Aleksandra_B 
demoniczne-ksiazki.blogspot.com
Aleksandra_B – urodzona w 1994 roku jastrzębianka. Z zawodu sprzedawca, lecz wie, że stanie za kasą nie jest jej powołaniem. Od liczenia pieniędzy z kasetki woli pisanie recenzji i opowiadań. Marzy, by kiedyś wydać powieść, jednak na dzień dzisiejszy brakuje jej cierpliwości, aby dokończyć jakąkolwiek historię i utyka przy niej zawsze w połowie. Czyta wszystkiego po trochę, jednak nie lubi, gdy ktoś wymusza na niej zapoznanie jakiejś książki. Musi sama zdecydować, czy dany tytuł trafia w jej gusta. Nie ocenia książki po okładce, bo to często bywa zwodnicze.
23 lat, kobieta, Jastrzębie-Zdrój, status: Czytelniczka, dodała: 3 książki i 47 cytatów, ostatnio widziana 16 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-19 16:12:52
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-09-18 17:48:26
Autor:
Cykl: Pivot Point (tom 1)

Niejednokrotnie zdarzało mi się użalać nad swoim marnym losem, kiedy to namiętnie pragnęłam przewidzieć skutki podjętych przez siebie decyzji. A że często popełniam błędy, później drżę jak osika i modlę się w duchu, aby tym razem poszło mi znacznie lepiej. Nawet starałam się przyswoić wiedzę czytania z kart Tarota, ale mój umysł ewidentnie odmawiał przy tym współpracy... Na całe szczęście... Niejednokrotnie zdarzało mi się użalać nad swoim marnym losem, kiedy to namiętnie pragnęłam przewidzieć skutki podjętych przez siebie decyzji. A że często popełniam błędy, później drżę jak osika i modlę się w duchu, aby tym razem poszło mi znacznie lepiej. Nawet starałam się przyswoić wiedzę czytania z kart Tarota, ale mój umysł ewidentnie odmawiał przy tym współpracy... Na całe szczęście Addison nie musi się o nic martwić. Dziewczyna od paru dobrych lat może szczycić się umiejętnością Sprawdzania, co owocuje wieloma doskonałymi ruchami. Jednakże czy posiadanie takiego daru może całkowicie uchronić przed pewnymi zdarzeniami?

SPÓJRZ W PRZYSZŁOŚĆ I POWIEDZ... JAKIE PYTANIA BĘDZIEMY MIAŁY NA KARTKÓWCE?

Wiadomość o niespodziewanym rozstaniu rodziców dosłownie ścięła nastolatkę z nóg! I trudno się jej nie dziwić, skoro – przeświadczona o ich wielkiej miłości – nawet nie zamierzała Sprawdzać niczego pod tym kątem. Niestety, stało się jak stało i Addie musiała przełknąć tę gorzką informację, tylko jak tego dokonać, gdy trzeba wybrać, czy chce się pozostać w Kolonii u boku nadopiekuńczej matki, czy jednak opuścić ją wraz z ojcem i rozpocząć życie jako zwyczajny człowiek? Tak, dobrze myślicie – przecież po coś posiada się dar przewidywania przyszłości, czyż nie?
Nie powiem, nieco obawiałam się takiego „rozwarstwienia” fabuły, kiedy dwie różne ścieżki będą co rusz przybliżać się do siebie i oddalać, mogąc pozostawiać po sobie wiele niewyjaśnionych faktów. Wiecie, wtedy człowiek sobie co nieco dopowie i tym samym polepszy sobie odbiór książki lub – co gorsza – zacznie spoglądać na nią z niesmakiem. Akurat tutaj Kasie West spisała się na medal, bo chociaż wyraźnie dawało się odczuć różnice, jakie wynikały z obrania danej drogi, to w pewnych punktach krzyżowały się, co owocowało odkryciem drugiego dna danych faktów. Niemniej, gdyby jednak kazano mi wybierać, która ze ścieżek przypadła mi bardziej do gustu, to zdecydowanie wskazałabym na tę, gdzie Addie uczy się żyć pośród normalnych ludzi. W moich oczach wydawała się znacznie bogatsza w akcję, no i – przede wszystkim – wyczuwałam w niej znacznie mniej przesłodzenia. Jak w tej „rzeczywistości” Addison starała się ze wszystkich sił, by nie ujawnić swojej prawdziwej tożsamości, w międzyczasie próbując znaleźć znajomych mogących pozbyć jej się wrażenia osamotnienia, tak wśród swoich prawie całe jej życie kręciło się wokół ukochanego oraz robienia na złość matce. Prawie, ponieważ od czasu do czasu przychodziło swego rodzaju „otrzeźwienie”, a wraz z nim świadomość, iż coś jej nie gra. A wtedy na scenę wkraczała kryminalna sprawa, która spędzała sen z powiek...
Jeżeli chodzi o mrożący krew w żyłach wątek, gdzie to Addison zostaje poniekąd wrzucona w sam środek śledztwa, to jednak spodziewałam się czegoś znacznie mocniejszego. Kasie West stopniowo przemycała poszczególne elementy kryminalnej układanki, traktując je niczym okruszki chleba, za którymi – niczym wróbelek – miałam łakomie podążać, ale jak dla mnie było to zbędne przedłużanie. Owszem, dzięki temu praktycznie na sam koniec wybuchła emocjonalna bomba i człowiek dosłownie nie wiedział, co ma ze sobą począć, ale i tak mam nieodparte wrażenie, że można było to inaczej rozegrać. I znacznie lepiej, rzecz jasna.

NIE MOŻNA ZJEŚĆ CIASTKA I MIEĆ CIASTKO... CHYBA ŻE MASZ DWA!

Addison to taki typ bohaterki książkowej, której nie da się ani znienawidzić do szpiku kości, ani bezgranicznie pokochać. Ten fakt jednak nie świadczy o tym, że jej kreacja umniejsza przy tym jakość książki. Nic z tych rzeczy! Nie dość, że Addie wzbudza niekiedy skrajne emocje, to jest doskonałym przykładem na to, iż nawet największy dar może być zarówno błogosławieństwem, jak i największym przekleństwem. Może dzięki specjalnym zdolnościom możemy znacznie więcej osiągnąć, jednak wtedy musimy wyraźnie zastanowić się, czy otaczający nas zewsząd ludzie nie nawiązali z nami kontaktu tylko ze względu na nią... Całe szczęście, dziewczyna mogła być pewna lojalności Laili, która nie owijała w bawełnę, kiedy coś jej nie pasowało w dokonywanych przez przyjaciółkę wyborach. A dość często się tak zdarza, że mają odmienne zdania i nieraz zastanawiałam się, jakim cudem one w ogóle się przyjaźnią, po czym przypomniałam sobie jedno: przecież przeciwieństwa się przyciągają!
A jeżeli zaś chodzi o amantów naszej głównej bohaterki, to od razu większą miłością zapałałam do naszego „normalsa”, Trevora, niż do obdarzonego równie doskonałym darem Duke'a. Jak ten pierwszy od początku wydawał mi się nad wyraz szczery w tym, co robił i na każdym kroku udowadniał, że wcale nie trzeba nosić kostiumu superbohatera, by nim być, tak ten drugi cały czas mi śmierdział zbytnią doskonałością. Nawet nie przypuszczacie, ile to razy chciałam chwycić naszego „amanta za dychę” za te jego kłaki i sprawdzić, czy po kilkukrotnym przytuleniu ze ścianą dalej będzie tak samo uroczy... Również w przypadku rodziców Addison czułam się stokroć podzielona, jeżeli chodzi o odbiór. Matka dziewczyny, chociaż widać było po niej, że troszczy się o córkę i chcę dla niej jak najlepiej, to niekiedy zdawała przesadzać ze swoją nadopiekuńczością, co kończyło się wieloma niepotrzebnymi sytuacjami. Natomiast ojciec Addie, choć miał więcej zaufania do nastolatki i pozwalał jej na trochę więcej (dzięki czemu mieli lepszy kontakt), to jednak za fasadą dobrego kumpla skrywała się pewna tajemnica, która wielu może lekko zdziwić...

CZYTELNICZKO, ZAKOCHAŁAŚ SIĘ W MOJEJ TWÓRCZOŚCI ZA PIERWSZYM RAZEM, CZY MAM CI PODSUNĄĆ POD NOS COŚ JESZCZE?

Kasie West należy do tego grona autorów, których raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Wielu czytelnikom (a raczej czytelniczkom, chociaż nie twierdzę, że tylko one sięgają po jej twórczość) dała się poznać poprzez liczne historie miłosne, gdzie... żadnej z nich nie znałam. Aż dotąd, bo – pomimo wyraźnego aromatu wątku fantastycznego – nie da się nie zauważyć, iż ta dziedzina jest przez tę autorkę bezgranicznie uwielbiana. Nie powiem, kiedy słodycz wylewa się ze stron, jestem skłonna wytykać to palcami o każdej porze dnia i nocy, lecz pani West potrafi ukazać „szczeniackie” uczucia w tak wyważonej formie, że aż chce się być świadkiem tego, jak ona kiełkuje. Jedynie, gdyby przyszło mi się spotkać z ową panią lub otrzymać szansę wymiany korespondencji z nią, zapewne uruchomiłabym swój słynny „urok” osobisty i dała jej wyraźnie do zrozumienia, iż kiedy staramy się złapać ludzi na dany wątek, to nie robimy dosłownie wszystkiego, aby zepchnąć go boleśnie ze sceny! Bo to powinno być zabronione! Kto jest za?

Podsumowując, chociaż nazwanie „Dziewczyny, która...” ambitną lekturą byłoby grzechem, jednak nie można jej odmówić uroku oraz lekkości, co sprawiło, że przyjemnie spędziłam z tą książką swój jakże cenny czas. I dlatego też, jeżeli nadarzy się ku temu okazja, spróbuję zapoznać się z pozostałymi dziełami pani West, aby ocenić, jak wiele różnią się jej typowe, pełne miłosnych wątków młodzieżówki od tej zakraplanej pewną dozą fantastyki!

pokaż więcej

 
2018-09-15 14:24:28
Cykl: Księgi skór (tom 1)

Gdyby ktoś wsunął w moje ręce „album” z tatuażami, zapewne bez mrugnięcia okiem zaczęłabym go przeglądać. Jestem z natury ciekawską bestią, a każda możliwość zaczerpnięcia inspiracji (gdzie od jakiegoś czasu marzę o tym bolesnym ozdobieniu ciała) jest dla mnie na wagę złota. Jednak gdyby ten sam człowiek by na mnie krzyknął, iż profanuję „grób” jego bliskiego, bo tak naprawdę trzymam księgę,... Gdyby ktoś wsunął w moje ręce „album” z tatuażami, zapewne bez mrugnięcia okiem zaczęłabym go przeglądać. Jestem z natury ciekawską bestią, a każda możliwość zaczerpnięcia inspiracji (gdzie od jakiegoś czasu marzę o tym bolesnym ozdobieniu ciała) jest dla mnie na wagę złota. Jednak gdyby ten sam człowiek by na mnie krzyknął, iż profanuję „grób” jego bliskiego, bo tak naprawdę trzymam księgę, gdzie jej zawartość składa się z fragmentów PRAWDZIWEJ skóry – śmiem przypuszczać, że wtedy bym zemdlała...

POKAŻ MI SWOJE TATUAŻE, A ODCZYTAM CAŁE TWOJE ŻYCIE!

Moim zdaniem, to dość szalona koncepcja upamiętniania zmarłych bliskich. Przecież jeszcze wielu nawet nie chce słyszeć o kremacji, także nie trzeba sobie wyobrażać ich min, gdyby pracownicy Zakładu Pogrzebowego zaproponowali coś tak dziwnego. Natomiast dla mieszkańców Saintstone stanowi ona codzienność. Prawie całe ich życie jest podporządkowane przyozdabianiem skóry, którą traktują niczym ogólnodostępny pamiętnik. Poprzez tatuaże uwieczniają najistotniejsze chwile swego życia, upamiętniając przy tym liczne sukcesy na tle rodzinnym lub zawodowym, ale również ukazując popełnione błędy. To one stanowią ich całą historię, dlatego też, kiedy nadchodzi śmierć, ich naznaczone tuszem fragmenty skóry stają się... „rodzinną pamiątką”. Nie powiem, pomimo tej dziwnej tradycji, czułam się niezwykle zaintrygowana wizją takiego świata, gdzie jednocześnie obawiałam się, że autorka nie podoła. Iż spłyci ona tak ciekawy zamysł, a ja z miejsca będę wiedziała, jak to się potoczy. Niepotrzebnie! Alice Broadway zagrała mi na nosie, nadając tej tuszowej tradycji tak wiele fascynujących barw, że aż to zapiera dech w piersi. Oczywiście nie miałoby to aż takiej siły rażenia, gdyby nie wprowadzenie elementu baśniowości. Przekazywane z pokolenia na pokolenie liczne historie (dobrze nam znane, lecz całkowicie opowiedziane na nowo), ubarwione charakterystyczną dla nich magią, wręcz zniewoliły umysły tamtych ludzi. Zaślepieni przekazywaną w nich mądrością, starali się jak tylko mogli, aby stanowić wzorzec dla pozostałych mieszkańców. Wpatrzeni w ideę tatuowania traktowali tych o „czystej skórze” jak największe, pozbawione duszy bestie i niezwykle pragnęli ich całkowitej likwidacji. Szkoda tylko, że tym oto sposobem sami powołali demony do życia. I jak niegdyś ludzie mieli problem z ukrywaniem swoich win, tak tutaj zyskiwali doskonałą przykrywkę. Przecież wystarczyło podsunąć fałszywy obraz samego siebie, aby uwierzono, iż jest krystaliczny...
Jak wątek tatuaży był dobrze rozwinięty, dzięki czemu poznaliśmy go niemal od podszewki, tak wizualizacja Saintstone pozostawia wiele do życzenia. Owszem, czytelnik ma możliwość zapoznania się z jego mapką (cudowny dodatek!), jednakże za Chiny nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim czasie toczy się akcja powieści. No dobra... poniekąd wiem, że na pewno nie mogę jej obsadzić w średniowieczu, lecz przydałaby się choćby drobna wskazówka pod tym kątem. Wiecie... czy to aktualnie toczące się lata czy jednak niedaleka przyszłość... Także wyczuwam tutaj wyraźną inspirację ptasimi motywami, które niejednokrotnie zdążyły przefrunąć przez ten gatunek i pozostawić po sobie wyraźny ślad obecności. I chciałabym bardzo – ale to bardzo – „nawrzucać” autorce, jak ten zamysł jest już oklepany, aczkolwiek przypomniałam sobie, iż w swoim „opowiadaniu” także o nie zahaczam, także, cóż... Może nie było tematu? Nie było, jasne?!

WYBIERZ MĄDRZE, LEORO!

Leora stanowi doskonały przykład tego, jak wpajane przez lata wartości oraz głęboko zakorzeniony w głowie (jak i w sercu) strach przed niewytatuowanymi może przyćmić umiejętność racjonalnego myślenia. Od lat wzorująca się na rodzicach dziewczyna starała się jak mało kto, by ci byli dumni z jej dokonywanych wyborów. I akceptowali je całymi sobą. Także, kiedy nastolatka przedwcześnie traci ojca, jej dotąd kolorowy świat gubi swoje najjaśniejsze barwy, pozostawiając ją w ciemności współpracującej w chaosie. W tych najgorszych chwilach mogła liczyć na wsparcie mamy oraz niezastąpionej przyjaciółki, Verity, które jak nikt inny potrafiły jej wskazać dobre strony egzystencji. Zachęcały ją do dalszego podążania wyznaczoną ścieżką, aby smutek całkowicie jej nie pochłonął. Jednak muszę przyznać, że spodziewałam się mocniejszej tęsknoty za kimś, na kim tyle lat się wzorowało. Najbardziej widać to w momencie, kiedy Leora poznaje prawdę o swoim tacie. Impulsywny gniew wyzwolił w niej prawdziwą bestię, która była już całkowicie obojętna na to, iż swoimi dalszymi postanowieniami krzywdzi nie tylko siebie, ale również najbliższe sobie osoby. Mówiąc szczerze, mnie również przy tym nieźle zamurowało. Owszem, spodziewałam się wyjścia na światło dzienne dość ciekawych informacji o tym mężczyźnie, lecz ja nie odczułam tego jak główna bohaterka. Tym samym udowodniła, że wystarczy dosłownie niewiele, by zmienić zdanie o człowieku i zacząć postrzegać go w zupełnie innym świetle. Tylko czy warto było postąpić tak, a nie inaczej? Czy warto było dać się ponieść tak zwodnym emocjom, kiedy tak do końca nie wiemy, kto tak właściwie ma rację?
Przez „Tusz” przewija się, pozornie, wielu bohaterów, których z miejsca można ustawić po danej stronie barykady. Nie powiem, ta myśl była nieco rozczarowująca, biorąc pod uwagę to, że przewidywalność – w każdej postaci – jest przereklamowana niczym galaretka z pianką. Właśnie takie wrażenie sprawiali idealna pod każdym względem Verity, pełna ciepła matka Leory czy też intrygujący Oscar (oraz wielu innych), lecz z czasem oni również ukazali swoje odmienne natury. Nawet zastanawiałam się, czy w międzyczasie ktoś ich nie podmienił! Nikt jednak z nich nie przebijał baśniarki Meg oraz trudnego do rozczytania tatuażysta Obel. Te dwie postaci całkowicie zdobyły moją uwagę (zaraz po głównej bohaterce) i wprost nie mogłam doczekać się prawdziwego znaczenia ich obecności w życiu nastolatki. A kiedy tylko ją odkryłam, zrozumiałam jedno: choćbyśmy starali się poznać całkowicie drugiego człowieka, to ta sztuczka nigdy się nie powiedzie...

PANI ALICE, CZY MOŻNA PROSIĆ O ZBIÓR BAŚNI? JAKO DODATEK DO SERII? PROOOSZĘ...

Mówiąc szczerze, Alice Broadway nie ma jakiegoś wyszukanego stylu pisania, który mógłby wyróżnić ją na tle pozostałych twórców dystopii. Posługuje się nad wyraz prostym, choć barwnym językiem, dzięki czemu książki się nie czyta – przez nią się płynie. Jak pierwsze rozdziały przypominają łagodne muśnięcia wody, tak z rozwojem fabuły porywają nas silne fale emocji, którym człowiek oddaje się bez pamięci. Także ogromnie raduje mnie wplątanie elementu baśniowości, gdzie ta dodaje całej idei uroku. Zgadza się, już o tym fakcie wspominałam, jednak trudno mi o nim nie wspominać, kiedy ma się w głowie interpretację autorki dobrze znanej (i dość lubianej) „Śpiącej królewny”. To właśnie ona najbardziej mnie oczarowała, ponieważ nie jest nad wyraz makabryczna (jak to w oryginale), ani przesłodzona do granic możliwości. Alice Broadway, poprzez nią, ukazała, że zatajenie prawdy bywa nieraz stokroć gorsze od szerzenia tysiąca kłamstw i szukania popleczników, którzy będą przy nich przytakiwać głowami...

Podsumowując, wydawałoby się, że aktualnie wydawane dystopie nie mają nam już nic nowego do zaoferowania, jednak „Tusz” umiejętnie obala ten mit. Owszem, nie da się nie zauważyć inspiracji innymi dziełami, lecz na każdym kroku Alice Broadway wprowadzała coś, co dawało powiew świeżości, równocześnie rozdrażniając pobudzoną ciekawość. Także, jeżeli obawiacie się tej książki – uspokójcie się i bez mrugnięcia okiem dajcie jej szansę. Obiecuję, że będziecie pozytywnie zaskoczeni!

pokaż więcej

 
2018-09-08 16:42:00
Cykl: Circus Lumos (tom 1)

Nawet nie przypuszczacie, jak wiele osób ostrzegało mnie przed tą książką. Co rusz słyszałam (lub czytałam): „Ola, nie ma co sobie psuć nerwów. Są znacznie lepsze młodzieżówki, na któryś mogłabyś skupić uwagę. Odpuść, proszę”. Ale ja – jak zwykle – zbagatelizowałam te słowa. Bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nie chciała zrobić komuś na złość. No i mówiąc krótko: dostałam za swoje!

MUSZĘ...
Nawet nie przypuszczacie, jak wiele osób ostrzegało mnie przed tą książką. Co rusz słyszałam (lub czytałam): „Ola, nie ma co sobie psuć nerwów. Są znacznie lepsze młodzieżówki, na któryś mogłabyś skupić uwagę. Odpuść, proszę”. Ale ja – jak zwykle – zbagatelizowałam te słowa. Bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nie chciała zrobić komuś na złość. No i mówiąc krótko: dostałam za swoje!

MUSZĘ PRZESTAĆ BYĆ TAKA UPARTA!

Lekturę tej książki śmiało mogę przyrównać do spaceru na bosaka po potłuczonych szkłach, gdzie co rusz nadziewałam się na jakiś ostry, przeszywający mnie na wskroś odłamek. Po prostu czytałam ją i nie dowierzałam temu, jak przy tak – nie bójmy nazywać się rzeczy po imieniu – oklepanej fabule można było jeszcze bardziej ją spłycić. Nie zrozumcie mnie źle, ale niestety „Król Kier” może bardziej pochwalić się przerysowaniami, widocznymi z paru kilometrów schematami oraz niedopracowaniem fabularnym, niżeli czymś innowacyjnym. Pomijając już fakt, że wyraźnie dało się odczuć głęboką inspirację „Miastem Kości” pani Cassandry Clare (wiecie, sytuacja w klubie, i nie tylko ona...), gdzie to prawie podchodziło pod plagiat, to jeszcze miałam nieodparte wrażenie, jakby autorka sama nie wiedziała, o czym ma właściwie pisać. Nagromadziła tutaj tak wiele wątków, że gdzieś po drodze padł jej pisarski GPS i się nieźle przy tym pogubiła. Przykład? Nasza „przeurocza” Alicja, po fast foodowej uczcie, bardzo obawiała się skoku wagi. I to jeszcze chwilę przed studniówką, co mogłoby grozić tym, że nie zmieściłaby się w kreację przygotowaną na tę okoliczność. Tylko szkoda, że parę (lub paręnaście, w tej książce czas raz przyśpieszał, a raz spowalniał) dni wcześniej zamówiła z przyjaciółką po dużej pizzy dla każdej z nich. Oczywiście później wyszło jak wyszło, jednak czemu wtedy nie martwiła się możliwością spożycia aż tylu nadprogramowych kalorii? Także nie mogłam doczekać się tej chwili, kiedy cyrkowa magia rozczapierzy swoje paluchy i naznaczy strony swoją potęgą. I już, kiedy była zapowiedź tej ekscytującej chwili, pani Aleksandra Polak upchnęła kolejne elementy w fabule, spychając ten wątek na bok, gdzie leżał smutny i pochrumkiwał z żalu nad swym marnym losem. „Kwii, kwii”, powtarzał jak mantrę Circus Lumos, „Kwii, kwii...”.
Nie powiem, w niektórych momentach autorce udało się mnie żywnie zaciekawić poczynaniami naszej „inteligentnej inaczej” Alicji (przepraszam za to wyrażenie, ale ta dziewucha zbyt wiele razy dawała popis swojej głupoty, bym mogła ukazać ją w znacznie innym świetle). Ba, nawet w takich momentach w mojej głowie świtała myśl, iż „po burzy zawsze wychodzi słońce”, ale za każdym razem moja radość była przedwczesna. Wrażenie déjà vu oraz mnożąca się jak przykłady na tablicy podczas lekcji matematyki absurdalność pewnych zdarzeń powoli przekraczały śmiertelną dawkę. I jak wcześniej przeklinałam pod nosem na wątki szkolne (czułam się przy nich tak, jakbym oglądała przereklamowane filmy dla zakompleksionych nastolatek), które zostały całkowicie wyolbrzymione, tak gdy nadeszła wiekopomna chwila z gwałtownie wybuchającym uczuciem między Alicją i Hadrianem... A kiedy jeszcze doszła do tego sympatyczna przewidywalność... Wtedy miałam olbrzymią ochotę przetestować, czy te skrzydełka przy książce są użyteczne i ujrzę, jak „Król Kier” odlatuje. I to możliwie jak najdalej ode mnie! W sumie dalej mam na to chrapkę...

CZY ONA ABY NA PEWNO LADA MOMENT KOŃCZY SZKOŁĘ? I TO NA DODATEK ŚREDNIĄ?

Spotykałam na swojej czytelniczej drodze niezbyt rozgarnięte, niegrzeszące inteligencją bohaterki, jednak żadna z nich nie przebija Alicji! Ta narzekająca na zbliżającą się maturę, wyobrażająca ją sobie jako największy koszmar świata (w tym momencie studenci polecają ci poznać smak sesji) nastolatka niejednokrotnie doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Irytująca jak mało kto, zachowująca się jak poznająca smak „dorosłości” gimnazjalistka, uczennica ostatniej klasy licealnej na profilu matematyczno-fizycznym (gdzie co krok powtarzała, jaka to fizyka jest nudna – bo przecież w każdej innej placówce nie ma zupełnie innych mieszanek przedmiotowych, które by jej lepiej pasowały) niejednokrotnie powodowała, że miałam ochotę ją udusić. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy jej adorator, Hadrian, tłumaczył jej, ile wysiłku wkładają w to, aby móc stanąć do walki z wrogiem, kiedy ona wyskoczyła z tekstem, że też się nadaje, bo kiedyś, będąc małym dzieckiem, pobiła w piaskownicy trzech chłopaków? Alicja, serio? Może to miało za zadanie rozweselić czytelnika w tak napiętej sytuacji, ale u mnie wywołało jedynie rytmiczne uderzanie się książką w czoło. Nawet pamiętam, że nuciłam coś takiego: Za co? Za jakie grzechy? Co ja takiego zrobiłam? A jeżeli chodzi o samego Hadriana, to jego kreacja również nie powaliła mnie na kolana. Jak jeszcze na początku myślałam, że może on uratuje sytuację i podciągnie co nieco moją ocenę na temat bohaterów, tak po czasie zrozumiałam, że nie mam na co liczyć. Może będę się powtarzać, ale zalatywało od niego tym słynnym rozcieńczonym kisielem, lecz tym razem wlano znacznie więcej wody.
Również przyjaciółka Alicji, Julia, nie zdawała się zbytnio od niej odbiegać, jeżeli chodzi o inteligencję. Chociaż jej rola w książce stopniowo zanikała, kiedy wątek miłosny (od czasu do czasu przeplatany czymś, co poniekąd można nazwać magią) skradał coraz więcej miejsca, to jednak ciężko zapomnieć coś, co mnie totalnie załamało. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy nadeszła wiadomość o tym, że Julia została przyłapana na całowaniu się z chłopakiem na szkolnym korytarzu. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że znała go zaledwie dwa dni, a już od samego początku powtarzała, że to wielka miłość! W ogóle miałam nieodparte wrażenie, że inspiracją do wykreowania niektórych bohaterów stały się... kawały. Tak, nie musicie przecierać oczu – po prostu część z nich zachowywała się tak komicznie, że kabarety prawie mogłyby ich uznać za konkurencję. Prawie, bo gdyby przekomarzanki w wykonaniu rodziców Alicji czy też „wariacje” jej kuzynów byłyby skeczami, to byłabym pierwszą osobą, która obrzuciłaby scenę pomidorami i czym prędzej uciekła od tej katastrofy. Dopiero kiedy na scenę weszły czarne charaktery, odczułam, że ktoś tu wreszcie zasługuje na miano człowieka, a nie zaprogramowanego robota, chociaż i tak dalej to nie było to, o czym marzyłam. Jednakże najbardziej zaintrygował mnie sam Tristan, który stanowił dla mnie największą zagadkę. Przedstawiony jako największy potwór, łaknący rozlewu krwi przeciwnik Circus Lumos, ukazał zupełnie inną twarz, tylko czy... to nie była sztuczka?

MOŻE JAKAŚ ZRZUTKA NA NOWY GPS DLA AUTORKI?

Mogę narzekać na niezbyt porywającą fabułę... mogę jęczeć z powodu źle wykreowanych bohaterów... mogę przeklinać na oklepane jak pośladki nieuka po wywiadówce schematy... jednak jestem w stanie znaleźć coś, co spowodowało, że nie wyrzuciłam tej książki przez okno. Oprócz lekkiego pióra i widocznego gołym okiem potencjału na stworzenie czegoś bardziej dopracowanego, doceniam to, że pani Aleksandra Polak nie poszła w ślady swoich koleżanek po fachu i akcja „Króla Kier” toczy się właśnie u nas, w Polsce. Naniosła na strony magię Gdańska, które od lat przyciąga tłumy turystów nie tylko swoją majestatycznością, ale również historią. Może nie ukazała go z tak wielu stron, jak bym chciała, aczkolwiek liczy się samo to, że dała mu szansę. Jednakże zastanawia mnie, skąd pomysł na to, aby uczennice liceum bezpardonowo chodziły po szkole w butach na obcasach. Co jak co, ale nawet w szkole średniej obowiązuje zmiana obuwia... Także zastanawia mnie fakt, czemu nikt nie zainteresował się, że dość okazały dom, który dotąd stał pusty, nagle został zamieszkany. Na pewno ktoś wiedział o jego istnieniu, bo jakby nie patrzeć w naszym kraju bardzo dobrze ma się coś takiego, jak eksploracja miejska (czyli słynny Urbex), gdzie celem bywają właśnie takie miejsca!

Podsumowując, tę młodzieżówkę mogę bezceremonialnie zatytułować „Książkową Femme Fatale”. Dlaczego? Otóż wabi ona swym pięknem ofiary, znaczy się czytelników, omamia je obietnicą udanej lektury, lecz przynosi im jedynie zgubę. Mówiąc szczerze, myślałam, iż oszukam przeznaczenie i będę mogła tym wszystkim ludziom powiedzieć, jak bardzo się mylili. Niestety „Król Kier” to kolejna książka, która mnie zawiodła. Miała być magia, wyszło krętactwo, dlatego też, czym prędzej chcę o niej po prostu zapomnieć...

pokaż więcej

 
2018-08-11 09:28:10
Dodała cytat z książki: Żywioły Karteru. Ziemia
Kiedy ludzie zbyt mocno zaczynają wierzyć we własną potęgę i szczęście, coś zawsze przypomni im, jak słabi są w rzeczywistości.
 
2018-08-11 09:25:15

Muszę przyznać, że przez pierwsze osiemdziesiąt stron (z hakiem) miałam niemały problem, aby móc z impetem wgryźć się w fabułę. Oczywiście nie było to spowodowane skomplikowanymi do szpiku kości wątkami czy też ciężkim do przełknięcia językiem, jakim mogłaby się posługiwać autorka, bo takich „atrakcji” nie zaznałam. Wszystkiemu winne były schematy, które zachowywały się tak, jakby to one miały... Muszę przyznać, że przez pierwsze osiemdziesiąt stron (z hakiem) miałam niemały problem, aby móc z impetem wgryźć się w fabułę. Oczywiście nie było to spowodowane skomplikowanymi do szpiku kości wątkami czy też ciężkim do przełknięcia językiem, jakim mogłaby się posługiwać autorka, bo takich „atrakcji” nie zaznałam. Wszystkiemu winne były schematy, które zachowywały się tak, jakby to one miały tutaj najwięcej do powiedzenia. Wyczułam również, że sama Meridiane Sage nie umiała sobie z nimi poradzić, oddając się powoli w łapska największego wroga literatury. Przyglądałam się tej drobnej „potyczce” z lekkim znużeniem, lecz autorka – w końcu – postanowiła powiedzieć STOP!, a jej walka pozwoliła mi ujrzeć „Żywioły Karteru...” z zupełnie innej strony.

HALO? POLICJA? CHYBA KTOŚ NAS ZROBIŁ W KONIA!

Kiedy tylko schematy straciły swoją drogocenną potęgę (chociaż ich obecność nadal była w jakimś stopniu wyczuwalna), zaczęłam coraz lepiej dostrzegać, w jak paskudnym położeniu znaleźli się, wybrani przez same Żywioły, nastolatkowie. Z pozoru łatwa misja do wykonania okazała się dla nich zgubą, gdzie każdy nieprzemyślany ruch oznaczałby pożegnanie się z życiem. Także zaufanie komukolwiek w tak drastycznej sytuacji mogłoby przyczynić się do niechcianego obrotu spraw. Tym samym, uważnie przyglądałam się rozwojowi wypadków, gdzie narastające napięcie powoli dawało się wszystkim we znaki, co skutkowało wieloma (nie)spodziewanymi zdarzeniami. Nastolatkowie powoli zaczęli dostrzegać prawdziwe znaczenie bycia Strażnikami, chociaż wieloletnie mydlenie oczu mocno dawało im się we znaki. Intryga rosła w siłę, a oni nadal brnęli w coś, co było ich „przeznaczeniem”. I kiedy tylko myśleli, że los się do nich uśmiecha i wreszcie mogą odetchnąć pełną piersią, wtedy życie wymierzało im siarczysty policzek, a ja zastanawiałam się, jak wiele przelanej krwi potrzeba, by porzucili oklepane plany pozbycia się wroga. Aby wreszcie postanowili udowodnić, że nie są marionetkami, gdzie każdy, kto tylko chciał, pociągał za sznurki. Jednak czy „oświecenie” wskazało im właściwą drogę? Nie, tego nie mogę zdradzić.
Niezmiernie podobało mi się ukazanie wojny, jaką toczyli przedstawiciele słynnych czterech żywiołów. Wyjątkowo nie stanęli naprzeciw siebie (bo zazwyczaj autorzy trzymają się tego scenariusza jak rzep psiego ogona), a ramię w ramię, by wspólnymi siłami pokonać swoich największych, krwiożerczych wrogów – nerimich (a dokładniej wampiry oraz zmiennokształtni, bo to właśnie te dwie rasy skrywały się pod tym pojęciem). To wyraźnie pokazało, że Meridiane Sage wymierzyła solidnego kopniaka nieprzyjacielowi wszelkich twórców, odważnie zmieniając ich oklepane „dane osobowe”.
Niestety niespecjalnie przypadł mi do gustu wątek związany z wyjaśnieniem wysyłania TYLKO czwórki Strażników do walki z nerimimi. Jak dla mnie był on wprowadzony za szybko. O wiele za szybko. Przedwczesne wyjaśnienie tej „tradycji” odebrało jej całą aurę tajemniczości, którą była obleczona od góry do dołu. To tak, jakby chciwie napić się wrzącej herbaty, niemiłosiernie parząc sobie przy tym język, by później nie odczuwać jej smaku. Teraz rozumiecie to uczucie? Także mam nieodparte wrażenie, jakby ukazane tutaj wątki miłosne były... wciśnięte na siłę. Doskonale rozumiem, że każdy z nas potrzebuje kogoś kochać, ale w tym przypadku wydawało mi się to nieco naciągane, przez co nagromadzona tutaj słodycz starała się w lekkim stopniu przyćmić znacznie ważniejsze wątki.

DZIECI ŻYWIOŁÓW... A MOŻE DZIECI POSŁANE NA PEWNĄ ŚMIERĆ?

Wydawałoby się, że wykreowanie bohaterów z krwi i kości to bułka z masłem i każdy jest w stanie tchnąć w nich tyle człowieczeństwa, że czytelnicy zaczynają się zastanawiać, czy aby nie mają do czynienia z kimś prawdziwym. I chociaż autorce po części się to udało, bo doskonale oddawała emocje, jakie targały postaciami oraz ukazała, że każdy – pomimo swojego statusu w społeczeństwie – nie jest pozbawiony wad, to nie umknęło mojej uwadze to, jak Strażniczki szybko opanowały sztukę walki, której niektórzy musieliby uczyć się latami. Poza tym Elizabeth została ukazana jako nieśmiała, niepewna swoich możliwości przedstawicielka Ziemi, gdzie gwałtownie przeistoczyła się w gotową do dyskusji odważną dziewczynę. Nie powiem, działało to na jej korzyść, bo dzięki tej zmianie stała się przykładną pogromczynią nerimich, jednak – w moim odczuciu – nie było to zbytnio naturalne. Także Alexander, pomimo ciętych ripost i żarcików, które wywoływały uśmiech na mojej twarzy, wydawał mi się taki... rozciapany. Rozumiem, że miłość może ogłupiać, ale nie dajmy się zwariować. Tym samym mogę śmiało go porównać do rozcieńczonego kisielu, gdzie ten w smaku jest nawet w porządku, lecz szału nie ma. Natomiast nie mogę przyczepić się do lubującego przewidywać czarne scenariusze Fallena, który całkowicie kupił mnie troską o brata. Mógł sobie zgrywać twardziela, jednak to rozczuliło mnie na tyle, że już był mi obojętny jego „paskudny” charakterek. A Katherine... cóż... prócz szybkiego (a zarazem nienaturalnego) przyswojenia umiejętności walki niebezpieczną bronią, nie mam o niej nic więcej do powiedzenia.
Nie mogę także zapominać, że prócz Strażników pojawili się również inni bohaterowie, którzy okazują się godni naszej uwagi. Jedną z takich osób jest Marie, wampirzyca, gdzie swoją postawą udowodniła, że w każdym, nawet w potworach, tkwi szczypta dobroci. Polubiłam ją w dość ekspresowym tempie i niezmiernie cieszyłam się, że nastolatkowie postanowili jej zaufać, chociaż – mówiąc szczerze – wiele przy tym ryzykowali. Spoufalali się z wrogiem, za co mogli zostać paskudnie ukarani, lecz nie tylko oni złamali zasady tej „gry”. Jednakże nikt nie przypuszczał, że w ich szeregach czają się prawdziwe kreatury... Może nie miały one zbyt wiele do powiedzenia, ale przypuszczam, że już wkrótce może się to zmienić.

PROSZĘ PANI, A W ZADANIU TRZECIM WIDZĘ LITERÓWKĘ!

Meridiane Sage niczym nie wyróżnia się na tle innych młodych pisarzy, których dzieła miałam przyjemność (lub też nie) poznać. Owszem, autorka posługuje się lekkim piórem, jednakże w nim tego czegoś, co mogłoby mnie bezwarunkowo kupić. Mówiąc dokładniej – styl autorki jest dobry, lecz – moim zdaniem – powinna jeszcze ociupinkę popracować nad swoim warsztatem. A wtedy zdoła się przebić przed pozostałych, grzecznie nakazując im pozostanie w jej cieniu.

Zjedzone lub nadprogramowe literki, zgubione ogonki czy też źle postawione przecinki mogą zrobić każdemu psikusa, dlatego też, kiedy jest ich tyle, że byłabym w stanie zliczyć je na palcach tylko jednej ręki, po prostu je ignoruję. Niestety w przypadku „Żywiołów Karteru...” bardzo ciężko o tym mówić, gdyż prawie na każdym kroku pojawiały się przepiękne „niespodzianki”. Zagubione „ł” przy kwestiach coś pokroju „Pan XYZ kiwnąŁ głową na znak, że się zgadza”, bolesna separacja „po za” przy „poza tym” – to tylko drobne przykłady, bo mogłabym ich wskazać odrobinę więcej. Dlatego też mam prośbę do wydawnictwa, aby zadbali o tego typu szczegóły, bo ja jeszcze delikatnie zwracam o to uwagę, ale może kiedyś pojawić się ktoś, kto nie pozostawi na Państwu suchej nitki. A wtedy zrobi się nieprzyjemnie...
Pragnę także zwrócić uwagę na pewne (chyba) niedopatrzenie związane z naszą dobroduszną wampirzycą, Marie. Otóż autorka za każdym razem podkreślała, jak to „krwiopijcy” mają wyostrzony słuch, dzięki czemu potrafią usłyszeć każdy szmer ze sporej odległości, kiedy podczas pewnej rozmowy owa dziewczyna nie usłyszała słów swojego rozmówcy. Jak dla mnie było to nadzwyczaj dziwne, bo również mogła przeniknąć do jego myśli, jednakże w głowie powstało mi pewne pytanie: A może, niczym Bella z dość osławionej sagi „Zmierzch”, również posiadał swego rodzaju dar, dzięki czemu mógł skrzętnie ukrywać swoje przemyślenia? Aczkolwiek, nadal pozostawała sprawa felernego słuchu Marie, która kłuje mnie niczym oset podczas spacerów po dość zarośniętej łące.

Podsumowując, może „Żywioły Karteru...” autorstwa Meridiane Sage nie zachwyciły mnie do tego stopnia, bym mogła o niej myśleć godzinami i zastanawiać się, co takiego wydarzy się w kolejnej księdze, lecz nie można im odmówić pewnego uroku. W bardzo dobry sposób ukazuje, że pełne zaufanie, wsparcie oraz szczerość są idealnymi kluczami do stworzenia silnej więzi, która pozwala ludziom być ze sobą na dobre i złe. Także udowadnia, że również nigdy nie wiadomo, kto jest tak naprawdę naszym wrogiem... Jednakże starzy wyjadacze fantastycznych klimatów mogliby nie czerpać satysfakcji z tej książki, dlatego też warto, aby zainteresowali się nią ci, którzy są dopiero na etapie zapoznania się z tym gatunkiem.

pokaż więcej

 
2018-08-05 13:19:16

Spacery od zawsze kojarzyły mi się z wygospodarowaniem wolnej chwili tylko dla siebie. Z możliwością pooddychania świeżym powietrzem, odetchnięcia od zmartwień i codziennych obowiązków czy też z luźnymi wypadami w miasto, aby móc odwiedzić ulubione miejsca lub odkryć jakieś – nieznane dotąd – jego zakamarki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że samemu narzucasz tempo! Można się wlec czy iść... Spacery od zawsze kojarzyły mi się z wygospodarowaniem wolnej chwili tylko dla siebie. Z możliwością pooddychania świeżym powietrzem, odetchnięcia od zmartwień i codziennych obowiązków czy też z luźnymi wypadami w miasto, aby móc odwiedzić ulubione miejsca lub odkryć jakieś – nieznane dotąd – jego zakamarki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że samemu narzucasz tempo! Można się wlec czy iść żwawym krokiem. Jednakże od czasu przeczytania „Wielkiego Marszu” Richarda Bachmana (a raczej Stephena Kinga, bo to on skrywa się pod tym nazwiskiem), zmieniłam do nich, w jakimś stopniu, podejście...

IŚĆ, CIĄGLE IŚĆ...

Jeszcze przez parę dni po przeczytaniu tej książki musiałam zwalczać w sobie myśl, że idąc na zwyczajne zakupy sama nie uczestniczę w Wielkim Marszu. Tłumaczyłam sobie, że przejeżdżające obok mnie samochody nie są powypychane żołnierzami, którzy kontrolują każdy mój ruch, by w razie popełnionego błędu ofiarować mi soczyste upomnienie, a otaczający mnie ludzie nie czekają na to, aż stanę się żywą tarczą. Jak sami widzicie, Stephen King zasiał we mnie strach, chociaż – muszę przyznać – na początku niczego tutaj nie rozumiałam. Owszem, zapoznano mnie z pewnymi faktami na temat popularnego w tamtej rzeczywistości marszu, ale żaden z nich nie zdradzał, o co tak właściwie chodzi w tej morderczej „dyscyplinie”. Dopiero wraz z dalszą wędrówką zawziętych bohaterów pozwolono mi dostrzec coś, co mi wcześniej perfekcyjnie umykało – jeżeli nie wiesz, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. To właśnie dla tej nagrody stu wybranych młodych mężczyzn postanowiło postawić wszystko na jedną kartę! Tylko czy w imię szybkiego wzbogacenia się warto było pozwolić obserwować innym własne słabości? Przecież oni nie mieli nawet prawa przystanąć na parę sekund, by móc odetchnąć, a co dopiero załatwić potrzeby fizjologiczne czy się nadzwyczajniej w świecie wyspać, bo z miejsca sypały się ostrzeżenia. A z każdym kolejnym kilometrem sytuacja robiła się coraz gorsza. Zmęczenie, parcie na pęcherz, chęć załatwienia grubszej potrzeby... Jakoś musieli się z tym uporać w taki sposób, by nie zakosztować gniewu żołnierzy. Prawie obgryzając paznokcie (z naciskiem na prawie), uważnie śledziłam ich walkę o swoje lepsze jutro, gdzie – pomimo początkowego sceptyzmu względem bohaterów – pożegnania z polubionymi osobami (nawet tymi mogącymi na dłuższą metę denerwować) stawały się coraz trudniejsze do zaakceptowania. Wiecie dlaczego? Bo chociaż wielu z tych mężczyzn brało udział w tej grupie „eskapadzie” z egoistycznych pobudek, to jednak odnaleźli się również tacy, którzy pragnęli wesprzec swoich bliskich. Tylko szkoda, że nikt ich nie uświadomił w jednym: Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach.
Niestety brakowało mi jednak w tej książce elementów, które jawnie by wskazywały na to, że mamy do czynienia z przyszłością. Przecież doskonale zdajemy sobie sprawę, że nowoczesna technologia rozwija się w zastraszająco szybkim tempie, dzięki czemu ułatwiamy sobie życie, tym samym pozwalając się jej zniewolić. Nie zrozumcie mnie źle, ale Stephen King mógł się w tej dziedzinie bardziej postarać – przecież jego głowa zawsze jest pełna dzikich pomysłów, o czym świadczy pokaźny dorobek literacki. No nic, jakoś trzeba było zagryźć zęby i przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy.

... BO PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ W BIEDZIE!

Wydawałoby się, że w tego typu „bataliach” będzie trudno odnaleźć kogokolwiek, kto – pomimo bycia naszym groźnym rywalem – wyciągnie do nas pomocną dłoń, niżeli jeszcze bardziej nam zaszkodzi. Cóż, bohaterowie „Wielkiego Marszu” umiejętnie obalili ten pradawny mit. Pomimo ogromnej chęci przetrwania, gdzie pozbycie się rywali powoli zbliżało ich ku wymarzonej mecie, niejednokrotnie wyciągali swoich rywali z opresji, tym samym naszego głównego bohatera. Ale Garraty wcale nie był dłużny. Sam nie wahał się ani chwili, gdy jego nowi znajomi zbierali kolejne ostrzeżenie, nieuchronnie zbliżając się ku śmierci. Jednakże to także miało swoje negatywne skutki. Każda kolejna utrata kogoś boleśnie przypominała im o tym, że nie wyruszyli w nieznane po to, by móc w docelowym miejscu napić się zimnego piwa, naigrywając się z tych, którzy jęczeli z powodu bólu nóg. To oddziaływało na ich psychikę, ukazując, że wystarczy drobna rysa, aby każde kolejne uderzenie powiększało ją, przez co można się posypać. A dokładając do tego zmęczenie prowadzące do rozdrażnienia... Mieszanka wybuchowa, jak się patrzy.
Żeby jednak nie było za kolorowo, znaleźli się tam również tacy, którzy umiejętnie wykorzystywali wszelkie słabości pozostałych, by dzięki temu szybko ich eliminować. Doskonale wyczuwali, z kim mogą dać sobie radę, lecz kiedy natrafiali na ciężką sztukę – wtedy odczuwali w jakimś stopniu satysfakcję, bo dzięki temu mogli się wykazać. Natomiast jeżeli chodzi o ludzi, którzy z chorą fascynacją obserwowali zmagania maszerujących... Okazali się znacznie gorsi od tych, którzy podstawiali nogi rywalom. Jakoś nie wyobrażam sobie tego, bym umiała stanąć w tłumie gapiów, czekając tylko na to, aż ktoś pożegna się z Wielkim Marszem, by móc świętować czyjś bolesny upadek. Tym samym przypominali krzykliwie odzianych mieszkańców Panem z „Igrzysk śmierci” (Suzanne Collins), którzy także czerpali przyjemność ze śmierci niewinnych osób, gdzie wcześniej obstawili zakłady. To boleśnie pokazuje, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by zapewnić ludziom rozrywkę.

JAK TO JEST BYĆ MŁODYM MĘŻCZYZNĄ, CZYLI MROCZNA WIZJA STEPHENA KINGA!

Wiele miłych duszyczek powtarzała mi, że jeżeli mam rozpocząć swoją przygodę z dziełami króla grozy, nie powinnam wtedy sięgać po „Wielki Marsz”, ponieważ nie oddaje on w pełni talentu pisarza. Chyba mieli rację, bo niektóre elementy fabuły mogę śmiało porównać do piasku, który niepostrzeżenie dostał się do mojej porcji deseru, gdzie przy każdym kolejnym kęsie niemiłosiernie chrzęścił między zębami. Doskonale rozumiem, że panowie uwielbiają poruszać specyficzne tematy (i nie tylko oni, bo panie też są w tym całkiem niezłe, ale nikt o tym głośno nie mówi...), jednak przedstawione przez niego rozmowy były w większej części... niesmaczne. Z czasem do nich przywykłam, lecz ich prostactwo nadal mi ciążyło... Także obawiałam się, że skoro mowa o marszu, to jestem zdana na wysłuchiwanie (a raczej wyczytywanie) jednego i tego samego: idą i idą, i idą... Na szczęście Stephen King przeistoczył tę kwestię w pełną wrażeń wędrówkę, która – pomimo wiecznego brnięcia tylko przed siebie – nie została przesiąknięta rutyną. To godne pochwały.

Podsumowując, nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z prozą Stephena Kinga, ale gdybym się nie zaparła do zapoznania innych jego dzieł, to zapewne po „Wielkim Marszu” mocno bym się zastanowiła, czy warto kontynuować z nim przygodę. Owszem, nie mogę odmówić temu autorowi umiejętności budowania atmosfery grozy oraz kreowania oryginalnych, specyficznych bohaterów, lecz zostaje tak wiele niewyjaśnionych elementów, że ciężko stwierdzić czy to przez nieuwagę pana „Bachmana”, czy jednak przerósł go ten wyimaginowany świat i nie podołał wyzwaniu. Możliwe też, że po tylu latach siedzenia w tym gatunku nie jestem już w stanie inaczej postrzegać książki wydanej w 1979 roku. Nie mogę jednak odmówić jednego – już wtedy nie wróżono następnym pokoleniom dobrego życia.

pokaż więcej

 
2018-07-23 20:34:49
Dodała cytat z książki: Skrzywdzona
- A więc jesteś zwykłą nastolatką? Nie trzymasz w szafie żadnych trupów?
Uniosłam palec.
- Kiedy miałam dziesięć lat, ukradłam czekoladowy batonik ze sklepu ze słodyczami. Ale było mi z tym tak źle, że nie mogłam go zjeść.
Finn się roześmiał.
- Była z ciebie prawdziwa buntowniczka, co nie?
- No. Badass jak się patrzy [...].
 
2018-07-23 20:34:10
Dodała cytat z książki: Skrzywdzona
Wszyscy wierzymy w to, czego nas uczą, prawda? Zwłaszcza jeśli nauczycielami są ludzie, którym ufamy najbardziej na świecie.
 
2018-07-23 20:33:35
Dodała cytat z książki: Skrzywdzona
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj za to, że miałaś wypadek.
- No tak. Przepraszam.
 
2018-07-23 20:32:47
Dodała cytat z książki: Skrzywdzona
Poświęcenie kogoś dla własnego dobra to egoizm, choćbyśmy ubrali to w nie wiem jak piękne słówka. Życie żadnego człowieka nie jest warte więcej niż życie innego.
 
2018-07-23 20:30:49

Po chwytających za serce „Uwięzionych” oraz przesiąkniętym do granic możliwości słodyczą, mogącą zepsuć nam nie tylko zęby, ale również nerwy „Silence”, nadeszła wielka pora, abym zapoznała się ze „Skrzywdzoną”. I chociaż wielu ludzi dobitnie powtarzało: „Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei, bo później będziesz zawodzić jak nienaoliwione zawiasy okienne”, olbrzymie liczyłam na powrót dawnej... Po chwytających za serce „Uwięzionych” oraz przesiąkniętym do granic możliwości słodyczą, mogącą zepsuć nam nie tylko zęby, ale również nerwy „Silence”, nadeszła wielka pora, abym zapoznała się ze „Skrzywdzoną”. I chociaż wielu ludzi dobitnie powtarzało: „Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei, bo później będziesz zawodzić jak nienaoliwione zawiasy okienne”, olbrzymie liczyłam na powrót dawnej Natashy Preston, która powaliła mnie niegdyś słowami na łopatki. No cóż... Również ta książka dzielnie dążyła ku temu, bym wreszcie dała sobie z prozą tej autorki święty spokój...

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA? WYBACZ, ALE TEGO NIE KUPUJĘ!

Nie da się tego ukryć, że Natasha Preston jest z natury romantyczką i każda jej książka, pomimo silnego nawiązania do trudnych, niemal bolesnych tematów, zawsze zawiera wątek miłosny. Doskonale to rozumiem, bo głębokie uczucia, jakimi darzy się dwójka bliskich sobie osób to rzecz święta, ale – na litość boską – sprawy między Scarlett a Noahem toczyły się szybko. O wiele za szybko. Ledwo co się poznali, a nie mija za wiele czasu, gdy już uchodzą za szczęśliwą, szczerze sobie oddaną parę. Co więcej, nastolatkowie są tak pewni swoich uczuć, że pozwalają sobie na dość dalekie wycieczki w przyszłość, gdzie doskonale wiedzą, jak będzie wyglądać ich dom, ile będą mieli dzieci i jakie zwierzęta będą im towarzyszyć we wspólnej ścieżce. Czułam się tak, jakby autorka starała się pobić jakiś rekord najszybszego związania się z drugą osobą. No cóż... Księżniczki z bajek Disneya dalej winszują w tej konkurencji.
Również wcześniej nie zastanawiałam się aż nadto nad wątkiem amnezji, na którą cierpi główna bohaterka. Scarlett nie pamięta nic sprzed swoich czwartych urodzin i każda próba przełamania umysłowej bariery kończy się silnym bólem głowy, ale wiecie co? Prawdę mówiąc, czułabym się dokładnie tak samo. Nieważne, że jestem znacznie starsza od niej (nie pytajcie nawet, o ile lat, bo się załamię...), ale wspomnienia z tak wczesnego dzieciństwa zacierają się, kiedy mamy do czynienia z silniejszymi wrażeniami, a takowych nam na pewno nie brakuje. Także ten motyw niespecjalnie do mnie przemówił. Gdyby Natasha Preston zawyżyła wiek w momencie utraty pamięci dziewczyny, wtedy nie czyniłabym już takowych zarzutów.
Żeby oczywiście nie było, że umiem jedynie obrzucać tę książkę błotem (bo z natury bywam dość wredna i czepialska!), pragnę oznajmić, że autorka ma tupet. Tak, to brzmi, jakbym nadal stosowała swoją „magię”, ale wyobraźcie sobie, że wszystko to, przez co musiałam przejść, to była... zasadzka! Natasha Preston dość boleśnie zamydliła mi oczy nastoletnim, „perfekcyjnym” do bólu zębów romansem, aby po tej sporej dawce słodyczy wywołującej u mnie falę mdłości pobudzić mnie solidnym zdzieleniem po twarzy. Jak wcześniej cała fabuła skupiała się na wątku miłosnym oraz niewiele wybijających się na jej tle elementach obiecującej zagadki do rozszyfrowania, tak wraz z ujawnianiem coraz to bardziej mrożących krew w żyłach sekretów poczułam, o co w tym tak naprawdę chodzi. Co spowodowało, że Noah, który pobudził wiele dziewczęcych serc do szybszego bicia, zainteresował się cichą myszką i to właśnie na niej skupił całą swoją uwagę. Nie powiem, przeczuwałam, że miał w tym jakiś ukryty cel, ale nie przypuszczałam, że autorka poleci aż tak daleko! No dobrze, mogłam się tego domyślić, bo Preston już parę razy udowodniła, że takie trudne tematy ją kręcą, ale żeby wywinąć aż taki numer? Wprowadzić wątek, który dobitnie pokazuje, że wystarczy dosłownie niewiele, aby złamać innego człowieka i uczynić go niewolnikiem swoich, doprawdy, chorych przekonań. Tutaj już nie było miejsca na obsypywanie się garściami cukru – od tego momentu trzeba było trzymać rękę na pulsie, uważnie kontrolując każdy kolejny ruch bohaterów. Trzeba było mieć oczy szeroko otwarte, aby odkryć, co tak naprawdę siedzi w głowach tych, co byli gotowi zrobić dosłownie wszystko, aby postawić pewny krok ku tragedii, gdzie owa miała być przez nich zupełnie inaczej odbierana. I przyznam szczerze, że autorce udało się również zakończyć tę historię w bardzo dobrym stylu. Może przebijają przez niego oklepane jak muchy packami schematy, ale – moim zdaniem – doskonale zamyka wszelkie zdarzenia, jednocześnie zasiewając w sercach nadzieję. Nadzieję na to, że każdy człowiek, prędzej czy później, zdoła wyciągnąć ważną lekcję z błędów, jakie do tej chwili popełniał. Jednakże, czy zdoła się do niej odwołać?

MOŻESZ OBLAĆ MNIE KWASEM, BO COŚ CZUJĘ, ŻE NIE ISTNIEJE MIĘDZY NAMI CHEMIA...

Najlepsi bohaterowie książkowi to tacy, którzy wzbudzają w nas skrajne emocje. Tacy, dla których jesteśmy gotowi sprzedać własną duszę, byle tylko móc się z nimi spotkać, ale również i tacy, którzy nawet swoim oddechem potrafią doprowadzić nas do szewskiej pasji. W przypadku Scarlett... Nie powiem, nie zazdrościłam jej położenia oraz konsekwencji, jakie mogą ujrzeć światło dzienne, kiedy czyjeś plany się powiodą, ale ta dziewczyna nie wzbudzała we mnie zbyt wielu emocji. Była to była, na chu...steczkę drążyć temat? Także, gdybym musiała ją porównać do jakiegoś pożywienia, to bez wahania wskazałabym rozcieńczony kisiel – zdatny do strawienia, ale szału nie ma. To samo odczuwałam co do Noaha, który także niczym szczególnym się nie wyróżniał. Cierpliwy, czuły... po prostu wzór cnót. Dopiero kiedy pokazał swoją prawdziwą twarz, mogłam ujrzeć go w zupełnie innym świetle, ale i tak nadal nie wzbudzał zbyt wielu emocji. Zupełnie inaczej miały się sprawy z przyjaciółką Scarlett, Imogen. Gdyby takowa dziewczyna stanęła na mojej drodze, to zapewne nie mogłabym tego dla was napisać, bo siedziałabym w więzieniu za brutalne morderstwo. Nawet nie wiecie, jak to dziewuszysko działało mi na nerwy! Uświadczona w swej doskonałości i powalającej na kolana urodzie nie potrafiła przyjąć do swojego malutkiego rozumku, że nie każdy przedstawiciel płci brzydkiej musi nią być zainteresowany, przez co odwalała takie sceny, że głowa mała. Jednak muszę stwierdzić jedno – wreszcie ktoś wzbudził we mnie jakieś emocje, bo nawet dorośli wydawali mi się zbyt zmechanizowani w swych czynach.

NATASHO, CIĘŻKO MI TO MÓWIĆ, ALE... MUSIMY SIĘ ROZSTAĆ.

Natasha Preston umie pisać – udowodniła to poprzez „Uwięzione”, które podbiły moje serce. Owszem, pojawiały się drobne zgrzyty, ale koniec końców pokochałam tę historię, przez co liczyłam na to, że kolejne twory owej autorki będą tak samo na mnie oddziaływać. Kiedy sparzyłam się na „Silence”, powinnam po prostu dać sobie święty spokój i pozwolić, aby kolejne historie spod pióra Preston poznawali ci, co zdołają ujrzeć w nich to piękno, które niegdyś mnie urzekło. Bo może ofiarowano mi kolejne dawki niezapomnianych wrażeń dające wiele do myślenia, ale nie jestem w stanie zapomnieć o wielu fabularnych cierniach, na jakie się nadziewałam. Także nie pozostaje mi nic innego, jak pomachać autorce na pożegnanie, pozwalając jej odejść z mojego życia.

Podsumowując, „Skrzywdzona” miała ogromny potencjał. Autorka poruszyła w niej dość trudny temat, jakim jest umiejętność przyporządkowania sobie całkiem obcych ludzi, karmiąc ich swoimi chorymi spostrzeżeniami, co może doprowadzić do katastrofy. Niestety przez to przebija się słodycz nastoletniej miłości oraz – w moim przypadku – niewzbudzający wystarczająco wiele emocji bohaterowie. Także, jeżeli nie wymagacie zbyt wiele od książek, jednakże chcecie dowiedzieć się, co tak właściwie stoi za nagłym zainteresowaniem Noaha Scarlett, możecie śmiało sięgnąć po ten tytuł. W innych przypadkach warto rozejrzeć się za czymś o wiele... ciekawszym.

pokaż więcej

 
2018-07-10 11:00:07
Dodała cytat z książki: Hashtag
Nie ufaj mu,
a jeszcze bardziej nie ufaj sobie.
 
2018-07-10 10:59:16
Dodała cytat z książki: Hashtag
Każdy powtarzał, że stare nawyki nie otwierają nowych drzwi, że są jak rdza i że krótko po tym, jak je stworzymy, to one zaczynają tworzyć nas, ale nikt nie zadawał sobie trudu, by z nimi zerwać.
 
2018-07-10 10:54:31

Pana Remigiusza Mroza raczej nie muszę nikomu przedstawiać. Przecież to nazwisko tak często przewija się przez blogosferę (A żeby tylko przez nią...), że zapewne niektórzy już zastanawiali się nad złożeniem doniesienia, jakoby wspomniany wcześniej autor ich prześladował. Nie powiem, sama czułam się w jakimś stopniu osaczona tym całym remigiuszoholizmem, a kiedy jeszcze weszłam w posiadanie... Pana Remigiusza Mroza raczej nie muszę nikomu przedstawiać. Przecież to nazwisko tak często przewija się przez blogosferę (A żeby tylko przez nią...), że zapewne niektórzy już zastanawiali się nad złożeniem doniesienia, jakoby wspomniany wcześniej autor ich prześladował. Nie powiem, sama czułam się w jakimś stopniu osaczona tym całym remigiuszoholizmem, a kiedy jeszcze weszłam w posiadanie przedpremierowego egzemplarza „Hasztagu” zrozumiałam, iż właśnie nadszedł mój czas. Przyszła pora, bym wreszcie pojęła, o co tyle szumu. Czy w ogóle warto zawracać sobie tym panem głowę? I wiecie co? Chyba się zaraziłam!

PRZEPRASZAM, ALE TA BLUZA MA ZA DŁUGIE RĘKAWY... HALO, DLACZEGO PANOWIE MNIE NIMI OBWIĄZUJĄ?

Jak jeszcze przez pierwsze parędziesiąt stron czułam, że mam wszystko pod kontrolą i nic nie zdoła mnie zaskoczyć, tak wystarczyło tylko drobne pęknięcie na fabularnej szklance, abym straciła pewność siebie. Pozornie łatwa do rozszyfrowania zagadka perfidnie pokazała mi środkowy palec, w międzyczasie rzucając mi pod nogi coraz to nowsze elementy układanki, która nabierała coraz to dziwniejszych kształtów. A że niezmiennie intrygowała mnie sprawa z tajemniczą przesyłką oraz co rusz pojawiających się wpisów z hashtagiem #apsyda, schowałam swoją dumę do kieszeni, starając się znacznie głębiej przeniknąć do tej skomplikowanej rzeczywistości. Tym samym przeistoczyłam się w papugę, powtarzającą jedną i tę samą frazę: „Co tu się odwala?”. Oczywiście, na rzecz tej recenzji, zastosowałam cenzurę, ale gdybyście mnie wtedy posłuchali... Przypuszczam, że już po dwudziestu minutach zwiędłyby wam uszy, ale co innego miałam mówić, kiedy z każdej możliwej strony szły do mnie sprzeczne informacje? W pewnym momencie nawet przestałam wierzyć, że to dzieje się naprawdę. Po prostu przyszło mi na myśl, iż to tylko koszmar, a główna bohaterka, Tesa, zaraz otworzy oczy i odetchnie z nieskrywaną ulgą. Także intensywnie główkowałam, kto mógł rozpętać to całe piekło. Obstawiałam wiele osób, ale – niestety – wspomniane wcześniej nakładające się na siebie (Ale to dziwnie brzmi, nieprawdaż?) sprzeczne informacje niejednokrotnie przypominały mi o moim beznadziejnym położeniu. Co za tym szło? Ciekawość powoli przeradzała się w irytację, gdzie nawet miałam ochotę pojechać do pana Mroza i cisnąć mu tą książką w uśmiechniętą buźkę. Dopiero wtedy, gdy wszelkie fragmenty zaczęły – w końcu – na siebie prawidłowo nachodzić, wtedy zobaczyłam swoją Gwiazdę Betlejemską. I wtedy też nie czytałam tej książki – ja ją po prostu połykałam, byle tylko dowiedzieć się, czy moje przypuszczenia okazały się słuszne. Ale zakończenie... Totalnie mnie zaskoczyło! Spodziewałam się już dosłownie wszystkiego, lecz każdy nakreślony przeze mnie scenariusz nie przewidywał czegoś aż tak skomplikowanego i banalnego zarazem. Czułam się powalona na łopatki. Jednakże, na swoje usprawiedliwienie powiem, że jakieś prześwity pod tym kątem myślowym miałam, ale wtedy pochwyciłam się czegoś innego, przez co wpadłam w zastawioną przez autora pułapkę.

A NIE LEPIEJ RZUCIĆ TO WSZYSTKO I WYJECHAĆ W... BEZPIECZNE MIEJSCE?

Tesa, a raczej Teresa (bo tak brzmi jej pełne imię), bez wahania mogłaby wystartować w konkursie na „Największego Introwertyka Roku”. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pierwszy człon może mocno uderzać w sylwetkę kobiety (zmagała się ze sporą nadwagą), jednak jej tryb życia sam mnie do tego zmusił. Tesa unikała towarzystwa ludzi jak diabeł święconej wody, wiecznie siedziała z nosem w książkach oraz wychodziła z domu tylko wtedy, gdy już nie miała możliwości zamówienia danej rzeczy tuż pod same drzwi. Aż się dziwię, że ktoś zdołał przebić się przez jej twardą, składającą się z wielu kompleksów skorupę, pozwalając jej uwierzyć w to, iż ona również zasługuje na zaznanie miłości. Tym rycerzem okazał się mąż Teresy, Igor, który jako pierwszy dowiedział się o tajemniczej przesyłce i bez wahania postanowił wspomóc swoją ukochaną w odkryciu prawdy. Ta szlachetna postawa spowodowała, że dość szybko zdobył moje zaufanie. I to znacznie szybciej niż sama główna bohaterka! Dopiero kiedy nastąpił niespodziewany zwrot akcji, mogłam poznać zupełnie inną naturę Tesy. Dotąd wycofana, zagubiona we własnych uczuciach, rozważnie stawiająca każdy krok zmieniła się w zdeterminowaną (No... może nie do końca, bo co jakiś czas wpadała w swoją słynną panikę, gdzie z powodu swojej nadmiernej potliwości prawie się odwadniała.) kobietę, która starała się, jak tylko mogła, byle tylko przywrócić upragniony spokój. A to wcale nie było takie łatwe, ponieważ każda kolejna wskazówka ponownie wpychała ją w sidła słabej kondycji psychicznej, która tylko przypominała jej o pewnych, dość śmiertelnych planach. Natomiast Krystian, słynny „Strach”... Cóż... Przy tym panu można postawić wiele znaków zapytania, ponieważ od początku strasznie ciężko – moim zdaniem – go rozgryźć. Z jednej strony starał się pokazać, że Teresa może mu zaufać, gdy z drugiej pokazywał, że nie ma dobrych intencji. Także ciężko jest mi się opisać samego Architekta (Tak ochrzczono człowieka odpowiedzialnego za #apsydę.). Owszem, był sprytny, skrupulatny oraz nieźle sobie pogrywał z główną bohaterką, ale co poza tym? Jeżeli zdradzę za wiele, to popsuję wszystkim zabawę. A na to nie mogę pozwolić, także zamykam ten temat!

UWAGA! PONOWNIE NADCIĄGA MRÓZ!

Szczerze? To nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Remigiusza Mroza. Ponad tydzień temu było mi dane zapoznać się z opowiadaniem tego autora, które zostało zamieszczone wewnątrz książki „Zabójczy pocisk”. Niestety uznałam je jedynie za zapychacz, a styl pisania pana Mroza za poprawny, taki w miarę akceptowalny, ale bez szału. Także przy „Hashtagu” nie robiłam sobie zbyt wielu nadziei, ale to, co tutaj odnalazłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W porównaniu z tamtym opowiadaniem ta książka to emocjonalna petarda, a sam autor zyskał w moich oczach. Także nie mam żadnych zastrzeżeń do kunsztu pisarskiego pana Remigiusza. Owszem, Literackiej Nagrody Nobla nikt by mu nie wręczył, ale nawet przy pomocy prostoty można stworzyć coś, co oddziałuje na człowieka. Dzięki temu wiem, że to nie było moje ostatnie spotkanie z jego prozą. Za jakiś czas powrócę do tego autora, ale jeżeli wtedy spotkam się z tym samym poziomem, co przy tym krótkim opowiadaniu – wtedy zacznę krzyczeć!
Chciałam zostawić tę kwestię w spokoju i po prostu ją przemilczeć, ale kiedy tylko przypominam sobie o odczytywaniu „esesmesów”, to automatycznie parskam śmiechem. Drogie wydawnictwo – mam nadzieję, że w dodruku ta forma przejdzie metamorfozę, bo inaczej będę wam ją wypominać dniami i nocami!

Podsumowując, nie miałam zbyt wielkich oczekiwań, jeżeli chodzi o „Hashtag”, ale ta książka definitywnie mnie rozbroiła. Nie dość, że nieźle oddziałuje na psychikę, przez co na każdą paczkę spoglądam z podejrzliwością wymalowaną na twarzy, to jeszcze brutalnie uświadamia, iż Internet nie jest taki bezpieczny, jak to się niektórym wydaje. Także warto uważać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wasz Architekt postanowi się odezwać...

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
692 176 1527
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (81)

Ulubieni autorzy (21)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (80)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd