Tomek 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 4 godziny temu
Teraz czytam
  • Cela numer 17
    Cela numer 17
    Autor:
    Kolejny kryminał słowackiego autora z detektywem Richardem Krauzem w roli głównej. Boże Narodzenie to czas radości i odpoczynku, ale nie dla wszystkich – Krauz musi wstać od świątecznego stołu, by zba...
    czytelników: 23 | opinie: 0 | ocena: 8 (1 głos)
  • Na południe od Brazos
    Na południe od Brazos
    Autor:
    Oddana po raz pierwszy do rąk czytelników w 1985 roku „Na południe od Brazos” Larry'ego McMurtry’ego to powieść wyjątkowa. Doceniona zarówno przez krytyków (Nagroda Pulitzera), jak i czytelników (śred...
    czytelników: 1640 | opinie: 82 | ocena: 8,62 (329 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-16 13:57:34
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
Cykl: Komisarz Krauz (tom 5) | Seria: Gorzka Czekolada
 
2018-10-16 13:56:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Mindhunter

Z jednej strony brutalna agitka za karą śmierci. Z drugiej – agitka poparta twardymi faktami, krwawą wyliczanką ofiar i chłodnym opisem, co oprawca im zrobił przez śmiercią. Z trzeciej strony nużący, belferski wykład o profilaktyce – ochronie dzieci przed zachowującymi się mężczyznami i informowaniu o podejrzanych ludziach kręcących się w miejscach, gdzie nie powinno ich być. Z czwartej... Z jednej strony brutalna agitka za karą śmierci. Z drugiej – agitka poparta twardymi faktami, krwawą wyliczanką ofiar i chłodnym opisem, co oprawca im zrobił przez śmiercią. Z trzeciej strony nużący, belferski wykład o profilaktyce – ochronie dzieci przed zachowującymi się mężczyznami i informowaniu o podejrzanych ludziach kręcących się w miejscach, gdzie nie powinno ich być. Z czwartej wreszcie fantastycznie skonstruowana praca dziennikarska. Opowieść o życiu Suzanne Collins to poruszający każdym słowem obraz kwitnącego człowieczeństwa, które w wyjątkowo bestialski sposób zostało przerwane. Przejmujący obraz walki o sprawiedliwość i zimnej formalistyki przemysłu sądowniczego.
Drugi „Mindhunter” nie jest tak błyskotliwą machiną narracyjną jak „… Tajemnice elitarnej jednostki FBI”. Chwilami można odnieść wrażenie, że John E. Douglas i Mark Olshaker „szyją” mając za mało materiału. Momentami, że chcą złapać zbyt wiele srok za ogon albo przeskoczyć do innej ligi – uciec od prostych, krwawych historii spod znaku seksu oraz przemocy i wskoczyć do rozgrywek publicystycznych, rozważań o systemie sprawiedliwości, zbrodni, karze, odpowiedzialności, cierpieniu, nieuchronności i tym podobnych wysoko intelektualnych tematach. Robią to umiejętnie balansując na linie rozpostartej pomiędzy populizmem, psychologią i opartą na statystykach pragmatyką, ale chwilami trudno znieść ich melodramatyczny patos. Na dodatek nie są konsekwentni, bo po chwili moralnych uniesień wracają nagle do znanej z „jedynki” chłodnej, brutalistycznej rzeczowości.
Ale „Podróż w ciemność” to nie tylko bałagan emocjonalny. Tematycznie panowie Douglas też szybują w zaskakujących kierunkach. Najpierw zajmują się problemem pedofilii, potem wracają do „klasyki” wielokrotnych, potem skupiają się na jednej ofierze i śmierci, przez którą cierpi wiele osób, spory kawałek lasu poświęcają gwałcicielowi z okolic Richmond by skończyć na sprawie O.J. Simpsona i, nie mającym kompletnie nic z nią wspólnego, wykładzie o psychologii wielokrotnych morderców, więziennictwie i wyższości kary śmierci.
Za dużo tego. Można poczuć się jak na złym tripie po LSD. Choć do bólu przejmująca opowieść o sympatycznej marine pozostaje z nami bardzo długo. To przede wszystkim dla niej warto „Podróż w ciemność” przeczytać.

pokaż więcej

 
2018-10-03 22:16:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

Barbarella w krainie obłudy i chuci. Napisana dla szybkich i marnych pieniędzy powieść porno, która jest powieści porno parodią a jednocześnie zaskakująco trafną analizą i układającą się w spójną całość serią żartów z współczesnego autorom (książka miała swoją premierę w 1958 roku) i dzisiejszego społeczeństwa. Dwaj poruszający się po obrzeżach raczkującej kontrkultury pisarze z dezynwolturą... Barbarella w krainie obłudy i chuci. Napisana dla szybkich i marnych pieniędzy powieść porno, która jest powieści porno parodią a jednocześnie zaskakująco trafną analizą i układającą się w spójną całość serią żartów z współczesnego autorom (książka miała swoją premierę w 1958 roku) i dzisiejszego społeczeństwa. Dwaj poruszający się po obrzeżach raczkującej kontrkultury pisarze z dezynwolturą godną najostrzejszych amerykańskich standuperów oraz wnikliwością doświadczonych analityków obnażają drugie dno amerykańskiego snu – pustkę i jałowość spędzeń mieszczaństwa oraz intelektualną pustkę świata nauki i kultury. Przy okazji dostaje się też kolegom i akolitom autorów – szukającym właśnie swojego głosu młodym kontestatorom oraz kontestatorów tych wiernym kibicom. A wszystko to podane w serii bawiących do łez scen-skeczy o filmowej sugestywności, z bohaterami jakby żywcem wyjętymi z popularnych w dziewiczych czasach telewizji telenowel oraz, skierowanych do konserwatywnej masowej publiczności, produkcji kinowych spod znaku wyglansowanych przedziałków i rozkloszowanych sukni/sukienek oraz małżeńskich sypialni z dwoma łóżkami.
„Candy” pozostaje w cieniu głośnych dzieł budzącej się w latach 50. XX wieku kultury kontestacji. Większość fanatyków „W drodze” Kerouaca i tym podobnych bitnikowskich produkcji oraz „Pod osloną nieba” Bowlesa i innych wyrastających z tego samego pnia, protohipisowskich pretensjonalnych opowieści o „poszukiwaniu siebie i sensu” oraz wielkiej ucieczce od cywilizacji, prawdopodobnie „Candy” nie zna. Zresztą raczej nie przypadłaby im do gustu. Powieść Southerna i Hoffenberga drwi z takich napuszonych artystowskich klimatów – wystrzeliwanych seriami ślepaków słów i gestów. Drwi ze wszystkiego. I na tym polega jej siła. Życie jest tylko okrutnym lub, zależnie od kąta spojrzenia, zabójczo zabawnym żartem Boga. A dane przez niego ludziom abstrakcyjne myślenie tego żartu puentą – im więcej myślimy, tym jesteśmy głupsi, albo więcej głupot robimy. Nie należy więc tego życia i siebie traktować zbyt poważnie.
Absolutny kult. Rzecz do wielokrotnego użytku. Na poprawę nastroju i mentalne otrzeźwienie.

pokaż więcej

 
2018-09-29 20:18:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Ramota. Chwilami koszmarna – ze zdaniami tysiąckrotnie złożonymi, pretensjonalnymi makaronizmami, stylem wykwintnym, kompletnie nieprzystającym do melodii czworaków, którą ryczymy na co dzień. Ramota, a jednak zapiera dech swoją śmiałością. I nie chodzi tu o tzw. momenty, choć w jednym z rozdziałów kobiece narządy płciowe fruwają (dosłownie) w ilościach hurtowych.
Na wstępie Witkiewicz...
Ramota. Chwilami koszmarna – ze zdaniami tysiąckrotnie złożonymi, pretensjonalnymi makaronizmami, stylem wykwintnym, kompletnie nieprzystającym do melodii czworaków, którą ryczymy na co dzień. Ramota, a jednak zapiera dech swoją śmiałością. I nie chodzi tu o tzw. momenty, choć w jednym z rozdziałów kobiece narządy płciowe fruwają (dosłownie) w ilościach hurtowych.
Na wstępie Witkiewicz zapowiada, że jego „Narkotyki” są ostrzeżeniem przed używkami. Po mistrzowsku rozgrywa swój mit degenerata i wielkiego narkomana relacjonując nam w sposób bardzo dosadny, niespotykany wcześniej ani później w polskiej literaturze i publicystyce, konsekwencje korzystania z substancji psychoaktywnych. Co ciekawe, wyprzedza epokę, zaliczając do nich alkohol oraz nikotynę. Swój, męczący chwilami, wywód prowadzi tak, że nie do końca wiadomo, czy jego esej/eseje są pisane serio czy to kolejny piramidalny żart twórcy. Na pewno żarty kończą się w rozdziale poświęconym korzystaniu z peyotla i jego efektom. Właśnie efektom a nie konsekwencjom. „Peyotl” to dokładny zapis eksperymentu, jaki pisarz/malarz przeprowadza na sobie, jego „magical mystery tour” po umyśle zarażonym kaktusem. Powiedzieć, że śmiałe, to mało. Witkiewicz o ponad ćwierć wieku wyprzedza cieszących się w pewnych kręgach kultową sławą popkulturowych guru z okolic bitników, Kena Kesseya i Timothy’ego Leary’ego. Wyprzedza, a sposób w jaki relacjonuje swoją psychodeliczną podróż – pozbawiony „poezji”, wzniosłości i tym podobnych nadpisań, sprawia, że staje się wciąż niedościgłym liderem o opisie ludzkiego szaleństwa/słabości/głupoty/ciekawości czy czego tam jeszcze można się doszukać.
Ale „Narkotyki” to nie tylko psychodeliczny lot. Drugim, nie mniej ciekawym wątkiem tej książki są uwagi o Polakach. Witkiewicz nie był ich entuzjastą. Łatwo to wyczytać w rozdziałach o nikotynie i alkoholu. W wielkim finale już nie trzeba grzebać w literach, żeby zobaczyć, co ten arcytwórca przeklęty myślał o rodakach.
Są tu jeszcze refleksje na marginesie. Smakowite, bo dotyczą literatury i mediów. Smakowite tym bardziej, że widać, że nic się nie zmieniło. Wręcz jest gorzej.
Trudno się to czyta. Ale warto. Facet był naprawdę Dużym Gościem.

pokaż więcej

 
2018-09-25 11:26:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:

Mistrzostwo świata. I to w kilku kategoriach. Entuzjaści poznawania świata i spotkań z innymi kulturami mają pierwszą okazję spotkać się z TAKĄ Ameryką – rzeczywistością „białych śmieci” oraz prowincjonalnej klasy średniej, esencji, „soli ziemi” Stanów Zjednoczonych dotkniętą niespodziewaną epidemią.
Marzących o t shircie z Pablo Escobarem fanatycy produkcji w stylu „El Narco” i „Gomorra”...
Mistrzostwo świata. I to w kilku kategoriach. Entuzjaści poznawania świata i spotkań z innymi kulturami mają pierwszą okazję spotkać się z TAKĄ Ameryką – rzeczywistością „białych śmieci” oraz prowincjonalnej klasy średniej, esencji, „soli ziemi” Stanów Zjednoczonych dotkniętą niespodziewaną epidemią.
Marzących o t shircie z Pablo Escobarem fanatycy produkcji w stylu „El Narco” i „Gomorra” czeka przygoda bliska orgazmowi – zderzenie z zupełnie nowym typem gangów oraz dilerów narkotykowych, może nie tak malowniczych jak goście odcinający wrogom głowy, ale i tak zabójczo skutecznych.
Wszelkiej maści ludzi lewicy i anarchistów czeka prawdziwa duchowa orgia. Książka Sama Quinonesa to jedno wielkie oskarżenie bezwzględności i pazerności wielkich korporacji oraz dysfunkcjonalnych służb państwowych, od lekarzy pierwszego kontaktu po prokuraturę policję. Zresztą w ogóle „Dreamland...” to jedno wielkie oskarżenie Stanów Zjednoczonych ostatniego 35-40-lecia – kraju, który przez swoją chciwość i pogoń za szybkim pieniądzem zatracił duszę.
Patrząc nieco cynicznie, jest książka Quinonesa hołdem złożonym zaradności oraz przemyślności młodych meksykanów z rolniczych rodzin oraz pochwałą amerykańskich firm fastfoodwych, które budując system sprzedaży „z dowozem do domu klienta” stworzyły prawdziwe marketingowe perpetum mobile perfekcyjnie funkcjonujące nie tylko w przypadku hamburgerów i pizzy.
Jednak przede wszystkim „Dreamland. Epidemia opiatów w USA” Sama Quinonesa to dziennikarskie arcydzieło, zbudowany z tytanu pomnik doskonałego reportażu. Monument, do którego modły powinny wznosić tysiące „media workerów” wypełniających „contentem” portale internetowe, na co dzień spisujących materiały prasowe i rżnących z kolegów/konkurencji, a po godzinach udających gigantów żurnalistyki.
Pisanie Quinonesa jest głębokie, oparte na setkach rozmów i lekturze dokumentów. Jednocześnie jego styl i umiejętne stawianie znaków przestankowych sprawiają, że czyta się się go niczym najlepszy thriller. Inna sprawa, że rzeczywistość przez niego opisywana przewyższa o kilka klas tę, opisywaną przez skandynawskich mistrzów prozy sensacyjnej. Ma też w sobie odrobinę czarnego jak smoła humoru. Coś, czego u pisarzy zza Bałtyku na próżno szukać.
„Dreamland...” jest wybitny, ale nie idealny. Quinones, świadomie czy nie, chciałby być dla Amerykanów kimś takim, jak Sienkiewicz dla Polaków w czasach zaborów. Dlatego sporo w jego książce, zwłaszcza w jej nieco przydługim finale, fraz „ku pokrzepieniu serc” - łzawych, budujących, rodem z produkcji Disneya. To nieco osłabia wyraz jego książki. Ale i tak „… Epidemia opiatów w USA” to rzecz wielka. Mistrzostwo w dyscyplinie nazywanej literaturą faktu.

pokaż więcej

 
2018-09-14 23:57:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Thriller „spielbergowski”. Mamy tu dwójkę wciąż przekomarzających się, odrzuconych przez biurokratyczno/karierowiczowskie środowisko geniuszy-pajonatów, stylową i bardzo retro bazę z której operują, ich uroczego, choć pyskatego nastoletniego współpracownika, piękne i niebezpieczne udomowione egzotyczne zwierzę oraz BARDZO ISTOTNY SPOŁECZNIE problem. Oczywiście jest też famme fatale, tyle, że... Thriller „spielbergowski”. Mamy tu dwójkę wciąż przekomarzających się, odrzuconych przez biurokratyczno/karierowiczowskie środowisko geniuszy-pajonatów, stylową i bardzo retro bazę z której operują, ich uroczego, choć pyskatego nastoletniego współpracownika, piękne i niebezpieczne udomowione egzotyczne zwierzę oraz BARDZO ISTOTNY SPOŁECZNIE problem. Oczywiście jest też famme fatale, tyle, że nie aż tak zepsutą, złe elity i szlachetność, która mimo swojej ułomności śmiało mierzy się ze złem tego świata. Figury na szachownicy są więc porozstawiane. Szkoda, że przed przystąpieniem do rozgrywki Caleb Carr zapomniał o regułach tej gry. Zapomniał, albo chciał aż tak dużo powiedzieć, że w tym wszystkim zapomniał o tym, co najważniejsze – zagadce kryminalnej. Z tajemnicą w „Miasteczku Surrender” jest słabiutko. Zbrodnia/zbrodnie mają tylko siłę w pierwszych scenach. Potem co prawda mamy kilka trupów, ale bohaterowie odkrywają je mimochodem, w przerwach na zaczerpnięcie oddechu przed kolejnym sążnistym monologiem. Bo gadają tu strasznie. Zresztą nie tylko oni. Autor też poświęca potężne areały lasu na wyjaśnienie nam kto, co i dlaczego zrobił, jak to Ameryka schodzi na psy i aby podkreślić szlachetność głównego bohatera.
Bo Trajan Jones jest tak dobry, szlachetny i słodki jak tona czekolady. W zasadzie św. Antoni to przy nim kawał bezwzględnego łobuza.
Jedynym atutem tej powieści jest spojrzenie współczesne Stany Zjednoczone – o lata świetlne odległą od ich – wciąż pokutującego na świecie – wizerunku krainy wielkich możliwości. Dla Amerykanów może mieć znaczenie z innego powodu. Carr, w bardzo publicystycznym stylu, mówi o kosztach jakie w postkryzysowej rzeczywistości, ponoszą tzw. zwykli obywatele jego kraju, jak bieda rozbija relacje międzyludzkie, zwłaszcza te najważniejsze, najintymniejsze – rodzinne i kto płaci za nie najwięcej. Pośrednio pyta też o przyszłość swojego kraju. W jego opinii niewesołą, skoro jego przyszłość jest dziś aż tak brukana. Tyle, że to publicystyka. Dobra na kilka, kilkanaście reportaży. A nie rozwlekłą, przegadaną, śmiertelnie nudną powieść.

pokaż więcej

 
2018-09-02 23:10:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Patrick Melrose (tom 1-5)

Przejmujące i odrażające. Zabawne i wzruszające. Ale przede wszystkim o wiele głębsze niż – znakomity skądinąd – serial z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej. Tak smakowitej patologii nie było od lat.
Z pozoru Edward St Aubyn otwiera dawno otwarte drzwi – przygląda się brytyjskiej arystokracji. Oczywiście, jak na Anglika przystało, z tym specyficznym, opartym na ironii, angielskim...
Przejmujące i odrażające. Zabawne i wzruszające. Ale przede wszystkim o wiele głębsze niż – znakomity skądinąd – serial z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej. Tak smakowitej patologii nie było od lat.
Z pozoru Edward St Aubyn otwiera dawno otwarte drzwi – przygląda się brytyjskiej arystokracji. Oczywiście, jak na Anglika przystało, z tym specyficznym, opartym na ironii, angielskim humorem. Oczywiście też, jak zdecydowana większość współczesnych pisarzy, pokazuje jej mroczną i groteskową stronę. Tyle, że tak krańcowo posępnego obrazu nikt przed nim nie kreślił.
Nazwanie „Patricka Melrose’a” ponurym dramatem nie jest w stanie oddać – w niewielkim nawet procencie – natężenia zła i patologii uderzających nas w zasadzie z każdej strony tej powieści. Autorzy specjalizujący się w prozie przemocy mogli by brać u St Aubyna korepetycje. W jego książce mamy tu pedofilię o zabarwieniu kazirodczym i gwałty małżeńskie, pornografię narkomanii i alkoholizm, nie mówiąc już o takich drobiazgach jak kłamstwa i zdrady. „Patrick Melrose” to „Czarmobyl zła naszego codziennego” skrytego za murami starych rodowych pałaców i zamków, kilkusetletnią historią rodów, świetnymi manierami, drogimi kieckami, smokingami oraz szampanem i cygarami.
A jednak ta zabójcza dawka przemocy nie zabija. Nawet nie odstręcza. To zasługa fantastycznego, finezyjnego języka St Aubyna i jego wisielczego, bardzo cynicznego humoru. To także zasługa niezwykłej inteligencji oraz przenikliwości autora, sprawiających, że „Patrick Melrose” jest czymś więcej niż tylko kolejną, mniej lub bardziej zabawną, satyrą obyczajową na klasę wyższą. Zresztą nazwanie powieści St Aubyna satyrą nie oddaje pełni sensu tej książki.
Edwarda łączy tak wiele z Patrickiem, że można z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że pisanie „… Melrose’a” było dla autora formą terapii, podczas której szukał odpowiedzi na pytania: „dlaczego mu nie wyszło”, „czemu jest tak źle, choć zapowiadało się tak dobrze”, „kim tak naprawdę jestem” i tym podobne kwestie, które roztrząsa się na kozetkach psychoterapeutów. Ponieważ „wyższe sfery” w rzeczywistości nie latają wysoko, ale przynajmniej zapewniają kolejnym pokoleniom dobrze urodzonych dobre szkoły, St Aubyn/Melrose w poszukiwaniu prawdy o sobie może gmerać w naprawdę głębokich zasobach ludzkiej wiedzy. Dlatego „Patrick...” szybko staje się powieścią erudycyjną, czerpiącą z filozofii, socjologii i inżynierii społecznej. Inna sprawa, że St Aubyn potrafi z nich jednocześnie czerpać i drwić. Sekwencje z filozofem Erazmem i jego zderzeniami z rzeczywistością to jedne z najzabawniejszych fragmentów tej powieści.
Na pierwszy rzut oka/umysłu Edward St Aubyn pisze o przedstawicielu brytyjskiej klasy wyższej zmagającym się z przekleństwem swojego dziedzictwa. Pytanie, co jest tym dziedzictwem. Owszem, Patrick Melrose przeżył traumatyczne dzieciństwo a potem dorastał i żył w zbudowanej na fałszu rzeczywistości arogantów – ludzi, którzy uważają się za lepszych. Ale czy tylko tym można usprawiedliwić jego późniejsze zachowania? To wydaje się zbyt proste. Czytając rozważania Melrose’a, snując się z autorem po korytarzach jego świadomości można dojść do wniosku, że przekleństwem Patricka jest jedna z niewielu dobrych rzeczy, które mu zapewniło dobre urodzenie – pobudzająca wrodzoną inteligencję i wrażliwość edukacja. Koledzy, znajomi „ze sfer” nie mają takich problemów. Najwyżej przebalowują majątek, albo co kilka lat muszą opłacić adwokatów specjalizujących się w rozwodach. A Patrick Melrose myśli. I to jest chyba jego największy problem. Tu zresztą widać też chyba najbardziej „arystokratyczność” Edwarda St Aubyna. Sprawia on wrażenie faceta, który sądził, że choroba zwana myśleniem może dotknąć tylko niektórych z dobrze urodzonych. Tym, że niektórzy z pospólstwa i plebsu też mogą cierpieć na podobną przypadłość, nie przychodzi mu do głowy.

pokaż więcej

 
2018-08-23 13:18:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

Brawurowe, śmiałe i przejmujące. Oczywiście w pierwszym rzędzie „Retromania: jak popkultura żywi się własną przeszłością” to książka dla wielbicieli i znawców popkultury. Na dodatek nie tych niedzielnych koneserów, starających się trzymać rękę na pulsie i błysnąć w towarzystwie wiedzą na temat tego co na czasie, ale dla ludzi, dla których jest jedną z najważniejszych (jeżeli nie najważniejszą)... Brawurowe, śmiałe i przejmujące. Oczywiście w pierwszym rzędzie „Retromania: jak popkultura żywi się własną przeszłością” to książka dla wielbicieli i znawców popkultury. Na dodatek nie tych niedzielnych koneserów, starających się trzymać rękę na pulsie i błysnąć w towarzystwie wiedzą na temat tego co na czasie, ale dla ludzi, dla których jest jedną z najważniejszych (jeżeli nie najważniejszą) spraw w życiu. Ci, którzy mają o niej małe pojęcie, mogą być zagubieni w gąszczu nazw, nazwisk i faktów.
Simon Reynolds jest wybitnym znawcą szeroko pojętej popkultury (zalicza do niej także filozofię i tzw. sztukę wysoką), ale przede wszystkim człowiekiem inteligentnym i otwartym na świat. I tej inteligencji oraz otwartości oczekuje także od swoich czytelników. Jego książka to próba poważnej dyskusji. wziąć w niej udział mogą nie tylko popkulturowi hardkorowcy.
Przy uważniejszym wczytaniu się „Retromania” okazuje czymś więcej niż tylko opowieścią o bezdrożach, na których w XXI wieku znaleźli się twórcy i odbiorcy ich dzieła. Sztuka jest tu tylko kluczem. Reynolds stawia pytania o to, gdzie w epoce ipoda (jego książka ukazała się w USA i wielkiej Brytanii w 2011 roku) i szerokopasmowego Internetu znaleźliśmy się mu wszyscy. Stara się zrozumieć powody, dla których przestaliśmy być twórczy i skorzy do rewolucji, zadowalając się sięganiem do przeszłości, wspomnień i tego, co zostało już stworzone. Jednak nie stawia płaczliwie melodramatycznych tez w stylu: nie rozwijamy się, stoimy w miejscu, więc faktycznie cofamy. Jego wywód i wnioski są rzeczowe, pisane – przynajmniej takie wrażenie sprawiają – na chłodno, z charakterystycznym dla człowieka myślącego dystansem oraz nieco sarkastycznym, zahaczającym o cynizm humorem.
Wywód Reynoldsa to nie tylko akademickie rozważania. Wszystko o czym pisze oparte jest na twardych faktach. Jego praca ugina się od nazwisk i nazw twórców, którzy próbują zmieścić się we współczesnym świecie, odnaleźć własną drogę, zostawić po sobie coś istotnego, wyrastającego ponad chwilową modę, coś równie ważnego jak dzieła twórców z XX wieku. Tyle, że jego wnioski są dość ponure. Gorycz wzrasta, gdy zdamy sobie sprawę, że jego książka kończy się na – krótkotrwałym ipodowym szaleństwie. Nie ma w niej wybuchu smartfonowej rewolucji, która jeszcze pogłębiła twórczą stagnację o której pisze. W jego książce poziom naszych rewolucyjnych, twórczych instynktów szoruje po dnie. Teraz opadł tak, że coraz bliżej mu do piekła.
„Retromania: jak popkultura żywi się własną przeszłością” to rzecz wyjątkowo gorzka,. Jednak jednocześnie w jej lekturze jest coś ożywczego i optymistycznego. Są jeszcze ludzie, którym się chce i którzy potrafią myśleć. Autorzy, którzy serwują coś więcej, niż tylko schlebiającą naszemu intelektualnemu lenistwu rozrywkę lun skierowane do siedzących naprzeciw, przy filiżance latte z mlekiem sojowym, zalewające odbiorców fontannami pustych słów, histeryczne jeremiady. Autorzy, którzy są inteligentni i otwarci, a na dodatek wierzą w naszą inteligencję, otwartość i intelektualną śmiałość.
Polskie wydanie „Retromanii…”, choć mocno spóźnione, budzi optymizm także z innych powodów. W kraju, w którym czytanie jest passé, a na rynku księgarskim królują przygody zmuszonych do zmierzenia się ze swoimi traumami policjantek lub prawniczek po przejściach, są wydawcy, którzy ryzykują wydanie tak wymagających książek. Są też tak wybitni tłumacze jak Filip Łobodziński, ludzie potrafiący oddać niezwykły język, w którym powaga miesza się wyrafinowanym humorem, które czyta się niczym praca naukowa, kawałek dobrej publicystyki, dreszczowiec i komedię jednocześnie. To naprawdę sztuka oddać po mistrzowsku to, co powiedział mistrz, którym bez wątpienia jest Simon Reynolds.

pokaż więcej

 
2018-08-15 12:39:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Bukowscy rock’n’rolla zasługują na więcej. Legendarny skład grupy Motörhead – Lemmy, Philthy Animal Taylor i Fast Eddie Clarke – obrósł mitem a jego albumy „Overkill”, „Bomber” i „Ace of Spades” to inspirująca kolejne pokolenia oraz muzyków, wiecznie żywa klasyka. Martin Popoff próbował zmierzyć się z wielkością grupy i jego największych dokonań, krążące wokół nich mity oraz plotki, dotknąć... Bukowscy rock’n’rolla zasługują na więcej. Legendarny skład grupy Motörhead – Lemmy, Philthy Animal Taylor i Fast Eddie Clarke – obrósł mitem a jego albumy „Overkill”, „Bomber” i „Ace of Spades” to inspirująca kolejne pokolenia oraz muzyków, wiecznie żywa klasyka. Martin Popoff próbował zmierzyć się z wielkością grupy i jego największych dokonań, krążące wokół nich mity oraz plotki, dotknąć ich wielkości. Jednak efekt jego pracy budzi mieszane uczucia.
Jak na pracę tak doświadczonego dziennikarza „Motörhead. Ochlejmordy i zadymiarze” jest książką zbyt niestaranną. Odnosi się wrażenie, że Popoff się śpieszył – jakby poganiany przez wydawcę, który chciał zdążyć na żałobę po śmierci ostatniego żyjącego członka złotego składu – Clarke’a. Czytając jego pracę widać brak należytej redakcji cytatów (chwilami sprawiają wrażenie wrzuconych na siłę, żeby zgadzała się liczba znaków) i zachwianą równowagę – głównym przepytywanym jest Clarke, cytaty z Taylora pojawiają się z rzadka, zaś wypowiedzi Lemmy’ego, lidera grupy stanowią niewielki procent (jeżeli nie promil) tej opowieści.
Ale, prawdopodobnie wymuszona czasem, niestaranność to tylko jeden z problemów tej książki. I to mniejszy. Większym jest jej język. Popoff to znakomity dziennikarz, potrafi pisać. Stać go na wiele i nie musi nikomu schlebiać. A jednak to robi. Próbuje nawiązywać językiem do slangu z heavy metalowych fanzinów i z założenia antyerudycyjnych fanowskich analiz przy cysternie piwa. Wypada to słabo, bo wyczuwalny jest dysonans pomiędzy wiedzą i wyczuciem tematu a wysiloną pauperyzacją języka. Szkoda, bo Motörhead i jego muzyka zasługują na wyjście z motocyklowo-tatuażowo-heavymetalowego getta. Są czymś więcej niż niszowym produktem dla bikerów i tych, co za nich chcą uchodzić. Ale Popoff albo się bał otworzyć na świat albo wystarczy mu babranie się wciąż w tej samej gliniance.
„Motörhead. Ochlejmordy i zadymiarze” nie jest książką złą. Można się z niej naprawdę dużo dowiedzieć o tym legendarnym zespole – jego członkach i relacjach między nimi, muzyce i procesie jej powstawania. Popoff ostatecznie wyjaśnia też dlaczego tej piekielny raj trwał tak krótko – wyjaśnia przyczyny rozpadu tercetu Lem/Animal/Eddie oddają głos każdej ze stron konfliktu i jego obserwatorom.
Popoff muska wielki mit. Szkoda, bo jako ostatni miał szanse go dotknąć, a nawet złapać i obejrzeć z każdej strony.

pokaż więcej

 
2018-08-12 19:48:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Gigantyczne ego i poczucie odstawienia, zbędności to zabójcza mieszanka. A prawdopodobnie właśnie one leżały u podstaw napisania tej książki. Plus oczywiście zaliczka od wydawcy – rzecz (nie tylko u odstawionego) istotna.
I owe ego, i poczucie zbędności są u Grzegorza Brzozowicza uzasadnione. To jeden z najlepszych polskich dziennikarzy specjalizujących się w tematyce muzyczn0-showbiznesowej...
Gigantyczne ego i poczucie odstawienia, zbędności to zabójcza mieszanka. A prawdopodobnie właśnie one leżały u podstaw napisania tej książki. Plus oczywiście zaliczka od wydawcy – rzecz (nie tylko u odstawionego) istotna.
I owe ego, i poczucie zbędności są u Grzegorza Brzozowicza uzasadnione. To jeden z najlepszych polskich dziennikarzy specjalizujących się w tematyce muzyczn0-showbiznesowej ever. Od lat 80. zajmował się – z powodzeniem – pisaniem o panujących na świecie trendach i lansowaniem nowych polskich gwiazd – nastoletnich jeszcze wówczas buntowników próbujących zmierzyć się z PRL-owską szarzyzną i strzegącymi swych pozycji estradowcami. Bez niego być może nie byłoby dziś Kazika i Kultu czy T.Love. Oni są do dziś, a jego jakby nie ma. Pisze co prawda do tygodnika „Do Rzeczy”, robi dokumenty, ale w telewizji można jego oglądać około północy, albo ostro grzebać w internecie. Dlatego jego książkę pod prowokacyjnym (pewnie mającym wywołać poruszenie) tytułem można potraktować jak skomlenie o uwagę, przypomnienie dawnych zasług i wysłane w świat cv. Tyle, że ludzie o takich kompetencjach nie są dziś potrzebni, ludzie mający własne zdanie, wyoglądani, wyczytani i wysłuchani na tyle, by – w odróżnieniu od parających się dziś pisaniem o kulturze dzieci – mieć własne zdanie i nie bać się idących pod prąd opinii.
Jest też „Resortowe dziecko rock’n’rolla” próbą rozliczenia starych rachunków. Dostaje się tu i Kazikowi, i – zwłaszcza – Zbigniewowi Hołdysowi. Ci, którzy naszą branżę muzyczną znają wiedzą, że racja jest po stronie Brzozowicza. Ale te sprawy są zbyt hermetyczne i za mało pikantne, by przyciągnąć miliony. Zresztą dla wielbicieli Staszewskiego zarzuty o małostkowość i tak mogą się okazać niezbyt przekonujące – w końcu to intelektualista-buntownik. A Hołdys mało kogo dziś interesuje – no chyba że wąskie grono fanatycznych przeciwników PIS-u.
Jednak po książkę Brzozowicza warto sięgnąć. Z dwóch powodów. W „Resortowym dziecku…” znalazły się dwie rozmowy – właściwie monolog i rozmowa – które dowodzą niezwykłego dziennikarskiego kunsztu autora. To materiały z nieistniejącego już magazynu „Machina” – spowiedź Piotra Kaczkowskiego i wywiad z Janem Borysewiczem. Dwóch wielkich neurotyków zdradza, być może nie do końca świadomie, ile naprawdę kosztuje sukces. To mocne, przejmujące teksty. One dają jakość tej książce i sprawiają że jest czymś więcej niż tylko lekarstwem na kompleksy, frustracje oraz pustą kieszeń autora.

pokaż więcej

 
2018-08-09 11:12:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Brawurowy pomysł i absolutnie nowe spojrzenie na język. Ryan Gattis miał szansę stworzyć zupełnie nową wartość w prozie sensacyjnej. Rozbił się jednak na szczegółach.
W założeniach jego „Sejf” to uwspółcześniona klasyczna historia gangsterska z bardzo silnym wątkiem winy i odkupienia. Pisarz miał jednak najwyraźniej poważny problem przy redakcji. Zostawił zbyt dużo niepotrzebnego tekstu. A...
Brawurowy pomysł i absolutnie nowe spojrzenie na język. Ryan Gattis miał szansę stworzyć zupełnie nową wartość w prozie sensacyjnej. Rozbił się jednak na szczegółach.
W założeniach jego „Sejf” to uwspółcześniona klasyczna historia gangsterska z bardzo silnym wątkiem winy i odkupienia. Pisarz miał jednak najwyraźniej poważny problem przy redakcji. Zostawił zbyt dużo niepotrzebnego tekstu. A może po prostu za bardzo chciał uzasadnić motywy/usprawiedliwić głównego bohatera lub podkreślić rolę miłości – jedynej siły zdolnej zapanować nad złem tego świata? W każdym razie popełnił śmiertelny (dla twórcy mocnej prozy) grzech: jego dreszczowiec momentami jest nieznośnie ckliwy. Gattis balansuje pomiędzy mocną naturalistyczną prozą pełną zdeterminowanych i zdeprawowanych ludzi, broni, brzydkich wyrazów, przemocy fizycznei i psychicznej a egzaltowaną, przesłodzoną tragiczną love story dla licealistów à la „Gwiazd naszych wina” Johna Greena. Jest mistrzem w budowaniu napięcia i nowego, brutalnego, opartego na współczesnym slangu, języka, ale to jego mistrzostwo tu nie wystarczy. Po znakomitych, dynamicznych, pełnych napięcia scenach następują fragmenty tak nieznośnie łzawe, że trudno przez to przebrnąć. „Męski” język zderza się infantylnymi trelami. Katastrofa.
Poważnym grzechem Gattisa jest też przewidywalność. W zasadzie po niespełna 50 stronach wiemy, jak to się skończy. Dlatego, choć jest tu kilka smakowitych zwrotów akcji o napięciu trudno mówić.
Fatalne przyprawy zabiły smakowite danie.
Za sprawą nowatorskiego podejścia do języka i umiejętnością wędrówek po nierozpoznanym świecie kalifornijskiego półświatka Ryan Gattis pozostaje wielką nadzieją powieści sensacyjnej. Wpadka z „Sejfem” może być tylko wypadkiem przy pracy, nerwową próbą szukania nowego czytelnika po bliskim statusu arcydzieła, jednak przyjętym stosunkowo chłodno „Mieście gniewu”. Może niestety być też dowodem na to, że niektórych stać tylko na jedną dużą rzecz. A szkoda by było, bo dawno nikt nie zrobił tak wiele dla języka pop.

pokaż więcej

 
2018-08-04 12:21:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Harry Bosch (tom 18)

Maestro na turbodoładowaniu. Kilka kosmetycznych zmian sprawiło, że – zawsze utrzymana w zawrotnym tempie – proza Michaela Connelly’ego nabrała jeszcze większej dynamiki. Ale siła „Punktów zbieżnych” polega nie tylko na niej. To jedna z najlepszych powieści w dorobku amerykańskiego mistrza prozy kryminalnej/policyjnej.
Przede wszystkim 18. powieść o Harry’m Boshu nie jest powieścią policyjną....
Maestro na turbodoładowaniu. Kilka kosmetycznych zmian sprawiło, że – zawsze utrzymana w zawrotnym tempie – proza Michaela Connelly’ego nabrała jeszcze większej dynamiki. Ale siła „Punktów zbieżnych” polega nie tylko na niej. To jedna z najlepszych powieści w dorobku amerykańskiego mistrza prozy kryminalnej/policyjnej.
Przede wszystkim 18. powieść o Harry’m Boshu nie jest powieścią policyjną. Connelly postanowił dokonać zwrotu w życiu i karierze swojego najsłynniejszego bohatera. Dał mu nową robotę, a sobie szansę na sprawdzenie się po latach (ćwiczył to m.in. w słynnym „Poecie”, gdzie śledczym był dziennikarz) w literaturze detektywistycznej. Bosh jest znowu „samotnym kojotem”, mającym przeciwko sobie złych i całą machinę sprawiedliwości. To odświeżenie fabularne wzmocnił jeszcze odświeżeniem formalnym. Po raz pierwszy historia śledztwa Bosha prowadzona jest dwutorowo. Zmianę widać już w pierwszych zdaniach „Punktów….”. Zmianę na lepsze, bo pojawia się kolejne źródło napięcia – zagadka, czy źli dopadną Bosha albo jego bliskich. Jednak podstawowym pytaniem podczas lektury nowej powieści Connelly’ego pozostaje: o co tu właściwie chodzi? Bo choć od początku znamy osoby dramatu, powód, dla którego wykonywały i wykonują takie a nie inne ruchy pozostaje tajemnicą. Jej rozwiązywanie jest nie mniej ekscytujące od oczekiwania na uderzenie w bohatera/bohaterów.
Jedno się u Connelly’ego nie zmienia. Jego język pozostaje wciąż bardzo oszczędny, lapidarny. Pisarzowi wystarczy prosty, pozbawiony niepotrzebnych przymiotników opis bohaterów, czynności, które wykonują i scenerii w której rozgrywa się dramat. To pozbawiony taniej poetyczności, język teatralnych/filmowych didaskaliów – pracujący z naszą wyobraźnią a nie zastępujący ją.
Connelly odświeżył formułę swojej i nadal swojemu bohaterowi nowego impetu. Dzięki temu po 25 latach od chwili debiutu Harry Bosh ma – obok zmarszczek, siwizny, wybierającej się na studia córki i tego całego nieco znużonego twardzielstwa – energię oraz wdzięk młodzieniaszka.
Super. Po prostu.

pokaż więcej

 
2018-07-28 21:13:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Cykl: Vernon Subutex (tom 3)

Brawurowy finał jednej z najlepszych serii ostatnich lat. Sekcja zwłok świata jaki znamy. Utrzymane w szalonym tempie i nastroju imprezy rave podzwonne dla pokolenia rock’n’rolla – ostatniego, które jeszcze coś czuło, które w swej bezmyślności i głupocie było bardziej ludzkie od, zatopionej w serialowej sieczce, mediach społecznościowych i powszechnym zgrywaniu się na cool, współczesnej... Brawurowy finał jednej z najlepszych serii ostatnich lat. Sekcja zwłok świata jaki znamy. Utrzymane w szalonym tempie i nastroju imprezy rave podzwonne dla pokolenia rock’n’rolla – ostatniego, które jeszcze coś czuło, które w swej bezmyślności i głupocie było bardziej ludzkie od, zatopionej w serialowej sieczce, mediach społecznościowych i powszechnym zgrywaniu się na cool, współczesnej generacji zombies.
Charlie Hebdo i Bataclan, David Bowie i Lemmy. Virginie Despentes nie ma złudzeń. Dwie masakry w Paryżu i dwa zgony gości, którzy kiedyś wiele znaczyli dla wielu są dla niej symbolami ostatecznego krachu starego porządku. Po nich już nic nie jest takie samo. A my, podobnie jak barany, idziemy, bez żadnej refleksji, na rzeź.
Trzecia cześć jej „Vernona Subuteksa” jest przede wszystkim reportażem z ogarniętej epidemią niepokojów społecznych i powszechnego strachu Francji oraz esejem o zagubionych, zrozpaczonych i wściekłych Francuzach. Ale Despentes nie ogranicza się do chłodnej relacji. Stara się dotrzeć do przyczyn tego co dzieje się z jej krajem i jej rodakami, krachem elit i wymyślonego przez nie, opartego na pogardzie, systemu. Jej serce bije po lewej stronie, ale jest zbyt inteligentna i uczciwa, by ograniczyć się do potępienia tylko wyborców Marie Le Pen. Wymierza razy wszystkim – za ich oportunizm, głupotę, krótkowzroczność i gnuśność. – Mamy to, na co zasłużyliśmy – zdaje się mówić. – I nie ma dla nas ratunku – dodaje.
Trzeci „Vernon Subutex” to najbardziej francuska odsłona historii szamana winyli. Tyle, że sposób podania tekstu, dobór i konstrukcja postaci sprawiają, że ta historia, a zwłaszcza jej finał nabierają cech uniwersalnych, stają się aktualne i przejmujące pewnie na całym świecie, z pewnością nad Wisłą. I to nie tylko ze względu na tematykę – bo Francja oglądana i rozkładana na czynniki pierwsze oczami oraz piórem Despentes w gruncie rzeczy bardzo przypomina Polskę.
Tym, co nadaje uniwersalnych cech „Vernonowi…” jest przede wszystkim literacka maestria autorki, jej brawurowy, oparty na popkulturowych kluczach oraz codziennej nowomowie, język oraz oparta na sumie subiektywizmów narracja. No i jest jeszcze wyczuwalne wściekłość i rozpacz – skryte za wyuczonym?/wrodzonym? dystansem doprawionym nutkami cynizmu i sarkazmu. Dzięki temu tę gorzką, w grucie rzeczy bardzo ponurą powieść czyta się bez myśli samobójczych. Więcej, śmiejemy się ze śmiertelnie niebezpiecznej małości bohaterów, małości nas samych i otaczających nas ludzi.
Jest też trzeci „… Subutex” błyskotliwą analizą budowania i spieniężania mitu, opakowywania i monetyzacji historii oraz, tu już z bliskim karykaturze przerysowaniem, opowieścią o ludziach parających się taką działalnością.
Virginie Despentes jest wściekła, ostra i bezwzględna. Jednak w gruncie rzeczy to nieuleczalna romantyczka tęskniąca do bliskości i rozmowy oraz czasów dobrej zabawy przy kontrolowanych ilościach dragów i alkoholu.
Przyjęło się, że rock’n’roll to męskie grzeszne przyjemności. Ale we współczesnej literaturze nie ma pisarza równie rock’n’rollowego jak Despentes. No bo jaki facet ma dzisiaj cojones tak wielkie, by z postaci znającego się tylko na muzyce nieudacznika zbudować figurę współczesnego Chrystusa?
Znakomita powieść. Mocna kandydatka do tytułu „książki roku”. Najlepiej ją czytać z jakimś rock’n’rollem albo czymś z rave’u w tle. Coś Motorhead albo The Prodigy? A może dwie pierwsze płyty The Stooges albo „Screamdelica” Primal Scream? W każdym razie musi być głośno i mocno. Tak jak głośny i mocny jest „Vernon Subutex”.

pokaż więcej

 
2018-07-24 11:24:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Wstydliwy suplement do naszej historii. Lada wkłada kij w mrowisko naszych patriotycznych wzmożeń i heroicznych kolęd. To dzielny facet, choć łatwo wyczytać, że albo on, albo wydawca, są świadomi ryzyka związanego z wydaniem tej książki. Co chwila opowieść przerywają tłumaczenia, że opisane przypadki stanowiły tylko mało istotny promil wśród naszych bohaterskich wyczynów i nienagannej figury... Wstydliwy suplement do naszej historii. Lada wkłada kij w mrowisko naszych patriotycznych wzmożeń i heroicznych kolęd. To dzielny facet, choć łatwo wyczytać, że albo on, albo wydawca, są świadomi ryzyka związanego z wydaniem tej książki. Co chwila opowieść przerywają tłumaczenia, że opisane przypadki stanowiły tylko mało istotny promil wśród naszych bohaterskich wyczynów i nienagannej figury moralnej. Może i tak było, ale takie przypadki jednak się zdarzały. I Lada brawurowo je opisuje.
„Bandyci z Armii Krajowej” to znakomity język łączący naukową precyzję z literacką konstrukcją zdań i filmową budową opowieści. Choć bardzo dużo tu wyliczanek, ani przez chwilę nie mamy poczucia, że czytamy rocznik statystyczny. Błyskotliwa praca z cytatami daje oddech a jednocześnie poczucie, że obcujemy nie z tekturowymi postaciami historycznymi, a ludźmi. Na dodatek ludźmi, w których sposób i tok myślenia potrafimy wniknąć.
Największe wątpliwości budzi tu tytuł. Znakomity. Tyle, że Lada zajmuje się nie tylko Armią Krajową, a wszystkimi organizacjami podziemnymi. Pod koniec AK znika tu zupełnie wyparta przez brudne gry Armii Ludowej i Narodowych Sił zbrojnych. Ale marketing ma swoje prawa. A dziś podlega im nawet hardkorowo (czyt. uczciwie) ujęta historia.
Tytuł książki Lady jest mylący, ale w żaden sposób nie umniejsza znaczenia i jakości jego książki – po jej przeczytaniu żałujemy, że tak szybko się skończyła.
„Bandyci z Armii Krajowej” to kawał świetnej literatury nie tylko dla entuzjastów historii. Książka Lady to także doskonała proza sensacyjna w stylu retro. Za szczególną uwaga powinni pochylić się nad nią nasi producenci filmowi i co inteligentniejsi scenarzyści. Jest tu kilka historii stanowiących gotowe scenariusze na produkcje na głowę bijące „harcerski” „Czas honoru” czy „przedszkolackie” „Wojenne dziewczyny”. Tyle, że do ich realizacji potrzebne są cojones – przynajmniej takie, jakie ma Lada.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
162 160 1517
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (9)

zgłoś błąd zgłoś błąd