Reportaże o wojnie i życiu w jej cieniu

LubimyCzytać
30.04.2014

Maria Wiernikowska relacjonowała najgroźniejsze konflikty, m.in. z rozpadającego się Związku Radzieckiego, Jugosławii, Iraku czy Afganistanu. Nie lubi jednak, gdy mówi się o niej „korespondentka wojenna” – jej opowieści są bowiem nie tyle o wojnie, co o życiu toczącym się w jej cieniu. 

W książce Widziałam, która dotyka trudnych, nadal bolesnych wspomnień z wojen lat 90., Maria Wiernikowska stawia przed czytelnikiem niełatwe pytania. Takie, które na co dzień skłonni jesteśmy odsuwać od siebie jak najdalej: dlaczego tak łatwo szafujemy życiem swoim i innych? Poddajemy się romantycznej wizji walki do końca? Idealizujemy wojnę?

Refleksje wracają, jak wracają podszyte niezrozumieniem, nienawiścią, pogardą dla drugiego spory. Czasem – spory nierozwiązywalne. Autorka stara się wyważyć racje stron, choć czasem trudno jej powściągnąć emocje, gdy przed oczami ma obrazy piekła. Bo piekło, mimo upływu lat, ma się dobrze. Zmieniają się tylko jego granice. Jak teraz na Ukrainie… 


Prawdziwa wojna jest właściwie okropnie nudna. Wieczorem artylerzyści przy słoikach z wódką do znudzenia opowiadają o swoich sukcesach, o jakichś „zdjętych” armatach, a nazajutrz godzinami okopują nowe stanowisko. Wreszcie pod wieczór mokną, ładując co minuta działo, strzelają, nie widząc odległego celu, mierzą, jak im każe dowódca przez walkie-talkie. Czasami im mówi, że trafili.

Abstrakcyjnie wygląda bitwa artyleryjska, gdy stoisz na wzgórzu i liczysz czas od ognistego błysku do słupka pyłu, który wznosi się tam, gdzie padł pocisk. Dopiero po chwili słychać huk, jeśli blisko, czujesz go na przeponie. Czasami pocisk ze 122-milimetrowej haubicy leci ze złowrogim świstem bomby, czasami w ciszy – zależy, czy z naszej strony, czy z tamtej. Dziś nad Karaczinarem krzyżował się ogień z czterech stron. Po kilkunastu domach na chwilę uniósł się pył. Ze wzgórza nad wsią nie widać ludzi, nie słychać krzyków dzieci ani zwierząt.

Zupełnie inaczej, gdy jesteś w oborze, gospodyni właśnie wydoiła krowę, zdmuchujesz ciepłą piankę z mleka pod łakomym spojrzeniem dziatwy i nagle wszyscy rozpierzchają się gdzieś. Ktoś w biegu przypomina sobie o tobie i krzyczy po rosyjsku: „Do schronu!” i dopiero wtedy zaczynasz rozumieć, że to „grad”. Latają pojedynczo albo seriami po czterdzieści, ale ty słyszysz ten jeden, gwiżdżący nie wiadomo skąd, kiedy lecisz z idiotycznym wiadrem mleka, nie za szybko, żeby nie uronić tego skarbu, który ma wyżywić tego dnia całą rodzinę.

(fragment książki Marii Wiernikowskiej "Widziałam. Opowieści wojenne" wydanej nakładem wydawnictwa Zwierciadło, pod patronatem lubimyczytać.pl)

 

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
31
2
07.05.2014 10:59

Telewizyjne programy i reportaże autorki były ciekawe, więc książkę też pewnie przeczytam.


39
2
05.05.2014 14:04

Sam poruszany problem wydaje się być ważny. Jak uda mi się zdobyć książkę to ją na pewno przeczytam.


7121
3083
30.04.2014 20:17

Wiernikowska na pewno należy do czołówki polskich reporterów. Z wielką chęcią sięgnę po jej książkę, bo bardziej znam ją jako autorkę cyklu reportaży telewizyjnych pod tym samym tytułem.


693
166
30.04.2014 14:35

A'propos okładki: pomijając fakt, że to zdjęcie było w 2009 roku na okładce Jagielskiego (i chyba jest to zdjęcie K.Millera, który z Jagielskim był w podróży po Afganistanie, o czym jest książka), to przegięciem jest ingerencja w oryginał (liczba gołębi).


150
41
30.04.2014 13:13

Widząc tylko fragment okładki na półce w księgarni łatwo można się pomylić i przez pomyłkę wsadzić do koszyka nie to, po co przyszliśmy :)
http://www.empik.com/modlitwa-o-deszcz-jagielski-wojciech,2900302,ksiazka-p


2801
4
30.04.2014 12:12

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd