Aleksandra_B 
demoniczne-ksiazki.blogspot.com
Aleksandra_B – urodzona w 1994 roku jastrzębianka. Z zawodu sprzedawca, lecz wie, że stanie za kasą nie jest jej powołaniem. Od liczenia pieniędzy z kasetki woli pisanie recenzji i opowiadań. Marzy, by kiedyś wydać powieść, jednak na dzień dzisiejszy brakuje jej cierpliwości, aby dokończyć jakąkolwiek historię i utyka przy niej zawsze w połowie. Czyta wszystkiego po trochę, jednak nie lubi, gdy ktoś wymusza na niej zapoznanie jakiejś książki. Musi sama zdecydować, czy dany tytuł trafia w jej gusta. Nie ocenia książki po okładce, bo to często bywa zwodnicze.
23 lat, kobieta, Jastrzębie-Zdrój, status: Czytelniczka, dodała: 3 książki i 47 cytatów, ostatnio widziana 1 dzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-07 10:06:13
Autor:

Obecnie żyjemy w takich czasach, gdzie coraz więcej ludzi pragnie przestać udawać kogoś, kim tak właściwie nie są. Tym samym zdobywają się na odwagę i przedstawiają światu swoje prawdziwe uczucia, czując wreszcie upragnioną ulgę spowodowaną możliwością bycia sobą. Szkoda tylko, że społeczeństwo nie zawsze jest w stanie zaakceptować tak drastyczne dla siebie zmiany. Nadal można spotkać na... Obecnie żyjemy w takich czasach, gdzie coraz więcej ludzi pragnie przestać udawać kogoś, kim tak właściwie nie są. Tym samym zdobywają się na odwagę i przedstawiają światu swoje prawdziwe uczucia, czując wreszcie upragnioną ulgę spowodowaną możliwością bycia sobą. Szkoda tylko, że społeczeństwo nie zawsze jest w stanie zaakceptować tak drastyczne dla siebie zmiany. Nadal można spotkać na swojej drodze tych, którzy nie uznają odmiennej orientacji. Nie mieści im się w głowach to, że mężczyzna może szczerze pokochać innego mężczyznę lub kobieta inną kobietę i jeszcze chcieć stworzyć stały związek. I to nie dotyczy jedynie osób starszych. Również ich rówieśnicy dają po sobie poznać, że związki homoseksualne są dla nich czymś obrzydliwym. Czymś, co powinno się kategorycznie zakazać. Wydawnictwo We Need YA powiedziało donośne NIE! wszelkim uprzedzeniom, wypuszczając na rynek czytelniczy książkę, w której nastoletni Griffin musi nauczyć się funkcjonować w świecie pozbawionym jego przyjaciela, a zarazem ukochanego, Theo. A to nie lada wyzwanie, kiedy łączące ich uczucie było doprawdy silne...

W SIECI ZAGMATWANYCH UCZUĆ

Niekiedy wydaje nam się, że mamy dostatecznie sporo czasu na to, aby móc przedkładać przeróżne, aktualnie obciążające nasze głowy sprawy nad spotkania z tymi, którzy są bliscy naszemu sercu. Że los będzie nam sprzyjać i w niedalekiej przyszłości zdołamy bez trudu nadrobić stracone dotąd chwile, przemykające między palcami niczym wiatr: niezauważenie lub wymuszenie ignorowane.
Griffin również myślał, iż zdąży na nowo połączyć się z Theo, dzięki czemu podzielą losy bohaterów historii, które uwielbiał tworzyć jego najbliższy przyjaciel. Pragnął, aby ta kilkumiesięczna rozłąka, pełna wzlotów i upadków, pozostała jedynie wspomnieniem, by mogli na nowo cieszyć się sobą. Jego misterne plany zagrania na nosie aktualnemu partnerowi przyjaciela zniweczyła niespodziewana śmierć chłopaka, która powaliła go na łopatki i sprawiła, że przyszłość straciła wszystkie swoje barwy. Z bólem serca przyszło mi się zmierzyć z cierpieniem nastolatka, gdzie każda doba pozbawiona ukochanego próbowała doprowadzić go do nieuniknionego popadnięcia w obłęd. Obserwowałam, jak Griffin dobrowolnie wyciąga dłoń ku pustce, która próbowała pochłonąć całkowicie jego ciało i nie pozwolić na to, by kiedykolwiek ujrzał coś pozytywnego w swoim istnieniu. Również dokładnie widziałam, jak jego rękę niedbale pochwyciły wspomnienia, gdzie te również odegrały sporą rolę w historii, poniekąd stanowiąc przerywnik złej, duszącej serce atmosfery. Chłopak, poprzez nie, starał się pobudzić do życia Theo, a tym samym przypomnieć wszystkie te momenty, do których pragnąłby powrócić. To dzięki ujawnieniu ich wspólnej przeszłości jesteśmy w stanie zrozumieć miłość, jaką siebie darzyli. Stajemy się świadkami przeradzającego się w coś znacznie poważniejszego związku. Wyznanie uczuć, pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwsze uciechy cielesne – choć wyciskają z niego łzy, przepędzają choćby na sekundę zgromadzone nad nim ciemne chmury.
Niestety przyszedł moment, kiedy ta smutno przygrywająca fabularna pozytywna się zacięła, wydając fałszywy dźwięk. Atmosfera, gdzie smutek i pochłaniająca rozpacz po utracie bardzo bliskiej sercu osoby przywdziała pelerynę chaosu. Wprost nie dowierzałam temu, co tutaj właściwie się wyrabiało. I mówiąc krótko – część tych niekontrolowanych zdarzeń niespecjalnie mnie do siebie przekonało. Nie przypadły mi one do gustu, jednak doskonale wiem, jak to jest, gdy pod wpływem silnych emocji nie jesteśmy w stanie racjonalnie myśleć, przez co popełniamy łańcuszek błędów. Może nie aż takich jak Griffin, jednak doskonale wiem, jak to jest żałować pewnych czynów i wypominać je sobie na każdym możliwym kroku, choć inni zdają się już o tym nie pamiętać... Także poniektóre wątki wydawały mi się nad wyraz naciągane. Miałam po prostu nieodparte wrażenie, jakby niekiedy autorowi brakowało pomysłów na daną postać, dlatego kreował ją tak, a nie inaczej, co wywoływało u mnie mieszane uczucia. Nie umiem uwierzyć w to, że na nasza para nie spotkała swojej drodze takich ludzi, dla których związek homoseksualny stanowi coś zakazanego. Coś, co powinno zostać wytępione. Dobrze, może coś takiego przewinęło się przez powieść, ale to o wiele za mało, by móc to przyjąć z otwartymi ramionami. Nie zrozumcie mnie źle – jestem osobą tolerancyjną, ale doskonale zdaję sobie sprawę, jak funkcjonuje nasz świat i takich właśnie sytuacji nie da się uniknąć. Tym samym uznaję to za drobny minus.

„CZAS LECZY RANY”, CZYLI JAK BEZ ŻALU WYŚMIAĆ TO STWIERDZENIE

Griffinowi strasznie trudno nie wyróżniać się na tle swoich rówieśników. Cierpiący od lat na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, objawia wyraźną chęć otaczania się jedynie parzystymi liczbami oraz niemal machinalnie zajmuje miejsce po lewej stronie. I choć wiedzieli o tym jedynie nieliczni (gdyż starał się jakoś panować nad nimi), to poniekąd wstydził się tej przypadłości. Utrata kogoś, kto je całkowicie akceptował i – co więcej – uważał je za rozczulające, sprawiła, iż się nasilały. A w połączeniu z uczuciem pustki niemal stanowiły mieszankę wybuchową. Griffinowi nie pozostało nic innego, jak zacząć walczyć o siebie, chociaż stanowiło to dla niego nie lada wyzwanie, skoro co rusz popadał ze skrajności w skrajność. Już samo zaprzyjaźnienie się z Jacksonem, nowym partnerem swojej ówczesnej sympatii nie wróżyło niczego dobrego, a co dopiero kolejne poczynania. Autentycznie bałam się, że główny bohater w końcu zaprowadzi się w kozi róg i jego obłęd doprowadzi do czegoś złego. A najgorsze było to, iż co rusz odrzucał pomocną dłoń rodziców czy Wade'a, od których prawie że się odizolował... Zachłysnął się znajomością z Jacksonem, by wspólnie pogrążać się we wspomnieniach, ale czy to mu wyszło na dobre?
Nowy partner Theo w oczach Griffina przypominał największego potwora. Przeklętego złodzieja, który wykorzystał okazję i skradł mu ukochanego sprzed nosa. Jednak ja od początku wiedziałam, że ta wizualizacja Jacksona to tylko bujdy na potrzeby możliwości znienawidzenia go, byle... nie znienawidzić samego siebie. Starał się wykreować go na potwora, chociaż ten okazał się pełnym empatii i ciepła chłopakiem, którego świat również stracił swoje barwy. Inaczej było z Wade'm, który poprzez sarkazm i ostre docinki starał się ukrywać swoje prawdziwe uczucia, gdzie te niejednokrotnie go dusiły. To właśnie on starał się uświadomić Griffina w tym, jak samolubny się stał, że nie dostrzega tego, iż inni mogą cierpieć równie mocno, co on sam... Współczułam mu. Współczułam przeogromnie, bo najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w chwili żałoby, to odepchnąć tych, z którymi dzieli się wspólne wspomnienia o kimś, kto już nie będzie miał możliwości siedzenia między nimi...

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE DOPIERO TERAZ POZNAŁAM JEGO TWÓRCZOŚĆ?

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Adama Silvery i zaczynam żałować, że... trwało to aż tak długo. Autor doskonale gra na emocjach czytelników, niejednokrotnie chcąc wycisnąć z ich oczu łzy, by za chwilę próbować poprawić humor jedną z wielu przygód bohaterów. Także rozczulił mnie zabieg, jaki został wykorzystany podczas narracji pierwszoosobowej. Nasz zagubiony Griffin przemawia... do samego Theo. To nieco przerażające, jednak to pokazuje, jak bardzo był do niego przywiązany i nawet po jego utracie ważnym było dla niego, aby opowiedzieć mu, jak się czuje. Także warto wspomnieć, że Adam Silvera daje nam cenną lekcję, jaką jest nieodkładanie pewnych spraw na później. Zanim zakrzykniemy: „Zaraz!”, „Za moment...”, „Zrobię to jutro, obiecuję”, zastanowimy się dwa razy czy jednak nie warto zawziąć się w sobie i dokonać czegoś, czym pragnęliśmy zapchać przyszłość. Bo los bywa naprawdę niesprawiedliwy...

Podsumowując, „Zostawiłeś mi tylko przeszłość”, niczym ognista strzała, przebija nasze serca i wypala zmysły, pozostawiając nas w nostalgicznym nastroju. Pełna uczuć, ujawniająca, jak niesprawiedliwy bywa los historia zrozpaczonego Griffina pozwala nam wreszcie otworzyć oczy i zrozumieć, że zostawianie wszystkiego na ostatnią chwilę nie zawsze miewa szczęśliwe zakończenie. Szkoda tylko, że nie wszyscy wielbiciele książek zdołają docenić magię uczuć, jaką przedstawił Adam Silvera, bo właśnie tutaj autor udowadnia, że kochanie kogoś tej samej płci to nie jest grzech. Takie uczucia są równie piękne, jak te spopularyzowane i objawiane jako te właściwe...

pokaż więcej

 
2018-11-05 16:42:24
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-03 21:06:39
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-11-03 21:05:02
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Kaci Hadesa (tom 2)
 
2018-11-03 21:04:59
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Kaci Hadesa (tom 1) | Seria: Editio Red
 
2018-11-03 21:04:52
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-03 21:04:48
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Tajemnica Askiru (tom 2)
 
2018-11-03 21:04:43
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Tessa Brown (tom 1)
 
2018-11-03 12:04:51
Autor:
Cykl: Fobos (tom 1)

Nie raz czy dwa próbowałam rozpocząć lekturę „Fobosa” (który swego czasu znajdował się na mojej liście „przeczytać, i to czym prędzej!”), lecz za każdym coś mnie od tego odrywało. Ostatnio jednak powiedziałam sobie DOŚĆ!, bo – na litość boską! – ileż można było przedłużać zapoznanie się z tym tytułem, biorąc pod uwagę to, że powieści młodzieżowe coraz częściej mnie rozczarowują, niżeli... Nie raz czy dwa próbowałam rozpocząć lekturę „Fobosa” (który swego czasu znajdował się na mojej liście „przeczytać, i to czym prędzej!”), lecz za każdym coś mnie od tego odrywało. Ostatnio jednak powiedziałam sobie DOŚĆ!, bo – na litość boską! – ileż można było przedłużać zapoznanie się z tym tytułem, biorąc pod uwagę to, że powieści młodzieżowe coraz częściej mnie rozczarowują, niżeli zachwycają. A że jeszcze akcja toczy się w większości w Kosmosie... Także zaparłam się i zaczęłam przygodę z twórczością pana Dixena, gdzie już na początku przygotowano dla mnie niespodziankę. Ale czy przyjemną?

AUTORZE – TAK SIĘ NIE ROBI...

Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam zaskoczona, kiedy pewne, dość istotne informacje zostały podane nam bez mrugnięcia okiem. Przyznam szczerze, że poczułam się wtedy tak, jakby właśnie ten czynnik miał zatrzymać nas przy „Fobosie” na dłużej, gdzie wręcz byśmy oczekiwali tego przepięknego zapachu dokładki wrażeń. Nie powiem, zapewne znajdą się tacy czytelnicy, którym takie zabiegi są na rękę, lecz ja... poczułam się lekko zawiedziona. Fakt, ofiarowana nam bolesna prawda niemal przyćmiła przesłodzone kosmiczne reality-show, co jednak nie zmieniało tego, że ofiarowano mi przepiękny spoiler. Ofiarowano... Rzucono mi nim prosto w twarz, krzycząc donośnie: „Ha, ha, ha! Ciesz się, że cię nie nakarmiłem czymś znacznie gorszym!”. Po czymś takim nie było już chyba dziwne, że obawiałam się dalszej części książki. Skoro w tak ekspresowym tempie podarowano mi tak brzydki prezent, to czego mogłam się jeszcze spodziewać? Kolejnej dawki wyjaśnień tego, co ma mnie czekać w niedalekiej przyszłości? Przepraszam, ale w takim przypadku wcisnęłabym przycisk „przystanku na żądanie” i bym wysiadła z tego czytelniczego autobusu. Jednakże Victor Dixen udowodnił mi, że moje przemyślenia są błędne. Pokazał, że może potknął się na tym przeklętym pasie startu, zaliczając bolesne spotkanie z torem, ale to tylko miało za zadanie zamydlić oczy. Każdy kolejny ruch bohaterów przestał przypominać odhaczanie rzeczy do zrobienia na jakiejś liście, a zaczął nabierać spontanicznych, niekiedy histerycznych kształtów. Wreszcie zaczęło to przypominać prawdziwy program telewizyjny, który grał swoim odbiorcom na nosach, gdzie ci kochali go i nienawidzili równocześnie! „Fobos” przestał jedynie irytować, a zaczął mnie pochłaniać swoją Ziemsko-Kosmiczną atmosferą, nie pozwalając myśleć o niczym innym jak o tym, co się tu jeszcze wydarzy i jakie będą tego skutki!
Niestety nadal było tutaj coś, co niczym kamień w bucie uwierało mnie i nie umiałam tego przeboleć. A mianowicie te przepiękne, sześciominutowe randki naszych bohaterów. Jak jeszcze niektóre spotkania wzbudzały we mnie jakieś emocje (przy ukazaniu pierwszej z nich niemal popłakałam się ze śmiechu, kiedy jedna z kandydatek na żonę zaczęła swoją dość nerwową przemowę, zaskakując przy tym swojego potencjalnego męża), tak przy większości z nich nadzwyczajniej w świecie... ziewałam. Czułam w nich pewną monotonność, jakby nie były to spotkania żywych ludzi, a zaprogramowanych robotów z martwym spojrzeniem. Bardziej emocjonalne okazywały się rozmowy dziewcząt, kiedy to omawiały swoje stroje czy fryzury czy kombinowały, co zjedzą danego dnia.

A TY? CZY TY? NA RANDKĘ W KOSMOS POLECISZ TEŻ?

Nie bez powodu w powyższym tytule pozwoliłam sobie zapożyczyć melodię słynnej piosenki śpiewanej przez Katniss Everdeen w „Kosogłosie”. Doświadczona przez los, walcząca o każdy dzień Léonor, niczym nasza ognista wojowniczka, również nie należy do tego typu dziewczyn, którym można w kaszę dmuchać. Zadziorna, charakterna nastolatka niejednokrotnie udowadniała, że narzucone im z góry zasady gry ani odrobinę nie przypadły jej do gustu, dlatego też robiła co mogła, byle tylko postawić na swoim. I niczym Katniss robiła to z pewnego, dość istotnego powodu. Léonor skrywała przed światem dość istotny sekret, gdzie ten, gdyby ujrzał światło dzienne, mógłby pokrzyżować dosłownie wszystko. Sprawiłby, że ci, którzy dotąd ją kochali i wspierali, odwróciliby się od niej, wytykając ją palcami. A do tego nie zamierzała dopuścić. Jednak im bardziej zatracała się w swojej małej grze, tym bardziej traciła nad nią kontrolę, co owocowało popełnianiem błędów. Zdobyte dotąd zaufanie wśród załogi oraz silna więź z dwoma chłopakami, którzy starali się zrobić wszystko, aby to oni stanęli u jej boku w kulminacyjnym dniu (tzn. zaślubin, które miały stanowić koniec kosmicznych randek) stało na zagrożonej pozycji. A czyhający z boku wróg tylko zacierał ręce na myśl, że jego przyszła ofiara lada moment wpadnie we własną pułapkę nieprzemyślanych ruchów.
Żeby nie było, że jedynie ględzę o głównej bohaterce, to pozwolę sobie przejść do pozostałych postaci. Marcus, Mozart, Kirsten, Safia, Aleksiej, Elizabeth... Nie powiem, trochę ich się tutaj nazbierało, przez co niekiedy ich myliłam i wtedy w mojej głowie robił się totalny chaos sprzecznych danych. Dopiero kiedy na światło dzienne wychodziły poniektóre fakty, zaczęłam spostrzegać różnice między nimi, a zarazem olbrzymie podobieństwo: każdy tutaj skrywał jakiś sekret, którego strzegł jak oka w głowie. Tym samym autor udowodnił, że choćbyśmy pragnęli poznać kogoś od podszewki, to zawsze – ale to zawsze – ta sztuczka nie zostanie przez niego udoskonalona. Umysł drugiego człowieka, niczym Kosmos, nie będzie dogłębnie zbadany, co poniekąd może być... przerażające...

PANIE DIXEN, ALE JAKIM CUDEM LUDZIOM UDAŁO SIĘ RANDKOWAĆ W KOSMOSIE?

Zazwyczaj, kiedy autor powołuje do życia główną bohaterkę, zaczynam obawiać się tego, czy będzie w stanie dobrze ją wykreować. Czy da radę nadać jej realne cechy, nie stworzyć z niej karykatury człowieka? Ale nie martwcie się: ta sama zasada dotyczy również autorek, które w swoich dziełach wcielają się w chłopaków lub mężczyzn. Po prostu nie każdy jest do tego stworzony, jednak Victor Dixen podołał temu wyzwaniu. Stworzył postać z krwi i kości, gdzie liczne zalety nie przyćmiewają swym blaskiem wad, które również błyszczą niczym psu kolczatka. I to nie dotyczyło jedynie Léonor, bo każdy z bohaterów mógł się czymś pochwalić (lub chcieć coś skryć, o czym już zdążyłam wcześniej napisać). Także nie umiem odmówić autorowi kreatywności, jeżeli chodzi o sam zamysł tego romantycznego lotu na Marsa, gdzie nasi bohaterowie mieli dobrać się w pary i żyć sobie długo oraz szczęśliwie na czerwonej planecie. Chociaż, nie powiem, cała ta akcja z firmą, która zakupiła sprzęt od NASA i wykorzystała go w tak karygodny dla wielu uczonych sposób, także wydawała mi się nad wyraz głupia, lecz kiedy zrozumiałam prawdziwe intencje ludzi kierujących całym tym przedstawieniem... Panie Dixen, takie intrygi to ja kupuję bez mrugnięcia okiem!

Podsumowując, „Fobos” nie jest pozbawiony dość wyraźnych, niemal bolesnych wad, jednak – pomimo posiadania ich – nie mogę uznać tej książki za koszmar roku. Pomimo początkowych zgrzytów, udało się naoliwić ten fabularny mechanizm, a wraz z nim odbyć niesamowitą podróż w Kosmos, gdzie każda kolejna doba może ofiarować kolejne niespodzianki, niekoniecznie tylko te dobre. Także jeżeli potrzebujecie zrelaksować się i oderwać się od Ziemi, to „Fobos” na pewno wam to umożliwi, jednak nie wymagajcie od tej historii za wielu cudów.

pokaż więcej

 
2018-10-18 14:08:15
Autor:

Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że odkąd przeczytałam „Uwolnij mnie”, wprost nie mogłam doczekać się dalszych losów Diany i Alana. Wręcz czułam wyraźne zniecierpliwienie, oczekując premiery „Naszego jutra”. Dlatego też, kiedy wreszcie było mi dane wziąć tę książkę do ręki, starałam się nie obiecywać sobie za wiele, by się później nie sparzyć. Cóż... w tym przypadku nawet grożenie samej sobie nie... Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że odkąd przeczytałam „Uwolnij mnie”, wprost nie mogłam doczekać się dalszych losów Diany i Alana. Wręcz czułam wyraźne zniecierpliwienie, oczekując premiery „Naszego jutra”. Dlatego też, kiedy wreszcie było mi dane wziąć tę książkę do ręki, starałam się nie obiecywać sobie za wiele, by się później nie sparzyć. Cóż... w tym przypadku nawet grożenie samej sobie nie wyzwoliło mnie od wpływu myślenia o tej kontynuacji jak o czymś, co rozgrzeje moje emocje do czerwoności. I – niestety – ten ogień wrażeń wywołał u mnie poparzenia pierwszego stopnia, ale po kolei.

CZAS NIE LECZY RAN – ON NAS TYLKO PRZYZWYCZAJA DO BÓLU...

Choćbyśmy bardzo pragnęli temu zaprzeczyć, okłamując przy tym nie tylko innych, ale również i siebie – każdy z nas posiada w swoim życiorysie jakąś zadrę. I może ona posiadać drobne, niemal mikroskopijne kształty, jednak liczy się sam fakt, że istnieje i powoduje, że nieraz obawiamy się tego, do czego może się ona przyczynić i jakie będą tego skutki. W przypadku Diany ta zadra przypomina raczej głęboką ranę. Tak głęboką, że ciężko w to uwierzyć, iż kiedykolwiek zdoła się ona zagoić. Drastyczne wspomnienia koszmaru sprzed wielu lat skutecznie to uniemożliwiają. Są niczym cień, który jest wiecznym towarzyszem człowieka. Na szczęście może ona liczyć na wsparcie rodziny, ukochanego Alana oraz córki Mai, gdzie ci są w stanie przywołać uśmiech na jej twarzy i sprawić, że nawet najpaskudniejszy dzień może przynieść ze sobą coś pozytywnego. To właśnie oni sprawili, że kobieta ponownie uwierzyła w siebie i swoją wartość, co mnie – czytelnika – niezmiernie uradowało. Po wydarzeniach, jakie odegrały się na kartach „Uwolnij mnie” to całkowicie dobra wiadomość! Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo cieszyłam się jej szczęściem, którego życzyłam jej na każdym możliwym kroku. Ale, ale... Przecież Daria Skiba nie byłaby sobą, gdyby pozwoliła na wieczną sielankę w życiu swojej „córki”. Zbyt optymistyczna rzeczywistość mogłaby zostać uznana za przejaskrawioną, przerysowaną do granic możliwości, gdzie wielu – w tym ja – zarzuciłoby autorce brak autentyczności. Dlatego też demony przeszłości ponownie dają o sobie znać, doprowadzając przy tym do wielu przykrych, wywiercających w duszy i sercu dziur zdarzeń. I panoszyły się one do tego stopnia, że w pewnej chwili chciałam zakrzyknąć donośnym tonem STOP!, pokazać im wyjście awaryjne, ponieważ ten nadmiar dramatyzmu także zaczynał przekraczać dozwolone dawki. Rozumiem, pielęgnowana przez wiele lat trauma zrobiła słynne wejście smoka, rozczapierzając swoje obrzydliwe pazury nie tylko nad Dianą, ale nad całą jej rodziną, lecz po prostu poczułam, że to powoli mnie przerasta. Miałam nieodparte wrażenie, że ta ciężka atmosfera wkrada się do mojej rzeczywistości, wywołując nieprzyjemne znużenie...
Moją terapią oraz medykamentem na powoli zbliżającą się czytelniczą depresję okazały się rozdziały poświęcone Mai i Szymonowi, dzięki którym znacznie lepiej mogłam przyglądać się, jak ta pozornie dziwna relacja powoli przeradza się w coś głębszego. Po wielu dramatycznych zawirowaniach w życiu Diany obserwacja ludzi rozkoszujących się wrażeniami oraz emocjami towarzyszącymi pierwszej miłości odciążała stłamszone, prawie wykończone nerwy. Co więcej, nawet nie przeszkadzała mi ta słodycz, która rozwijała skrzydła i szybowała w ich słowach oraz czynach. Wiadomo jednak, że wszystko, co dobre, szybko zbiera swoje manatki i wyprowadza się cichaczem, dlatego też nie byłam ani odrobinę zdziwiona, kiedy ta idylla została stłamszona. Daria Skiba z impetem wcisnęła się między tę dwójkę zakochanych, racząc ich niespodzianką, której nawet ja sama się nie spodziewałam! Autorka zastosowała sprytny chwyt, co sprawiło, że ponownie zagrała czytelnikom na nosach, ale również w pewnym stopniu wyjaśniła sprawę, którą poruszyła w poprzednim tomie. Niestety nie mogę powiedzieć, o co dokładnie chodzi, bo gdybym to zrobiła, spotkałaby mnie sroga kara!

JAKA MATKA, TAKA CÓRKA!

Nie da się ukryć, że pomimo dopuszczenia do głosu AŻ czterech bohaterów, to jednak Diana i jej demony przeszłości grają tutaj pierwsze skrzypce, napędzając to literackie przedstawienie. Przenikają one przez każdego, kto jest spokrewniony lub ma styczność z rodziną kobiety, naznaczając piętnem wiele istnień. I choć Maja zdawała się mieć własny rozum, wielokrotnie dając to do zrozumienia, to jednak wieloletnie pouczenia ze strony matki sprawiły, że nastolatka nie była w stanie dość szybko dopuścić do siebie myśli, że może kogoś darzyć głębszym uczuciem. Diana zasiała strach w jej sercu, co owocowało wieloma nieprzemyślanymi, niemal dziecinnymi poczynaniami młodej dorosłej. Na szczęście to nie zniechęciło Szymona, który udowodnił, że jest wart tego, by Majka poświęciła mu swoją uwagę. Dla doświadczonego przez los, naznaczonego bolesnym brzemieniem znajomość z nią również stanowiła w jakimś stopniu terapię, która pozwalała mu przestać odczuwać ciężar kajdan na nadgarstkach. Natomiast co się tyczy samej Diany i jej ukochanego Alana...
Matka Mai dawała popalić swoimi wahaniami nastrojów nie tylko mi, bo również jej najbliżsi mocno to odczuwali. Diana starała się zwalczać negatywne uczucia oraz deptać wszystko to, co było powiązane z Patrykiem, swoim oprawcą, lecz wyraźnie było widać, iż nie daje sobie z nimi rady. Ukrywała prawdę przed córką, karmiąc ją nie tyle dobrymi radami na temat związków, jak i strachem. Rozumiem, że obawiała się o Maję i o to, że historia mogłaby się powtórzyć, ale wszelkie jej pogadanki przypominały raczej napastliwą prośbę o to, by nigdy się z nikim nie związała. Co więcej, kiedy przychodziła fala wspomnień, to nawet odtrącała pomocną dłoń człowieka, który wierne przy niej stał i był w stanie zrobić wszystko, by ulżyć jej cierpieniom. Przez to nieco rozśmieszył mnie jej zawód, kiedy Alan, tracący grunt pod nogami, również zastosował tę samą sztuczkę, co ona – odtrącenie. Jakby nie patrzeć, posiadała tę samą reakcję obronną i tym bardziej powinna zaakceptować jego wybór. Ale żeby nie było, że tylko psioczę na Dianę i ubolewam nad nieszczęściem Alana, kiedy kobieta nie popadała w paranoję, była całkiem znośna. Nie, to złe określenie. Sprawiała raczej wrażenie, jakby to ona, a nie Majka była nastolatką, żyjącą zgodnie z zasadą Carpe Diem! W ten sposób przypominała dawną siebie, właśnie tym podzieliła się ze swoją córką, przez co wielu mogłoby je uznać za siostry!

NIE POWTARZAJ, BO PAPUGA POWTARZAŁA I...

Panowie, jeżeli marzy wam się posiadanie potomstwa lub pragniecie ponownie powiększyć rodzinę, radziłabym nie prowokować Darii Skiby, gdyż po lekturze „Naszego jutra” śmiem przypuszczać, iż jej skromnym fetyszem jest pozbawianie mężczyzn pewnego atrybutu. Co rusz któraś z postaci groziła, że jeżeli komuś coś się stanie, to mu wyrwie... Emm... No, sami wiecie co!
A tak całkiem poważnie, autorka ponownie udowodniła, że polskie wcale nie oznacza gorsze! Raz jeszcze zaserwowała sporą dawkę wrażeń, po których strasznie ciężko jest odzyskać normalny oddech, a w połączeniu z lekkim piórem tworzą doskonały duet. Niemniej uważam, iż powtarzanie niektórych kwestii stało się tutaj sporym mankamentem. Wielokrotnie wypowiedziane „kocham cię” przestaje tracić na wartości, przeistaczając się w monotonną paplaninę. Również wieczne podkreślanie tego, że jedna z dziewczyn z otoczenia Mai jest lesbijką... Kochana, załapałam za pierwszym razem (zapewne nasza bohaterka również), także nie trzeba było mi o tym ponownie przypominać! Również kwestia „Naszego jutra” pojawiała się nad wyraz często, jakby stanowiła przypomnienie o tytule książki. Także, droga Dario – bez problemu możesz robić za ludzki substytut syropu na wzmocnienie pamięci!
Zapomniałabym jednak wspomnieć o wielkiej pasji autorki, która ponownie objawiła się na kartach książki, a mianowicie taniec z ogniem. Wyraźnie wyczuwało się, że zna się ona na rzeczy, tym samym jego opis sprawiał, że z miejsca miałam go przed oczami. Moim zdaniem jest to strzał w dziesiątkę, gdyż – moim zdaniem – wielu dostrzeże to zjawisko i zrozumie, iż płomienie nie muszą jedynie nas spalać, ale również rozpalać nasze zmysły...

Podsumowując, „Nasze jutro”, niczym „Uwolnij mnie” to książka przesiąknięta ludzkim dramatem przeplatanym z nastoletnią mgiełką pierwszej, silnej miłości, gdzie naprzemiennie dostarczały wielu czytelniczych bodźców. I choć można ją uznać za dobrą, chwytającą za serce, jednakże pierwszy tom zrobił na mnie większe wrażenie. Tym samym nie mogę doczekać się kolejnych powieści spod pióra Darii, by móc ocenić kolejne postępy w jej pisarskiej karierze.

pokaż więcej

 
2018-10-09 20:10:52

„Kiedyś to było...” – właśnie te słowa powtarzam za każdym razem, kiedy widzę dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym, które – zamiast bawić się w berka lub chowanego – wiecznie pochylają się nad swoimi telefonami komórkowymi. Zapatrzone w ich ekrany nie dostrzegają wielu otaczających ich rzeczy, nie czerpią z nich żadnej frajdy. Spacerując po chodniku, odkopują na bok zagradzające im... „Kiedyś to było...” – właśnie te słowa powtarzam za każdym razem, kiedy widzę dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym, które – zamiast bawić się w berka lub chowanego – wiecznie pochylają się nad swoimi telefonami komórkowymi. Zapatrzone w ich ekrany nie dostrzegają wielu otaczających ich rzeczy, nie czerpią z nich żadnej frajdy. Spacerując po chodniku, odkopują na bok zagradzające im drogę patyki, które niegdyś by im służyły jako pistolety podczas zabawy w policjantów i złodziei. Sterta liści nie kusi ich do tego, by odrzucić plecak na bok i wpaść w nią lub obrzucać się nimi z przyjaciółmi. Doprawdy ciężko jest mi z tą myślą, iż aktualnie większą karą dla młodych ludzi jest właśnie odebranie tej elektronicznej zabawki, niżeli zakaz wyjścia na plac zabaw do swoich rówieśników. A jeszcze paręnaście lat temu oznaczało to katastrofę na skalę światową. I właśnie tego typu problem porusza w swej skromnej objętościowo (lecz bogatej w coś zupełnie innego) książce pani Wanda Szymanowska. Subtelnie ukazuje, kto tak naprawdę stoi za uzależnieniem dzieci od tego „odpychacza ponoć szarej rzeczywistości”...


NIE MASZ CZASU DLA DZIECI? SPOKOJNIE, PRZECIEŻ TELEFON KOMÓRKOWY DOSKONALE IM CIĘ ZASTĄPI!

Przecież wiadomo nie od dziś, że dzieci pociąga wszystko to, co kolorowe i daje im przy tym wrażenie wyśmienitej zabawy. Tym samym trudno nie zauważyć, że większość gier skierowana do młodszej grupy odbiorców uderza w tego typu klimaty, racząc spragnione słodyczy oczęta przeróżnymi odcieniami barw, gdzie niekiedy ich jaskrawość powinna zostać zabroniona. Właśnie dlatego ciężko się dziwić Tomciowi, że kiedy tylko odkrył, co takiego może zagwarantować mu posiadanie telefonu komórkowego, był w stanie zrobić dosłownie wiele, by takowy aparat trzymać w dłoniach. I choć po lekturze sądzę, że nie mógł mieć więcej niż sześć lat, to jak na taki wiek wykazywał się pewną kreatywnością. Ale dla mnie tego typu poczynania nie są czymś nowym. Prawdę powiedziawszy, pani Wanda Szymanowska opisała coś, czego wielokrotnie bywałam świadkiem. Tomcio doskonale odzwierciedla ówczesne zachowania moich siostrzeńców, gdzie ci pochłonięci wirtualnym światem wprost zapominali o tym prawdziwym. Przez to nieraz trzeba było im siłą odbierać sprzęt lub ich szturchać do momentu, aż łaskawie podniosą oczy i odkryją, że ludzkość nie wyginęła. I właśnie to uderzające podobieństwo spowodowało, że ta książka mnie poruszyła. Co więcej, nawet sama poniekąd zrozumiałam, że również zbyt często pochylam się nad ekranem telefonu, robiąc z siebie niewolnika technologii. Pojęłam, iż odłożenie go na parę godzin dziennie nie będzie ekstremalnym przeżyciem, że nie odbiorę sobie przez to dopływu świeżego powietrza. Tylko czy znalazł się ktoś, kto pomógł to samo odkryć Tomciowi?

TOMCIO, TOMCIO... A TY ZNOWU Z TYM SMARTFONEM W RĄCZCE?

Tomcio, jak na kilkuletniego brzdąca przystało, jest gotowy wejść swoim rodzicom na głowy, byle tylko zwrócili na niego uwagę. A ci, zabierający pracę ze sobą nawet do domu, przez większość czasu wiszą na telefonach komórkowych, zapominając o tym, że prócz niej mają jeszcze rodzicielskie obowiązki. Dlatego też, aby nieco zrekompensować swoje zachowanie względem niego, dzielą się z nim swoim „skarbem”, co cóż... nie ma pozytywnych skutków. Zafascynowanemu nowoczesną technologią chłopcu przestają podobać się ówczesne zabawy, które – w porównaniu z nowymi – wydają mu się nad wyraz mdłe. Nowa atrakcja nawet zaczyna przysłaniać mu codzienne rytuały jak krótka rozmowa czy zjedzenie ciepłego obiadu. Nie powiem, rodzice Tomcia myśleli, że chcą dla niego jak najlepiej. Idąc na skróty, nawet nie pojmowali, że właśnie tym oto sposobem wyrządzają dziecku znacznie większą krzywdę. I całe szczęście, że nad całą sytuacją panowała babcia kilkulatka. To właśnie ona – niczym superbohaterka – przejęła pieczę nad tym, aby jej wnuk zyskał coś, na czym kiedyś tak olbrzymie mu zależało. A jak dobrze wiemy, babcie bywają nieźle uparte, także jej metody „naprawy” Tomcia mogły wiele zdziałać. Jednakże, czy jej magia jakoś wpłynęła na Tomcia? Tego już nie mogę powiedzieć!

CZASAMI NIE TRZEBA WIELE, BY MÓC COŚ PRZEKAZAĆ.

Starzy wyjadacze książkowi, którzy oczekują od nich sporej dawki wrażeń, skomplikowanych intryg oraz atakujących umysł akcję mogą się lekko rozczarować przy tym tytule. Autorka (chociaż zazwyczaj kieruje swoje słowa do starszych czytelników) tym razem skupiła się na tym, aby w prosty i zrozumiały sposób objaśnić najmłodszym istotne problemy, z którymi mogą się borykać. Co więcej, przez tę skromną treść także zwraca uwagę tym starszym czytelnikom (czyli w większości rodzicom, którzy czytają swoim pociechom), jak ważne jest spędzanie czasu razem. Ile frajdy sprawia wspólne układanie klocków czy zabawa w ganianego, gdzie te chwile mogą wnieść do życia wiele cudownych historii, które będą później wspominane przez długie lata. Także w ten sposób pobudzamy kreatywność maluchów, no i – przede wszystkim – pokazujemy, że nie są one tylko elementem dekoracji mieszkania czy domu!
Także nie mogę przejść obojętnie obok szaty graficznej książki. Utrzymana w dość rzucających się w oczy barwach okładka wręcz stanowi haczyk, na który bez problemu złapią się wielbiące je dzieci. Również wnętrze cieszy oczy, co tylko potęguje chęć trzymania (i czytania, bo nie można zapominać) „Tomcia Telefoncia” w dłoniach! Pani Tino Wieczorek – dziękuję za ten artystyczny wkład w książkę i mam nadzieję, że również inni go docenią.

Podsumowując, „Tomcio Telefoncio” to nie jest książka jedynie dla rodziców, którzy zaczynają zapominać, że posiadanie dzieci wiąże się z poświęcaniem im uwagi. To także ważna nauka dla wszystkich tych, co wiecznie siedzą nosami w telefonach komórkowych. Po prostu warto je odłożyć i odkryć, że poza nimi także istnieje życie. A kto wie, może dzięki temu odkryjecie, że mieszkający z wami ludzie są mili?

pokaż więcej

 
2018-10-03 10:41:48
Autor:

Chociaż przez większość czasu zgrywam pewną siebie i swoich słów kobietę, którą czasami dość trudno przegadać podczas dyskusji, to jednak niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że pod tą fasadą skrywa się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto pomimo swojej słynnej gadatliwości, niestety obawia się powiedzenia czegoś tak głupiego, że głowa mała! Ktoś, kto nawet w towarzystwie znanych i lubianych osób boi... Chociaż przez większość czasu zgrywam pewną siebie i swoich słów kobietę, którą czasami dość trudno przegadać podczas dyskusji, to jednak niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że pod tą fasadą skrywa się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto pomimo swojej słynnej gadatliwości, niestety obawia się powiedzenia czegoś tak głupiego, że głowa mała! Ktoś, kto nawet w towarzystwie znanych i lubianych osób boi się być w centrum uwagi i potrafi czuć się nieswojo, i niejednokrotnie ma ochotę uciec przed ich spojrzeniami. Dlatego też nie byłam w stanie przejść obojętnie obok „Nieśmiałej”. Podskórnie czułam, iż ta książka jest stworzona z myślą o mnie. Tylko jak potoczyła się ta moja nowa „znajomość”?

„ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!” – POMYŚLAŁA, A JEJ USTA NADAL POZOSTAWAŁY NIERUCHOME, NIESKORE WYPUŚCIĆ TYCH SŁÓW NA ZEWNĄTRZ.

Teoretycznie zdawałam sobie sprawę z tego, co może mnie czekać podczas lektury „Nieśmiałej”. Ba, czułam się tak, jakbym umiała kontrolować całą tę historię, gdzie nikt i nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Z jednej strony to dość bolesna myśl, gdyż przewidywalność zdarzeń sprawia, iż człowiek powoli traci wiarę na niespodzianki, ale z drugiej, po zapoznaniu z opisem, doprawdy nie spodziewałam się niczego innego. Ot, co – kolejna młodzieżówka poruszająca wątek szarej myszki, którą – jakimś cudem – zainteresował się niegrzeczny chłoptaś i sprawia wrażenie szczerze zainteresowanego jej osobą. Jednakże w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że ta pozornie banalna otoczka będzie miała drugie dno, a nagromadzone pomiędzy słowami emocje uderzą we mnie aż z taką precyzją!
Sarah Morant przygotowała tuziny fabularnych petard, których syczenie robiło się coraz głośniejsze wraz z każdą kolejną przeczytaną stroną, a każdy ich wystrzał zapierał dech w piersi lub prowokował do wyciśnięcia z oczu hektolitrów łez. Ale ja – jak to ja – zaczynałam obawiać się, czy autorka nie zapędzi się w kozi róg z rzucaniem Eleonore kłód pod nogi, co by zaowocowało stworzeniem najbardziej pokrzywdzonej nastolatki w literaturze. Na szczęście (chociaż w tym przypadku to potwornie brzmi) smutne chwile, pełne bolesnych i kłujących serce wspomnień, pozwalały odpychać się na bok pozytywnym akcentom, rozwiewającym ciemne chmury znad głowy głównej bohaterki. Pojawienie się Jasona w życiu Ellie okazało się zbawienne, wręcz oczyszczało atmosferę. Do czasu, aż nie przyszło coś znacznie więcej – powrót syna marnotrawnego, znaczy się najlepszego przyjaciela dziewczyny oraz nieuniknione, czyli problemy miłosne. Zapewne już się domyślacie, iż ponownie mierzyłam się z trójkątem miłosnym, lecz tym razem było zupełnie inaczej. Owszem, w pewnym momencie wydawało mi się, iż panna Morant gubi swój romantyczny rytm, przeobrażając przenikające przez rozdziały miłosne aromaty w smród kiczu, serwowanego w co drugim filmie dla romantyczek (bez urazy, panie!), ale w porę uratowała sytuację. Udało jej się uchylić fabularne okna, pozbywając się tych przykrych zapachów, a mnie uspokajając. Jednakże zakończenie ani odrobinę mnie nie zaskoczyło. Co więcej, spodziewałam się takiego obrotu spraw i... podobało mi się to. Tak, podobało mi się rozwiązanie, jakie zastosowała autorka i nawet nie wyobrażam sobie, aby to potoczyło się zupełnie innym torem. Fakt, tym samym trąci przez ten element nieco utartymi przez lata schematami, jednak ostatnio przyrzekłam sobie jedno: Nie wymagaj zbyt wiele od książek, które są pisane z myślą o innej grupie wiekowej! Jesteś już za stara, by móc w pełni rozkoszować się ich magią!

WYRÓŻNIASZ SIĘ W TŁUMIE? NIE MASZ PRAWA! MUSISZ TO ZMIENIĆ ALBO NIE DAMY CI ŻYĆ!

Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż Eleonore jest jedynie fikcyjną postacią, która odżywa tylko wtedy, gdy czytam lub o niej myślę, to jednak nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, jakby poniekąd była... moją pokrewną duszą. Tak samo, jak ona starałam się nie wyróżniać w tłumie i tłumić chęć wybuchnięcia płaczem przed wszystkimi tymi, którzy uprzykrzali mi życie, robiąc sobie żarty z mojego wyglądu czy zachowania. Dopiero w domu, w otoczeniu najbliższych, prawie oddychała z nieskrywaną ulgą. Prawie, ponieważ nawet tam przyjmowała rolę głowy rodziny, starając się zasklepić rany, jakie zadał im los. Przez cały ten czas nie mogła być do końca sobą. I choć Ellie miała u swego boku przebojową przyjaciółkę, Kinae, to jednak dopiero pojawienie się Jasona zupełnie odmieniło jej życie. To właśnie ten dumny, przypominający rasowego podrywacza nastolatek zdołał wydobyć dziewczynę z jej skorupy, pozwalając jej na nowo zobaczyć promienie Słońca. Tym samym kreacja Eleonore nabierała nowych barw, a ja poznawałam ją na nowo. Odkrywałam dotąd skrywane przez nią sekrety oraz zachowania, które – choć nieraz wydawały mi się dziwne, bo przyzwyczaiłam się do nieśmiałej Ellie – dobitnie uświadamiały jedno: „Nie rodzimy się nieśmiali”!
A co się tyczy naszych panów, czyli pewnego siebie Jasona oraz nieco wycofanego przyjaciela głównej bohaterki, Tylera... Chociaż obaj popełniali wiele błędów oraz w jakimś stopniu działali mi na nerwy, to jednak kreacja buntownika bardziej do mnie trafiała. Nasz przebojowy macho – pomimo drobnych wad – kupił mnie swoim poczuciem humoru oraz umiejętnością wyciągania wniosków z przytrafiających mu się porażek. Natomiast Tyler... chociaż również wiele wniósł do życia Eleonore i stanowił dla niej podporę, to wydawał mi się bardziej... nachalny. I – moim zdaniem – perfidny. Gdybym była na miejscu dziewczyny, to z miejsca bym mu powiedziała, co tak naprawdę myślę o nim oraz popełnionym przez niego czynie, nie zważając nawet na to, iż mogę go przez to skrzywdzić. Ale cóż... Ellie to Ellie – dla niej przyjaciele to świętość i próba skrzywdzenia ich mogłaby złamać jej serce.
Tak samo nie przemawiała do mnie sama Kinae, która niespecjalnie kwapiła się do tego, aby spędzać więcej czasu ze swoją przyjaciółką. Nie chodzi mi o to, by trzymała ją za rączkę i opowiadała, że wszystko będzie dobrze, bo nie o to chodzi. Ale jeżeli ma się chłopaka, to wypadałoby dzielić wolny czas tak, aby żadne z nich nie ucierpiało. Przecież on też potrzebuje troszkę czasu dla siebie. No cóż... Jak widać, są priorytety i prioryteciki.Za to brata Eleonore, Kyle'a, pokochałam całym sercem za jego dziecięcą dojrzałość przejawiającą się tym, że również pragnął wspierać rodzinę ramieniem, nie pozwalając jej przy tym upaść i się rozbić w drobny mak. Tylko czy był w stanie temu podołać? Tego już wam nie zdradzę, bo byście mnie wybatożyli!

AUTORKO, POWIEDZ MI PROSZĘ... SKĄD CZERPAŁAŚ INSPIRACJĘ?

Wiecie, że dotąd ciężko jest mi uwierzyć w to, że tak młoda osoba, jaką jest Sarah Morant, napisała tak dojrzałą i prawdziwą książkę, ukazującą wiele życiowych prawd? A kiedy jeszcze dołożymy do tego lekkie pióro, spod którego słowa przypominają fale, które porywają nas w coraz to głębsze zakamarki książki. Jestem wprost oczarowana jej kunsztem pisarskim, jednak na największe brawa zasługuje poruszony w „Nieśmiałej” wątek szufladkowania. Autorka dobitnie uświadamia młodych ludzi, iż powierzchowne ocenianie innych może spowodować wiele niekomfortowych, nieprzyjaznych do szpiku kości sytuacji. Bo łatwo jest nam śmiać się z tych, którzy w jakimś stopniu wyróżniają się na tle pozostałych, lecz pamiętajmy – pozory mylą. Wystarczyłoby porzucić narzucone uprzedzenia i chcieć dać tym ludziom szansę na to, by przedstawili swoją „wersję zdarzeń”. Kto wie, może wtedy okazałoby się, że ta pulchna nastolatka wcale nie żywi się samymi tłustymi potrawami, lecz z powodu choroby przyjmuje lekarstwa zwiększające jej masę, a odstawienie ich spowoduje przykre konsekwencje. Może wtedy wyszłoby na jaw, iż ten przemykający korytarzami niczym cień cichy chłopak jest workiem treningowym ojczyma, który poprzez bicie go wyładowuje swoje frustracje. A może ta starsza kobieta, odziana w brudne ubrania, nie jest bezdomną alkoholiczką, tylko została oszukana przez rodzinę, przez co wylądowała na bruku. Nie osądzajmy nikogo z góry, bo przyjdzie czas, że i my zostaniemy osądzeni. A karma bywa su...per nieprzyjemna...

Podsumowując, oczekując lekkiej, niewymagającej wielkiego skupienia lektury, otrzymałam poruszającą historię, która bez wątpienia trafi do wielu nastoletnich (i nie tylko) serc swoją szczerością. Dlatego też, jeżeli potrzebujecie „nawilżyć” oczy łzami, to „Nieśmiała” będzie stanowić idealną wymówkę w kwestii tych słonych kropel. No i, rzecz jasna, jest warta poświęcenia jej uwagi!
Wciąga lepiej niż taśmy schodów ruchomych rozwiązane sznurówki!

PSST! DZISIAJ PREMIERA!

pokaż więcej

 
2018-10-01 17:24:22
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Ash Princess Trilogy (tom 1)
 
2018-09-26 14:33:22
Ma nowego znajomego: Martuu
 
2018-09-18 17:48:26
Autor:
Cykl: Pivot Point (tom 1)

Niejednokrotnie zdarzało mi się użalać nad swoim marnym losem, kiedy to namiętnie pragnęłam przewidzieć skutki podjętych przez siebie decyzji. A że często popełniam błędy, później drżę jak osika i modlę się w duchu, aby tym razem poszło mi znacznie lepiej. Nawet starałam się przyswoić wiedzę czytania z kart Tarota, ale mój umysł ewidentnie odmawiał przy tym współpracy... Na całe szczęście... Niejednokrotnie zdarzało mi się użalać nad swoim marnym losem, kiedy to namiętnie pragnęłam przewidzieć skutki podjętych przez siebie decyzji. A że często popełniam błędy, później drżę jak osika i modlę się w duchu, aby tym razem poszło mi znacznie lepiej. Nawet starałam się przyswoić wiedzę czytania z kart Tarota, ale mój umysł ewidentnie odmawiał przy tym współpracy... Na całe szczęście Addison nie musi się o nic martwić. Dziewczyna od paru dobrych lat może szczycić się umiejętnością Sprawdzania, co owocuje wieloma doskonałymi ruchami. Jednakże czy posiadanie takiego daru może całkowicie uchronić przed pewnymi zdarzeniami?

SPÓJRZ W PRZYSZŁOŚĆ I POWIEDZ... JAKIE PYTANIA BĘDZIEMY MIAŁY NA KARTKÓWCE?

Wiadomość o niespodziewanym rozstaniu rodziców dosłownie ścięła nastolatkę z nóg! I trudno się jej nie dziwić, skoro – przeświadczona o ich wielkiej miłości – nawet nie zamierzała Sprawdzać niczego pod tym kątem. Niestety, stało się jak stało i Addie musiała przełknąć tę gorzką informację, tylko jak tego dokonać, gdy trzeba wybrać, czy chce się pozostać w Kolonii u boku nadopiekuńczej matki, czy jednak opuścić ją wraz z ojcem i rozpocząć życie jako zwyczajny człowiek? Tak, dobrze myślicie – przecież po coś posiada się dar przewidywania przyszłości, czyż nie?
Nie powiem, nieco obawiałam się takiego „rozwarstwienia” fabuły, kiedy dwie różne ścieżki będą co rusz przybliżać się do siebie i oddalać, mogąc pozostawiać po sobie wiele niewyjaśnionych faktów. Wiecie, wtedy człowiek sobie co nieco dopowie i tym samym polepszy sobie odbiór książki lub – co gorsza – zacznie spoglądać na nią z niesmakiem. Akurat tutaj Kasie West spisała się na medal, bo chociaż wyraźnie dawało się odczuć różnice, jakie wynikały z obrania danej drogi, to w pewnych punktach krzyżowały się, co owocowało odkryciem drugiego dna danych faktów. Niemniej, gdyby jednak kazano mi wybierać, która ze ścieżek przypadła mi bardziej do gustu, to zdecydowanie wskazałabym na tę, gdzie Addie uczy się żyć pośród normalnych ludzi. W moich oczach wydawała się znacznie bogatsza w akcję, no i – przede wszystkim – wyczuwałam w niej znacznie mniej przesłodzenia. Jak w tej „rzeczywistości” Addison starała się ze wszystkich sił, by nie ujawnić swojej prawdziwej tożsamości, w międzyczasie próbując znaleźć znajomych mogących pozbyć jej się wrażenia osamotnienia, tak wśród swoich prawie całe jej życie kręciło się wokół ukochanego oraz robienia na złość matce. Prawie, ponieważ od czasu do czasu przychodziło swego rodzaju „otrzeźwienie”, a wraz z nim świadomość, iż coś jej nie gra. A wtedy na scenę wkraczała kryminalna sprawa, która spędzała sen z powiek...
Jeżeli chodzi o mrożący krew w żyłach wątek, gdzie to Addison zostaje poniekąd wrzucona w sam środek śledztwa, to jednak spodziewałam się czegoś znacznie mocniejszego. Kasie West stopniowo przemycała poszczególne elementy kryminalnej układanki, traktując je niczym okruszki chleba, za którymi – niczym wróbelek – miałam łakomie podążać, ale jak dla mnie było to zbędne przedłużanie. Owszem, dzięki temu praktycznie na sam koniec wybuchła emocjonalna bomba i człowiek dosłownie nie wiedział, co ma ze sobą począć, ale i tak mam nieodparte wrażenie, że można było to inaczej rozegrać. I znacznie lepiej, rzecz jasna.

NIE MOŻNA ZJEŚĆ CIASTKA I MIEĆ CIASTKO... CHYBA ŻE MASZ DWA!

Addison to taki typ bohaterki książkowej, której nie da się ani znienawidzić do szpiku kości, ani bezgranicznie pokochać. Ten fakt jednak nie świadczy o tym, że jej kreacja umniejsza przy tym jakość książki. Nic z tych rzeczy! Nie dość, że Addie wzbudza niekiedy skrajne emocje, to jest doskonałym przykładem na to, iż nawet największy dar może być zarówno błogosławieństwem, jak i największym przekleństwem. Może dzięki specjalnym zdolnościom możemy znacznie więcej osiągnąć, jednak wtedy musimy wyraźnie zastanowić się, czy otaczający nas zewsząd ludzie nie nawiązali z nami kontaktu tylko ze względu na nią... Całe szczęście, dziewczyna mogła być pewna lojalności Laili, która nie owijała w bawełnę, kiedy coś jej nie pasowało w dokonywanych przez przyjaciółkę wyborach. A dość często się tak zdarza, że mają odmienne zdania i nieraz zastanawiałam się, jakim cudem one w ogóle się przyjaźnią, po czym przypomniałam sobie jedno: przecież przeciwieństwa się przyciągają!
A jeżeli zaś chodzi o amantów naszej głównej bohaterki, to od razu większą miłością zapałałam do naszego „normalsa”, Trevora, niż do obdarzonego równie doskonałym darem Duke'a. Jak ten pierwszy od początku wydawał mi się nad wyraz szczery w tym, co robił i na każdym kroku udowadniał, że wcale nie trzeba nosić kostiumu superbohatera, by nim być, tak ten drugi cały czas mi śmierdział zbytnią doskonałością. Nawet nie przypuszczacie, ile to razy chciałam chwycić naszego „amanta za dychę” za te jego kłaki i sprawdzić, czy po kilkukrotnym przytuleniu ze ścianą dalej będzie tak samo uroczy... Również w przypadku rodziców Addison czułam się stokroć podzielona, jeżeli chodzi o odbiór. Matka dziewczyny, chociaż widać było po niej, że troszczy się o córkę i chcę dla niej jak najlepiej, to niekiedy zdawała przesadzać ze swoją nadopiekuńczością, co kończyło się wieloma niepotrzebnymi sytuacjami. Natomiast ojciec Addie, choć miał więcej zaufania do nastolatki i pozwalał jej na trochę więcej (dzięki czemu mieli lepszy kontakt), to jednak za fasadą dobrego kumpla skrywała się pewna tajemnica, która wielu może lekko zdziwić...

CZYTELNICZKO, ZAKOCHAŁAŚ SIĘ W MOJEJ TWÓRCZOŚCI ZA PIERWSZYM RAZEM, CZY MAM CI PODSUNĄĆ POD NOS COŚ JESZCZE?

Kasie West należy do tego grona autorów, których raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Wielu czytelnikom (a raczej czytelniczkom, chociaż nie twierdzę, że tylko one sięgają po jej twórczość) dała się poznać poprzez liczne historie miłosne, gdzie... żadnej z nich nie znałam. Aż dotąd, bo – pomimo wyraźnego aromatu wątku fantastycznego – nie da się nie zauważyć, iż ta dziedzina jest przez tę autorkę bezgranicznie uwielbiana. Nie powiem, kiedy słodycz wylewa się ze stron, jestem skłonna wytykać to palcami o każdej porze dnia i nocy, lecz pani West potrafi ukazać „szczeniackie” uczucia w tak wyważonej formie, że aż chce się być świadkiem tego, jak ona kiełkuje. Jedynie, gdyby przyszło mi się spotkać z ową panią lub otrzymać szansę wymiany korespondencji z nią, zapewne uruchomiłabym swój słynny „urok” osobisty i dała jej wyraźnie do zrozumienia, iż kiedy staramy się złapać ludzi na dany wątek, to nie robimy dosłownie wszystkiego, aby zepchnąć go boleśnie ze sceny! Bo to powinno być zabronione! Kto jest za?

Podsumowując, chociaż nazwanie „Dziewczyny, która...” ambitną lekturą byłoby grzechem, jednak nie można jej odmówić uroku oraz lekkości, co sprawiło, że przyjemnie spędziłam z tą książką swój jakże cenny czas. I dlatego też, jeżeli nadarzy się ku temu okazja, spróbuję zapoznać się z pozostałymi dziełami pani West, aby ocenić, jak wiele różnią się jej typowe, pełne miłosnych wątków młodzieżówki od tej zakraplanej pewną dozą fantastyki!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
703 181 1575
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (82)

Ulubieni autorzy (21)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (80)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd