Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Aleksandra_B 
bluszczowe-recenzje.blogspot.com
Aleksandra_B - urodzona w 1994 roku jastrzębianka. Z zawodu sprzedawca, lecz wie, że stanie za kasą nie jest jej powołaniem. Od liczenia pieniędzy z kasetki woli pisanie recenzji i opowiadań. Marzy, by kiedyś wydać powieść, jednak na dzień dzisiejszy brakuje jej cierpliwości, aby dokończyć jakąkolwiek historię i utyka przy niej zawsze w połowie. Czyta wszystkiego po trochę, jednak nie lubi, gdy ktoś wymusza na niej zapoznanie jakiejś książki. Musi sama zdecydować, czy dany tytuł trafia w jej gusta. Nie ocenia książki po okładce, bo to często bywa zwodnicze.
22 lat, kobieta, Jastrzębie-Zdrój, status: Czytelniczka, dodała: 3 książki i 38 cytatów, ostatnio widziana 9 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-21 09:21:25

Emily wybudza się z dość długiego snu, ale nawet lekko oszołomiona resztkami sennego świata zalegającymi pod powiekami dostrzega, że coś jest nie tak. Zaniepokojona sterylnymi warunkami panującymi w pokoju, postanawia dowiedzieć się, co jest grane. Tym samym opuszcza przypuszczalne schronienie przed niebezpieczeństwami, co skutkuje spotkaniem na swej drodze siódemki osób, z którymi nigdy... Emily wybudza się z dość długiego snu, ale nawet lekko oszołomiona resztkami sennego świata zalegającymi pod powiekami dostrzega, że coś jest nie tak. Zaniepokojona sterylnymi warunkami panującymi w pokoju, postanawia dowiedzieć się, co jest grane. Tym samym opuszcza przypuszczalne schronienie przed niebezpieczeństwami, co skutkuje spotkaniem na swej drodze siódemki osób, z którymi nigdy wcześniej nie miała do czynienia. Pełna nadziei próbuje wyciągnąć od nich niezbędne informacje. Ze strzępek wspomnień udaje jej się dowiedzieć, że aktualnie znajdują się w podziemiach szpitala psychiatrycznego. Niestety świadomość całkowitego zamknięcia oraz zablokowania możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym psują tymczasową idyllę oraz wywołują atak paniki. Przerażeni swym położeniem jednak jeszcze nie wiedzieli, co dla nich przygotowano...
Emily wraz z nowo poznanymi ludźmi musi stanąć na wysokości zadania i wziąć udział w grze, w której logiczne myślenie oraz dobrze zaplanowana strategia uchronią ich przed niepożądanymi skutkami. Staną do rywalizacji z niewidocznym wrogiem na śmierć i życie, gdzie ten nie zawsze będzie walczył uczciwie. Rzeczywistość zacznie mieszać się z jawą, a prawda stanie ramię w ramię z kłamstwem. Przed nimi długa droga ku upragnionej wolności.
Czy staną na wysokości zadania i udowodnią swojemu wrogowi, że są od niego sprytniejsi? A może to on, z pomocą ukrytych asów w rękawie, pozbawi ich złudzeń i pokaże, że ich waleczność nie jest warta świeczki? I co, jeśli ludzie zaczną popadać w obłęd i przestaną sobie ufać? Jak zakończą się znajomości, które powoli kiełkowały w coś znacznie więcej, a wszędobylskie tajemnice zaczęły napierać na rodzące się silne więzi?

Na początku tego roku przyszło mi się zmierzyć z książką, gdzie tajemniczość grała pierwsze skrzypce i ciągnęła za sobą lawinę niespodziewanych zdarzeń. Wyskakujące z najciemniejszych kątów rozwiązania łamigłówek zajmujących miejsce w głowie powoli rysowały całokształt, dzięki czemu byłam w stanie – w końcu – stanąć po właściwej stronie barykady pod kątem „podobało mi się” lub „co to miało być?”. Tak, mam tutaj na myśli książkę [Żywi] od Scotta Siglera, do której pragnę porównać dzieło Dominiki Rosik, bo tak samo jak tamten autor zaskoczyła mnie ilością porozrzucanych puzzli, które miałam zebrać i ułożyć z nich odpowiedni obraz. Może książka tej autorki ([Projekt Królowa], coby nie było niedomówień) nie zaskakiwała mnie na każdym kroku, bo wiele rzeczy byłam w stanie przewidzieć oraz niektóre elementy fabuły wytrącały mnie z równowagi, jednakże spędziłam z nią kawał czasu, który nie jestem w stanie uznać za zmarnowany. Wręcz przeciwnie – bawiłam się niczym dziecko nieumyślnie zamknięte na całą noc w parku rozrywki!
Zacznę może od klimatu, jaki przez większość panoszył się na stronach powieści. Naprawdę ciężko było nie mieć gęsiej skórki, kiedy to na bohaterów zsyłano coraz to więcej nieprzyjemnych niespodzianek wywołujących zdezorientowanie. Uczucie strachu o własne życie odbierało niektórym radość, a czasami śmiech tylko mógł ratować przed popadnięciem w obłęd. Tylko co miało powodować uśmiech na twarzy? Zamknięcie w podziemiach szpitala psychiatrycznego? Z garstką obcych ludzi, o których niewiele wiemy? Świadomość, że nie znamy powodu własnej obecności w tym miejscu? Ja sama bałabym się przebywać choćby pięć minut w takim więzieniu, a co dopiero tam mieszkać. Dobrze, ich jedyną ucieczką od pozostałych był Ogród Zimowy (który tak mnie zachwycił, że chciałabym się tam przespacerować), ale nawet tam byli zamknięci niczym figurki w szklanych kulach. Niestety nie mogli się tam ukrywać przez nieskończoność czasu, bo przecież czekała ich arcyważna gra, w której musieli walczyć o własną wolność. I to właśnie ten wątek został najlepiej skonstruowany! Użycie w tym celu pewnej, starej jak świat, strategicznej gry planszowej okazało się strzałem w dziesiątkę! Ja sama nie pojmowałam jej zasad, ale autorka zadbała o to, by nawet nieobeznani w zasadach czytelnicy mogli zrozumieć każdy ruch, który równocześnie był powiązany z życiem bohaterów. Pokazywało to, jak łatwo nadszarpnąć czyjeś zaufanie i udowodnić potencjalnemu rywalowi, że danym gestem informuje go o swej nieufności. Niestety wątek miłosny już mnie tak nie nastrajał, a wręcz przeciwnie – odtrącał. Moim zdaniem stanowił on zbędny element całej fabuły, bo prawdę powiedziawszy niewiele wnosił do akcji. Tak samo niektóre wyjaśnienia wątków nie robiły na mnie wrażenia, bo już wcześniej przeanalizowałam poprzednie rozdziały i sama odnalazłam odpowiedzi. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wiele elementów było na tyle zaskakujących, że nie umiałam usiedzieć na miejscu. Ostatnie sto stron... wtedy to już całkowicie musiałam się powstrzymać od wiecznego łażenia po pokoju w celu rozładowania targających mną emocji. Dominiko Rosik – niech się pani przyzna, że to było celowe, aby moja czaszka eksplodowała od nadmiaru wrażeń i danych!

„Przeszłość jest natrętnym prześladowcą. Zawsze cię odnajdzie”.

Jeżeli mam być szczera, to do końca nie wiem, jak to jest ze mną i z Emily. Z jednej strony cenię ją za umiejętność logicznego myślenia, chęć pomocy innym czy też twarde stąpanie po ziemi, gdy z drugiej jej pobudzający się od czasu do czasu egoizm oraz humorki doprowadzały mnie do szału. Rozumiem, że w takiej sytuacji strasznie ciężko komukolwiek zaufać, ale jak można mieć pretensje do kogoś z powodu tajemnic, kiedy sama nie do końca mówi tej osobie prawdę? Hipokrytka, aż miło. Za to doskonale wiem, że złapałabym dobry kontakt z wycofanym Alexem. Może Matthew brylował ze swym poczuciem humoru (czym mnie kupił), ale nie umiałam znieść tych jego umizgów do Emily. To było tak słodkie, że nawet producenci białej czekolady bili się o tę odmianę cukru. Natomiast Alexander zaimponował mi swoją inteligencją oraz zastosowaną grą aktorską. Dobrze, na początku mnie irytował, bo nie byłam w stanie go rozgryźć, ale kiedy ten pan nieco się odsłonił to... byłam w szoku! Przeszłość Alexa stanowiła bombę z opóźnionym zapłonem, która właśnie wtedy wybuchła i zmiotła wszelkie negatywne opinie na jego temat z powierzchni ziemi. To chyba najlepiej wykreowana postać w tej książce, bo kiedy myślę o rodzeństwie, Azjacie oraz dawnym wojskowym to nie mogę wykrzesać o nich żadnego zdania. Po prostu stanowili doskonałe luki między najistotniejszymi graczami. Nawet Katia, pomimo swego specyficznego stylu bycia, zasłużyła sobie ode mnie usłyszeć: Jesteś dzi...wną i szaloną kobietą!
Dominika Rosik całkowicie kupiła mnie swoim kunsztem pisarskim! Może fabularnie popełniała błędy, o które niekiedy się potykała, ale nie jestem w stanie jej odmówić talentu łączenia zwyczajnie brzmiących słów w zdania powodujące totalną mieszankę wybuchową, eksplodującą w umysłach czytających. Podziwiam tę autorkę za kreatywne podejście do tematu, który niektórzy mogliby już uznać za oklepany i schematyczny do bólu kości. Jak widać jeszcze można stworzyć wyśmienite danie z czegoś, co zdaniem innych należałoby wrzucić do kosza zapomnienia. Mam jednak nadzieję, że Dominika Rosik nie spocznie na laurach i wraz z drugim tomem obudzi we mnie ukryte zwierzę, które będzie warczeć dniami i nocami, że chce więcej i więcej!

Podsumowując:
Obok tej książki nie można przejść obojętnie! [Projekt Królowa] to całkiem udany debiut Dominiki Rosik, który pozwala nam, czytelnikom, uwierzyć w moc rodzimych pisarzy i pokazuje, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Wszędobylskie sekrety zakradające się zakamarkami podziemia, narastająca w siłę dezorientacja i wola przetrwania oraz niecodzienne znajomości, których ścieżki mogą poprowadzić w naprawdę zaskakujące miejsca – to tylko nieliczne atrakcje, jakie możecie tutaj odnaleźć. Dlatego też, jeżeli chcecie przeżyć niesamowitą przygodę, oderwać się od pędu rzeczywistego świata i sprawdzić swoje umiejętności logicznego myślenia: ta książka jest w stanie wam to zapewnić. Tylko uważajcie, bo nigdy nie wiecie, co jest prawdą, a co fikcją!

pokaż więcej

 
2017-07-13 09:17:19
Seria: Moondrive

Mogłoby się wydawać, że Travis ma wspaniałe życie. Cóż się dziwić, skoro otaczają go niesamowici ludzie: kochający rodzice, wspaniała dziewczyna oraz prawdziwy przyjaciel. Aż człowiek zaczyna patrzeć z nadzieją w przyszłość! Niestety to wszystko przyćmiewa jedno paskudztwo, które nie chce się odczepić za żadne skarby. Tak... to choroba.
Travis zmaga się z nieuleczalnym nowotworem, który z dnia...
Mogłoby się wydawać, że Travis ma wspaniałe życie. Cóż się dziwić, skoro otaczają go niesamowici ludzie: kochający rodzice, wspaniała dziewczyna oraz prawdziwy przyjaciel. Aż człowiek zaczyna patrzeć z nadzieją w przyszłość! Niestety to wszystko przyćmiewa jedno paskudztwo, które nie chce się odczepić za żadne skarby. Tak... to choroba.
Travis zmaga się z nieuleczalnym nowotworem, który z dnia na dzień odbiera mu coraz więcej radości z życia. Chociaż nastolatek stara się do końca zostać optymistycznie nastawionym do świata i zgrywać twardego, to jednak w głębi serca wie, że lada moment może zgasnąć niczym zdmuchnięty przez wiatr płomień świecy. Dlatego też, kiedy otrzymuje propozycję wzięcia udziału w eksperymentalnej operacji, nie zastanawia się długo. Dość szybko godzi się na to, by od szyi w dół przeszczepione mu zdrowe, nieskażone rakiem ciało. Niestety na drodze do wymarzonego rozwiązania staje jeden problem. Otóż tymczasowy rozwój medycyny nie rozwinął się jeszcze na tyle, aby móc sobie pozwolić na przeprowadzenie tak skomplikowanego zabiegu, dlatego Travis musi zostać wprowadzony w śpiączkę podobną do hibernacji i oczekiwać pozytywnego rozwoju zdarzeń. Jako że to może potrwać od kilkunastu do kilkudziesięciu lat, żegna się z najbliższymi, próbując zapomnieć o tym, iż po przebudzeniu odkryje, że ich już nie ma na świecie.
Jednakże szczęście sprzyja Travisowi, gdyż budzi się zaledwie pięć lat później. Posiada własną głowę oraz nowe, atrakcyjne – a zarazem obce – ciało. Uszczęśliwiony tym faktem ma również nadzieję, że jego dawne życie ponownie do niego powróci, dzięki czemu szybko nadrobi stracony czas. Niestety los uwielbia płatać figle. Rzeczywistość wymierza mu siarczysty policzek najświeższymi informacjami. Okazuje się, że jego przyjaciele ukończyli szkołę średnią i już „męczą się” z nauką na studiach, zaślepieni miłością rodzice ukrywają przed nim pewien sekret, a dziewczyna odnalazła nowego wybranka serca. Chłopak nie potrafi pogodzić się z tymi faktami, dlatego też postanawia powalczyć o przeszłość.
Jak zareagują jego dawni znajomi, którzy przez lata myśleli o nim jak o zmarłym? Czy pozwolą mu na nowo wejść w swoje życie, kiedy już zdążyli pogodzić się z jego utratą? I do czego posunie się Travis, aby odzyskać ukochaną?

Niektórzy zapewne pamiętają, jak to wzbraniałam się rękami i nogami przed sięgnięciem po tę książkę. Nawet pozytywne opinie mnie do niej nie zachęcały. Wręcz przeciwnie – wywoływały wstręt. Dopiero po jakimś czasie, kiedy to szum wokół [Chłopaka, który stracił głowę] nieco ucichł, zaryzykowałam i dałam szansę Travisowi. Niestety nie od razu było kolorowo...
Zacznę może od tego, że największy absurd tej książki stanowi kwestia przeszczepu. Smolę już to przyszycie głowy do innego ciała (w końcu medycyna mogła zrobić ogromne postępy w tej dziedzinie), ale dlaczego – na litość boską! – zabrakło istotnego szczegółu, jakim jest rehabilitacja? Naprawdę nie chciało mi się wierzyć, że autor zapomniał o czymś tak ważnym, bez czego osoba po tak poważnym zabiegu sobie nie poradzi. Przecież nikt nie oczekiwałby dziesiątek stron poświęconych temu elementowi. Wystarczyłaby drobna wzmianka, iż do czegoś takiego dochodzi, dzięki czemu nie przyglądałabym się książce z przymrużeniem oka. I właśnie ten fakt spowodował, że nie umiałam wczuć się w historię, przez co lektura ciągnęła się niemal pół roku, co w moim przypadku stanowi ogromny wyczyn. Jak już przetrawiłam to niedopatrzenie i oczyściłam umysł ze złych myśli, powróciłam do książki. Z lekkim ociąganiem, ale złapałam odpowiedni rytm czytania, powoli wtapiając się w ten świat. Zaczęłam uważniej śledzić zmagania Travisa, poznawać jego życie i otoczenie, co zmieniało moje nastawienie. Dalej ubolewałam nad wcześniejszym (i karygodnym) błędem, ale pozwoliłam na uraczenie mnie silnymi emocjami, jakimi są strach, ból czy cierpienie, które wybijały się przed szereg radosnych i pełnych śmiechu chwil. To była podróż przez kalejdoskop wrażeń, gdzie nawet się jej nie spodziewałam w takiej odsłonie. Po prostu mogę stwierdzić, że po burzy zawsze wychodzi słońce, ale jak funkcjonować dalej, gdy człowiek obawia się grzmotów zwiastujących kolejne załamanie pogodowe?

„Niektórzy ludzie mówią, że umieranie w samotności jest gorsze niż sama śmierć. Może powinni spróbować samotności za życia. Człowiek zaczyna się dziwić, że w ogóle interesował go powrót”.

Skłamałabym, gdybym napisała, że Travis mnie nie wkurzał i chętnie widziałabym go u swojego boku jako przyjaciela. Ten chłopak działał mi na nerwy do tego stopnia, że chciałam uderzać głową w ścianę, ale do jakiegoś czasu nie wiedziałam jednego: czy swoją czy jego. Może jego zaślepienie chorobliwą chęcią odzyskania Cate stanowiło próbę odebrania od świata straconych lat, podczas których przebywał w śpiączce, ale wszelkie zabiegi nastolatka powiązane z chwytaniem poległych miesięcy znacznie bardziej odrzucały, niżeli zachęcały. Rozumiem, że nadal ją kochał, ale zachowywał się jak rozkapryszony dwulatek, któremu rodzice zabrali lizaka. Dopiero po jakimś czasie zaczął dostrzegać popełniane przez siebie błędy i własnie wtedy zaczęłam się oswajać z jego obecnością. Chociaż nadal stąpał po cienkim lodzie, to jednak zaczął panować nad swoją... głupotą? Inaczej nie umiem tego określić. Aczkolwiek zaimponował mi tym, że sława spowodowana jego niecodzienną operacją nie przysłoniła mu oczu i nie pozwolił się wciągnąć w celebrycką farsę. Pozostawał tym samym skromnym chłopakiem, który niegdyś zszokował wszystkich swoim pomysłem. Po prostu chciał wrócić do normalności, czerpać garściami jako zwyczajny nastolatek, a nie gwiazda.
Z całej gamy pozostałych bohaterów najbardziej polubiłam przyjaciół Travisa, którzy – pomimo kręcenia nosem na jego wymysły – potrafili podać mu pomocną dłoń i stanąć za nim murem w każdej krytycznej sytuacji. Za to nieco zbulwersowało mnie zachowanie Cate oraz rodziców nastolatka, gdzie ta pierwsza sama do końca nie wiedziała, czego chciała, gdy ci drudzy ukrywali dość istotny szczegół przed własnym synem. Na potrzeby „powrotu normalności” odgrywali nowe role, co jedynie zaszkodziło. Rozumiem obawę o zdrowie psychiczne syna, ale czemu zwlekali z tym aż tak długo?
John Corey Whaley nie zachwyca swym stylem pisania do tego stopnia, abym mogła wychwalać jego umiejętności pod niebiosa, ale posiada coś takiego, co pozwala skupić uwagę na wykreowanym przez niego świecie i zagłębić się w nim. Nie tworzy on zawiłych opisów miejsc, ba – nawet nieco je upraszcza, jednak nie odczuwa się pod tym kątem niedosytu. Także lekki, młodzieżowy język tak nie wadzi. Ale fabularna wada, którą zdążyłam wytknąć, doprowadziła do tego, a nie innego scenariusza, przez co też nieco inaczej odbieram całokształt.

Podsumowując:
[Chłopak, który stracił głowę] miał ogromny potencjał do tego, abym w końcu uwierzyła w dziesiątki pozytywnych, niemal wychwalających tę książkę opinii, ale w moim odczuciu znajduje się tutaj wiele niedociągnięć zabijających mój entuzjazm. Może w połowie dałam się porwać fantazji autora, ale główny bohater oraz pewne aspekty powiązane z jego osobą rzucają cień na to, co dobre. Jak widać nie wszystko złoto, co się świeci.

pokaż więcej

 
2017-07-02 09:38:50
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki

Siedemnastoletnia Hedda prawie przypomina wrak człowieka, ale to nie zgubne nałogi doprowadziły ją do tego stanu. Także nie maczali w tym palców bliscy dziewczyny czy też osoby trzecia. To Nia – zaburzenie odżywiania posiadające własną osobowość. Choroba towarzysząca jej od wielu lat, przez którą większość życia spędziła w klinikach specjalizujących się w zwalczaniu anoreksji. I właśnie ta... Siedemnastoletnia Hedda prawie przypomina wrak człowieka, ale to nie zgubne nałogi doprowadziły ją do tego stanu. Także nie maczali w tym palców bliscy dziewczyny czy też osoby trzecia. To Nia – zaburzenie odżywiania posiadające własną osobowość. Choroba towarzysząca jej od wielu lat, przez którą większość życia spędziła w klinikach specjalizujących się w zwalczaniu anoreksji. I właśnie ta toksyczna „znajomość” powoduje, że po kolejnym opuszczeniu murów ośrodka Hedda zostaje zmuszona do rozpoczęcia samodzielnego życia, co naprawdę przychodzi jej z trudem. Odrzucona przez własną rodzinę stara się dobrze odgrywać swoją rolę, w międzyczasie pielęgnując swoje maniakalne rytuały, w tym przesadne liczenie wszystkiego, co popadnie: kalorii, dni, godzin, minut, kroków, schodów... Także niszczące psychikę chore podszepty Nii stają się coraz bardziej natarczywe, niemal prowokujące do pozbycia się „nadprogramowych kilogramów”.
Kiedy już Nia niemal doprowadza Heddę do stanu ostatecznego, przychodzi wybawienie – niespodziewana ciąża. Nastolatka początkowo jest przerażona, a niechciane podszepty powiązane z tym, że szkodnik może zniekształcić jej ciało wywołują u niej sprzeczne emocje. Jednakże w dziewczynie coś pęka i decyduje się zawalczyć o rosnącą w niej istotkę. Tym samym postanawia zawrzeć rozejm ze swoją chorobą. Do czasu rozwiązania stanie się przykładną przyszłą mamusią, by później ponownie zatopić się w kościstych ramionach Nii.
Tylko na jak długo starczy jej motywacji? Czy Hedda jest w stanie zmienić swoje nawyki, byle tylko urodzić zdrowe dziecko? A co później? Postanowi zaryzykować i zaopiekować się nim, raz na zawsze porzucając Nię? A może nie podoła, przez co ponownie zawiedzie tych, którzy w jakimś stopniu pokładali w niej nadzieje?

Pomimo rozwiniętej technologii, nadal musimy walczyć z chorobami cywilizacyjnymi, które od dekad powodują spustoszenie w naszych umysłach i ciałach. Tak właśnie jest z anoreksją, która z roku na rok zdaje się mieć coraz więcej zwolenników. Cóż się dziwić, skoro na wybiegach widuje się coraz więcej modelek, których kości grzechoczą znacznie lepiej niż specjalnie stworzone w tym celu grzechotki. Także tabloidy wiecznie wytykają palcami aktorki czy piosenkarki tylko dlatego, że mają o kilka kilogramów ponad normę. A później wielkie zdziwienie, skąd te nastolatki czerpią inspiracje...
Nie przypuszczałam, że ta książka może mieć tak sporą siłę rażenia. Powiem szczerze, że wyobrażałam sobie odnaleźć w niej łagodne struny powierzchownego przedstawienia tematyki zaburzeń odżywiania, kiedy całość przesiąknęła znacznie głębiej. Oczywiście nie doświadczyłam drastycznych scen czy opisów wywołujących u mnie przeciążające serce przerażenie, jednakże autorka zdołała mi zapewnić sporą dawkę wrażeń. Nieraz starałam się zrozumieć zachowanie głównej bohaterki, chociaż w moich oczach wyglądało ono nieprawdopodobnie, paskudnie i perfekcyjnie wyćwiczone, by chwilę później pragnąć usiąść na kanapie tuż obok niej i próbować jej pomóc. Czasami także nachodziła mnie chęć złapania ją za ramiona, aby nią nieco pogrzechotać, znaczy poszarpać dla opamiętania. Doprawdy ciężko jest wejść w skórę osoby poddającej się tego typu chorobom, kiedy samemu nie ma się z nią styczności, jednakże z czasem potrafiłam zrozumieć ruchy Heddy. Może ich nie akceptowałam, lecz dzięki temu znacznie lepiej poznawałam naturę niby wyleczonej osoby.

„Tego, co najważniejsze, i tak nie da się policzyć”.

Hedda. Niby zwyczajna nastolatka, jednakże jej bagaż doświadczeń mógłby spokojnie zostać rozdany pomiędzy przypadkowe osoby, a i tak sporo by go jeszcze zostało. Choroba posiadająca własną osobowość, wieloletnie tułaczki po specjalistycznych klinikach, odrzucenie przez rodzinę, nieplanowana ciąża z przypadkowo poznanym chłopakiem... Wszystko przygniata jej – i tak już zmaltretowane latami niedożywienia – barki. Bałam się jednak, że błogosławiony stan i tymczasowe olśnienie spowodują zbyt gwałtowną przemianę osobowości nastolatki, lecz moje obawy dość szybko zostały rozwiane. Naprawdę byłoby to sztuczne, gdyby osobie chorującej od tak dawna na anoreksję zmiana toku myślenia przyszła tak z dnia na dzień. Tym samym bohaterka przypominała mi prawdziwą osobę, która opisuje swoje przeżycie. A co się tyczy choroby...
Nia stała się toksyczną naroślą niepozwalającą racjonalnie myśleć. Dobrze wiedziałam, że jest ona częścią Heddy, ale i tak nie cierpiałam jej szeptów. Chciałam, by raz na zawsze ucichła, wyzwalając nastolatkę, aby ta mogła w końcu przejrzeć na oczy. Nawet nie chciała odejść, kiedy jej miejsce powoli zajmowała realna osoba mogąca naprawić wszelkie krzywdy. Może to tylko wyimaginowana postać, ale i tak ciężko znosiłam jej cierpienie. Właśnie to spowodowało, że zżyłam się z nią i przez to strasznie ciężko było mi się pożegnać z książką.
Nie inaczej było z pozostałymi bohaterami. Pomimo drobnych wyjątków wyrządzających krzywdy, znalazło się również wiele postaci, gdzie każda z nich różniła się charakterem, dzięki czemu nie miałam wrażenia spotykania jednych i tych samych ludzi posiadającymi zmienne imiona. Wielu z nich wkroczyło łagodnie w ścieżkę Heddy, by pozostali wskoczyli w nią z impetem, lecz każde z nich wniosło do jej życia wiele światła. Pokazywali, że życie posiada sporo barw, tylko trzeba umieć je rozróżniać i dopasowywać. Nia nie była nimi zachwycona, ale kto by się nią przejmował?
Karen Gregory zachwyciła mnie swoją lekkością pióra oraz umiejętnością ukazywania drastycznych elementów przerażającej choroby, jaką jest anoreksja. Chociaż powieść jest jedynie fikcją, to jednak gdyby człowiek się uparł, bez problemu mógłby ją uznać za autentyczną. Jak widać autorka dobrze przygotowała się do wykreowania Heddy i nie pozwoliła na to, by w jakimś momencie się potknąć. To wszystko zamyka się w szkatułce o nazwie „otwierajmy oczy nieświadomym niebezpieczeństwa nastolatkom”, czemu także przyklaskuję. Każda forma jest dobra, aby przestrzegać młodzież przed taką głupotą.

Podsumowując:
[Niepoliczalne] to książka, która jest w stanie wycisnąć z ciebie łzy, nie pozwalając zbyt szybko zapomnieć o sobie. Pouczająca historia Heddy może otworzyć oczy wielu młodym czytelnikom łaknącym szczupłej sylwetki, że nawet w tym przypadku trzeba mieć się na baczności. Przecież nie wiemy, za którym rogiem może czaić się łaknąca swej ofiary inna wersja Nii. Mną ta książka wstrząsnęła. A jak będzie z tobą?

pokaż więcej

 
2017-06-28 18:12:22
Autor:
Cykl: Trylogia Generacje (tom 2)

Savage, zwana również Em, przewodzi grupie zagubionych nastolatków, którzy – tak samo jak ona – obudziły się w trumnach. Naznaczeni ogromnymi lukami w pamięci, przerażeni uwięzieniem w makabrycznym miejscu przypominającym grobowiec próbują wspólnymi siłami wydostać się z tego paskudnego więzienia, w międzyczasie starając się poznać własne ja. Niestety wszechobecne niebezpieczeństwa w postaci... Savage, zwana również Em, przewodzi grupie zagubionych nastolatków, którzy – tak samo jak ona – obudziły się w trumnach. Naznaczeni ogromnymi lukami w pamięci, przerażeni uwięzieniem w makabrycznym miejscu przypominającym grobowiec próbują wspólnymi siłami wydostać się z tego paskudnego więzienia, w międzyczasie starając się poznać własne ja. Niestety wszechobecne niebezpieczeństwa w postaci niezbadanych sił wyższych oraz tajemniczych kreatur krzyżują ich plany, ale nie na długo...
Em udaje się uratować swój lud i uciec jak najdalej od pokrak uprzykrzającym im życie, a to za sprawą statku kosmicznego, który przenosi ich na planetę Omeyocan, gdzie ma na nich czekać cisza i spokój. Savage nie przypuszcza jednak, że to, co zobaczy, może spędzić sen z powiek.
Omeyocan wcale nie przypomina idyllicznego miejsca do egzystencji. Ślady wymarłej cywilizacji są przerażające i złowieszcze, a wszechogarniający chaos skrywa sporo przykrych niespodzianek. Także otaczająca ich dżungla nie zachęca do grupowych spacerów, a co dopiero w pojedynkę... Em, pomimo strachu, postanawia jednak zaryzykować i podjąć walkę z nowymi niebezpieczeństwami.
Czy Savage zdoła pokonać własne słabości, byle tylko udowodnić, że jej przywództwo nie było pomyłką? A może popełni szereg niewybaczalnych błędów, które staną się idealnym argumentem kogoś, kto już od dłuższego czasu stara się jej zaszkodzić? I co, jeśli dawny wróg nadal drepcze im po piętach?

Jeżeli kiedykolwiek zorganizowałabym konkurs literacki, w którym istniałaby kategoria „najbardziej kreatywny autor”, to bez wątpienia brylowałby w niej nie kto inny, jak Scott Sigler. Miałam już styczność z wieloma pomysłowymi pisarzami, ale ten pan, z książki na książkę, zaczyna przechodzić samego siebie! Samym tego przykładem jest ogromna zmiana zachodząca w trakcie lektury. Jak przy [Żywych] czasami czułam się zmęczona wymyślną fabułą i pokrętnymi zdarzeniami, tak przy [Rozpalonych] ani przez chwilę nie odczuwałam takich emocji. Co więcej – pragnęłam coraz więcej i więcej, a już i tak Scott Sigler zaoferował mi naprawdę sporo.
Zmiana otoczenia znacznie wpłynęła na pobudzenie mojej wyobraźni, choć ciekawość nadal czekała na upragnione elementy układanki mogące uzupełnić brakujące luki powstałe po zakończeniu pierwszego tomu. Chciałam wraz z Em poznać ich prawdziwą tożsamość oraz odkryć znaczenie otaczających ją i jej lud znaków i po części doczekałam się tego. Zaserwowane fakty w jakimś stopniu zapełniły dziury, choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia. Ale żeby odciągnąć mnie od rozmyślania nad tym aspektem książki, autor postanowił popracować nad moją kondycją czytelniczą. Niemal na każdym kroku działo się coś istotnego: akcja goniła akcję, tajemnica próbowała dogonić tajemnice, a intryga starała się zastąpić inną intrygę. Dorzućmy do tego jeszcze szereg niespodziewanych zwrotów akcji oraz totalnie dystopijny klimat i mamy pakiet doskonały. Tylko w jednym momencie miałam wrażenie Déjà vu, a to za sprawą stworów utrudniających życie Em i jej ekipie. W trakcie czytania fragmentu poświęconego ucieczce bohaterów przed gigantycznym wrogiem miałam przed oczami podobną scenę z książki innego autora, który również specjalizuje się w tego typu nurtach gatunkowych. To właśnie jeden z drobnych elementów, który nieco nie przypadł mi do gustu, ale pytanie: A gdzie pozostałe? Za moment wszystko wyjdzie na jaw!

„Niemówienie prawdy niczym nie różni się od kłamstwa”.

Jeżeli czytaliście moją recenzję pierwszego tomu, to zapewne pamiętacie, że Savage przechodziła powolną przemianę osobowości. Obudziła się jako dziecko zamknięte w dorosłym ciele, lecz z każdym kolejnym działaniem zaczynała się zmieniać w silną i wybuchową przywódczynię. W [Rozpalonych] raz na zawsze pożegnała się z dziecięcą naturą, jednakże musiała stoczyć walkę sama ze sobą, kiedy ognisty temperament próbował przejmować nad nią kontrolę. Jako głowa ludu nie mogła sobie pozwolić na pochopne decyzje, a właśnie ta część jej mogła to uniemożliwić, a tym samym ułatwić zadanie zdrajcy czyhającemu na każdy zły ruch Savage. Cały czas kibicowałam Em w walce o bycie lepszą wersją samej siebie, bo niekiedy naprawdę zaskakiwała mnie swoimi wyskokami, i to nie tylko pozytywnie. Czasami miałam ochotę wziąć jej włócznię i pacnąć ją w łepetynę tak mocno, aż się opamięta. Na szczęście byli tam tacy, którzy pokazywali przywódczyni, iż przekracza granice rozsądku, tylko czy zawsze ich słuchała? Domyślcie się już sami.
Nie tylko Savage przeszła ogromną metamorfozę. Wielu istotnych bohaterów również postanowiło zawalczyć o samych siebie. Oczywiście nie każdy z nich przechodził ją pomyślnie, przez co nieraz grał mi nerwach, jednakże zdarzały się jednostki automatycznie kupujące moje serce, przez co nawet wtedy, gdy robili coś źle, nie umiałam się na nich gniewać. Przypuszczam, że było to również spowodowane tym, że poznałam te postaci znacznie lepiej, co zmieniło moją ocenę o nich. To nie zmienia faktu, iż na niektórych dzieciakach ogromnie się zawiodłam. W sumie zadziałała tutaj dziwna magia, bo zaczęłam się wkurzać na ukochanych bohaterów, a rozpływałam się nad tymi, które kiedyś mi podpadły. Czy to źle?
Przy [Żywych] określiłam styl pisania Scotta Siglera za zwyczajny, niewyróżniający się na tle innych autorów, gdzie jego jedyną przewagą nad nimi wszystkimi stanowi kreatywność, tak teraz nie jestem w stanie napisać tego samego. Otóż ten pan (jak już wcześniej wspomniałam) wskoczył na wyższy poziom, przez co nawet jego kunszt uległ całkowitej poprawie. Świadczą o tym lepiej skonstruowani bohaterowie, dokładniejsze opisy czy też wachlarz kolejnych niespodzianek porozrzucanych na kartach książki. Jeśli utrzyma ten poziom przy trzecim tomie (lub nawet go przewyższy) to ja zapewne będę go czytać miesiącami, byle tylko się nie rozstawać z tym światem.

Podsumowując:
[Rozpaleni] to kolejna z książek wyłamujących się ze stereotypu, jakoby na dalszych tomach danych serii wisiała klątwa „gorszej jakości”, ponieważ niweluje ona jej znaczenie już w trakcie pierwszego rozdziału! Wystarczy tylko chwila, a już czytelnik zatraca się w dalszych dziejach Em i jej świty. Dlatego też jeżeli zakochaliście się w [Żywych] lub żywicie do nich urazę – zaryzykujcie i sięgnijcie po ten tytuł. Przypuszczam, że zapłoniecie, ale nie z powodu nienawiści do autora. Wręcz przeciwnie: Rozpali się w was ogień niedosytu.

http://bluszczowe-recenzje.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2017-06-10 17:28:44

[Recenzja była wcześniej zamieszczona na portalu Polacy nie gęsi!]

Czasami niegrzeczne dzieci przypominają mi lądowych piratów, a to za sprawą swoich złośliwych występków. Nieraz udało mi się zobaczyć, jak skradały się do piaskownic tylko po to, aby zabrać zalegające w piasku zabawki. Nie w celach zabawy. Ich zadaniem było je ukraść, a sprzeciwiających się właścicieli zwyzywać lub poszarpać....
[Recenzja była wcześniej zamieszczona na portalu Polacy nie gęsi!]

Czasami niegrzeczne dzieci przypominają mi lądowych piratów, a to za sprawą swoich złośliwych występków. Nieraz udało mi się zobaczyć, jak skradały się do piaskownic tylko po to, aby zabrać zalegające w piasku zabawki. Nie w celach zabawy. Ich zadaniem było je ukraść, a sprzeciwiających się właścicieli zwyzywać lub poszarpać. Wtedy do akcji wkraczali niezadowoleni rodzice i cała akcja kończyła się fiaskiem.
A teraz wyobraźcie sobie te same dzieci, ale na prawdziwym pirackim statku, niekontrolowane przez nikogo.
Kraina Tysiąca Jezior i Rzek od zawsze przyjmowała w swoje progi nie tylko handlarzy, ale również morskich rozbójników, czyhających na towar transportowany przez tych pierwszych. Bywali lepsi i gorsi, ale Jollienesse Rożnowski i jej ekipa płynąca na „Niezatapialnej” stała się wręcz legendą w Palude. Wszystko za sprawą swych udanych rozbojów. I chociaż działali oni wbrew prawu, to jakimś cudem zdołali podbić serca prostego ludu.
Władza nie mogła dłużej tolerować destrukcyjnej działalności piratów. Postanowiono pilniej przestrzegać praw, wprowadzając przy tym drastyczne zmiany, mające na celu zastraszenie rzezimieszków. Jednak piraci nie zamierzali zaprzestać swoich grabieży, uparcie ignorując zbliżający się wielkimi krokami koniec ich szaleństw.
Za „Niezatapialną” ruszył w pogoń sam kapitan Feliks Ucelli, który posiadał na swoim koncie wiele zasług dla władz Palude. Mężczyzna nie wyobrażał sobie, aby jego jednostka nie była w stanie pochwycić pani kapitan Rożnowski. Dzielnie podążał za świadomą ogona Nes, mającą w zanadrzu plan awaryjny.
Czy zabawa w kotka i myszkę znalazła jakieś zakończenie? A może „Niezatapialna” okazała się być nieuchwytna, przez co Feliks Ucelli musiał obejść się smakiem?
Zazwyczaj to woda bywa zdradziecka i nieprzewidywalna, ale czy ludzkie uczucia nie przebiły jej o głowę?

Zachęcona pozytywnymi słowami dobrej znajomej na temat [Zatopić „Niezatapialną”], postanowiłam dać szansę debiutowi pani Anny Hrycyszyn i wstąpić w szeregi pirackiej załogi pani kapitan Jollienesse Rożnowski. Naprawdę byłam ciekawa, co takiego autorka ma do zaoferowania. Tylko czy dobrze zrobiłam? Czy w trakcie lektury sama miałam ochotę uczestniczyć w abordażu? A może prosiłam, aby „niechcący” wypaść za burtę i zostać pochłonięta przez wodę wpływającą do płuc?

Pierwsze strony mnie męczyły, ale to nie za sprawą błędów. Przyczyniły się do tego opisy, które z początku przypominały mi arkusz egzaminu maturalnego z matematyki na poziomie rozszerzonym. Owszem, widywałam statki nie tylko na filmach, nawet raz jednym płynęłam, ale to było za czasów, kiedy nie patrzyło się na pokład, a na oddalający się ląd. Czułam po prostu znużenie przy opisach standardowych czynności, jakie zachodziły na „Niezatapialnej” w chwili zagrożenia. Ta cała nerwowość załogi źle na mnie oddziaływała. Dopiero, gdy akcja przeniosła się na suche tereny i dobrnęła do elementu fabuły nadającego smaczku historii, uznałam, że ta książka jednak ma szansę podbić moje serce. I biorąc pod uwagę ten właściwy wstęp opinii – miałam rację. Oczywiście nie wzniosę za to toastu, ale pozwolę sobie zakrzyknąć: Arr!
Przemierzając spokojne oraz niestabilne wody z panią kapitan, czułam się jak piratka, prawie ochoczo kibicując każdej inicjatywie, z jaką wychodziła ona czy też jej świta. Prawie, ponieważ niektóre wybory były nad wyraz niebezpieczne i głupie. Ale to właśnie wszelkie upadki Nes, których byłam świadkiem, nie pozwalały mi krzyczeć o zakrzywieniu rzeczywistości. A tak autorka może spać spokojnie, ponieważ udało jej się uprawdopodobnić wydarzenia. Nawet motyw rewolucji wyszedł nader naturalnie. Wszelkie akty buntu w połączeniu z dzikim pościgiem Straży za załogą „Niezatapialnej” uzupełniały się wzajemnie, a ja chłonęłam to jak gąbka wodę, pragnąc kolejnej fali niespodziewanych zwrotów akcji, których także tutaj nie brakowało. Niekiedy tylko odczuwałam zmęczenie poczynaniami Nes, ale wtedy na ratunek przychodziły zdarzenia powiązane z innym bohaterem, co ratowało sytuację. Także zakończenie wydawało mi się nieco niepasujące do całej reszty, ale nie zamierzam za nie wybatożyć pani Anny Hrycyszyn rzepą. Poczułam po nim lekki niedosyt, lecz czasami lepiej odczuwać głód, niżeli cierpieć z przejedzenia. No dobra… uzupełniłam sobie te braki, kiedy gryzłam paznokcie z poddenerwowania. Macie jakiś dobry patent, aby wyzbyć się tego brzydkiego nawyku?

[…] – Witrenstiern powiedział, że nic nie poradzę na to, że świat nie chce być czarny albo biały, pan nazwał mnie naiwnym… Wychodzę na idiotę, tak?
– Naiwność nie jest głupotą, nie w takim znaczeniu, w jakim pan ją teraz postrzega.
Przez całą [Zatopić „Niezatapialną”] przewija się tak wielu bohaterów, że gdyby nie czuwający nade mną narrator, to naprawdę miałabym przechlapane. To właśnie on przedstawił mi najistotniejsze osoby, przez co mogłam je lepiej poznać. Chyba nikogo nie zdziwię, kiedy napiszę, że podziwiałam Nes za jej odwagę oraz upór w dążeniu do wyznaczonego celu. Także troska pani kapitan o załogę uświadomiła mnie, że pomimo niezbyt prestiżowego zawodu, kojarzącego się z odarciem z uczuć, ona jednak je posiadała, raz za razem to udowadniając. No i niekiedy nie grzeszyła inteligencją, ale nadrabiała to czynami. Nawet sam Feliks Ucelli, wierny państwu i oddany swemu obowiązkowi chwytania przestępców, pokazał mi, że przy nim także nie mogę oceniać po pozorach. Może nieraz jego łatwowierność wytrącała mnie z równowagi, ale w jakiś sposób mnie też rozczulała i naprawdę nie dziwię się Nes, że czuła do niego coś w rodzaju słabości. Ja sama chętnie uświadomiłabym go, że świat wcale nie jest taki kolorowy, jak mu się wydaje. Znowu uderzam na suche lądy, znaczy się uderzam w prywatne grunty… Może pozwólcie, że przejdę dalej?
Nie mogę zapominać o pozostałych bohaterach, bo przecież oni również tworzyli [Zatopić „Niezatapialną”]. Przez karty powieści przetoczyło się wiele przyjaznych dusz dobrowolnie podających pomocną dłoń, ale nie obyło się też bez antagonistów, którzy pozornie przypominali aniołków. Po prostu istna mieszanka charakterów, działająca niczym przyprawy w kuchni. Naprawdę nie wyobrażam sobie, aby zabrakło rozczulającego dbałością o pełne żołądki załogi „Niezatapialnej” v’Ankary czy też Xandre’a, którego do samego końca nie wiedziałam, po której stronie barykady umiejscowić. Nikt nie był idealny, ale to im tylko dodawało uroku.

– Złe czasy, Nes.
– Bardzo złe, skoro nie można ufać tym, którzy mienią się być przyjaciółmi […]

Chociaż sposób prowadzenia narracji oraz zastosowanie czasu przeszłego nie są mi nieznane, to przyzwyczajona do tego, że to główny bohater przedstawia wyimaginowany świat, musiałam przekierować swój umysł na właściwe tory. Dlatego też mogę napisać, że Anna Hrycyszyn zachwyciła mnie swoją kreatywnością, lecz zatrzymam się przy opisach. Nie chcę od razu narzucać, że są one złe i odrzucające, ale niekiedy brakowało mi dalszej części wypowiedzi, jakiegoś uzupełnienia myśli narratora. Raz sprawował się bez zarzutów, by za pierwszym zakrętem wybrać drogę na skróty. Oczywiście nie pragnę kilometrowych zwierzeń o czyichś problemach natury gastrycznej, czy rozpływania nad urodą jakiejś damy, ale karmienie czytelnika piaskiem pomiędzy wykwintnymi daniami źle oddziałuje na żołądek. Ale jako że to debiut, to nie będę szykować szczoteczki do zębów i kubła wody do szorowania pokładu „Niezatapialnej”. Nie jestem aż tak okrutna!
Każdy z nas powinien przestać rozmyślać nad tym, co dana osoba zrobiłaby na jego miejscu i jak by to oceniła. Od czasu do czasu musimy stać się egoistami i zadbać o własne interesy, by później nie żałować, że nie skorzystaliśmy z otwartej furtki. Taką właśnie szansę otrzymali Nes oraz Feliks, tylko czy odważyli się zmienić coś w swoim życiu? Na to pytanie odpowie [Zatopić „Niezatapialną”]!

Podsumowując:
Chociaż rejs „Niezatapialną” oraz piesze wędrówki po świecie wykreowanym przez autorkę miewały wzloty i upadki, to muszę przyznać, że nie żałuję decyzji o przeczytaniu tej książki. Może pani Anna Hrycyszyn musi jeszcze nieco popracować nad warsztatem, ale już teraz gwarantuje nam smaczną ucztę czytelniczą, przy której nie trudno o szybsze bicie serca. Dlatego też każdy szczur lądowy powinien poczuć wiatr we włosach i dać się ponieść historii Jollienesse Rożnowski, nie zapominając o opakowaniu Aviomarinu. Tak na wszelki wypadek.

pokaż więcej

 
2017-06-10 11:12:45
Autor:

Siedemnastoletnia mieszkanka Nowego Orleanu, Josie Moraine – pomimo dość młodego wieku – zdążyła już odczuć na własnej skórze trudy niemal samodzielnego życia. Od młodszych lat była prawie zdana tylko na siebie, kiedy jej samolubna matka zajmująca się prostytucją goniła za wyśnioną sławą i fortuną. Z tego powodu wiecznie wytykano dziewczynkę palcami, nie szczędząc także przykrych słów... Siedemnastoletnia mieszkanka Nowego Orleanu, Josie Moraine – pomimo dość młodego wieku – zdążyła już odczuć na własnej skórze trudy niemal samodzielnego życia. Od młodszych lat była prawie zdana tylko na siebie, kiedy jej samolubna matka zajmująca się prostytucją goniła za wyśnioną sławą i fortuną. Z tego powodu wiecznie wytykano dziewczynkę palcami, nie szczędząc także przykrych słów odbijających się na jej samopoczuciu. I właśnie w takich momentach mogła liczyć na wsparcie szorstkiej burdelmamy, Willie Woodley oraz pracowników kobiety, gotowych niemalże wejść za nastolatką w ogień.
Chociaż Josie doceniała ich dobroć, oddanie oraz wsparcie, to jednak pragnęła dla siebie czegoś znacznie więcej. Marząca o wyrwaniu się z Nowego Orleanu i rozpoczęciu studiów w nowym miejscu niemal zachłysnęła się wizją idealnej przyszłości. Niestety jeszcze wtedy nie przypuszczała, że musi odłożyć wszelkie plany na później.
W Dzielnicy Francuskiej doszło do tajemniczej śmierci Forresta L. Hearne'a Juniora. Nikt do końca nie wiedział, co stało się prawdziwą przyczyną zgonu silnego i zdrowego mężczyzny. W trakcie prowadzonego śledztwa okazało się, że siedemnastolatka jest jedną z nielicznych osób, które miały z nim jakikolwiek kontakt. Tym samym została wplątana w sieć policyjnego dochodzenia, gdzie w trakcie jego trwania dochodzi do wielu niespodziewanych sytuacji.
Jak z tym wszystkim poradziła sobie Josie? Czy ciężar spadający na jej barki przygniótł ją do tego stopnia, że przestała ona walczyć o swoje marzenia? A może to wszystko stało się wręcz dopingiem w dążeniu do dostania się w szeregi studentów elitarnej uczelni? I co, jeśli w drodze po lepsze jutro los wystawił ją na ciężką próbę, jaką będzie chwila zwątpienia w tych, którym tak niezmiernie ufała?

Pomimo narastającej z minuty na minutę ciekawości strasznie obawiałam się przeniknięcia w brudne i oślizgłe kręgi istniejące w Nowym Orleanie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Nie jestem jakoś obeznana w tychże strukturach społecznych (to dobrze czy źle?), przez co nie wiedziałam, czego tak naprawdę mam się spodziewać. Mój lęk okazał się bezpodstawny. Autorka w dosyć łagodny sposób wprowadziła mnie do tej sfery świata, gdzie prostytucja oraz nielegalne interesy stoją na porządku dziennym, a uczciwe i czyste jak łza życie umyka gdzieś bokiem. To właśnie jego pragnęła Josie, aby móc wyrwać się z tego bagna, co – niestety – przychodziło z trudem. Naprawdę nie zazdrościłam głównej bohaterce tego, jak wiele czynników potrafiło stanowić odpowiednik kłód rzucanych pod nogi. I może wsparcie ze strony ludzi siedzących po uszy w szambie pokazywało, że nie każdy, kto sprzyja szerzeniu się przestępstw bywa bez serca, jednakże nic to nie zmieniało. Oczywiście warto również wspomnieć o tajemniczej śmierci turysty, gdzie w tę sprawę wplątuje się przez przypadek siedemnastolatka. Ten wątek także wydawał mi się ciekawy, jednakże kiedy przyszło mi się z nim zmierzyć, to nie odczułam tutaj aż tak ogromnej kryminalnej woni. Owszem, stanowił on jeden z głównych elementów fabuły, ale nie obraziłabym się, gdyby pani Sepetys poświęciła mu znacznie więcej uwagi. Odczuwam po nim ogromny niedosyt. Już nawet sprawy sercowe Josie czy też sieć kłamstw produkowanych przez nią wydawały mi znacznie lepiej skonstruowane, choć przy tym pierwszym nieraz chciałam zawyć. Autorka nie narzucała mi się aż nadto z rozterkami uczuciowymi głównej bohaterki, ale zalatywało tutaj przetartym i wiecznie odgrzewanym schematem trójkąta miłosnego. Ja naprawdę czekam na taką książkę, gdzie ktoś wyłamie się z ciągnących się za nim stereotypów i zaskoczy mnie czymś świeżym, czymś, co nie będzie aż tak mi wadzić!

„Wybory, to one kształtują nasz los”.

Która normalna matka zaniedbywałaby swoje dziecko do tego stopnia, że to musiałoby znaleźć w wieku dziesięciu czy jedenastu lat własne lokum, aby się od niej w jakimś stopniu uwolnić? Właśnie do takiego czynu przyczyniła się kobieta odpowiedzialna za istnienie Josie. A to jeszcze nie koniec. Z jej powodu nastolatka musiała znosić wiele okrutnych żartów, ale ta udowodniła wszystkim, że potrafi być twarda. I chociaż w pewnym momencie zagubiła się i ciężko jej było odnaleźć właściwą drogę, to jednak ta postać jest godna podziwu. Wielu mogłoby pozazdrościć tej nastolatce sprytu i zaradności, gdzie te cechy są naprawdę pożądane. Jednakże nie nauczyłaby się tej sztuki, gdyby na drodze Josie nie stanęła Willie – dość surowa burdelmama. To właśnie ona stała się największym oparciem dziewczyny oraz odpowiednikiem „mamy”, choć gdyby ktoś powiedział coś takiego w obecności tej kobiety... oj, nie chciałabym być w jego skórze! Może miała ona swoje lata, ale nie dawała sobie w kaszę dmuchać! Właśnie to one królowały w tej książce i dodawały jej atrakcyjności. Niestety szpetną blizną [Wyborów] okazała się starsza z pań Moraine. Zepsuty od środka babsztyl (wybaczcie – nie jestem w stanie inaczej ją określić) zatruwał życie wszystkim dokoła, w tym mnie samej. Aż się dziwiłam, że główna bohaterka jest jeszcze w stanie z nią normalnie rozmawiać! Zapewne Josie nadal żywiła nadzieję, iż ta kiedykolwiek potraktuje ją jak córkę, a nie zbędny balast. Tylko czy tak się stało? Na to pytanie już nie mogę odpowiedzieć. A co się tyczy pozostałych postaci...
Przez [Wybory] przewija się wiele osobistości, gdzie nie każda z nich zasługiwała na szacunek. Ale cóż się dziwić, skoro fabuła jest powiązana z taką, a nie inną społecznością. Pojawiały się również iskierki z wyższych sfer czy wyjątki wywodzące się z tych nieprzyjemnych okolic Dzielnicy Francuskiej, co także nadawało smaku i tworzyło ciekawą mieszankę towarzyską. Co do kreacji bohaterów to naprawdę nie mam żadnych zastrzeżeń, bo każda osoba wyróżniała się na tle innych nie tylko pozytywami, ale również wadami. Aż chce się zaśpiewać pieśń pochwalną! I chyba to zrobię, ale – uwaga – proszę o zatkanie uszu. Nie chcę później płacić zbiorowych odszkodowań za całkowitą utratę słuchu!
Styl Ruty Sepetys nie wyróżnia się niczym szczególnym, mogę śmiało powiedzieć, że jest zwyczajny. Proste w odbiorze opisy, niezamęczające oczu i umysłu, pozwolą bezproblemowo przeniknąć do wykreowanego przez tą panią świata, a nawet się nim delektować, co w tym przypadku to może brzmieć nieco dziwnie. Ściśle trzymała się ona faktów powiązanych z tamtymi realiami i nie przyuważyłam, by kiedykolwiek autorka zagalopowała się i zapomniała o tym, że [Wybory] dzieją się kilkadziesiąt lat wstecz! A to się ceni.

Podsumowując:
Po [Wyborach] nie oczekujcie obfitych rozlewów krwi oraz rozległych scen łóżkowych, bo takowych tutaj nie znajdziecie. Za to będziecie mogli poznać losy Josie, która oprowadza czytelników po swym niezbyt obfitym w cudowności życiu, gdzie pokazuje, że trzeba podjąć się walki o lepsze jutro. Dlatego nie zastanawiaj się zbyt długo i daj się porwać jej historii. Gwarantuję, że dość szybko się od niej nie oderwiesz!

pokaż więcej

 
2017-06-03 10:17:19
Autor:
Cykl: Diabolika (tom 1)

Diaboliki tylko stwarzały pozory całkowitego człowieczeństwa. Może ich ciała znacznie wskazywały na to, że ma się do czynienia z ludźmi, jednak prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nieliczni mieli „przyjemność” poznania ich prawdziwej, dzikiej natury, lecz nie zawsze ta przygoda kończyła się dla nich pomyślnie. Wystarczyło, aby ktoś wykonał zły ruch w stronę jednego z członków danej rodziny, aby... Diaboliki tylko stwarzały pozory całkowitego człowieczeństwa. Może ich ciała znacznie wskazywały na to, że ma się do czynienia z ludźmi, jednak prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nieliczni mieli „przyjemność” poznania ich prawdziwej, dzikiej natury, lecz nie zawsze ta przygoda kończyła się dla nich pomyślnie. Wystarczyło, aby ktoś wykonał zły ruch w stronę jednego z członków danej rodziny, aby zamknięty w człowieczej skorupie potwór pobudzał się, analizując stopień zagrożenia. Jeżeli przekraczał ustawioną normę — dana osoba traciła życie. Bo właśnie do tego zostały stworzone diaboliki — do pełnienia funkcji ochroniarza strzegącego swego pana.
Nemezis przyszło służyć córce wysoko postawionego senatora, Sidonii in Impirian, którą pokochała jak własną siostrę. Także Donia nie wyobrażała sobie już życia bez diaboliki. Więź pomiędzy dziewczynami stała się tak silna, że kiedy przyszło do czystki zabronionych przez Cesarza zmodyfikowanych ochroniarzy, przyszła dziedziczka statusu ojca zdołała uratować przyjaciółkę przed rychłą śmiercią. Tym samym Nemezis stała się dłużniczką rodziny, ale dość szybko nastał moment, aby móc wyczyścić swoje konto.
Senator popadł w niełaskę Cesarza. Oskarżony o popełnienie okropnego przestępstwa został zmuszony do odesłania swej jedynej córki do pałacu władcy całego Imperium. Matka nastolatki nie przyjmowała tego do wiadomości, dlatego też postanowiła — raz jeszcze — oszukać władzę. Przeistoczyła maszynę do zabijania w pozornie łagodne dziewczę i posłała do swojego wroga.
Diabolika początkowo nie umiała się odnaleźć w nowej roli, lecz chęć chronienia „siostry” oraz spłacenia zaciągniętego długu stały się dla niej największym priorytetem napędzającym do działania. Z całych sił walczyła ze swoją prawdziwą naturą, byle tylko prawda nie wyszła na jaw, a jej rodzinie nie groziło niebezpieczeństwo. A o to nie było trudno. Otoczona przez wielu podejrzliwych osób zbaczała na każdy swój ruch, aby się nie narazić. Także myśl, że przebywała w królestwie t e g o, który kiedyś skazał ją na śmierć także nie dodawała jej otuchy.
Czy Nemezis udało się wypełnić swoją niecodzienną misję pomyślnie? A może za bardzo zapragnęła wejść w skórę Sidonii, co spowodowało wiele niespodziewanych komplikacji? I jaka była reakcja samej diaboliki, kiedy odkryła w sobie cząstkę czegoś, czego jej odmawiano przez lata? Czegoś, co nie powinno mieć w ogóle miejsca? I co, jeśli zostało to również przyuważone przez szalonego Tyrusa, bratanka samego Cesarza?
Jedno stało się pewne — los miał w zanadrzu sporo niespodzianek.

W natłoku dystopii, których pięć minut jeszcze nie zdążyło przeminąć, coraz ciężej odnaleźć taką książkę, gdzie nie natkniemy się na powielanie dobrze nam znanych schematów. I chociaż autorzy niemal ścigają się między sobą, ukazując czytelnikom różne wyobrażenia przyszłości, to i tak zawsze odnajdziemy w ich dziełach cząstkę inspiracji czymś, co już przewinęło się przez nasze ręce. Tak poniekąd mogłabym sądzić o [Diabolice], gdyż — po raz kolejny — zetknęłam się z wojowniczą główną bohaterką, gotową zrobić wszystko, aby udowodnić światu swoją siłę. Można by było również odnieść wrażenie, że to tak często odgrzewany kotlet, iż z daleka wyczuwa się swąd spalenizny. Jednakże pani Kincaid postanowiła podkręcić tę niemalże ikonę rozpoznawalności dystopii i zaoferować czytelnikom kogoś, kogo kolejne ruchy i reakcje stanowiłyby dla nas zagadkę. I w większym stopniu jej to wyszło!
Jeżeli mam być szczera, to nie spodziewałam się po tej książce cudów. Owszem — wyczuwałam, że zdoła mnie porwać na parę dobrych godzin, ale nie pomyślałam, iż przyczyni się również do wielu minizawałów serca czy chęci odkrycia tajemnic stających Nemezis na drodze. Dorzućmy jeszcze do tego wszechobecne intrygi porównywalne do hydry, gdzie jednej ścinało się głowę, to na jej miejsce wskakiwały kolejne. [Diabolika] stała się niemalże papierową bombą, w której fabuła często zaskakiwała gwałtownymi wybuchami w najmniej spodziewanych momentach! I jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że w międzygalaktycznym świecie, gdzie nauka pozwoliła na udoskonalenie jakości życia z dala od Ziemi, zakazano... pogłębiania wiedzy. To nie do pomyślenia! Jak tamta ludzkość mogła sobie pozwolić na takie niedogodności? Przecież każdy doskonale wie, że człowiek uczy się do końca swych dni, ale jak ma się rozwijać, skoro ta czynność nie jest mile widziane? Jaki mieli w tym cel? Tysiące pytań przewijało się przez moją głowę, a poprzez uzyskane odpowiedzi wywnioskowałam jedno — tamtym światem władali naprawdę bezmyślni ludzie!
Strasznie ciężko mi o tym wspominać, ale pomimo dopracowanej fabuły książka okazała się posiadać kilka istotnych wad, które pociągnęły ją w stronę typowych młodzieżówek. Pomimo wielu zaskoczeń i chęci przeskakiwania danych fragmentów, aby wiedzieć, co dzieje się dalej, nastawały również przewidywalne do bólu momenty. No cóż... przecież nic nie może wiecznie trwać, nieprawdaż? Także chętnie usunęłabym z [Diaboliki] wątek miłosny, który dość często psuł klimat powieści. Gdyby został przedstawiony w innym świetle, bardziej oryginalnie to nie mogłabym się przyczepić, a tak powiało sztampowością i nudą.

„Zarówno pragnienie władzy, jak i jej posiadanie nieodwracalnie wypaczają charakter”.

Nemezis poznałam jako spragnioną bezpieczeństwa Sidonii diabolikę, która nawet nie pojmowała czegoś takiego, jak troska i więź rodzinna. Zaprogramowana na wyłapywanie wszelkich oznak wrogości nie wahała się ani chwili, kiedy musiała chronić kogoś, kto był dla niej nad wyraz najważniejszy. Ale Nemezis w jakimś stopniu stanowiła wyjątek od reguły, co mogłam dostrzec znacznie szybciej, niż przypuszczałam. Nie dopuszczałam do siebie wiadomości, że pogłoski o tak drastycznej zmianie tejże dziewczyny są prawdziwe. Nie powiem — zmiana z bezwzględnej maszyny do zabijania w nastolatkę umiejącą poskromić swoją naturę wydawała się dobrym pomysłem na ukazanie, że nawet największe potwory mają uczucia, ale to zostało tak gwałtownie pokazane... aż ciężko mi w to uwierzyć! W pewnym stopniu brakowało mi tej surowości Nemezis, ale po jakimś czasie przywykłam do tego stanu rzeczy. Aczkolwiek niesmak pozostał. Natomiast inaczej było w przypadku Tyrusa. Naprawdę nie spodziewałam się, że ta postać jest w stanie mnie zaskoczyć. Ten największy w galaktyce szaleniec wręcz poraził mnie swoim obliczem! Nawet przyćmiewał on postać Sidonii, którą ktoś kiedyś pozwolił sobie nazwać rozpieszczoną dziewuchą, gdzie ja dostrzegałam w niej jedynie zagubione w swej wersji postrzegania świata dziewczę. Jedyną osobą, która zdołała przyćmić blask Nemezis i Tyrusa, okazała się ta rozprzestrzeniająca na prawo i lewo sieć intryg. Ta postać dość mocno intrygowała mnie swoim postępowaniem, że kiedy wychodziła na przysłowiową scenę i odgrywała swoją rolę, to z początku nie umiałam pojąć, co takiego się wydarzyło. Dość pięknie wodziła mnie za nos, zatem pozwalam sobie na stwierdzenie, że była ona najlepiej zarysowaną postacią!
Początkowo nie mogłam się przyzwyczaić do stylu pisania C.J. Kincaid. Przyczyna nie tkwiła w autorce, a we mnie samej, gdyż po wcześniejszych książkach przyzwyczaiłam się do rozbudowanych opisów, gdzie ta autorka niekiedy ograniczała się do prostego przedstawienia danej kwestii czytelnikowi. Niestety czasami fabuła aż się prosiła o to, aby co nieco ją rozwinąć, by ukazać znacznie więcej, ale, jak widać, ta kwestia została pozostawiana wyobraźni tych, którzy zaznajamiali się z [Diaboliką]. Ale nie martwcie się — pani Kincaid nie zamęcza skomplikowanym słownictwem, dzięki czemu w ten tytuł można wejść niczym nóż w masło. Tylko nieliczne aspekty mogą popsuć lekturę tym bardziej wymagającym (co można dostrzec znacznie powyżej). Także nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ta pani zamierza kontynuować losy Nemezis. Jak dla mnie ta książka stanowi spójną całość i boję się, że w dalszych częściach może niepotrzebnie rozchlapać tamten świat. Tak, tak... ja i mój pesymizm...

Podsumowując:
[Diabolika] raczej nie zdobyłaby Nagrody Nobla, jednakże rozgłos wokół niej jest naprawdę uzasadniony. Książka zdoła porwać od pierwszej strony niemalże każdego fana dystopii, gdzie intrygi, skomplikowane stosunki międzyludzkie oraz osobliwe idee życiowe są na początku dziennym. Rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i pozwólcie swojej wyobraźni powędrować w podróż, gdzie waszym przewodnikiem zostanie nietuzinkowa diabolika. Odważycie się powierzyć to zadanie Nemezis? Ja zaryzykowałam i tego nie żałuję.

pokaż więcej

 
2017-06-01 09:44:28
Ma nowego znajomego: Suomi
 
2017-05-26 20:31:40
Autor:
Cykl: Firebird (tom 1)

Marguerite Caine od zawsze było dane przysłuchiwać się rozmowom wybitnych rodziców-fizyków, których największym marzeniem stała się chęć podróżowania pomiędzy wymiarami. Tylko nieliczni wierzyli w możliwość takiego czynu, lecz ci nie poddawali się w staraniach o udowodnienie tego, co przyczyniło się do zostania obiektem drwin wśród innych naukowców. Ale wysiłki nie poszły na marne. Dzięki... Marguerite Caine od zawsze było dane przysłuchiwać się rozmowom wybitnych rodziców-fizyków, których największym marzeniem stała się chęć podróżowania pomiędzy wymiarami. Tylko nieliczni wierzyli w możliwość takiego czynu, lecz ci nie poddawali się w staraniach o udowodnienie tego, co przyczyniło się do zostania obiektem drwin wśród innych naukowców. Ale wysiłki nie poszły na marne. Dzięki wynalazkowi pani Caine, urządzeniu zwanemu Firebird, stało się to możliwe.
Niestety radość z tego faktu nie trwała zbyt długo. Przesłoniona przez wieść o strasznej śmierci pana Caine'a oplatającą całą rodziną rozpaczą. A kiedy jeszcze wszelkie poszlaki wskazały Paula, błyskotliwego i niezwykle skrytego asystenta rodziców dziewczyny, jako winnego, Marguerite postanawiła nie zostawiać tej sprawy bez echa. Napędzona chęcią zemsty zaczęła przemieszczać się pomiędzy wymiarami za podejrzanym. Nie przypuszczała ona jednak, jak odmienne życia prowadzą wersje jej samej w przeróżnych wersjach rzeczywistości. Tym samym Meg przyszło przeistoczyć się w stałą bywalczynię klubów w futurystycznym świecie czy też posiadaczkę zaszczytnego tytułu w carskiej Rosji. To wszystko powodowało, że pogoń za Paulem przybierała coraz ciemniejsze barwy niepowodzenia.
Jak z tym zadaniem poradziła sobie Marguerite, której przyszedł z pomocą Theo, również przerażony drugim obliczem ich wspólnego przyjaciela? A może któryś ze światów wciągnął ją na tyle, że zapomniała o chęci zemsty? I co, jeśli w tym wszystkim tkwi coś znacznie więcej?
Nieraz próbujemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. A czy dalibyśmy radę, gdy naprawdę musielibyśmy to zrobić, aby przetrwać?

Już w pierwszym rozdziale zostałam wrzucona w wir wydarzeń i zaczęłam się obawiać ich tempa, ale niepotrzebnie. Jeszcze wtedy wszystko toczyło się z prędkością mozolnie turlającego się z wierzchołka góry kamyczka, który dopiero miał nabrać prędkości. Domyśliłam się, że w ten sposób autorka próbowała przyzwyczaić nas do przyszłych atrakcji. Nie powiem – dobre udogodnienie, ale cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby wtedy także skupiała się na głębszym przeniknięciu do tamtych rzeczywistości, bogatszym ukazaniu ich wielu warstw. Najbardziej tego żałowałam przy futurystycznej wersji naszego świata, bo ogromnie mnie ciekawiły udoskonalone technologie czy też jakość życia na wszystkich poziomach. Zostałam usatysfakcjonowana dopiero przy dalszych podróżach, ale wtedy popsuło się już coś innego. Tak nagle pozostał porzucony najistotniejszy wątek całej książki. Claudia Gray postanowiła zepchnąć go na bok i pozwolić głównej bohaterce na miłosne dylematy. Nie narzekałabym na ten aspekt, gdyby nie to, że czasami czułam się zmęczona niezdecydowaniem Marguerite i jej wiecznymi bolączkami. Ale ten dyskomfort nie spowodował, że książkę musiałam w siebie wmuszać. Wręcz przeciwnie – łykałam ją niczym spragniony człowiek wodę. Wkręciłam się w to podróżowanie, a kiedy tak niecałe sto stron przed końcem [Tysiąca...] ważny wątek wrócił na wcześniejsze tory, byłam wniebowzięta! Akcja ponownie skupiła się na właściwym celu i dopiero tutaj nastał ogrom wyjaśniania tajemniczych niespodzianek pozostawionych przez autorkę. Chociaż już dawno przejrzałam grę tej pani i z łatwością przewidziałam, kto naprawdę stał za niespodziewaną śmiercią taty Meg, to jednak udało jej się mnie parę zaskoczyć. Czułam się nieco zdradzona, wyprowadzona w pole, ale i tak satysfakcja odkrycia czegoś, co może być dla wielu zagadką do samego końca, mi to wynagradzała.

„Każda forma sztuki to inny sposób spoglądania na świat. Inna perspektywa, inne okno. Zaś nauka jest najwspanialszym z tych okien. Można zobaczyć przez nie cały wszechświat”.

Doprawdy nie wiem, jak najlepiej opisać Marguerite, względem której mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony dała się polubić za uwielbiany przeze mnie (i dość często nadużywany w życiu) sarkazm, gotowość do poświęcenia samej siebie, aby móc pomścić śmierć ojca czy przenikliwy umysł. Natomiast z drugiej strony zawadzały mi jej komplikacje miłosne, gdzie dziewczyna naprawdę nie dawała mi od nich odpocząć. Jej wieczne wahania między Paulem czy Theo, zależne od tego, który akurat był w pobliżu, wprost idealnie uderzały we mnie, sugerując, że zaczynam sporo narzekać na, dotąd uwielbiane, powieści młodzieżowe. Jednakże nie mogłam jej odmówić ciepła i tego, jak z pozoru obce dla niej osoby (choć w innym wymiarze wyglądało to zupełnie inaczej) stawały się bliskie sercu nastolatki, a tęsknota za nimi bolała nie tylko Marguerite, ale także mnie samą.
A co się tyczy chłopaków, to oni także nie mieli łatwo pod moim czujnym okiem wyłapującym ich wszelkie potknięcia. Niestety każdy czymś do siebie zrażał, lecz to Paul zdołał nabić sobie więcej punktów swoją przebiegłością i sprytem, gdzie o coś takiego nawet go nie podejrzewałam. Zaś Theo przypominał mi typowego cwaniaczka, a tego rodzaju ludzi staram się omijać szerokim łukiem, by – nie daj boże – nie doszło do konfliktu. Jego postawa zrażała mnie i kiedy tylko znikał z horyzontu, to mogłam zaprzestać zaciskania pięści z chęcią wybicia mu zębów. A miałam ochotę zrobić mu w ustach nowoczesną szachownicę.
Claudia Gray ani razu nie zaszczuła mnie ciężkostrawnymi dla umysłu i duszy słowami. [Tysiąc odłamków ciebie] to książka napisana w lekki, przyswajalny dla odbiorcy sposób, gdzie nawet (uproszczone) naukowe zaciągnięcia z fizyki nie wywoływały chęci wyrzucenia jej przez kuszące otwarte okno. Niestety oczekiwałam mocniejszej ciągotki kryminalnej, która została w pewnym momencie wyparta, o czym już zdążyłam poinformować. Jednakże liczę, że w kontynuacji serii akcja nabierze ostrości, a bohaterowie jeszcze nie jeden raz mnie zaskoczą.

Podsumowując:
Czasami ciężko trafić na doskonałą powieść młodzieżową, która zachwyci swym całokształtem i nie pozwoli dość długo o sobie zapomnieć. [Tysiąc odłamków ciebie] to przyjemna, niezwykle wciągająca książka, pozwalająca na oderwanie się od rzeczywistości i zanurkowanie w podróże między wymiarami. I pomimo kilku wad, jestem w stanie ją polecić każdemu, kto zapragnie wypróbować swoich sił w rozwikłaniu postawionej przez autorkę zagadki. Tylko od was zależy, czy zaryzykujecie i podejmiecie się gry, gdzie stawką jest odnalezienie winowajcy tego zamieszania!

pokaż więcej

 
2017-05-21 14:19:32

Summer od zawsze nie znosiła, kiedy ktoś próbował na siłę ją do czegoś przekonać. Utwierdzona w swej znajomości rodzinnego miasta oraz jego mieszkańców nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że cokolwiek mogłoby się jej stać. Dlatego też, pomimo propozycji odprowadzenia przez chłopaka, Lewisa, postanowiła sama wyruszyć na imprezę. Niestety pewien szczegół uniemożliwił dotarcie do wyznaczonego... Summer od zawsze nie znosiła, kiedy ktoś próbował na siłę ją do czegoś przekonać. Utwierdzona w swej znajomości rodzinnego miasta oraz jego mieszkańców nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że cokolwiek mogłoby się jej stać. Dlatego też, pomimo propozycji odprowadzenia przez chłopaka, Lewisa, postanowiła sama wyruszyć na imprezę. Niestety pewien szczegół uniemożliwił dotarcie do wyznaczonego celu. I nie chodziło tutaj o złamany obcas, rozmazany makijaż czy też rozprutą kreację. Sum nie otrzymała okazji spędzenia miłego wieczoru w towarzystwie przyjaciółek, gdyż... została uprowadzona.
W jednej chwili szczęśliwa nastolatka utraciła najbliższe swemu sercu osoby. Obdarta przez porywacza z prawdziwej tożsamości oraz wolności, zamknięta w tajemniczym pomieszczeniu z trzema innymi dziewczynami musiała nauczyć się życia w niewoli. Jednakże Summer nie zamierzała poddawać się woli psychopaty. Ale jeszcze wtedy nie przypuszczała, do czego jest o n gotowy, aby zachować swój maleńki sekret tylko dla siebie.
Czy najbliżsi Sum rozpoczęli akcję poszukiwawczą, aby tylko jak najszybciej ją odzyskać? A może nastolatka została całkowicie skazana na życie w bólu i strachu? I co, jeśli fałszywa tożsamość powoli zaczęłaby się mieszać z tą właściwą? Co by z tego wynikło?
Bo nigdy nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co tak naprawdę siedzi w głowie drugiego człowieka.

Cała ta historia nie wywarłaby na mnie wrażenia, gdyby nie dopuszczono do głosu innych istotnych bohaterów. Raczej nie zniosłabym wiecznego ukazywania niewolniczego życia dziewcząt, gdzie królowała rutyna dnia zarządzana z góry przez samego porywacza. Nie zrozumcie mnie źle – na samym początku to samo w sobie mnie interesowało. Chciałam poznać od środka system działania psychopaty i zrozumieć, czemu aż tak zależało mu na ładzie i porządku (bo sama z natury bywam bałaganiarą). I czym głębiej wnikałam w to wszystko, tym znacznie bardziej odczuwałam pewien dyskomfort psychiczny. Współdzieliłam z Summer jej przerażenie i strasznie się bałam o nią i pozostałe dziewczyny. Chciałam wrzeszczeć jak opętana, kiedy ten człowiek z potulnego i przymilnego przeistaczał się w bestię w ludzkiej skórze. Już uważanie uprowadzonych nastolatek za rodzinę było chore, a co dopiero coś takiego! Właśnie od nadmiaru uczucia strachu i wszechogarniającej mnie paniki ratowały mnie narracje z punktu Lewisa oraz Clovera – psychola odpowiedzialnego za to potworne zamieszanie. Przy rozdziałach poświęconych chłopakowi Summer pozwalałam sobie na smutek przygarniający w swe ramiona jego i rodzinę nastolatki, kiedy każdy kolejny trop mogący pomóc ją odnaleźć okazywał się felerny. To okropne, gdy wiesz, co się dzieje z porwaną, a w żaden sposób nie możesz tego przekazać. Narastała wtedy we mnie irytacja! A kiedy przyszło mi wejść w umysł samego Clovera... Rany, to było istne szaleństwo! W ogóle przez całą powieść czułam się tak, jakbym jechała kolejką, gdzie tory rozmieszczono na różnych wysokościach i nigdy nie wiedziałam, kiedy nastąpi przyśpieszenie, a kiedy zapewnione „atrakcje” mnie zaszokują siłą rażenia. Tym samym strasznie ciężko było mi się oderwać od [Uwięzionych]. Sama zostałam porwana!

„Mogę być wystarczająco dobry. Jestem równie silny [...]. Nie, jestem silniejszy. Jestem silnym człowiekiem i nie poniosę porażki. Nie. Poniosę. Porażki”.

Z bólem serca przyszło mi obserwować, jak z pełnej radości i życia Summer markotniała w oczach, niemal zatracając swoją iskrę. I chociaż przez cały czas łapała się miłych wspomnień, próbując zachować cząstkę siebie, to jednak cała ta sytuacja mocno odbijała się na jej psychice. Stała się porcelanową laleczką podatną na uszkodzenia i obdzieranie z warstw. I jak na początku nieco mnie drażniła, tak później strasznie jej współczułam. Nie zazdrościłam jej tego życia. Tak samo nie chciałabym wejść w skórę Lewisa, który niemalże przeistoczył się w zombie-altruistę. Gdyby nie naciski rodziców to zapewne zagłodziłby się na śmierć lub padł z przemęczenia, bo każdą wolną chwilę poświęcał na poszukiwania ukochanej. Jego miłość do Summer była ogromna, za co go podziwiam. Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że Sum mogłaby stracić życie, kiedy brat nastolatki zakładał już najgorsze. Nie poddawał się, kiedy rodziny pozostałych dziewcząt nadal pozostawały anonimowe, jakby ich całkowite zniknięcie nie robiło na nich specjalnego wrażenia.
Chciałam udusić Clovera. Pochwycić go i zagwarantować takie same atrakcje, którymi on raczył porwane przez siebie dziewczęta. Ten człowiek naprawdę potrzebował leczenia! Kiedy poznawałam jego historię, w jakimś stopniu próbowałam zrozumieć jego postępowanie, ale to było ponad moje siły. Ja chyba naprawdę wariowałam, bo w jakimś etapie chciałam mu współczuć. A on na to nie zasługiwał. Jednakże muszę przyznać, że był doskonałym aktorem i idealnie odgrywał swoją rolę między ludźmi. Przecież musiał ją opanować do perfekcji, bo inaczej jego plany spełzłyby na niczym. A tak mógł po kryjomu tworzyć swoją familię, która miałaby być nieskazitelnie czysta jak kwiaty.
Natasha Preston dołączyła do grona autorów, którzy swoje pierwsze kroki w pisaniu stawiali na dość popularnej platformie, jaką jest sam Wattpad. Nie powiem – ta informacja lekko mnie przeraziła. Osoby, które mają styczność z tym światkiem doskonale wiedzą, jakiej jakości bywają niektóre opowiadania z motywem porwania. Na całe szczęście pani Preston zdołała wybrnąć i zagwarantowała kawał emocjonalnej lektury. Autorka zadbała o istotne szczegóły, dzięki czemu fabuła nie wydawała się absurdalna i sztuczna w moich oczach.

Podsumowując:
Po przeczytaniu [Uwięzionych] już nikt nie odważy się naśmiewać z nadopiekuńczości swoich bliskich. Ta pobudzająca wiele emocji książka zakorzeni się w umyśle, stanie się przestrogą dla nastolatków pragnących udowodnić, jak wszyscy inni im nie ufają. Jeżeli jesteście gotowi poznać mrożącą krew w żyłach historię Summer – sięgnijcie po ten tytuł z prędkością błyskawicy. Ja dotąd mam ciarki!

pokaż więcej

 
2017-05-10 10:21:50
Cykl: Kroniki Podziemia (tom 5)

Wszyscy w Regalii dwoją się i troją, aby przebywający w ich świecie Gregor nie poznał całej prawdy na temat Przepowiedni Czasu. Tym samym wzmagają podejrzenia chłopca, który nawet nie przypuszcza, jak bardzo jest ona okrutna. Już wystarczy, że złowroga armia szczurów zbliża się nieubłaganie do królestwa ludzi, a w Podziemiu nadal przebywają mama i siostra nastolatka.
Gregor będzie musiał...
Wszyscy w Regalii dwoją się i troją, aby przebywający w ich świecie Gregor nie poznał całej prawdy na temat Przepowiedni Czasu. Tym samym wzmagają podejrzenia chłopca, który nawet nie przypuszcza, jak bardzo jest ona okrutna. Już wystarczy, że złowroga armia szczurów zbliża się nieubłaganie do królestwa ludzi, a w Podziemiu nadal przebywają mama i siostra nastolatka.
Gregor będzie musiał zrobić wszystko co w swojej mocy, aby móc bezpiecznie odprowadzić rodzinę do domu oraz pomóc Regalianom przetrwać atak wroga. A żeby nie było tak łatwo to sen spędza mu z powiek Kod Pazura, który jest ostatnią nadzieją na wygranie wojny.
Czy chłopiec da radę ponieść na swoich barkach taki ciężar? A może postanowi się poddać i sam się odda w łapy Mortifera czyhającego na jego życie, kiedy tylko się dowie, że właśnie taki los przepowiedział dla niego sam Sandwich? I jak zareaguje na fakt, iż do Regalii przybyła Lizzie, druga z jego sióstr?
Ponoć jako dorośli ludzie uwielbiamy wspominać czasy dzieciństwa, ale niekiedy tak bywa, że nie wiemy, czy będzie nam dane dożyć sprawdzenia prawdziwości tych słów.

Już w pierwszym rozdziale dało się odczuć ciężko atmosferę, jaka zapanowała w Regalii. To nad wyraz zrozumiałe, ponieważ książka zaczyna się od momentu, w którym autorka zakończyła wydarzenia z poprzedniego tomu. Wtedy jeszcze wieści o zbliżającej się wojnie rozprzestrzeniały się z prędkością światła, a tutaj na samym starcie odkryłam, że rękawice zostały rzucone. Automatycznie uruchomił się we mnie tryb współczucia dla oszołomionego tym faktem Gregora, któremu po raz pierwszy przyszło się zmierzyć z prawdziwym obliczem tej krwawej jatki. Nierozumiejący do końca jej potęgi próbował odnaleźć się w nowej sytuacji, a do tego wszystkiego dochodziła świadomość, że najbliżsi ludzie ukrywali przed nim coś naprawdę ważnego. Ja sama nie rozumiałam, dlaczego nagle mieli przed nim sekrety, ale kiedy poznałam prawdę, to aż miałam łzy w oczach. Zrozpaczona przyglądałam się rozwojowi akcji, modląc się w duchu, aby najgorsza część Przepowiedni Czasu się nie ziściła. W międzyczasie autorka próbowała odwrócić moją uwagę od tego istotnego elementu toczącymi się walkami i nieprzerwaną próbą rozwikłania nieszczęsnego Kodu Pazura, który spędzał sen z powiek najmądrzejszych przedstawicieli ras zamieszkujących Podziemia. Nawet ja, jako czytelniczka, otrzymałam ten szyfr pod sam nos, lecz takie zagadki nigdy nie były moją domeną i pozostawiłam rozwikłanie tego lepszym od siebie.
Im bliżej byłam końca, tym bardziej nerwy opanowywały moje ciało. Drżąca od szargających mną emocji próbowałam nie odłożyć książki, bo tym samym mój strach mógłby ze mnie kpić, że tak łatwo się poddałam. Ale posłałam w jego stronę niegrzeczny gest, walcząc o dotrwanie do najistotniejszego fragmentu całej serii. I... dożyłam ją! Może cała chodziłam, lecz w minimalnym stopniu odczułam lekkie rozczarowanie. Nie chcę wam zdradzać z jakiego powodu, ale przypuszczam, że nie byłam w tym odosobniona. Suzanne Collins – czy zostanę uznana za wariatkę, kiedy najpierw panią przytulę, aby następnie popchnę pod nadjeżdżającego smarta? Tak się po prostu nie robi!

„Dopiero po śmierci można było być bezpiecznym.”

Zewsząd otaczający mnie nastolatkowie, którzy nieudolnie próbują naśladować dorosłych poprzez palenie papierosów czy też picie piwa wydali mi się jeszcze bardziej zacofani, kiedy zetknęłam się z dojrzałością Gregora. Dobrze, może to określenie może być nieco na wyrost, ale i tak była to przyjemna odmiana, choć okraszona nieprzyjemną otoczką. Chłopiec, doświadczony przez los, szybko pojmował niesprawiedliwość świata, co znacznie odbiło się na jego psychice. Poszatkowany przez uczestnictwo w walkach na terenach Regalii czasami nie myślał racjonalnie i sam się pchał w łapy wroga. Dopiero przebłyski jego dawnego oblicza nakazywały mu pomyśleć o bliskich, co skutkowało krótkotrwałym otrzeźwieniem. To już nie był Gregor z pierwszego tomu. To nie był ten chłopiec, którego od razu okrzyknęłam swoim młodszym bratem. Pragnę znienawidzić Suzanne Collins za ten koszmar zasponsorowany nastolatkowi, ale nie mogę. Przecież przy tak drastycznych wydarzeniach byłoby dziwne, gdyby nic się nie zmieniło w jego zachowaniu. Ale niesmak zrujnowania dzieciństwa wojownikowi pozostaje.
Nawet nie wyobrażacie sobie mojego zdziwienia, kiedy to arogancki Ripred ukazał swoje wrażliwe oblicze. Tak, dobrze przeczytaliście – wrażliwe oblicze. Naprawdę doznałam szoku! Jak inni bohaterowie zachowywali swój zarys w każdym aspekcie, tak ten szczur przeszedł ogromną metamorfozę mogącą się równać z tą od Gregora. A przyczyniła się do tego obecność Lizzie, drugiej z sióstr głównego bohatera, która stała się jego oczkiem w głowie z naprawdę zaskakujących powodów. Właśnie one spowodowały, że otoczył ją opieką i nie wyobrażał sobie, aby ktoś odważył się zrobić jej krzywdę. Ale w trakcie wojny naprawdę łatwo o utratę bliskich osób. I Collins o tym wiedziała, przez co musiałam powstrzymywać łzy w chwilach utraty ukochanych postaci. Pokiereszowane serce prosi o natychmiastowe zszycie i wyleczenie ran.

„Jeśli uciekamy przed tym, czego się boimy, to coś i tak zawsze nas dogoni”.

Wyjątkowo odpuszczę sobie opisywanie kunsztu pisarskiego Suzanne Collins, bo naprawdę nie wiem, co mogłabym tutaj jeszcze dodać. Wyczerpałam limit słów przy wcześniejszych opiniach jej książek, a przecież nie będę powtarzać jednego i tego samego. Wybaczycie mi?
Człowiek jest w stanie znieść wiele bólu, ale jeżeli odczuwa go zbyt długo, może to przynieść niepożądane skutki. Wtedy już niewiele brakuje, aby z pełnej życia i radości osoby przeistoczyć się w pustą skorupę działającą niczym automat. I właśnie [Gregor i Kod Pazura] są tego najlepszym przykładem. Dlatego nie bądźmy obojętni na czyjeś cierpienie. Próbujmy pomóc, choćby ten ktoś odrzucał oferowane wsparcie. Walczcie o tego człowieka do skutku!

Podsumowując:
Pomimo drobnych wad wytkniętych w powyższej opinii nadal jestem zmuszona napisać, że na takie zakończenie serii czeka każdy książkoholik. Trzymające w napięciu od pierwszej linijki tekstu, wywołujące mini zawały na prawie każdym zakręcie... aż dziw, że ta książka nadal jest polecana młodszym odbiorcom. Jak dla mnie trzeba do niej dojrzeć, by zrozumieć jej przekaz i absolutnie wczuć się w główną postać.
Nie żałuję decyzji przeczytania jej. [Gregor i Kod Pazura] to książka, która dostarczyła mi tyle emocji, że z pewnością nie zapomnę tego uczucia (i tej cudownej historii) do końca życia.
Jedna z lepszych serii, z jakimi przyszło mi się spotkać!

pokaż więcej

 
2017-05-06 13:21:23

Dwunastoletnia Serafina od zawsze wiedziała, że zdecydowanie różni się od pozostałych dzieci. Świadczyły o tym wyostrzone zmysły pozwalające jej bez problemu pełnić funkcję Głównej Łowczyni Szczurów w posiadłości państwa Vanderbilt, posiadanie po cztery palce u każdej dłoni i stopy czy nietypowej barwy tęczówki. Była wyjątkowa w każdym calu. Niestety nikt, prócz jej taty, nie miał prawa się o... Dwunastoletnia Serafina od zawsze wiedziała, że zdecydowanie różni się od pozostałych dzieci. Świadczyły o tym wyostrzone zmysły pozwalające jej bez problemu pełnić funkcję Głównej Łowczyni Szczurów w posiadłości państwa Vanderbilt, posiadanie po cztery palce u każdej dłoni i stopy czy nietypowej barwy tęczówki. Była wyjątkowa w każdym calu. Niestety nikt, prócz jej taty, nie miał prawa się o tym dowiedzieć. Stanowiła jedną z wielu jego tajemnic, którą umiejętnie skrywali przez te wszystkie lata, zamieszkując nielegalnie w piwnicach pokaźnego domu w Biltmore. Niestety jedna z wielu typowych dla nich nocy okazała się początkiem odkrywania wszelkich kart.
Podczas kolejnego dyżuru związanego z pochwyceniem niewdzięcznych gryzoni, Serafina była świadkiem nietypowej sceny. Nieznajomy mężczyzna w czarnym płaszczu prowadził przed sobą przerażoną dziewczynkę, która chwilę później zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Sera nie wiedziała, co takiego się wydarzyło, ale nie miała czasu na rozmyślenia, ponieważ Nieznajomy wyczuł jej obecność i dostrzegł w niej swoją kolejną ofiarę. GŁS z trudem udało się zbiec, lecz po uspokojeniu się postanowiła nie zostawiać tej sprawy.
Rozpoczęła prywatne śledztwo, w trakcie którego odkryła, że to nie pierwszy taki przypadek. Przerażeni ludzie zaczęli tracić zmysły z obawy o swoje pociechy, kiedy właściciel czarnego płaszcza nadal czaił się na pozostałych młodszych mieszkańców posiadłości. Sera doskonale wiedziała, że tylko ona jest w stanie stanąć do walki z tym ludzkim szczurem, by pozbyć się go raz na zawsze, uwalniając zaginionych. W swoją misję niespodziewanie wplątuje bratanka pana domu, Braedena. Początkowo nieufna wobec jego zamiarów zaczyna nabierać do niego zaufania, dzieląc się z nim swoimi planami – w końcu co dwie głowy, to nie jedna!
Czy Serafina zdoła poznać, z drobną pomocą, tożsamość Nieznajomego, aby zgładzić jego rządy i przywrócić upragnioną wolność porwanym? A może sama zostanie kolejną ofiarą tajemniczego mężczyzny w czarnym płaszczu, któremu już raz zdołała się wyślizgnąć? I jak zareaguje na wieść o tym, co tak naprawdę stoi za jej wyjątkowością?

Człowiek, nawet będąc już dorosłym i zajętym trudem życia nigdy, przenigdy nie powinien zapominać, że pomimo tej skorupy nadal siedzi w nim małe dziecko, które od czasu do czasu wymaga naszej uwagi. Ja o swojej wewnętrznej pociesze doskonale pamiętam, dlatego też dość często rozpieszczam ją książkami przeznaczonymi dla młodszych odbiorców. I wiecie co? Ten interes jest naprawdę opłacalny!
Po przestudiowaniu opisu tejże książki nie przyszłoby mi do głowy to, że tak naprawdę [Serafina i czarny płaszcz] będzie skrywać coś znacznie więcej, niż zwyczajną historię dziewczynki bawiącej się w detektywa. Byłam święcie przekonana, iż nadnaturalna otoczka wokół Serafiny będzie jedynie skromnym dodatkiem, kiedy tak naprawdę powieść wręcz kipiała od fantastycznych akcentów zręcznie przeplatanych z rzeczywistością. Ten manewr jeszcze bardziej napędzał mnie do głębszego wniknięcia do wykreowanego przez autora świata i poznania jego zakamarków. A im dalej w niego brnęłam, tym więcej niespodzianek czyhało na każdym rogu. Na palcach jednej ręki byłabym w stanie zliczyć momenty, kiedy to książka nie przyczyniała się do przedwczesnego zawału serca czy do szerokiego uśmiechu mogącego rozciągnąć boleśnie skórę na twarzy. Chociaż wiadome było, że wiele elementów fabuły zdołam przewidzieć, lecz i tak nie umiałam tak łatwo rozwiązać zagadki tajemniczego jegomościa w czarnym płaszczu. Wiecznie obstawiałam nie te osoby, co trzeba i dopiero przemyślenia Serafiny dały mi jasno do zrozumienia, że dałam się wyprowadzić w pole. Zgrabny zabieg, panie Beatty, zgrabny zabieg. Tylko proszę nie myśleć, że to i kilka chwytających za serce scen całkowicie usunie mi z pamięci prywatny wątek głównej bohaterki ukazany niemal pod sam koniec książki. A dlaczego dopiero ten, skoro wcześniej również dowiedziałam się co nieco o naszej Serafince? Otóż liczyłam na coś o wiele ciekawszego. Na coś, co utrzyma poziom wcześniejszych atrakcji. To i tak nie zmienia faktu, że nadal pozostawałam pod silnym wpływem atmosfery panującej w [Serafinie i czarnym płaszczu], gdzie klimat mroku wszędzie wyciągał swoje paskudne łapska. Jak widać nie tylko młodsi mogą liczyć na gęsią skórkę w trakcie czytania tego tytułu!

„[...] oni nie są tacy jak my. Nie wychylaj się, kiedy ich zobaczysz. Niech nikt ci się nie przygląda. I cokolwiek robisz, nikomu nie mów, jak się nazywasz ani kim jesteś”.

Pomimo wychowywania się w starych, zapomnianych nieco przez domowników piwnicach, Serafina ani odrobinę nie odbiegała od swoich rówieśników. Tata dziewczynki zadbał o to, aby przyswoiła podstawową wiedzę, jak nauka pisania czy czytania, a ona pogłębiała ją, czytając podkradane od państwa Vanderbilt książki pobudzające jej wyobraźnię. W połączeniu z jej nadnaturalnymi umiejętnościami tworzyło to ciekawą całość, co nadawało jej charakteru. Jej umiejętność dedukcji zdarzeń nieraz wybawiała ją z opresji, co naprawdę mi imponowało. Oczywiście bałam się, że autor lada moment może przedobrzyć z jej kreacją i na tle pozostałych bohaterów, takich jak przyjacielski Braeden czy popadający w obłęd Nieznajomy mogła stać się zbyt idealna. Nikt przecież tego nie lubi. I w tym momencie ciekawość oraz krztyna dziecięcej naiwności odpychała tę myśl, dzięki czemu jeszcze chętniej poznawałam losy Serafiny. Właśnie to spowodowało, iż dziewczynka zyskała szansę na wyjście z cienia i spełnienie marzenia – pokazania, że istnieje i jej inność wcale nie przeszkadza w nawiązywaniu kontaktów. Udowadnia to sama nić porozumienia z bratankiem pana domu, lecz czy inni byliby tak samo otwarci na znajomość z Serą? Bo tajemniczy mężczyzna w czarnym płaszczu na pewno.
Robert Beatty podczas przenoszenia swojej wyobraźni na papier zapewne musiał się kontrolować względem „upiorności” historii, ale – jak widać – ta sztuka mu się udała, co ogromnie mnie cieszy. Może jego styl pisania nie jest jakiś wyszukany, ale czytanie książki tego autora sprawiało mi wiele frajdy. Odczuwałam klimat [Serafiny i czarnego płaszcza] całą sobą i naprawdę nie wyobrażam sobie, aby teraz coś z tej powieści usunięto. No, może bym nieco popracowała nad opisami pomieszczeń, bo niekiedy ciężko było przez to przebrnąć za jednym zamachem, ale tak sama chętnie towarzyszyłabym głównej bohaterce podczas spacerów po tamtejszych ziemiach!

Podsumowując:
Jeżeli myślicie, że motywy fantastyczne z domieszką grozy w książkach dla tych dopiero wkraczających w nastoletnie życie są smętne i ogromnie oklepane, to chyba jeszcze nie mieliście do czynienia z [Serafiną i czarnym płaszczem]! Ta powieść udowodniła mi, że pomimo nakierowania na młodszych czytelników, ja sama mogę przeżyć niesamowitą przygodę z Serafiną pełną sekretów i niespodziewanych zdarzeń. Dlatego też wyrzućcie do kosza wszelkie uprzedzenia i wyciągnijcie rękę do Serafiny. Niech poprowadzi ona kolejne osoby po terenie Biltmore, ukazując jego wiele twarzy.

pokaż więcej

 
2017-05-01 10:48:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam

Świat niemal w całości poddał się władzy tych, którzy opanowali do perfekcji umiejętność manipulacji jednostkami stojącymi w hierarchii niżej od nich, drżących na sam dźwięk ich sporo znaczących nazwisk. Uważający się za Nadludzi królowie korupcji pragną za wszelką cenę utrzymać swoją pozycję, przez co każdy ruch mogący strącić ich z tronu bywa tragiczny w skutkach, przez co mieszkańcy Ziemi... Świat niemal w całości poddał się władzy tych, którzy opanowali do perfekcji umiejętność manipulacji jednostkami stojącymi w hierarchii niżej od nich, drżących na sam dźwięk ich sporo znaczących nazwisk. Uważający się za Nadludzi królowie korupcji pragną za wszelką cenę utrzymać swoją pozycję, przez co każdy ruch mogący strącić ich z tronu bywa tragiczny w skutkach, przez co mieszkańcy Ziemi obawiają się wszczynania buntów. Przecież każdy, komu zależy na życiu, zdążył się już nauczyć żyć według nowych zasad, nie wychylając się i egzystować zgodnie z ofiarowanymi standardami.
Na nieszczęście tejże władzy istnieje jednak pewna grupa ludzi, która nie zamierza tolerować takiego rozwoju spraw i pragnie ukrócić panujące dotąd porządki. Zbuntowani, największe zagrożenie dla zajmujących najwyższe stołki, są niczym plaga szczurów, która wkrada się niepostrzeżenie w ich szeregi, niszcząc wszystko, co stanie na drodze, byle tylko narobić jak najwięcej szkód. A jak wiadomo, każdy szkodnik powinien liczyć się z tym, że kiedyś jego niszczycielskie działania zostaną ukrócone. Prędzej czy później Zbuntowanym może podwinąć się noga, a wprowadzany przez nich zamęt zamilknie. Niestety władza dość szybko się tego nie doczeka, bo ci w tej grze również mają wiele do powiedzenia.
Rozpoczyna się ostra walka między przymusowym niewolnictwem ustroju a wolnością słowa i umysłów. Do zaciętej rywalizacji zostają wciągnięci przypadkowi ludzie, których umiejętności, dziwnym zbiegiem okoliczności, doskonale współgrają z zagraniami Andera – jednego z szefów buntującej się jednostki. I chociaż ich losy przeplatają się w miejscach, o które nikt by nikogo nie podejrzewał, to i tak wszystko zaczyna się kręcić wokół jednej sfery – przyszłości.
Jak zakończy się ta potworna rywalizacja? Czy dość szybko odnajdzie ona swój finał? A może Ander przekona do siebie potencjalnych nowych członków swojego ugrupowania i dzięki nim zyska przewagę?
Jedno jest pewne – nikt nie zamierza pierwszy złożyć broni.

Po pochłonięciu mrocznego, ociekającego brutalnością prologu wprost nie mogłam się doczekać, aż wczytam się w dalszą część [Zbuntowanych]. Myślałam wtedy, że jestem już gotowa na wszystko i nic mnie nie zaskoczy, ale kiedy tylko wkroczyłam do tej właściwej historii... och, czemu nikt mnie nie przygotował na taką bombę?
W jednej chwili porzuciłam swój zwyczajny z wyglądu pokój i przeniosłam się do niedalekiej przyszłości, gdzie wystarczył jeden zły ruch, aby zostać wrogiem publicznym. Odczułam ten brutalizm otoczenia na własnej skórze, kiedy to przebywając z postaciami i – poznając ich od różnych stron – sama mogłam ocenić, czy aby na pewno są oni na tyle groźni, by inni pragnęli ich zlikwidować. Panujący tam ustrój mroził krew w żyłach, wywołując współczucie, lecz nie obejmowało ono tych osób, które miałam przyjemność tutaj poznać. Oni akurat – moim zdaniem – odgrywali tutaj nieistotną rolę, kiedy w grę wchodził otaczający mnie zewsząd wyimaginowany świat, który mnie oczarował. Pragnąc chłonąć jak najwięcej, brnęłam dalej, aż nie odczułam skutków ubocznych tej decyzji. Otóż po pewnym czasie poczułam się przytłoczona tym wszystkim, a to, co mnie fascynowało, zaczęło osaczać. Naprawdę cieszyło mnie to, że Janusz Lasgórski pragnął jak najbardziej urzeczywistnić swoją wyobraźnię, lecz czasami warto było zachować umiar. Także warto zwrócić uwagę na dialogi, kiedy rozmów bohaterów nawiązywała do systemu mającego nad nimi „władzę”, co pomagało mi w oswojeniu się z ich niecodziennymi decyzjami, jednak tutaj też panował przesyt informacji. Tylko niewiele konwersacji zostało powiązanych z normalnymi rozmowami międzyludzkimi, nad czym ogromnie ubolewałam. Nawet ucieszyłabym się z pogadanki o pogodzie, bo wtedy książka nabrałaby realnych barw. Nie mogę również zapomnieć o niewielkim nawiązaniu do prologu, gdzie naprawdę liczyłam na jeszcze większe rozwinięcie tego wątku. Został on potraktowany po macoszemu, jakby po prostu zastępował na półce brakujący asortyment. A chyba nie o to chodzi, kiedy wprowadzamy taki wstęp do powieści, nieprawdaż?

„Każdy dobry człowiek jest odrobinę naiwny i przez to niestety skazany na wymarcie.”

Spoglądając na przewijających się przez całą powieść bohaterów, nasuwa mi się tylko jedno: efekt kalki. Nie umiem tego inaczej określić. Otóż prawie każdy mężczyzna wydawał się taki nijaki, praktycznie niewyróżniający się na tle pozostałych. Owszem, niektórzy ukazali się od całkiem innej strony, wydostali się jedną nogą z przepastnego worka, ale to nie zmienia faktu, że nadal pozostawali... ciapowaci? Nawet sam Ander nie wydawał mi się interesującą postacią, a powinien, skoro życie każdego w [Zbuntowanych] w jakimś stopniu wiązało się z jego osobą. Natomiast panie cierpiały na syndrom typowej zbuntowanej nastolatki z onetowskich czy Wattpadowych opowiadań, gdzie te nieraz same nie wiedzą, czego chcą. Kleo i Alka wręcz nim kipiały. Raz prawie warczały na faceta, że ten zrobił coś nie po ich myśli, by za chwilę niemal zatopić zęby w ciałach towarzyszy, bo jednak zasugerowali się danymi wskazówkami. Doprowadzały mnie tym do szału! I ten tok rozumowania tych bohaterek... Aż miałam ochotę je przytulić. Trującym bluszczem. Nawet nie dałabym im żadnych szans na ucieczkę!
Janusz Lasgórski doskonale odnajduje się w narracji trzecioosobowej, gdzie jednym z ważnych aspektów jest umiejętność opisania otaczającego świata w dość przyswajalny sposób. Wykreowany przez niego krajobraz zachwycał swym pięknem, że nieraz naprawdę czułam się tak, jakbym przemierzała dane szlaki wraz z postaciami. Niestety w tejże materii także można się zagalopować, na co już zdążyłam zwrócić uwagę. Także kreacja bohaterów wymaga nieco poprawek, aby ci wydawali się bardziej... ludzcy. Ale nad tym wszystkim można popracować, bo to akurat jest łatwe do wyćwiczenia. Może w kolejnym tomie zajdzie taka zmiana? Tak, to taka moja cicha prośba w stronę autora. Nawet w tym momencie robię oczy niczym kot z pewnego filmu animowanego!

Podsumowując:
Nie potrafię wpisać [Zbuntowanych] na listę tych złych, niszczących opinię na temat rodzimych dzieł książek, jednakże również nieco jej brakuje na posadzenie pomiędzy perełkami, które do tej pory stanęły na mojej drodze. Chociaż wykreowany przez Janusza Lasgórskiego świat posiada wiele tajemnic, a oprowadzenie mnie po nim było niesamowitą przygodą, to pewne mankamenty uwielbiały psuć tę idyllę, przez co zbaczałam z bezpiecznych ścieżek i trafiałam na te bolesne. Dlatego też, jeżeli nie przeszkadzają wam wytknięte przeze mnie błędy i pragniecie poznać nieodległą przyszłość przedstawioną przez autora, to możecie śmiało sięgnąć po ten tytuł! W końcu warto wziąć pod uwagę, że to debiut. Może przy kolejnym tomie autor, wyposażony w nową wiedzę, zdoła nas zaskoczyć?

pokaż więcej

 
2017-04-28 15:56:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Jak często w dzieciństwie marzyliśmy o tym, aby zostać aktorami? To przeobrażanie się w kogoś innego, ten tabun strojów zapychających szafy... A ci sławni ludzie, z którymi moglibyśmy wtedy porozmawiać? Nasze myśli były pochłonięte tym światem, gdzie z czasem niektórzy próbowali swych sił w tym zawodzie, kiedy pozostali przestawili się na inne branże. A co by było, gdyby jednak nie... Jak często w dzieciństwie marzyliśmy o tym, aby zostać aktorami? To przeobrażanie się w kogoś innego, ten tabun strojów zapychających szafy... A ci sławni ludzie, z którymi moglibyśmy wtedy porozmawiać? Nasze myśli były pochłonięte tym światem, gdzie z czasem niektórzy próbowali swych sił w tym zawodzie, kiedy pozostali przestawili się na inne branże. A co by było, gdyby jednak nie rezygnowali?
Zanim nazwiska Jennifer, Josha i Liama stały się rozchwytywane, tak samo marzyli o tym, aby coś znaczyć w filmowym świecie. Oczywiście nie od początku było tak kolorowo, bo przecież życie to nie bajka, ale po każdym upadku podnosili się i walczyli dalej. I ten wysiłek się opłacił. Teraz otrzymują sporo propozycji aktorskich, że z trudem nadążają nad ich sprawdzaniem. Tylko czy oni mają aż tak ogromne parcie na szkło?
Przecież nie każdemu woda sodowa uderza do głowy.

Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, kiedy udało mi się znaleźć tę książkę w dość przystępnej cenie. Już wcześniej miałam ją na oku i gdy tylko zobaczyłam tę okładkę, to nie umiałam się powstrzymać i biografia tych gwiazd trafiła do koszyka. Tylko czy moja radość trwała dość długo? A może za wcześnie zaczęłam się uśmiechać niczym głupi do sera?

Potrzebowałam kilkunastu miesięcy, aby uświadomić sobie, jak bardzo zawiodłam się na tej książce. To częściowo ze swojej winy, bo oczekiwałam słodyczy z prawdziwego zdarzenia, a otrzymałam wyrób czekoladopodobny. Nawet wyjątkowo opakowanie się z tym współgrało.
Naprawdę liczyłam na coś nowego. Na coś, czego dotąd nie dałabym rady przeczytać w sieci czy też w ogólnodostępnych kolorowych magazynach. Niestety prawie wszystko zostało stamtąd zaczerpnięte, ale żeby było ładniej i przejrzyściej, autor przedstawił znane dotąd fakty w bardziej przystępnej formie. Tylko co z tego, skoro najwięksi fani tychże aktorów mają tę wiedzę w małym paluszku? Znają na pamięć dotychczasowe osiągnięcia Jennifer, Josha i Liama, widzieli już filmy z ich udziałem... Nawet ja, która tak nie szaleję za tymi gwiazdami, ale trafiająca na wywiady z nimi czy też artykuły poświęcone ich karierze również czuję się tym rozczarowana. Rzadko kiedy coś zdołało wykrzesać ze mnie kwestię „A to ci niespodzianka! Tego akurat nie wiedziałam...”, gdy przez resztę biografii po prostu ziewałam. Czy naprawdę ciężko spróbować wydobyć takie ciekawostki, coby ludzie wręcz krzyczeli, zaskoczeni przeczytanymi słowami? Wcisnąć się w miejsca, do których zwyczajny biały (gra słów zamierzona) nie ma normalnie dostępu i walczyć jak lew o to, by wzbogacić swoją książkę? Owszem, wtedy trzeba pomyśleć, czy aby na pewno te fakty są autentyczne, ale w dzisiejszych czasach mamy takie techniki, że naprawdę wiele można. Widać, że niektórzy wolą drogę na skróty, kiedy ta wyboista, posiadająca wiele skrzyżowań mogłaby okazać się stokroć lepsza.

Dobrze, pominę te przykre aspekty i w skrócie wspomnę o tym, co zdążyliście przeczytać w opisie tejże książki. Raz jeszcze przyszło mi zobaczyć, iż Jennifer, Liam i Josh wcale nie mieli tak łatwo na początku swoich karier. Przecież rozpoczynali swoje przygody ze światem filmowym w dość młodym wieku, a to wiązało się z większymi trudnościami. Udało im się jednak połączyć naukę trygonometrii z wkuwaniem ról na pamięć, co świadczy, że wystarczy chęć walki oraz dążenie do wyznaczonego celu, aby osiągnąć swoje największe marzenie!
Jak wcześniej wspominałam, autor postarał się pod kątem stworzenia tej książki. Łatwo dostępne fakty przedstawił nam w dość przyswajalny sposób, okraszając je odpowiednimi zdjęcia. Tylko co mi po dobrze brzmiących zdaniach, skoro ja wymagałam czegoś więcej? Przecież czułam się tak, jakbym czytała dość przewidywalną powieść! Wysiłki pana White'a – w moim mniemaniu – spełzły na niczym. Miało być pięknie, ale to już było...

Podsumowując:
Jeżeli poszukujecie nieautoryzowanej biografii, która zaszokuje was treścią i przywoła wiele bezsennych nocy, to zapewne jesteście w ślepym zaułku. Ta książka zapewne wywoła niesmak u wszystkich tych, którzy już nieco liznęli na temat Jennifer, Josha i Liama. Liczyłam na coś o wiele lepszego, a wyszło jak wyszło. Zawarte w tej biografii fakty można z łatwością znaleźć bez wydawania prawie trzydziestu złotych! A jeśli jesteście z gatunku tych leniwych, to ta książka spełni wasze wymagania. Moich nie spełniła.

pokaż więcej

 
2017-04-23 17:13:57
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione.
Autor:

Człowiek z natury nie lubi być osamotniony. Choćby twierdził inaczej, to i tak po pewnym czasie łaknie obecności drugiej osoby. A jak już naprawdę się uprze, że towarzystwo drugiego człowieka jest mu całkowicie zbędne, to zazwyczaj sprawia sobie jakiegoś czworonożnego kumpla. Co nie zmienia faktu, że samotność przegrywa tę walkę w mgnieniu oka. Ale co by było, gdyby człowiek łaknął bliskości... Człowiek z natury nie lubi być osamotniony. Choćby twierdził inaczej, to i tak po pewnym czasie łaknie obecności drugiej osoby. A jak już naprawdę się uprze, że towarzystwo drugiego człowieka jest mu całkowicie zbędne, to zazwyczaj sprawia sobie jakiegoś czworonożnego kumpla. Co nie zmienia faktu, że samotność przegrywa tę walkę w mgnieniu oka. Ale co by było, gdyby człowiek łaknął bliskości innego człowieka, a nie mógł tego uzyskać?
Mark Watney należał do ekipy marsjańskiej ekspedycji, gdzie miał swoje narzucone z góry zadanie. Niestety nawet nie zdążył udowodnić swojej inteligencji na Czerwonej Planecie, kiedy straszliwa burza piaskowa zmusiła jego drużynę do ucieczki. Pech czuwał nad mężczyzną i uaktywnił się w złej godzinie, przez co został ciężko ranny i stracił przytomność. Brak odzewu z jego strony był jednoznaczny z jednym – utracili go na zawsze.
Kiedy Mark wybudził się z niespodziewanego snu, odkrył że pozostał na Marsie całkowicie sam. Nie, nie mógł powtórzyć losów sławnego Kevina, ponieważ do dyspozycji pozostał mu zdewastowany przez wichurę obóz, minimalne zapasy powietrza i żywności oraz brak łączności z Ziemią. Nawet brakowało złodziejaszków, którym mógłby zagrać na nosie. Gorsza jednak była świadomość, że pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab z Houston uważali go za martwego, więc nikt nie mógł zorganizować wyprawy ratunkowej. Chociaż chwila... ona i tak przecież by nie pomogła! Gdyby wyruszono po niego natychmiastowo, to dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabrakłoby mu pożywienia, wody i powietrza. Czyli i tak źle, i tak niedobrze. Jednakże Mark nie zamierzał się poddawać.
Watney rozpoczął heroiczną walkę o przetrwanie, a sporą wagę miały w tym nabyta wiedza, zdolności techniczne, pomysłowość i czasami szczęście.
Tylko czy to wystarczy, aby przeżyć? Jaki był sens walki, skoro i tak resztę życia miał spędzić w osamotnieniu? A może ktoś nad nim czuwał i zareagował w doskonałym momencie?
Powiadają, że głupi to ma zawsze szczęście. A co w takim razie z tymi mądrymi?

Swego czasu o [Marsjaninie] było dość głośno. Nie było to tylko spowodowane wchodzącą do kin ekranizacją, ale również za sprawą żartów nawiązujących do niecodziennej uprawy ziemniaków, jakie zalały internet. Nawet sklepy wykorzystywały ten chwyt marketingowy, umiejscawiając tę książkę w dziale owocowo-warzywnym. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała się dowiedzieć, o co tyle szumu. Zaopatrzona we własny egzemplarz natychmiastowo rozpoczęłam kosmiczną przygodę z Markiem Watneyem. Tylko czy towarzystwo tego astronauty było znośne? A może zapragnęłam zostać pierwszym trupem na powierzchni Marsa?

To chyba już u mnie tradycja, że przy lekturze niektórych książek pierwsze rozdziały wywołują u mnie sprzeczne emocje. Chociaż przy [Marsjaninie] zdanie rozpoczynające całą książkę wkupiło się w moje łaski i uniemożliwiło odłożenie jej, to największy problem stanowiły naukowe określenia, gdzie większość z nich nic a nic mi nie mówiła. Andy Weir – na całe szczęście – zadbał o moją edukację i z pomocą głównego bohatera, krok po kroku, tłumaczył mi zagadnienia i to nie w byle jaki sposób. Obdarzając Marka Watneya specyficznym poczuciem humoru stosowanym w kryzysowych sytuacjach (a ich było mnóstwo, no bo hej – został sam na Marsie!) wplatał je w jego rozbrajające wypowiedzi umieszczane w dzienniku. A dobrze wiecie, że nie gardzę takim stanem rzeczy. Dlatego też ochoczo obserwowałam heroiczną walkę osamotnionego astronauty. Przygryzałam wargi prawie do krwi, kiedy testował swoje kreatywne pomysły, nieraz narażając swoje bezpieczeństwo. Ale w sumie i tak niewiele ryzykował. Skoro i tak już był uznawany za martwego, to nie miało to największego znaczenia. Nawet nie wiecie, jak radość miotała mną niczym szatan, kiedy jego eksperymenty przechodziły te próby pomyślnie! Nerwów też trochę straciłam, bo przecież środowisko nie zawsze gra uczciwie, lecz te drobne kroczki umożliwiały mu przeżycie kilku czy kilkunastu dodatkowych soli*.
Żeby umilić czytelnikom lekturę, autor zadbał również o to, abyśmy mieli wgląd w to, co w tym samym czasie działo się na Ziemi. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałam krzyczeć na bandę naukowców, że ich informacje są błędne, że ich człowiek nadal siedzi na Marsie i czeka na wsparcie. Pogrążeni w smutku po utracie jednego z lepszych ludzi ze swojej ekipy, pochłonięci udoskonalaniem planu związanym z następną misją, aby uniemożliwić takie okropne błędy. I na tym zakończę zdradzanie istotnej dla książki fabuły, bo przecież nikt nie lubi psucia takich niespodzianek. Napiszę jedynie, że dalszy rozwój akcji zmuszał moje serce i płuca do ciężkiej pracy, kiedy to czytając, dostawałam zadyszki. No i mogę się poskarżyć na zakończenie, które pozostało otwarte, a tutaj aż to nie pasowało. Jak autor miał czelność zrobić coś takiego? To takie nieludzkie! Ktoś leci ze mną, aby mu to przekazać w dosadny sposób?

„Zacząłem dzień od herbaty nic. Herbata nic jest bardzo łatwa w zaparzaniu. Najpierw nalej trochę gorącej wody, potem dodaj nic”.

Mark Watney to chyba jedyny mężczyzna, którego szowinistyczne przytyki potraktowałabym z przymrużeniem oka. Nasz główny bohater, prócz tego brzydkiego nawyku, miał tak ogromną wiedzę, że naprawdę mi nią imponował! Dorzućmy jeszcze poczucie humoru wywołujące u mnie szczery uśmiech to mamy wręcz ideał! Nieraz szczęka prawie wypadała mi z zawiasów, kiedy wpadałam w niekontrolowany śmiech. Doskonale wiedziałam, że właśnie te czynniki pozwalały mu nie oszaleć, ale gdyby nie to wszystko to zapewne rzuciłabym książkę w kąt i szybko o niej zapomniała. Mark Watney był trybikiem napędzającym całą tę czytelniczą maszynerię i wręcz wyłam z rozpaczy, kiedy fabuła przeskakiwała na Ziemię. Przecież uprawa ziemniaków czy eksperymentalne tworzenie wody były bardziej ekscytujące! Dobrze, dobrze. Zdradzę nieco o pozostałych bohaterach, bo przecież nasz tytułowy marsjanin posiadał konkurencję. Może nikłą, ale jakaś była.
Chociaż pracownicy NASA różnili się od siebie charakterami i obowiązkami, to nieraz mylili mi się i często nie umiałam pojąć, dlaczego jeden z nich reaguje negatywnie, skoro chwilę wcześniej skakał z radości nad cudownością podsuniętych pomysłów. Nie winię za to autora, tylko samą siebie, bo mój umysł nie chciał się skupiać aż nadto na ich nazwiskach. Jak już mówiłam, był zainteresowany kimś innym i nie chciał nikogo innego. Samolub. Ale bez problemu zdradzę, że nie było nikogo, kto mógłby mnie zdenerwować do tego stopnia, abym wyrzucała z siebie niecenzuralne słowa. Nie powiem, że mnie nie drażnili, bo już wcześniej wypowiadałam się na ich temat, ale pewne postaci polubiłam bardziej, inne znacznie mniej. To ogromny sukces, bo zazwyczaj natrafiam na kogoś, kogo umiem znienawidzić całym sercem.

„Rozplątałem łóżko Martineza, zabrałem na zewnątrz sznurek i przymocowałem taśmą do kadłuba, wzdłuż linii zaplanowanego cięcia. To oczywiste, taśma klejąca działa w niemalże próżni. Taśma klejąca działa wszędzie. Taśma klejąca jest magiczna i powinna być czczona”.

Andy Weir nie posiada jakiegoś wyszukanego stylu pisania, który mogłabym uznać za niezwykle oryginalny, ale dobrze wie, jak tworzyć, aby zaciekawić czytelnika. Wykreowana przez niego historia jest dopracowana, gołym okiem widać, że autor dopieszczał ją, jak tylko mógł. Chłonęłam jego dzieło niczym komar krew i przyznaję, że ciężko było mi odłożyć [Marsjanina]. Chciałam go tylko czytać i czytać, i czytać...
Ważne jest, aby człowiek – pomimo wielu przeciwności losu – nigdy nie pozwalał pokonać się podupadającej na zdrowiu motywacji. Powinniśmy spiąć te cztery litery, które są ulokowane tuż przy dolnej granicy pleców i walczyć ile sił, aby pokonać siejącą postrach rezygnację i pokazać, gdzie jest jej miejsce. Skoro Mark Watney potrafił wywalczyć dodatkowe dni życia na Marsie bez pomocy osób trzecich no to dlaczego nam miałoby się coś nie udać?

Podsumowując:
Jeżeli mogłabym cofnąć się w czasie i otrzymałabym możliwość odstawienia [Marsjanina] na półkę, nie biorąc pod uwagę zakupu tej książki, to wyśmiałabym osobę oferująca coś takiego i czym prędzej powtórzyłabym ciąg wydarzeń. Ta powieść dostarczyła mi tylu wrażeń, że nie wyobrażam sobie teraz, abym nie znała jej treści. Dlatego też, jeżeli masz jeszcze jakieś wątpliwości, moja opinia powinna je rozwiać i pogonić w siną dal. Spędzając kilka godzin sam na sam z Markiem Watneyem, będziecie mogli liczyć na to, że naprzemiennie będziecie pękać ze śmiechu lub drżeć ze strachu z powodu pomysłów tego szaleńca. A więc nie zwlekaj – nie pozwól, aby tytułowy marsjanin usychał z tęsknoty za tobą!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
624 136 1114
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (75)

Ulubieni autorzy (16)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (78)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd