Gdzie była redakcja, czyli słów kilka(set) o procesie wydawniczym

12.08.2018

Był taki czas, kiedy książka równała się w mojej głowie z historią, którą ktoś chciał mi opowiedzieć. Stanowiła rzecz od początku skończoną, a pisarze to byli jacyś niewidzialni, niedotykalni półbogowie, sprowadzeni do nazwisk na okładkach, którzy wyciągali ze swojej głowy gotowe opowieści. Chcę przez to powiedzieć, że nie przychodziło mi do głowy, by myśleć o książce jako o produkcie, nad którego jakością czuwa sztab ludzi, a ja widzę jedynie efekt finalny, wypolerowany i lśniący.

Potem postanowiłam zostać pisarką i zaczęłam się błąkać po forach literackich, analizatorniach i blogach książkowych. Wtedy dotarło do mnie istnienie stopki wydawniczej – mniej więcej w tym momencie, gdy po raz pierwszy przyglądałam się dyskusji pod hasłem „jaki redaktor to przepuścił”.

Przez pewien czas pławiłam się w tego typu dywagacjach. Z innymi aspirującymi pisarzami pochylałam się nad każdą rzeczą, która naszym – nieraz wcale nieskromnym zdaniem – winna być poprawiona, którą należało autorowi wybić z głowy, polecić do uzupełnienia czy też przesunięcia w inne miejsce. Osobną sprawą stało się namiętne wyłapywanie literówek, spacji przed znakami interpunkcyjnymi i nadmiarowych kropek, ale też zbędnych zaimków czy – dla równowagi – niedookreślonych, zagubionych podmiotów.

„Gdzie była redakcja?” – pytałam z innymi i niemal czułam, jak unoszą mi się ręce w geście rozpaczy tudzież desperacji.

Redakcja w pewnym momencie stała się dla mnie instytucją odpowiedzialną za wszystko.

Redakcja w pewnym momencie stała się dla mnie instytucją odpowiedzialną za wszystko. Mającą obowiązek posiadania całej ludzkiej wiedzy, a przynajmniej o tych sprawach, o których przypadkiem i ja coś wiem, bo jeśli nie wiem, to zwyczajnie ufam treści zawartej w książce. Prawda? O tym jednak pomyślałam nieco później. Najpierw przeszłam jeszcze etap panicznego lęku przed jakimkolwiek kontaktem z redaktorem – byłam wręcz modelowym przykładem autora z bolesnym nerwem, o jakim wspomniała dwa miesiące temu Agnieszka Hałas w swoim felietonie Praszczęta z czekoladą, a jednocześnie czułam powinność walki o swój tekst, o swoje wypieszczone frazy, przemyślne konstrukcje i nawiązania. A jak tu walczyć z kimś, kto z definicji jest mądrzejszy, bo jest przecież redaktorem? Pozostaje bieganie w kółko i krzyk. Na moje – uwaga spoiler – nieprawidłowe postrzeganie tego, co dzieje się za wydawniczymi kulisami, nie pomagały wyczytane w czeluściach Internetu mądrości, że redaktor jest od tego, żeby to, co autor napisze, w ogóle dało się czytać.

Kiedy więc okazało się, że przede mną debiut książkowy, cieszyłam się nieprzytomnie, a jednocześnie szykowałam na wojnę, do której nota bene powinien mnie był przygotować czas spędzony na forach literackich pod pręgierzem nieubłaganej krytyki współużytkowników, a jednak wcale nie przygotował. Byłam przerażona i niemal gotowa oddać wszystko walkowerem – włącznie z wydaniem – tyle że już nie było jak. Umowa podpisana, krewni i znajomi królika powiadomieni i oczekujący – znalazłam się pod ścianą. Mogłam się tylko odwrócić i stawić czoło redakcji.

Redakcja jest pierwszym wspólnym dla autora i wydawnictwa etapem procesu wydawniczego.

Tak więc zrobiłam. I teraz mogę dość precyzyjnie odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie.

Redakcja jest pierwszym wspólnym dla autora i wydawnictwa etapem procesu wydawniczego.

Jeśli nadesłany tekst uzyska pozytywne opinie recenzentów wewnętrznych, wpasuje się w aktualną linię wydawniczą i zespół uzna, że warto poświęcić mu czas i środki, czyli – innymi słowy – zdecyduje się na inwestycję w autora i jego dzieło, rzeczone dzieło trafia w ręce redaktora.

Idealna sytuacja wygląda tak, że redaktor ma czas na to, by najpierw przeczytać całość, a dopiero potem, czytając ponownie, nanosić uwagi. Dlaczego? Dlatego, że pierwsza redakcja służy wyłapaniu niejasności fabularnych, niespójnych zachowań bohaterów i tym podobnych spraw. Może się więc zdarzyć, że coś wyglądającego dziwnie po jakimś czasie zostaje wyjaśnione, służy czemuś w fabule i uwaga redaktora traci sens.

Zwykle jednak z braku czasu redaktor od razu wraz z pierwszym czytaniem nanosi swoje spostrzeżenia i nie znaczy to, że pracuje gorzej. Oczywiście poza odnoszeniem się do kwestii fabularnych – tu mogą na przykład paść sugestie rozszerzenia sceny, dookreślenia tła wydarzeń, poprawienia opisu – zaznacza też błędy stylistyczne, ujednolica styl autora, a nawet, jeśli jest taka potrzeba, poprawia błędy ortograficzne i interpunkcyjne.

Taki wstępnie opracowany tekst wraca do autora i następuje moment, kiedy musi on zmierzyć się z cudzym spojrzeniem na swoje dzieło i (jak było w moim przypadku) i nie umrzeć z zażenowania z powodu liczby poprawek w pliku.

Autor ma niezbywalne prawo zadawać każdą liczbę pytań dotyczących uwag redaktora.

W tym miejscu powiem, że autor ma niezbywalne prawo zadawać każdą liczbę pytań dotyczących uwag, ma prawo – a nawet powinność – wyjaśniać, co chciał w tekście powiedzieć, dlaczego użył zanegowanego przez redaktora wyrażenia i ma prawo nie zgodzić się na proponowaną zmianę. Powinien tylko pamiętać, że rolą redaktora jest czynić tekst lepszym i że uwagi redakcyjne nie mają na celu pokazania autorowi, jak to ów autor nic nie wie, życia nie zna i w ogóle głupoty pisze. Redaktor to wsparcie, trzeźwe oko, które widzi tekst takim, jakim jest, a nie jego wyidealizowaną wersję żyjącą w głowie autora. Nie ma też do tekstu stosunku emocjonalnego, łatwo mu ciąć i wymieniać poszczególne elementy. Przede wszystkim zaś interesuje go tekst i tylko tekst, nie autor. Mam na myśli, że nie komentuje on autora, nie ocenia go. Pracuje z jego wytworem po to, by wytwór ten trafił do odbiorców w stanie tak bliskim ideału, jak się da. I najlepsze, co można dla tekstu zrobić, to traktować redaktora jak członka drużyny i uwierzyć w jego pozytywne intencje, bo takie właśnie są.

Praca z redaktorem to wspaniała gimnastyka umysłu, ćwiczenie wyobraźni.

Dla mnie – po pierwszych chwilach przerażenia i wstydu – ten etap jest uskrzydlający. Pojawia się ktoś, z kim mogę rozbierać na części pierwsze każde zdanie, na kim mogę sprawdzać swoje umiejętności przekazywania konkretnych wrażeń i treści, z kim mogę się zastanawiać, co byłoby w stanie zgnieść ciało ludzkie na papkę… Choć tym ostatnim najprawdopodobniej nie powinnam się chwalić. Praca z redaktorem to wspaniała gimnastyka umysłu, ćwiczenie wyobraźni. A moment, w którym wreszcie ustalacie, że już, koniec, wszystko, co mogło być zrobione, zostało zrobione, daje – przynajmniej mnie – podobną euforię, jaką przeżywam, gdy skończę pisać tekst.

Wracając zaś do kwestii technicznych: po pierwszej redakcji następuje druga. Tu już redaktor skupia się znacznie bardziej na formie niż na treści. Choć już w pierwszym etapie zaznacza pewne kwestie językowe, zwykle przy drugim czytaniu dostrzega znacznie więcej mniejszych i większych błędów stylistycznych, gramatycznych i innych tego typu. To dlatego, że ogarnąwszy treść, ma wolne pole do pochylenia się nad samym sposobem pisania.

