Kirima 
misieczytaniepodoba.blogspot.com
Nałogowo pochłaniam fantastykę od czasów dziecięcych. Czasami twierdzę, że wychowały mnie trolle i hobbici. Jestem uzależniona od herbaty i czekolady, a dla rozrywki lubię wycinać w pień faunę i florę w Diablo.
25 lat, kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 1 godzinę temu
Teraz czytam
  • Bezkres magii
    Bezkres magii
    Autor:
    „Tancerka Krawędzi“, zupełnie nowa mikropowieść ze świata Archiwum Burzowego Światła jest ukoronowaniem Bezkresu magii, pierwszego zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Obowiązkowa lektura dla fanów....
    czytelników: 1676 | opinie: 69 | ocena: 7,93 (571 głosów) | inne wydania: 1
  • Diuna
    Diuna
    Autor:
    Specjalna edycja z opracowaniem graficznym autorstwa Wojciecha Siudmaka. Arrakis, zwana Diuną, to jedyne we wszechświecie źródło melanżu – substancji przedłużającej życie, umożliwiającej odbywanie p...
    czytelników: 18220 | opinie: 617 | ocena: 8,21 (8571 głosów) | inne wydania: 9
  • Dziennik szalonego starca
    Dziennik szalonego starca
    Autor:
    "Dziennik szalonego starca" – jak wskazuje sam tytuł – jest zabawną, ale też wzruszającą powieścią o zmaganiach starego człowieka ze swoim ciałem. Tematem powieści jest walka ze starością i...
    czytelników: 168 | opinie: 8 | ocena: 6,74 (46 głosów) | inne wydania: 1
  • Smoczy tron
    Smoczy tron
    Autor:
    Ciemne moce, wkraczają do spokojnej krainy Osten Ard. Nadciągające niebezpieczeństwo przeczuwa jedynie nieliczna grupka osób, zwana Ligą Pergaminu. Giermek Simon, przypadkowo złączony z Ligą, staje si...
    czytelników: 1690 | opinie: 55 | ocena: 7,24 (605 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-19 21:06:31
Ma nowego znajomego: Izostar
 
2019-01-06 20:42:57
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Kroniki Diuny (tom 1) | Seria: Diuna
 
2019-01-06 20:39:15
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2019-01-06 20:32:05
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Manga -- 2019, #Posiadam, Przeczytane w -- 2019
Autor:
Cykl: Perfect World (tom 1)
 
2019-01-06 20:26:16
 
2019-01-01 19:42:46
 
2019-01-01 15:19:05
Ma nowego znajomego: przestrzenie_tekstu
 
2018-12-30 16:23:07

Keigo Higashino to jeden z najlepiej sprzedających się autorów w Japonii. Jego zasięgi można porównać do Jamesa Pattersona czy Deana Kontza i te nazwiska nie padają tu przypadkowo, ponieważ Higashino ma na swoim koncie wiele kryminałów. Powieści tego autora wielokrotnie ekranizowano i jako filmy, i jako seriale. W Polsce pierwszą wydaną powieścią Higashino są Cuda za rogiem. Możecie też... Keigo Higashino to jeden z najlepiej sprzedających się autorów w Japonii. Jego zasięgi można porównać do Jamesa Pattersona czy Deana Kontza i te nazwiska nie padają tu przypadkowo, ponieważ Higashino ma na swoim koncie wiele kryminałów. Powieści tego autora wielokrotnie ekranizowano i jako filmy, i jako seriale. W Polsce pierwszą wydaną powieścią Higashino są Cuda za rogiem. Możecie też znaleźć film z 2017 pod tytułem Namiya Zakkaten no kiseki.

Cuda za rogiem to książka, która ma za zadanie sprawić, żebyśmy poczuli się lepiej. Spokojnie można przyrównać ją do ciepłego, mądrego i wzruszającego filmu o ludziach z problemami, którzy jakoś sobie z nimi poradzili — lepiej lub gorzej, ale przetrwali ten ciężki moment w swoim życiu. Zazwyczaj na takich filmach trzeba mieć ze sobą zapas chusteczek, bo oczy niebezpiecznie łzawią, i nie inaczej jest z tą książką. Sylwka z unserious.pl robiła kiedyś wpis o 5 książkach, których lepiej nie czytać w miejscu publicznym, i Cuda za rogiem spokojnie można dodać do tej listy.

Powieść Keigo Higashino nie należy do książek, które zachwyciłyby nas warsztatem pisarskim autora ani żadnym drugim dnem w tym, o czym autor pisał. To prosta książka, ale w tej swojej prostocie mądra i chwytająca za serce. Nie jest napisana jednym ciągiem, lecz dostajemy 5 historii o różnych ludziach, a co za tym idzie różnych rozterkach: od problemów miłosnych, przez przyszłość i wybór kariery, aż po długi i dom dziecka. Wszystkie te historie łączą się jednak ze sobą i przenikają nawzajem, i tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie te opowieści prowadzą do pewnego sklepu wielobranżowego. Właścicielem sklepu jest poczciwy, samotny staruszek, który listownie udzielał porad na wszelkie problemy, o których ludzie zechcieli mu napisać.

Problemy, o których ludzie pisali w swoich listach, często dotyczyły spraw ważnych i kluczowych dla ich życia. I zawsze, ale to zawsze autor pozwala nam poznać koniec opowiedzianej historii. Czasami trzeba było wybrać między miłością a karierą, innym razem między sercem a rozsądkiem. Każda z tych spraw była na swój sposób trudna i wyjątkowa, i ta różnorodność jest dużą zaletą powieści. Dodano do niej również odrobinę realizmu magicznego, ponieważ jakimś sposobem sklep staruszka Namiya uzyskał połączenie z przyszłością i listy z przeszłości mogły trafić do przeszłości i odwrotnie. Nie jest wytłumaczone, dlaczego tak się stało — po prostu tak jest i już. Cuda za rogiem to nie jest książka, która skupiałaby się na tłumaczeniu takich rzeczy. To powieść mówiąca o emocjach i w bardzo łatwy sposób wyzwalająca te emocje w nas. Ale wiecie, czasami takie rzeczy, które powodują, że oczy nam zwilgotnieją, są po prostu potrzebne i pozwalają się oczyścić od negatywnych uczuć.

Cuda za rogiem oprócz opowiedzianych historii przekazują nam coś jeszcze, a mianowicie ile radości można czerpać z tego, że się komuś pomogło. Wystarczy zwykła rozmowa, ludzie bowiem często nie potrzebują rady, ale po prostu wymiany zdań z kimś obcym, bezstronnym, kto ich wysłucha i zada odpowiednie pytania. Często mamy też już gotową odpowiedź w głowie, ktoś po prostu musi nas o tym uświadomić i utwierdzić w przekonaniu, że jest to decyzja słuszna. I choć mogłabym się czepiać odrobiny infantylności w tym wszystkim, to szczerze mówiąc, zupełnie nie mam na to ochoty. To wartościowa, ciepła i kojąca książka, i nie chciałabym niszczyć sobie jej obrazu w głowie przez próbę jej głębszego analizowania.

Powieść Keigo Higashino jest więc świetną rzeczą do przeczytania, kiedy Wam źle. I obojętnie, czy macie cięższe chwile, czy też smutno wam przez jesienną aurę, Cuda za rogiem mogą podnieść Was na duchu. To książka, która pokazuje, że nawet z najgorszej sytuacji można znaleźć wyjście i iść do przodu. To też taka książka, która sprawi, że poczujecie się lepiej. Ze swojej strony bardzo polecam.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-12-11 19:21:19
Ma nowego znajomego: Katty
 
2018-12-04 21:20:29
Ma nowego znajomego: tomek
 
2018-11-19 20:40:56
Autor:
Cykl: Wierni i upadli (tom 1)

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Czasami jednak trafiają się takie książki, po których w ogóle nie czuć, że jest to debiut. W przypadku Zawiści byłam święcie przekonana, że to już któraś z kolei książka autora, bo to było zbyt solidne i dopracowane, jak na debiutanta.

A jednak.

Zawiść w jednym zdaniu można scharakteryzować jako typową powieść fantasy, która absolutnie niczym się nie...
Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Czasami jednak trafiają się takie książki, po których w ogóle nie czuć, że jest to debiut. W przypadku Zawiści byłam święcie przekonana, że to już któraś z kolei książka autora, bo to było zbyt solidne i dopracowane, jak na debiutanta.

A jednak.

Zawiść w jednym zdaniu można scharakteryzować jako typową powieść fantasy, która absolutnie niczym się nie wyróżnia. To po prostu kolejna historia w fantastycznym świecie, opowiedziana przez następnego autora, który garściami czerpie z dorobku tego gatunku. Jeśli więc ktoś liczył na oryginalną, nowatorską fantastykę, to musi pukać do innych drzwi. Zawiść jest powieścią kierowaną do osób, których klasyczna high fantasy nie nudzi mimo tysięcy stron, które już w tym temacie przeczytali. Ewentualnie do osób, które dopiero zaczynają, ale jednak polecałabym coś lżejszego, i przede wszystkim luźniejszego na początek (pssst! Belgariada), ponieważ Zawiść traktuje się bardzo serio.

Skoro już ustaliliśmy ten najważniejszy fakt, czyli czym tak właściwie ta książka jest, to warto dodać, że pomijając schematyczność jest to powieść bardzo dobrze napisana — i przede wszystkim mocno wciągająca. Chociaż z tym wciągnięciem to może być różnie, ponieważ ja wkręciłam się dopiero wtedy, gdy przekroczyłam magiczną połowę tego opasłego tomiszcza. Początki takich serii rozpisanych na kilka tomów, gdzie każdy z tych tomów to cegła, której z powodzeniem można używać w samoobronie, zawsze bywają trudne i nikt temu nie zaprzeczy. Pierwszy tom to standardowo w dużej mierze wprowadzenie do świata i zaznajomienie się z bohaterami i relacjami, jakie ich łączą, co zwykle oznacza, że rozkręca się to powoli. Zawiść zasadniczo ma bardzo wolne tempo akcji, ale oprócz tego, że pierwszy tom jest wprowadzeniem, to autor od początku zarzuca nas tak dużą ilością królów, baronów, dziedziców, rycerzy i ludzi z pospólstwa, że zwyczajnie ciężko się połapać, kto jest kim, kto kogo lubi, a kogo nie i tak dalej. Żadnego spisu postaci, który by to ułatwił, nie ma (chociaż jest mapka. W końcu każda szanująca się fantasy powinna mieć mapkę), a oprócz ogromu bohaterów (i ich dziwnych imion do spamiętania — obowiązkowy punkt drugi, kiedy piszemy książkę fantasy), jest też duża liczba państw — i znowu trzeba zapamiętać, kto z kim i dlaczego, i kto tam w ogóle rządzi...

Kolejna istotna rzecz mogąca stanąć Wam na drodze do wciągnięcia się w Zawiść, to kilka punktów narracji. I to absolutnie nie jest wada, problem jednak tkwi w tym, że też mamy je od samego początku. Zdążymy więc poznać jednego bohatera, a tu już dostajemy narracje z punktu widzenia kolejnego, a zaraz potem następnego. To wybija z rytmu, ale potem oczywiście zupełnie nie przeszkadza.

Debiutancka powieść Johna Gwynne opowiada historię bardzo klasyczną. Będziemy wiec świadkami konfliktu dobra i zła, który rozpoczął się dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, o których pamiętają tylko nieliczni, a swój finał ma mieć na naszych oczach (oczywiście nie w tym tomie). Konflikt dotyczy dwóch bogów, a rozgrywać go mają ich czempioni powołani z żyjących obecnie ludzi. Innym słowem: będzie rzeź, ale też nie w tym tomie, chociaż nie obyło się bez kilku scen bitewnych jako żywo stawiających mi przed oczami sceny bitewne z filmowego Władcy Pierścieni. Zasadniczo duża ilość bohaterów w tym przypadku oznacza dużą liczbę zgonów. To ogromny plus, że autor nie boi się zabijać postaci, które nie są tylko bezimienną masą, ale proszę, nie oczekujcie po tych słowach drugiej Gry o Tron.

Dużą rolę w Zawiści odgrywa przyjaźń i rodzina. To bardzo miłe, zwłaszcza że w tej książce tak naprawdę tych prawdziwie złych charakterów jest mało. W większości występują tu dobrzy ludzie, którzy po prostu dali się zwieść. A zło w Zawiści jest wyjątkowo podstępne i nie od razu wiadomo, kto będzie czarnym charakterem (dość szybko staje się to jednak oczywiste, aczkolwiek autor wyłazi z siebie, żeby wcale tak nie było). Z drugiej strony słabe te czarne charaktery, ale cóż... pożyjemy, zobaczymy. To w końcu dopiero początek. Melduję też obecność sporej ilości spisków i intryg.

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że w książce występuje postać młodego chłopca, który na kartach powieści będzie nam dorastał. Corban, bo to o nim mowa, zajmuje większą część Zawiści i jest dosyć ogarniętym młodzieńcem, który nie przechodzi typowo denerwujących humorów nastolatków. Z drugiej strony bardzo się boję, że wyrośnie z niego taki Gary Stu. Postacie w tej powieści na ogół po prostu są i niczym się nie wyróżniają, ale z czasem i tak zaczynamy je lubić. Do stylu Johna Gwynne też idzie się przyzwyczaić i również on niczym się nie wyróżnia. Jest porządny i solidny tak jak cała ta książka. Jedyny większy minus to sztywność Zawiści, ponieważ jest to powieść napisana bardzo na serio i brakuje jej choćby odrobiny luzu, jakieś iskry, czegokolwiek, co przerwałoby drewnianą i poważną narrację. Ale to może ja już zostałam zepsuta przez bardziej "dzisiejsze" książki...

Zawiść polecałabym więc osobom, którym nie nudzą się przemielone po raz kolejny stare rozwiązania w powieściach fantasy, i które lubią w takich powieściach utonąć bez reszty. Książka Johna Gwynne idealnie się do tego sprawdzi. To dobra rzecz, fajerwerków jednak w tym nie ma.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-27 20:44:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Audiobooki, Literatura polska, Przeczytane w -- 2018
 
2018-10-24 19:23:40
Cykl: Wayfarers (tom 2)

Becky Chambers swoją debiutancką powieścią zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i nikt specjalnie nie musiał mnie namawiać do tego, bym sięgnęła po tom drugi. Jest on zdecydowanie inny od Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety, może trochę mniej cukierkowy, ale w jakiś sposób wciąż sprawia, że po jego przeczytaniu czujesz się lepiej. Największą zmianą, jaka zaszła, jest zmiana w składzie... Becky Chambers swoją debiutancką powieścią zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i nikt specjalnie nie musiał mnie namawiać do tego, bym sięgnęła po tom drugi. Jest on zdecydowanie inny od Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety, może trochę mniej cukierkowy, ale w jakiś sposób wciąż sprawia, że po jego przeczytaniu czujesz się lepiej. Największą zmianą, jaka zaszła, jest zmiana w składzie bohaterów, ponieważ ze starej ekipy bohaterów załogi Wędrowca towarzyszy nam tylko jedna osoba — i jest nią Lovelace.

Daleka droga do małej gniewnej planety przedstawiała nam piękną wizję świata, w której wszyscy są dla siebie mili, a różnice gatunkowe schodziły na dalszy plan. Ważne było, że jesteś osobą, a to, że zamiast kończyn miałeś macki albo twoje ciało obrastały pióra, schodziło na dalszy plan. W tak zapełnionym gatunkowo wszechświecie, jaki zaprezentowała nam Becky Chambers, pójście na kompromisy i wzajemne dopasowanie się do siebie było istotne, aby jakoś ze sobą koegzystować. Tyle że w takim stopniu, w jakim przedstawiła to autorka, jest to bardzo nierealne. To takie wyobrażenie idealnego świata, czy też idealnych ludzkich zachowań, z jakimi chcielibyśmy mieć styczność w swoim własnym życiu. I nie, wcale nie uznaję tego za wadę. Od czasu do czasu powieść, która będzie takim literackim odpowiednikiem potężnej dawki czekolady, jest po prostu potrzebna.

Jak wypada więc Wspólna Orbita Zamknięta na tle swojej poprzedniczki? Bardzo podobnie.

Akcja drugiego tomu prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony poznajemy losy Lovelace, sztucznej inteligencji ze statku Wędrowca, a z drugiej zagłębiamy się w przeszłość Papryki. Papryka od początku była szalenie interesującą postacią i bardzo się cieszę, że Chambers zdecydowała się poświęcić jej (nawet połowicznie) książkę. Oba te wątki opowiadane są naprzemiennie i oba są równie ciekawe, z tym że ze względu na wątek Papryki już nie tak pięknie i kolorowo. Niby wciąż nie ma żadnego konfliktu i mordobicia, ale i tak dochodzimy do tego, że ludzie to gatunek skłonny do najgorszych czynów. Dzieje się to jednak bardzo delikatnie i jakby mimochodem, a nie przez głębokie rozważania na temat ludzkiej natury. Te Chambers pozostawia dla szukania własnej tożsamości, samoakceptacji i zastanawiania się, czy sztuczną inteligencję można traktować jak osobę. Wszystko wciąż utrzymane jest w tonie tolerancji i wzajemnego poszanowania, zrozumienia, a jeśli nawet ktoś błądzi, to zaraz się nawraca. Ach, gdyby w normalnym świecie wszystko też zawsze układało się tak gładko i po naszej myśli...

Bo wiecie, nawet z wątkiem Papryki, który niby tę idyllę psuje, książka Becky Chambers i tak w ostatecznym rozrachunku wypada tak samo, jak tom pierwszy — pięknie, ale i naiwnie. Może to dlatego, że wiemy, że będzie happy end, zresztą to taka konwencja, która do happy endu prowadzić musi. Paskudna przeszłość Papryki wzrusza, ale i daje pociechę tym, jak bardzo dziewczynka jest silna, odważna i jak wielkie miała szczęście. To taki przekaz: nie ważne, w jak wielkie bagno się wpakowałeś, dzięki swojej wytrwałości i sile ducha będzie lepiej. Poradzisz sobie. To coś, w co wszyscy chcemy uwierzyć, nie zastanawiając się nawet za bardzo nad tym, czy dziecko, które wcześniej zupełnie nie znało świata, jest w stanie samodzielnie w nim przetrwać. Co prawda jest instruowane co do tego, jak ma postępować, ale jednak... jest samo.

Po raz kolejny nie mam tak naprawdę na co narzekać. I nawet nie chcę. Becky Chambers skupiła się w tym tomie na czymś innym, niż kosmiczne wojaże i nie jesteśmy też tak bardzo zalewani informacjami, jak w tomie pierwszym, który jednocześnie był wprowadzający. Drugi tom teoretycznie wypada dojrzalej przez poruszaną problematykę, ale mnie bardziej odpowiadał tom pierwszy ze swoją beztroską, kosmiczną podróżą do dalekiej, gniewnej planety. Co wcale nie oznacza, że Wspólna orbita zamknięta jest gorsza. Jest po prostu inna, ale wciąż dobra i ma zalety poprzedniczki. Ponownie nie chodzi tu o akcję, lecz ważniejsze są wątki antropologiczno-filozoficzne. Czuć w tym wszystkim Ursulę Le Guin. Warto też dodać, że oba te tomy można traktować jako jednotomówki.

Serię dalej wszystkim polecam. To bardzo miła odmiana od nieustannego rozlewu krwi czy pesymistycznych wizji w fantastyce, a po przeczytaniu takiego dark fantasy, jaki ostatnio mi się trafił, Wspólna Orbita Zamknięta była jak do rany przyłóż: prostowała psychikę. I może to nie jest coś wybitnie dobrego, co zostanie z nami na długo, ale przecież nie musi. Wystarczy, że będzie miłą, sympatyczną lekturą na jeden raz. Pozostaje mi teraz cierpliwie czekać na tom trzeci.

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-20 20:31:07
Autor:
Cykl: Znak kruka (tom 1)

Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z... Nigdy nie wiem, jak mam oceniać debiuty. Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przymknąć oko na pewne mankamenty, a ja na ogół tak nie potrafię i podchodzę do debiutu jak do normalnej książki, choć staram się, naprawdę staram się tak bardzo nie narzekać. Czarnoskrzydły natomiast jest takim debiutem, z którym tym bardziej nie wiem, co mam zrobić. Bo z jednej strony pomysł jest całkiem niezły, a z drugiej mocno boli mnie wykonanie. Z góry przepraszam za nadmiar cytatów w tym wpisie. One po prostu mówią same za siebie.

Czarnoskrzydły to powieść Eda McDonalda, która zapoczątkowuje serię pt. Znak Kruka. Jak znam życie, będzie to trylogia, ale nigdzie nie znalazłam oficjalnej informacji, ile to ma mieć tomów. Obecnie wydane są dwa, u nas w Polsce dopiero jeden, ale już na horyzoncie wyłania się drugi. I wiecie, to jest ten typ książki, w którym świat stoi na krawędzi przepaści, wszyscy już właściwie jesteśmy jedną nogą w grobie i ze świecą szukać gdziekolwiek okruszka nadziei. To taka książka, w której bohaterem jest twardy najemnik, poznaczony tyloma bliznami, że aby jakoś poradzić sobie z życiem musi nieustannie zaglądać do kieliszka. I nie omieszka nas poinformować, że robi to dlatego, że tak mocno doświadczyło go życie. W końcu my nie musimy patrzeć, jak Nieszczęście wskrzesza cienie naszych mężów czy żon i dzieci tylko po to, by pokazać nam ich ostatnie chwile. Co my tam wiemy o zabijaniu.

Kiedy tworzy się takie dark fantasy, jak obecny tu Czarnoskrzydły (który jest bardzo, bardzo dark, tak bardzo, że tajne matematyczne wzory pisze się tu fekaliami na więziennej ścianie), trzeba mocno uważać, żeby nie przesadzić. To bardzo łatwo może się zemścić i sprawić, że książka brzmi śmiesznie, zwłaszcza kiedy pisana jest z perspektywy pierwszoosobowej. Edowi McDonaldowi właśnie to się momentami przytrafiało. Ryhalt Galharrow, czyli nasz bohater-najemnik potrafi na przykład myśleć, że "wszyscy, którzy nie przyszli ze mną, wyglądali, jakby mieli się zesrać ze strachu. Miałem nadzieję, że tego nie zrobią, chociażby dlatego, że nie zniósłbym takiego smrodu" albo nienawidzić odgłosu uderzenia pięścią w drzwi, bo "pewnego dnia sama Śmierć zbudzi mnie w taki sposób, tylko po to, aby dodać mi nieco cierpień przed zgonem. Taka już z niej suka" czy też "nikt nigdy nie chce iść do Nieszczęścia, ale czasami trzeba podążyć za śladami szczyn, które zostawia nam los". Galharrow jest więc tak bardzo twardy, że właściwie w takich momentach parodiuje sam siebie. Trochę jak Jason Statham w Agentce, który parodiował tam wszystkie inne swoje role.

Fenomenem jest dla mnie jednak wątek romansowy w tej książce. Bo tak, Czarnoskrzydły mimo tego, że jest tak bardzo dark, ma wątek romansowy i to taki, którym mogłaby się poszczycić młodzieżówka, a nie fantasy, które do młodzieżówki z pewnością nie aspiruje. Widzicie, chodzi o to, że Ryhalt Galharrow, czyli nasz zapijaczony macho do wynajęcia, był kiedyś kimś zupełnie innym i po prostu życie dało mu po mordzie, przez co skończył, gdzie skończył. A kim był? Arystokratą był. Wysoko postawionym oficerem był. I w tamtych pięknych czasach zakochał się w pewnej dziewczynie — z wzajemnością. Los jednak ich rozdzielił, ale po latach spotykają się znowu jako kompletnie inne osoby. I tutaj wkracza totalna niespójność Ryhalta Galharrowa, który normalnie tak bardzo twardy i macho, tutaj wzdycha do Ezabeth jak pierwszy lepszy po uszy zakochany podlotek, nieustannie racząc nas swoimi miłosnymi rozterkami, które krążą wokół stwierdzenia chce-ale-się-zmieniliśmy-i-ona-już-mnie-nie-kocha, przerabianego na kilka różnych sposobów ("Próbowałem przekonać samego siebie, że dla mnie także nie jest nikim więcej. Nieważne, że jest piękna, potężna i ma kręgosłup upleciony ze stalowych lin. Nieważne, że w jej towarzystwie czuję, jak coś we mnie rośnie"). Oczywiście autor znów potrafi uraczyć nas swoimi mądrościami, jak przykład "spotkania z nią były jak wyciskanie pryszcza. Dawały satysfakcję, pomimo świadomości, że przez kilka następnych dni będzie się głupio wyglądało".

Czy mogę zrzucić to wszystko tylko i wyłącznie na styl debiutanta? Sama nie wiem. Faktem jednak jest, że w dalszej części książki styl autora się poprawia, aczkolwiek wciąż potrafił wyciągnąć z rękawa jakiś błyskotliwy tekst godny tych przytoczonych wyżej. Odchodząc jednak już zupełnie od stylu, w jakim została napisana ta książka, Czarnoskrzydły ma całkiem niezły pomysł siebie. Oto bowiem mamy świat, w którym magowie tak potężni, że zwani są bogami, od stuleci toczą ze sobą wojnę. Mniej więcej osiemdziesiąt lat przed wydarzeniami w książce w wyniku starcia tych magów, tj. Królowie Głębi kontra Bezimienni, powstało tak zwane Nieszczęście, czyli wielka połać ziemi, na której nie da się żyć, która przesiąknięta jest złem i na której żyją upiorne stworzenia. Starcie to łutem szczęścia zostało wygrane przez naszą stronę barykady, a od przyszłych najazdów chroni tak zwana Maszyneria Nalla. O tym, czy ochroni i tym razem, przekonamy się w książce, ponieważ do tego najazdu dochodzi. Tytułowy Czarnoskrzydły natomiast to nazwa osób, które służą jednemu z Bezimiennych — Wroniej Stopie, i takim Czarnoskrzydłym jest Ryhalt Galharrow. Nasi bohaterowie nie są więc potężnymi pionkami na planszy, lecz raczej pomniejszymi w rękach dużo silniejszych od siebie.

Oprócz magów-bogów w książce występują też inni, pomniejsi magowie, którzy nie mają tej magii w sobie, lecz muszą ją zaczerpnąć (utkać) ze światła. Czyli tacy jakby czarnoksiężnicy, w książce nazywani Przędzarzami tudzież Prządkami. Jest też kilka ciekawych pomysłów na "stwory" czy działającą tu magię, są elementy new weird (np. kiedy Bezimienny chce skontaktować się z Ryhaltem, ze skóry na przedramieniu Czarnoskrzydłego wyszarpuje się kruk, który służy za komunikator). Widać duży wpływ Glena Cooka, nie tylko w nazewnictwie. Język jest często wulgarny, choć z drugiej strony autor próbuje silić się na poetyckość ("niebo szlochało"), co tworzy mi pewien dysonans. Czarnoskrzydłego jednak szybko się czyta, ponieważ akcja w tej książce jest bardzo dynamiczna. Nie ma tu zbyt dużo opisów tego, jak funkcjonuje świat czy wnikania w system magii. Czasem jednak ta akcja jest wręcz dramatycznie ucinana i przyśpieszana, jakby w tym właśnie momencie redaktor postanowił ukrócić fragment fabuły. Na duży plus oceniam natomiast końcówkę. Zasadniczo druga połowa książki na czele z tą końcówką podciąga ocenę książki.

Czarnoskrzydły ma ten duży atut, że pierwszy tom tej serii można z powodzeniem traktować jako standalone, zwłaszcza że drugi tom ma się dziać kilka lat później. Dodatkowo nie jest to książka długa, bo ma jakieś 350 stron, co jak na dzisiejsze standardy rozdmuchanej fantasy jest miłą odmianą. Nie powiem jednak, żeby Ed McDonald zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie, bo nie zrobił. Ale trochę poprawił się w miarę trwania książki, więc przydałoby się dać mu jeszcze jedną szansę i sprawdzić tom drugi. Tyle że to nie jest nic specjalnie oryginalnego. No i ten styl naprawdę nie powala, chyba że lubicie bezpretensjonalność i przekleństwa w narracji czy dialogach, które z jednej strony pasują do tak bardzo mrocznego, smutnego i pozbawionego nadziei świata, ale z drugiej... z umiarem, panie McDonald, z umiarem...

misieczytaniepodoba.blogspot.com

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
309 70 507
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (25)

Ulubieni autorzy (5)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd