Tomek 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 8 godzin temu
Teraz czytam
  • Na południe od Brazos
    Na południe od Brazos
    Autor:
    Oddana po raz pierwszy do rąk czytelników w 1985 roku „Na południe od Brazos” Larry'ego McMurtry’ego to powieść wyjątkowa. Doceniona zarówno przez krytyków (Nagroda Pulitzera), jak i czytelników (śred...
    czytelników: 1745 | opinie: 88 | ocena: 8,64 (355 głosów) | inne wydania: 1
  • Przynęta
    Przynęta
    Autor:
    Detektyw Emily Baxter wciąż nie może dojść do siebie po poprzednim śledztwie i po zniknięciu swojego przyjaciela Williama „Wolfa” Fawkesa. Pomimo oporów przed angażowaniem się w kolejną makabryczną sp...
    czytelników: 91 | opinie: 9 | ocena: 7,64 (11 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-15 16:13:51
Ma nowego znajomego: ksiazkawprezencie
 
2018-12-14 23:23:20
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
Cykl: William Fawkes (tom 2)
 
2018-12-14 23:21:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Rozhuśtana satyra. Mocno, nawet za mocno rozhuśtana. Tak jakby Paul Beatty nie mógł poskromić swojej elokwencji i poczucia humoru lub, niestety, nie panował nad swoją historią. Są w „Białoczarnym” fragmenty naprawdę znakomite, wywołujące salwy śmiechu i budzące podziw śmiałością łamania polityczno-poprawnych tabu rządzących współczesną Ameryką. Jednak są też niestety w tej powieści duże partie... Rozhuśtana satyra. Mocno, nawet za mocno rozhuśtana. Tak jakby Paul Beatty nie mógł poskromić swojej elokwencji i poczucia humoru lub, niestety, nie panował nad swoją historią. Są w „Białoczarnym” fragmenty naprawdę znakomite, wywołujące salwy śmiechu i budzące podziw śmiałością łamania polityczno-poprawnych tabu rządzących współczesną Ameryką. Jednak są też niestety w tej powieści duże partie materiału, które sprawiają wrażenie zaszywania dziur pomiędzy kolejnymi dobrymi fragmentami. A może są po prostu wodolejstwem faceta, który znakomicie opanował pisanie lub stanowią dowód na narcyzm autora bawiącego się znakomicie swoimi żartami.
Beatty jest mocno wyczytanym erudytą. „Białoczarny” to przecież afroamerykańska wariacja na temat „Wielkiego małego człowieka” – obrazoburczej wizji historii Stanów Zjednoczonych, w której Amerykę stworzyli idioci i kabotyni. Tyle, że ta erudycja, zdecydowanie ponad – nawet erudycyjną – średnią, jest też pułapką w którą sam się pakuje zachwycony sobą/nie potrafiący się kontrolować pisarz. W pewnymi momencie porzuca „Małego…” i zaczyna się bawić dziwaczną hybrydą powieści inicjacyjnej i kontrkulturowej. Na dodatek jeszcze tę inicjacyjność i kontrkulturowość ośmieszając. Można się w tych tropach pogubić równie skutecznie jak Gunnar Kaufman gubi w swoim dorastaniu oraz rozdarciu, pomiędzy światem białych, w którym się wychował, i czarnych, gdzie próbuje wykuć sobie jakieś gniazdo. A jeszcze na dodatek dopada go zwykłe codzienne szaleństwo znane przedstawicielom wszystkich ras – niezależnie pod jaką szerokością i długością geograficzną żyją.
To się nie mogło udać. Ale porażką „Białoczarny” nie jest. Bo tak dobrze napisanych powieści jest we współczesnej prozie niewiele. Tak śmiałych społecznie jeszcze mniej.

pokaż więcej

 
2018-12-10 15:32:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Agent 10483 (tom 2) | Seria: Gorzka Czekolada

Rzeźnia w imię zemsty. Prawa i sprawiedliwości w świecie, w którym te słowa są tylko patriotycznym opakowanie dla bezwzględnej gry interesów. Wolnej amerykanki, gdzie każdy chwyt jest dozwolony. Liczy się skuteczność, efekt. Koszta nie mają znaczenia. Zwłaszcza, że można je elegancko PR-owo przykryć.
„Ostatnie instrukcje” – bezpośrednia kontynuacja „Trzech kopert” – to wyjątkowo krwawy...
Rzeźnia w imię zemsty. Prawa i sprawiedliwości w świecie, w którym te słowa są tylko patriotycznym opakowanie dla bezwzględnej gry interesów. Wolnej amerykanki, gdzie każdy chwyt jest dozwolony. Liczy się skuteczność, efekt. Koszta nie mają znaczenia. Zwłaszcza, że można je elegancko PR-owo przykryć.
„Ostatnie instrukcje” – bezpośrednia kontynuacja „Trzech kopert” – to wyjątkowo krwawy odcinek oszalałego MacGywera lub, jak kto woli, opętanego żądzą zabijania Pomysłowego Dobromir. Tym razem Nir Hezroni bawi się schematem i sztafażem technothillera. Dostrzega, że rozwój technologiczny daje temu, martwemu od pewnie 20 lat, gatunkowi nowe szanse. Wykorzystuje je po mistrzowsku, zderzając jego chłód i bezosobową rzeczowość z modnymi trendami medialno-społecznymi, zwłaszcza nowym odczytaniem roli kobiet w świecie. Dzięki temu jego powieść jest bardziej ludzka i emocjonująca niż proza spod znaku Toma Clancy’ego i jego naśladowców.
Na dodatek widać, że jest mocno wyoglądany. W swojej historii wykorzystuje, jeszcze efektowniej i efektywniej niż w „Trzech kopertach”, najnowsze filmowe techniki narracyjne – po mistrzowsku gra czasem i batalionem postaci ustawionym na szachownicy swojej opowieści.
Nie wszystko Herzoniemu wychodzi. Wątek duetu rozgadanych zabójców zanadto kojarzy się z „Pulp Fiction”. Jednak to, że jest wtórny, to mniejszy problem. Zapewne miał rozluźnić i ocieplić narrację. Niestety, tylko spowalnia ją nie mając większego wpływu na bieg spraw. Na dodatek irytuje, bo Hezroni nie ma vis comica Tarantino. Większość dowcipasów jego morderczych bliźniaków jest bardzo wysilonych.
Jednak wszelkie niedociągnięcia „Ostatnich instrukcji” tracą znaczenie, gdy rozpoczyna się wielki finał. To trzymająca w napięciu, epicka krwawa łaźnia napisana w tak mistrzowski sposób, że można ją porównać ze słynnym „baletem śmierci” w finale „Dzikiej bandy” Sama Peckinpaha czy sceny w nowojorskiej kamienicy, narkomańskiej melinie, z „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa. Tyle, że jatka Hezroniego trwa blisko 50 stron od początku do końca trzymając w napięciu. Maestria.
Po lekturze „Ostatnich instrukcji” narzuca się jeszcze tylko pytanie. Nik Hezroni pracował w izraelskich służbach specjalnych. Ciekawe, ile z tego o czym pisał jest dziełem jego wyobraźni, a ile – zwłaszcza technik wpływania na osobowość i śledzenia obywateli – istnieje i jest praktykowana w rzeczywistości. Finałowe podziękowania wskazują, że sporo. Obyśmy nie musieli sami wystąpić w „Ostatnich instrukcjach”.

pokaż więcej

 
2018-12-05 12:27:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Agent 10483 (tom 1) | Seria: Gorzka Czekolada

Bourne na turbodoładowaniu. Hezroni dekonstruuje całą ideę popkulturowej mitologii szpiegowskiej i schemat dreszczowca z podgatunku global conspiracy. Przy nim nawet najbardziej „czarni” autorzy gatunku, z Johnem le Carré na czele, wydają się niepoprawnymi romantykami, a ich proza ciepła i sentymentalna. W „Trzech kopertach” nie ma dobra. Nie ma bieli i szarości. Wszystko zanurzone jest w... Bourne na turbodoładowaniu. Hezroni dekonstruuje całą ideę popkulturowej mitologii szpiegowskiej i schemat dreszczowca z podgatunku global conspiracy. Przy nim nawet najbardziej „czarni” autorzy gatunku, z Johnem le Carré na czele, wydają się niepoprawnymi romantykami, a ich proza ciepła i sentymentalna. W „Trzech kopertach” nie ma dobra. Nie ma bieli i szarości. Wszystko zanurzone jest w psychicznym mroku. Rządzą tu pragmatyzm i skuteczność. Ludzie są tylko narzędziami i mięsem armatnim. Dobro to miłość to tylko niepotrzebne, śmiertelnie niebezpieczne obciążenia. Niby to czysty nihilizm, ale w tym babraniu się w źle widać jakiś cel. Motywacje bohaterów, nawet jeżeli wszyscy babrają się w źle, są czytelne. Rozumiemy ich, kibicujemy, zastanawiamy się, co nastąpi. A nie jest to łatwe, bo autor łamie każdy fabularny stereotym.
Powieść Hezroniego może wzbudzić mieszane uczucia u pań, zwłaszcza tych walczących o prawa kobiet w świecie ponoć wciąż zdominowanym przez mężczyzn. Patrząc z ich perspektywy, autora można nazwać feministą. Panie są u niego równorzędnymi osobami dramatu. To niespodzianka wziąwszy pod uwagę maskuliniczny charakter gatunku. Zwłaszcza, że u podstaw tego nie leży ani polityczna poprawność, ani względy marketingowe. I to się kobietom może spodobać. Jednak to, że są równie, a nawet bardziej niebezpieczne i skuteczne od – co najmniej wyrachowanych, a często patologicznych – morderców, może już budzić ich wątpliwości. Choć niewątpliwie, Hezroni – świadomie lub nie – składa hołd kobiecemu pragmatyzmowi.
„Trzy koperty” to kolejny, po wybitnych serialach „Hutufim” (pierwowzór „Homeland”), „Bnei Aruba” (pierwowzór „Hostages”), „Podwójna gra” i „Dumb”, znakomity produkt izraelskiej popkultury. Powoli chyba można mówić o fali. Jest ona zdecydowanie ciekawsza od wtórnego szkockiego ratan noir, czy do bólu politycznie poprawnej – skandynawskiej czerni. Jednak aż takiego sukcesu chyba nie odniesie. Jest zbyt ponura. I nikt z izraelskim twórców nie ma wątpliwości kim jest w istocie człowiek i co kryje się pod szczytnymi hasłami bohaterstwo oraz ojczyzna.

pokaż więcej

 
2018-12-02 19:12:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Brytyjski klasyk. Jednak zdecydowanie nie Bentley. Nastrój debiutu Adama Kaya oscyluje gdzieś między społecznie zaangażowanym kinem Mike’ Leigh i Kena Loacha a ciepłym, nieco wisielczym, tzw. angielskim humorem znanym choćby z „Czterech wesel i pogrzebu” „To właśnie miłość” czy „Dziennika Bridget Jones”. Z tym ostatnim łączy „Będzie bolało” więcej. Kay zastosował metodę Helen Fielding i... Brytyjski klasyk. Jednak zdecydowanie nie Bentley. Nastrój debiutu Adama Kaya oscyluje gdzieś między społecznie zaangażowanym kinem Mike’ Leigh i Kena Loacha a ciepłym, nieco wisielczym, tzw. angielskim humorem znanym choćby z „Czterech wesel i pogrzebu” „To właśnie miłość” czy „Dziennika Bridget Jones”. Z tym ostatnim łączy „Będzie bolało” więcej. Kay zastosował metodę Helen Fielding i zbudował swoją historię na zasadzie dziennika. Tyle, że zrobił to mniej literacko. Pewnie z racji aktualnie wykonywanej roboty – jest scenarzystą seriali komediowych i standuperem – autor „Będzie bolało” leci od skeczu do skeczu, jakby każdy dzień był jego kolejnym estradowym numerem. Zamiar ambitny, wykonanie takie sobie. Są tu momenty naprawdę zabawne i poruszające (często jednocześnie), ale za dużo fragmentów puszczonych, dopisanych chyba tylko po to, żeby wypełnić zakontraktowaną objętość książki. Bardzo nierówne są też serwowane przez Kaya żarty. Kilka naprawdę robi wrażenie, ale większość to niestety suchary, tanie dowcipasy, które nijak nie pasują do przesłania książki – apelu o szacunek i docenienie pracy młodych brytyjskich lekarzy i szpitalnego personelu, ludzi przepracowanych i coraz gorzej opłacanych, Co gorsza, im bliżej finału, czyli właśnie tego przesłania, robi się coraz gorzej. Kay wyraźnie gubi melodię – dowcipasy stają się coraz słabsze i pojawia się patos, który dziwne zgrzyta w zderzeniu z początkowymi rozdziałami książki. Zaczyna pobrzmiewać jakaś fałszywa nuta i to mimo tego, że mamy świadomość, że to relacja z pierwszej ręki, bo autor był młodym brytyjskim lekarzem, a jego dziennik nie jest tworem artystycznym tylko – przynajmniej tak twierdzi Kay – zbiorem autentycznych notatek wycieńczonego medyka.
To nie jest najlepsza książka ostatnich miesięcy, ale warto ją przeczytać. I to nie tylko dlatego, że brytyjski humor, nawet nie najwyższych lotów, jest zawsze w cenie. Po pierwsze po to, by zobaczyć, że z naszą służbą zdrowia nie jest najgorzej. Po drugie, żeby docenić pracę często irytujących nas, oskarżanych o lenistwo i interesowność, lekarzy. I wreszcie po to, by zobaczyć, jak bardzo różnimy się od Brytyjczyków. Nie tak dawno ukazali się „Mali bogowie” – dwa tomy reportażu Pawła Reszki poświęconego naszej służbie zdrowia. To kawał świetnego dziennikarstwa utrzymany w typowo polskim, ponuro-elegijnym, nastroju. Świat tu jest pomalowany na czarno, trudno nawet znaleźć szarość. Adam Kay, choć nie jest nawet w części tak dobrym pisarzem jak Reszka, potrafi bawić się kolorem. Może idę za daleko, ale czytając „Będzie bolało” pomyślałem, że nic dziwnego, iż Wielka Brytania, choć pogrążona w kryzysie, uważana jest za mocarstwo, a Polska, choć od lat kwitnie, do mocarstwowości tylko wiecznie aspiruje. Mocarstwowość to stan ducha. Także w literaturze.

pokaż więcej

 
2018-11-27 00:24:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

Majstersztyk. Pokryty nieco patyną, ale wciąż zapierający dech – przenikliwością autora oraz jego wisielczym, bardzo niepolskim, poczuciem humoru. Bo chociaż po 11 września „Tajnego agenta” zaczęto czytać i interpretować jako jedno z najważniejszych, a według niektórych najważniejsze, dzieło literackie traktujące o terroryzmie, to zdecydowane uproszczenie. Owszem, jest tu kilka akapitów... Majstersztyk. Pokryty nieco patyną, ale wciąż zapierający dech – przenikliwością autora oraz jego wisielczym, bardzo niepolskim, poczuciem humoru. Bo chociaż po 11 września „Tajnego agenta” zaczęto czytać i interpretować jako jedno z najważniejszych, a według niektórych najważniejsze, dzieło literackie traktujące o terroryzmie, to zdecydowane uproszczenie. Owszem, jest tu kilka akapitów wyjątkowo celnie trafiających w jego istotę oraz kilkanaście zdań doskonale charakteryzujących parających się nim ludzi, jednak sens tej powieści jest inny. Sens, a może sensy, bo „Tajnego agenta” można i powinno się czytać na kilka sposobów.
Jest powieść Conrada wyjątkowo mroczną wizją społeczeństwa – zbiorowości ludzi co najmniej ograniczonych, chciwych, pozbawionych kulturowych nabyć zwanych człowieczeństwem. I tu nie chodzi tylko o terrorystów. Pisarz brawurowo i bardzo niepoprawnie politycznie atakuje kobiecość, instytucję rodziny oraz małżeństwa. Robi to tak mocno, że dziś jego powieść zapewne byłaby zmieszana z błotem przez wszelkiego rodzaju ludzi „na czasie” i postępowych. Bardzo mocno dostaje się też mediom, służbom policyjnym i politykom. Aż dziw bierze, że w napisanym pośpiesznie, głownie dla kasy, ponad 100 lat temu, kawałku tak doskonale ukazane są mechanizmy kreujące rzeczywistość, jak dziś byśmy powiedzieli, polityczno-medialną – głupotę, egoizm, powierzchowność i „oszczędne gospodarowanie prawdą” dziennikarzy, stróżów porządku i rządzących. Dostaje się zresztą także terrorystą. Według Conrada to dość leniwi, ograniczeni, żyjący we własnym świecie ludzie, dla których głoszone ideały są kostiumem. Głównie chodzi im o pieniądze. Terroryści są u Conrada groteskowi. I tu dochodzimy do drugiego głównego tropu interpretacyjnego „Tajnego agenta”. Bo to nie tylko mroczna powieść społeczna, ale także – a może przede wszystkim – gryząca satyra społeczna. Wszystkie występujące tu postaci to grubo skreślone parodie – żony, ograniczonego umysłowo dziecka, tajnego agenta, anarchistów, policjantów i polityka. Są śmieszni i żałośni – w tym co i jak myślą oraz w tym co i jak robią. To istny „Gang Olsena”. Nawet przydarzające się mu tragedie mogą wywołać salwy śmiechu.
„Tajny agent” to powieść, która rozpoczęła też coś ważnego. Bez niej nie byłoby szpiegowskich rzeczy Grahama Greene’a i Johna le Carré. To Conrad podrzucił im ironiczny język i niektóre rozwiązania fabularne. Widać to zwłaszcza w ich „Naszym człowieku w Hawanie” (Greene) oraz „Naszym człowieku w Panamie” (le Carré). Byli/są pojętnymi uczniami. Ale Conrad był pierwszy i większy. Zresztą im jestem starszy i po kolejnej lekturze jego powieści, zastanawiam się, czy nie największy.

pokaż więcej

 
2018-11-17 22:44:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Pierwszy krok ku wielkości. Zdecydowany krok. Bo choć szwankuje tu trochę fabuła, reszta, zwłaszcza maestria językowa, po prostu zwala z nóg. Inna sprawa, że ta maestria jest – oprócz szczątkowej, raczej pretekstowej fabuły – najsłabszym elementem tej powieści. Twardoch syci się swoją elokwencją i erudycją, bawiąc się w lingwistyczną żonglerkę. A pisząc „Wieczny Grunwald” jest już językowym... Pierwszy krok ku wielkości. Zdecydowany krok. Bo choć szwankuje tu trochę fabuła, reszta, zwłaszcza maestria językowa, po prostu zwala z nóg. Inna sprawa, że ta maestria jest – oprócz szczątkowej, raczej pretekstowej fabuły – najsłabszym elementem tej powieści. Twardoch syci się swoją elokwencją i erudycją, bawiąc się w lingwistyczną żonglerkę. A pisząc „Wieczny Grunwald” jest już językowym wyczynowcem tak sprawnym, że chwilami trudno nad nim nadążyć. I, jak to młody człowiek, odjeżdża. Jego zabawy staropolszczyzną chwilami zaczynają być popisem z cyklu „sztuka dla sztuki”. I momentami chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo w następnym akapicie pisze językiem zrozumiałym/łatwiej przyswajalnym dla współczesnego czytelnika.
Ta lingwistyczna żonglerka stanie się jego znakiem rozpoznawczym. Tyle, że później – zwłaszcza w „Drachu” – okaże się kolejnym mistrzowskim zagraniem narracyjnym.
Zresztą w ogóle „Wieczny Grunwald” jest katalogiem zagrań i obsesji, które pisarz rozwinie (z co najmniej znakomitym skutkiem) w swoich późniejszych pracach. Historia Paszka to opowieść o wolności jako najgorszym rodzaju niewoli, wiecznym upiornym danse macabre Polaków i Niemców, przekleństwie historii – nauki, która nas uczy, że nic nie wynosimy z jej nauki, przekleństwie życia – pasma udręk i klęsk oraz destrukcyjnej sile miłości i rodziny. Tu, jest ona tak wielka, że można nazwać „… Grunwald” powieścią nihilistyczną. Później Twardoch trochę skoryguje swoje spojrzenie, nada miłości większą dwuznaczność.
Można nazwać „Wieczny Grunwald” pierwszym krokiem do wielkości czy sygnałem narodzin giganta. Ale można spojrzeć też na tę powieść nieco inaczej. To proza totalna, rozsadzająca wszelkie ramy – gatunkowe, narracyjne, językowe, stylistyczne i językowe. Totalny literacki rozpierdol. „Never Mind the Bollocks” albo „Raw Power” Twardocha. Tour de force autora „Króla”. Jego późniejsze kawałki – od wielkiej „Morfiny” po gigantyczne „Królewstwo” – są bardziej uczesane, „melodyjne”, łatwiej wpadające w ucho. Na listy przebojów. Komercyjne, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Dla ludzi.
„Wieczny Grunwald” to rzecz dla entuzjastów literackiego hardkoru i zagorzałych fanów Szczepana Twardocha. Pozostali mogą mieć z tą powieścią problem. Ale warto zaryzykować to starcie. Walka będzie ciężka, ale satysfakcjonująca.

pokaż więcej

 
2018-11-07 17:06:14
Ma nowego znajomego: Eww
 
2018-11-07 17:05:55
Ma nowego znajomego: IAN KEMP
 
2018-11-06 13:18:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Męski konfesjonał. Daleko od najlepszych rzeczy Buka, ale i tak robiący wielkie wrażenie. – Bukowski o miłości? – ni to zapytał, ni to stwierdził koleś w Bonito podając mi książkę. Bo faktycznie, gdzie wśród pustych butelek, kurw, muzyki poważnej i ogólnego syfu jest miejsce na uczucia? A właśnie wóda, kurwy, muzyka poważna i syf kojarzą się z Bukowskim. Facet nie pisywał w „Malinowym... Męski konfesjonał. Daleko od najlepszych rzeczy Buka, ale i tak robiący wielkie wrażenie. – Bukowski o miłości? – ni to zapytał, ni to stwierdził koleś w Bonito podając mi książkę. Bo faktycznie, gdzie wśród pustych butelek, kurw, muzyki poważnej i ogólnego syfu jest miejsce na uczucia? A właśnie wóda, kurwy, muzyka poważna i syf kojarzą się z Bukowskim. Facet nie pisywał w „Malinowym chruśniaku” i tym podobnych wordtracków dla par obejmujących się o wschodzie czy zachodzie słońca, albo bardzo ładnych pań i panów przewracających się w eleganckiej pościeli z butelką dobrego szampana w tle.
Bukowski to „krew, pot i sperma”. To cyniczne frazy w stylu „Za dużo facetów zadziera nosa/za dużo kobiet zadziera nogi”. Zresztą fraza ta pochodzi z „O miłości”. Jest tu zresztą więcej gorzkich refleksji na temat naszego gatunku i jego rytuałów. Są obrazy, którym bliżej do pornografii niż tego, co etatowi połykacze seriali nazywają miłością. Ale to miłość. Tyle, że nie drobnomieszczańska, oparta na pełnych hipokryzji kulturowych schematach. Bukowski to szczerość. Chwilami brutalna i waląca rzygami, ale jednak prawda.
Dla niektórych część z tych wierszy może być odpychająca – naturalistyczną dosadnością i penetrowaniem rynsztoków życia, ale taki był właśnie Buk – brutalny, dosadny i szczery, widzący w rynsztoku prawdę o naszej kondycji. Ale wśród tej brutalności, dosadności można bardzo łatwo i wyczytać delikatność, wrażliwość i czułość autora. Tyle, że skrzętnie skrywaną za maską nieczułego, wulgarnego gbura. Widać ją zwłaszcza w zamykającym tom, napisanym tuż przed śmiercią kawałku. Widząc zbliżający się koniec w końcu się odważył powiedzieć to, co czuł. W sposób niezwykły, poruszający, wywołujący dreszcz wzruszenia.
Oczywiście erotyka Bukowskiego to przede wszystkim kobiety. Najwięcej miejsca poświęca swojej drugiej żonie i ostatniej partnerce – Lindzie Lee, ukochanej córce – Marinie, jej matce – Frances, oraz postaciom prawie mitycznym – znanym z dziesiątek jego opowiadań i wierszy, pierwszej żonie – Barbarze, tajemniczej milionerce z Teksasu oraz, najwięcej chyba, znanej także z filmów „Ćma barowa” i „Faktotum”, Jane o świetnych nogach. Widać, że ta wiecznie puszczająca się alkoholiczka (w końcu zapiła się w końcu na śmierć) była jego obsesją i największą miłością. Pisał o niej aż do śmierci.
Są też w „O miłości” wiersze, które mogłyby znaleźć się w drogich, drukowanych na kredzie, luksusowych magazynach dla panów, kawałki, w których wyznaje miłość swojemu staremu samochodowi i składach hołd zmarłemu wozakowi. Tylko w tym ostatnim Bukowski przyznaje się do łez. Jest tu też pean do ukochanej maszyny do pisania. Wyczytując jego ładunek emocjonalny widać, że ją chyba kochał najbardziej.
„O miłości” nie wytrzymuje porównań z największymi dokonaniami Bukowskiego. Widać, że kawałki wcześniej nie drukowane to spady, rzeczy odrzucone/zapomniane przez autora, zebrane teraz i wydane tylko dla kasy. Ale i tak, to kolejne spotkanie z wielkim Bukiem robi kolosalne. Jego język, styl, to niezwykłe połączenie poezji z prozą – bo każdy z tych wierszy, to opowiadanie napisane wierszem – robią gigantyczne wrażenie. Tak, jak pisał Bukowski, pisać nie potrafi nikt. Takiej klasy i stylówy jak on, nie miał i nie ma nikt. Zresztą gości z takimi cojones jak on, w ogóle już nie ma. Szkoda.

pokaż więcej

 
2018-11-05 00:33:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Cykl: Król (tom 2)

Brawurowe, śmiałe, poruszające. Niczym „Ojciec Chrzestny 2” – bijące na głowę „jedynkę”. I to pod każdym względem – fabularnym, historiozoficznym, psychologicznym i emocjonalnym. Oczywiście z racji tematyki „Królestwo” będzie rozpatrywane w trybie doraźno-politycznym. „Postępowcy” nazwą je ważnym głosem w dyskusji na temat polskich przewin wobec Żydów i polskim udziale w Holocauście. Dla... Brawurowe, śmiałe, poruszające. Niczym „Ojciec Chrzestny 2” – bijące na głowę „jedynkę”. I to pod każdym względem – fabularnym, historiozoficznym, psychologicznym i emocjonalnym. Oczywiście z racji tematyki „Królestwo” będzie rozpatrywane w trybie doraźno-politycznym. „Postępowcy” nazwą je ważnym głosem w dyskusji na temat polskich przewin wobec Żydów i polskim udziale w Holocauście. Dla prawicowych oszołomów stanie się kolejnym, po publicystyce Jana Tomasza Grossa i jemu podobnych, dziełem „polakożercy”. Ale Szczepan Twardoch jest zbyt dużym pisarzem, by tworzyć piłki do rozgrywania w codziennym medialno-politycznym palancie. Zresztą określenie zbyt dużym nie oddaje w pełni jego wielkości. „Królestwo”, po nieco słabszym „Królu”, potwierdza, że to największy polski pisarz od czasu, gdy Jarosław Iwaszkiewicz po raz ostatni postawił ostatnią kropkę.
Zresztą pod wieloma względami ten wciąż bardzo młody, jak na standardy wielkiej literatury, twórca Iwaszkiewicza przewyższa. W każdym razie na pewno śmielej i lepiej mierzy się z naszą mitologią oraz kompleksami. Na dodatek robi to tak błyskotliwie, że jego, mocno osadzone w naszej historii, bardzo polskie powieści, historie polskich losów, doskonale rozczytują się jako uniwersalne opowieści o ludzkiej kondycji i żałości naszych spędzeń. Prawdopodobnie, po drobnych korektach w nazwach miejscowości i scenografii mogłyby się rozgrywać we Francji, Ugandzie, Peru, Tunezji czy Laosie. Ludzkie namiętności i małości wszędzie są takie same.
„Królestwo” to także stałe wątki w twórczości Twardocha – świętość rodziny jako świętego porządku i kara spadająca na tych, którzy na porządek ten podniosą rękę oraz względność/doraźność i okrucieństwo życia, fatalizm, którym jest naznaczona nasza egzystencja.
Twardoch nie byłby Twardochem, gdyby nie mrugnął okiem w stronę Śląska. Zaskakująco wprowadza do „Królestwa” swojego rodaka. Oczywiście to dla pisarza kolejna okazja, by wrócić do swojej obsesji – śląskich losów i niedoli. Ale tym razem pochylając się nad nimi otwiera nowy front – ukraiński. Dla „prawdziwych Polaków” to może być kolejny powód do młotkowania, bo pisarz nie jest jednoznaczny w ocenie współpracy Ukraińców z Niemcami w czasie Holocaustu. Pisze o względności i próbuje zrozumieć ludzi – podobnie jak jego rodacy – żyjących zawsze między młotem i kowadłem, szukających swojego miejsca w tej tragicznej (nie z ich winy sytuacji). Pisze też o cenie, jaką przyszło im za to zapłacić.
Jest też w „Królestwie” wątek, który dotąd pojawiał się śladowo. Można było to wyczytać w „Drachu”, ale nie aż tak dokładnie. Stanowił tam raczej element twardochowskiej świętości rodziny. W „Królestwie” rodziny nie ma. Jeżeli się pojawia, to w stanie rozkładu. Są za to kobiety. Dwie gigantki. Mentalne atletki, postaci najbardziej „człowiecze” w człowieczeństwie, jakie lansuje kultura. To one są prawdziwymi Bohaterkami z wielkiej litery, osobami, które potrafią w świecie zła i podłości zachować wielkość i, choć unurzaną w gnojówce, godność. Próbują uporządkować, choćby doraźnie, bałagan stworzony przez mężczyzn. Mężczyzn kogutów – wypinających klatę i głośno piejących peany swojej wielkości, a w rzeczywistości chwiejnych i słabych. Bez kobiet, i to nie tylko ze względu na biologię, nasz świat, stworzony i skrojony przez facetów na własną modłę, by nie przetrwał.
„Królestwo”, świadomie lub nie, jest także polemiką z „Pianistą” Władysława Szpilmana. A może nie polemiką. Raczej jego lepszą, bardziej realistyczną i pogłębioną wersją. O kilka klas lepszą.
Zdecydowanie najlepszy Twardoch. Jedna z najlepszych polskich powieści ever. Maks. Pod każdym względem.

pokaż więcej

 
2018-11-01 21:52:49
Ma nowego znajomego: Barbara Bereżańska
 
2018-11-01 11:07:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Ciężki, wysokoatrystyczny żart. Na dodatek podszyty poczuciem wyższości na jakie często pozwalają sobie pieszczochy tzw. elit intelektualnych. A Don DeLillo takim pieszczochem był zawsze. Inna sprawa, że zasłużenie, bo to niewątpliwie wielki pisarz. Jeden z największych, a według niektórych największy. Tyle, że w „Great Jones Street” wyraźnie syci się swoją wielkością patrząc na swoich... Ciężki, wysokoatrystyczny żart. Na dodatek podszyty poczuciem wyższości na jakie często pozwalają sobie pieszczochy tzw. elit intelektualnych. A Don DeLillo takim pieszczochem był zawsze. Inna sprawa, że zasłużenie, bo to niewątpliwie wielki pisarz. Jeden z największych, a według niektórych największy. Tyle, że w „Great Jones Street” wyraźnie syci się swoją wielkością patrząc na swoich bohaterów jak na przedstawicieli niższego gatunku – niby naczelnych, niby człowiekowatych, ale tych bliżej szympansa niż tego jedynego prawdziwego Homo Sapiens – nowojorskiego, po dobrej szkole, serii nagród i tytułów naukowych oraz salwach oklasków po odczytach na salonach.
W „Great Jones Street” widać wielkość DeLillo. Ale tylko na drugim, trzecim planie, gdy oczami swojego bohatera przygląda się zapuszczonym ulicom i zaułkom manhattańskiego NoHo oraz ich mieszkańcom. Wątek główny – zniknięcie skandalizującego gwiazdora rocka jest zaskakująco płytki. DeLillo nie ma na ten temat nic ciekawego do powiedzenia. Wygląda na to, że przeczytał gdzieś notkę o zamilknięciu Boba Dylana lub tajemniczej śmierci Jima Morrisona (jego Bucky Wunderlick jest wyraźnie inspirowany wokalistą The Doors) i postanowił pobawić się tym materiałem. Tyle, że to zabawa pozbawiona sensu. Ot, kolejne przedstawienie korowodu showbiznesowych idiotów otaczających idiotę największego – idola. Tyle, że wszyscy ci idioci są do bólu schematyczni. Nie ma tu nic oryginalnego, czegoś świeżego, co pozostanie na dłużej w pamięci.
Owszem, zdarzając się w „Great Jones Street” momenty zabawne. Parodie „rockowej poezji” i medialnego popkulturowego bełkotu wywołują śmiech, momentami aż do łez, a „artystyczne”, pretensjonalne głodne kawałki podawane przez gwiazdy oraz ich otoczenie sprawiają wrażenie monologów pacjentów szpitali psychiatrycznych. Tyle, że ile można jechać na jednym patencie? To dobre na kilka scen, a nie na powieść.
Inna sprawa, że choć „Great Jones Street” ma blisko 50 lat, w niczym nie straciło na aktualności. Tyle, że miejsce gwiazd rocka zajęli internetowi influencerzy albo jurorzy telewizyjnych music/dance/cooking shows.
To naprawdę materiał na mocną powieść o popkulturowym szaleństwie, czczeniu, obalani i monetyzacji idoli. Szkoda, że Don DeLillo jej nie wykorzystał. Ale nawet największym nie zawsze wszystko wychodzi. A może po prostu nie czuje rock’n’rolla?

pokaż więcej

 
2018-10-28 12:10:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Szybka akcja. Tak to się robi w Ameryce. Sadzamy bohatera przed sprawnym dziennikarzem i nagrywamy. Niestety, nawet jeżeli jest to najsprawniejszy dziennikarz na świecie, rzeczywistość nie zawsze jest tak ciekawa, jak fikcja.
„Spying is waiting” napisał przed laty John le Carré. To jedno z jego najlepszych zdań. Prawdopodobnie najlepsze, jakie podsumowuje pracę tajnych służb. Tyle, że owo...
Szybka akcja. Tak to się robi w Ameryce. Sadzamy bohatera przed sprawnym dziennikarzem i nagrywamy. Niestety, nawet jeżeli jest to najsprawniejszy dziennikarz na świecie, rzeczywistość nie zawsze jest tak ciekawa, jak fikcja.
„Spying is waiting” napisał przed laty John le Carré. To jedno z jego najlepszych zdań. Prawdopodobnie najlepsze, jakie podsumowuje pracę tajnych służb. Tyle, że owo „waiting” jest zabójcze dla kultury pop, która się zażera tymi tajnymi służbami.
Douglas Century jest zapewne znakomitym dziennikarzem. W końcu zatrudniono go, by spisał i zredagował opowieść Andrew Hogana – faceta, który w największym stopniu przyczynił się za ujęcia Joaquína Guzmána, „El Chapo” – jednego z najsłynniejszych i największego handlarza narkotyków ever. Na pewno Century jest prawdziwym dziennikarzem – nie ubarwia i nie stosuje tanich chwytów. Ale dla produktu pop, jakim jest książka, to zabójcze.
Choć „Polowanie na El Chapo” ma zawrotne tempo, książka nudzi. To po prostu, umajona tylko w pierwszej części narracyjną grą czasem, relacja gości, którzy podsłuchiwali. Ich jedynym problemem było to, że dzięki informatorom w meksykańskich służbach oraz ich politycznej nadbudowie, „El Chapo” i jego ekipa orientowali się w działaniach amerykańskich służb i co jakiś czas zmieniali swoje BlackBerry. Żadnych zaskakujących zwrotów akcji, kilku trupów i tym podobnych atrakcji z arsenału kultury akcji. Emocji tu tyle, co podczas zjazdu sankami z górki. Niezbyt wysokiej.
Na dodatek Hogan, wzorem innych dorabiających tworzeniem prozy użytkowej kolegów z tajnych służb, co jakiś czas chwali kolegów i przełożonych. Tu nie wyłamuje się z szeregu – mówi o dzielnych, oddanych sprawi patriotach i bohaterach. Tak, jakby świat amerykańskich służb był zaludniony przez ocean klonów kapitana Żbika. Zresztą jest tu niekonsekwentny. Bo, i to chyba największa atrakcja tej książki, wspomina jakby mimochodem, że przed nim nikt się nie zajmował „El Chapo”. Przed większą część jego działalności, przez kilkanaście lat. A więc setki milionów dolarów szły w błoto. Wydawano je na nie wiadomo co. To była fikcja mająca uspokoić/oszukać obywateli/podatników. To najlepiej definiuje całą tę światową operacją nazywaną „wojna z narkotykami”. To fikcja, gra w łapnie króliczka. Megakróliczka. Króliczka doskonałego, którego nie da się złapać, dopóki będą ludzie, którzy będą mieli ochotę na odlot.
Wrażenie robi też relacja z pierwszych przesłuchań Guzmána. „El Chapo” sprawiał wrażenie człowieka, który odetchnął, że zakończył się pościg, jego nieustająca tułaczka po nrach i kanałach. No i to jego oburzenie, że chcą go oskarżyć o 13 tysięcy morderstw. Stwierdza, że było ich tylko kilka tysięcy. Szkoda, że tych kilka zdań ginie w natłoku słów – o bohaterstwie amerykańskich urzędników i meksykańskich marines oraz setkach, może tysiącach sztuk telefonów BlackBerry.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
173 171 1705
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (13)

zgłoś błąd zgłoś błąd