Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Tomek 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 2 godziny temu
Teraz czytam
  • Fak maj lajf
    Fak maj lajf
    Autor:
    Młody jeszcze nigdy nie napisał prawdy, Papa robi zdjęcia, które mogą skompromitować pół Warszawy, Gambit sprzedałby własną żonę dla słupków oglądalności, a Nora – no cóż, potrafi wykorzystywać swoją...
    czytelników: 61 | opinie: 5 | ocena: 7 (5 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-03-29 11:03:35
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-03-29 11:02:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Jack Laidlaw (tom 2)

Rozrywka dla starszaków. Trącąca nieco naftaliną literatura z ambicjami wpisana w schemat tandetnej, brutalnej prozy rozrywkowej. Naftaliną tchnie tu przede wszystkim język – przesadnie surowy, na granicy karykatury amerykańskiego noir, w opisie gangsterów i sposobu, w jaki się porozumiewają, a jednocześnie bardzo kwiecisty, pełen rozbuchanych metafor i przesyconej bluesem męskiego wieku... Rozrywka dla starszaków. Trącąca nieco naftaliną literatura z ambicjami wpisana w schemat tandetnej, brutalnej prozy rozrywkowej. Naftaliną tchnie tu przede wszystkim język – przesadnie surowy, na granicy karykatury amerykańskiego noir, w opisie gangsterów i sposobu, w jaki się porozumiewają, a jednocześnie bardzo kwiecisty, pełen rozbuchanych metafor i przesyconej bluesem męskiego wieku średniego poetyckości w relacji stanu ducha głównego bohatera oraz opisach scenerii w której rozrywa się akcja. Tych opisów jest tu zresztą za dużo. Nie jest to na szczęście „Nad Niemnem” Orzeszkowej, ale nie wnoszą one nic do akcji. Tak, jakby pisarz nie dowierzał wyobraźni czytelnika lub chciał sfotografować słowami odchodzące w przeszłość, gwałtownie zmieniające się miasto. Pytanie tylko: po co? Na portret lub choćby uchwycenie ducha Glasgow jest tego za mało, a do akcji nie wnosi nic. Na szczęście pomysł fabularny jest tu bardzo mocny mocny, a jego wykonanie perfekcyjne – wątki poboczne doskonale oplatają, ale nie spowalniają głównego, konflikt wyraźny, a jednocześnie tak skonstruowany, że możliwe jest każde rozwiązanie. Podobnie ma się rzecz z antagonistami. Tu każdy podejrzany ma jakiegoś trupa (wręcz cmentarz) w szafie. Każdy kłamie, a jego intencje nie są do końca znane. Dzięki tej plątaninie zła zaserwowanej przez McIlvanney’a praktycznie do końca możliwe jest każde rozwiązanie zagadki. A to sprawia, że mimo pewnych dłużyzn czyta się „Poszukiwanego…” z niesłabnącym zainteresowaniem. Do ostatnich stron.
William McIlvanney próbował też stworzyć ze swojej powieści dramat postaw, rzecz o wiele głębszą niż tylko kolejną odsłonę odwiecznej historyjki o walce dobra ze złem. „Poszukiwany…” jest próbą opowiedzenia o konflikcie między idealizmem a cynizmem. Konflikt tych dwóch spojrzeń na życie pojawia się praktycznie w każdym wątku „Poszukiwanego…” – tak, jakby rzecz bardzo nurtowała pisarza i chciał się tym podzielić z czytelnikami. W sumie to miłe, ktoś chce z nami pogadać na głębszy temat, wierzy w naszą inteligencję. Tyle, że wnioski, jakie wysnuwa pisarz nie porażają swoją głębią. To raczej poziom licealnej dyskusji pt. „mieć czy żyć” – egzaltowany, płytki i oczywisty.
Ale i tak powieść McIlvanney’a czyta się z przyjemnością. Przynajmniej tym, którzy lubią, gdy literatura to nie tylko akcja, ale też smakowanie słów.

pokaż więcej

 
2017-03-23 19:13:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Duszny, posępny i elegijny dramat kryminalny. Rzecz z pogranicza popu i dużej literatury, którą powinna stać na półce obok „Rzeki tajemnic”, „Brudnego szmalu” i późnych powieści z Patrickiem Kenzie i Angelą Gennaro Dennisa Lehane, historii o śledztwach Charliego Parkera Johna Connolly’ego czy wreszcie wciąż nie wydanego w naszym kraju, znanego z ekranizacji Bena Afflecka, „Miasta złodziei”... Duszny, posępny i elegijny dramat kryminalny. Rzecz z pogranicza popu i dużej literatury, którą powinna stać na półce obok „Rzeki tajemnic”, „Brudnego szmalu” i późnych powieści z Patrickiem Kenzie i Angelą Gennaro Dennisa Lehane, historii o śledztwach Charliego Parkera Johna Connolly’ego czy wreszcie wciąż nie wydanego w naszym kraju, znanego z ekranizacji Bena Afflecka, „Miasta złodziei” Chucka Hogana.
„Brighton” łączy z nimi nie tylko miejsce akcji i tchnący przetrawionym kacem po piwie i whisky klimat historii. W odróżnieniu od większości powieści sensacyjnych, klasycznych kawałków kryminalistycznych, gdzie karty rozdają nieustraszeni (choć obarczeni uroczymi słabościami) detektywi i/lub prawniczki albo profilerki po przejściach, bostońskie historie to czysta kryminologia i wiktymologia – opowieści o sprawcach i ofiarach, przyczynach i kosztach przestępstwa. Ofiar jest zresztą więcej niż tylko ludzie znalezieni w kałużach krwi. Cierpienie, piętno zbrodni odbija się także na całym środowisku. Kwestia sprawstwa, dokonania zbrodni też nie jest tu taka jednoznaczna. Bezpośredni morderca/zabójca/kat/wykonawca wyroku jest jeden, ale przyczyny dla których sięgnął po broń są zdecydowanie bardziej złożone. Tu ostatecznie wszyscy bohaterowie ponoszą karę.
W tej bostońskości, głębi „bostońskiego noir” Michael Harvey idzie zdecydowanie dalej niż jego słynniejsi koledzy. Jego bohaterowie wręcz toną w rozpaczy, poczuciu samotności, niespełnienia i winy. Już zabierając się do gry, biorąc sprawy w swoje ręce są, w mniejszym lub większym stopniu, świadomi, że ten mecz, więcej – całe życie, to sprawa przegrana. Chodzi już tylko o styl, w jakim poniosą klęskę. Czy pójdą jak barany na rzeź (w najlepszym razie duchową) jaką szykuje dla nich los, czy też umrą (fizycznie lub co najmniej mentalnie) „w butach”.
Jest też „Brighton” – świadomie lub nie – rozliczeniem z kulturą współczesnego light/fajnego macho – mężczyzny lansowanego przez magazyny dla panów i tysiące reklam chipsów, piwa, samochodów, maszynek do golenia oraz szamponów mających wzmagać porost włosów i ukryć siwiznę – lalusia ze starannie wymodelowanym zarostem, bredzącego o wolności i mocnym życiu, a w rzeczywistości bojącego się własnego cienia, mentalnego ratlera, dla którego szczytem swobodnego lotu jest wspólne obejrzenie meczu kolegami w pobliskim barze. Większość panów zaludniających karty „Brighton” to właśnie takie pseudo megasamce, obnoszący się z groźnymi minami nieudacznicy lub lawiranci, próbujący cwaniakować tchórze, ponoszący klęski na każdym froncie, zwłaszcza tym odwiecznej wojny płci. Bo, choć głównymi bohaterami „Brighton” są mężczyźni, a osią dramatu WIELKA MĘSKA PRZYJAŹŃ, to w tym świecie szlachetnie straceńczego machismo rządzą kobiety. Harvey stawia przed nami cztery, z premedytacją chowające się na drugim planie, damy. Każda z nich reprezentuje jeden z damskich modnych, czytelnych dla każdego poparchetypów – uboga i samotna matka matka, karierowiczka, intrygantka oraz ofiara. Tylko jedna przegrywa. Reszta, nie szukając łatwego poklasku, trzyma w rękach prawdziwą władzę. W ostatecznym rozrachunku zwycięża. Panom pozostaje zgrywanie się na mężczyzn. Piwo, whisky i sport – oczywiście wyłącznie bierny, oglądany na ekranie telewizora lub w najlepszym wypadku na stadionie.
Duża rzecz. Bliska arcydziełu gatunku. Harvey może być jego przyszłością.

pokaż więcej

 
2017-03-19 01:52:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Chandler XXI wieku. „Syreny” mają wielką szanse stać się dla Josepha Knoksa tym, czym dla Wielkiego Raya był „Głęboki sen”. I nie chodzi tu tylko o podobne zawiązanie akcji i konstrukcję głównego bohatera. Obaj pisarze w swoich debiutach prezentują nam wyczerpujący przewodnik po perwersjach oferowanych nam przez miasto-moloch oraz katalog bohaterów zarażonych – na własne życzenie lub wbrew... Chandler XXI wieku. „Syreny” mają wielką szanse stać się dla Josepha Knoksa tym, czym dla Wielkiego Raya był „Głęboki sen”. I nie chodzi tu tylko o podobne zawiązanie akcji i konstrukcję głównego bohatera. Obaj pisarze w swoich debiutach prezentują nam wyczerpujący przewodnik po perwersjach oferowanych nam przez miasto-moloch oraz katalog bohaterów zarażonych – na własne życzenie lub wbrew własnej woli – złem.
Jednak „Syreny” nie są żadnym eleganckim hołdem składanym szacownej klasyce. Nie na „chandlerowszyźnie” zresztą polega wielkość tej powieści. Debiut Knoksa to dreszczowiec na wskroś nowoczesny, opowiadający o świecie tu i teraz, a jednocześnie bardzo uniwersalny i czytelny pod każdą szerokością geograficzną, zapierający dech rozmachem i dynamiką tak, że technothillery wydają się przy nim rozwlekłe i nudne niczym „Stara baśń” Kraszewskiego. Co więcej (i to już dowód na mistrzostwo, a co najmniej rzemieślniczą doskonałość pisarza) udaje mu się to za pomocą prostych, wydających się wręcz oczywistymi, zabiegów.
Swoją historię Knox opowiada za pomocą krótkich rozdziałów. Każdy z nich to zalewie jedna, najczęściej (ale nie zawsze) gwałtownie ucięta, za pomocą tzw. cliffhangera, scena. Ten zaczerpnięty z filmów i seriali sposób narracji, sprawia, że trudno się od tej historii oderwać. Dynamikę i napięcie budują też doskonale skonstruowane, zbudowane na półprawdach oraz niedopowiedzeniach, postaci i interakcje pomiędzy nimi. W świecie Knoksa (znów kłania się Chandler) wszyscy kłamią lub co najmniej mijają się z prawdą. Większość bohaterów gotowa jest do każdej podłości. Tu dobroć to wstydliwa przypadłość, zaś wrażliwość i zdolność do uczuć innych niż strach zostaje zawsze nagrodzona cierpieniem. Człowieczeństwo zredukowane jest do chciwości, chutliwości i woli przeżycia. Przyszłość nie istnieje. Są tylko grzechy i duchy przeszłości oraz teraźniejszość.
Ale „Syreny” to nie tylko dreszczowiec. Dzięki doskonale dobranym planom (a mamy tu i stare domyprawiepałace, i apartamentowce w nowych wieżowcach, lokale komunalne i narkomańskie mety oraz modne kluby z ich pełnymi brudu kiblami) Knox opowiada o współczesnej obyczajowości – kulturze ludzi „ładnych”, uważających się za kreatywnych, potrafiących tylko konsumować idiotów i tym, jak łatwo na ich pretensjonalności żerować.
Mocna rzecz. Więcej niż mocna. To może być powieść roku. Debiutem roku z pewnością będzie.
No i już nie mogę się doczekać na następnego Knoksa.

pokaż więcej

 
2017-03-15 11:39:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

Posępna ballada w stylu noir. Australijski danse macabre wyrzutków i straceńców na melodię melancholijnych ballad Nicka Cave’a. Rzecz, podobnie jak on pochodząca z Antypodów i podobnie jak jego muzyka inspirowana Ameryką. Chris Womersley to w prostej linii spadkobierca gigantów taniej brutalnej prozy lat 40. I 50., „dostojewskich za 99 centów” – m.in. Jima Thompsona, Charlesa Williamsa czy... Posępna ballada w stylu noir. Australijski danse macabre wyrzutków i straceńców na melodię melancholijnych ballad Nicka Cave’a. Rzecz, podobnie jak on pochodząca z Antypodów i podobnie jak jego muzyka inspirowana Ameryką. Chris Womersley to w prostej linii spadkobierca gigantów taniej brutalnej prozy lat 40. I 50., „dostojewskich za 99 centów” – m.in. Jima Thompsona, Charlesa Williamsa czy kompletnie zapomnianego W. R. Burnetta, którego, po mistrzowsku sfilmowana „Asfaltowa dżungla”, to niedoścignione (i niestety szerzej nieznane) arcydzieło gatunku.
Australijczyk, podobnie jak jego starsi o dwa pokolenia koledzy zza Oceanu, korzysta z mocno zużytego schematu dramaturgicznego i wyświechtanego katalogu bohaterów, wśród których trudno znaleźć kogoś dobrego czy uczciwego. To chciwcy – z wyboru, słabości lub rozpaczy, ludzie świadomi tego, że są skazani na klęskę. Jedyne, co mogą zrobić, to ją odroczyć. Świat Womersleya tonie w barwach beznadziei – czerni i szarości.
Ale choć wszystkie karty w „Złej drodze” są znaczone, powieść Australiczyka jest czymś więcej niż tylko doskonałym czarnym kryminałem. To poruszający swoją głębią i goryczą, melancholijny traktat egzystencjalny. Opowieść o zmarnowanych szansach, rozpaczy, głupocie i, przede wszystkim, samotności. Drugorzędna historia staje się pod piórem Womersleya wielką literaturą, historia kilku drobnych straceńców uniwersalną opowieścią o życiu jako paśmie kolejnych przegranych potyczek w drodze do nieuchronnej klęski.
Z banału pisarz buduje wielkie sceny – z operacją wyjmowania kuli i rozpisanym na kilka części odtruwaniem zatrutego narkotykami organizmu na czele. Ale i tak żadna z nich nie może się równać z przerażającym swoją bezsensowną brutalnością finałem, krwawą operą przemocy i rozpaczy, Ma ona w sobie ze słynnego końcowego „baletu śmierci” z „Dzikiej bandy” Sama Peckinpaha. Może nie jest tak efektowna, ale za zdecydowanie bardziej przejmująca i brutalna.
Ale „Zła droga” to nie tylko mistrzowskie, dopracowane w każdym znaku i każdym ujęciu sceny. Złowieszczy klimat historii podkreślony jest niezwykłym, nieco przypominającym Cormaca McCarthy’ego, językiem – pięknym w swojej surowości, lapidarnym i specyficznie zrytmizowanym, precyzyjnym i sugestywnym, pozbawionym ozdobników a jednocześnie bardzo poetyckim. Fascynującym w tych pozbawionych językowego piękna czasach.
Wielka, przejmująca proza. Rzecz do wielokrotnego smakowania.

pokaż więcej

 
2017-03-13 19:51:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:

Niezła jazda? Raczej wyścig Formuły 1. I to w bolidzie z rozregulowanym układem kierowniczym. Apoteoza życia, jakiej w kulturze popularnej dawno nie było. Alkohol, kokaina oraz, przede wszystkim, seks. Końska dawka seksu – jedynego prawdziwego prawdziwego dr. Feelgooda, najlepszego lekarstwa na wszelkie przypadłości i problemy. A na deser burdele i podłe bary, drobni gangsterzy, taksówkarze i... Niezła jazda? Raczej wyścig Formuły 1. I to w bolidzie z rozregulowanym układem kierowniczym. Apoteoza życia, jakiej w kulturze popularnej dawno nie było. Alkohol, kokaina oraz, przede wszystkim, seks. Końska dawka seksu – jedynego prawdziwego prawdziwego dr. Feelgooda, najlepszego lekarstwa na wszelkie przypadłości i problemy. A na deser burdele i podłe bary, drobni gangsterzy, taksówkarze i cwaniacy, brudne zaułki i zatęchłe mieszkania rozpadających się robotniczych dzielnic i modne rozświetlone kawiarnie w centrum Edynburga. No i nękające bohaterów pytanie o ciężarze kamienia filozoficznego – kto lepiej gra w piłę Hibsi czy Heartsi? Oto sens i smak życia według Irvine’a Welsha.
Ale to już nie ten Welsh z pierwszego „Trainspotting” – zniszczony niehigienicznym trybem życia heroinista, dla którego pisanie jest najlepszą terapią, zdrowszym nałogiem. Autor „Niezłej jazdy” to w pełni dojrzały artysta, pisarz doskonale świadomy swoich możliwości, lubiący bawić się bohaterami i językiem, wieczny chłopiec wciąż skory do psot, a jednocześnie mądry życiowym doświadczeniem trefniś u progu jesieni życia (w końcu ma już 59 lat), który chce nam powiedzieć, co w tym życiu najlepsze i najważniejsze.
Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy na naszym rynku ukazał się „Trainspotting zero" – pełen rozmachu, pod każdym względem doskonały prequel opowieści o Rentonie, Sick Boyu, Spudzie i Begbiem – wydawało się, że to szczyt pisarskich możliwości Welsha. Szkot osiągnął literackie wyżyny. Stworzył wielką powieść społeczną – i to nie tylko w kategoriach pop. Rzecz, którą można postawić w jednym szeregu z literackimi, filmowymi i scenicznymi dokonaniami brytyjskich „młodych gniewnych” z przełomu lat 50. I 60. Jednak okazuje się, że potrafi wspiąć się jeszcze wyżej.
Wykorzystując jednego z bohaterów niedocenionego „Kleju” – Terry’ego Lawsona (Sick Boy pojawia się w epizodzie) stworzył swoją najlepszą dotychczas powieść. „Niezła jazda” jest brawurowa językowo, błyskotliwa i finezyjna. Bawi do łez chwilami bardzo ryzykownym humorem, momentami zaś potrafi po prostu wzruszyć. Aż trudno uwierzyć, że te ponad 400 stron kończy się aż tak szybko. Szkoda, że nie ma w pobliżu Pubu Bez Nazwy. Na szczęście są sklepy, gdzie można kupić szkocką i piwo. No i jest seks.
Znakomita powieść. Chciałoby się napisać wielka, ale to chyba rozbawiłoby Welsha. Facet raczej nie ma pretensji do wielkości. Po prostu chce się bawić i potrafi zapewnić doskonałą zabawę wszystkim wokół.

pokaż więcej

 
2017-03-07 13:26:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Harlan Coben w krainie „Blade Runnera”. Romantyczny familijny dramat noir rozgrywający się w rozpadającym świecie jutra. Rzecz warta przeczytanie z trzech powodów. Pierwszy to oczywiście wciągająca, bardzo „cobenowska” historia tajemnicy, zbrodni i miłości. Panowie poczują tu dreszczyk emocji, zaś panie mogą nawet uronić łzę. Drugi to inteligentne rozegranie dramatów rozgrywających się naszym... Harlan Coben w krainie „Blade Runnera”. Romantyczny familijny dramat noir rozgrywający się w rozpadającym świecie jutra. Rzecz warta przeczytanie z trzech powodów. Pierwszy to oczywiście wciągająca, bardzo „cobenowska” historia tajemnicy, zbrodni i miłości. Panowie poczują tu dreszczyk emocji, zaś panie mogą nawet uronić łzę. Drugi to inteligentne rozegranie dramatów rozgrywających się naszym realnym świecie – od rozpasanej, wciąż nakręcającej się konsumpcji, przez efekt cieplarniany aż do kryzysu emigracyjnego.
Czytając „Uzdrowiciela” widać, że los naszej planety jest dla Antti Tuomainena ważny. Pisarz widzi i ostrzega, do czego możemy doprowadzić naszą chciwością, bezmyślnością oraz żarłocznością. Jednak „Uzdrowiciel” nie jest ani przez chwilę ekologiczną czy antykorporacyjną agitką. Konsekwencje naszego rozpasania są dla fińskiego pisarza tylko atrakcyjną dekoracją dla rozgrywającego się dramatu. Sztafażem mającym podkreślić naszą rozpaczliwą niemoc wobec codzienności. Niemoc będącą konsekwencją wcześniejszej głupoty i bierności. Bo debiutancka powieść Tuomainena to przede wszystkim emocjonująca i przewrotna opowieść o miłości, historia uroczo sentymentalna, oparta na wierze, że prawdziwe uczucie pokona każdą przeszkodę. Historia chwilami tak ckliwa, że granicząca z kiczem. Jednak nigdy tej granicy kiczu nie przekraczająca.
Jednak nie tylko dla romantycznej historii oraz realistycznej futurystycznej scenerii warto „Uzdrowiciela” przeczytać. Wielkim, jeżeli nie największym, atutem prozy Tuomainena jest język – lapidarny i bardzo plastyczny. Chciałoby się napisać, że kojarzący się z fińskim drwalem. Tyle, że lapidarność Tuomainena nie jest ani przez chwilę szorstka. Po prostu pisarz zna wagę słów i wierzy w inteligencję oraz wrażliwość czytelnika. Stosując proste środki uruchamia je, a opowiadana historia wyświetla się przed naszymi oczami. To pozornie prosty, a w rzeczywistości bardzo trudny, wymagający wielkiej wrażliwości i mistrzowskiego warsztatu, wyrafinowany zabieg. Sprawiający, że trudno się od historii Tuomainena oderwać.

pokaż więcej

 
2017-03-07 12:50:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Kameralna etiuda na 6 ludzkich instrumentów. Posępna i piękna baśń przemocy. Gorzka i romantyczna opowieść o zemście, tęsknocie, bólu i samotności. Bardzo hitchcockowska w budowie i przede wszystkim, klimacie.
Fin Antti Tuomainen nie ma nic wspólnego ze swoimi piszącymi koleżankami i kolegami ze Skandynawii. W jego powieści nie ma ważnych wątków społecznych, przestępczych zachowań urzędników...
Kameralna etiuda na 6 ludzkich instrumentów. Posępna i piękna baśń przemocy. Gorzka i romantyczna opowieść o zemście, tęsknocie, bólu i samotności. Bardzo hitchcockowska w budowie i przede wszystkim, klimacie.
Fin Antti Tuomainen nie ma nic wspólnego ze swoimi piszącymi koleżankami i kolegami ze Skandynawii. W jego powieści nie ma ważnych wątków społecznych, przestępczych zachowań urzędników państwowych oraz represyjnego państwa tak charakterystycznych dla najmodniejszych autorów z północy Europy. „Czarne jak moje serce” to zaskakujące świeżością odczytanie schematu powieści noir – z zemstą po latach, samotnością protagonisty, kobietą fatalną oraz zaplątanymi w brudne sprawki bohaterami. Tu każdy jest podejrzany, każdy ma coś za uszami, każdy może być zbrodniarzem.
Powieść Tuomainena to także zwięzły, precyzyjny język. Perfekcyjny w każdym znaku. Dzięki temu nawet charakterystyczne dla Skandynawów didaskalia, mający podkręcić nastrój opisy przyrody nie zajmują tu wiele miejsca. Okazuje się, źe nie muszą. Dobremu pisarzowi wystarczą dwa zdania, by oddać to, co najważniejsze, by czytelnik poczuł klimat i, przy okazji, miał ochotę spędzić najbliższy urlop na fińskim wybrzeżu.
„Czarne jak moje serce” nie jest wielką powieścią. Zresztą chyba nikt tego nie planował. To – i tu nowy podobieństwo z klasycznym drugorzędnym noir – czysta, w najlepszym tego słowa znaczeniu, rozrywka. Rzecz mająca nam dać chwilę wytchnienia. Tylko tyle i aż tyle.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
77 76 378
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd