bardziej nerwowym stylem; Tony Harris w „Ex Machinie” skręca w stronę realizmu na swój sposób fotograficznego, a już „Ludzie północy” to galeria graficznych możliwości sama w sobie, bo każdą „miniserię” w obrębie całego cyklu tworzy inny grafik lub graficzka. Słowa marnie sobie radzą z opisywaniem obrazu, powiem więc tak: przekartkowanie „próbkowego” tomu albo przejrzenie poszczególnych serii od razu uzmysławia nam wielką różnorodność plastyczną, nawet jeśli wszystkie te style są co do zasady realistyczne.

Po drugie, sposób prowadzenia narracji jest tu nadzwyczaj interesujący i różnorodny. Scenarzyści operują skrótem, domysłem, zawieszeniem akcji; częste są zaburzenia chronologii i bardzo dynamiczny „montaż”, że nie wspomnę o dygresjach czy flashbackach. Szczególnie wybija się na tym polu Brian K. Vaughan, scenarzysta dwóch z tych serii. Pierwszy rozdział „Y – Ostatni z mężczyzn” to po prostu majstersztyk: „Brooklyn, Nowy Jork, teraz” – informuje nas pierwsza strona, na której widzimy cztery szerokie kadry pokazujące jakąś straszną scenę z udziałem dwóch kobiet. Jedna z nich, policjantka, przykłada sobie pistolet do głowy, mówiąc: „Wszyscy mężczyźni nie żyją”. Kolejne strony przynoszą swoiste odliczanie, „29 minut temu”, „13 minut temu”, „4 minuty temu”, aż do finalnego „teraz”, kiedy to główny bohater odwraca się na dźwięk głośnego bang, będącego konsekwencją wspomnianego kadru na pierwszej stronie. Na podobnej zasadzie są skonstruowane kolejne rozdziały: te wszystkie „teraz”, „osiem godzin później”, „cztery godziny wcześniej” nie tylko organizują czasowo fabułę, ale także wprowadzają nerwowy rytm, nakręcają suspence. W „Ex Machinie” Vaughan przeplata z kolei różne plany czasowe, przez co historię bohatera poznajemy równocześnie na kilku płaszczyznach.

Szeherezada XXI wieku

Jednak nie tylko o dynamiczny i aktywizujący czytelnika „montaż” tu chodzi. Poszczególne serie zbudowane są na bardzo różnych zasadach, bowiem sposobów na snucie historii jest przecież wiele. Niektóre będą po prostu opowiadały o losach bohatera czy bohaterów od początku do końca, ale już wspomniane „100 naboi” Briana Azzarello i Eduarda Risso opiera się na zgoła innym koncepcie. Seria składa się z ciągu epizodów (niektóre zajmują jeden, inne więcej odcinków), w których pojawiają się bardzo różne postaci, acz punkt wyjścia jest generalnie ten sam: znajdującym się w jakiejś trudnej sytuacji ludziom – dziewczynie, która wyszła z więzienia, a jej bliskich zamordowali skorumpowani policjanci, byłemu restauratorowi, którego zrujnowało oskarżenie o kolportowanie dziecięcej pornografii, kelnerce, której córka zerwała z nią wszelki kontakt – tajemniczy agent Graves oferuje nierejestrowaną broń i setkę nieoznakowanych pocisków, z gwarancją, że ich użycie nie pociągnie za sobą absolutnie żadnych konsekwencji. Dostajemy zatem serię epizodów o zemście i sprawiedliwości, połączonych jednak pewnymi powracającymi wątkami, jak choćby postacią zagadkowego agenta.

Z kolei „Baśnie”, stworzone przez Billa Willinghama, to seria odrębnych fabularnie historii, połączonych postaciami i wspólnym światem przedstawionym: współczesne realia, w których, wtopione między zwykłych śmiertelników, żyją postaci z bajek. „Ludzie północy” zaś oferują dłuższe i krótsze historie połączone wyłącznie kontekstem historycznym: dzieją się one w średniowieczu, wśród Wikingów, i układają w cykle „geograficzne” – seria anglosaska, islandzka… Pełnokrwiste fabuły – jak choćby „Swen, który powrócił”, rzecz o chłopaku, który wraca na Orkady z Konstantynopola, żeby odzyskać schedę po ojcu – przeplatają się z shortami bardziej obyczajowymi niż sensacyjnymi – jak świetne „Panny tarcz”, historia kilku kobiet broniących się przed najeźdźcami – czy etiudami wręcz lirycznymi, jak przepiękna, godna romantycznej ballady „Dziewczyna w lodzie”, opowieść o uczuciu starego samotnika do ciała zamarzniętego w bryle lodu.

Stajnia Vertigo

Wszystkie te serie wywodzą się z jednej stajni – Vertigo Comics – i fakt, że przy tylu różnicach zdaje się łączyć je pewien wspólny mianownik, nie jest dziełem przypadku. Vertigo to imprint komiksowego potentata DC Comics, powołany do życia na początku lat 90., kiedy to jeszcze dość powszechnie stosowano tzw. Comics Code Authority. Znaczek CCA na okładce stanowił sygnał, że zawartość nie zgorszy młodocianych czytelników: sęk w tym, że ci nieco mniej młodociani mieli czasem ochotę poczytać coś mniej grzecznego. Nowy imprint adresowany był zatem do widza doroślejszego i mogły tu trafić komiksy obyczajowo śmielsze. To się oczywiście z miejsca kojarzy z seksem i brutalnością, i owszem, jedno i drugie znaleźć można w wielu z vertigowskich serii, ale na szczęście ich „dorosłość” wcale się do tego nie ogranicza. Nie przez przypadek już na wczesnym etapie rozwoju w Vertigo miejsce zaleźli tam tacy twórcy jak Neil Gaiman, którego „Sandman” nie ma nic wspólnego z powszechnymi wyobrażeniami o komiksowej pulpie. Jeśli ostrzeżenia „tylko dla dorosłych” widoczne na tylnych okładkach polskich wydań warto potraktować poważnie, to dlatego, że historie te są naprawdę wieloznaczne, nieoczywiste w wymowie, prowokacyjne i stawiające pytania, które dla małolata mogą się okazać po prostu niezrozumiałe.

Literatura obrazkowa

I właśnie przez to lektura serii Vertigo okazuje się tak satysfakcjonująca. Znacie kogoś, kto wciąż postrzega komiksy w stereotypowy sposób: że fabuły płaskie, problemy proste, papierowe postacie i tak dalej? No to pokażcie mu/jej którąś z tych serii.

Na przykład „Skalp” napisany przez Jasona Aarona i rysowany przez R. M. Guérę. To bardzo wciągający i mroczny thriller kryminalny, dziejący się we współczesnym rezerwacie indiańskim. Miejscowy kacyk Czerwony Kruk ma zamiar tworzyć kasyno, niby żeby wydobyć rdzenną społeczność z nędzy i alkoholizmu, ale przede wszystkim chodzi o pranie pieniędzy. Tymczasem w rezerwacie pojawia się Dashiell Zły Koń, renegat, który wstępuje do plemienniej policji – de facto armii Czerwonego Kruka – choć, czego dość szybko się dowiadujemy, jest on tak naprawdę tajnym agentem, realizującym nie do końca formalną misję.

Słowem: kryminał jak się patrzy, wciągający i pełen zwrotów akcji. Ale im dalej w historię, tym bardziej się sprawy komplikują i to wcale nie tylko w sensie fabularnym. Postaci absolutnie nie są „komiksowe” (w obiegowym słowa tego znaczeniu), tylko coraz bardziej niejednoznaczne, złożone, skomplikowane. Obraz indiańskiej społeczności, trawionej wszelkimi społecznymi patologiami, porusza. A Dashiell przestaje być typowym policyjnym „kozakiem”, coraz bardziej stając człowiekiem złamanym przez życie. Zatraca się w narkotykach, stacza na sam dół, a postkoitalny dialog-nie dialog z drugiego tomu to jedna z najsmutniejszych i najbardziej poruszających scen, jakie ostatnio czytałem (nie tylko w komiksie). Sensacyjna opowieść kryminalna okazuje się być głęboką historią o pogubionych ludziach, podszyta bezlitosnym demaskatorstwem społecznym.

Albo „Ex Machina” Briana K. Vaughana i Tony’ego Harrisa. Mitchell Hundred był zwykłym inżynierem, kiedy w wyniku dziwnej eksplozji zyskał zdumiewającą umiejętność: może wydawać polecenia maszynom, czyli kiedy pomyśli „nie działaj” – dowolny sprzęt mechaniczny przestanie pracować. Niezależnie, czy to kosiarka, pistolet czy… samolot pikujący w nowojorską wieżę. Jednak to, co mogłoby okazać się n-tą opowieścią o super-hero, skręca w stronę poważnej polityczno-obyczajowo-kryminalnej fabuły, bowiem Mitchell zniechęcony efektami działalności jako zamaskowany bohater, stratuje w wyborach na burmistrza Nowego Jorku – i wygrywa je. I owszem, będzie musiał zmierzyć się z mrocznymi sprawami – jak seria makabrycznych morderstw – ale także z wyzwaniami zupełnie innego rodzaju, ot, choćby udziela pierwszego ślubu gejowskiego, co wywołuje polityczną burzę. Zamiast efektownych walk skrzydlatego „hirołsa”, dostajemy opowieść o władzy, odpowiedzialności, polityce i społeczeństwie, bardzo mocno osadzoną w dzisiejszych realiach.

Obserwacje te dotyczą wielu innych serii. „100 naboi” to niby czystej wody kryminał noir, ale zarazem świetny obraz społecznych nizin, a na dobitkę stawia poważne pytania moralnej natury: o zemstę, o sprawiedliwość, rzeczy niby podstawowe, a niejasne. „Łasuch” Jeff Lemire’a wygląda jak typowe post-apo, ale wizja świata po zagładzie idzie tu w parze z subtelnie kreśloną relacją emocjonalną głównego bohatera – zwierzęco-ludzkiego chłopca-hybrydy – z dorosłym opiekunem. To psychologizm właśnie, budowanie naprawdę złożonych postaci i pokazywanie relacji między nimi sprawia, że lektura tych komiksów okazuje się równie satysfakcjonująca, jak w przypadku dobrej literatury.

Komiksy versus seriale

Zacząłem od porównania komiksów z serialami, co w przypadku produkcji amerykańskich uzasadnione jest w dwójnasób. Trzeba pamiętać, że serie Vertigo – tak jak i Marvela, DC i innych – na rodzimym rynku ukazują się w sposób do złudzenia przypominający funkcjonowanie seriali właśnie. Krótkie regularnie wydawane zeszyty stanowią odpowiednik odcinków, z wszystkimi tego konsekwencjami: w epizodzie takim musi się sporo wydarzyć, a zarazem zakończenie powinno być takie, że bez wahania sięgniemy po kolejny odcinek. Dopiero z czasem wydawane są w zbiorczych tomach – i to właśnie w tej wersji trafiają do polskiego czytelnika. I tak 100 odcinków „100 naboi” dostajemy w pięciu obszernych woluminach (inna sprawa że przez to nie są one tanie…). Tym samym polski czytelnik konsumuje te komiksy tak jak od paru lat za sprawą platform czy internetowych wypożyczali zaczęło się pochłaniać seriale: nie odcinek – tydzień przerwy – odcinek, tylko całymi sezonami.

Nietrudno zauważyć, że niektóre komiksowe cykle mocno kojarzą się z pewnymi serialami. I to nie tylko sposobem opowiadania czy rodzajem treści, ale konkretną fabułą i pomysłem. Ludzie północy przywodzą na myśl Wikingów, a Baśnie do złudzenia przypominają „Dawno, dawno temu”. Tu jednak trzeba uczynić istotne zastrzeżenie: to komiksy były pierwsze. Serial „Wikingowie” wystartował w 2013 roku, „Dawno, dawno temu” w 2010 – ich komiksowe odpowiedniki (a może pierwowzory?) odpowiednio w 2008 i 2002 (o podejrzanym podobieństwo „Baśni” do „Dawno…” sporo się w swoim czasie pisało, acz sam twórca komiksu dystansował się od „okołoplagiatowych” sugestii). Ale też w ogóle rewolucja serialowa nastąpiła wyraźnie później niż komiksowa. Tytuły, które odmieniły oblicze telewizyjnej/internetowej rozrywki, przyszły masowo raczej na początku kończącej się obecnie dekady. Dla przykładu: „Gra o tron” wystartowała w 2011, „House of Cards” w 2013. Tymczasem cykl „Kaznodzieja” Gartha Ennisa i Steve’a Dillona (ostre połączenie wątków kryminalnych, fantastycznych i biblijnych) zdążyła się skończyć w roku 2000, „Transmetropolitan” Warrena Ellisa i Daricka Robertsona (szalony cyberpunk) dwa lata później, a ze wspomnianych serii – „100 naboi” wystartowało w 1999, „Y – Ostatni z mężczyzn” w 2002, a „Skalp” w 2007. Komiks robił to samo, co obecnie seriale, tyle że wcześniej i – w moim przekonaniu, ale może jestem stronniczy – lepiej.

Do nas rewolucyjna fala amerykańskiego komiksu trafia późno (choć niektóre serie wydawano już przed laty), ale mamy wreszcie szansę na nadrobienie zaległości. I jest to baaardzo satysfakcjonujące nadrabianie!

Post scriptum: od czego zacząć?

To oczywiście pytanie z gatunku niemożliwych, bo przecież gusta bywają różne, ale jeśli miałbym podpowiadać, to moje TOP 5 układałoby się tak (kolejność przypadkowa):

  1. Skalp (J. Aaron i R.M. Guéra): gangsterski kryminał i współczesny western, do tego kilka naprawdę świetnie stworzonych postaci. Dowód na to, że sensacyjna fabuła może iść w parze z potężnym ładunkiem obyczajowym i psychologicznym.
  2. 100 naboi (B. Azzarello i E. Risso): punkty za rysunek i strukturę. Smakowite połączenie mocnych emocjonalnie historii z pytaniami moralnymi. Wyjątkowy klimat.
  3. Ex Machina (B.K. Vaugham i T. Harris): jeszcze jeden dowód na to, że z konwencji superbohaterskiej da się wiele wyciągnąć. Poważna tematyka i opowieść o meandrach władzy – Frank Underwood z małżonką mogą się schować.
  4. Baśnie (B. Willingham i inni): pomysłowa zabawa pozornie zgranymi do bólu motywami.
  5. Ludzie północy (B. Wood i różni rysownicy): wyjątkowy koncept serii, świetne scenariusze – gdzieś między brutalnością a liryką – plus galeria rysowniczych stylów. 

 

Reklama

komentarze [23]

Sortuj:
2753
240
07.01.2019 16:46

nawet nie pamiętam od czego zaczęła się moja obsesja na punkcie komiksów, ale wśród swoich ulubionych gatunków książek zawsze wymieniam graphic novels. dużo osób poleca zacząć do "Sandmana", ale mnie akurat ta seria w ogóle nie porwała. w każdym razie na pewno moja miłość do komiksów nie zaczęła się od Marvela. w sumie czytam głównie komiksy Vertigo/DC. nie twierdzę, że...

więcej

1078
1
06.01.2019 23:27

Niestety vertigo słabo się sprzedaje ponieważ to same gnioty a artykuł jest chyba sponsorowany.Historie są miałkie, naciągane i ochydne uwłaczające ludziom inteligentnym. Amerykanie nie znają słowa STOP np w Skalpie autorzy znęcają się nad indianami nacją od wieków prześladowaną gnębioną i prawie wybitą do nogi ale nie trzeba znich zrobić najgorsze szumowiny. Jeszcze te...

więcej

839
193
07.01.2019 04:46

Osobiście nie spotkałem żadnego gniota od Vertigo. Nie wiem też, w jaki sposób ich komiksy miałyby być uwłaczające ludziom inteligentnym? Np. Fables są pełne wiedzy ludowej z całego świata. Ogrom kultury jaką wchłonął autor i przekazał czytelnikom jest niepoliczalny. Samo słowo STOP do czego ma się niby odnosić?
Znaczenie i przesłanie zawarte w Skalpie kompletnie wyminąłeś...

więcej

1078
1
08.01.2019 18:41

Kubencjusz zgadzam się z tym co napisałeś o indianach. Właśnie nie każdy ma wiedzę historyczną i społeczną na temat innych nacji dlatego nie podoba mi się forma kopania leżącego w komiksie. Indianie nie mają praktycznie prawa głosu żyją w odizolowaniu a ich kultura wymiera a autorzy poniwarz wyczerpali swoje pomysły dorwali się do biednych indian gdzie postanowili przenieść...

więcej

3962
3722
06.01.2019 13:23

Marzę o komiksach historycznych.Wikngowie numer jeden


975
131
06.01.2019 22:43

@filozof
"Orły Rzymu" Mariniego, "Wieże Bois-Maury" Huppena,
"Pasażerowie wiatru", "Towarzysze zmierzchu" Françoisa Bourgeona, "Borgia" Manary i Jodorowsky'ego.
Trochę tego się zanjdzie.


217
168
07.01.2019 03:07

Lepszym komiksem od reklamowanych tu "Ludzi północy" jest manga "Saga winlandzka":

https://seczytam.blogspot.com/2018/07/nowe-komiksy-z-wikingami.html


605
142
06.01.2019 12:22

Ale żeby o Neilu Gaimanie i jego "Sandmanie" tylko bąknąć we wstępie, a Alana Moora i jego "Sagę o Potworze z Bagien" totalnie olać? Te dwie opowieści wraz z "Hellblazerem" (na polskie wydania którego czekam z niecierpliwością) stworzyły i zdefiniowały Vertigo.


565
1
07.01.2019 09:57

Niemal nie czytam komiksów. Niestety. Ale Sandman to jedyna seria, którą dozuję sobie niczym wakacje. To dla mnie święto. Właśnie czytam 9. tom, a pierwszy czytałem w 2011 roku.
ps. No i te oniryczne okładki niesamowitego Dave'a McKeana.


318
170
06.01.2019 10:46

Komiksy czytywałam w podstawówce. W moje ręce trafiały bardzo różne. Lubiłam kryminalne z serii o kapitanie Żbiku. Ale najbardziej podobały mi się historyczne o Bolesławie Krzywoustym, Władysławie Łokietku, Kazimierzu Wielkim itd. O tyle to jest ciekawe, ze nigdy nie lubiłam uczyć się historii, ale dzięki tym komiksom naprawdę dużo wiedziałam. A moi rodzice chętnie mi takie...

więcej

2617
13
08.01.2019 19:53

Też bardzo dobrze wspominam te historyczne komiksy! Nawet przetrwały do dzisiaj.


7121
3083
05.01.2019 21:58

A ja w ogóle komiksów nie czytam, jakoś mi z nimi nie po drodze. Z dzieciństwa pamiętam jednak serię starej generacji o Tytusie, Romku i Atomku Papcia Chmiela. Wciąż z wielkim sentymentem przechowuję kilka archiwalnych numerów.
No i jeszcze przygody Koziołka Matołka - mało kto pamięta, że to jeden z pierwszych polskich komiksów.

Dziś natomiast przeczytałam kilka...

więcej

839
193
05.01.2019 19:41

Dobry artykuł, cieszę się, że ktoś zachęca ludzi do czytania komiksów dając jako przykład swoje własne nawrócenie.
Przeczytałem już większość z wymienionych tu pozycji, a resztę mam albo na półce gotowe do czytania, albo na liście zakupów, także nie jest to dla mnie nic nowego. Vertigo i Image to moje ulubione wydawnictwa komiksowe. Mam wrażenie, że autor artykułu nie...

więcej

0
0
05.01.2019 19:03

Ponieważ tekst zaczął się od "z zasady omijałem amerykańskie komiksy zeszytowe (...) wydawane przez oficyny w rodzaju Marvela czy DC Comics" a skończył nie zawierając wzmianki o żadnym tytule z macierzystych imprintów wielkiej dwójki, podrzucam parę tytułów: "Hawkeye" Matta Fractiona, "The Vision" Toma Kinga czy "Batman" Scotta Snydera.


49
43
05.01.2019 15:54

"Skalp" jest rewelacyjny. Zaryzykowałbym stwierdzenie - doskonały. Szkoda, że ilustracja nie pokazuje rysunków Guery, a jednego z gości. Natomiast "100 naboi", mimo ciekawej kreski nie jest nadzwyczajny. Chwilami wręcz słaby i nudny. Ot takie powiastki.


1140
49
05.01.2019 15:36

Z wymienionych wyżej pozycji przeczytałem w całości "Skalp" i "Y - Ostatni z mężczyzn". Całe szczęście, że białostocka Książnica ma w posiadaniu wszystkie albumy, w innym przypadku musiałbym wyłożyć na tę przyjemność coś około kafla, jeśli się nie mylę (z tego co pamiętam, to koszt jednego albumu, a w każdej serii jest ich kilka, to coś koło 100 zł). Świetne komiksy, ale...

więcej

49
43
05.01.2019 15:59

Banshee to kompletnie niewiarygodna historia, czasem wręcz karykaturalna. I zupełnie nie rozumiem skojarzenia ze Skalpem. No chyba, że z uwagi na przemoc i Stany.


1140
49
05.01.2019 16:59

Indianie jeszcze, rezerwat etc. Bardziej z tej mańki chyba.


49
43
05.01.2019 19:01

Rozumiem. Dla mnie to co innego. Ale tam... każdy może własne mieć skojarzenia :) pozdrawiam


1140
49
05.01.2019 19:43

Przecież napisałem, że mi się kojarzy, a nie że to ta sama bajka.


49
43
06.01.2019 00:37

Zgadza się.


zgłoś błąd