Dwie tury redakcji to niezbędne minimum, ale nieraz zdarza się ich więcej – wszystko zależy od czasu, jaki wydawnictwo może na to poświęcić, ale też od tego, jak potoczy się współpraca między autorem a redaktorem.

Redaktor nie powinien zapominać, że to nie jego powieść, powinien być całkowicie przezroczysty.

Oczywiście bywa i tak, że współpraca nie idzie i redakcja faktycznie zaczyna przypominać wojnę. Na przykład ze względu na niezgodność charakterów. Albo dlatego, że wizje autorska i redaktorska dotyczące ostatecznej wersji powieści są całkiem różne. Redaktor nie powinien zapominać, że to nie jego powieść. Jedna z moich zaprzyjaźnionych redaktorek powiedziała mi kiedyś, że na zajęciach z edycji tekstu wkładano im do głów, że redaktor powinien być całkowicie przezroczysty. Nie może kształtować stylu, zmieniać wydźwięku – powinien się dostosować do autora. Nie powinien też sam zapominać, że nie jest nieomylny i że ma do pomyłek i niewiedzy prawo. I że autor może wiedzieć więcej od niego, bo wykorzystuje swoje pasje albo zwyczajnie odrobił zadanie domowe z riserczu. Jeśli autor zaczyna odczuwać dyskomfort podczas kontaktów z redaktorem, ma poczucie, że proponowane zmiany nie służą tekstowi, zawsze może rozważyć zmianę redaktora. Czy wydawnictwo takiej zmianie przyklaśnie, to już zależy od podejścia, ale też od innych czynników – głównie czasu i pieniędzy, które niestety ciągle są zmorą rynku książkowego. Z kolei czy autor zdecyduje się na taką prośbę, zależy od tego, jak pewnie się czuje. Czasem może uznać, że taka prośba zaszufladkuje go w wydawnictwie jako osobę roszczeniową, z którą nie warto współpracować w przyszłości.

Kiedy redaktor może już odpocząć (czytaj: zająć się pracą nad kolejną książką), przychodzi pora na korektora. Jego zadaniem jest dostrzec wszystkie te miejsca, które redaktorowi umknęły. Na tym etapie bardzo rzadko pojawiają się sugestie większych zmian, a najgorsze, co może się na nim przytrafić, to moim zdaniem hiperpoprawność, która potrafi zabić styl autora i przerobić tekst literacki w wypracowanie szkolne oraz poprawianie pojedynczych zdań, jakby były odrębną całością, nie zaś częścią akapitu. W swoich doświadczeniach obserwowałam pojawianie się powtórzeń właśnie podczas korekty. I znowu: dopóki to, czego życzy sobie autor, nie stoi w jawnej sprzeczności z zasadami języka polskiego (w specjalnych sytuacjach nawet błędy mają rację bytu – jeśli na przykład wypowiada się bohater mówiący niepoprawnie), nie musi się on bezwzględnie godzić na proponowane zmiany.

Zarówno na etapie redakcji, jak i korekty, autor musi być informowany o każdej proponowanej zmianie i każdą musi zaakceptować.

Co ważne, zarówno na etapie redakcji, jak i korekty autor musi być informowany o każdej proponowanej zmianie i każdą musi zaakceptować. Nie powinno się zdarzać, że pod poprawkami znika autorski oryginał. Dlatego praca zawsze odbywa się w trybie rejestrowania zmian.

Po korekcie tekst trafia do składu. Składacz dba o to, by tekst się nie rozłaził, by przerwy między wyrazami były podobnej długości, musi znać zasady dzielenia wyrazów. To on odpowiada za stronę wizualną, a więc za pierwsze wrażenie, jakie zrobi książka na otwierającym ją czytelniku.

Wersja poskładowa jest sprawdzana raz jeszcze – ostatnie drobne błędy, jak nadmiarowe kropki czy spacje przed znakami interpunkcyjnymi, mają szansę zniknąć na tym etapie.

Moment wydania jest coraz bliżej, a do szczęścia brakuje jedynie okładki. Prace nad nią zwykle przebiegają równolegle z pozostałymi. Bywa różnie – autorzy mają większy lub mniejszy wpływ na to, co się na niej pojawi; wspaniale, jeśli grafik zna treść książki, bo czytał albo chociaż mu ją streszczono. Bywa jednak i tak, że dostaje jedynie ogólne wytyczne. Ja na przykład zostałam poproszona o podanie opisu głównej bohaterki – z mojego punktu widzenia wyróżniające ją cechy zewnętrzne to jasny warkocz i zielone oczy. Cała reszta to wyobraźnia twórcy ilustracji okładkowej.

W chwili, gdy mamy już wszystkie elementy, książkę można posłać do drukarni. Nieco później czytelnik dostanie do rąk finalny produkt, nad którym pracowało kilka różnych osób, a między nimi jest autor. Jego rola w procesie wydawniczym bynajmniej nie ogranicza się do napisania powieści, a w sprawach dotyczących poprawek zdanie autora jest ostateczne.

Zdecydowanie nie należy zrzucać wszystkiego, co nam się w czytanej książce nie podoba, na redakcję. Wszystkie niedociągnięcia, błędy (czy to obiektywne, czy wynikające z subiektywnego odbioru czytelnika) i nietrafione wybory są wynikiem wspólnych decyzji. Pozostając w pełni władz umysłowych, oświadczam niniejszym, że za istnienie takowych w „Zatopić »Niezatapialną«”, odpowiedzialna jestem ja.

Na koniec, korzystając z okazji, pragnę się podzielić pewnym faktem ze wszystkimi, którzy – jak ja kiedyś – uważają, że drzewiej bywało lepiej, literówki się nie zdarzały, a ewentualne pomyłki poprawiane były w erracie. Otóż nie. Wracam sobie od czasu do czasu choćby do starego wydania „Trzech muszkieterów” i widzę rzeczy, których dawniej nie widziałam – zmienione lub pominięte słowa, przecinki w dziwnych miejscach, brak znaków diakrytycznych. Widzę je, bo świadomie szukając błędów, zepsułam sobie mózg, który kiedyś po prostu nie zwracał uwagi na drobiazgi, uzupełniając i poprawiając co trzeba na bieżąco, na podstawie wcześniejszych doświadczeń i delektując się tym, co najważniejsze – historią.

---

Anna Hrycyszyn - rocznik 1978, gliwiczanka, z wykształcenia tyflopedagog. Szczur lądowy beznadziejnie zakochany w morzach, statkach i okrętach, a do tego wielbicielka rewolucji przemysłowej i architektury obronnej. Echa tych fascynacji pojawiają się w jej tekstach. Przygodę z pisaniem rozpoczęła od publikacji w drugim tomie „Fantazji Zielonogórskich”. 

Reklama

komentarze [29]

Sortuj:
0
1114
konto usunięte
10.08.2018 14:17

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


2999
0
12.08.2018 13:46

W przypadku selfpubu, najwięcej zastrzeżeń budzi pierwszy etap, czyli recenzenci wewnętrzni. Mam wrażenie, że oni nie istnieją.


1373
17
12.08.2018 14:36

1. Możesz sam ich sobie znaleźć: rodzina, znajomi, jak się uda to nawet nieznajomi - tylko trzeba poszukać takich, którzy potrafią spojrzeć na dzieło i skrytykować, a nie takich, którzy pochwalą wysiłek bez względu na rezultat.
2. Sam fakt, że trzeba się uciekać do selfpubu, może być wskazówką, że z dziełem coś nie tak - gdyby było dobre, to powinno się nim zainteresować...

więcej

0
1114
12.08.2018 18:36

Przede wszystkim (jak zresztą zauważyła Monika) - istnieje różnica między selfpublishing a vanity publishing. Selfpublishing jest wtedy, gdy autor za wszystko odpowiada sam. I bywa z tym bardzo różnie. Są selpublisherzy, którzy zatrudniają na własny koszt redaktora, korektora, składacza, ilustratora. Są też tacy, którzy po prostu wysyłają poskładaną własnym sumptem powieść...

więcej

2999
0
12.08.2018 20:22

Różnica mniej więcej taka jak między syfilisem a malarią. Nigdzie nie pisałam, że recenzenci nie istnieją, tylko że mam wrażenie że nie istnieją, bo chyba jeszcze nie czytałam selfa albo vanity, za który warto płacić więcej jak złotówkę.


0
0
13.08.2018 08:20

Jeśli chodzi o vanity, wszystko, na co się natknęłam, to była tragedia. Z selfami - większość, ale tu nie byłabym aż tak surowa. Zdarza się, że tą drogą autorzy wydają teksty niszowe, których wydawca nie chce, bo grona odbiorców mogłoby być zbyt małe. Czasem robią to nawet osoby, których inne teksty ukazują się w zwykłych wydawnictwach - na przykład zbiorek opowiadań...

więcej

194
4
13.08.2018 18:34

A ja prosiłabym nie uogólniać - nie wszystkie selfpuby to gnioty. Polityka wydawnicza oficyn jest bardziej złożona, niż się większości osób wydaje. Przyznam, że sama opublikowałam w zeszłym roku powieść za pośrednictwem platformy self-publishingowej, bo po prostu nie miałam innego wyjścia - wydawnictwa nie były nią zainteresowane; kilka napisało mi wprost, że nie chcą...

więcej

0
1114
13.08.2018 19:49

Jako przykład bardzo dobrze zrealizowanego selpublishingu przywołam zbiór opowiadań pt. "Karaluch w uchu" autorstwa Agnieszki Żak.


0
1114
13.08.2018 20:02

@Agata - zgadzam się, że uogólnienia są brzydkie i że nie jest sprawiedliwie traktować wszystkich selfpublisherów identycznie. Powody wybrania tego sposobu wydania mogą być bardzo różne. Pierwsze wydanie "Marsjanina" Andy'ego Weira też było selfem.


1373
17
13.08.2018 20:16

@Agata
Zgadzam się, że nie można, bez przeczytania wszystkich, co przecież samo w sobie jest niemożliwością, stwierdzać, że wszystkie selfpuby to gnioty. Ale zapytam Ciebie: kto w tym wątku powiedział coś aż tak kategorycznego? Bo że więcej jest gniotów niż czegoś wartościowego, to chyba nie wymaga dowodów, zgodzisz się z tym? A tylko tyle mówiliśmy, że większość jest nic...

więcej

194
4
13.08.2018 21:26

@Monika
Po pierwsze, nigdzie nie napisałam, że ktoś w tym wątku stwierdził, że "wszystkie selfpuby to gnioty". Logiczne, że nie da rady przeczytać każdej książki opublikowanej w ten, czy jakikolwiek inny sposób. Odniosłam się jedynie do tendencji do uogólniania na podstawie jakości większości selfpubów lub tylko tych, z którymi dana osoba miała styczność.
Po drugie,...

więcej

194
4
13.08.2018 21:35

@Siemomysła
Amanda Hocking, autorka książek dla młodzieży, też wydała swoje powieści najpierw w formie self-publishingu. Ale za granicą jest to dużo bardziej popularne i zarazem bardziej opłacalne niż w Polsce :) I potencjalnych czytelników też znacznie więcej.


1373
17
13.08.2018 22:08

@Agata
A to przepraszam, myślałam, że Twoje słowa
A ja prosiłabym nie uogólniać - nie wszystkie selfpuby to gnioty.
to reakcja na coś w tym wątku. Jeśli to tylko prośba ogólna lub wyprzedzająca nadmierne uogólnianie spodziewane w kolejnych postach, to wycofuję swoją krytykę.


2999
0
14.08.2018 09:27

Odniosłam się do tego co czytałam, przykro mi, ale się nie podobało, głównie ze względów technicznych. Czyli redaktorsko-korektorskich. Uogólnienia są nieuniknione, bo jednak większość selfów i pochodnych ma braki na poziomie podstawowym tego rzemiosła. W końcu nawet autorka artykułu od tego wychodzi: od powszechnego narzekania na korektę czy redakcję. Wyjaśnienie procesu...

więcej

1934
264
13.08.2018 14:32

Są wydawnictwa i Wydawnictwa. Jedne bardziej szanują siebie i czytelników, inne mają głęboko gdzieś, że tekst nie jest taki jaki powinien być. Byleby tanio wyszło. Największy koszmar przeżywam z wersjami ebook. Tutaj to jest dopiero pole bitwy. Czasami przecieram oczy ze zdumienia a najczęściej odkładam książkę na kiedyś, bo zwyczajnie nie da się czytać bez zgrzytania...

więcej

0
1114
13.08.2018 19:59

Przyznam, że nie bardzo rozumiem o co chodzi z różnicą między e-bookiem a książką papierową. Występują różnice w treści? E-book zawiera błędy a wersja papierowa tej samej pozycji nie? Wiedziałam, że mogą się zdarzyć problemy przy składzie e-booka - typu brak justowania prawego marginesu, ale to jedyna różnica pomiędzy wersją papierową i elektroniczną tej samej książki jaką...

więcej

1934
264
13.08.2018 20:06

Nie różnice w treści a błędy. W ebooku są w papierze ich nie ma, sprawdzone z wieloma znajomymi, którzy z kolei czytają tylko papier. Poza tym, owa znajoma po tym, jak zwróciłam jej uwagę na błędy, napisała mi, że w ebooku zdążyli wprowadzić zmiany, natomiast na papier było już za późno. Nie mam pojęcia jak to wszystko działa.
Dziś na przykład w jednej z książek miałam...

więcej

0
1114
13.08.2018 20:14

OK. Rozumiem - to faktycznie problemy składu e-bookowego. To nie jest proste przekonwertowanie, trzeba to dodatkowo ogarnąć. Aż przykro coś takiego czytać - w sensie, że takie rzeczy się zdarzają :/


0
1114
konto usunięte
13.08.2018 16:38

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


0
1114
13.08.2018 19:55

Nie ma na to reguły, jak mi się wydaje. W przypadku "Zatopić >>Niezatapialną<<" od pierwszej rozmowy telefonicznej z wydawcą, kiedy wyraził zainteresowanie do dnia premiery upłynęło 20 miesięcy. Przy czym książka musiała się znaleźć w planie wydawniczym. Praca z redaktorką to 3 miesiące. Potem korekta, skład i tak dalej.


3934
3694
13.08.2018 17:35

Jestem,pod wrażeniem.Małych wydawnictw,które dają szansę nieznanym autorom.Wtedy,mogę poznać wielu nowych pisarzy.


652
603
13.08.2018 20:01

"Dlatego praca zawsze odbywa się w trybie rejestrowania zmian" - nieprawda. Nadal wiele liczących się, renomowanych wydawnictw pracuje z autorem na wersji papierowej.


0
1114
13.08.2018 20:05

Ale tam też wersja autorska nie znika przecież pod wersją redaktora/korektora. Naniesienie propozycji zmiany nie likwiduje z papieru oryginału.


652
603
13.08.2018 20:28

Wyraźnie się nie rozumiemy, ale... czy to ważne... :-)

To po prostu typowe dla młodych ludzi, którzy znają już tylko jedną formę pracy z redaktorem/korektorem, to jest MS Word i śledzenie zmian.


0
1114
13.08.2018 20:39

Edytorów tekstowych jest więcej niż jeden MS Word :) I tak, znam system zaznaczania zmian korektorskich systemem znaczków na wydruku. Ale - choć skończę w tym roku lat czterdzieści - faktycznie nie pracowałam nad tekstem inaczej niż w formie elektronicznej. Swoją drogą jedyne wydawnictwo, jakie na swojej stronie w zaleceniach dla autorów pisze, że oczekuje wersji...

więcej

652
603
14.08.2018 09:32

Tak... wszystko się zmienia...


73
48
14.08.2018 15:48

A ja mam pytanie z trochę innej kategorii. To znaczy dotyczy to omawianego wyżej tematu wydawania, ale chodzi mi konkretnie o co innego. O autora przed debiutem,a konkretniej o to, że tenże autor zostaje ze swoją twórczością sam. Nie tak dawno temu, dobrze to pamiętam, w internetach, mnożyły się na lewo i prawo, ukośnie i prosto, fora i osoby, które chciałyby pomagać w...

więcej

0
1114
16.08.2018 07:17

Jeśli o forach - działa na pewno forum "Literka". Nie jest duże, ale ma pewną grupę użytkowników, którzy chcą się dzielić swoim doświadczeniem. Trzeba spełnić pewne warunki, by móc publikować - wszystko jest w regulaminie. Może warto spróbować?
Jest też NaNoWriMo - listopadowa akcja pisania powieści w miesiąc. W październiku na stronie nanowrimo.org rusza forum, które...

więcej

842
220
18.08.2018 19:33

Cóż, w felietonie sama prawda. Niestety wiele wydawnictw (pewnie z braku środków finansowych lub czasu, albo i jednego i drugiego) redaktora i korektora zastępuje jedną osobą. A na tym tekst dobrze nie wychodzi.


zgłoś błąd