Przeczytaj fragment autobiografii Glorii Steinem „Moje życie w drodze“

LubimyCzytać
19.11.2019

Nakładem wydawnictwa Poradnia K 13 listopada ukazała się autobiografia Glorii Steinem – dziennikarki, pisarki, aktywistki, jednej z najbardziej inspirujących kobiet na świecie i ikony drugiej fali feminizmu, walczącej z dyskryminacją związaną nie tylko z płcią, ale również rasą, wiekiem, pochodzeniem czy orientacją seksualną.

„Moje życie w drodze” to porywająca historia o przywództwie, podróżach i aktywizmie, w której Gloria Steinem uświadamia nam, że otwarty umysł może zmienić sposób naszego myślenia, działania i życia. Autorka po raz pierwszy opowiada tak szczerze historię swojego życia!

W 2020 roku na ekrany kin wejdzie filmowa biografia Glorii Steinem z nagrodzonymi Oscarami Julianne Moore i Alicią Vikander.

Prezentujemy fragment książki – początek rozdziału drugiego pt. „Kręgi debaty” w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej.

Jako że ojca uważałam za pozbawionego korzeni wędrowca, moim pierwszym pomysłem na siebie była próba stania się kimś zupełnie innym. Byłam przekonana, że moje dość szczególne dzieciństwo stanie się punktem wyjścia do dorosłości, w której będę miała konkretną pracę, stały dom i wakacje raz do roku. Doprawdy. Zapewne tęskniłam za takim życiem bardziej niż osoby, które wyrosły w podobnych rodzinach. Mogłabym mieć wypisane na czole: „dom poszukiwany”, założyłam jednak, że prawdziwy dom musi poczekać, aż znajdę męża i urodzę dzieci – los, który zdawał mi się nieunikniony, a zarazem – niewyobrażalny. Nawet w kinie nigdy nie widziałam żony, która odbywałaby własną podroż. Małżeństwo stanowiło zawsze szczęśliwe zakończenie, nigdy początek. Były lata pięćdziesiąte, a pojęcia „dorosnąć” i „ustatkować się” całkiem mi się pomieszały.

Trzeba było dwóch lat mieszkania w Indiach, dokąd pojechałam zaraz po ukończeniu college’u – chcąc zerwać zaręczyny z człowiekiem dobrym, ale nieodpowiednim – żebym dostrzegła, że specyficzny, samotny sposób podróżowania mojego ojca nie był jedynym możliwym. Istniały wspólne drogi, zarazem odwieczne, jak i całkiem nowe.

I

Reklama

Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w New Delhi, oczekiwałam, że będę podróżować jak „memsahib”, samochodem z kierowcą, i że jest to sposób podróżowania, na który stać każdego miejscowego urzędnika i każdą turystkę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak inaczej mogłabym poruszać się ulicami, na których tłoczyły się powolne wozy zaprzężone w woły, szybkie motocykle, żółto-czarne taksówki przypominające trzmiele, chmary rowerzystów, jedna czy dwie spacerujące krowy, stareńkie autobusy, pełne tkwiących w ścisku pasażerów i obwieszone od zewnątrz gapowiczami, oraz handlarze uliczni, którzy rzucali się do sprzedawania jedzenia i błyskotek na każdym przystanku.

Trzeba było dwóch miesięcy pobytu w charakterze cudzoziemki, czyli osoby rzadko tam widywanej, w Miranda House, żeńskim college’u Uniwersytetu Delhijskiego, oraz życzliwych studentek, które uczyły mnie, jak nosić sari i jak łapać autobus, abym wreszcie zdała sobie sprawę, że sama w aucie po prostu nie byłabym naprawdę w Indiach. Nie zobaczyłabym kobiet wychylających się z autobusu, żeby kupić sobie nanizane na sznury kwiaty jaśminu i wpleść je we włosy, mężczyzn i kobiet nieskończenie cierpliwych wobec płaczących dzieci, mężczyzn, rozmawiających ze sobą, bez skrępowania trzymając się za ręce, chudych dzieci w połatanych i nakrochmalonych mundurkach szkolnych, wyśpiewujących na głos teksty zapisane w zeszytach, by nauczyć się ich na pamięć. Nie miałabym okazji wysłuchiwać politycznych sporów toczonych w indyjskim angielskim, który stanowi pomost między czternastoma językami, ani zaobserwować, jak oszałamiająco różnorodne są gazety, które czytują Indusi. Nie dowiedziałabym się też, jakim wyzwaniem jest dla przeciętnego Indusa samo dotarcie do pracy, ani że moje koleżanki z college’u poruszają się w grupach po to, by uniknąć „zaczepek”, molestowania seksualnego i obmacywania, na które kobiety są narażone w przestrzeni publicznej. Z pewnością nigdy nie poczułabym spokoju w tłumie ludzi, który w każdym innym miejscu świata byłby sygnałem, że stało się coś złego.

Nigdy nie jeździłam w tongach ciągniętych przez wychudzonych rowerzystów, choć przyjaciele zapewniali mnie, że stanowią one postęp w stosunku do ryksz, przed którymi biegli zaprzęgnięci w nie bosonodzy rykszarze. Ich używania zakazano w Indiach po odzyskaniu niepodległości, nadal jednak widuje się je w najbiedniejszych dzielnicach. Tak czy owak, bycie ciągniętą przez inną ludzką istotę wydawało mi się kolonialnym obyczajem, powodem do wstydu. Jak na ironię, wiele lat później miałam okazję oglądać indyjskie tongi sprowadzone na Manhattan, gdzie ciągnęli je wysportowani, dobrze odżywieni młodzi mężczyźni, pobierający opłatę za każdą przejechaną minutę.

Nawet jednak poruszanie się w grupie po New Delhi nie wystarczyło; potrzebna była długa podroż na wschodnie wybrzeże Indii, żeby zmienić wyniesione z domu przekonanie, że prywatne zawsze jest lepsze niż publiczne – coś, co w Ameryce producenci samochodów głoszą jak ewangelię1.

Młodość rzuca się w coś, przed czym wiek dojrzały zastanowi się po dwakroć: ja postanowiłam odbyć samotną podróż z Kalkuty do Kerali, zatrzymując się w wioskach i świątyniach, w drodze do najstarszych części Indii, na południowym krańcu subkontynentu. Moje koleżanki ze studiów przekonały mnie, żebym kupiła bilet w jednym z wagonów tylko dla kobiet, które są cechą charakterystyczną pociągów przecinających subkontynent, dziedzictwem Brytyjczyków.

Kiedy wdrapałam się do wiekowego wagonu trzeciej klasy, znalazłam się w dormitorium na kółkach. Kobiety w rożnym wieku i rożnych rozmiarów siedziały w grupkach, rozmawiając, niańcząc dzieci lub wyciągając jedzenie z wysłużonych blaszanych pojemników, by zjeść wspólnie posiłek zwany tiffin.

Jako cudzoziemka w sari szybko wzbudziłam ciekawość, uprzejmość i dostałam mnóstwo porad, a wszystko odbywało się za pomocą nielicznych znanych nam wszystkim słów angielskich i hindi oraz wielu gestów. Ponieważ podroż trwała dwa dni, a pociąg zatrzymywał się na licznych stacyjkach, kobiety w moim imieniu targowały się ze sprzedawcami gorącej herbaty, jaskrawokolorowych zimnych napojów, kebabów i chapati oraz lodów zwanych kulfi, od których można się uzależnić – a wszystko przez okna pociągów na każdej stacji. Między postojami częstowały mnie własnym curry, ryżem i domowym chlebem, uczyły wiązać sari na więcej sposobów, niż mogłabym sobie wyobrazić – wliczając w to także sari do gry w tenisa – oraz rozprawiały o różnorakich odmianach mango, uwzględniając wszelkie niuanse, które ludzie Zachodu zwykli rezerwować do omawiania wina.

Szybko nauczyłam się, że do zwyczajów w Indiach należy zadawanie bardzo osobistych pytań. Powściągliwych Anglików musiało to doprowadzać do szaleństwa. „Dlaczego rodzina nie znalazła ci męża?”, „Amerykanie są przecież bogaci, więc czemu jedziesz z nami trzecią klasą?”, „Czy w Ameryce każdy ma pistolet?”, „Czy jeśli przyjadę do twojego kraju, zostanę dobrze przyjęta?”, a kiedy już poznałyśmy się lepiej: „Jak kobiety w Ameryce radzą sobie, żeby nie mieć zbyt wielu dzieci?”

Później miałam okazję słuchać Indiry Gandhi, która opowiadała, że podróżowanie w młodości tymi kobiecymi wagonami stanowiło dla niej najlepsze przygotowanie do bycia premierką. Choć była córką Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera Indii, uważała, że najwięcej nauczyła się od kobiet, których osobisty punkt widzenia poznała. Wiedziały, że khadi, indyjskie ręcznie przędzone i ręcznie tkane materiały, zostały wyparte z rynku przez produkowane maszynowo tkaniny z Anglii – nawet jeśli nie zdawały sobie sprawy, że był to typowy kolonialny model: pozyskiwanie surowców z kolonii, przekształcanie ich w Anglii i sprzedawanie z zyskiem z powrotem.

Rozumiały, dlaczego sam Mahatma Gandhi z kołowrotka uczynił symbol niepodległości Indii. Poza tym, choć często zwykło się uważać, że niewykształcone kobiety nie stosują środków kontroli urodzeń, te kobiety doskonale wiedziały, że ich ciała cierpiały z powodu zbyt dużej liczby ciąż i porodów. Właśnie dlatego zostawszy premierką, Indira Gandhi zdecydowała się na kontrowersyjny ruch, tworząc pierwszy krajowy program planowania rodziny. Młodzieńcze podróże w kobiecych wagonach nauczyły ją, że zwykłe kobiety będą korzystać z metod zapobiegania ciąży, nawet jeśli będą to czynić w tajemnicy, i że piśmienność nie ma tu niemal nic do rzeczy.

Jeśli chodzi o mnie, pamiętam nie tylko naukę, ale także śmiech. Proszono mnie, żebym śpiewała amerykańskie piosenki – w Indiach śpiewanie jest częścią codziennego życia, wszyscy zdają się śpiewać – jednak nawet moje towarzyszki podroży musiały przyznać, że żadna ze mnie śpiewaczka. Nauczyły mnie, jak zwijać dłonie, żeby wsuwać na nie szklane bransoletki, niewiele szersze niż mój nadgarstek, i wyjaśniły, że choli, ciasna bluzeczka noszona pod sari, jest indyjskim odpowiednikiem stanika. Zapoznały mnie ze świeżymi owocami liczi, których nigdy wcześniej nie widziałam w innej postaci niż w puszkach, i ostrzegały przed induskimi mężczyznami, którzy mogą chcieć poślubić Amerykankę, po to tylko, żeby zdobyć wizę i pracę.

Minęły lata, a wciąż mam te kobiety żywo w pamięci. Ponieważ byłam pierwszą cudzoziemką, którą bliżej poznały, zapewne one także nie zapomniały o mnie zbyt szybko.

Gdybym podróżowała sama zamknięta w samochodzie, nigdy nie stałabym się częścią tych rozgadanych kobiecych kręgów.

 

1 Niezależnie od kampanii reklamowych i hollywoodzkich filmów, które uromantyczniły posiadanie własnego samochodu, Detroit lobbowało na rzecz prawodawstwa skierowanego przeciwko transportowi publicznemu – który czasem też wykupywało i niszczyło – od tramwajów w miastach na wschodzie po pociągi wzdłuż wybrzeża Kalifornii. Równolegle przemysł budowlany przedkładał sprzedawanie pojedynczych domów nad budowę mieszkań komunalnych. Patrz: T.H. Robsjohn-Gibbings, Homes of the Brave, Alfred A. Knopf, New York 1954.

Artykuł sponsorowany

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2467
4
19.11.2019 13:46

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd