Kirima 
misieczytaniepodoba.blogspot.com
Nałogowo pochłaniam fantastykę od czasów dziecięcych. Czasami twierdzę, że wychowały mnie trolle i hobbici. Jestem uzależniona od herbaty i czekolady, a dla rozrywki lubię wycinać w pień faunę i florę w Diablo.
25 lat, kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 1 dzień temu
Teraz czytam
  • Bezkres magii
    Bezkres magii
    Autor:
    „Tancerka Krawędzi“, zupełnie nowa mikropowieść ze świata Archiwum Burzowego Światła jest ukoronowaniem Bezkresu magii, pierwszego zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Obowiązkowa lektura dla fanów....
    czytelników: 1593 | opinie: 66 | ocena: 7,93 (525 głosów) | inne wydania: 1
  • Dygot
    Dygot
    Autor:
    Książka nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Literatura piękna. Naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji. Porywające ob...
    czytelników: 4979 | opinie: 454 | ocena: 7,88 (2259 głosów)
  • Rękopis znaleziony w smoczej jaskini. Kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Wydanie II rozszerzone
    Rękopis znaleziony w smoczej jaskini. Kompendium wiedzy o literaturze fantasy. Wydanie II rozszerzone
    Autor:
    Fantasy jest czytana. Czy się komuś podoba, czy nie, popularność tego rodzaju fantastyki w wątpliwość podawana być nie może. Od czasu, gdy w roku 1960 wydana została w Polsce napisana przez Johna Rona...
    czytelników: 2099 | opinie: 56 | ocena: 7,21 (937 głosów)
  • Smoczy tron
    Smoczy tron
    Autor:
    Ciemne moce, wkraczają do spokojnej krainy Osten Ard. Nadciągające niebezpieczeństwo przeczuwa jedynie nieliczna grupka osób, zwana Ligą Pergaminu. Giermek Simon, przypadkowo złączony z Ligą, staje si...
    czytelników: 1658 | opinie: 52 | ocena: 7,24 (595 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-20 20:31:07
Autor:
Cykl: Znak kruka (tom 1)

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z... Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z drugiej mocno boli mnie wykonanie. Z góry przepraszam za nadmiar cytatów w tym wpisie. One po prostu mówią same za siebie.

Czarnoskrzydły to powieść Eda McDonalda, która zapoczątkowuje serię pt. Znak Kruka. Jak znam życie, będzie to trylogia, ale nigdzie nie znalazłam oficjalnej informacji, ile to ma mieć tomów. Obecnie wydane są dwa, u nas w Polsce dopiero jeden, ale już na horyzoncie wyłania się drugi. I wiecie, to jest ten typ książki, w którym świat stoi na krawędzi przepaści, wszyscy już właściwie jesteśmy jedną nogą w grobie i ze świecą szukać gdziekolwiek okruszka nadziei. To taka książka, w której bohaterem jest twardy najemnik, poznaczony tyloma bliznami, że aby jakoś poradzić sobie z życiem musi nieustannie zaglądać do kieliszka. I nie omieszka nas poinformować, że robi to dlatego, że tak mocno doświadczyło go życie. W końcu my nie musimy patrzeć, jak Nieszczęście wskrzesza cienie naszych mężów czy żon i dzieci tylko po to, by pokazać nam ich ostatnie chwile. Co my tam wiemy o zabijaniu.

Kiedy tworzy się takie dark fantasy, jak obecny tu Czarnoskrzydły (który jest bardzo, bardzo dark, tak bardzo, że tajne matematyczne wzory pisze się tu fekaliami na więziennej ścianie), trzeba mocno uważać, żeby nie przesadzić. To bardzo łatwo może się zemścić i sprawić, że książka brzmi śmiesznie, zwłaszcza kiedy pisana jest z perspektywy pierwszoosobowej. Edowi McDonaldowi właśnie to się momentami przytrafiało. Ryhalt Galharrow, czyli nasz bohater-najemnik potrafi na przykład myśleć, że "wszyscy, którzy nie przyszli ze mną, wyglądali, jakby mieli się zesrać ze strachu. Miałem nadzieję, że tego nie zrobią, chociażby dlatego, że nie zniósłbym takiego smrodu" albo nienawidzić odgłosu uderzenia pięścią w drzwi, bo "pewnego dnia sama Śmierć zbudzi mnie w taki sposób, tylko po to, aby dodać mi nieco cierpień przed zgonem. Taka już z niej suka" czy też "nikt nigdy nie chce iść do Nieszczęścia, ale czasami trzeba podążyć za śladami szczyn, które zostawia nam los". Galharrow jest więc tak bardzo twardy, że właściwie w takich momentach parodiuje sam siebie. Trochę jak Jason Statham w Agentce, który parodiował tam wszystkie inne swoje role.

Fenomenem jest dla mnie jednak wątek romansowy w tej książce. Bo tak, Czarnoskrzydły mimo tego, że jest tak bardzo dark, ma wątek romansowy i to taki, którym mogłaby się poszczycić młodzieżówka, a nie fantasy, które do młodzieżówki z pewnością nie aspiruje. Widzicie, chodzi o to, że Ryhalt Galharrow, czyli nasz zapijaczony macho do wynajęcia, był kiedyś kimś zupełnie innym i po prostu życie dało mu po mordzie, przez co skończył, gdzie skończył. A kim był? Arystokratą był. Wysoko postawionym oficerem był. I w tamtych pięknych czasach zakochał się w pewnej dziewczynie — z wzajemnością. Los jednak ich rozdzielił, ale po latach spotykają się znowu jako kompletnie inne osoby. I tutaj wkracza totalna niespójność Ryhalta Galharrowa, który normalnie tak bardzo twardy i macho, tutaj wzdycha do Ezabeth jak pierwszy lepszy po uszy zakochany podlotek, nieustannie racząc nas swoimi miłosnymi rozterkami, które krążą wokół stwierdzenia chce-ale-się-zmieniliśmy-i-ona-już-mnie-nie-kocha, przerabianego na kilka różnych sposobów ("Próbowałem przekonać samego siebie, że dla mnie także nie jest nikim więcej. Nieważne, że jest piękna, potężna i ma kręgosłup upleciony ze stalowych lin. Nieważne, że w jej towarzystwie czuję, jak coś we mnie rośnie"). Oczywiście autor znów potrafi uraczyć nas swoimi mądrościami, jak przykład "spotkania z nią były jak wyciskanie pryszcza. Dawały satysfakcję, pomimo świadomości, że przez kilka następnych dni będzie się głupio wyglądało".

Czy mogę zrzucić to wszystko tylko i wyłącznie na styl debiutanta? Sama nie wiem. Faktem jednak jest, że w dalszej części książki styl autora się poprawia, aczkolwiek wciąż potrafił wyciągnąć z rękawa jakiś błyskotliwy tekst godny tych przytoczonych wyżej. Odchodząc jednak już zupełnie od stylu, w jakim została napisana ta książka, Czarnoskrzydły ma całkiem niezły pomysł siebie. Oto bowiem mamy świat, w którym magowie tak potężni, że zwani są bogami, od stuleci toczą ze sobą wojnę. Mniej więcej osiemdziesiąt lat przed wydarzeniami w książce w wyniku starcia tych magów, tj. Królowie Głębi kontra Bezimienni, powstało tak zwane Nieszczęście, czyli wielka połać ziemi, na której nie da się żyć, która przesiąknięta jest złem i na której żyją upiorne stworzenia. Starcie to łutem szczęścia zostało wygrane przez naszą stronę barykady, a od przyszłych najazdów chroni tak zwana Maszyneria Nalla. O tym, czy ochroni i tym razem, przekonamy się w książce, ponieważ do tego najazdu dochodzi. Tytułowy Czarnoskrzydły natomiast to nazwa osób, które służą jednemu z Bezimiennych — Wroniej Stopie, i takim Czarnoskrzydłym jest Ryhalt Galharrow. Nasi bohaterowie nie są więc potężnymi pionkami na planszy, lecz raczej pomniejszymi w rękach dużo silniejszych od siebie.

Oprócz magów-bogów w książce występują też inni, pomniejsi magowie, którzy nie mają tej magii w sobie, lecz muszą ją zaczerpnąć (utkać) ze światła. Czyli tacy jakby czarnoksiężnicy, w książce nazywani Przędzarzami tudzież Prządkami. Jest też kilka ciekawych pomysłów na "stwory" czy działającą tu magię, są elementy new weird (np. kiedy Bezimienny chce skontaktować się z Ryhaltem, ze skóry na przedramieniu Czarnoskrzydłego wyszarpuje się kruk, który służy za komunikator). Widać duży wpływ Glena Cooka, nie tylko w nazewnictwie. Język jest często wulgarny, choć z drugiej strony autor próbuje silić się na poetyckość ("niebo szlochało"), co tworzy mi pewien dysonans. Czarnoskrzydłego jednak szybko się czyta, ponieważ akcja w tej książce jest bardzo dynamiczna. Nie ma tu zbyt dużo opisów tego, jak funkcjonuje świat czy wnikania w system magii. Czasem jednak ta akcja jest wręcz dramatycznie ucinana i przyśpieszana, jakby w tym właśnie momencie redaktor postanowił ukrócić fragment fabuły. Na duży plus oceniam natomiast końcówkę. Zasadniczo druga połowa książki na czele z tą końcówką podciąga ocenę książki.

Czarnoskrzydły ma ten duży atut, że pierwszy tom tej serii można z powodzeniem traktować jako standalone, zwłaszcza że drugi tom ma się dziać kilka lat później. Dodatkowo nie jest to książka długa, bo ma jakieś 350 stron, co jak na dzisiejsze standardy rozdmuchanej fantasy jest miłą odmianą. Nie powiem jednak, żeby Ed McDonald zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie, bo nie zrobił. Ale trochę poprawił się w miarę trwania książki, więc przydałoby się dać mu jeszcze jedną szansę i sprawdzić tom drugi. Tyle że to nie jest nic specjalnie oryginalnego. No i ten styl naprawdę nie powala, chyba że lubicie bezpretensjonalność i przekleństwa w narracji czy dialogach, które z jednej strony pasują do tak bardzo mrocznego, smutnego i pozbawionego nadziei świata, ale z drugiej... z umiarem, panie McDonald, z umiarem...

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-09 11:56:27

To już koniec "trylogii w pięciu tomach". Standardowo możemy przygotować się na jazdę bez trzymanki i atakujący zewsząd absurd. Przyznam, że będę tęsknić, ale jednocześnie uważam, że to był najwyższy czas na zakończenie tej serii. Bo choć wciąż można dobrze się bawić przy ostatnich dwóch tomach, to można też postawić pytanie: czy były one potrzebne?

Na początek kilka informacji technicznych....
To już koniec "trylogii w pięciu tomach". Standardowo możemy przygotować się na jazdę bez trzymanki i atakujący zewsząd absurd. Przyznam, że będę tęsknić, ale jednocześnie uważam, że to był najwyższy czas na zakończenie tej serii. Bo choć wciąż można dobrze się bawić przy ostatnich dwóch tomach, to można też postawić pytanie: czy były one potrzebne?

Na początek kilka informacji technicznych. Cześć, i dzięki za ryby oraz W zasadzie niegroźna to czwarty i piąty tom serii Autostopem przez Galaktykę, które zostały wydane razem w jednym zbiorczym wydaniu od wydawnictwa Zysk i S-ka. Wydanie to prezentuje się bardzo ładnie, jest w twardej oprawie i z ilustracjami, które oddają klimat całej serii. Całość posiada pięć tomów*, natomiast we wznowieniach zostały one wydane w trzech zbiorczych. Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść do konkretów.

Cześć, i dzięki za ryby można potraktować jako odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Douglas Adams postanowił napisać romans. Oczywiście nie taki zwykły romans, bo musi pasować do tak zwariowanej i absurdalnej serii, jaką jest Autostopem przez Galaktykę. Akcja rozgrywa się na planecie Ziemia, która co prawda trzy tomy wcześniej została unicestwiona, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nagle znowu istnieje. Tak czy inaczej, Artur po kosmicznej tułaczce wraca do domu z Mgławicy Konia. Na swojej rodzimej planecie poznaje Fenny, która sfiksowała gdzieś w kawiarni w Rickmanswortw, to znaczy "wstała, spokojnie oświadczyła, że doznała wyjątkowego objawienia czy coś w tym stylu, lekko się zachwiała, rozejrzała błędnym wzrokiem i z krzykiem padła twarzą na leżący na stole sandwicz z jajkiem. Od tej pory dręczą ją okropne majaki, że żyje w realnym świecie, halucynuje o wielkich żółtych statkach kosmicznych, nie pomaga szpital za szpitalem". Artur jednak swoje wie, w końcu sam był świadkiem zniszczenia Ziemi, i czuje, że z Fenny łączy go dziwna więź. Chciałby więc z nią porozmawiać. Chciałby też robić z nią wiele innych rzeczy. Miłych rzeczy.

Cześć, i dzięki za ryby to tom, w którym prym wiedzie Artur. Nie jest to właściwie trudne, bo poza gościnnym występem Marvina na jedną czy dwie strony i okazjonalnymi scenami z Fordem, innych znanych postaci z serii tutaj nie ma. Bardzo nad tym ubolewam, zwłaszcza nad tym, jak zmarginalizowany został Marvin, ale z drugiej strony to miło, że autor poświęcił więcej czasu postaci, która raczej nieustannie była spychana na bok. Artur w końcu nieco się ogarnął i wziął życie w swoje ręce, a choć wciąż wiele rzeczy nie wie i nie rozumie, to przynajmniej stara się nadążyć i nie jest już tak bardzo piątym kołem u wozu.

Czwarty tom serii jest zdecydowanie najspokojniejszym i najmniej absurdalnym ze wszystkich, a jednocześnie najbardziej logicznym i spójnym. Akcja prawie w całości toczy się na Ziemi, co nieco odbiera klimat serii, gdzie w większości odbywamy szalone podróże po kosmosie i poznajemy przeróżne, technologiczne cuda. Tutaj tego nie ma, ale wciąż pozostaje satyryczny humor Adamsa, mnóstwo dziwnych sytuacji i sporo trafnych spostrzeżeń o nas samych. Poza tym możemy poznać fenomenalną historię z herbatnikami i dowiedzieć się, jaka jest Ostatnia Wiadomość od Boga do Jego Stworzenia.

Jednak pod znakiem zapytania staje zasadność napisania Cześć, i dzięki za ryby, kiedy spojrzymy na tom piąty, czyli W zasadzie niegroźną. Widzicie, ostatnia część serii kompletnie neguje wszystko to, co stało się w poprzednim tomie, zupełnie tak, jakby nigdy go nie było. To znaczy ja wiem: to jest szalona seria i takie rzeczy powinny być tu na porządku dziennym, więc z jednej strony kwituje to krótkim "aha", i czytam dalej, ale z drugiej naprawdę można zadać sobie pytanie, po co był ten tom czwarty. No, chyba że dla historii z herbatnikami. Historia z herbatnikami to majstersztyk sam w sobie i doskonale rozumiem potrzebę napisania całego tomu tylko po to, by ją opowiedzieć.

W zasadzie niegroźna wraca już na dobrze nam znane, kosmiczne tereny i znów zaczynamy tonąć w oparach absurdu. I to do tego stopnia, że kompletnie nie wiadomo, o co chodzi, bo wszystko się pomieszało i poplątało poprzez przemieszanie rzeczywistości. Doceniam pomysł, ale przez ten chaos totalny ciężko się to czyta. Zupełnie nie wiadomo, kto z kim i dlaczego, ani jaki jest sens całego tego tomu. Owszem, wciąż było kilka zabawnych sytuacji, ale większość tomu była jednak męcząca i absolutnie nie dorównuje poziomowi z tomów pierwszych. Największą przeszkodą były dla mnie sceny z Fordem, co do których miałam wrażenie, że są po prostu zapychaczem, bo choć mnóstwo było w nich akcji i dynamizmu, to były niesamowicie nużące i zanim doszliśmy do meritum, minęło sporo niepotrzebnego czasu. Mimo wszystko Douglas Adams wciąż potrafił zaskoczyć na przykład takim Elvisem Presleyem, zaserwował nam doskonałe życiowe doświadczenia Trillian, dał Sandwicz Mana i całkiem udaną końcówkę.

Czy warto więc doczytać Autostopem przez Galaktykę do końca? I tak, i nie. Niewiele Was ominie, jeśli sobie darujecie, aczkolwiek uważam, że dla tych kilku jasnych punktów warto jednak te tomy przeczytać i serię zamknąć. Najlepiej wypada oryginalna trylogia, ale mimo wszystko przez całą serię autor nie przestaje pod płaszczykiem humoru i absurdu przemycać swoich komentarzy dotyczących funkcjonowania świata. Można się przy tych tomach zrelaksować, ale jednak nie da się ukryć, że ostatnie dwa tomy Autostopem przez Galaktykę nie dorównują jakością tym pierwszym.

Przede wszystkim to już nie jest ten sam humor. Z tomu na tom robiło się coraz bardziej absurdalnie i czasem bardzo na siłę, tak więc naprawdę się cieszę, że to już koniec, bo choć serię pokochałam, to nie chciałabym się przy niej męczyć i zapamiętać ją źle, a to niestety coraz bardziej zmierzało w tym kierunku. Niemniej jednak jest to seria, którą Wam polecam, a przynajmniej te pierwsze trzy tomy. A jak nie trzy, to chociaż ten kultowy tom pierwszy. Autostopem przez Galaktykę to cudowna książka i ma wiele, wiele zalet, które w tych kontynuacjach niestety gdzieś się rozmyły.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:21:49
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam, Audiobooki
 
2018-10-03 18:18:21
 
2018-10-03 18:11:07
Autor:
Seria: Gaiman

Neil Gaiman nie zaskoczył mnie swoim Oceanem na końcu drogi. Jest to dokładnie taka powieść, której mogłabym się spodziewać po tym autorze: baśniowa, groteskowa, niczym z sennych, dziecięcych koszmarów. Od razu nasuwają się skojarzenia z Koraliną, i słusznie. Wiele łączy te dwie powieści, a Ocean na końcu drogi określiłabym jako doroślejszą, poważniejszą wersję Koraliny.

W obu tych książkach...
Neil Gaiman nie zaskoczył mnie swoim Oceanem na końcu drogi. Jest to dokładnie taka powieść, której mogłabym się spodziewać po tym autorze: baśniowa, groteskowa, niczym z sennych, dziecięcych koszmarów. Od razu nasuwają się skojarzenia z Koraliną, i słusznie. Wiele łączy te dwie powieści, a Ocean na końcu drogi określiłabym jako doroślejszą, poważniejszą wersję Koraliny.

W obu tych książkach bohaterem jest kilkuletnie dziecko, które odkrywa drugi, mroczny i niebezpieczny świat istniejący tuż obok i które przez ten świat jest w jakiś sposób zagrożone. W Koralinie jednak rozmiar tego zagrożenia jest znacznie mniejszy, niż w Oceanie na końcu drogi, a i potwór jest tu jakby straszniejszy. Inną, znaczną różnicą między tymi książkami jest to, że w Oceanie na końcu drogi pierwotnym bohaterem jest 47-letni mężczyzna, który po latach wraca na stare śmieci i zaczyna wspominać dziwne wydarzenia ze swojego dzieciństwa. Wszystko zaczęło się od nowego lokatora, który wynajmował pokój w jego domu rodzinnym, a potem popełnił samobójstwo, budząc przy tym pradawną, mroczną istotę. Oczywiście po rodzicach nie ma co się spodziewać pomocy, tak więc nasz bezimienny bohater może się po nią zwrócić do trzech tajemniczych kobiet mieszkających na farmie na końcu drogi. Jedna z nich nazywa staw oceanem, a druga twierdzi, że pamięta naprawdę stary kraj, który wybuchł.

Ocean na końcu drogi to powieść, która wzbudziła we mnie nostalgiczne uczucia o własnym dzieciństwie. Jest ona tak naprawdę zapisem wspomnień dorosłego człowieka, który cofa się wstecz nie tylko do tajemniczych wydarzeń z tego okresu, ale też swojego dzieciństwa ogółem, co sprawiło, że i ja wróciłam myślami do swojego. Możemy tutaj poczytać takie fragmenty jak wspomnienie ojca, który zawsze ze smakiem zajadał się na śniadanie przypalonymi grzankami, a po latach wyznaje, że nigdy tak naprawdę ich nie lubił. Bohater mówi wtedy, że poczuł się tak, jakby całe jego życie opierało się na kłamstwie i w pewien sposób to stwierdzenie jest zaskakująco prawdziwe. Wszyscy w dzieciństwie w ten czy inny sposób byliśmy oszukiwani przez rodziców i nie było to przecież robione w złej wierze, ale odkrycie po latach, że było inaczej, niż nam mówiono, może człowieka zdziwić. W książce jest znacznie więcej takich wspomnień i zaczęłam się zastawiać, jak wiele autor zaczerpnął z autopsji.

Powieść Gaimana mogę interpretować na dwa sposoby. Tym pierwszym i najbardziej rzucającym się w oczy jest groteskowa opowieść o tym, jak dziecko natrafia na mroczne siły nie z tego świata i dzielnie próbuje stawić im czoła z pomocą trzech tajemniczych kobiet. Jest to opowieść dziwna, ale i pociągająca, bo autor jak zwykle czaruje słowem, tworząc niepowtarzalny, baśniowo-mroczny klimat. Potwory czają się tutaj tuż za rogiem, bo nagle okazuje się, że pod naszym nosem tkwi świat pełen przedziwnych i prastarych stworzeń, które niekoniecznie mają dobre zamiary, nawet jeśli chcą tylko zaspokajać nasze pragnienia w wyjątkowo wypaczony sposób.

Druga moja interpretacja to nieszczęśliwe dzieciństwo bezimiennego bohatera, który mógłby to wszystko sobie wymyślić, aby zapełnić pustkę i samotność tamtego okresu. Otwierające sceny opowiadają nam o tym, jak nikt nie przyszedł na jego 7 urodziny, więc jak zwykle zakopał się w książkach, które były jego jedynymi przyjaciółmi. Nie trudno ułożyć sobie w głowie tak szaleńcze, pełne niebezpieczeństw i dziwnych stworów przygody, kiedy nie ma nikogo do zabawy, rówieśnicy kompletnie cię zignorowali w tak ważnym dla ciebie dniu, a nad głową wiszą rodzinne problemy finansowe i małżeńskie, które bardzo wplatają się w niesamowitą historię bohatera. Ocean na końcu drogi byłby więc dla mnie dziecięcą próbą poradzenia sobie z takimi sprawami i wraz z bohaterem mogę się teraz zastanawiać, czy to wszystko było prawdziwe, czy też była to tylko ułuda.

Oczywiście nie chciałabym odbierać tej książce magii, po prostu takie refleksje naszły mnie podczas jej czytania. Takie powieści są jednak najlepsze: bawią, ale jednocześnie oferują coś więcej, a Gaiman jest w tym wyjątkowo dobry. Bardzo lubię jego krótkie powieści dla młodszego czytelnika, tym bardziej że styl autora po prostu pasuje do takich współczesnych baśni, jaką jest właśnie Ocean na końcu drogi. W wykonaniu tego autora zawsze przypominają mi one filmy Burtona.

Moją ulubioną powieścią Gaimana wciąż pozostaje Nigdziebądź, ale Ocean na końcu drogi absolutnie nie zawodzi i jak najbardziej warto go przeczytać. Jest to książka dokładnie taka, jaką mogłabym chcieć i na jaką liczyłam, ale w nieco doroślejszym wydaniu, niż Koralina czy też Księga Cmentarna, nawet jeśli wszystkie trzy kierowane są do młodszego odbiorcy. Jeśli ktoś chciałby zacząć przygodę z autorem od tej książki, to byłby to dobry wybór, ponieważ Ocean na końcu drogi pokazuje wszystko to, co w Gaimanie najlepsze. A jest tego dużo i zwyczajnie warto autora znać, chociaż uważam, że to jeden z tych przypadków twórczości, którą albo się lubi, albo nie i nic pomiędzy nie ma. Tak czy inaczej — polecam. :)

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:08:39
Cykl: Wayfarers (tom 1)

Becky Chambers to kolejna już autorka, której pierwsza, debiutancka powieść została wydana metodą selfpublishingu poprzez zbiórkę na Kickstarterze. I tą powieścią jest własnie Daleka droga do małej, gniewnej planety. Kolejne części wydawane są już w normalnym, prawilnym wydawnictwie i za granicą zbierają mnóstwo dobrych opinii. Na naszym rodzimym poletku nie jest to seria specjalnie znana.

...
Becky Chambers to kolejna już autorka, której pierwsza, debiutancka powieść została wydana metodą selfpublishingu poprzez zbiórkę na Kickstarterze. I tą powieścią jest własnie Daleka droga do małej, gniewnej planety. Kolejne części wydawane są już w normalnym, prawilnym wydawnictwie i za granicą zbierają mnóstwo dobrych opinii. Na naszym rodzimym poletku nie jest to seria specjalnie znana.

Daleką drogę do małej, gniewnej planety można uznać za przygodowo-obyczajową książkę science-fiction. Jest to space opera i zgodnie z tym, co się dowiedziałam, nietypowa space opera, bo na wskroś pacyfistyczna. Tutaj w ogóle nie ma żadnego mordobicia, toteż fani wszelkich kosmicznych, epickich rozrób mogą poczuć się mocno rozczarowani. W Dalej drodze... tak naprawdę... niewiele się dzieje, a zamiast emocjonujących opisów strzelanin, pościgów czy wojen czytamy o tym, jak nasi bohaterowie kupują mydło na targu, pracują i generalnie próbują ze sobą wytrzymać na jednym statku. Kiedy czytałam tę książkę, to miałam nieodparte wrażenie, że tak mógłby wyglądać Mass Effect, gdyby zabrać mu całą przemoc i tę sprawę z ratowaniem świata, a zostawić tylko eksplorowanie kosmosu, relacje między bohaterami i samych bohaterów z ich bogatą historią. Skojarzenie z Mass Effectem miałam z jeszcze jednego powodu: i tu, i tu ludzkość to nieistotny element na wielkiej, międzygalaktycznej szachownicy, który dopiero niedawno dołączył do wielkiej Wspólnoty Galaktycznej.

Bohaterowie w Dalekiej drodze... zajmują się budowaniem tuneli międzyprzestrzennych. To zwyczajni ludzie, do których właśnie dołącza nowa członkini załogi, mieszkanka Marsa pochodzenia ziemskiego o imieniu Rosemary. Kobieta wkracza na pokład Wędrowca jako urzędniczka tuż przed lotem dalekiego dystansu. Można pomyśleć, że jest to główna postać, ale wcale tak nie jest, ponieważ Becky Chambers skupia się na całej załodze po równo. A jest to niezwykle barwna gromadka wyrazistych charakterów, wśród których znajdziemy na przykład gadzią pilotkę Sissix, Doktora Kucharza, który pełni jednocześnie rolę pokładowego lekarza i kucharza, sztuczną inteligencję, która jest jakby pełnoprawnym członkiem załogi (Mass Effect, znowu) czy szaloną, pokręconą panią technik z nadmiarem energii. I to jest właśnie najmocniejszy element tej książki: bohaterowie wraz z relacjami między nimi i tym, co każdy z nich skrywa (a wszyscy coś skrywają). Zresztą nie powinno to nikogo dziwić, bo w sytuacji, kiedy autorka nie postawiła na akcję, musiała czymś to nadrobić. I nadrobiła: załoga Wędrowca to bardzo interesujące, złożone postacie, które oprócz własnej historii pozwalają nam poznać też historię i obyczaje własnego gatunku. Ogromnie podoba mi się też chemia, która między nimi występuje, bo od razu widać, że wszyscy znają się jak łyse konie, co często prowadzi do zabawnych scen czy dialogów.

Becky Chambers zadbała o różnorodność gatunkową i kulturową, a odkrywanie jej to kolejna zaleta tej książki. Na pokładzie naszego statku budowniczego przeważają ludzie, jednak obecni są też przedstawiciele innych ras i bardzo dba się o to, by nikt nikogo nie uraził żadnym rasistowskim tekstem. Zasadniczo cała książka napisana jest w duchu poszanowania dla obcego gatunku i kultury. Zamiast uprzedzeń jest ciekawość, a choć odmienność czasem prowadzi do kłopotliwych sytuacji, to dokłada się starań, by szybko je wyjaśnić i iść na pewne ustępstwa. W efekcie otrzymujemy świat nieco naiwny i wyidealizowany, ale za to Daleka droga... jest bardzo przyjemną, pozytywną i sympatyczną książką, która stanowi bardzo miłą odmianę do fantastyki, w której zwykle na ogół chodzi o odrąbanie komuś głowy.

A o co chodzi w Dalekiej drodze do małej, gniewnej planety? Dokładnie o to, o czym mówi tytuł: załoga Wędrowca otrzymuje zlecenie na budowę tunelu międzygalaktycznego na odległej planecie Toremich, do której trzeba najpierw dolecieć. I to tyle. Taki brak akcji i bardzo powolne tempo książki jest jedyną wadą, jaką mogłabym wskazać (no, chyba że jako wadę traktujemy też naiwność tej książki) z tym, że mi się czytało to naprawdę dobrze i przywiązałam się do załogi Wędrowca. No i to nie jest tak, że w Dalekiej drodze... w ogóle nie ma akcji, bo naszych bohaterów po drodze spotykają jakieś niewielkie przygody — nie są to jednak te przygody, na które mogliby liczyć fani mocnych doznań czy międzygalaktycznych potyczek, bo w tej książce nie ma żadnego konfliktu. Jest raczej codzienność. Szczerze, to ja bardzo chciałabym przeczytać coś takiego w klimacie fantasy.

U Becky Chambers kosmiczne tło stanowi pretekst do wrzucenia sporej ilości przemyśleń na temat człowieczeństwa czy tolerancji i przemocy. Jeśli ktoś boi się sięgać po science-fiction przez ewentualny "technologiczny bełkot", jak to ja go nazywam, to spokojnie możecie wybrać książki tej autorki, ponieważ u niej niczego takiego nie ma. Nie jest to żadna ambitna czy wysoka literatura, językowo również jest prosto, ale żywo i dynamicznie. To taka bardzo lekka książka, która z powodzeniem nadawałaby się na początek przygody z tym gatunkiem (sama jestem początkująca), zwłaszcza dla młodszych osób przez ogólny, pozytywny wydźwięk książki i brak przemocy. Daleka droga do małej, gniewnej planety jest jak taki mały, słodki puchaty szczeniaczek, na którego wspomnienie od razu jakoś tak ci milej.

Tak więc jeśli macie ochotę na lżejszą, wyidealizowaną i naiwną powieść, która kładzie nacisk na przedstawienie różnorodności gatunkowej i kulturowej w kosmosie, na postacie, między którymi jest bardzo fajna chemia, w której nie ma żadnego konfliktu, a wszyscy są dla siebie mili, to ja bardzo polecam.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 18:06:28
 
2018-10-03 18:05:37
 
2018-09-08 22:35:20
Cykl: Domenic Jordan (tom 1)

Polska fantastyka to temat, w którym mam ogromne zaległości. Uwielbiam Wegnera za jego Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza, znam Wiedźmina, czytałam parę książek Pilipiuka o Jakubie Wędrowyczu i zaliczyłam Arivalda Jacka Piekary, i na tym moja lista się kończy. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, bo polskie wcale nie znaczy gorsze, a i rodzimych twórców przydałoby się wspierać. W tym... Polska fantastyka to temat, w którym mam ogromne zaległości. Uwielbiam Wegnera za jego Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza, znam Wiedźmina, czytałam parę książek Pilipiuka o Jakubie Wędrowyczu i zaliczyłam Arivalda Jacka Piekary, i na tym moja lista się kończy. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, bo polskie wcale nie znaczy gorsze, a i rodzimych twórców przydałoby się wspierać. W tym miesiącu udało mi się zaznajomić z prozą Anny Kańtoch i odczucia mam podobne, jak wtedy gdy trzy lata temu trafiłam na książki Roberta M. Wegnera... to znaczy mam ochotę rzucić wszystko i natychmiast przeczytać resztę jej książek.

Diabeł na wieży to zbiór opowiadań, które łączy osoba Domenica Jordana, i jest to też początek serii z tym bohaterem. Tytułowe opowiadanie rozpoczynające zbiór z numerkiem "0" to debiutanckie opowiadanie Anny Kańtoch, które ukazało się w druku w roku 2004, w czasopiśmie Science Fiction. I czuć, że jest to debiut, ale takie właśnie debiuty życzyłabym sobie czytać: klimatyczne, z pomysłem, które potrafią przykuć uwagę i są bardzo dobrze napisane. A im dalej w te opowiadania, tym są one lepsze, mniej czuć pewną nienaturalność i sztywność w dialogach czy opisach, a do tego dochodzą wydarzenia rozgrywające się w tle.

Diabła na wieży najprościej można scharakteryzować jako Sherlocka Holmesa w świecie urban fantasy — ale nie takim naszym, współczesnym świecie, tylko bardziej okolice XVII wieku. Co ciekawe kościół i magia funkcjonują tutaj razem, ale bardziej niż z magią musimy zmagać się z siłami nadprzyrodzonymi. To z kolei sprawiło, że ciągle miałam przed oczami Van Helsinga, zarówno przez to, że kościół potrafi wysłać Domenica, by zbadał jakąś nadprzyrodzoną sprawę, jak i przez klimat czy budowę świata. Znajdziemy w nim takie rzeczy jak demony, klątwy, wilkołaki, upiory i inne cuda natury, a tajemniczymi zagadkami z nimi związanymi zajmuje się nasz równie tajemniczy bohater.

O Domenicu Jordanie wiemy bardzo niewiele, tyle tylko, co autorka zdecydowała się nam podsunąć mimochodem w ciągu tych kilku opowiadań. Tu zdanie, tam zdanie, i wyłania się z tego obraz człowieka małomównego, cynicznego i niezwykle inteligentnego, z nienagannymi manierami i obyciem wśród wyższych sfer, a jednak totalnie pozbawionego taktu i nierozumiejącego ludzi. Domenic to z zawodu lekarz, ale zamiast w żywych woli grzebać w trupach, przeprowadzając kontrowersyjne jak na te czasy sekcje zwłok. W detektywa bawi się gnany chorobliwą ciekawością… i nawet ma swoją, bardzo ubogą wersję Watsona.

Opowiadania w Diable na wieży nie są od siebie kompletnie odcięte, lecz w każdym kolejnym możemy znaleźć jakieś wzmianki z historii poprzednich. Jest to dla mnie ogromny atut, bo ja z reguły za opowiadaniami nie przepadam, a od tych nie mogłam się oderwać. Jedna historia to jedna sprawa doprowadzona do końca, chociaż im dalsze opowiadania, tym częściej oprócz głównej sprawy mamy jeszcze jakieś wydarzenia w tle. Klimat tego zbioru jest mroczniejszy, taki z lekkim dreszczykiem, a za większością spraw, które bada Domenic, stoją siły nadprzyrodzone, chociaż największą winę i tak ponosi człowiek. Bardzo podoba mi się wprowadzenie do świata świętych i rola, jako odgrywają, ponieważ w zależności od tego, kto jest patronem miasta, może on nadać jego mieszkańcom jakieś konkretne cechy — na przykład uczynić z nich jasnowidzów, żeby łatwiej było im tępić złe uczynki.

Anna Kańtoch pozostawiła mnie z ogromnym niedosytem, bo nie dość, że tych opowiadań chciałabym więcej, to niesamowicie intryguje postać samego Domenica. Ten niewielki zarys, który zaoferowała nam autorka, ogromnie pobudza apetyt. Kolejny tom z serii zapowiada się więc świetnie, nie tylko z tego powodu, że tam podobno Kańtoch zdradza więcej informacji o swoim bohaterze, ale też dlatego, że z opowiadania na opowiadanie te historie są zwyczajnie coraz lepsze.

Jeśli więc szukacie dobrej polskiej fantastyki, to Annę Kańtoch z całego serca mogę Wam polecić. Seria o Domenicu Jordanie to dobre rozwiązanie, jeśli lubicie fantastykę, powieści detektywistyczne i delikatny klimat grozy. Ja coś czuję, że w najbliższym czasie będę namiętnie wyczytywać książki tej autorki, bo pierwsze moje z nią spotkanie wypadło zaskakująco dobrze. Może nie aż tak dobrze, jak ze wspomnianym we wstępie Wegnerem, bo to trochę inny rodzaj książek, a ja jednak skłaniam się do militarnej fantasy, ale Domenic Jordan mnie kupił i zwyczajnie pragnę więcej.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-08 22:32:30
Cykl: Żniwa śmierci (tom 2)
 
2018-09-08 22:30:42
Cykl: Żniwa śmierci (tom 1)
 
2018-09-08 22:27:40
Autor:
 
2018-08-06 19:32:35
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
Cykl: Pamięć, Smutek i Cierń (tom 1) | Seria: Fantasy
 
2018-08-06 19:31:00
Seria: Poza serią

Przed przeczytaniem tej książki o takich rzeczach jak zespół Aspergera czy synestezja wiedziałam bardzo niewiele. To jest też powód, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po książkę Daniela Tammeta. Wiedzę najlepiej zdobywać u źródła, a któż lepiej mógłby mi o tym opowiedzieć jak nie osoba, która faktycznie tego doświadcza? No właśnie.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to próba pokazania...
Przed przeczytaniem tej książki o takich rzeczach jak zespół Aspergera czy synestezja wiedziałam bardzo niewiele. To jest też powód, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po książkę Daniela Tammeta. Wiedzę najlepiej zdobywać u źródła, a któż lepiej mógłby mi o tym opowiedzieć jak nie osoba, która faktycznie tego doświadcza? No właśnie.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to próba pokazania ludziom, którzy cierpią na te przypadłości, że mogą żyć normalnie. To też próba uświadomienia pozostałych, jak wygląda życie osób z zespołem Aspergera czy synestezją, i to próba niezwykle udana. Książka ma charakter bardzo osobisty, ponieważ Daniel Tammet w pamiętnikarski sposób opowiada nam o całym swoim życiu. Dowiemy się więc o tym, jak bardzo był wyalienowany w czasach swojego dzieciństwa, czego początkowo nie rozumiał, bo całym jego światem były liczby, jak ciężko było mu zrozumieć, że niektóre rzeczy, które robił, mogły denerwować innych, jak bardzo w jego życiu ważna jest rutyna i schemat... i wiele, wiele więcej.

Książka jest wyjątkowa z tego względu, że większość objaśnień o wyjątkowych umiejętnościach osób z zespołem Aspergera i synestezją opisywana jest z punktu widzenia osoby trzeciej. Niewiele jest relacji z pierwszej ręki. W Urodziłem się... Daniel pozwala nam wniknąć nie tylko w swój świat, ale też i umysł, wyjaśniając nam tak dokładnie, jak tylko potrafi swoje umiejętności. I zadziwia mnie to, jak doskonale wychodzi mu tłumaczenie, co i jak postrzega. W książce nie ma zbyt wielu naukowych wyjaśnień, a sam autor postarał się, by była ona jak najbardziej przystępna i by sięgnąć mógł po nią każdy. To w połączeniu z barwnym opisem życia, emocji i odczuć, jakie towarzyszyły Danielowi, daje naprawdę świetną, wartościową lekturę. Jest to niesamowita relacja, ponieważ pozwala nam zobaczyć, jak bardzo różni się nasze życie od życia osoby cierpiącej na zespół Aspergera, która jednocześnie jest sawantem i synestetą. Pozwala ją zrozumieć, spojrzeć na wszystko jego oczami, otwiera umysł i w pewien sposób uczy też tolerancyjności dla osób, które są w jakikolwiek sposób inne. Nie mogę wyjść z podziwu, jak wspaniale Daniel poradził sobie w świecie, który niczego mu nie ułatwiał. To też daje nadzieję i motywuje nawet osoby, które na żadne z tych przypadłości nie cierpią.

A co właściwie potrafi Daniel? Widzicie, może on dokonać obliczeń, których wynik można sprawdzić jedynie za pomocą komputera. Jest w stanie powiedzieć, w jaki dzień tygodnia urodził się jego rozmówca, poznając samą tylko datę. Przez synestezję widzi kolory, kształty i faktury liczb, dlatego data jego własnych urodzin jest niebieska i stąd tytuł tej książki. Dla Daniela środy zawsze są niebieskie. Nakręcono o nim film dokumentalny pt. Geniusz pamięci, który pokazuje, jak uczy się on języka islandzkiego w tydzień, po czym na żywo udziela w tym języku wywiadu. Daniel jest też osobą, która ustanowiła rekord w recytowaniu z pamięci liczby pi do 22 514 miejsc po przecinku. Przede wszystkim jednak jest on człowiekiem bardzo miłym, uprzejmym, delikatnym i łagodnym, niesamowicie empatycznym, co widać w całej tej książce.

Życie Daniela to jedno wielkie wyzwanie, ale nie poddaje się i cały czas idzie do przodu. Ujęło mnie to, ile wewnętrznej siły ma ten człowiek, ale też z jak ogromnym uczuciem wyraża się o swojej rodzinie, z jakim szacunkiem i powagą podchodzi zarówno do sfery uczuć, jak i do innych osób. To też nie przychodzi mu łatwo, ponieważ autyzm czasem utrudnia mu zrozumienie, jak inni ludzie mogą się czuć. Mimo tego stara się cały czas polepszać swoje umiejętności życia w społeczeństwie, uczyć się tego, co dla większości z nas jest naturalne. Imponuje mi ta determinacja.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia jest więc świetną okazją, żeby dowiedzieć się, jak pracuje umysł z zespołem Aspergera, a jednocześnie sawanta i synestety. A dzięki temu, że Daniel opowiada też o swoim życiu i trudnościach, które go spotykały, lektura niesamowicie wciąga, trochę też wzrusza i z pewnością pozwala nam poczuć ogromną sympatię do tak ciepłego człowieka, jakim jest Daniel. Polecam, jeśli interesuje Was taki temat.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-07-27 22:26:27
Autor:

Tom Wolfe to człowiek, który był jednym z prekursorów Nowego Dziennikarstwa, czyli stylu publicystycznego polegającego na stosowaniu technik literackich w reportażach oraz esejach. Jego książka pt. Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos zaliczana jest do absolutnej klasyki amerykańskiego reportażu. Wydana w 1979 roku książka otrzymała nagrodę dla najlepszej publikacji non-fiction. U nas... Tom Wolfe to człowiek, który był jednym z prekursorów Nowego Dziennikarstwa, czyli stylu publicystycznego polegającego na stosowaniu technik literackich w reportażach oraz esejach. Jego książka pt. Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos zaliczana jest do absolutnej klasyki amerykańskiego reportażu. Wydana w 1979 roku książka otrzymała nagrodę dla najlepszej publikacji non-fiction. U nas pierwotnie ukazała się w 1993 roku pod tytułem S-kadra. W czerwcu natomiast wydawnictwo Agora wypuściło wznowienie tej książki pod zmienionym tytułem Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos.

W książce przenosimy się w okres Zimnej Wojny, do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy w USA wybuchła panika. Rosjanie wprowadzili na orbitę pierwszego sztucznego satelitę i Amerykanie uznali, że następnym krokiem ZSRR będzie zrzucanie z kosmosu bomb wodorowych. Wolfe opisuje nastroje panujące w tamtym czasie, desperacki wyścig kosmiczny przypominający starożytny, uświęcony pojedynek i olbrzymią propagandę, która temu wszystkiemu towarzyszyła. Przede wszystkim jednak skupia się na ludziach.

Alan Shepard to człowiek, który w ramach programu Merkury został pierwszym amerykańskim astronautą. Chuck Yeager jako pierwszy przekroczył barierę dźwięku. John Glenn to pierwszy Amerykanin, który został wysłany na orbitę Ziemi, po czym okrążył ją trzykrotnie. Joe Walker jako pierwszy osiągnął wysokość suborbitalną samolotem doświadczalnym... i wymieniać można by tak jeszcze trochę. W książce gości znaczne grono pilotów, którzy zapisali się na kartach historii, oraz astronautów, którzy rozpoczęli kosmiczny podbój. Wszyscy ci ludzie byli w czymś pierwsi, wszyscy przecierali gwiezdne szlaki, udowadniali, że niemożliwe nie istnieje. Wolfe opisuje więc nie tylko początki programów kosmicznych i powstanie NASA, lecz przede wszystkim mówi o pilotach, tych prawdziwych kowbojach, twardzielach, którzy mieli w sobie to tajemnicze coś definiujące mężczyznę z jajami. W swojej książce próbuje on odpowiedzieć na pytanie: kim byli ci ludzie, którzy codziennie ryzykowali życie oblatując samoloty eksperymentalne? Wiedząc, że w każdej chwili mogą zginąć nie ze swojej winy, lecz z winy wadliwej maszyny? Dlaczego pozwolili wystrzelić się w kosmos, podejmując z pozoru samobójczą misję (wszak nasze rakiety zawsze wybuchają)? Szaleńczy głód życia, adrenaliny i nieustanne ryzyko, codziennie pokonywanie granic i udowadnianie, że nie ma rzeczy niemożliwych, a wszystko to zgodnie z uświęconą wojskową tradycją Latania i Chlania, Chlania i Rajdowania i tak dalej — oto, co znajdziecie w tej książce.

Powiedzieć, że jest to męska lektura, to mało. Wolfe oddaje głos pilotom i astronautom, co sprawia, że wszystkie te wydarzenia widzimy z ich perspektywy, a opowiedziane są one ich językiem. Można wręcz odnieść wrażenie, że słyszymy opowieść jednego z tych asów przestworzy, który codziennie zagląda śmierci w oczy. I snuje on swoją historię na totalnym luzie, z prawdziwą nonszalancją, być może przy butelce czegoś mocniejszego w zadymionym pomieszczeniu, tylko mimochodem dając Ci znać, jaki z niego kozak — no bo przecież nie przystoi mu przechwalać się wprost. Styl narracji jest więc potoczny, swobodny, luzacki i bardzo dynamiczny, ze szczyptą ironii i sarkazmu, z dużą ilością krótkich zdań zakończonych wykrzyknikiem. Zdarzają się nudniejsze momenty, ale przez większość czasu książkę czyta się jak bardzo dobrą powieść — z tą różnicą, że ona naprawdę się wydarzyła.

Dziś taki sposób prowadzenia reportaży już nie zaskakuje, ale na tamte czasy było to bardzo nowatorskie rozwiązanie. Choćby z tego powodu warto po Najlepszych sięgnąć, jeśli interesuje Was ten typ literatury i książki, które miały na nią znaczący wpływ. Wolfe koncentruje się na wydarzeniach z codzienności swoich bohaterów, opisując detale do tego stopnia, że czytamy nawet o lewatywie. Autor poświęcił 7 lat na napisanie Najlepszych, przeprowadzając wywiady z astronautami, pilotami i ich żonami, co skutkuje bardzo rzetelnym materiałem. Jednak każdy medal ma swoją drugą stronę, więc Najlepsi to nie tylko opowieść o odwadze i szalonym pędzie na szczyt, lecz także o dramacie żon, które tylko czekały na wizytę Ponurego Przyjaciela Wdów i Sierot, i o tym, czego prawdziwy facet na głos nie powie.

To, co bardzo zwróciło moją uwagę w Najlepszych to odniesienia do powieści My Zamiatina, którą nie tak dawno miałam okazję czytać. Zawsze to miło natrafić na nawiązania do książki, którą się zna, zwłaszcza że autor tak trafnie tutaj tych odniesień używa, przedstawiając Rosjan jako wszechpotężny Integrał na czele z Głównym Konstruktorem. Oprócz tego mam teraz straszną pokusę zagrania jeszcze raz w Mass Effect, ponieważ bohater tej gry nosi nazwisko po pierwszym Amerykańskim astronaucie: Shepard. Może to nic, ale w moim przypadku to tylko rozbudza apetyt na więcej, bo kosmiczna tematyka kusi mnie teraz jeszcze mocniej i na pewno niedługo do niej wrócę. W tym miesiącu, i też od wydawnictwa Agora wyjdzie książka odsłaniająca kulisy lotu Polaka w kosmos, więc to tak jakby kontynuacja wątku, tylko z naszej, polskiej perspektywy. Warto mieć na uwadze.

Jeśli więc interesuje Was to, jak człowiek zaczął sięgać gwiazd, interesują Was pierwsze loty załogowe, lotnictwo i samoloty eksperymentalne, to jest to książka dla Was. To solidny i porządny materiał przedstawiony w ciekawy sposób, mówiący o jeszcze ciekawszych rzeczach: nie tylko o gwiezdnych podbojach, ale też przekraczaniu granic i udowadnianiu, że niemożliwe nie istnieje. I nie mogę nie skomentować tego, jak trafny tym razem wybrano tytuł, ponieważ Najlepsi naprawdę opowiadają o kowbojach. Tylko takich kosmicznych.

http://misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
303 67 473
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (21)

Ulubieni autorzy (5)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd