Za głosem serca da się pójść w każdym wieku – wywiad z Agnieszką Litorowicz-Siegert

LubimyCzytać
11.03.2019

Olszany to opowieść o tym, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a podążanie tropem tej plątaniny może całkowicie odmienić życie. Kobieca książka o rodzinnych sekretach, przyjaźni i miłości, wzbogacona duchem minionych czasów i nutą współczesnego przepychu. Z okazji zbliżającej się premiery autorka Agnieszka Litorowicz-Siegert odpowiedziała na kilka pytań.

Tytułowe Olszany to rodzinna posiadłość Borowiczów, której latami nie udaje się sprzedać. Znajdująca się na życiowym zakręcie Julia postanawia ostatecznie zakończyć sprawę spadku po dziadku. Aby tego dokonać, Julia musi poznać prawdę o dziadku, ta zaś nierozerwalnie łączy się z pewną tajemniczą historią z przeszłości.

Olszany to opowieść o tym, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a podążanie tropem tej plątaniny może całkowicie odmienić życie. Kobieca książka o rodzinnych sekretach, przyjaźni i miłości, wzbogacona duchem minionych czasów i nutą współczesnego przepychu.

Sandra Kamińska*: To, co pierwsze przychodzi na myśl po przeczytaniu Twojej książki, to ciepło i pogoda ducha, które z niej biją. Czy taki właśnie był Twój cel, pisząc tę powieść? I czy tworząc ją, miałaś w głowie konkretną grupę czytelników?

Agnieszka Litorowicz-Siegert: Pogoda ducha to bezcenne lekarstwo na codzienne szarości, więc cieszę się, że da się ją wyłapać, czytając książkę. Tak, pisałam ją z myślą o czytelnikach, dla których literatura to przyjemność, odreagowanie, sposób na poprawę nastroju. Od szesnastu lat pracuję w piśmie przeznaczonym dla kobiet, rozmawiam z nimi bezustannie, staram się rozumieć ich – nasze – potrzeby. Jedną z nich jest tęsknota za posiadaniem skrawka życia, gdzie jest spokojnie, bezpiecznie, przyjaźnie. Daleko od kłopotów z kredytami, toksyczną pracą, kryzysem w związku. Chciałabym, żeby moje książki leżały w tym miejscu na stoliku obok fotela. Dosłownie i w przenośni.

Skąd pomysł na napisanie rodzinnej sagi? Jesteś dziennikarką, przeprowadziłaś też wywiady-rzeki z Agatą Młynarską i Ewą Błaszczyk. „Olszany” to nowość w Twoim dorobku. Co zainspirowało Cię to przedstawienia czytelnikom właśnie tej historii?

Nieugięte przekonanie, że za głosem serca da się pójść w każdym wieku. Napisanie powieści było moim marzeniem od lat. Czułam, że chcę i powinnam to zrobić, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie, choć były to „przeciwności” przyjemne – intensywna praca, którą kocham, jeszcze ważniejsza od pracy rodzina, która w cudowny sposób pochłania mnie bez reszty. Przeprowadzka, skok franka, sprawy bliskich – zawsze znajdzie się coś, co odciąga od zajęcia się tym, co na razie wisi sobie spokojnie gdzieś w chmurach. Ale w końcu się uparłam, bo poczułabym się zdrajczynią marzenia. Umowę na napisanie „Olszan” podpisałam dokładnie w pięćdziesiąte urodziny. Miałam przeczucie, że to dobry wiek na nowy start. Nie pomyliłam się. To był najlepszy prezent jaki sobie sprawiłam. A dlaczego saga? Bo wierzę, że to, co w tej książce jest najważniejsze – wiązanie mocnych relacji, szukanie korzeni, porządkowanie spraw rodziny, nawet kosztem chwilowego bólu, a przede wszystkim miłość – to temat najbardziej wart każdej minuty stukania w klawiaturę laptopa.

Akcja książki toczy się w niewielkiej miejscowości, ze wszystkimi zaletami i wadami życia na wsi… Z jednej strony bliskość natury, a z drugiej strony plotki, które rozchodzą się z prędkością światła. Czy Ty osobiście lubisz małe miasteczka i wioski? Skąd taki pomysł na miejsce akcji?

Bo sama pochodzę z prowincji. Można powiedzieć, że jestem sąsiadką Julii, głównej bohaterki – Szczecinek, obok którego leżą Olszany, to moje miasto rodzinne. Znakomite do życia, za którym tęsknię ja-warszawianka i które wymyśliłam dla Julii jako alternatywę wariackiego życia w metropolii. Miasto „w sam raz” – już nie malutkie, ale jeszcze nie duże. Rzeczywiście: wszyscy się znają, dużo plotkują, czasem wtykają nos w nie swoje sprawy. Spotyka się kolegów ze szkoły, jada lody i ciastka w tych samych miejscach. Ma się przyjaciół, do których można wpaść bez zbędnych ceregieli i zakątki w parku, gdzie się siedzi na ławce i tylko macha nogą albo rozmyśla o ważnych sprawach. Znam w Szczecinku każdą ulicę, znam historię związaną z przejęciem tych terenów od Niemców, którzy musieli opuścić je po wojnie. A także jego współczesną lokalność w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ja też mam tu przyjaciół ze szkoły, a gdy dodam, że stąd pochodzi również mój mąż, z którym siedziałam w liceum w tej samej ławce, no to jesteśmy w domu, prawda? Gdzie indziej mogłam umieścić akcję powieści? Cieszę się, kiedy słyszę, że ktoś, kto przeczytał książkę, mówi, że koniecznie musi przyjechać w te strony.

Główną bohaterką jest Julia – kobieta w kryzysie, która przybywa do Olszan w przełomowym momencie w swoim życiu. Rozstała się z narzeczonym, ma problemy w pracy, zaczyna szukać w życiu zmiany. Sama reprezentuje bardzo miejski i racjonalny sposób myślenia o świecie. Czy chciałaś skonfrontować w swojej książce te dwie odmienne perspektywy i style życia?

Tak, ale głównie po to, żeby ten kontrast doprowadził nas ostatecznie do myśli, że niezależnie od scenografii najbardziej liczy się miłość, przyjaźń i rodzina. Julia miała być królową życia, mieszkając w wielkim mieście, ale swoje królestwo znalazła z dala od niego. Bo – po mękach, na które musiałam ją skazać – odważyła się postawić na to, co nie ma adresu: mocne wartości. W odnalezieniu się w nowym miejscu pomagają jej życzliwi ludzie, których nie miała dookoła siebie w Warszawie. Dostaje wsparcie, na które nawet nie liczyła. Odkrywa drobiazgi, których – pędząc, robiąc karierę, zabiegając o mężczyznę, który i tak ją zostawił – nie doceniała. Może więc prowincja nie jest taka zła? Oczywiście nie ma jej co idealizować – tam też zdarzają się podłe zachowania, podgryzanie, zawiść. Jaki jest bilans? Trzeba doczytać do ostatniego rozdziału.

Olszany to mała społeczność, ale daleka od stereotypów. Wszyscy wiedzą o sobie wszystko, lecz jednocześnie wiele tu zupełnie niestereotypowych postaci. Ksiądz Artur, który jest niezwykle otwarty i każe sobie mówić na ty. Para dwóch mężczyzn, którzy nie kryją się ze swoim związkiem: Cyprian i Riczard. Chciałaś udowodnić, że również niewielkie miejscowości mogą być dalekie od stereotypów?

Przynajmniej taki jest Szczecinek. Słyszałam kiedyś opinię, że ponieważ po wojnie przybyli tu ludzie z rożnych stron Polski, a nawet świata, obejmując wspólnie nowe miejsce, musieli się ze sobą dogadać. W sprawie obyczajów, języka, stylu życia. Żeby nie popadać w konflikty, musieli być wobec siebie tolerancyjni. Myślę, że stąd wzięła się otwartość na innych, brak skłonności do wykluczania. Na prowincji żyją geje i lesbijki, a obok nich ludzie, którzy chodzą do kościoła i wierzą nie tylko w Boga, ale i w te złe siły, z którymi rozprawiają się tacy księża, jak Artur. To się dzieje i nie ma nic wspólnego z zacofaniem. Oskarżenia o zaściankowość i „ciemnogród” to w epoce internetu i dostępności podróżowania gruba niestosowność i brak wyobraźni – małe społeczności są coraz bardziej nowoczesne.

A która z postaci w książce jest Twoją ulubioną? Ja uwielbiam Klarę – gadatliwą fryzjerkę, która dzięki swojemu prostolinijnemu podejściu do życia zjednuje sobie każdą nową osobę.

A ja lubię Stellę, właścicielkę pensjonatu „Czarny Kamień”. Jest ode mnie starsza, ale ma gen, który i ja w sobie czuję. Jest skłonna do ryzyka, jeśli czuje sensowność podjęcia trudnej decyzji. Była pielęgniarką, ale zdecydowała się na założenie pensjonatu, choć inni mówili, że to szaleństwo, brak zdrowego rozsądku. Nie była już młoda, podobnie jak ja, kiedy zdecydowałam się napisać pierwszą powieść. Ale co z tego? Posłuchała intuicji. Zawsze chciała mieć mały hotel z restauracją, nad brzegiem jeziora – i ma. Poza tym jest ciepła, życzliwa i uważna – zagląda ludziom w oczy, nie przechodzi obojętnie wobec ich kłopotów. Rozmawia, docieka, angażuje się w relacje, choć nie jest nachalna. No i potrafi organizować piękne przyjęcia z muzyką! Tego jej zazdroszczę.

Dom, do którego przyjeżdża Julia jest nietypowy – ma „duszę”, swoją niesamowitą historię… Czy opowieść z książki jest w jakimś stopniu prawdziwa?

Tak. Analogiczny dom stoi w pewnej realnie istniejącej wsi, również na Pomorzu. Jej nazwa także pochodzi od nazwy drzew. Tam, zaraz po wojnie osiedlił się z matką, siostrą i bratem mój teść Henryk. Jego matka, Niemka wydalona z rodzinnego Piszu, podróżowała do rodziny w Berlinie, a choroba jednego z dzieci zatrzymała ją na terenach, które zasiedlali Polacy. Historia porwania chłopca, książkowego Jurgena, uprowadzenia go do lasu i zamordowania, jest prawdziwa. Perypetie mojego teścia i jego matki – Niemki, w której zakochał się Polak – są autentyczną kanwą fabuły. Jestem wdzięczna, że oddał Janowi część swojego życiorysu. Odświeżanie wspomnień związanych z trudną przeszłością niemieckiej rodziny na ziemiach polskich zawsze jest dla niego trudne. Ale jestem przekonana, że wyciąganie na światło dnia takich historii ma sens. Dlatego w „Olszanach” jest sporo wątków mówiących o losach przesiedleńców „zza Buga”, ale także byłych mieszkańców Pomorza Zachodniego.

Zjawiska paranormalne, tajemnice, duchy, legendy… Julia jest skrajnie racjonalna, ale po tym, jak zamieszkuje w domu po dziadku zaczyna otwierać się na „dziwne” historie… Czy uważasz że w takich miejscach jak Olszany – bliżej natury i prostego życia – łatwiej jest o kontakt właśnie z tą sferą paranormalną, o której piszesz w książce? Czy może jest to według Ciebie kwestia wiary i przekonań?

Ci, którzy w takie historie nie wierzą, mają z tym duży kłopot. Duchy, zjawy, niezwykłe opowieści? Także Julia początkowo kpi z tych rzeczy. Nie chce nawet spróbować dotknąć owych „idiotyzmów”, dopiero Artur i Zofia, sąsiadka zajmująca się niemal naukowo takimi zjawiskami, umiejętnie i stosunkowo bezboleśnie wciągają ją w temat. Wierzyć, nie wierzyć? Każdy ma na to swój pomysł. Ja wierzę. A Julia powoli otwiera się na to, co wydawało się jej kompletnie irracjonalne. Przy czym nie dotyczy to tylko dziwnych rzeczy dziejących się w domu. Obserwując i analizując zachowania nowych znajomych, zaczyna oswajać się z myślą, że w życiu liczy się także intuicja, przeczucia, argumenty pozornie „z kapelusza”. Zaczyna rozmawiać ze sobą, czego wcześniej nie robiła. Szeroko otwiera oczy, dziwi się, ale już nie jest nieprzemakalna. Z czasem odkrywa zupełnie nowe przestrzenie, także związane z wiarą. I to pomaga jej podjąć trudne decyzje.

Nie mogę się powstrzymać i muszę zapytać o jedzenie i design – jest ich tak wiele w Twojej książce, że wydają się wręcz pobocznymi bohaterami. Bohaterowie najważniejsze rozmowy przeprowadzają przy pysznych ciastach, winach i smacznych domowych potrawach, dyskutując między innymi o polskim designie z lat 50. i 60. Czy to Twoje dwie osobiste pasje?

Design – absolutnie! Jestem zbieraczem, a raczej wybieraczem pięknie zaprojektowanych mebli, dekoracji, zwłaszcza tych, z lat, którymi fascynuje się Riczard i które lubi Julia. Nie mam na to pieniędzy, ale oglądam sobie w internecie i planuję, co kupię, kiedy będę bogata. Mam w domu kilka ładnych przedmiotów i obrazów, bo zamawiam sobie takie rzeczy jako prezenty od bliskich na urodziny i rocznice ślubu. Jedną grafikę kupiłam sama. Zobaczyłam ją w antykwariacie i nie mogłam opędzić się od myśli, że muszę ją mieć, że ona mnie woła. Kupiłam ją i dopiero w domu sprawdziłam autora w internecie. Czy możesz sobie wyobrazić, że ten człowiek to Niemiec, który do zakończenia wojny mieszkał w Szczecinku? I jak tu nie mówić o przeznaczeniu? A co do jedzenia – pasjonuje mnie wszystko, co jest smaczne i pięknie podane. Od lat ważę za dużo, ale cóż, mam znakomity apetyt i świetnie gotującego męża. Stella podaje cudowne jedzenie, Wiktor robi wino z bławatków, Basia zaprasza Julię na śniadania w ogrodzie, Riczard serwuje truskawki do szampana... Tak, mogłam się w tych wątkach wykazać i nasycić namiętności.

Z jaką myślą czy uczuciem chciałabyś pozostawić czytelników, którzy przeczytają Twoją książkę?

Chciałabym, żeby to było takie odkrywcze oczarowanie faktem, że zmiana, życiowe salto, jest możliwe do wykonania bez połamania kości. Że, jeśli ma się odwagę i motywację, przeciwności polegną. Julia zdecydowała się zaryzykować, bardzo ją za to lubię. Nie przegapiła szansy, nie przestraszyła się. Nie ma co się bać, nawet jak rozum mówi: „Jesteś może w miejscu nie najfajniejszym, ale przynajmniej nie musisz się wysilać, siedź cicho i poczekaj, może coś się samo wydarzy. Polub siebie ze wszystkim tym, co masz za uszami, co zawaliłaś – i powalcz o siebie”. To jest chyba ta myśl. A druga: „Może jednak przeznaczenie to nie czcze wymysły?”.

Na koniec jeszcze standardowe, ale ważne dla czytelników pytanie: czy masz już w planach kolejne książki? I jeśli tak, to czy możemy liczyć na dalsze losy Julii?

O tak! Powstaje właśnie kolejna część sagi. Julia z Justyną, dawną rywalką, jadą razem tam, gdzie jedna będzie szukać rozwiązania rodzinnej historii, a druga okazji do złamania klątwy, która – jak twierdzi – wisi nad kobietami w jej rodzinie. Wszystko się skomplikuje. Próbie zostanie poddana miłość i świeża przyjaźń. Ujawni się tajemnica, która już w przeszłości połączyła je obie. Będą kolorowe postaci, zaskakujące okoliczności, przeniesiemy się w miejsce, które odkryłam dla siebie i czytelników podróżując tam, gdzie sięgają korzenie rodzin Julii i Justyny. Mam nadzieję, że z czytania będzie taka sama przyjemność, jaką ja mam z pisania.

-----

Sandra Kamińska – copywriterka, dziennikarka, blogerka, freelancerka. Aktualnie nadaje z Bali.  

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
2791
4
11.03.2019 12:26

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd