Konrad Urbański 
https://littelratura.wordpress.com
W wielkim skrócie i upraszczając: Konrad Urbański, rocznik 1991. Urodzony tego samego dnia (choć kilkadziesiąt lat później), co George R. R. Martin oraz 70 lat i 8 dni po przybyciu na Ziemię Stanisława Lema. Imię odziedziczyłem po postaci napisanej przez Adama Mickiewicza. Odkąd pamiętam, dzięki czytaniu żyję w różnych światach naraz, przez co skończyłem na studiach polonistycznych. A wszystko zaczęło się od Mrożka i Mickiewicza. Nie szukam łatwej drogi, lecz interesującej i inspirującej. Jak powiedział Marcel Proust – „książki trzeba czytać egoistycznie, jak dziecko, zawłaszczając autora, wpisując książkę w siebie i zacierając granice między sztuką a życiem”. Możesz mnie także obserwować na Instagramie: https://www.instagram.com/konradurbanski91/
27 lat, mężczyzna, Poznań, status: Czytelnik, ostatnio widziany 29 minut temu
Teraz czytam
  • Jacek
    Jacek
    Autorzy:
    Pierwsza biografia Jacka Kuronia. Jacek Kuroń ma swój wielki udział w zbudowaniu niepodległej Polski, co okupił ponad dziewięcioma latami więzienia. Czekała na niego Gaja, jego żona, jego wielka...
    czytelników: 31 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)
  • Kieślowski. Zbliżenie
    Kieślowski. Zbliżenie
    Autor:
    „Kieślowski. Zbliżenie” to nie tylko biografia reżysera, twórcy m.in. „Przypadku”, „Dekalogu”, „Podwójnego życia Weroniki” i „Trzech kolorów”. To również pełen niuansów reporterski portret artysty, kt...
    czytelników: 238 | opinie: 6 | ocena: 8,04 (24 głosy)
  • Wodecki. Tak mi wyszło
    Wodecki. Tak mi wyszło
    Autorzy:
    Choć w ostatnim czasie wielu z nas kojarzy go jako "Pana z telewizji", był przede wszystkim wielce utalentowanym muzykiem i kompozytorem. Jak wiele twarzy miał Zbigniew Wodecki, jak ws...
    czytelników: 126 | opinie: 8 | ocena: 8,92 (13 głosów)
  • Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie
    Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie
    Autor:
    Astma. Choroba Leśniowskiego-Crohna. Padaczka lekooporna. Stwardnienie rozsiane. Migrena. Nowotwory. Przewlekłe bóle. Lista chorób, w leczeniu których stosuje się medyczną marihuanę, jest długa. Ale...
    czytelników: 28 | opinie: 0 | ocena: 0 (0 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-20 18:53:22
Ma nowego znajomego: Agnes
 
2018-10-20 18:52:52
Ma nowego znajomego: różnimisie
 
2018-10-18 11:07:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Non-fiction
 
2018-10-17 20:05:36
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018

Ucho igielne – albo raczej Ucho Igielne – istnieje naprawdę. To podobno jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Sandomierza; „stanowi niezwykle urokliwe miejsce do fotografii. Pamiątkowe zdjęcia robią nowożeńcy, zakochani, znajomi. Jest opowieść, mówiąca o tym, że czasami Ucho Igielne lubi zamknąć się, szczególnie wtedy, gdy przechodzi przez nie osoba mająca wiele na sumieniu”.

W...
Ucho igielne – albo raczej Ucho Igielne – istnieje naprawdę. To podobno jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Sandomierza; „stanowi niezwykle urokliwe miejsce do fotografii. Pamiątkowe zdjęcia robią nowożeńcy, zakochani, znajomi. Jest opowieść, mówiąca o tym, że czasami Ucho Igielne lubi zamknąć się, szczególnie wtedy, gdy przechodzi przez nie osoba mająca wiele na sumieniu”.

W Biblii – wąska brama, przed którą przejdą nieliczni. I to ci, którzy pozbędą się wszystkiego, będą najuboższymi, ostatnimi, pogardzanymi. Ucho igielne przypomina próbę przechodzenia przez tę graniczną bramę; opowiadanie jest formą spowiedzi, a więc odzierania się ze wszystkiego, stopniowego oczyszczania. Ale to nie jest powieść-pożegnanie (mam nadzieję), bo Myśliwski większością swoich powieści próbuje przejść przez ucho igielne.

Sandomierz: prokurator Teodor Szacki, ksiądz Mateusz, miasto grzechu i zbrodni. Wszak Myśliwski też pochodzi z okolic Sandomierza, ale w jego opowieściach jest on zupełnie inny i nawet jeśli ma coś wspólnego z grzechem czy zbrodnią – to raczej niewiele. Sandomierz Myśliwskiego to pamięć: miejsce mieszające plany czasowe, oddające tym samym charakter meandrującej w powieściach autora pamięci, która we wspomnieniach, w roztrząsaniu przeszłości poszukuje sensu spajającego całe życie. Znikanie, iluzoryczność egzystencji i wszelkich osiągnięć, poczucie, że to wszystko jest kruche, ulotne i jakby nieprawdziwe; jednocześnie poczucie, że swojego życia nie opowiadamy my sami, ale opowiada je za nas ktoś inny, wszyscy dookoła; strach przed starością, umieraniem, wymienionym już znikaniem – to cały Myśliwski.

Tylko że za co się człowiek nie weźmie, wszystko jest może, może, może. Jakbyśmy i my byli może. I ten posterunek może. A kto wie, czy i ten cały pieprzony świat nie jest może. Nic nie ma pewnego. Szlag by to jasny trafił! (s. 34)

Naprawdę trudno napisać jest o książce, która nosi w sobie znamiona “totalności” (to brzydkie słowo), pełności, próby opowiedzenia o wszystkim, o całym doświadczeniu ludzkim. Z Ucha igielnego bije niezwykła mądrość – autora/narratora, który żyje jednocześnie teraz i kiedyś, obecnie i dawno. Opowieść biegnie dwutorowo: młody narrator rozmawia ze starym, jeden drugiemu przeszkadza, poprawia go, korygują nawzajem swoje wersje pamięci. Miejscami w ciągu narracji Ucha igielnego pojawiają się sny bohatera, co wprowadza jeszcze większy zamęt, bo cała ta książka przypomina sen, w którym gubi się sam narrator, o czytelniku już nie wspominając.

Nie powinno się jednak odwiedzać dawnych miejsc, bo to nie są już te same miejsca. Miejsca jak wszystko przemijają. (s. 47)

Na jedną opowieść składa się tak naprawdę ciąg opowieści; przytaczanie każdej z nich jest niepotrzebne i trochę nie sposób ich przekazać, bo Myśliwski posiadł niebywałą zdolność kreowania zdań, akapitów, które niosą w sobie duży ładunek intelektualny. Są jednocześnie proste i zagadkowe, ale nie ma w nich nic z mądrości kogoś, kto tak naprawdę jeszcze nic nie przeżył (Myśliwski to nie Coelho, a jego złote myśli są naprawdę złote, nie tombakowe). Ucho igielne to dialog prowadzony z pamięcią, czyli, tak naprawdę, dialog z samym sobą, Myśliwskiego próba rozliczenia się z przeszłością i teraźniejszością (ale odległa od politycznych zawirowań).

Ucho igielne jest przegadane, to jasne. Życzę jednak każdej książce takiego przegadania. To jeden z tych pisarzy, w których twórczości żywa i silna jest wiara w moc słów – jedynego, jak twierdzi Myśliwski, czym tak naprawdę można opisać siebie i świat. Banał? W epoce skrótu i obrazka chyba już trochę mniejszy.

Długo bym opowiadał, rozbierał Ucho igielne na czynniki pierwsze. Ale po co? Czy nie lepiej oddać się tej powieści, rytmowi zdań, który pomimo swojego zawikłania zachwyca; fabule, która swoimi przeskokami czasowymi wpędza w konfuzję i wymaga skupienia, nadając jednocześnie książce “totalnego” charakteru (ale czy nie tak działa pamięć – skokami?); refleksjom, które są proste, ale nigdy nie banalne. Tak, tej powieści trzeba po prostu pozwolić się pochłonąć, a ona resztę zrobi za nas.

pokaż więcej

 
2018-10-17 18:43:35
Ma nowego znajomego: Szczypta_Kasi
 
2018-10-17 13:30:26
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-17 13:30:17
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-17 13:30:07
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-14 18:58:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Non-fiction, Posiadam
Autor:
 
2018-10-05 23:03:50
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-09-28 09:49:11
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-09-28 09:44:32
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-09-20 18:57:28
Ma nowego znajomego: czytanienaplatanie
 
2018-09-19 22:28:14
Ma nowego znajomego: Estera
 
2018-09-19 08:27:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Non-fiction, Posiadam

Czytanie biografii Krzysztofa Komedy szło niezwykle opornie. Momentami była wręcz nudna. Komeda do sławy i uznania dochodził bardzo długo i mozolnie. Jego sukces – ten życiowy – trwał tylko chwilę, raptem kilka lat (pośmiertny trwa do dzisiaj). Dopiero ostatnie fragmenty biografii czytało się doskonale. Później jednak dotarło do mnie, że każda strona, którą przeczytałem, miała sens,... Czytanie biografii Krzysztofa Komedy szło niezwykle opornie. Momentami była wręcz nudna. Komeda do sławy i uznania dochodził bardzo długo i mozolnie. Jego sukces – ten życiowy – trwał tylko chwilę, raptem kilka lat (pośmiertny trwa do dzisiaj). Dopiero ostatnie fragmenty biografii czytało się doskonale. Później jednak dotarło do mnie, że każda strona, którą przeczytałem, miała sens, dopełniała, budowała całą historię.

Ilość źródeł i odbytych rozmów, język Grzebałkowskiej – wszystko razem onieśmiela. Komeda przestaje być pomnikiem, a staje się człowiekiem: artystą, mężem, wybitnym kompozytorem, w miarę dobrym pianistą. A obok, niejako w tle, rozgrywa się wielka historia. II wojna przebiega niemal niezauważenie, siermięga PRL-u, rok 1968, „czar” komunistycznej Moskwy i USA lat 60. – to już widać wyraźnie. Komeda stoi jednocześnie obok (mam wrażenie, że polityka, historia, to wszystko go w ogóle nie obchodziło), ale jest w samym środku. Z napięć między nim a rzeczywistością rodzi się jego biografia.

On

W centrum jest oczywiście on, Krzysztof Komeda. Dziecko traktowane przez rodziców wyjątkowo (jego siostra będzie później wspominać, że rodzice bardziej kochali jego), od małego wykazujący zainteresowanie muzyką. Matka chce zrobić z niego lekarza, ojciec, urzędnik bankowy, wygląda raczej na człowieka, który ma niewiele do powiedzenia.

W końcu Komeda musi wybrać – bycie lekarzem czy muzykiem. Wybiera muzykę. Fascynuje go jazz, namiętnie słucha i poszukuje płyt, próbuje też swoich sił w graniu i kompozycji. Wszystko idzie mozolnie, powoli, z czasem jest coraz pewniej i coraz śmielej, aż w końcu przychodzi do komponowania muzyki filmowej. Komeda osiąga upragniony sukces, który trwa raptem chwilę, i umiera.
To oczywiście całkowicie spłaszczona i pozbawiona detali wersja. Grzebałkowska robi z mało interesującego życia Krzysztofa Komedy fascynującą opowieść. Rozmówcy – głównie przyjaciele Komedy. Wspomnienia, akta, notatki, artykuły prasowe, wywiady publikowane i nie: wszystko, co tylko można znaleźć, staje się materiałem. Ciekaw jestem, jak wygląda teczka, którą Grzebałkowska gromadziła do pisania. Może to nie teczka, tylko szafa?

Wyłaniający się z kart Komeda jest przede wszystkim człowiekiem wrażliwym, wycofanym, małomównym, całkowicie skupionym na muzyce. Nie interesuje go to, co na zewnątrz, co nie oznacza, że jest niezaradny i zupełnie oderwany. Podobno nigdy nikogo nie skrytykował, mało powiedział złych i złośliwych słów. Kochał, pił, robił muzykę, był geniuszem. Jednocześnie nie ma w sobie ani grama brązu, a takim pewnie chciała go widzieć ona, Zofia, żona. Nie byłoby go bez niej, to fakt, ale bez niej na pewno byłby szczęśliwszy. To jedno z tych napięć – relacja z żoną – które charakteryzują krótkie życie Komedy. Dusił się, ale potrzebował Zofii, bo to ona dobierała mu koszule.

Ona

Hałaśliwa, agresywna po alkoholu, dominująca – najkrótsza charakterystyka Zofii Komedowej. Ona sama też chciała zrobić z siebie świętą i po śmierci Komedy próbowała pisać swoją i jego hagiografię. A za życia był dla niej „ryżym chujem” albo „kuternogą”. Potrafiła załatwić wszystko, w pewnym sensie zrobiła z Trzcińskiego Komedę. Z drugiej strony jej stosunek do niego można najdyplomatyczniej określić mianem ambiwalentnego. Podziw mieszał się u niej z zazdrością, bezgraniczne uwielbienie z niemalże nienawiścią.

Szkoda trochę, że Grzebałkowska nie szuka przyczyn tego, dlaczego ta relacja taka była. Może wynikała z trudnego charakteru Zofii? A może z uległości Komedy? Trudno ocenić jednoznacznie, może powinno to raczej podpadać pod ocenę czytelnika. Jeśli tak właśnie jest, to tylko kolejny plus dla Grzebałkowskiej – że pomimo tak obfitych materiałów nie dopowiada wszystkiego do końca, ale pozostawia miejsce na własną refleksję.

Reszta

Jest też reszta, czyli przyjaciele, rodzina. Przyjaciele, dla których Komeda jest jednocześnie geniuszem, ale też – zwyczajnym człowiekiem. Rodzina, od której oderwała go Zofia (a przecież był tak mocno związany ze swoimi rodzicami). Krystyna Sienkiewicz, Polański, Skolimowski, Tyrmand, najwybitniejsi ówcześni jazzmani… Listę można długo poszerzać. Oprócz napięcia na linii Komeda-Zofia i napięć między nim a resztą, Grzebałkowskiej udało się także rewelacyjnie sportretować artystyczny światek, z jego wadami, grzeszkami, ale i wzlotami, obraz w miarę pełny i na tyle złożony i skomplikowany, że historia niesamowicie wciąga. Co równie ważne, autorka potrafi prawie całkowicie wyłączyć swój głos i zrobić miejsce bohaterom.

Zapewne z opowieści Grzebałkowskiej o tym, jak pisała tę książkę, można złożyć osobny tom.

Rzeczywistość

W końcu liczne smaczki. Nie sposób zdobyć instrumentów dla zespołu muzycznego – klimat PRL-u. Jazzmani nie mają gdzie grać, są wyrzucani z miejsc, wydawałoby się, poświęconych kulturze. Nie mają swojego festiwalu, a kiedy już im się zdarza, to jest organizowany po partyzancku. Więcej: jazz do pewnego czasu jest niemalże zakazany w PRL-u! Więc nie ma skąd wziąć płyt (bo płyty są burżuazyjne, zachodnie, amerykańskie, zgniłe), nie mówiąc już o graniu. Do rangi problemu urasta nawet zdobycie ksylofonu… Grzebałkowska rekonstruuje tamten czas, dorzucając do historii całe mnóstwo drobnych opowieści, bez których nie byłoby Komedy. To kolejne napięcie: Komeda-rzeczywistość. Pojedynek, ciągła walka o to, co muzykom niezbędne.

Jest też ciekawie nakreślona opozycja jazz-rock ‘n’ roll. Kiedy Komeda i otaczający go muzycy stają się sławni i coraz śmielej eksperymentują z jazzem, do głosu dochodzą Beatlesi i polski bigbit. Z jednej strony są poważne miny i eleganckie stroje muzyków jazzowych, których raczej trzeba słuchać, z drugiej: rockowy luz, śmiech, taniec.

Z drugiej strony jest Kalifornia, w której można wszystko i w której wszystko jest. Miejsce, w którym Komeda odżywa (przede wszystkim uwalnia się od zaborczej żony) i staje się tym artystą, który wkrótce umrze, ale jego dzieło będzie trwało w nieskończoność – jak długo znajdzie odbiorców. Jeszcze za życia staje się rozchwytywanym kompozytorem muzyki filmowej. Kołysanka z Dziecka Rosemary, muzyka do wcześniejszego Wstrętu i jeszcze wcześniejszego Noża w wodzie, nawet występ w Niewinnych czarodziejach (autor scenariusza inspirował się Komedą).

Komeda: nie pomnik, a człowiek. Geniusz, ale człowiek. Z duszą i ciałem, z krwi i kości. Nigdy nie interesowałem się jazzem, nie pociągał mnie ten styl, a żeby czytać biografię muzyka? Nie. Dlatego książkę rozpoczynałem z mieszanymi uczuciami. Grzebałkowska jednak prowadzi historię w taki sposób, że nie żałuję żadnej z przeczytanych stron.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
580 68 2305
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (113)

Ulubieni autorzy (7)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd