Między Afryką a Zachodem. „Czarny Lampart, Czerwony Wilk” Marlona Jamesa

Bartek Czartoryski
24.03.2021

Choć, po prawdzie, moje osobiste doświadczenia ze sposobem odbioru prozy Marlona Jamesa nie mają tutaj absolutnie nic do rzeczy, to do niedawna jamajski autor kojarzył mi się bardziej ze słowem mówionym niż pisanym. I tak też początkowo było z „Czarnym Lampartem, Czerwonym Wilkiem”.

Między Afryką a Zachodem. „Czarny Lampart, Czerwony Wilk” Marlona Jamesa

 Czarny Lampart, Czerwony Wilk Nie ma w tym zalążka żadnej tajemnicy, po prostu książkę, tak jak poprzednie, przesłuchałem, a dopiero potem przeczytałem. Wymagało to ode mnie niezwykłego skupienia i ciągłego odkrywania, zderzyłem się bowiem z językiem trudnym i niekiedy nieprzystępnym, a niektóre fragmenty „Czarnego Lamparta, Czerwonego Wilka” musiałem przewijać po stokroć, żeby zrozumieć ich sens. Dlatego, znając oryginał, tym większy mam szacunek dla tytanicznej pracy tłumacza Roberta Sudóła, który przełożył ostatnią powieść Jamesa. Książka waży tyle, że aby ją podźwignąć, i czytelnik będzie musiał się wysilić.

Reklama

Do owej powieści zdążyła już przylgnąć rzucona swojego czasu przez Jamesa żartobliwa uwaga, że to istna afrykańska odpowiedź na „Grę o tron”, ale gdy teraz o tym myślę, między oboma tytułami istnieją całkiem wyraźne punkty styczne, choć nakreślone dość grubymi krechami.

Pomijając już nawet gatunkową proweniencję obu tych pozycji, to kolejne dwa tomy omawianej powieści — bo historia ta od początku planowana była jako trylogia — mają przedstawić te same wydarzenia z różnych perspektyw, a takowy zabieg stylistyczny stosował też George R.R. Martin. Owszem, to naskórkowe skojarzenie, dotyczące samej konstrukcji, acz zbyt kuszące, by o nim nie napomknąć. Lepszym wspólnym mianownikiem byłoby chyba niejakie podobieństwo odautorskiego spojrzenia, pełne, jak się wyraził sam James, sceptycyzmu.

Z całym szacunkiem dla książek Martina, w „Grze o tron” ów sceptycyzm wynika i z komercyjnej kalkulacji, i z potrzeby igrania z przyzwyczajeniami czytelnika, i z niejakiej narracyjnej konieczności nakreślenia świata, gdzie sztylet wbity w plecy to niemalże społeczna norma.

Oto moja wiara. Pierwszy mężczyzna zazdrościł pierwszej kobiecie. Jej błyskawica była przepotężna, jej krzyki i jęki dostatecznie głośne, aby zbudzić umarłych. Mężczyzna ten nie mógł się pogodzić, że bogowie obdarzyli słabą kobietę takim bogactwem, więc nim każda dziewczyna stała się kobietą, mężczyzna gotował się, aby to skraść, wyciąć i wyrzucić do lasu. Ale bogowie włożyli to, schowali głęboko, żeby żaden mężczyzna nie mógł znaleźć. Mężczyzna za to zapłaci.

– Marlon James „Czarny Lampart, Czerwony Wilk”

Tymczasem w „Czarnym Lamparcie, Czerwonym Wilku” wyrasta on prosto ze specyfiki afrykańskiego folkloru. Stąd też towarzyszące lekturze poczucie pewnej obcości, potęgowane nie tylko przez egzotykę treści, ale i gęsty, nieprzeźroczysty styl Jamesa, za który równie często jest chwalony, co krytykowany.

Ba, zarzucano mu nawet, cytuję, stylistyczny onanizm.

Reklama

Co się tyczy owego immanentnego sceptycyzmu, pozostaje zapytać, na ile faktycznie jest on sprzęgnięty z afrykańskimi mitami, a na ile z samym Jamesem, bo przecież jego poprzednie powieści również portretowały ludzi gwałtownych i brutalnych i nie umykały przed sugestywnością języka opisującego rozmaite bezeceństwa. Cóż, nawet Martin musiał przemycić od czasu do czasu iskierkę nadziei. Jamajczyk z kolei odbiera ją już na starcie, przecież pierwsze zdanie tej powieści brzmi „Dziecko nie żyje”. Dziecko, którego odnalezienia podejmuje się główny bohater, zwany Tropicielem, człowiek o nosie zdolnym wyniuchać każdego, co chętnie czyni za pieniądze, i z wilczym okiem pozwalającym mu widzieć w ciemności.

Co więcej, on sam, jak i jego towarzysze podróży, podkreślają nie raz, że nie zależy mu na chłopcu, którego odszukania się podjął. Na swój sposób jest to istny MacGuffin, czyli, innymi słowy, fabularna podpucha, ale nie ma to aż takiego znaczenia, jak by mogło się wydawać.

Jamesowi bardziej niż na historii, zależy na samym akcie snucia opowieści. Jego piękne, wielopiętrowe zdania wydają się być treścią samą w sobie i umyślnie to porzuca czytelnika, to zakręca nim jak podczas zabawy w ciuciubabkę, nierzadko, na przykład, nie dookreślając podmiotu, bo liczy się bardziej czyn, nie jego wykonawca.

Miesza chronologię, skacze z myśli do myśli, tworząc nie tyle labirynt, co układankę, której złożenie komplikuje fakt, że nie mamy przed sobą obrazka wyobrażającego to, co miałaby docelowo przedstawiać. Immersyjność doświadczenia czytelniczego jest dzięki temu wyjątkowa, bo, jak już podkreślałem, zasadza się na języku Jamesa, a ten jest wycyzelowany.

Tkwimy w wielkiej tykwie świata i Bóg Matka trzyma wszystko w swoich dłoniach, aby to, co jest na dnie kuli, nigdy nie wypadło. Zarazem świat jest płaski na papierze, z krainami naniesionymi jak plamy krwi przesączającej się przez płótno, o nierównych kształtach, które czasem wyglądają jak czaszki ludzi poronionych. 

– Marlon James „Czarny Lampart, Czerwony Wilk”

Nitek tu tyle, jakby wypuścić z rąk nie kłębek, a cały ich koszyk, lecz splatają się one przez dziecięce traumy Tropiciela, który, sam będąc porzuconym za młodu, współczuje tym, których spotkał podobny los. Jednocześnie, do pewnego stopnia, zdaje on sobie sprawę z własnej hipokryzji, która jest hipokryzją dorosłego.

Niejednokrotnie ma się przy tym wszystkim wrażenie, że James jednak mówi nie tyle o swoim bohaterze, ile o sobie, i nie sposób odróżnić, kiedy to wymysły, a kiedy, ekhm, prawda. Bo mimo owej nieprzejrzystości i nieprzeźroczystości, pełno tu przecież kultury Zachodu, naniesionej na te wszystkie dziwności, skrytobójców wyrastających z cieni na suficie, olbrzymów i wiedźm.

Sama postać Tropiciela czerpie sporo z archetypu prywatnego detektywa z kryminału noir, na wyprawę nieprzypadkowo rusza drużyna pozbierana z nieprzystających do siebie postaci, i tak dalej. Nic nie jest dziełem przypadku, bo za młodu James rysował superbohaterskie komiksy (do dzisiaj jest ich fanem), zaczytywał się grecką mitologią i płakał, słuchając po raz pierwszy Guns N’ Roses. Za inspirację dla powieści, obok dzieł pisarzy afrykańskich, podawał serial „The Affair”.

Marlon James

Reklama

Dlatego świat powieści jest utkany w tym samym stopniu z egzotycznych dla nas podań, jak i wykuty przez Jamesa, zresztą nie mam odpowiedniej wiedzy na temat, żeby potrafić odróżnić jedno od drugiego. A może i nawet nie należy tego robić, jeśli nie chce się odrzeć tego wszystkiego ze specyficznej magii? Bo przecież, jak mówił Cormac McCarthy, cytowany potem i przez Jamajczyka, książki powstają z książek. Nie inaczej.

Po przeczytaniu ostatniego zdania „Czarnego Lamparta, Czerwonego Wilka” aż chce się wrócić do początku, do rzeczonego pierwszego zdania, żeby lepiej zrozumieć, co i dlaczego się wydarzyło. I być może w tym najpełniej wyraża się zamysł Jamesa, bo przecież nieprzypadkowo chce uczynić z tej opowieści trylogię. Chyba dopiero wtedy damy radę rozplątać wszystkie te upuszczone przez niego kłębki.

Powieść „Czarny Lampart, Czerwony Wilk” jest już dostępna w sprzedaży.

Artykuł na podstawie książki „Czarny Lampart, Czerwony Wilk” we współpracy z Wydawnictwem Echa

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
2648
333
24.03.2021 21:55

Dyskusji chyba na razie nie będzie, bo mało kto przeczytał, ale po "Krótkiej historii..." spodziewam się czegoś naprawdę niezwykłego.


194
0
26.03.2021 13:53

W Radio Nowy Świat odbyła się dość ciekawa, acz krótka rozmowa Michała Nogasia z Wojciechem Mannem na temat książki.
Poranna Manna - 26/04/21 - tak w okolicach końca drugiej godziny audycji, dostępna w podcastach.


40
0
24.03.2021 10:22

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd