Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Shetani 
bookeaterreality.blogspot.com
Studentka biotechnologii, uzależniona od czytania książek, jogi, herbaty, ziół, zdrowego odżywiania, nauki i oczywiście od swojego kota. No i wszystkiego, co nadprzyrodzone - ród czarownic zobowiązuje.
24 lat, kobieta, Będzin, status: Czytelniczka, dodała: 12 książek i 1 cytat, ostatnio widziana 18 godzin temu
Teraz czytam
  • Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów
    Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów
    Autor:
    Czego dowiedzieliśmy się o pochodzeniu człowieka dzięki badaniom genomu naszych najbliższych ewolucyjnie krewnych? „Neandertalczyk” przedstawia fascynującą historię okrywania odpowiedzi na to pytanie....
    czytelników: 126 | opinie: 6 | ocena: 6,31 (26 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-13 18:40:42
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Czy marzyliście kiedyś o tym, żeby posiadać zdolności telepatyczne? Żeby komunikować się z kimś tylko za pomocą myśli? Żeby móc słyszeć myśli innych ludzi? Pewnie każdy w którymś momencie życia o tym pomyślał. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być czymś świetnym, ale jak większość świetnych rzeczy, ma też swoją ciemną stronę. Przekonała się o tym główna bohaterka powieści autorstwa Connie... Czy marzyliście kiedyś o tym, żeby posiadać zdolności telepatyczne? Żeby komunikować się z kimś tylko za pomocą myśli? Żeby móc słyszeć myśli innych ludzi? Pewnie każdy w którymś momencie życia o tym pomyślał. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być czymś świetnym, ale jak większość świetnych rzeczy, ma też swoją ciemną stronę. Przekonała się o tym główna bohaterka powieści autorstwa Connie Willis, Pojedynek na słowa.
Przenosimy się do niezbyt dalekiej przyszłości, w której social media zdominowały świat. Teraz niczego już nie można ukryć przed innymi, a ludzie tak pragną wchodzić w życie innych i wiedzieć o nich wszystko, że plotki rozchodzą się z prędkością światła. Niesamowity rozwój medycyny i technologii sprawił, że nawet uczuć nie trzeba już wyrażać! Dzięki szybkiemu zabiegowi neurochirurgicznemu EED można je po prostu przekazać ukochanej osobie. Ta drobna operacja pogłębia więź pomiędzy partnerami. To lepsze niż zaręczyny! Nie trzeba wierzyć w uczucia drugiej osoby, tutaj jest to kwestia wiedzy. Briddey Flanningan jest zachwycona, gdy jej chłopak Trent proponuje jej wspólne EED. I nigdy by nie przypuszczała, że ta decyzja tak diametralnie odmieni jej życie.
Nie jestem do końca pewna, czy coś takiego jak EED mogłoby zaistnieć w rzeczywistości, ale zapewne dlatego ta książka jest zaliczana do gatunku science-fiction. Choć EED nie powinno doprowadzać do tego, że słyszy się myśli innych ludzi, a co dopiero pobudzać w człowieku zdolności telepatyczne, tak najwyraźniej najsłynniejszy na świecie lekarz przeprowadzający te zabiegi nie zdaje sobie sprawy, że coś takiego może mieć miejsce. Czyżby był to zwykły skutek uboczny? Czy może sam protokół operacji jest niedopracowany i coś może pójść nie tak? Czyżby doktor Verrick nie do końca był ekspertem w swoim fachu? A może to wszystko to jeden wielki spisek i potajemna intryga, w pełni przemyślana? To Ci dopiero pytania!
Briddey po operacji musi się zmierzyć z poważnym problemem. Nie dość, że pomiędzy nią i Trentem nie wywiązała się żadna emocjonalna więź, to kobieta zaczyna słyszeć w głowie głos kolegi z pracy, C.B., którego wszyscy mają za czubka. Obawia się, że gdy tylko ta sprawa wyjdzie na jaw, to Trent posądzi ją o romans, a to byłaby dla niej tragedia. Jednak okazuje się, że to tylko początek jej problemów! Telepatia zaczyna się rozszerzać, a ona traci zmysły. Choć nie należy do osób, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić, to chwilami szczerze jej współczułam. Tak głęboko wierzyła w EED, w miłość do Trenta, aż tu nagle zawalił jej się cały świat. Przyznaję, bohaterka ta nie należy do zbyt rozgarniętych, dlatego też nie zyskała mojej sympatii, ale myślę, że dobrze spisała się w roli, którą przewidziała dla niej Connie Willis.
Motyw telepatii jest tutaj zdecydowanie siłą napędową. Bohaterowie wykorzystują ją na każdym kroku, czasem nawet nieświadomie, co potrafi ich przytłoczyć. Próba ujarzmienia nowych zdolności jest dla nich bardzo istotna. Podobnie jak chęć odkrycia prawdy. Skąd ta umiejętność pochodzi? Czy to na pewno sprawka doktora Verricka? Czy ktoś jeszcze maczał w tym palce? Pojawia się nawet delikatny motyw związany z genetyką, ale to bardziej sam zarys niż odpowiednia jego realizacja. Książka jest napisana dojrzałym i barwnym językiem, jest dopracowana, ale też nie do końca tego się po niej spodziewałam. Autorka zadbała o złożoność swojej historii, tam gdzie było to potrzebne, to nie stroniła od szczegółów, ale nie jestem w stanie napisać, że mamy tutaj do czynienia z czymś niezwykle porywającym, co ma niesamowite tempo akcji. Całość jest faktycznie dobrze zaprezentowana, każda sytuacja jest dokładnie opisana, mamy tutaj logiczny ciąg wydarzeń, ale niestety nie było mi dane zżyć się z żadnym z bohaterów, dlatego też stałam gdzieś z boku, zamiast stać się częścią tej opowieści.
Pojedynek na słowa to książka dobrze zrealizowana, z ciekawym pomysłem na fabułę, raczej jednowątkowa. Skupiamy się przede wszystkim na postaci Briddey, jej próbie odnalezienia siebie w nowej sytuacji. Bohaterowie są moim zdaniem wykreowani nie za dobrze, ale historia ta z pewnością ma w sobie coś ciekawego, co może zainteresować nie jednego czytelnika. To takie połączenie science-fiction i romansu, gdzie pojawiają się pewne rozterki życiowe, ale i sytuacje humorystyczne, rozluźniające napiętą atmosferę, wynikającą z ogólnej problematyki powieści. Telepatia ma swoje dobre i złe strony, o czym przekonali się już bohaterowie Connie Willis. A Wy? Jesteście na to gotowi?

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:38:34
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Lucy i Gabe poznali się dokładnie 11 września 2001 roku podczas zajęć z literatury. To właśnie wtedy do ich sali wpadła asystentka profesora prowadzącego seminarium na temat twórczości Shakespeare’a, oznajmiając, że samolot terrorystyczny wleciał w jedną z wież WTC. To wtedy po raz pierwszy się do siebie zbliżyli. To wtedy ludzie zrozumieli, jak ulotne jest życie. To wtedy Lucy stała się... Lucy i Gabe poznali się dokładnie 11 września 2001 roku podczas zajęć z literatury. To właśnie wtedy do ich sali wpadła asystentka profesora prowadzącego seminarium na temat twórczości Shakespeare’a, oznajmiając, że samolot terrorystyczny wleciał w jedną z wież WTC. To wtedy po raz pierwszy się do siebie zbliżyli. To wtedy ludzie zrozumieli, jak ulotne jest życie. To wtedy Lucy stała się światłem Gabe’a, a on osobą, która prześladowała ją przez całe życie. Jednak ich związek nie trwa zbyt długo, ponieważ każde pragnie podążać za swoimi marzeniami. Lata mijają, jednak ich znajomość trwa nadal – ale nie wygląda tak, jak oboje by tego pragnęli.
Pierwszym, co mnie urzekło w tej powieści, był bezbłędny język autorki. Ta historia jest opisana w tak bajkowy, niesamowicie piękny sposób, że ciężko się było od niej oderwać, choć chwilami miałam ochotę rzucić nią o ścianę. A właściwie nawet nie samą książkę, a po prostu główną bohaterkę. Rozwój wydarzeń poznajemy z perspektywy Lucy, w formie opowiadania i jej wspomnień. Są one przedstawiony w taki eteryczny, pełen melancholii sposób, ale zdecydowanie jest to ogromna zaleta tej pozycji. Jest po prostu piękna. Pięknie napisana, choć sam motyw przewodni jest dobrze znany, wręcz oklepany. Jednak wierzcie mi, Jill Santopolo pisze po prostu przecudownie, tak delikatnie, emocjonalnie, zgrabnie i majestatycznie.
Jednak dlaczego miałam ochotę rzucić główną bohaterką o ścianę? Bo wiecie, ja nigdy nie zachowywałam się do końca jak typowa kobieta, nigdy nie rozumiałam całkowicie tej kobiecej logiki. A Lucy właśnie jest taką typową dziewczyną, która zakochuje się w przystojnym chłopaku i myśli, że już zawsze będzie cudownie i idealnie. Jednakże związek to tak naprawdę jeden wielki kompromis i wspieranie się nawzajem. To dwie osoby, które powinny czuć się cudownie razem, ale powinny też móc się spełniać w tym, co robią w życiu. Ich marzenia nie zawsze muszą być spójne, i tak też jest w tym przypadku. Uważam jednak, że Lucy nie miała prawa żądać od Gabe’a tego, czego zażądała. Powinna mu pozwolić się realizować, tak jak i on powinien pozwolić Lucy spełniać jej marzenia. Może było im po prostu nie po drodze, a może poszli na łatwiznę? Bo gdyby naprawdę chcieli, to by wszystko pogodzili. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że stali się dla siebie ważni. Bardzo ważni. I choć każde poszło w swoim kierunku, to nigdy nie mogło zapomnieć o tym drugim.
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilku lat, ale jest napisana bardzo płynnie, w niesamowicie plastyczny sposób. To takie uroki życia codziennego, wzloty i upadki, podejmowanie trudnych decyzji, spełnianie marzeń, tworzenie swojej listy priorytetów. Ta książka pokazuje, że nie zawsze wszystko jest tak idealne, jak to sobie wyobrażamy. Czasem, pod wpływem euforii, wszystko widzimy przez różowe okulary, a po pewnym czasie, gdy emocje opadają, przytłacza nas szarość rzeczywistości. Oczywiście może ona być nadal piękna, ale pojawia się to pewne zachwianie, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli. Czasami musimy walczyć – nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z samym sobą. A taka walka jest chyba najcięższa do stoczenia.
Czy mam prawo oceniać Lucy albo Gabe’a? Chyba nie. Sama nie wiem, jak zachowywałabym się na ich miejscu. Czy faktycznie łączyła ich miłość? Czy było to tylko chwilowe, nie do końca zrealizowane zauroczenie, które przez ten niedosyt parło ich ku sobie przez kolejne lata, choć każde układało sobie życie u boku innej osoby? Piękne jest to, że spełniali swoje marzenia, smutny natomiast jest fakt, że nie robili tego razem. Gdzieś tam ich losy się przeplatały, na pewno mieli siebie w myślach, może nawet w sercach, ale może po prostu nie było im pisane być razem? Choć kto wie, jak potoczyłaby się ich historia, gdyby oboje podjęli inne decyzje albo dali dojść do głosu również rozsądkowi, a nie tylko nagłym emocjom.
Choć rzadko sięgam po takie powieści romansowo-obyczajowe, tak śmiało stwierdzam, że Światło, które utraciliśmy jest naprawdę piękną powieścią. Może chwilami ulegałam irytacji, ale doskonale wiem, że tak właśnie wygląda życie. Jednak język autorki jest po prostu przecudowny, dlatego tę książkę czyta się tak dobrze. Sama historia na swój sposób wciąga, choć chwilami bieg wydarzeń łatwo jest przewidzieć, podobnie jak zakończenie. Ale nie to jest najważniejsze! Najważniejsza jest ta atmosfera, ta emocjonalność. Przede wszystkim to właśnie dla tych dwóch elementów warto się zapoznać z tą powieścią. Jestem przekonana, że urzeknie ona wiele czytelniczek!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:31:50
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Natalie właśnie kończy liceum i ma okazję cieszyć się ostatnimi letnimi wakacjami, beztroskim czasem przed rozpoczęciem studiów. Wszystko wygląda normalnie poza faktem, iż Natalie zaczyna dostrzegać coś, czego nie widzi nikt inny. Obok jej łóżka przesiaduje starsza kobieta snująca opowieści, drzwi jej pokoju zmieniają kolor, znika ogród rozciągający się obok przedszkola w jej rodzinnym... Natalie właśnie kończy liceum i ma okazję cieszyć się ostatnimi letnimi wakacjami, beztroskim czasem przed rozpoczęciem studiów. Wszystko wygląda normalnie poza faktem, iż Natalie zaczyna dostrzegać coś, czego nie widzi nikt inny. Obok jej łóżka przesiaduje starsza kobieta snująca opowieści, drzwi jej pokoju zmieniają kolor, znika ogród rozciągający się obok przedszkola w jej rodzinnym miasteczku… Mimo tych dziwacznych wydarzeń dziewczyna stara się prowadzić w miarę normalne życie. Spędza czas z przyjaciółmi i cieszy się wakacjami, jednak któregoś wieczoru tajemnicza starsza kobieta przekazuje jej tajemniczą wiadomość: Natalie ma trzy miesiące żeby kogoś uratować. Nie ma jednak pojęcia, co to oznacza…
Miłość, która przełamała świat to nie jest kolejny, zwykły romans młodzieżowy. Mamy tutaj do czynienia z bardzo racjonalną i dojrzałą bohaterką, która pragnie odkryć prawdę o towarzyszących jej wizjach czy też iluzjach. Natalie spotyka na swojej drodze chłopaka o imieniu Beau, który w dziwny sposób wydaje jej się być powiązany z tym, co zaczęło dziać się w jej życiu. Z drugiej jednak strony wciąż nie może się pożegnać ze swoim byłym chłopakiem, Mattem. A właściwie to on nie może zapomnieć o Nat, co bywa dla dziewczyny bardzo uciążliwe. Nie, nie mamy tutaj do czynienia z trójkątem miłosnym, bowiem Natalie jasno powiedziała Mattowi, że to koniec. Trzyma się swojego postanowienia i nie zamierza do niego wrócić. Chce dać szansę nowo poznanemu chłopakowi, ale wydaje mi się jednak, że romans stanowi ładne uzupełnienie tej książki, a nie wątek przewodni, choć na to wskazywałby tytuł.
Tutaj skupiamy się przede wszystkim na poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące główną bohaterkę pytania. Dlaczego towarzyszą jej takie wizje? Czy Beau ma z tym coś wspólnego? Dlaczego starsza kobieta pojawiająca się przy jej łóżku mówi półzagadkami i snuje indiańskie opowieści? Czy Natalie po prostu ma problemy schizofreniczne związane z tym, że jako dziecko została adoptowana i boi się odrzucenia, czy może jednak kryje się w tym coś więcej? Zdecydowanie coś więcej! Samo nawiązanie do kultury Indian jest przepiękną sprawą, motywem, który bardzo mi się spodobał. Czytałam je z ogromną przyjemnością, a ich powiązanie z życiem głównej bohaterki i morały, które można by z nich wysnuć, nie pozostają tutaj bez znaczenia.
Pewnie ciekawi Was również to, dlaczego okładka nawiązuje do fizyki. Dlaczego ma być to miłość, która przełamała świat. Bo właśnie tak było. W pewnym sensie. Nie jestem pewna, czy będzie to spoiler, czy też nie, dlatego może niektórzy powinni przymknąć oczy na ten akapit tej opinii, choć właściwie już sam zarys fabuły daje do myślenia w tym kierunku. Pojawia się tutaj kwestia fizyki, może nawet kwantowej, choć akurat to słowo nie pada w książce ani razu. Mamy tutaj do czynienia z motywem równoległych rzeczywistości, przenikających się czasoprzestrzeni, mieszania się przeszłości, teraźniejszości pi przyszłości. Jest to dosyć skomplikowana sprawa, ale zdecydowanie warta uwagi! To naprawdę znakomite, że autorka skierowała się w tym kierunku. Choć ta książka ma w sobie taką prostotę życia codziennego, taką jak nastoletnie miłości, pierwsze imprezy, początek studiów, to jednak właśnie te metafizyczne kwestie nadają jej charakteru i pięknego tonu.
Miłość, która przełamała świat to naprawdę bardzo przyjemna i wciągająca pozycja, z nieoczywistym i nieprzewidywalnym zakończeniem. Jeżeli szukacie pewnej odmiany w młodzieżowych romansach, które nie skupiają się tylko na ckliwej, wręcz cukierkowej miłości, to zdecydowanie powinniście zwrócić na nią uwagę. Ta powieść niesie ze sobą coś znacznie więcej. Przypomina nieco serię Wszechświaty Leonardo Patrignaniego, ale ten motyw z przenikającymi się rzeczywistościami jest tutaj zdecydowanie lepiej zrealizowany. Główna bohaterka z łatwością budzi w czytelniku sympatię, a jej rozsądek i zaangażowanie w sprawę oraz taka dobroć płynąca z czystego serca są na swój sposób urzekające. To powieść pełna zaskakujących zwrotów akcji, z niesamowitym klimatem i ciekawym zakończeniem, dlatego zdecydowanie warto się z nią zapoznać!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:30:21
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Do sięgnięcia po książkę Anttiego Tuomainena przekonały mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to świetna, bardzo klimatyczna okładka – liczyłam na to, że cała powieść będzie utrzymywana właśnie w takiej atmosferze. Druga sprawa to miejsce akcji, Helsinki, czyli stolica Finlandii. Odkąd pamiętam coś mnie ciągnie do tego kraju i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go odwiedzić – może i nie raz. A sam... Do sięgnięcia po książkę Anttiego Tuomainena przekonały mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to świetna, bardzo klimatyczna okładka – liczyłam na to, że cała powieść będzie utrzymywana właśnie w takiej atmosferze. Druga sprawa to miejsce akcji, Helsinki, czyli stolica Finlandii. Odkąd pamiętam coś mnie ciągnie do tego kraju i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go odwiedzić – może i nie raz. A sam fakt, że mamy do czynienia z thrillerem był już w ogóle argumentem nie do odparcia, aby sięgnąć po tę powieść!
Choć wydawałoby się, że styczniowy mróz może sparaliżować, albo chociaż lekko spowolnić życie w Helsinkach, to nie w przypadku Jannego Vuori. To dziennikarz, który stale poszukuje sensacji i stara się pogodzić życie prywatne ze swoją wymagającą pracą. Jego dusza tropiciela nie jest w stanie się oprzeć wielkiej aferze, jaka wiąże się z kopalnią w Laponii i morderstwami członków zarządu spółki. Jakby tego było mało, do jego życia wkracza ojciec, którego Janne nie widział przez 30 lat. Choć prowadzone przez niego śledztwo jest niezwykle ryzykowne, Vuori nie cofnie się przed niczym, aby dopiąć swego. Jest gotów wiele zaryzykować, nawet utratę najbliższej mu osoby czy też własnego życia.
Przyznaję, że było to moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora i nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Choć mamy tutaj do czynienia z naprawdę intrygującym pomysłem na fabułę, tak chwilami czułam się lekko zagubiona. Pojawiają się tutaj nie tylko przeskoki w czasie, ale również w narracji, co bywa nieco mylące. Trzeba się bardzo mocno skupić, aby się nie pogubić i zrozumieć całkowity sens tej powieści. Książka niby nie należy do wyjątkowo skomplikowanych thrillerów, ale jednak nie polecam podczas czytania jej błądzić gdzieś daleko myślami. Wtedy naprawdę zwiększacie szanse na to, że nie zrozumiecie tego, z czym mierzy się główny bohater. I moglibyście tego później żałować, bo w ogólnym rozrachunku Kopaliśmy sobie grób wypada całkiem dobrze.
Pierwszym, co udziela się czytelnikowi, jest mroczna i ciężka atmosfera. Całe szczęście! Właśnie tego oczekiwałam, gdy sięgałam po tę powieść. Ten klimat pięknie odwzorowuje miejsce akcji, idealnie podsyca napięcie i rosnącą ciekawość czytelnika. Język autora nie należy do wyjątkowo skomplikowanych, jednakże sama fabuła jest nieco zawiła, a śledztwo prowadzone przez głównego bohatera faktycznie zmusza do myślenia. O ile oczywiście obudzi się w nas taki zmysł detektywistyczny, bowiem wydaje mi się, że nie każdy będzie w stanie przebrnąć przez tę powieść. Mogłabym napisać, że jest ona nieco przygnębiająca, choć też nie jest to do końca odpowiednie słowo opisujące jej charakter. Jest specyficzna, nieco mroczna, nieco smutna, ale na swój sposób pociągająca.
Główny bohater jest postacią ciekawą, choć wydaje mi się, że chwilami nierozsądną. Rozumiem to, że jego praca jest bardzo istotnym elementem jego życia, że wykonuje ją z prawdziwą pasją, ale poświęcenie samego siebie? Poświęcenie rodziny? Czy aby na pewno podejmowanie takiego ryzyka i stąpanie po tak grząskim gruncie jest rzeczą rozsądną i słuszną? Teoretycznie jest to kwestia perspektywy, ale wydaje mi się, że Janne nie wiedział, kiedy się zatrzymać. Owszem, z pewnością napędzała go adrenalina, czym można po części wyjaśnić jego zachowanie, ale też nie powinien zapominać o swojej rodzinie. Mimo wszystko podziwiam go za tak wielkie oddanie sprawie, ale uważam, że w takich sytuacjach jak ta, która go spotkała, bardzo łatwo jest przekroczyć tę cienką linię graniczną.
Kopaliśmy sobie grób to powieść dobra i ciekawie napisana, ale zdecydowanie nie jest ona odpowiednia dla każdego. To dosyć specyficzna tematyka, specyficzna atmosfera i oryginalny główny bohater, którego teoretycznie nie powinniśmy oceniać, ale ciężko jest tego nie zrobić. Mimo wszystko w ogólnym rozrachunku powieść Tuomainena ma w sobie coś urzekającego, dlatego wydaje mi się, że powinniście posłuchać swojej intuicji. Jeśli tylko podpowiada Wam ona, że to jest coś dla Was, to nie wahajcie się ani chwili tylko czytajcie!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:18:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Zdążyć przed zmrokiem (tom 3)

Z twórczością Tany French spotkałam się stosunkowo niedawno, ale zdecydowanie przypadła mi ona do gustu. Lustrzane odbicie było naprawdę ciekawą powieścią, dlatego chętnie sięgnęłam po jej kolejną powieść, Bez śladu. I już jestem w stanie napisać, że Tana French to mistrzyni w swoim fachu. To jedna z tych autorek czy też autorów, która momentalnie potrafi wyrobić sobie swój własny,... Z twórczością Tany French spotkałam się stosunkowo niedawno, ale zdecydowanie przypadła mi ona do gustu. Lustrzane odbicie było naprawdę ciekawą powieścią, dlatego chętnie sięgnęłam po jej kolejną powieść, Bez śladu. I już jestem w stanie napisać, że Tana French to mistrzyni w swoim fachu. To jedna z tych autorek czy też autorów, która momentalnie potrafi wyrobić sobie swój własny, niepowtarzalny styl, którego nie sposób pomylić z twórczością kogoś innego. Jestem przekonana, że sięgając po każdą kolejną jej powieść, a na pewno to zrobię, będę po prostu wiedziała, że to ona. Nawet jeżeli nie będzie tytułu i okładki, nawet jeżeli ktoś mi da kilka stron wyrwanych z kontekstu, jestem niemal pewna, że rozpoznam Tanę French nawet w środku nocy.
Frank Mackey to człowiek wywodzący się z bardzo dużej rodziny. Jednakże wyznaje on zasadę, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu. Na co dzień pracuje jako detektyw, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego praca ma swoje wady. Przede wszystkim istnieje spore ryzyko tego, że po którejś akcji z kolei zostanie on rozpoznany i jego praca nie będzie już tak efektywna jak na początku kariery. Jednakże kiedy w jego rodzinnym miescie zostają odnalezione zwłoki jego dziewczyny z czasów licealnych, Mackey wie, że nie będzie w stanie trzymać się z daleka od tej sprawy, choć to nie jemu w udziale przypadnie dochodzenie.
Frank to całkiem ciekawa postać. Taka bardzo życiowa, oddana sprawie, sentymentalna. Choć nie przepada za swoją rodziną, tak teraz jest zmuszony odnowić z nią kontakty. Choć stara się trzymać swoją córeczkę z dala od nich, wkrótce spotkanie staje się nieuniknione. Faktycznie trzeba przyznać, że jego rodzinna jest… na swój sposób dziwna. Specyficzna. Mamy okazję bardzo dobrze ją poznać, ponieważ Tana French w dużej mierze skupia się również na życiu osobistym bohatera, a nie tylko dochodzeniu detektywistycznym. Właściwie jest to sprawa bardzo osobista dla głównego bohatera, tym bardziej, że wkrótce po odnalezieniu zwłok Rosie ginie jego brat, więc nie można się dziwić temu, że autorka opisuje tak dokładnie jego codzienność, a nawet przeszłość.
W tej książce teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Aby lepiej zrozumieć motyw śmierci Rosie i ogromne przywiązanie Franka do tej dziewczyny, musimy cofnąć się do momentu ich poznania, do chwil, w których ich nastoletni związek przeżywał czas rozkwitu. Oboje wierzyli, że mogą zdobyć cały świat. Chcieli uciec, zostawić to małe miasteczko za sobą, zacząć żyć na nowo. Mieli piękny plan, byli gotowi go zrealizować, ale zniknięcie Rosie go zaburzyło. Frank przez 22 lata nie wiedział, co się stało z dziewczyną. Wszyscy byli przekonani, że po prostu porzuciła swojego chłopaka i wyjechała sama. Wierzyli w to, że wiedzie szczęśliwe życie w Anglii. Ależ się pomylili… Jednak skoro nie udało jej się wyjechać, to dlaczego zginęła? Kto przyczynił się do jej śmierci i jaki miał ku temu motyw? Tego Frank chce się dowiedzieć za wszelką cenę!
Osobiście nie bardzo przepadam za tym, gdy w powieściach z tego gatunku pojawia się tak wiele elementów obyczajowych. Bywa to dla mnie męczące i choć naprawdę lubię twórczość Tany French, tak uważam, że chwilami za bardzo popłynęła. Doceniam fakt, że tak drobiazgowo podchodzi do pisania swoich historii, podziwiam ją za taką dokładność i umiejętność snucia opowieści, ale w pewnych momentach było to po prostu przytłaczające. Tempo akcji zwalniało do minimum, napięcie opadało, a ja się czułam znużona. Jednakże bywało też sporo takich momentów, w których moje pobudzenie nie chciało opaść, a druga połowa książki w szczególności się tym charakteryzowała. Dlatego w ogólnym rozrachunku książka ta wypada naprawdę dobrze, choć przyznaję, że Lustrzane odbicie bardziej mi się podobało.
Poza faktem, iż chwilami odczuwałam lekkie znużenie tymi rozległymi opisami i snującymi się dialogami, nie mam tej książce nic do zarzucenia. Lubię rozbudowane powieści, choć tutaj w pewnych momentach autorka w moim odczuciu przekroczyła tę cienką granicę odpowiedniego wyważenia elementów kryminału i powieści obyczajowej. Mimo wszystko Bez śladu to naprawdę dobra i złożona historia, która potrafi wciągnąć. Poza tymi kilkoma cięższymi momentami czyta się ją naprawdę przyjemnie. Sam fakt, że Tana French jest jednym z tych pisarzy, którzy mają pięknie wyrobiony swój własny styl, zdecydowanie działa na jej korzyść. Jej głowa jest pełna pomysłów i ciekawa jestem, co też zaoferuje mi w kolejnej powieści!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-12 19:02:28
Ma nowego znajomego: Lengua
 
2017-07-12 19:01:10
Ma nowego znajomego: 19Kinga_70
 
2017-07-02 20:18:49
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-07-02 12:51:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Sięgając po książkę Dziecko ognia autorstwa S.K. Tremayne’a, nie spodziewałam się, że otrzymam coś tak wspaniałego. To prawdopodobnie jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych, jakie do tej pory przeczytałam! Spójrzcie tylko na tę okładkę… W idealny sposób oddaje ona samo sedno powieści, ten niesamowity klimat i atmosferę, genialnie prezentuje miejsce akcji. To thriller psychologiczny z... Sięgając po książkę Dziecko ognia autorstwa S.K. Tremayne’a, nie spodziewałam się, że otrzymam coś tak wspaniałego. To prawdopodobnie jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych, jakie do tej pory przeczytałam! Spójrzcie tylko na tę okładkę… W idealny sposób oddaje ona samo sedno powieści, ten niesamowity klimat i atmosferę, genialnie prezentuje miejsce akcji. To thriller psychologiczny z lekką, idealnie wyważoną nutką horroru i psychozy. Książka, obok której nie możecie przejść obojętnie, bo stracicie szansę na znakomitą lekturę!
Rachel, prosta dziewczyna z klasy robotniczej, wychodzi za mąż za bogatego i wpływowego Davida. Wszystko wskazuje na to, że teraz jej życie będzie idealne. Wprowadza się do przepięknego domu w Carnhallow, David jest idealnym mężem, a jego synek, Jamie, nie sprawia żadnych problemów wychowawczych. Rachel ma teraz wszystko – miłość, pieniądze i szczęśliwą, niemal idealną rodzinę. Czy aby na pewno? David jest w domu tylko na weekendy, gdyż przez cały tydzień pracuje w Londynie, a zachowanie Jamiego zaczyna się nagle diametralnie zmieniać. Do chłopca powracają myśli o jego tragicznie zmarłej matce, przez co zaczyna twierdzić, że Nina wciąż żyje. Z czasem Rachel odkrywa tajemnice i mroczną przeszłość Carnhallow, a także tragicznie okoliczności, w jakich zginęła była żona Davida. Sama zaczyna popadać w obłęd, a jej idealne życie zaczyna się rozsypywać kawałek po kawałku…
W tej książce jest niesamowita atmosfera! I to już od pierwszych stron! Wraz z główną bohaterką wprowadzamy się do rodowej willi rodziny Kerthenów. To piękny, wiekowy dom, kryjący w sobie tajemnicę i długą historię. Rachel, chcąc lepiej poznać Davida i Jamiego, a co za tym idzie, nowe miejsce swojego zamieszkania, zaczyna zgłębiać historię Kornwalii oraz kopalń, z których wiele należało do przodków Davida. Stara się też zaprzyjaźnić z Jamiem i zastąpić mu matkę, ale chłopiec po przyjeździe do rodzinnego domu zaczyna się dziwnie zachowywać. Śnią mu się koszmary, jest przekonany, że jego matka żyje i z nim rozmawia, staje się zamknięty w sobie i mówi okropne rzeczy. Początkowo Rachel głęboko wierzy w to, że chłopiec nadal walczy z żałobą i tęskni za matką. Jednakże rozgrywające się wydarzenia sprawiają, że kobieta sama zaczyna się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno Nina jest martwa. W końcu jej ciała nigdy nie odnaleziono… Ten mrok i tajemnica owijają swoimi mackami czytelnika już na samym początku. I trzymają go tak w swoich sidłach aż do ostatniej strony.
Muszę przyznać, że Tremayne świetnie poradził sobie nie tylko z niesamowitym klimatem, ale także z kreacją bohaterów, nawet tych drugoplanowych. Właściwie nie jest ich tutaj wiele – główne skrzypce grają Rachel, David i mały Jamie. Rachel to taka trochę marzycielka, która daje się ponieść chwili, czasami nie myśli racjonalnie, ale też niejednokrotnie sprawia wrażenie egoistycznej i skoncentrowanej tylko na sobie. W pewnym momencie zaczyna wierzyć w to, co mówi Jamie i popada w coś na wzór obłędu, w lekką paranoję, ale potrafi to znakomicie ukryć przed innymi. Koniecznie chce odkryć, jak naprawdę wyglądał wieczór, w którym zginęła Nina. Chce wiedzieć, co ukrywa przed nią David. Rzadko zdarza się, żeby dorosły autor w odpowiedni sposób zaprezentował zachowanie małego dziecka. A Tremayne’owi się to udało! Jamie jest naprawdę bardzo dobrze wykreowaną postacią. Zachowuje się odpowiednio do swojego wieku. Jest impulsywny, raz się boi, raz daje się porwać ekscytacji, pragnie bliskości ojca, tęskni za matką. Prezentuje sobą typowo dziecięce zachowania, a gdy dochodzi do tego, że przepowiada straszne wydarzenia, wygląda to naprawdę dosyć przerażająco. Intrygującą postacią, i chyba najbardziej tajemniczą, jest babcia Jamiego. Starsza pani, która snuje się po domu w Carnhallow i rozmawia z Rachel w bardzo dziwny sposób. Wydawałoby się, że to ona jest kluczem do rozwiązania zagadkowej śmierci Niny.
Autor w idealny sposób połączył ze sobą elementy thrillera psychologicznego i horroru. Stworzył tak niesamowitą atmosferę i tak genialnie dopracował swoją historię, że naprawdę można się w niej zatracić. To niezwykle wciągająca powieść, od której nie sposób się oderwać. Trzyma nas nie tylko ciekawość, ale to swoiste napięcie, ta porywająca siła, ta wciągająca fabuła, to dopracowanie i dbałość o szczegóły. Ta książka potrafi wzbudzić w czytelniku wiele różnych emocji: od poczucia niepewności i lekkiego przerażenia, po smutek i wzruszenie. Zaskakujące zwroty akcji są kolejną ogromną zaletą, która sprawia, że ta książka jest naprawdę ekscytująca.
Dziecko ognia to naprawdę wspaniała powieść, której klimatu nic nie zastąpi! Gwarantuję Wam, że przeczytacie ją jednym tchem! Po prostu pochłoniecie ją w mgnieniu oka i będziecie błagać o więcej! S.K. Tremayne zdecydowanie zasłużył na te wszystkie nagrody, jakie otrzymał. Jego książki nie na darmo zyskują miano bestsellerów – one w pełni na to zasługują.

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-02 12:49:52
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Magonia (tom 2)

Sięgnęłam po Gniazdo mając w pamięci fakt, że Magonia wypadła naprawdę dobrze. Jak na debiut literacki oczywiście. Była to taka baśniowa i lekka opowieść, którą czytałam z przyjemnością, a nawet i chwilami wyjątkowo mocnym zaangażowaniem. Jednego książkom Marii Dahvany Headley nie można odmówić na pewno – mają przepiękne okładki, które po prostu całkowicie urzekają swoją magią. I o ile... Sięgnęłam po Gniazdo mając w pamięci fakt, że Magonia wypadła naprawdę dobrze. Jak na debiut literacki oczywiście. Była to taka baśniowa i lekka opowieść, którą czytałam z przyjemnością, a nawet i chwilami wyjątkowo mocnym zaangażowaniem. Jednego książkom Marii Dahvany Headley nie można odmówić na pewno – mają przepiękne okładki, które po prostu całkowicie urzekają swoją magią. I o ile pierwszy tom świetnie oddawał klimat swojego opakowania, tak w przypadku drugiego nie wyglądało to już tak kolorowo…
Aza powróciła na Ziemię, jednak wie, że nie zazna tak łatwo spokoju. Stara się cieszyć każdą chwilą spędzoną z Jasonem, jednak wie, że tak naprawdę to Magonia jest miejscem, w którym powinna być. Tęskni za chmurami, niezależnie od wszystkiego. Niezależnie od tego, jak mocno kocha Jasona. Jednak chłopak chcąc bronić swojej ukochanej, popełnił wielki błąd… Aza stała się zbiegiem, sprzeciwiła się swojej prawdziwej matce. Aby osiągnąć spokój i na dobre pokonać wroga, jakim stała się dla niej żądna krwi Zal Quel, Aza musi odnaleźć potężną broń i uwierzyć w swoją siłę.
Zakończenie Magonii jasno dało nam do zrozumienia, że główni bohaterowie w kolejnym tomie będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów i tego, co się wydarzyło. Choć ludzie dookoła nich nadal nie do końca zdają sobie sprawę z istnienia niesamowitego świata, jakim jest prawdziwa ojczyzna głównej bohaterki, tak dla Azy i Jasona jest to teraz coś bardzo rzeczywistego, coś, czemu trzeba stawić czoła, z czym trzeba się zmierzyć. Każde z nich musi odpokutować w pewnym sensie za swoje błędy, ale to przede wszystkim Aza ma do wykonania bardzo ważne zadanie. Czy Jason jest w stanie jej pomóc? Cóż, chłopak stara się jak może, ale wiecie jak to bywa z dobrymi chęciami… piekło jest nimi wybrukowane. To powiedzenie chyba idealnie tutaj pasuje, bowiem Jason naprawdę popełnił spory błąd, którego Aza nie jest w stanie mu wybaczyć. Błąd, który rozerwał jej serce… Jakby miała mało zmartwień.
Choć pojawia się tutaj związek przyczynowo skutkowy i fabuła brnie do przodu, to zdecydowanie czegoś mi tutaj zabrakło. Pierwszy tom miał w sobie niewypowiedzianą magię, rodem z powieści Neila Gaimana, co było niezwykle urzekające. Drugi tom już tego nie ma… A przynajmniej ja tego nie odczułam, bo w moich oczach Gniazdo nie utrzymuje poziomu swojej poprzedniczki. Autorka wiedziała, jak pokierować akcją, ale gdzieś po drodze zgubiła odpowiednie tempo i dynamikę, które utrzymywałyby czytelnika w napięciu. Chwilami czułam się po prostu znużona i marzyłam o tym, żeby dobrnąć do końca. Miałam nawet ochotę po prostu odłożyć tę powieść na półkę i do niej nie wracać, ale jednak uznałam, że doczytam ją do końca, mając nadzieję na niepowtarzalny finał. Ale nadzieja pozostała tylko nadzieją. Trzeba też przyznać, że książka jest dosyć krótka (wiem, że Magonia też nie szalała, jeśli chodzi o objętość), więc właściwie mam wrażenie, że całość została sprowadzona do minimum.
Tak na dobrą sprawę, sam motyw Magonii jako krainy jest naprawdę genialny. Cała panująca tam hierarchia, jej mieszkańcy, zasady tego świata… To właśnie tym ta powieść wygrywa, dzięki temu się wybija. Dzięki temu właśnie zasługuje na miano oryginalnej i niepowtarzalnej, jednak muszę przyznać, że ta przepiękna i baśniowa atmosfera była bardziej wyrazista w pierwszej części, tutaj jest z tym niestety gorzej. W Gnieździe mocniej nakreślony został też związek Azy i Jasona, jest on jednym z głównych wątków, które napędzają akcję w tej powieści. Nigdy nie przekonywała mnie „wielka miłość nastolatków”, dlatego moim zdaniem jest ona przerysowana i przesadzona, ale wiecie, młodzież postrzega świat w innych kategoriach – jednak dla mnie ich zachowanie było momentami infantylnie irytujące.
Nie wiem, czy w przypadku Gniazda mogę mówić o klątwie drugiego tomu, ale zdecydowanie jestem w stanie szczerze napisać, że pierwszy tom podobał mi się znacznie bardziej. Lubię Azę jako postać literacką, ale też nie mogę stwierdzić, czy byłaby to przyjaźń na dłużej. Właściwie to taka lekka znajomość i niespecjalnie czuje się związana z tą bohaterką. Ogółem stwierdzam, że seria ma w sobie taką przyjemną lekkość, ale potajemnie liczyłam na to, że w drugim tomie autorka się rozkręci i da nam prawdziwego kopa. Miałam nadzieję na naprawdę konkretną i rozbudowaną historię, ale pozostajemy w strefie ulotnej opowieści, nieco magicznej, nieco baśniowej, jednak takiej, która raczej nie pozostanie ze mną na dłużej.

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-07-02 12:42:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Wybierając się do kina na film Łotr 1 czułam sporą ekscytację. Od małego uwielbiam Gwiezdne Wojny, a zobaczenie filmu z tego uniwersum na wielkim ekranie było naprawdę genialne. Film okazał się być strzałem w dziesiątkę, śmiem twierdzić, że był lepszy niż Przebudzenie Mocy, a historia w nim zawarta jest naprawdę świetna. To konkretna opowieść o rebeliantach, którzy są gotowi zrobić wszystko,... Wybierając się do kina na film Łotr 1 czułam sporą ekscytację. Od małego uwielbiam Gwiezdne Wojny, a zobaczenie filmu z tego uniwersum na wielkim ekranie było naprawdę genialne. Film okazał się być strzałem w dziesiątkę, śmiem twierdzić, że był lepszy niż Przebudzenie Mocy, a historia w nim zawarta jest naprawdę świetna. To konkretna opowieść o rebeliantach, którzy są gotowi zrobić wszystko, aby nie dopuścić do budowy Gwiazdy Śmierci. Ale… zanim w ogóle grupa tych zdeterminowanych ludzi zebrała się razem, ktoś musiał te plany stworzyć. Skądś musiał się wziąć pomysł i naukowcy. I właśnie o tym opowiada książka Jamesa Luceno, Katalizator.
Konflikt pomiędzy Republiką i separatystami się zaostrza. Każda strona próbuje zbudować broń, która ostatecznie zakończy wojnę i da władzę wygranej stronie. Kanclerz Palpatine’a otwiera tajemniczy projekt o nazwie Gwiazda Śmierci. Uczestniczy w nim między innymi Orson Krennic, głęboko wierzący w ideę Imperium. Chcąc jak najlepiej wykonać powierzone mu zadanie, przypomina sobie o swoim przyjacielu sprzed lat, wybitnym naukowcu, Galenie Erso. Badania Galena nad pozyskiwaniem energii z kryształów kyber przyciągają uwagę wielu osób, jednak to Krennic ratuje przyjaciela z opresji, przez co Galen i jego rodzina mają u niego dług wdzięczności. Szybko też Erso otrzymuje propozycję nie do odrzucenia: może nadal kontynuować swoje badania, ale pracując dla Imperium. Choć Galen i jego żona Lyra nie są przekonani, czy jest to dobre rozwiązanie, to nie mają zbyt wielkiego wyboru… I kto by pomyślał, że naukowiec może się przyczynić do zagłady galaktyki…
Choć uwielbiam Gwiezdne Wojny, tak niektóre powieści z tego uniwersum czytało mi się bardzo ciężko. Właśnie dlatego nieco obawiałam się sięgać po kolejną – wiecie jak to jest, nasze komórki pamiętają urazy z przeszłości i potem się przed nimi wzbraniają. Jednakże okazało się, że Katalizator jest naprawdę dobrą i złożoną powieścią, która od podstaw wyjaśnia motyw Gwiazdy Śmierci. To właśnie tutaj rozpoczyna się historia, która dała początek Nowej Nadziei. To tutaj poznajemy Galena Erso i jego rodzinę, w tym córkę Jyn, która w przyszłości odegra niesamowicie ważną rolę w rebelii. Obserwujemy przygotowania do wielkiej wojny, która ma przynieść zagładę wszystkim sprzeciwiającym się Imperium. Świetnie było zobaczyć tę historię właśnie od tej strony, od jej początków. Choć nigdy nie miałam problemu z tym, żeby zakochać się w oryginalnej trylogii, tak jestem przeszczęśliwa, że mogłam zapoznać się z działaniami, jakie miały miejsce jeszcze przed znanymi mi dobrze od dziecka wydarzeniami.
Galen Erso jest naprawdę intrygującą postacią i jest jednym z powodów, dla których naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję. W samym filmie Łotr 1 nie mieliśmy okazji poznać go zbyt dobrze, ale wydaje mi się, że Mads Mikkelsen naprawdę wykonał kawał dobrej roboty. Obstawiam, że w książce o tym samym tytule też nie ma okazji głębszego wniknięcia w jego umysł, dlatego właśnie Katalizator jest pozycją obowiązkową dla każdego fana tego uniwersum i tej postaci. A wierzcie mi, jest to naprawdę istotna sprawa, bo wszystko pięknie się łączy z całą sprawą rebeliantów i ich próbą wykradnięcia planów Gwiazdy Śmierci. Galen Erso znalazł się w potrzasku – przed nim wilki, za nim przepaść. Choć jest to człowiek niezwykle inteligentny, rozsądny i spokojny, tak nie raz wydawało mi się, że po prostu nie miał innego wyboru. Chciał chronić swoją rodzinę i mógł to zrobić tylko i wyłącznie w taki sposób, że przyjął propozycję Krennica. A sam Krennic? Pięknie skrywa swoje drugie oblicze. Nie trzeba się nawet dobrze przyglądać, żeby zobaczyć ten jego sztuczny, wymuszony uśmiech. Piękna dwulicowość. Świetną postacią jest również żona Galena, Lyra. To bardzo silna kobieta, która wspiera swojego męża na każdym kroku i jest wspaniałą matką dla małej Jyn.
Akcja toczy się tempem umiarkowanym, choć myślę, że bardziej jej bieg przypomina sinusoidę. Pojawiają się chwile wytchnienia, w których czytelnik może przeanalizować rozgrywające się wydarzenia, ale chwilami otrzymujemy istną burzę, która całkowicie nas porywa. Katalizator jest napisany w bardzo dojrzały i przemyślany sposób, nie brakuje mu też typowego dla Gwiezdnych Wojen klimatu. James Luceno wykonał kawał dobrej roboty, bowiem czytanie tej powieści to czysta przyjemność. Z łatwością można się w niej zatracić, stać się wiernym obserwatorem. Styl autora jest barwny i plastyczny, podczas czytania ma się wrażenie, jakby się oglądało prequel Łotra 1 (choć z tymi prequelami, sequelami czy spinoffami w tym przypadku sami wiecie jak jest…).
Ta książka stanowi znakomite wprowadzenie do historii Jyn i rebeliantów. Wyjaśnia wiele motywów, daje do myślenia i jest po prostu świetną lekturą, którą polecam każdemu fanowi tego uniwersum. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko sięgnąć po Łotra 1 autorstwa Alexandra Freeda!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-06-29 20:38:23
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: An Ember in the Ashes (tom 2)
 
2017-06-22 19:24:00
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli to książka, która powstała dzięki… rocznej córce autora. Wiecie jak to bywa z dziećmi – pytają o wszystko, co widzą, a nawet o to, czego nie widzą. Są bardzo ciekawe świata, a czasami zadają tak prozaiczne pytania, że nie wiemy, co im odpowiedzieć, choć wydawałoby się, że odpowiedź jest banalna. Co więcej, na rynku jest wiele książek o dzikich... Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli to książka, która powstała dzięki… rocznej córce autora. Wiecie jak to bywa z dziećmi – pytają o wszystko, co widzą, a nawet o to, czego nie widzą. Są bardzo ciekawe świata, a czasami zadają tak prozaiczne pytania, że nie wiemy, co im odpowiedzieć, choć wydawałoby się, że odpowiedź jest banalna. Co więcej, na rynku jest wiele książek o dzikich gatunkach roślin i zwierząt, jest też sporo pozycji o zwierzętach domowych… a co z tymi, z którymi mamy do czynienia na co dzień? Otóż o nich właśnie postanowił napisać Nathanael Johnson.
Nie da się ukryć, że Johnson miał naprawdę świetny pomysł na książkę, natomiast wykonanie moim zdaniem trochę leży i kwiczy. Podchodziłam do tej pozycji z ogromnym zapałem, który stopniowo gdzieś zaczął uciekać. Kroczek po kroczku, mój entuzjazm opadał. Spodziewałam się chyba bardziej konkretnej i ciekawszej pozycji niż to, co otrzymałam. Język autora jest bardzo prosty i przystępny, co jest w pełni zrozumiałe, bowiem jest to publikacja przeznaczona dla amatorów i obserwatorów, a nie zapalonych biologów, więc to jest jak najbardziej na plus. Jednakże w moim odczuciu autor nie potrafił przedstawić pewnych faktów w ciekawy sposób. Nie zainteresował mnie, jego opowieści mnie po prostu nie chwyciły.
Nie chodzi mi o to, że zachowania mrówek czy gołębi są mało interesujące, bowiem doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że każdy organizm ma swoje własne przyzwyczajenia i sposoby postępowania, z których my często nie zdajemy sobie sprawy, jednak zabrakło mi tutaj jakiejś iskry, która pobudziłaby mnie do chęci zgłębiania ich sekretów. Być może jednolity tekst nie był tutaj zbyt dobrym pomysłem? Być może przydałoby się większe urozmaicenie w tej książce? Ciekawe i niepowtarzalne rzeczy powinny być przedstawiane w taki sam sposób, a tutaj są zaprezentowane są tak, że chwilami powiewa nudą. Niby się czyta, ale nie wynika z tego nic specjalnego. Czegoś brakuje. Wydaje mi się, że autor mógł pomyśleć nad nieco inną formą zaprezentowania tematu, choć podziwiam go za chęci i za to, że postanowił coś takiego stworzyć.
Zdecydowanie podziwiam autora za to, że postanowił zgłębić temat dzikich roślin i zwierząt, które widujemy na co dzień. Ludzie poświęcają im naprawdę mało uwagi, a przecież są one nam bliższe niż tygrysy czy słonie. Jest to wiedza z pewnością interesująca, chwilami wręcz ciężko uwierzyć, że tak proste organizmy posuwają się do tak złożonych zachowań. Myślę, że najlepszym przykładem są tutaj mrówki i to chyba one też najbardziej zaintrygowały Johnsona, bo nawet zajął się ich hodowlą. Piękne jest to, że jako ojciec postanowił aż tak bardzo pomóc swojej córce w zrozumieniu otaczającego ją świata.
Nie jestem pewna, komu mogłabym polecić tę książkę… Może właśnie osobom takim jak autor? Być może będzie to dla Was dobry podręcznik, aby przekazywać swojemu dziecku taką wiedzę ogólną, a gdy zapyta Was o zwierzątko czy roślinkę napotkaną na spacerze, to zawsze będziecie mogli mu coś o nim opowiedzieć, choć w sumie pojawia się tutaj tylko kilka powszechnych gatunków, a ogółem jest ich o wiele więcej. Jestem w stanie szczerze napisać, że podziwiam autora za pomysł i chęci, ale samo wykonanie po prostu mi nie odpowiadało, nie przypadło mi do gustu. Ale wiecie, o gustach się nie dyskutuje, dlatego ani nie odradzam, ani też nie namawiam do sięgnięcia po tę książkę. Jeżeli czujecie, że to coś dla Was, to spróbujcie!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-06-22 19:14:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Travis McGee (tom 4)

John D. MacDonald to bardzo uznany i często chwalony autor, nawet przez swoich kolegów po fachu, takich jak Stephen King czy Lee Child. Dlatego chętnie sięgnęłam po jego najnowszą książę, jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym dzięki wydawnictwu Albatros. Jest to pomieszanie kryminału z sensacją, gdzie największymi zaletami są zdecydowanie akcja oraz sam główny bohater. Byłam bardzo... John D. MacDonald to bardzo uznany i często chwalony autor, nawet przez swoich kolegów po fachu, takich jak Stephen King czy Lee Child. Dlatego chętnie sięgnęłam po jego najnowszą książę, jaka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym dzięki wydawnictwu Albatros. Jest to pomieszanie kryminału z sensacją, gdzie największymi zaletami są zdecydowanie akcja oraz sam główny bohater. Byłam bardzo ciekawa, czy twórczość tego autora wypada faktycznie tak wspaniale, jak na to wskazują wszelkie polecenia. Nie raz już się na tym zawiodłam, dlatego podchodziłam do lektury z pewną rezerwą – wiecie, zawsze lepiej się miło rozczarować niż poczuć ten żal goryczy…
Przebiegła i ruda to czwarty tom przygód prywatnego detektywa, Travisa McGee. Travis to naprawdę genialnie wykreowana postać! Potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji, choć nie jest ideałem. Jeżeli obrywa w łeb, to obrywa i pada na ziemię. Traci przytomność. Ale można by chyba napisać, że zawsze ląduje na czterech łapach i wychodzi cało z każdej opresji, niczym kot. Tym razem przyjmuje zlecenie od Lysy Dean, przepięknej gwiazdy filmowej, która popadła w spore tarapaty przez to, że na chwilę się zapomniała. Teraz stała się ofiarą szantażu, jednak wierzy w to, że McGee odnajdzie tego, kto stoi za tajemniczymi wiadomościami i groźbami, a wtedy sprawiedliwości stanie się zadość. Jednakże jak przystało na gwiazdę showbiznesu, Lysa Dean ma swoich ludzi. Do Travisa dołącza jej urocza asystentka, która będzie go pilnować na każdym kroku – oczywiście wszystko dla dobra klientki.
Ta książka niesie ze sobą taki typowo amerykański klimat. Przemierzamy Amerykę wraz Travisem i Daną, aby odnaleźć tych, którzy szantażują Lysę. Jednak zarówno my, jak i sam główny bohater, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie ta podróż nas zaprowadzi. Dochodzi do morderstwa, do niebezpiecznych akcji i podejmowania trudnych, nie raz ryzykownych decyzji. Ale wydaje się, jakoby dla Travisa była to czysta codzienność. Ten człowiek jest tak elastyczny, że potrafi się dostosować do każdej sytuacji. Wie, jak podejść drugiego człowieka, aby wyciągnąć od niego informacje. Potrafi żyć chwilą, nie zastanawia się nad jutrem, tylko chwyta każdy dzień i każdą okazję. To taki lekkoduch, ale bardzo zaangażowany w swoją pracę.
Dobra akcja, świetna dynamika i ten amerykański klimat sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Nie jest to może zbyt skomplikowana i rozległa pozycja, raczej tak do połknięcia na jeden czy dwa wieczory, typowo w celach rozrywkowych. Osobiście wymagam od kryminałów czy powieści sensacyjnych lepszego rozbudowania i większej złożoności, ale w tym przypadku chyba by mi to tutaj nie pasowało. Kłóciłoby się to z samą postawą głównego bohatera, takie mam odczucie. Jest to dynamiczna książka, którą czyta się bardzo lekko. Skupia się raczej na jednym wątku, a motywy poboczne nie są zbyt rozbudowane. Autor stawia przede wszystkim na śledztwo w wykonaniu głównego bohatera, które chwilami niestety jest dosyć zawiłe, ale nie w ten pozytywny sposób. Momentami nie wiedziałam, w jakim kierunku zmierzamy.
Nie brakuje tutaj humoru sytuacyjnego, a John D. MacDonald z pewnością ma lekkie pióro, dlatego jego twórczość czyta się tak dobrze, mimo że pewne elementy są lekko niedopracowane. Kiedyś usłyszałam określenie „leniwa atmosfera” i chyba idealnie pasuje ono do tej pozycji. Podobał mi się klimat, polubiłam głównego bohatera, fabuła jest na swój sposób wciągająca, choć sam pomysł jest raczej oklepany i dobrze znany w literaturze czy filmie. Przebiegła i ruda to książka typowo rozrywkowa, więc jeżeli poszukujecie czegoś bardziej konkretnego, czegoś mocniejszego, to powinniście poszukać gdzie indziej. Jednak jeżeli macie ochotę na lekki kryminał z nutką sensacji to powinniście być zadowoleni z sięgnięcia po tę powieść!

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
2017-06-16 07:43:08
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Coraz rzadziej sięgam po książki młodzieżowe, a tym bardziej po takie typowo obyczajowe. Choć cofnięcie się do czasów liceum bywa naprawdę czymś przyjemnym, tak jednak moje postrzeganie świata jest już na nieco innym poziomie. Jednak w ludzkim życiu zdarzają się takie sytuacje i problemy, na które każdy reaguje podobnie, niezależnie od wieku. Najczęściej jest to utrata kogoś bliskiego lub... Coraz rzadziej sięgam po książki młodzieżowe, a tym bardziej po takie typowo obyczajowe. Choć cofnięcie się do czasów liceum bywa naprawdę czymś przyjemnym, tak jednak moje postrzeganie świata jest już na nieco innym poziomie. Jednak w ludzkim życiu zdarzają się takie sytuacje i problemy, na które każdy reaguje podobnie, niezależnie od wieku. Najczęściej jest to utrata kogoś bliskiego lub czegoś, co dawało nam poczucie stabilności. Rozpacz i niemoc rozdzierające w takiej sytuacji nasze serca wywierają na nasze życie taki sam wpływ, niezależnie od tego, na jakim etapie życia się znajdujemy. Jednak kiedy wydaje nam się, że straciliśmy wszystko, że to już koniec… może zdarzyć się coś, co pokaże nam, że to dopiero początek.
Ezra Faulker był kiedyś gwiazdą szkoły. Dobrze zbudowany, przystojny, popularny tenisista spotykający się z najładniejszą dziewczyną w szkolę. Jednak wypadek samochodowy wszystko odmienił i życie Ezry odwróciło się o 180 stopni. Jego kariera sportowa legła w gruzach, dziewczyna zostawiła go dla jego najlepszego przyjaciela, a on stał się odludkiem. Ci wszyscy „wierni przyjaciele” pozostawili go samego sobie i nie raz cisnęło im się na usta słowo „kaleka”. Jednak na drodze Ezry staje Cassidy Thorpe, dziewczyna burza, która uczy się chwytać każdą chwilę, zna dziwaczne słowa i nie boi się wyzwań. Ma w życiu inne priorytety niż bycie ładną i popularną, jednak bywa też niezwykle tajemnicza i nieprzewidywalna. Cassidy wciąga Ezrę do swojego niepowtarzalnego świata, w którym chłopak będzie miał szansę odnaleźć się na nowo albo całkowicie pogrążyć w rozpaczy.
Nie pytajcie, co mnie zachęciło do przeczytania tej książki. Po prostu poczułam, że może warto dać jej szansę? A moja intuicja nigdy się nie myli! Tak, rzeczywiście z trudem przychodzi mi odnalezienie się w licealnych historiach i początkowo wydawało mi się, że tylko tracę czas z tą powieścią. Jednak zadziwił mnie fakt, że czytało mi się ją z taką lekkością! Choć to nie do końca moja bajka, to historia Ezry mnie wciągnęła. Całość przypomina mi nieco książkę Johnna Greena, Papierowe miasta, które akurat bardzo dobrze wspominam. To historia zagubionego chłopaka, który stracił dawnego siebie, oraz szalonej dziewczyny, która łapie w swoje ręce każdą chwilę, jakby każdy moment był czymś, co może momentalnie pęknąć niczym bańka mydlana. Czy Ezra i Cassidy są swoimi przeciwieństwami? Wydaje mi się, że tak. I choć łatwo się domyślić, że pomiędzy tą dwójką prędzej czy później wywiąże się pewne uczucie, tak od samego początku nie widziałam ich razem. To były dwa przeciwne bieguny, ale osobiście uważam, że takie przyciąganie jest nietrwałe, może coś zmienić, ale nie może zostać na zawsze. Brak mu stabilności. Plusy zawsze trzymają się z plusami, minusy z minusami. Często wiążą się ze sobą, jednak na stałe są tylko w swoim gronie – o ile wiecie, co mam na myśli.
Cassidy to pełna życia dziewczyna, która skrywa w sobie tajemnicę. Może sprawiać wrażenie egoistycznej, ale Ezra z łatwością ulega jej urokowi. Czytelnik obserwuje jak z czystego kumpelstwa, w sposób nienachalny i nieprzesadzony, zaczyna się rodzić coś więcej. Coś intensywnego, ale niepewnego. Tak to chyba bywa z tymi licealnymi miłościami… Ale to właśnie dzięki tej niesamowitej dziewczynie Ezra jest w stanie zacząć żyć na nowo. Rozpiera go energia i wiara w to, że może być lepiej. Zaczyna inaczej widzieć życie i co ciekawe, wcale nie tęskni za dawnym sobą. Wypadek samochodowy zmienił jego postrzeganie świata, a Cassidy zaczęła je kierować na odpowiednie tory. Jednak w tej dziewczynie jest coś tajemniczego… Coś, co w każdej chwili może wybuchnąć. No i wybuchło! Cieszy mnie fakt, że autorka poprowadziła bieg wydarzeń właśnie w taki sposób. Mamy tutaj nagły zwrot akcji, który wprowadza porządne zdezorientowanie, a w sercu czytelnika zasiewa sporą dawkę niepewności, która trzyma go w napięciu aż do ostatniej strony. Liczycie na szczęśliwe zakończenie? Uważajcie! Szczęśliwe zakończenia są tylko kwestią perspektywy.
Choć w dużej mierze jest to książka o licealnych rozterkach bohaterów, w której nie brakuje problemów okresów dorastania i wchodzenia powoli w dorosłe życie czy też licealnych imprez i picia drinków z czerwonych kubeczków, tak poza tym wszystkim pojawia się tutaj coś bardzo życiowego i dającego do myślenia. Podoba mi się to, że wśród książek YA są jeszcze takie powieści, które skupiają się na czymś więcej niż nieszczęśliwa miłość czy też potrafią ją przemienić w taką siłę napędową, dającą wiarę i kopa do działania. Cassidy i Ezra muszą stawić czoła przeszłości, a nie da się ukryć, że każde z nich przeżyło coś, co nie pozostaje bez wpływu na człowieka. Strata. To jest najbardziej odpowiednie słowo, choć każde z nich straciło coś innego. I choć Ezra jest bardzo zakochany, tak będzie musiał pogodzić się z wyborami Cassidy i jej działaniami. Czy to będzie początek końca? Czy początek czegoś nowego? Tego musicie dowiedzieć się sami, ale zakończenie naprawdę mi się spodobało! Nie było do końca oczywiste, a Cassidy wykazała się rozsądkiem i dorosłością. A jeżeli dobrze się przyjrzycie poszczególnym sytuacjom, to z pewnością zauważycie te różnice pomiędzy popularną gromadką licealistów (dawni znajomi Ezry) a tymi, którzy przeszli w życiu coś traumatycznego. To niesamowite, jak bardzo zmieniają się wtedy człowiekowi priorytety.
Początek wszystkiego to dobra i życiowa książka, nie raz skłaniająca do refleksji, w której nadzieja i strata przeplatają się wzajemnie, tworząc sieć, w którą wpadają główni bohaterowie. Nie jest to kolejny typowy romans dla młodzieży, ale przemyślana historia, która potrafi zaskoczyć, a momentami nawet i wzruszyć. Choć niektórzy mogą się nie zgodzić z jej zakończeniem, to po chwili z pewnością zrozumieją, dlaczego autorka postąpiła w taki sposób. Zobaczą dojrzałość decyzji podjętych przez Ezrę i Cassidy. Zrozumieją, że pewne wydarzenia życiowe potrafią sprawić, że czasami trzeba dorosnąć dużo wcześniej niż rówieśnicy, a licealne rozterki i imprezy spadają wtedy na dalszy plan. Nadal uważam, że takie YA nie jest czymś dla mnie, ale potrafię docenić dobre elementy i nauki płynące z tego typu lektur. I naprawdę się cieszę, że pewni autorzy nie skupiają tylko na romansach, ale na czymś więcej.

www.bookeaterreality.blogspot.com

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
2114 780 5663
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (174)

Ulubieni autorzy (14)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (202)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd