Aleksandra_B 
demoniczne-ksiazki.blogspot.com
Aleksandra_B – urodzona w 1994 roku jastrzębianka. Z zawodu sprzedawca, lecz wie, że stanie za kasą nie jest jej powołaniem. Od liczenia pieniędzy z kasetki woli pisanie recenzji i opowiadań. Marzy, by kiedyś wydać powieść, jednak na dzień dzisiejszy brakuje jej cierpliwości, aby dokończyć jakąkolwiek historię i utyka przy niej zawsze w połowie. Czyta wszystkiego po trochę, jednak nie lubi, gdy ktoś wymusza na niej zapoznanie jakiejś książki. Musi sama zdecydować, czy dany tytuł trafia w jej gusta. Nie ocenia książki po okładce, bo to często bywa zwodnicze.
24 lat, kobieta, Jastrzębie-Zdrój, status: Czytelniczka, dodała: 3 książki i 50 cytatów, ostatnio widziana 6 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-20 13:02:07
Ma nowego znajomego: DB_Foryś
 
2019-01-20 08:26:41
Została fanką autorki: D. B. Foryś
 
2019-01-19 13:33:18
Autor:
Cykl: Tessa Brown (tom 1)

Nie mieszaj „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” z błotem, prosiła. Pamiętaj, że to mój debiut literacki, przypominała. D. B. Foryś oczekiwała mojej recenzji z nieskrywaną szczyptą ciekawości, chociaż wyraźnie wyczuwałam, że wypowiedziane przeze mnie słowa mogły trochę zasiać strach w jej sercu. Cóż, w końcu ile to razy stykamy się w literaturze z walkami dobra ze złem, że nawet piękne opisy oraz dobrze... Nie mieszaj „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” z błotem, prosiła. Pamiętaj, że to mój debiut literacki, przypominała. D. B. Foryś oczekiwała mojej recenzji z nieskrywaną szczyptą ciekawości, chociaż wyraźnie wyczuwałam, że wypowiedziane przeze mnie słowa mogły trochę zasiać strach w jej sercu. Cóż, w końcu ile to razy stykamy się w literaturze z walkami dobra ze złem, że nawet piękne opisy oraz dobrze wykreowani bohaterowie nie są w stanie ukryć, iż to już było? Przyszedł wreszcie dzień, kiedy będę mogła raz na zawsze rozwiać wszelkie wątpliwości. Dzisiaj w końcu oddam wam wyczerpującą opinię na temat tej książki. Także usiądźcie wygodnie i wysłuchajcie tego, co mam do powiedzenia...

APOKALIPSA? NIE WPADAJMY W PANIKĘ...

Nie da się ukryć, że D. B. Foryś ceni sobie dobry humor i to z nim najlepiej się jej współpracuje. Ta książka jest nim tak nafaszerowana, że nawet największy smutas, prędzej czy później, będzie zmuszony się poddać jej magii. Niejednokrotnie poczynania bohaterów czy też ich wywołujące chorą ciekawość sprawiały, że chciałam poszukiwać sprawdzonego chirurga, bo obawiałam się, że te powalające na łopatki zdarzenia spowodują, że pęknę ze śmiechu i trzeba będzie mnie zszywać. Oczywiście, żeby nie było, „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” to nie tylko zbiór poprawiających humor momentów. Autorka zadbała również o tę demoniczną, waleczną sferę, gdzie dynamizm zdarzeń nie pozwalał zaczerpnąć oddechu lub nakazywał jego wstrzymanie. Tessa i jej sojusznicy znoszą przemieszczanie się po drodze, gdzie co rusz ktoś rzuca im kłody pod nogi, drwiąc im prosto w twarze. Chociaż każdy z nich różnił się od zwykłych ludzi, to tak samo jak oni przeżywał liczne porażki i starał się naprawić popełniane dotąd błędy. Z czasem jednak coś zupełnie innego stara się wysunąć na prowadzenie. Uważnie obserwowałam, jak między pogromczynią demonów a jej ówczesnym rywalem wybucha (nie)spodziewane płomienne uczucie, które nie tylko wprowadza zupełnie nowe akcenty, ale również powoduje niechciane komplikacje. Zakochani byli zmuszeni stawiać czoła nie tylko prześladującym ich piekielnym pokrakom i przeciekającemu przez palce czasowi. Ten niecodzienny związek powodował również liczne konflikty między sojusznikami, co mogło działać na korzyść tych, którzy dotąd od nich obrywali. Tym samym wizja zbliżającej się wielkimi krokami Apokalipsy, do której nie zamierzali dopuścić, sprawiała, że bohaterowie robili co tylko mogli, aby naprawić relacje. No i – rzecz jasna – nie wpaść w sidła własnego strachu. A ten tylko czekał, by ich w nie wciągnąć.
Wodzenie za nos. Za wielki kinol, który jest moim utrapieniem. Oj tak – przyszło mi odczuć na własnej skórze, jak D. B. Foryś zdołała opanować tę sztuczkę do perfekcji. Nawet nie wiedziałam, kiedy wpadłam w zastawioną przez nią fabularną zasadzkę. Wielokrotnie – WIELOKROTNIE – zdawało mi się, że potrafię przewidzieć przyszłość bohaterów. Byłam skłonna uwierzyć, iż to JA kontroluję każdy ich ruch. A tu na każdym kroku czekało mnie rozczarowanie... co również wprawiało mnie w zachwyt! Brzmi dziwnie, nieprawdaż? Ale, ale, no bo kiedy w grę wchodzi coś nowego, pachnącego świeżością, zyskuje się element zaskoczenia, a ten stosowany przez autorkę – jak dla mnie – był nie tylko pstryczkiem w nos. To także istny strzał w dziesiątkę! Także, kiedy nie jęczałam z powodu bólu brzucha lub szczęki (ajj, ten śmiech...) czy nie miałam kryzysu oddechowego, starałam pozbierać się po swoich małych porażkach i odkrywać kolejne ścieżki.
Godne pochwały stały się fenomenalne, pełne dynamizmu sceny walk, gdzie za ich tak dobrze skrojone opisy wielu autorów byłoby skłonnych zabić. Nie da się jednak nie zauważyć, że w którym momencie stały się one... lekko pachnące monotonnością. Tessa, niczym robot, powtarzała te same ruchy, próbując pozbyć się swoich cuchnących Podziemiami wrogów. Wiem, przy stosowanej przez nią technice, gdzie wspomagała się uwielbianymi przez siebie narzędziami tortur lepiej zdać się na wyćwiczone, sprawdzone kombinacje. Tylko że w niektórych momentach aż chciałam krzyknąć: „Hej, ale czy ta walka już się nie odbyła?”, ale usta milczały, kiedy odnajdywałam drobne elementy, które pozwalały odróżnić poszczególne scenerie. Także lekko przyczepię się do demonicznych pokrak. Czasami brakowało mi w nich tej krwiożerczej chęci mordowania, identycznej z tą, jaką mogłaby się pochwalić ich pogromczyni, gdy wpadała w dziki szał. Żywię ogromną nadzieję, że autorka kopnie je boleśnie w tyłek, aby te ukazały ociupinkę więcej zwierzęcej natury. Hej, niechaj zaszaleją! Niech trochę narozrabiają!

HEJ, MALEŃKA. PO ILE KILOGRAM SARKAZMU?

Cięty język, zwinność godna drapieżników, odwiecznie nieakceptująca swojej drugiej natury – tymi oto słowami opisałabym Tessę Brown, gdyby zabroniono mi się rozgadać czy rozpisać. Na szczęście nie nałożono na mnie zakazów, także w tej chwili zdradzę, że wystarczyła jedna rozmowa, aby ta bohaterka została przeze mnie polubiona. Poturbowana przez los, przeklęta przez rodzinę kobieta starała się jak tylko mogła walczyć o lepsze jutro (nie tylko dla siebie), tym samym na jej drodze stanęło wielu nietuzinkowych ludzi, którzy stali się dla niej bardzo ważni. Jednakże chęć ratowania świata przed demonami nie sprawiła, że dzieliła się dobrymi uczynkami na prawo i lewo. Sam Kilian się o tym przekonał, kiedy Tessa okazywała mu swoją niechęć. I trudno się dziwić, bo przecież nikt nie lubi, gdy ktoś jest w stanie odpowiedzieć na twój sarkastyczny docinek, niekiedy zamykając ci usta. A tu nie dość, że on był w stanie tego dokonać, to jeszcze wiecznie deptał jej po piętach. Ta dwójka totalnie rozwalała system! Wystarczyło dosłownie niewiele, aby zwyczajna rozmowa przeistaczała się w sprzeczkę pełną dobrych, godnych zapamiętania tekstów. Także ciężko sobie wyobrazić ich przymusową współpracę. Tylko jak to powiadają... kto się czubi, ten się lubi?
Gabe, Gabe, Gabe... ksiądz, który swoim zachowaniem przypominał mi krnąbrnego nastolatka. Przypuszczam, że gdyby nie sutanna i moc Watykanu, byłby skłonny szaleć, próbując dorównać Tessie. W jakimś stopniu obdarzyłam go sympatią, bo główna bohaterka mogła na niego liczyć, jednak przez całą książkę miałam wrażenie, że prócz tych szaleństw tkwi w nim coś znacznie więcej... Podobnie podejrzliwa byłam względem medium, Remiela. Mężczyzna zajmował honorowe miejsce w sercu Tess (czemu nie dałaby rady zaprzeczyć), co owocowało tym, że często to wykorzystywał. Gołym okiem widziałam, jak ta niezdrowa relacja ich osłabia. Wyniszcza. Ale cóż – rozum mówił jedno, kiedy serce i pragnienie bliskości drugie. Cóż poradzić? Natomiast Deamon... Ten to dopiero wymiatał! Aż żałowałam, że pojawia się, by parę stron później zniknąć, bo ten demon mógłby narobić jeszcze większego szumu w życiu Tess.
Przez „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” przewija się jeszcze wielu innych, mniej lub bardziej istotnych bohaterów. Każdy z nich doskonale odgrywał swoją rolę, doprowadzając mnie do szewskiej pasji, wzbudzając litość lub wywołując kolejne dawki śmiechu. Dzielący się swoimi wadami i zaletami, uświadamiali, że wystarczy pojawić się w czyimś życiu dosłownie na parę minut, by przewrócić go do góry nogami. I tylko od najważniejszej osoby zależało, co zamierza z tym fantem zrobić. A jakie decyzje w ich sprawie podejmowała Tessa? Odpowiedź znajdziecie w książce.

A TY, CZY TY, PO DEBIUT SIĘGNIESZ TEŻ?

Powiadają bowiem, że bezmyślne przeglądanie Facebooka niczego dobrego nie przynosi. Zabiera jedynie czas, który można przeznaczyć na coś pożytecznego. Tylko gdyby nie to, że właśnie tak zabijałam nudę, nie zdołałabym dostrzec informacji o akcji Book Tour z „Tylko Żywi Mogą Umrzeć”, organizowanej przez Oczarowaną Czytaniem. Wtedy nie wzięłabym w niej udziału i nie mogła powiedzieć paru słów o stylu pisania D. B. Foryś! A mam o czym opowiadać.
Autorka zdobyła moje serce wyśmienitymi, zakrawającymi o żarty dialogami, które zręcznie wplotła w tę zbliżającą się Apokalipsie scenerię. W prywatnej rozmowie zdradziła mi, że sama lubi humorystyczne elementy, a ta książka doskonale to potwierdza. Także nie da się nie zauważyć, że lekkie pióro w połączeniu z dobrze przemyślaną fabułą i doskonale wykreowanymi bohaterami sprawia, że człowiek pragnie pochłonąć „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” na jednym posiedzeniu, równocześnie robiąc wszystko, aby ta czytelnicza przygoda trwała jak najdłużej. I to dosłownie wszystko. Skąd wiem? Cóż... sama kombinowałam, ile wlezie, byle tylko ta pochłaniająca mój umysł historia nie skończyła się tak szybko. D. B. Foryś – ty już dobrze wiesz, że z utęsknieniem czekam na kolejny tom przygód zadziornej Tessy i jej towarzyszy. No bo... nie wolno zostawiać czytelnika w takim momencie! Wstyd i hańba!

Podsumowując, tej książki nie da się czytać – ją się po prostu pochłania! D. B. Foryś stworzyła magicznie demoniczny świat, gdzie nigdy nie można być pewnym swojej przyszłości, kiedy przeszłość zręcznie miesza w teraźniejszości, a skroplenie tego szczyptą humoru nadaje temu zupełnie nowych barw. Powalająca na łopatki, nakazująca sprawdzić, czy ma się wykupione ubezpieczenie historia, która nie wypuści cię ze swoich objęć, nim nie odkryjesz jej całego piękna. Piekielnie dobra lektura!

pokaż więcej

 
2019-01-12 17:05:27

Marzenia. Czym one tak właściwie są? Niespodziewanymi zachciankami, które bezczelnie przenikają przez nasz umysł, starając się stłamsić rzeczywisty bieg zdarzeń? Przecież nie ma nic gorszego, niż bawienie się w domysły „co by było, gdyby...”, kiedy trzeba skupić się na tym, co jest pewne. A może marzenia są czymś, co jednak ma rację bytu? W końcu wystarczy sprawić, że słowa przeistoczą się w... Marzenia. Czym one tak właściwie są? Niespodziewanymi zachciankami, które bezczelnie przenikają przez nasz umysł, starając się stłamsić rzeczywisty bieg zdarzeń? Przecież nie ma nic gorszego, niż bawienie się w domysły „co by było, gdyby...”, kiedy trzeba skupić się na tym, co jest pewne. A może marzenia są czymś, co jednak ma rację bytu? W końcu wystarczy sprawić, że słowa przeistoczą się w czyny i pracą własnych rąk spróbujemy zdobyć to, czego tak bardzo pragniemy. W końcu nie bez przyczyny istnieje słynne powiedzenie „marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia!”. Sama Catherine skłania się ku tej drugiej wersji. Ona i jej przyjaciółka od wielu lat snują plany wspólnego prowadzenia najbardziej rozchwytywanej w Królestwie Kier cukierni, zadowalając podniebienia każdego klienta. Tylko jak otworzyć własną działalność, kiedy jest się córką wpływowych ludzi, na dodatek dziewczyną, która wpadła w oko samemu królowi?

KRAINA CZARÓW MLEKIEM I SŁODYCZĄ PŁYNĄCA... ABY NA PEWNO?

Przy tej książce nietrudno usłyszeć pieśń ludu żołądka, kiedy Marissa Meyer znęca się nad nami, zaczynając całą historię w apetyczny sposób. Słodki aromat wypieków towarzyszył mi już od początku, co w połączeniu z rozprzestrzeniającą się magiczną mgiełką szybko sprawiło, że dałam się porwać temu nurtowi. Fabuła rozpędzała się swoim nienarzuconym rytmem. Czas płynął powoli, leniwie, a przenikająca między wersami radość wprawiała mnie w pozytywny nastrój. A dawka tego wszystkiego nabrała sił, kiedy do akcji wkroczył Figiel (Jest, ale o tym pomówię znacznie później). Wtedy prócz wypieków zostałam uraczona zalotami. Zalotami, które sprawiały, że nie wiedziałam, co ze sobą począć. Wpleciona w nie nić żartobliwego tonu nieraz zmniejszała dawkę cukru (a uwierzcie – czasem mnie zaczynało mdlić). Prężyła się ona dumnie, niejednokrotnie skazując na łapczywe łapanie powietrza. W takich chwilach czułam się jak ryba wyrzucona na brzeg! Co rusz siedziałam z szerokim uśmiechem na ustach, przez co wielu mogłoby mnie posądzić o szaleństwo. Tylko... co by to była za książka, gdybyśmy tylko żyli szczęśliwymi chwilami? Nieautentyczna. A „Bez serca” na pewno taka nie była. Także chwilami musiałam robić czytelnicze uniki, kiedy fabuła wysuwała pazury, sponsorując szybsze bicie serca. Trzeba było wtedy uważać, aby nie wyskoczyło z piersi! Również miłosne uniesienia musiały zostać stłumione przez niepewny los Catherine. Postawiona w niezbyt przyjemnej sytuacji, próbowała znaleźć rozwiązanie problemów. Z każdym kolejnym jej ruchem było coraz gorzej i gorzej. Nawet nie wiecie, ile razy złapałam się za głowę, gdy przychodziło poznać wynik jej wymyślnych eksperymentów... A to jeszcze nie wszystko...
Nie można zapominać o tajemniczym, krwiożerczym czynniku. Wszelkie adoracje, uczuciowe problemy oraz wykwintne bale ustępowały miejsca przerażeniu oraz obawom o dalsze losy Królestwa Kier. Siejący postrach potwór zaszczepił w mieszkańcach nutkę niepewności, która brzmiała tuż do samego końca. Szkoda tylko, że już w trakcie lektury wiedziałam, kto stoi za tym wszystkim stoi i rozwikłanie tej zagadki wywołało u mnie takie głośne „Meh”. W sumie było wiele takich momentów, gdzie bez problemu przewidywałam bieg zdarzeń, ale nie można odmówić Marissie Meyer, że nie umie zaskakiwać. Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że autorka umiała namieszać w głowach, by koniec końców przedstawić zupełnie inny wynik równania, gdzie już chciałam się chwalić swoją wiedzą.
Doskonale wiedziałam, że nie mogę spodziewać się szczęśliwego zakończenia – w końcu miałam do czynienia z przeszłością samej Królowej Kier. Każdy z nas wie, że przy niej byłoby to niemożliwe. I gdyby takowe ujrzało światło dzienne, byłabym w ogromnym szoku. Tylko że nawet bez tego moja szczęka zaciskała się od powstrzymywanego krzyku. Nie w sensie, że chciałam donośnie powiedzieć, iż to kpina w żywe oczy, a... czułam się przerażona. Poziom brutalności, z jakim przyszło mi się zmierzyć... Po tym, co mnie do tej pory spotykało, wydawał się wybijać poza skalę, uruchamiając wszelakie alarmy nakazujące znaleźć schron. Czułam się przesycona strachem. Marissa Meyer pojechała po całości. I to mnie cieszy.

CO MUSI SIĘ WYDARZYĆ, ABY MIŁA I UCZYNNA DZIEWCZYNA STAŁA SIĘ POSTRACHEM LUDZI?

Nie da się nie zauważyć, że pieczenie jest całym światem Catherine. Dziewczyna, gdyby mogła, spędzałaby całe dnie w kuchni, tworząc pyszne smakołyki lub rozmawiając ze swoją przyjaciółką na temat otwarcia cukierni. Właśnie – gdyby mogła. Cath należy do szanowanej rodziny, gdzie ta, starając się jej zapewnić lepszy byt, sprowadziła na nią tylko nieszczęście. Nastolatka nie mogła pogodzić się z wolą rodziców, tylko że... nie umiała się im przeciwstawić. Chociaż sama na jej miejscu już dawno bym im powiedziała, co o tym wszystkim myślę, czym skazałabym się na wydziedziczenie, ale w przypadku Catherine oznaczałoby to, że straciłaby dobre imię. Wtedy jej wymarzona cukiernia nie byłaby oblegana przez ludzi, bo... kto by chodził się żywić do „wyklętej świruski”? Tym samym musiała gryźć się w język i godzić na ich zachcianki. Była po prostu posłuszną córeczką. Nastawienie dziewczyny zmieniało się wraz z pogłębiającą się relacją z zamkowym Jokerem. To właśnie on i silne uczucie do niego sprawiło, że powoli przeciwstawiała się rodzicom. Figiel nauczył ją cieszenia się chwilą oraz podejmowania decyzji bez chwili zastanowienia się nad ich konsekwencjami. Po prostu pokazał jej, czym tak właściwie jest życie. Niestety wszystko to pryskało jak bańka mydlana, kiedy przychodziły słynne ograniczenia, przez co wracała do punktu wyjścia. Bolało to nie tylko mnie, ale również tych, którzy ją otaczali i kochali. Sam Joker dostawał emocjonalne „liście” w twarz, kiedy Cath robiła mu nadzieję, by parę sekund po wspaniałych przygodach wszystko przekreślała. A samo nadejście tej olbrzymiej zmiany, jaka w niej zaszła wraz z makabryczną chwilą... Gwałtowna, bolesna, a zarazem piękna i przytłaczająca. Pełna empatii, posłuszna Catherine pokazała pazury, rozpoczynając swoją przygodę z tytułem słynnej Królowej Kier.
Nie jestem w stanie ukryć tego, jak bardzo denerwowali mnie bohaterowie, którzy tutaj występowali. Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej, a zarazem matka Cath, niejednokrotnie zalazła mi za skórę. Jej silne naciski na córkę, aby poślubiła króla, były czystą kpiną. Doskonale rozumiałam, że to wiązało się z wielką szansą dla niej, jednak mogła chociaż raz pomyśleć o jej dobru, niżeli nakazywać jej zostania żoną kogoś, kogo zachowanie pozostawiało wiele do życzenia. Bo to, co wyprawiał Król Kier, wołało o pomstę do nieba. Chciało mi się płakać nad jego lekkomyślnością i zdziecinniałą ideologią. Naszą krainę atakuje niebezpieczny potwór, który zabija? Wuj z tym, urządźmy kolejny bal, niech ludzie o tym nie myślą! Bo rozmyślanie o tym dołowało, a przecież trzeba żyć i uśmiechać się od ucha do ucha! Zastanawia mnie, jak on właściwie rządził krajem, skoro nawet proste sprawy sprawiały mu wiele kłopotów, a co dopiero zapanowanie nad swoimi ludźmi i sprawami związanymi z mieszkańcami. Za to nie mogę powiedzieć złego słowa o słynnym Kocie oraz Kapeluszniku, których szczerość oraz odwaga mi imponowały. Byli uczciwi w tym, co robili i to się wyczuwało z miejsca. Za to nie wiem, co mam powiedzieć o Mary Ann, służącej (a zarazem przyjaciółce Cath), bo jak w jednej chwili ubóstwiałam tę dziewczynę, tak w kolejnej pragnęłam tylko i wyłącznie, aby zniknęła i nigdy nie wracała. Tym samym mogę śmiało powiedzieć, że Marissa Meyer umie wykreować doskonałych, wzbudzających skrajne emocje bohaterów.

PANI GODNOŚĆ? MARISSA MEYER, TAK? I NIE MYLIĆ ZE STEPHENIE?

To już trochę nudne, kiedy wspominam, że to nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością danego autora. Cóż jednak poradzę na to, iż taka prawda, bo Marissę Meyer (a raczej jej wyobraźnię) poznałam poprzez słynną Sagę Księżycową. Jestem w niej zakochana, dlatego kiedy Meredith z bloga Strefa Czytania Obowiązuje Wszędzie ogłosiła Book Tour, zaryzykowałam ze zgłoszeniem się. Chciałam raz jeszcze spotkać się z tą autorką i sprawdzić, co tam u jej twórczości słychać. I po moich dogłębnych badaniach stwierdzam, że z książki na książkę... jest coraz lepiej! Marissa Meyer ponownie zachwyciła mnie wykreowanym przez siebie światem, który oczarowuje już od pierwszej strony. Jej lekkie pióro, umiejętne dobieranie słów oraz barwne opisy połączyły siły, wyczarowując niesamowitą historię. Nie da się również ukryć, że wyraźnie podkreśliło, jak ważne są relacje międzyludzkie i to, aby umieć się porozumiewać tak, by każda ze stron czuła się równej pozycji. No i wiadomo: znalazłoby się trochę czynników do poprawy, ale i tak ubóstwiam ją i wyczekuję jej każdej książki jak głodny pies miski pełnej jedzenia.
I coś jeszcze...
Nie mam nic do drobnych błędów, które okazyjnie ujawniają się podczas czytania książek. Wiadomo – nikt nie jest idealny, co oznacza, że każdemu – prędzej czy później – podwinie się noga. Wtedy też szczególnie nie zwracam na nie uwagi. Niestety w przypadku wydawnictwa Papierowy księżyc to nie pierwszy raz, gdy dostrzegam w wydanych przez nich książkach błędy interpunkcyjne (brakujące przecinki lub ich obecność w miejscach, gdzie powinny być kropki, i na odwrót), pozjadane litery czy też pozmieniane, jakby w trakcie korekty przeszły operację plastyczną. Również niemałym zaskoczeniem było, kiedy Joker przedstawił się jako Figiel, chociaż opis wyraźniej wskazywał, że Catherine spotkała na swojej drodze Jesta. Tak, wiem, postanowiono skorzystać z tłumaczenia, ale w takim razie po co jego oryginalne imię w opisie? Konflikt interesów czy ogólne niedopatrzenie?

Podsumowując, „Bez serca” to przede wszystkim historia pełna zawirowań miłosnych, bolesnych w odczuciach zakrętów losu oraz wahań między odwagą a szaleństwem. Marissa Meyer stworzyła klimatyczny prequel „Alicji w Krainie Czarów”, który nie tylko pozbawi was tchu i złamie wam serce – on również je skradnie. W końcu sam tytuł książki to wyraźnie wskazuje.

pokaż więcej

 
2018-12-22 08:07:11
Dodała cytat z książki: Wybacz mi
Człowiek, który nie podejmuje walki, nie przechodzi konfliktów, nie kłóci się ze sobą i światem, stoi w miejscu!
 
2018-12-22 08:06:48
Dodała cytat z książki: Wybacz mi
[…] łatwo jest być odważnym, gdy nie ma się nic do stracenia.
 
2018-12-22 08:06:13
Dodała cytat z książki: Wybacz mi
Śmierć jest kolejnym etapem istnienia. Jeśli się z nią nie pogodzimy, nie będziemy ani żyć, ani umierać.
 
2018-12-22 08:05:15

„A gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?” – chyba każdy z nas chociaż raz zdołał zetknąć się z tym pytaniem. Wypadające z naszych ust w chwilach, kiedy mamy dość nadmiaru obowiązków i pragniemy zaznać odpoczynku; stanowiące jakąś formę koła ratunkowego dla zmęczonego ciała. W przypadku Emilii można zinterpretować je zupełnie inaczej. Po otrzymaniu tajemniczego listu od matki,... „A gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?” – chyba każdy z nas chociaż raz zdołał zetknąć się z tym pytaniem. Wypadające z naszych ust w chwilach, kiedy mamy dość nadmiaru obowiązków i pragniemy zaznać odpoczynku; stanowiące jakąś formę koła ratunkowego dla zmęczonego ciała. W przypadku Emilii można zinterpretować je zupełnie inaczej. Po otrzymaniu tajemniczego listu od matki, postanowiła zaryzykować i wyruszyć w nieznane rejony Polski, byle tylko dowiedzieć się jednego: prawdy. A że życie lubi płatać figle, przed poszukującą odpowiedzi dziewczyną postawiono wiele przeszkód. I tylko od niej będzie zależało, czy zamierza się z nimi zmierzyć.

MIERZENIE SIĘ Z PRZESZŁOŚCIĄ NIE ZAWSZE BYWA DOBRYM ROZWIĄZANIEM

Już po przeczytaniu pierwszego zdania doskonale widziałam, że autorka nie zamierzała bawić się w przedłużanie tej wiekopomnej chwili. Czym prędzej wypuściła w świat spragnioną wiedzy Emilię, tym samym pozwalając nam prędko odwiedzić urokliwe rejony Bieszczad. I nie tylko dlatego. Nawet nie przypuszczałam, że wraz z przekroczeniem progu pensjonatu Odskocznia przyjdzie mi się zmierzyć nie tylko z historią obcej kobiety. Ofiarowano mi również wzburzone niczym morze podczas sztormu lawirowanie między przeszłością a teraźniejszością. Wspomnienia z dawnych lat z gracją przemykały pośród aktualnych zdarzeń. Naznaczały je swoją obecnością, raz ukazując swoją prawdziwą twarz, by chwilę później skryć się w cieniu tajemnic, które wychodziły w odpowiednich dla siebie momentach. W sumie prawie każdy z bohaterów nosił jakiś sekret w sobie. Pozwalał mu zapuścić korzenie, doprowadzając niekiedy do nadmiernego rozrostu, co owocowało nie tylko bolesnymi konsekwencjami. Również kontakty międzyludzkie niekiedy sprawiały wrażenie skomplikowanych, trudnych do zrozumienia. Może to dziwnie zabrzmi, ale właśnie to sprawiło, że mogłam poznać tych ludzi od każdej strony. Analizowałam ich ruchy, zastanawiając się, co tak właściwie za nimi stoi. Każdy z mieszkańców pensjonatu nosił maskę, a kiedy tylko ją zdejmował, odsłaniał również kolejne elementy układanki. Pokazując właściwe „ja”, dawał się poznawać od nowa. Sprawiało to, że poprzednia analiza zyskiwała kolejne podpunkty. Tym samym mogłam ocenić, czy poprzednie wcielenie nie okazywało się lepsze od aktualnego.
Podobno autorce wypominano to, że fabuła książki toczy się w Bieszczadach, gdzie... praktycznie nie czuć tamtejszego klimatu. Brakowało opisów przepięknych krajobrazów, mogących rozbudzić nieco senną wyobraźnię. Niestety muszę się z tym minimalnie zgodzić. Gdyby człowiek nie został poinformowany o docelowym miejscu podróży, zapewne ulokowałby tę historię w każdej mniejszej wsi powiązanej z górskimi terenami. Tylko warto zwrócić uwagę na to, że może nie doświadczymy tutaj zbyt wielu wspomnień wspaniałych zakamarków tamtych rejonów, gdyż chodzi tutaj o coś więcej. Autorka osadziła losy bohaterów w dziczy, by... wyzwolić ludzkie emocje. Przedstawione wewnątrz książki historie dumnie dzierżyły koronę, zwracając na siebie uwagę. Żeby nie było – lekkie powiewy górskich klimatów zostały tutaj odwzorowane. Także bez problemu zdołacie je uchwycić. Również pragnę wspomnieć o pensjonacie niezgody. Gdzieś mi przemknęło przed oczyma, iż panujące w nim warunki... nie były normalne. Fakt, ciężko nam sobie wyobrazić wyjazd do miejsca, gdzie zamiast lampki musimy zaprzyjaźnić się ze świeczką, a ciepła woda pojawia się tylko o określonych porach. Aż chce się krzyknąć „Gdzie ta nowoczesność!”. Odpowiedź jest tylko jedna: w teraźniejszości, której nie chciano tutaj dopuścić. Przecież po zachowaniu właściciela można wywnioskować, co w ten sposób pragnął osiągnąć. On zamierzał zachować tamte lata. Nie chciał ich wypuścić z rąk. Pragnął zatrzymać czas, byle tylko być blisko tych, których kochał. Powiedzcie mi szczerze... czy wy również nie marzycie o tym, by piękne chwile trwały wiecznie?

NIECH KTOŚ MI POWIE, ŻE ONA PRZESTANIE SIĘ TAK ZACHOWYWAĆ

Gdyby przyszło mi ocenić zachowanie Emilii, bez wnikania w jej historię, bez wahania odparłabym, że jest niestabilna emocjonalnie. Miałabym ku temu dobry powód, biorąc pod uwagę jej liczne zmiany nastrojów. W jednej sekundzie śmiała się i starała obdarzyć każdego szczerym uśmiechem, pokazując swoją otwartość, by parę minut później uciekać od ludzi, ukrywając się w swoim pokoju. Patrząc jednak przez pryzmat tego, przez co musiała przejść w dzieciństwie i co rusz spotykało ją w Bieszczadach, ciężko wypowiedzieć tamtą diagnozę na głos. Emilia od wczesnych lat nie miała lekko w życiu, a niespodziewany list od matki zrzucił na jej ramiona znacznie więcej trosk. Na dodatek dziewczyna uwielbiała stawiać dobro innych nad swoim, przez co każde bolesne momenty odczuwała z podwójną siłą. Na szczęście mogła liczyć na wsparcie dobrodusznej, pełnej ciepła i empatii Aleksandry, która traktowała ją jak własną córkę. Współwłaścicielka pensjonatu dawała jej odczuć, że nie jest sama i może przyjść do niej, kiedy tylko poczuje taką potrzebę. Tak samo było z Kubą, drugim właścicielem Odskoczni. Wystarczyło jedno słowo, a był gotowy rzucić wszystko, byle jej wysłuchać. Jednakże najwięcej pomocy otrzymała od Dymitra. Jego bliskość spowodowała, że dotąd uważająca miłość za coś abstrakcyjnego Emilia zaczęła inaczej ją spostrzegać. Mówiąc krótko – poczuła się przez kogoś zauważana. Co więcej, chciana! Cieszyła mnie ta pozytywna zmiana. Do czasu...
Nawet nie wiem, kiedy zachowanie Dymitra zaczęło działać mi na nerwy. Rozumiem, że się zakochał i zaczął myśleć sercem, a nie rozumem, lecz to nie był powód, aby życie kręciło się wokół jednej osoby. Przecież każdy potrzebuje jakiejś odskoczni, a mi się wydawało, iż takowej nie posiadał. „Emilia, Emilia, Emilia...” – „obca” stanowiła jakiś rodzaj innowacyjnego tlenu. Nawet z jej powodu podupadła nieco jego relacja z mamą. Jak widać, miłość umie robić sieczkę z mózgu. Także w przypadku głównej bohaterki nie było kolorowo. Jej wahania nastrojów nadal były aktywne. To powodowało, że zachowanie Emilii zaczęło mnie przytłaczać. Co więcej, nawet ona sama dostrzegała ten spory problem, ale jej udręczona dusza miała tutaj więcej do powiedzenia. I jak tutaj żyć w zgodzie z innymi, kiedy nie potrafisz pogodzić się z samą sobą? A gdy jeszcze dołączymy sprawę z jej mamą... Mieszanka wybuchowa!
Warto również wspomnieć o Sebastianie. Syn Kuby nie od razu zapałał sympatią do nowego gościa pensjonatu. Co rusz okazywał swoje niezadowolenie. Opryskliwość czy sarkazm były tutaj na porządku dziennym. Aż sama Emilia nie wiedziała, co ma o tym wszystkim sądzić. Jednak już wcześniej wspomniałam o tajemnicach, które pogrążały mieszkańców Odskoczni. Nie ominęły one również Sebastiana. Kiedy tylko odkryłam, co go męczy, w mig pojęłam jego zachowanie. I... współczułam mu. Jego sekret należał do tych najokrutniejszych. Zjadał go od środka, gdzie właśnie w taki sposób próbował go zdusić w sobie. A chyba każdy wie, jak to jest, gdy nagromadzone złe emocje starają się opuścić ciało. Fakt, odbywało się to kosztem innych, ale było widać, że on tego żałuje. Ten dzieciak zamknięty w ciele dorosłego mężczyzny przyjął taką formę obrony i nie umiał z niej zrezygnować. Także można tutaj usłyszeć ciche pytanie: „Czy wyzwolenie prawdy nie przyniosłoby mniej cierpienia?”.

O, PRZYNIOSŁA PANI NOWE DZIEŁO? NIECH NO JA TYLKO MU SIĘ PRZYJRZĘ

To nie było moje pierwsze spotkanie z twórczością Karoliny Klimkiewicz. Ponad rok temu było mi dane zapoznać się z jej debiutancką książką, która przedstawiła mi dość ciekawą, choć nie pozbawioną wielu wad, historię. I widzę, że od tamtego czasu autorka poczyniła nieco postępów. Jak wcześniej narzekałam na niedostateczną jakość opisów, tak tutaj nie mogę się do nich aż tak przyczepić (prawie-wyjątek wspomniałam nieco wcześniej, także nie będę się powtarzać). Nie można także odmówić autorce lekkiego pióra oraz umiejętności wplatania w pozornie zwyczajnie brzmiące słowa poetycki wydźwięk. Ukazała je zupełnie z innej strony, co na pewno docenią ci, dla których taka forma jest świętością. Nie rozumiem jednak pewnej relacji między Dymitrem a Emilią. Jak rozmowy o trudach życia, o miłości i śmierci niosą ze sobą liczne przesłania, skłaniają do refleksji, tak ciężko mi zaakceptować rozwój wydarzeń. Nie zrozumcie mnie źle, ale po prostu nie jestem zwolenniczką miłości od pierwszego spojrzenia. Ta cała magia serc do mnie nie przekonała, chociaż wiem, że każda romantyczna dusza uzna ją za wspaniałą. Co człowiek, to inna reakcja, czyż nie?

Podsumowując, nagromadzone wewnątrz „Wybacz mi” sekrety oraz nadmiar buzujących w Emilii sprzecznych emocji mogą nieco sponiewierać nerwy. Jednak pomimo tego drobnego dyskomfortu, nie można zapominać, że ta książka to nie tylko zbiór pewnych niedogodności. Pozwoli nam spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektywy. Pomoże dostrzec, że czasami drobne kłamstwo może przepoczwarzyć się w lawinę komplikacji. Tylko od nas zależy czy będziemy z nimi walczyć, czy uciekniemy. A co najważniejsze – naucza, że nim będziemy skłonni komuś wybaczyć, musimy wybaczyć sobie.

pokaż więcej

 
2018-12-01 17:39:15

Chyba nie ma w Polsce takiego czytelnika, który po usłyszeniu „Remigiusz Mróz” zareagowałby słowami: „nie znam”, „nie kojarzę”, „Remi... jak?”. Już prędzej usłyszymy „Nie czytałem/am jego książek, ale...”. Właśnie: ale. Nawet bez znajomości jego twórczości jesteśmy w stanie powiedzieć, kim jest ten człowiek. Trudno się temu dziwić. Przecież co kwartał jesteśmy atakowani dziesiątkami zapowiedzi... Chyba nie ma w Polsce takiego czytelnika, który po usłyszeniu „Remigiusz Mróz” zareagowałby słowami: „nie znam”, „nie kojarzę”, „Remi... jak?”. Już prędzej usłyszymy „Nie czytałem/am jego książek, ale...”. Właśnie: ale. Nawet bez znajomości jego twórczości jesteśmy w stanie powiedzieć, kim jest ten człowiek. Trudno się temu dziwić. Przecież co kwartał jesteśmy atakowani dziesiątkami zapowiedzi nowych tytułów spod pióra pana Mroza. Media grzmią o nich tygodniami, zasypując wszelkie media społecznościowe. Czasami aż strach otworzyć lodówkę, by nie dostrzec na swoim ulubionym jogurcie „Mnie już Zmroziło, teraz czas na ciebie!”. Poniekąd powinniśmy się już do tego stanu rzeczy przyzwyczaić, bo ta dobra passa autora trwa już od paru ładnych lat. Także nie wzdychajcie z rezygnacją, spoglądając na część wskazującą, że ponownie zmierzycie się z opinią na temat nowej książki tegoż właśnie autora. Pomyślcie o tym, że tym razem nie mamy do czynienia z kryminałem. Także nie jest to thriller, a... autobiografia!

CISZA. PAN MRÓZ BĘDZIE OPOWIADAŁ NAM HISTORIĘ SWOJEGO ŻYCIA.

Jeżeli jakimś cudem przykułam waszą uwagę, pragnę coś doprecyzować. „O pisaniu. Na chłodno” nie należy do tych autobiografii, do których wielu z nas jest już przyzwyczajonych. Także, nie zdołacie dowiedzieć się z niej, co takiego zmalował za młodu pan Mróz, że opowiadanie tej historii przy każdej okazji może stanowić rodzinną tradycję. Nie odkryjecie, dlaczego nazywa się właśnie Remigiusz, a nie – na przykład – Stanisław, Jacek czy Abelard. Również wiele innych spraw zostaje po prostu dla czytelników poza zasięgiem. W sumie można było się tego spodziewać. Poniekąd tytuł wskazuje nam motyw przewodni (gdzie na pierwszy rzut oka człowiek myśli, że ma do czynienia z poradnikiem, ale o tym powiem troszkę później) książki. Pan Mróz przedstawia nam się od strony czysto twórczej! Oczywiście od czasu do czasu przemyca coś spoza tej sfery, lecz stara się je dawkować dość oszczędnie... Dobrze, skupmy się jednak na tej treści, która zajmuje na kartkach najwięcej powierzchni.
Muszę przyznać, że nieco obawiałam się tej książki. Wiecie, do tej pory nie skupiałam się zbytnio na twórczości pana Mroza, a tym bardziej na nim samym. Także zacisnęłam zęby i pozwoliłam się ponieść lekturze. I powiem krótko – moje obawy były bezpodstawne. Autor ukazał spory skrawek swego życia tuż sprzed samego mroźnego okresu, a dokładniej „boję się otworzyć lodówkę, bo – nie daj boże! – wyskoczy z niej sam Mróz!” (taki urok nadmiernej promocji, nic na to nie poradzimy). Prowadził mnie przez swoją pisarską ścieżkę, wesoło opowiadając o wszystkim tym, co powoli kształtowało kierunek, jakim aktualnie podążał. W ten wyraźny sposób uświadomił czytelników, że jego pasja dzielenia się wyimaginowanymi historiami nie przyszła do niego znikąd. Przez długie lata – pomimo drobnych przerw spowodowanych różnymi sprawami – cały czas mu towarzyszyła. Jakby czekała na chwilę, kiedy pan Mróz w końcu zrozumie, że są sobie przeznaczeni. Taki moment nadszedł, co spowodowało, że odtąd stali się nierozłączni. Stwierdzam jednak, że pomimo całego szacunku do autora muszę stwierdzić jedno – to już nie jest zdrowe. Może nie powinnam stawiać takich diagnoz, jednak z mojego punktu widzenia przeznaczenie tylu godzin dziennie na pisanie może przyczynić się do wielu przykrych konsekwencji. Pomijając już to, że z czasem może zacząć doskwierać kark i kręgosłup, obraz przed oczami zacznie się rozmywać, to jeszcze z czasem zabraknie pomysłów, przez co cała radość przeistoczy się w nienawiść do czegoś, co się kocha.

DOBRZE, PANIE REMIGIUSZU. A MOŻE ODNIESIE SIĘ PAN DO TYTUŁU KSIĄŻKI?

Uważam jednak, że najlepszym momentem zostaje... ujawnienie największego sekretu. Człowiek tutaj rozmyślał, czy czasem autor nie skrywa w piwnicy niewolników, którzy nieprzerwanie coś tworzą lub ukradł maszynę klonującą i sam z niej skorzystał, a tu wyszło takie sprostowanie sprawy. I wiecie co? Ja się tak nie bawię. To jest za proste. O wiele za proste! Jasne, można było się tego poniekąd domyślić, ale... Jak żyć z tą informacją, proszę pana? Jak żyć?
Powróćmy jednak do samego tytułu. Na pierwszy rzut oka „O pisaniu. Na chłodno” może wydawać nam się poradnikiem dotyczącym twórczej sfery. Chociaż wcześniej wspomniałam, że ta książka skrywa w sobie autobiografię, to jednak tuż przed tym stwierdzeniem dopisałam coś jeszcze. Napisałam, iż jest ona w większości poświęcona życiu autora, ale przecież pozostaje nam jeszcze ten skrawek. Skrawek, który został zapełniony pewnymi myślami. Pan Remigiusz Mróz nie tylko podzielił się z czytelnikami „patentem” na wydawanie kilku książek rocznie. Pokazał również, w jak prosty sposób można spróbować swych sił w tym ciężkim zawodzie. Przypuszczam, że znajdą się tacy, którzy przy tej kwestii parskną śmiechem i każą mi się puknąć w łepetynę. Niewielu jednak wie, że napisanie czegoś, co ma ręce i nogi oraz z miejsca porwie czytelnika, zajmuje sporo czasu. A jeszcze kiedy jest się debiutantem, trzeba podwoić swoje wysiłki i udowodnić potencjalnemu wydawcy, że jesteśmy właściwą osobą na właściwym miejscu. Niektóre rady wydawały mi się aż nadto znane, choć przy niektórych nieco się zdziwiłam. Nie powiem, nawet z początku byłam zła za uznawanie czegoś – moim zdaniem – właściwego za zbędne, ale po ochłonięciu muszę temu przyklasnąć. Przykład: uwielbiane przeze mnie rozpisywanie się przy danej czynności, jaką wykonuje wykreowany przeze mnie bohater. Dla mnie wydawały się one fascynujące, ale kiedy podeszłam do tego z dystansem, zrozumiałam, że czytelnik nie musi odczuwać tego samego. Co więcej, może zrezygnować z lektury, po prostu tekst wyda mu się... nudny jak powtórki seriali paradokumentalnych. Natomiast lekko uśmiechnęłam się, kiedy dotarłam do pewnej kwestii, która również sprawia, że czytelnik zacznie ziewać nad książką. Otóż pan Mróz wypomniał pewien znaczący błąd, gdzie... tak jakby sam go popełnił. Tak, wiem – autobiografia rządzi się swoimi prawami, jednak czy to nie zabawne, że akurat ta rzecz została wskazana jako skaza, a wcześniej została użyta? Żeby za dużo nie zdradzić, podpowiem jedynie: gust muzyczny. Aczkolwiek, pozwolę sobie wziąć te cenne rady do serca i zacząć je powoli wprowadzać w życie. Kto wie, może wreszcie zmotywuję się i zostanę kolejną blogerką książkową, która poszerzy grono autorów?

NA SZTYWNO CZY LUŹNO, CZYLI JAK PRZEKAZANO NAM TE FAKTY.

Zazwyczaj, kiedy myślimy o wszelkich poradnikach (czy autobiografiach, nie zapominajmy o autobiografiach), wyobrażamy sobie ten sztywny przekaz oraz niemal naukowy bełkot, który może wyjść nam bokiem. Pan Remigiusz Mróz udowodnił, że wcale tak nie musi być. W dość przystępny sposób opowiedział to wszystko, dbając o to, by nikogo nie uśpić. Nawet przy autobiograficznej części można mieć wrażenie, jakby sam przeistoczył się w bohatera książki, kreując go na tyle, by czytelnicy dostrzegli w nim człowieka, a nie robota. Fakt, zawsze powinno to tak wyglądać, ale przy tej książce naprawdę łatwo zapomnieć, że ma się do czynienia z prawdziwą historią. Skłamałabym, gdybym napisała, że pochłonęłam tę książkę w mgnieniu oka. Co to, to nie. Zdarzały mi się momenty, gdy odkładałam ją na bok i trawiłam to, co do tej pory przewinęło się przed moimi oczami. Natłok informacji poniekąd przytłaczał, ale odpowiednio dawkowany stał się dobrze przyswajalny. Warto także wspomnieć o wplecionym w wersy żartobliwym tonie, który nieraz sprawiał, że się uśmiechałam. To idealnie odciążało przesycony faktami umysł.

Podsumowując, „O pisaniu. Na chłodno” to nie tylko książka zawierająca wskazówki dla próbujących okiełznać swoje pióro oraz wyobraźnię twórców. To także kolejna okazja, by móc znacznie lepiej poznać autora i odkryć jego pisarską naturę. Zrozumieć, że pan Mróz nie tylko żyje wyimaginowanymi historiami – on nimi oddycha! Tylko proszę uważać, aby czasem ta „bezpieczna” przystań nie przyciągnęła uwagi wielu intruzów...

pokaż więcej

 
2018-11-21 13:36:15
Cykl: Ani słowa (tom 1)

Niejednokrotnie pouczano nas, że jeżeli pragniemy pozostać z czystym, nieskażonym sumieniem, musimy zaprzyjaźnić się z mówieniem prawdy. I nie chodzi jedynie o odrzuceniu chęci karmienia ludzi licznymi kłamstwami, ale również o bycie szczerymi z samymi sobą. I chociaż prawda potrafi przeszywać serca, raniąc nas doszczętnie, to jednak stosujący ją i pragnący jej uważają ją za dar. W przypadku... Niejednokrotnie pouczano nas, że jeżeli pragniemy pozostać z czystym, nieskażonym sumieniem, musimy zaprzyjaźnić się z mówieniem prawdy. I nie chodzi jedynie o odrzuceniu chęci karmienia ludzi licznymi kłamstwami, ale również o bycie szczerymi z samymi sobą. I chociaż prawda potrafi przeszywać serca, raniąc nas doszczętnie, to jednak stosujący ją i pragnący jej uważają ją za dar. W przypadku Lany dosyć ciężko ją za to uznać. Piętnastolatka od lat uważa Szczerość za swoje przekleństwo, gdzie samoistnie wychodzące z jej ust słowa dość często sprawiają, że wpada w tarapaty. Także, kiedy ponownie kłopoty dają o sobie znać, dziewczyna postanowiła zapanować nad swoją „przypadłością”, co sprawia, że jej losy stają się jeszcze bardziej niejasne.

PRAWDA CZY WYZWANIE? PRAWDA? O NIE... TYM RAZEM MUSISZ ZADOWOLIĆ SIĘ WYZWANIEM!

Nie powiem, kiedy rozpoczęłam przygodę z „Gdybym wiedziała”, spodziewałam się raczej czegoś w stylu „Niezgodnej” Veroniki Roth, gdzie również pewne cechy decydowały o naszej pozycji w społeczeństwie. I nawet nie wiecie, jak odetchnęłam z ulgą, kiedy prawda okazała się zupełnie inna, jednak moja radość nie trwała zbyt długo. Szalone wrażenia, które gwarantowały dzikie przygody Lany, sprawiły, że zupełnie porzuciłam te myśli i dałam się porwać przygodzie. Chociaż niektóre zdarzenia powodowały u mnie przewracanie oczami oraz głośne westchnięcia, to jednak widok podziękowań po ¼ książki sprawił, że osłupiałam. Autentycznie mnie zamurowało. Po prostu nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Także przewróciłam tę stronę, aby odkryć, że to, co uważałam za dzikie i szalone nie zniknęło na dobre, a to za sprawą „Znając ciebie”...
Im coraz mocniej zagłębiałam się w lekturę, tym coraz bardziej byłam uświadamiana w tym, że przez tę historię przemawia istny chaos. Na jaw wychodziły co chwilę kolejne tajemnice, gdzie już wcześniej udało się ich trochę narodzić. Nie powiem, część tych zagadek sprawiała, że miałam mętlik w głowie, ale akurat na to nie mogłam narzekać. To fabularne wariactwo sprawiło, że znacznie mocniej trzymałam się tej książki. Wraz z bohaterami starałam się je rozwikłać, gdzie niekiedy poszlaki potrafiły wyprowadzić człowieka w pole. Do samego końca miałam nieodparte wrażenie, jakby autorka śmiała mi się prosto w twarz! Czułam również ten dreszczyk emocji, kiedy pewne sprawy wychodziły na światło dzienne. Miałam wtedy nieodparte wrażenie, że ta gęsia skórka, która zawładnęła moim ciałem, zapragnie zostać tak na zawsze. A jakiego doznałam szoku na sam koniec czytania? To już dopiero była niespodzianka! Szkoda tylko, że zupełnie inny czynnik starał się wszystko zepsuć...
Spodziewałam się tutaj wątku miłosnego, bo przecież w tego typu literaturze strasznie ciężko, aby on w ogóle nie znalazł sobie ciepłego kąta. I nawet byłam na niego przygotowana, lecz nie przypuszczałam, że jednak muszę... uzbroić się w cierpliwość. Jak w przypadku innych książek, gdzie rozkwit romantycznych scenerii jestem w stanie zaakceptować (ba, nawet w niego wczuć i kibicować parze), tak tutaj chciało mi się po prostu płakać. No bo, powiedzcie mi, ile główna bohaterka może mieć „natrętnych” adoratorów? Prawie co drugi facet pragnął skraść pocałunek naszej Lanie czy samo jej serce, co wywoływało u mnie mdłości. Nie piszę tego, bo przemawia przeze mnie zazdrość, tylko dla mnie to jest nieco chore. Czułam się tak, jakby autorka starała się zrobić z niej nie wiadomo jaką boginię seksu, gdzie wystarczy, że kiwnie palcem, a faceci już rzucają się do jej stóp. Może z czasem to uległo drobnej zmianie, to jednak ciężar tamtych wrażeń nadal wirował nad moją głową, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Dobrze, że nie przeistoczył się w gołębia, bo mogłoby dojść do dość przykrej niespodzianki...

WYPIJMY ZA BŁĘDY... TYLKO ZA CZYJE?

Lana, Lana, Lana... Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak to delikatnie brzmiące imię sprawiało, że gdy tylko jego właścicielka wyczyniała coś – w moich oczach – niedopuszczalnego, zaczynałam uznawać za przekleństwo. Oczywiście nie przyczynił się do tego jej cięty język, bo akurat ceniłam u niej tę szczerość, którą obdarzała ludzi, a sam... jej tryb prowadzenia się. Stała bywalczyni imprez, gdzie przez jej gardło przepłynęło tyle alkoholu, że aż dziw, iż jej krew nie przeistoczyła się w wódkę czy whisky. Pod wpływem upojenia niejednokrotnie lądowała z kimś w kącie, by nie tylko się obściskiwać, ale również sięgnąć po parę dodatkowych lekcji z anatomii człowieka. I nawet kiedy otrzymała od losu szansę na spore zmiany w swoim życiu, umysł tej nastolatki nadal funkcjonował na zasadach „mam ochotę robić, co tylko chcę, żadne zakazy nie powstrzymają mnie”! Dopiero znajomość z Grantem sprawia, że zaczyna dostrzegać świat w innych barwach. Nauczona tego, że pomimo tylu otaczających ją ludzi nie ma jednak kogoś takiego, przy kim może całkowicie być sobą i nie obawiać się odtrącenia. A ten chłopak nie tylko wyciągnął do niej pomocną dłoń, ale również pokazał, iż nie trzeba bać się... no właśnie, czego? Tego już nie mogę zdradzić. Aczkolwiek mogę wypowiedzieć się na temat innych bohaterów.
Rebecca Donovan wykreowała wiele specyficznych postaci, gdzie każda z nich, krok po kroku, starała się ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie powiem, wielu z nich z miejsca zapada w pamięci i doprawdy trudno nie dostrzec ich wyraźnej obecności w życiu Lany, chociaż czasami wolałabym... gdyby ich w nim nie było. Może to bolesne, jednak jak można wymagać od człowieka zmiany w zachowaniu, kiedy wrzuca się go w paszczę lwa? Ashton, Lance, Brendan... Fakt, w każdym z nich było coś takiego, że zdobywali moją sympatię, lecz malała ona za każdym razem, gdy wyprawiali coś, co w moich oczach jest nad wyraz obrzydliwe i trudne do przyjęcia. Jedynie Grant wyróżniał się na tle swoich rówieśników, co przyjęłam z ulgą. Cieszyłam się, że chociaż on zachował trzeźwość umysłu (w przypadku tej książki brzmi to dość dwuznacznie), dzięki czemu Lana pokazała swoją łagodniejszą stronę, ale nie mogę wyzbyć się wrażenia, iż... z nim też było coś nie tak. Nie rozumiałam tego, że bez problemu zaakceptował naturę nastolatki i przymykał oczy na jej wybryki. Jasne, od czasu do czasu wymierzał jej „karę” na opamiętanie, ale i tak było w nim za dużo szlachetności? Jednak i tak to stawia go w lepszej pozycji niż matkę nastolatki, która – mówiąc szczerze – miała wyje...żowane na swoją córkę. Chociaż od czasu do czasu wybudzał się w niej instynkt macierzyński, jednak to było za mało, aby móc tytułować się „mamą”. Problemy miłosne przeważały nad rodziną, co zaskutkowało takim, a nie innym trybem życia piętnastoletniej dziewczyny.

PANI REBECCA DONOVAN? PROSZĘ WYBACZYĆ, NIE POZNAŁAM PANI...

To nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Rebekki Donovan. Lata temu było mi dane zapoznać się z jej „Co, jeśli”, które – pomimo drobnych niedociągnięć – zapadło w mojej pamięci, gdzie mile wspominam tę książkę. W przypadku „Gdybym wiedziała” poczułam się tak... jakbym na nowo poznawała tę autorkę. Nie powiem, w przypadku wodzenia czytelnika za nos i wyprowadzania go w pole pani Donovan ani odrobinę się nie zmieniła, jednak zupełnie zapamiętałam kwestię kreowania przez nią bohaterów. Zazwyczaj byli to ludzie, którzy może mieli odrobinę nieprzyjemną przeszłość, jednak żaden z nich nie „szalał” tak, jak ci zgromadzeni na kartach tej książki. I może nie jestem aż tak usatysfakcjonowana takim obrotem spraw, jednak – z bólem serca – przyznaję, że w tym ruchu jest drugie dno. Rebecca Donovan uświadamia czytelników, że może prowadzenie imprezowego stylu życia pozwala nam się oderwać od problemów codzienności, lecz może on wyrządzić więcej szkód, niż przynieść korzyści. Dlatego też warto się zastanowić, czy warto wchodzić do tego labiryntu zapomnienia, bo – na przykładzie Lany – pokazuje, iż niełatwo się z niego wydostać.

Podsumowując, „Gdybym wiedziała” zapewniło mi weekend pełen wrażeń, gdzie każda kolejna do rozszyfrowania zagadka dawała mi wielkie pole do popisu w kwestii kombinowania wraz z bohaterami nad prawidłowym rozwiązaniem. I może niekiedy tę wciągającą niczym świnki morskie sianko fabułę przerywały zakłócenia w postaci paskudnych wyskoków głównej bohaterki, to jednak nie mogę odmówić autorce umiejętności igrania z emocjami czytelników. Ta książka sprawi, że będzie o niej głośno, lecz przypuszczam, że nie zawsze ze względu na pozytywne akcenty...

pokaż więcej

 
2018-11-19 15:21:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Ebook, ♥ 2018 ♥
 
2018-11-07 10:06:13
Autor:

Obecnie żyjemy w takich czasach, gdzie coraz więcej ludzi pragnie przestać udawać kogoś, kim tak właściwie nie są. Tym samym zdobywają się na odwagę i przedstawiają światu swoje prawdziwe uczucia, czując wreszcie upragnioną ulgę spowodowaną możliwością bycia sobą. Szkoda tylko, że społeczeństwo nie zawsze jest w stanie zaakceptować tak drastyczne dla siebie zmiany. Nadal można spotkać na... Obecnie żyjemy w takich czasach, gdzie coraz więcej ludzi pragnie przestać udawać kogoś, kim tak właściwie nie są. Tym samym zdobywają się na odwagę i przedstawiają światu swoje prawdziwe uczucia, czując wreszcie upragnioną ulgę spowodowaną możliwością bycia sobą. Szkoda tylko, że społeczeństwo nie zawsze jest w stanie zaakceptować tak drastyczne dla siebie zmiany. Nadal można spotkać na swojej drodze tych, którzy nie uznają odmiennej orientacji. Nie mieści im się w głowach to, że mężczyzna może szczerze pokochać innego mężczyznę lub kobieta inną kobietę i jeszcze chcieć stworzyć stały związek. I to nie dotyczy jedynie osób starszych. Również ich rówieśnicy dają po sobie poznać, że związki homoseksualne są dla nich czymś obrzydliwym. Czymś, co powinno się kategorycznie zakazać. Wydawnictwo We Need YA powiedziało donośne NIE! wszelkim uprzedzeniom, wypuszczając na rynek czytelniczy książkę, w której nastoletni Griffin musi nauczyć się funkcjonować w świecie pozbawionym jego przyjaciela, a zarazem ukochanego, Theo. A to nie lada wyzwanie, kiedy łączące ich uczucie było doprawdy silne...

W SIECI ZAGMATWANYCH UCZUĆ

Niekiedy wydaje nam się, że mamy dostatecznie sporo czasu na to, aby móc przedkładać przeróżne, aktualnie obciążające nasze głowy sprawy nad spotkania z tymi, którzy są bliscy naszemu sercu. Że los będzie nam sprzyjać i w niedalekiej przyszłości zdołamy bez trudu nadrobić stracone dotąd chwile, przemykające między palcami niczym wiatr: niezauważenie lub wymuszenie ignorowane.
Griffin również myślał, iż zdąży na nowo połączyć się z Theo, dzięki czemu podzielą losy bohaterów historii, które uwielbiał tworzyć jego najbliższy przyjaciel. Pragnął, aby ta kilkumiesięczna rozłąka, pełna wzlotów i upadków, pozostała jedynie wspomnieniem, by mogli na nowo cieszyć się sobą. Jego misterne plany zagrania na nosie aktualnemu partnerowi przyjaciela zniweczyła niespodziewana śmierć chłopaka, która powaliła go na łopatki i sprawiła, że przyszłość straciła wszystkie swoje barwy. Z bólem serca przyszło mi się zmierzyć z cierpieniem nastolatka, gdzie każda doba pozbawiona ukochanego próbowała doprowadzić go do nieuniknionego popadnięcia w obłęd. Obserwowałam, jak Griffin dobrowolnie wyciąga dłoń ku pustce, która próbowała pochłonąć całkowicie jego ciało i nie pozwolić na to, by kiedykolwiek ujrzał coś pozytywnego w swoim istnieniu. Również dokładnie widziałam, jak jego rękę niedbale pochwyciły wspomnienia, gdzie te również odegrały sporą rolę w historii, poniekąd stanowiąc przerywnik złej, duszącej serce atmosfery. Chłopak, poprzez nie, starał się pobudzić do życia Theo, a tym samym przypomnieć wszystkie te momenty, do których pragnąłby powrócić. To dzięki ujawnieniu ich wspólnej przeszłości jesteśmy w stanie zrozumieć miłość, jaką siebie darzyli. Stajemy się świadkami przeradzającego się w coś znacznie poważniejszego związku. Wyznanie uczuć, pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwsze uciechy cielesne – choć wyciskają z niego łzy, przepędzają choćby na sekundę zgromadzone nad nim ciemne chmury.
Niestety przyszedł moment, kiedy ta smutno przygrywająca fabularna pozytywna się zacięła, wydając fałszywy dźwięk. Atmosfera, gdzie smutek i pochłaniająca rozpacz po utracie bardzo bliskiej sercu osoby przywdziała pelerynę chaosu. Wprost nie dowierzałam temu, co tutaj właściwie się wyrabiało. I mówiąc krótko – część tych niekontrolowanych zdarzeń niespecjalnie mnie do siebie przekonało. Nie przypadły mi one do gustu, jednak doskonale wiem, jak to jest, gdy pod wpływem silnych emocji nie jesteśmy w stanie racjonalnie myśleć, przez co popełniamy łańcuszek błędów. Może nie aż takich jak Griffin, jednak doskonale wiem, jak to jest żałować pewnych czynów i wypominać je sobie na każdym możliwym kroku, choć inni zdają się już o tym nie pamiętać... Także poniektóre wątki wydawały mi się nad wyraz naciągane. Miałam po prostu nieodparte wrażenie, jakby niekiedy autorowi brakowało pomysłów na daną postać, dlatego kreował ją tak, a nie inaczej, co wywoływało u mnie mieszane uczucia. Nie umiem uwierzyć w to, że na nasza para nie spotkała swojej drodze takich ludzi, dla których związek homoseksualny stanowi coś zakazanego. Coś, co powinno zostać wytępione. Dobrze, może coś takiego przewinęło się przez powieść, ale to o wiele za mało, by móc to przyjąć z otwartymi ramionami. Nie zrozumcie mnie źle – jestem osobą tolerancyjną, ale doskonale zdaję sobie sprawę, jak funkcjonuje nasz świat i takich właśnie sytuacji nie da się uniknąć. Tym samym uznaję to za drobny minus.

„CZAS LECZY RANY”, CZYLI JAK BEZ ŻALU WYŚMIAĆ TO STWIERDZENIE

Griffinowi strasznie trudno nie wyróżniać się na tle swoich rówieśników. Cierpiący od lat na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, objawia wyraźną chęć otaczania się jedynie parzystymi liczbami oraz niemal machinalnie zajmuje miejsce po lewej stronie. I choć wiedzieli o tym jedynie nieliczni (gdyż starał się jakoś panować nad nimi), to poniekąd wstydził się tej przypadłości. Utrata kogoś, kto je całkowicie akceptował i – co więcej – uważał je za rozczulające, sprawiła, iż się nasilały. A w połączeniu z uczuciem pustki niemal stanowiły mieszankę wybuchową. Griffinowi nie pozostało nic innego, jak zacząć walczyć o siebie, chociaż stanowiło to dla niego nie lada wyzwanie, skoro co rusz popadał ze skrajności w skrajność. Już samo zaprzyjaźnienie się z Jacksonem, nowym partnerem swojej ówczesnej sympatii nie wróżyło niczego dobrego, a co dopiero kolejne poczynania. Autentycznie bałam się, że główny bohater w końcu zaprowadzi się w kozi róg i jego obłęd doprowadzi do czegoś złego. A najgorsze było to, iż co rusz odrzucał pomocną dłoń rodziców czy Wade'a, od których prawie że się odizolował... Zachłysnął się znajomością z Jacksonem, by wspólnie pogrążać się we wspomnieniach, ale czy to mu wyszło na dobre?
Nowy partner Theo w oczach Griffina przypominał największego potwora. Przeklętego złodzieja, który wykorzystał okazję i skradł mu ukochanego sprzed nosa. Jednak ja od początku wiedziałam, że ta wizualizacja Jacksona to tylko bujdy na potrzeby możliwości znienawidzenia go, byle... nie znienawidzić samego siebie. Starał się wykreować go na potwora, chociaż ten okazał się pełnym empatii i ciepła chłopakiem, którego świat również stracił swoje barwy. Inaczej było z Wade'm, który poprzez sarkazm i ostre docinki starał się ukrywać swoje prawdziwe uczucia, gdzie te niejednokrotnie go dusiły. To właśnie on starał się uświadomić Griffina w tym, jak samolubny się stał, że nie dostrzega tego, iż inni mogą cierpieć równie mocno, co on sam... Współczułam mu. Współczułam przeogromnie, bo najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w chwili żałoby, to odepchnąć tych, z którymi dzieli się wspólne wspomnienia o kimś, kto już nie będzie miał możliwości siedzenia między nimi...

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE DOPIERO TERAZ POZNAŁAM JEGO TWÓRCZOŚĆ?

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Adama Silvery i zaczynam żałować, że... trwało to aż tak długo. Autor doskonale gra na emocjach czytelników, niejednokrotnie chcąc wycisnąć z ich oczu łzy, by za chwilę próbować poprawić humor jedną z wielu przygód bohaterów. Także rozczulił mnie zabieg, jaki został wykorzystany podczas narracji pierwszoosobowej. Nasz zagubiony Griffin przemawia... do samego Theo. To nieco przerażające, jednak to pokazuje, jak bardzo był do niego przywiązany i nawet po jego utracie ważnym było dla niego, aby opowiedzieć mu, jak się czuje. Także warto wspomnieć, że Adam Silvera daje nam cenną lekcję, jaką jest nieodkładanie pewnych spraw na później. Zanim zakrzykniemy: „Zaraz!”, „Za moment...”, „Zrobię to jutro, obiecuję”, zastanowimy się dwa razy czy jednak nie warto zawziąć się w sobie i dokonać czegoś, czym pragnęliśmy zapchać przyszłość. Bo los bywa naprawdę niesprawiedliwy...

Podsumowując, „Zostawiłeś mi tylko przeszłość”, niczym ognista strzała, przebija nasze serca i wypala zmysły, pozostawiając nas w nostalgicznym nastroju. Pełna uczuć, ujawniająca, jak niesprawiedliwy bywa los historia zrozpaczonego Griffina pozwala nam wreszcie otworzyć oczy i zrozumieć, że zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę nie zawsze miewa szczęśliwe zakończenie. Szkoda tylko, że nie wszyscy wielbiciele książek zdołają docenić magię uczuć, jaką przedstawił Adam Silvera, bo właśnie tutaj autor udowadnia, że kochanie kogoś tej samej płci to nie jest grzech. Takie uczucia są równie piękne, jak te spopularyzowane i objawiane jako te właściwe...

pokaż więcej

 
2018-11-05 16:42:24
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Legendy Archeonu (tom 1)
 
2018-11-03 21:06:39
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-03 21:05:02
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Kaci Hadesa (tom 2)
 
Moja biblioteczka
708 186 1615
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (83)

Ulubieni autorzy (22)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (80)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd