Rudolfina 
czytacz.pl
Czytam, więc jestem. Jak już jestem, to piszę. Jak piszę, to chcę być pożyteczna, dlatego publikuję swoje opinie na blogu. Może unikniecie moich błędów, albo traficie na książkę życia? Tu jestem, tu: www.czytacz.pl I jeszcze, dopisek po dwóch latach - piszę, żeby nie zapomnieć. Niedawno zajrzałam do pierwszych wpisów. Cholera! Ja to czytałam? Kiedyś to się czytało książki, które pamięta się przez całe życie, a teraz, ech...
kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 1 ksiązkę, ostatnio widziana 1 godzinę temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-05-16 15:31:46
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

KOLEDZY SHERLOCKA
Dałam się nabrać.
Byłam przekonana, że czytam kolejną współczesną stylizację na angielską powieść z epoki, tym razem króla Jerzego V, a tymczasem okazało się, że jest to autentyk napisany przeszło sto lat temu! Bardzo dobrze to o książce świadczy. Mimo upływu lat, nie zestarzała się, tak jak na przykład sporo młodsza „Rebeka” Daphne du Maurier (recenzja z 23 lutego 2017 na...
KOLEDZY SHERLOCKA
Dałam się nabrać.
Byłam przekonana, że czytam kolejną współczesną stylizację na angielską powieść z epoki, tym razem króla Jerzego V, a tymczasem okazało się, że jest to autentyk napisany przeszło sto lat temu! Bardzo dobrze to o książce świadczy. Mimo upływu lat, nie zestarzała się, tak jak na przykład sporo młodsza „Rebeka” Daphne du Maurier (recenzja z 23 lutego 2017 na moim blogu).

Wielbiciele angielskich klimatów z czasów, gdy zagadki rozwiązywało się nie przy pomocy kodów DNA, lokacji telefonów komórkowych i przeszukiwaniu postów na Facebooku, a wyłącznie dzięki pracy szarych komórek, na pewno nie będą zawiedzeni.

Dostajemy klasyczną zagadkę kryminalną – zabójstwo wrednego typa, którego wiele osób miało prawo nienawidzić, ograniczony krąg podejrzanych, a do tego jeszcze zagadkę bonusową, w postaci niejasnej roli w tym wszystkim naszego głównego bohatera. Do końca nie mamy pewności, na ile możemy mu wierzyć, więc dreszczyk emocji jest trochę większy, niż gdyby chodziło o samo śledztwo. Ciekawe jest też uczynienie detektywem lekarza – specjalisty od trucizn.

Zaletą książki jest również jej dobrze wyważona objętość. W tamtych czasach powieści kryminalne były jeszcze jednowątkowe – detektyw, trup, podejrzani, morderca i tyle. Dziś musimy jeszcze poznawać całą rodzinę detektywa, nie omijając teściowej, dowiadywać się, co podejrzany jadł na obiad i czy mu smakowało, zachwycać się ołowianymi chmurami wiszącymi nad katedrą, której opis skopiowany z Wikipedii ma dowodzić erudycji autora.

Ech… kiedyś to się pisało kryminały. Aż żal niestety, że ten autor żadnej już książki nie napisze.

www.czytacz.pl

pokaż więcej

 
2019-05-11 15:30:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bernard Gross (tom 1)

PRAWIE BEZ SKAZY
Zawsze bardzo się cieszę, kiedy wracam do polskiego autora po jakimś czasie i widzę, jak duże poczynił postępy, i jak coraz bardziej zaczyna doceniać swojego czytelnika.

Pierwsza powieść Małeckiego „Najgorsze dopiero nadejdzie” niespecjalnie mnie zachwyciła (recenzja z 19 lipca 2017 na moim blogu), chociaż swoje zalety (w postaci wartkiej akcji) jednak miała, więc darowałam...
PRAWIE BEZ SKAZY
Zawsze bardzo się cieszę, kiedy wracam do polskiego autora po jakimś czasie i widzę, jak duże poczynił postępy, i jak coraz bardziej zaczyna doceniać swojego czytelnika.

Pierwsza powieść Małeckiego „Najgorsze dopiero nadejdzie” niespecjalnie mnie zachwyciła (recenzja z 19 lipca 2017 na moim blogu), chociaż swoje zalety (w postaci wartkiej akcji) jednak miała, więc darowałam sobie kolejne książki z serii. „Skaza”, jak przeczytałam, to coś zupełnie innego, z nowym miejscem akcji i bohaterem. Dałam więc szansę autorowi jeszcze raz i tym razem się nie zawiodłam.

Okazało się, że Małecki wyeliminował niedociągnięcia, które przeszkadzały mi w czytaniu pierwszej serii (niedokończone wątki, nielogiczności w wyjaśnieniu motywacji mordercy, główny bohater, który wychodzi obronną ręką z każdej opresji, taki co to „zabili go i uciekł”). Tym razem mamy wiarygodnego bohatera z krwi i kości, policjanta ze swoimi zaletami i wadami, a nie supermana. Akcja osadzona jest w małomiasteczkowych realiach, które, co można wyczuć bez problemu, są autorowi dobrze znane. Wszystko ocieka dojmującym realizmem, nawiązującym w stylistyce do najlepszych skandynawskich wzorów. Jeśli lubicie detektywa Wallandera, będziecie wiedzieli o co chodzi.

Historia współczesna przeplata się równolegle z historią z przeszłości, i chociaż dość szybko mamy przeczucie co do głównego podejrzanego, to jednak autor bardzo umiejętnie wodzi nas za nos. Nie ma zgrzytu, bo kiedy nawet domyślamy się kto, do końca nie wiemy jak i dlaczego.

W „Skazie” autor wykorzystał podobny motyw, jak w poprzedniej serii z dziennikarzem Markiem Benerem. Bohater ma swoją własną tajemnicę związaną z żoną, na której rozwiązanie pewnie pozostanie nam długo poczekać. W pierwszej serii żona dziennikarza zaginęła, w drugiej - żona policjanta została napadnięta i od dziesięciu lat jest w stanie śpiączki. W serii z Benerem pozostawienie tego wątku w stanie niedokończonym bardzo mi przeszkadzało. Tak bardzo, że odpuściłam kolejne powieści z cyklu. W drugiej serii, niby zabieg ten sam, a jednak uwiera znacznie mniej. Autor potrafił tym razem zachować odpowiednie proporcje. Wątek z żoną nie wybija się na pierwszy plan, nie mąci, nie drąży emocjonalnie, jest jednym z wielu dotyczących prywatnego życia bohatera. A bohater na tyle budzi zaufanie, że mamy pewność, że kiedyś dojdzie do prawdy, a my razem z nim. Ostrzegam jednak na zapas, że umieszczenie w następnej serii jakiejś kolejnej tajemnicy żony, może czytelnika mocno zdenerwować.

Gdyby jeszcze autor darował sobie kompletnie bezużyteczny prolog, w którym nie dowiadujemy się niczego istotnego, a który niepotrzebnie odwleka akcję i zdradza szczegóły, które o wiele ciekawiej byłoby odkryć później, to ideał byłby bliski.

Mam nadzieję, że Rober Małecki nie ustąpi w dążeniach do ideału.

www.czytacz.pl

pokaż więcej

 
2019-05-05 12:13:48
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

PRZEKRĘT MISIA PUCHATKA
Przy okazji „Baru Pod Kogutem” (recenzja z 28 czerwca 2018) pisałam, że ostatnio książki Grishama należałoby czytać co drugą. Raz kiepsko mu wychodzi, raz dobrze. Teoria w zasadzie się sprawdziła, chociaż nazwanie „Wyspy Camino” dobrą powieścią, to duża przesada. Książka jest po prostu lepsza od poprzedniej i można ją przeczytać bez bólu, ale gdzie jej tam do poziomu...
PRZEKRĘT MISIA PUCHATKA
Przy okazji „Baru Pod Kogutem” (recenzja z 28 czerwca 2018) pisałam, że ostatnio książki Grishama należałoby czytać co drugą. Raz kiepsko mu wychodzi, raz dobrze. Teoria w zasadzie się sprawdziła, chociaż nazwanie „Wyspy Camino” dobrą powieścią, to duża przesada. Książka jest po prostu lepsza od poprzedniej i można ją przeczytać bez bólu, ale gdzie jej tam do poziomu najlepszych powieści autora.

Tym razem Grisham zrezygnował z osadzenia akcji w środowisku prawniczym i to akurat wyszło książce na dobre. Dzięki temu wchodzimy w barwny światek amerykańskich pisarzy, księgarzy i wydawców, opisany sarkastycznie i z humorem. Podejrzewam, że dla wtajemniczonych będzie to powieść z kluczem, ale zwykły czytelnik, zwłaszcza nieamerykański, nie ma szans wzięcia udziału w zabawie odgadywania kto jest kim. I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy.

Intryga jest bardzo wątła: z biblioteki Uniwersytetu w Princeton zostają skradzione rękopisy F.S. Fitzgeralda. Zanosi się na przekręt w rodzaju „Ocean’s Eleven”, ale wszystko rozłazi się gdzieś na boki i robi się afera jak z Misia Puchatka; „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Autor nie może się zdecydować, kto jest głównym bohaterem tej powieści. Najpierw szczegółowo opisuje samą kradzież i osoby w nią zamieszane, potem wprowadza postać księgarza, a potem nagle tę postać porzuca, aby przedstawiać historię z punktu widzenia młodej pisarki, która ma do wypełnienia tajną misję, aż w końcu powraca do księgarza. Ani pisarki, ani księgarza nie mamy możliwości poznać na tyle dobrze, aby wczuć się w ich losy. Są nam obojętni, więc niespecjalnie nas obchodzi, kto wygra i dlaczego. Ot, zakończenie jakich wiele, a satysfakcji z tego nie ma za grosz.

Obawiam się, że również i tę „lepszą” książkę Grishama spokojnie możecie sobie darować, mając podobnie jak ja nadzieję, że następna będzie naprawdę lepsza. Zastanawiam się jednak, czy to nie jest ten moment, aby porzucić wszelką nadzieję. Przykro mi to pisać, ale mam wrażenie, że autorowi już zupełnie nie chce się wymyślać pasjonujących historii, chętnie by rzucił to pisanie i publikuje kolejne książki wyłącznie z poczucia obowiązku, bo podpisał nieopatrznie jakieś umowy.

Być może mamy tu do czynienia z sytuacją opisaną w „Wyspie Camino”. Dwie autorki piszące wspólnie szmatławe bestsellery miały świetny pomysł na poważną książkę, ale nie chciały jej oddać aktualnemu wydawcy, którego nie lubiły. Nie mogły zerwać umowy, która zobowiązywała do publikacji w tym wydawnictwie trzech tytułów, więc napisały szybko trzy szmatławce „na odczep się”, a tę poważną, zaraz po spełnieniu warunków umowy wydały gdzie indziej. Tylko, że szmatławce napisane na chybcika sprzedają się do dzisiaj, a poważna książka już dawno została zapomniana.

Czy John Grisham też chce wydać książkę u innego wydawcy, dlatego pisze na chybcika? Nawet jeśli, czytelnika zupełnie nie powinno to obchodzić. Czytelnikowi zależy tylko na tym, by czytać dobre książki, a nie uczestniczyć w grach, o których nie ma bladego pojęcia.

https://www.czytacz.pl/2019/05/john-grisham-wyspa-camino-ocena-36.html

pokaż więcej

 
2019-04-29 11:07:01
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

POGADANKA NA WIELE TEMATÓW
Przeczytałam „Gambit” bez bólu zębów, ale też bez uniesień. Owszem, do pewnego momentu jakoś się to czytało, bo wydarzenie goniło za wydarzeniem, ale emocji zero. W końcu to powieść sensacyjna, szpiegowska, więc o emocje czytelnika autor powinien zadbać przede wszystkim. Nie udało się. Dlaczego?

Jest kilka powodów dlaczego moje pierwsze spotkanie z twórczością...
POGADANKA NA WIELE TEMATÓW
Przeczytałam „Gambit” bez bólu zębów, ale też bez uniesień. Owszem, do pewnego momentu jakoś się to czytało, bo wydarzenie goniło za wydarzeniem, ale emocji zero. W końcu to powieść sensacyjna, szpiegowska, więc o emocje czytelnika autor powinien zadbać przede wszystkim. Nie udało się. Dlaczego?

Jest kilka powodów dlaczego moje pierwsze spotkanie z twórczością wypływającego ostatnio na szersze wody Macieja Siembiedy będzie jednocześnie ostatnim.

Autor nie potrafi budować wiarygodnych, pełnowymiarowych postaci. Mamy trójkę pozytywnych bohaterów, ale wszyscy są tak nijacy, że gdyby nie „ciekawe czasy”, z którymi muszą się zmierzyć, nikogo by nie zainteresowali tacy nudziarze. Czarny charakter pojawia się na krótko, jest tak samo mdły, jak pozytywni bohaterowie i nie czujemy w związku z tą postacią żadnego zagrożenia. Jest jeszcze rzekomy czarny charakter, ale istnieje tylko w wyobraźni głównej bohaterki i czytelnik od początku dobrze o tym wie, więc suspens nie istnieje.

Język powieści przypomina język podręcznika do historii albo artykułu prasowego. Autor beznamiętnie relacjonuje kolejne wydarzenia, jakby pisał życiorys dla drobiazgowego pracodawcy. Ponieważ w życiu głównej bohaterki sporo się wydarzyło, siłą rzeczy musi to być streszczenie. Na jednej stronie dowiadujemy się, że Wanda zimą „wyjeżdżała w pobliskie Alpy (…) wiosną odnalazła w sobie talent malarski (…) latem zaczęła żeglować (…) wcześniej ukończyła kursy kroju i szycia”. Wszystko w tej powieści napisane jest takim właśnie językiem „wyszła, spotkała się, zaczęła żeglować”.

W historii tej nie ma żadnej dramaturgii. Czyta się to gładko, bo język prosty i dużo się dzieje, więc nie ma czasu na nudę, ale napięcia nie ma. Ani razu nie mam odruchu, aby pomartwić się o głównych bohaterów, nie trzymam kciuków, żeby im się udało, wszystko mi jedno, co się z nimi stanie. Ponieważ nie mam stosunku emocjonalnego do bohaterów, więc tak od połowy coraz mniej mam ochotę dowiadywać się co będzie dalej. Dzieje się tak również dlatego, że przez cały czas nie wiem, o jaką stawkę toczy się gra.

Na samym początku zostaje zawieszona tajemnica: rok 1966 polski inżynier bardzo obawia się, że zostanie zgładzony przez ubecję, która powiąże go z tym, co zrobił jego brat zaraz po wojnie. Obawy inżyniera są ogromne, wręcz umiera ze strachu, co powoduje wrażenie, że przestępstwo brata miało skalę przynajmniej globalną, w rodzaju wykradnięcia formuły na bombę atomową. Balon podsycanej tajemnicy wisi przez cały czas, ale kiedy wreszcie na samym końcu dochodzi do wyjaśnienia, na czym polegało przewinienie brata – balon pęka. Wyjaśnienie jest banalne i od razu budzi niedowierzanie. Naprawdę inżynier tak bardzo się bał, z takiego powodu? W latach sześćdziesiątych, dawno po kilku amnestiach? To czasy gomułkowskiej małej stabilizacji, ubecja owszem działała na pełnych obrotach, ale nie mordowała bezużytecznych z ich punktu widzenia ludzi, z powodu przewinień członków rodziny, które nie różniły się niczym od podobnych przewinień tysięcy rodaków w tym czasie. Bohater tchórz czy ignorant?

Kolejny zarzut do autora, to brak umiejętności zachowania właściwych proporcji. Akcja toczy się od czasów przedwojennych do upadku berlińskiego muru i autor wcisnął do niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: zdrada w szeregach AK w okupowanej Warszawie i wystawienie Niemcom generała Grota, losy Brygady Świętokrzyskiej, praca wywiadów angielskiego i amerykańskiego po wojnie, na terenie Niemiec oraz działania polskiej ubecji mieszającej im szyki, wybuch ropy w Karlinie a nawet słynne porwanie izraelskich sportowców na olimpiadzie w Monachium i nieudana próba ich odbicia.

Jesteśmy świadkami tak wielu wydarzeń historycznych, jakby celem autora była edukacja społeczeństwa, a nie napisanie „mistrzowskiego thrillera”, jak twierdzi wydawca. Cel zaiste zacny i z tego powodu dorzucam jedną gwiazdkę, chociaż beletrystyce takie zabiegi nie służą. Podobnie jak w przypadku „Fermy blond” Piotra Adamczyka (recenzja z 3 stycznia 2019 na moim blogu) podtrzymuję twierdzenie, że powieść powinna przede wszystkim spełniać kryteria powieści (z pełnowymiarowymi bohaterami, dobrze skonstruowaną fabułą i poprawną dramaturgią), a nie pogadanki historycznej na tematy, które fascynują autora.

Czytajcie na własne ryzyko w celach edukacyjnych, ale jeśli historia najnowsza nie jest wam obca i trochę słyszeliście o wymienionych wyżej wydarzeniach, spokojnie możecie sobie „Gambit” darować.

pokaż więcej

 
2019-04-26 11:52:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Cormoran Strike (tom 4)

NOŻYCZKI POTRZEBNE OD ZARAZ
J.K. Rowling we wcieleniu Robert Galbraith nie potrafi powstrzymać się przed gadulstwem, dlatego dla równowagi ja będę się streszczać.

Po „Zabójczą biel”, podobnie jak po pozostałe książki z Cormoranem sięgnęłam tylko z powodu Macieja Stuhra. Wysłuchałam pierwszej części cyklu w jego interpretacji i wsiąkłam. To jeden z niewielu lektorów, który nie tylko...
NOŻYCZKI POTRZEBNE OD ZARAZ
J.K. Rowling we wcieleniu Robert Galbraith nie potrafi powstrzymać się przed gadulstwem, dlatego dla równowagi ja będę się streszczać.

Po „Zabójczą biel”, podobnie jak po pozostałe książki z Cormoranem sięgnęłam tylko z powodu Macieja Stuhra. Wysłuchałam pierwszej części cyklu w jego interpretacji i wsiąkłam. To jeden z niewielu lektorów, który nie tylko fantastycznie czyta, ale też odgrywa role wszystkich występujących w powieści postaci i to jeszcze tak, że każda jest inna. Prawdziwy teatr jednego aktora. Specjalnie poczekałam na audiobooka, a kiedy trafiła się wystarczająco długa podróż uzbroiłam się w cierpliwość, powiedziałam sobie, że przecież mi się nie spieszy i zaczęłam słuchać.

Uwagi mam takie same jak do poprzednich części: intryga w porządku, bohaterowie w porządku - Cormorana i Robin naprawdę lubię, zakończenie w porządku, ale po co tyle słów? Bardzo mnie irytują wątki bez żadnego wpływu na akcję (perypetie Robin i jej męża zaczynają mi wychodzić uszami) i powtarzanie tych samych rzeczy po kilka razy. No cóż, po napisaniu serii książek dla dzieci autorce pozostała chyba belferska maniera wyjaśniania wszystkiego tak, aby mieć pewność że uczeń na pewno zrozumie.

Gdyby nie Maciej Stuhr… Wiem, wiem, powtarzam się. A przecież streściłam już wszystko, co miałam do powiedzenia.

www.czytacz.pl

pokaż więcej

 
2019-04-23 16:44:06
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2019-04-23 11:44:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

SZWECJA DRUGĄ POLSKĄ
Ta książka to kolejny dowód na to, że Szwecja jest coraz bliżej Polski. Albo Polska coraz bliżej Szwecji, wszystko jedno, ta sama zjednoczona Europa. I tu, i tu obowiązuje prawidłowość: jeśli jakaś pisarka kryminałów zostaje okrzyknięta królową, to znaczy, że jak najszybciej powinna przestać pisać i skupić się na panowaniu, bo czytelnik za moment może sobie poszukać innej...
SZWECJA DRUGĄ POLSKĄ
Ta książka to kolejny dowód na to, że Szwecja jest coraz bliżej Polski. Albo Polska coraz bliżej Szwecji, wszystko jedno, ta sama zjednoczona Europa. I tu, i tu obowiązuje prawidłowość: jeśli jakaś pisarka kryminałów zostaje okrzyknięta królową, to znaczy, że jak najszybciej powinna przestać pisać i skupić się na panowaniu, bo czytelnik za moment może sobie poszukać innej królowej.

Najnowsza powieść Camilli Läckberg sprawia wrażenie, jakby królowa zamknęła się w złotej klatce (nomen omen), kompletnie ignorując potrzeby swoich poddanych i tracąc związek z rzeczywistością. Zamiast pisać to, co najlepiej jej wychodzi, tym razem postanowiła zmierzyć się z modnym gatunkiem i tematem. Niestety, na thrillerze psychologicznym poległa z kretesem.

Thrillera w tym wszystkim tyle, co kot napłakał, a psychologii brak. Absurd goni absurd, a autorka popełnia klasyczne błędy raczkujących pisarzy. Tak jakby zaczynała od zera i nigdy nie napisała wszystkich poprzednich książek. W pogoni za modą wprowadza do książki sceny seksu, chociaż nie ma pojęcia, jak się za to zabrać: „mocniej – stęknęła (…) – wal jak tylko możesz najmocniej”. Tak to we mnie walnęło, że teraz leżę i stękam, próbując się pozbierać z podłogi.

Zaczyna się od prologu, w którym już na pierwszych stronach dowiadujemy się o zbrodni. Tego typu sztuczki stosuje się w kryminałach w dwóch wypadkach: kiedy najpierw musi paść trup, bo dalej akcja się tak ślimaczy, że inaczej, bez tej zachęty czytelnik by nie zdzierżył i dawno przestał czytać, albo kiedy prolog jest zmyłą i ma wprowadzić czytelnika na fałszywy trop. W „Złotej klatce” mamy do czynienia z obydwoma przypadkami. Policjantka wyraża się tak: „(…) na tym etapie wszystko wskazuje na to, że pani były mąż Jack zabił waszą córkę”. Łapiesz, drogi czytelniku, co tu zostało powiedziane? Bardzo nieudolna ta manipulacja.

Dalej, przez połowę książki nic się nie dzieje. Obserwujemy przygody nimfomanki, do której nie czujemy ani grama sympatii, jej spotkania typu ple, ple, ple z psiapsiółkami tak bogatymi, że aż budzą obrzydzenie. Śledzimy losy kobiety, która nic a nic nas nie obchodzi. Dlaczego nie? Bo bardzo szybko się orientujemy, że to nie jest prawdziwa kobieta. To jest produkt stworzony na potrzeby wyimaginowanego czytelnika (a raczej czytelniczki), który w założeniu autorki nie jest zbyt bystry i nie zorientuje się, że Faye to wydmuszka. Nigdy nie uwierzę w postać, która w młodości jest dynamiczna, przebojowa, przebiegła i błyskotliwa, wie, czego chce, potrafi zmienić środowisko, zaadaptować się w nowym i jest zdolna do wszystkiego, a chwilę potem zamienia się w kurę domową, która nie zdaje sobie sprawy, że mąż ją zdradza (przez kilka lat!) i nie potrafi zadbać o swoje interesy, pozwala się zostawić po rozwodzie bez grosza przy duszy i błaga męża, żeby nie odchodził.

Gdy dowiaduję się w jednej trzeciej książki, jaki los spotyka poprzedniego chłopaka bohaterki, nie mam co do tej postaci żadnych wątpliwości i tym bardziej nie wierzę, że dała się tak wykiwać mężowi. Domyślam się, o co w tym wszystkim chodzi i czytam do końca tylko po to, by upewnić się, że się nie pomyliłam.

Intryga tej książki jest szyta bardzo grubymi nićmi. Wprawdzie z głębokim trudem, ale jednak potrafiłabym uwierzyć, że bohaterka przy dużym szczęściu, zaczynając kompletnie od zera, w ciągu trzech lat mogłaby zarobić grube miliony, ale inne propozycje fabularne są nie do przyjęcia. Autorka próbuje przekonać nas, że policjanci w Szwecji to idioci, którzy nie zorientują się, że dwie identyczne historie, w które zamieszana jest ta sama osoba mają coś ze sobą wspólnego. Albo, że łebski facet, który z łatwością doszedł do fortuny nie zorientuje się, że jedyną osobą, która mogła sprzedać kompromitujące go informacje jest jego żona. Bzdury i nielogiczności można by jeszcze długo wyliczać, ale po co?

Bardzo mi żal, że Camilla Läckberg popełniła coś takiego. To kompletna kompromitacja, której porządny agent albo wydawca nie powinien przepuścić w takiej formie. Wystarczyło zwrócić uwagę i poprosić o zmiany. Ktoś przepuścił, nie poprosił. Biznes przede wszystkim. Läckberg i tak się sprzeda, a że się skompromituje? Może zasłużyła?

Oto kolejny dowód na to, że nie ma żadnej różnicy między Polską i Szwecją. Wcale mnie to nie cieszy.

www.czytacz.pl

pokaż więcej

 
2019-04-16 09:12:44
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Komisarz Adamsberg (tom 9)

NORMANDIA TUŻ ZA ROGIEM
Jak mi się znudzi ruletka z debiutantami, sięgam po autorów, do których mam zaufanie.
Francuską autorkę ukrywającą się pod pseudonimem Fred Vargas odkryłam już wiele lat temu. Wracam do niej nieregularnie, bo cyklu nie trzeba czytać w kolejności, ale zawsze z przekonaniem graniczącym z pewnością, że nie będę narzekać. Tym razem również się nie zawiodłam.

Kilka...
NORMANDIA TUŻ ZA ROGIEM
Jak mi się znudzi ruletka z debiutantami, sięgam po autorów, do których mam zaufanie.
Francuską autorkę ukrywającą się pod pseudonimem Fred Vargas odkryłam już wiele lat temu. Wracam do niej nieregularnie, bo cyklu nie trzeba czytać w kolejności, ale zawsze z przekonaniem graniczącym z pewnością, że nie będę narzekać. Tym razem również się nie zawiodłam.

Kilka elementów sprawia, że o powieściach Vargas mogę powiedzieć, że są one „w moim stylu”.

Bardzo lubię głównego bohatera. Adamsberg trochę buja w obłokach, co wypominają mu przyjaciele: „wystarczyłoby przeciąć tu i ówdzie nieliczne więzy ziemskie, żebyś uleciał między chmury, nie mając nawet ideałów. Jak balon.” Komisarz zna jednak swoje słabości i nie pozwala sobie na przecięcie więzów. Jest człowiekiem, który nie ma oporów, aby postępować w sprzeczności z prawem, ale również osobą, na którą zawsze można liczyć. Potrafi zaopiekować się poturbowanym gołębiem, pozwala zrobić mu gniazdo we własnym bucie i jeszcze wszczyna prywatne śledztwo, poszukując osobnika, który taką krzywdę gołębiowi wyrządził. Nasz człowiek, po prostu.

Lubię klimat tworzony przez współpracowników Adamsberga, którzy tworzą prawdziwą menażerię ludzką. Sam detektyw swój zespół opisuje w ten sposób: „jest chory na hipersomnię, który ni stad, ni z owąd pada, zoolog wyspecjalizowany w rybach, zwłaszcza rzecznych, bulimiczka, która co rusz znika, żeby porobić zapasy, stara czapla biegła w baśniach i legendach, umysłowy gigant nierozstający się z białym winem i tym podobni”.

Lubię wyrafinowane poczucie humoru autorki, która tak przedstawia kolejnego z policjantów:
„Noël jest zły i zajadły, umie przyssać się na dobre. Tego też potrzebujemy.
- Dzięki – rzekł Noël bez ironii, wysoko bowiem cenił swoje wady.”

Dobrze to rozumiem, bo sama również wysoko sobie cenię swoje wady. A tymczasem, w przypadku Vargas, nie mam nawet szans spożytkować mojej wady największej, czyli upierdliwości w czepianiu się nielogicznej fabuły. Wszystko jest idealnie poukładane i nawet fantastyczne z pozoru wizje średniowiecznego hufca rycerzy, który prześladuje współczesnych Francuzów znajdują sensowne uzasadnienie. Nic nie dzieje się bez powodu, a zakończenie satysfakcjonująco zaskakuje.

Akcja rozwija się niespiesznie, ale tej akurat autorce to wybaczam, bo rekompensatą są przewyborne dygresje i językowe smaczki, nie mniej ważne niż śledztwo, oryginalność intrygi, ciekawa zagadka i barwność bohaterów. Przekonajcie się sami. Może i wam uda się książki pani Vargas polubić.

www.czytacz.pl

pokaż więcej

 
2019-04-02 20:04:47
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2019-03-31 21:49:39
Wypowiedziała się w dyskusji: Plagiaty recenzji

Rozgryzłam problem błyskawicznych plusów. To już naprawdę mój ostatni wpis🙂
Jak wchodzę na profil nowej osoby, to NAJPIERW czytam recenzje i sprawdzam, czy czytamy podobne książki i mamy podobne opinie. Jeśli podobnych opinii jest większość, to dopiero wtedy stawiam plusy. Hurtowo! Hurra! Wątek zakończony! 😎

więcej...
 
2019-03-31 00:15:58
Wypowiedziała się w dyskusji: Plagiaty recenzji

@ Bartlox, wyluzuj.
Dzisiaj pisać każdy może i nic z tym nie zrobimy.
Możemy tylko nie czytać albo nie dać plusa. Zwłaszcza, kiedy ktoś sobie nie życzy.

więcej...
 
2019-03-29 21:25:44
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2019-03-29 20:28:37
Wypowiedziała się w dyskusji: Plagiaty recenzji

@Gatsby, myślę, że zupełnie mylisz pojęcia. Plusy pod recenzjami to plusy dla recenzji, nie dla książek! Naprawdę, potrafię ocenić, czy recenzja jest dobrze napisana, nawet jeśli nie przeczytałam książki. Bo czytam te recenzje. Niektóre nieuważnie 😇
Sorry, Johnson ;-)

więcej...
 
2019-03-28 21:48:36
Wypowiedziała się w dyskusji: Plagiaty recenzji

@jatymyoni, chodziło mi o zdesperowanych autorów książek ;-)
Posądzenie o zbieractwo lajków też by mnie obraziło, gdyby nie to, że nigdy się nie obrażam ;-)
Ale nic nie mam przeciwko lajkom, czyli wyrazom sympatii.

więcej...
 
2019-03-28 19:51:25
Wypowiedziała się w dyskusji: Plagiaty recenzji

@Bartlox, a czym tu się chwalić? Że czytają mnie tylko bardzo zdesperowani autorzy? ;-) A kto ma nas kochać, jeśli sami się nie pokochamy? Ściskam :-)

więcej...
 
Moja biblioteczka
139 117 5430
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (209)

Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd