Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Tomek 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 6 godzin temu
Aktywności
2017-06-22 13:19:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Milicjanci z Poznania (tom 8)

Najlepszy Ćwirlej. Zawrotne tempo, doskonała intryga, mistrzowska forma idealnie łącząca sowizdrzalski klimat z sensacyjną intrygą oraz specyficzna epickość pozwalająca pisarzowi pokazać praktycznie cały społeczny przekrój Polski połowy lat 80. – czasów schyłkowego socjalizmu i budzącego się oddolnie kapitalizmu. Ta budowa kapitalizmu, mechanizmów gospodarki rynkowej są zresztą jednym z... Najlepszy Ćwirlej. Zawrotne tempo, doskonała intryga, mistrzowska forma idealnie łącząca sowizdrzalski klimat z sensacyjną intrygą oraz specyficzna epickość pozwalająca pisarzowi pokazać praktycznie cały społeczny przekrój Polski połowy lat 80. – czasów schyłkowego socjalizmu i budzącego się oddolnie kapitalizmu. Ta budowa kapitalizmu, mechanizmów gospodarki rynkowej są zresztą jednym z motywów napędzających intrygę „Milczenia…”.
Mistrzowska forma nowej powieści Ćwirleja to także doprowadzony do perfekcji język perfekcyjnie łączący ironię, chłodną rzeczowość niezbędną do budowania napięcia oraz odrobinę nostalgii.
Dotąd Ryszarda Ćwirleja można było nazywać dobrym twórcą pop. Po :Milczeniu…” nie będzie żadnej przesady w określeniu pisarz doskonały. Jego proza to już nie tylko sprawnie poprowadzone, grające na sentymentach i polskiej naturze, ironiczne, sensacyjne fabuły. Ćwirlejowscy bohaterowie „nabierają ciała”, są się coraz bardziej złożeni, a ich trudne do rozszyfrowania motywacje stają się jednym z elementów budowania i stopniowania napięcia. Zresztą na tej poznańskiej szachownicy Ćwirleja pojawia się ich coraz więcej – drugoplanowcy i halabardnicy z poprzednich powieści tu stają się rzeczywistymi osobami dramatu. Zresztą łatwość tworzenia i rozbudowywania bohaterów to kolejny dowód na pisarską wirtuozerię Ćwirleja, tak jak i umiejętność stawiania ich na fabularnej szachownicy tak, by czytelnik nie miał poczucia, że gubi się już w tłumie postaci. Bo w „Milczeniu…” faktycznie mamy już do czynienia z ich tłumem.
Ale tym co najbardziej dziwi w nowej powieści Ćwirleja jest jej świeżość i błyskotliwość. Aż trudno uwierzyć, że wyszła spod pióra faceta wydającego nowe tytuły praktycznie raz na pół roku. Na dodatek facet ten potrafi zbudować niezwykły związek pomiędzy swoimi bohaterami a czytelnikiem. Związek sprawiający, że kończąc kolejną powieść czytelnik zaczyna tęsknić za bohaterami, nie może się doczekać kolejnego spotkania z nimi. A to już dowód wielkiej literackiej klasy.
Ryszard Ćwirlej znalazł się w krajowej czołówce pisarzy pop już w chwili wydania debiutanckiej powieści „Upiory spacerują nad Wartą”. „Milczenie jest srebrem” to powieść o kilka poziomów lepsza. Mocny kandydat do tytułu książki roku.

pokaż więcej

 
2017-06-16 01:32:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Cykl gliwicki (tom 2) | Seria: Ze Strachem

Komisarz Morka powinien przejść na emeryturę, zaś Wojciech Chmielarz na dłużej zostać w Gliwicach. Zatrute śląskie powietrze działa doskonale na pióro tego jednego z najlepszych polskich pisarzy pop. I choć „Zombie” jest powieścią zdecydowanie słabszą od wybitnego „Wampira”, to i tak o kilka klas przewyższa kawałki o sprawach warszawskiego policjanta. Gliwiccy bohaterowie Chmielarza są... Komisarz Morka powinien przejść na emeryturę, zaś Wojciech Chmielarz na dłużej zostać w Gliwicach. Zatrute śląskie powietrze działa doskonale na pióro tego jednego z najlepszych polskich pisarzy pop. I choć „Zombie” jest powieścią zdecydowanie słabszą od wybitnego „Wampira”, to i tak o kilka klas przewyższa kawałki o sprawach warszawskiego policjanta. Gliwiccy bohaterowie Chmielarza są ciekawsi, a ich śledztwa bardziej intrygujące i wciągające nawet gdy – tak jak w przypadku „Zombie” – dość szybko możemy zorientować się, kto tu stoi za zbrodniami, pomysł leżący u podstaw intrygi jest, mówiąc wprost, dęty, zaś motywacje Zła zbyt przypominają te z „Osiedla marzeń”.
Gliwickie powieści Chmielarza są po prostu Powieściami, a nie eleganckimi szaradami, które w sposób metodyczny i błyskotliwy rozwiązuje Bardzo Inteligentny Policjant.
To zaskakujące swoją świeżością odczytanie przez „polski filtr” schematu czarnego kryminału – z niskimi pobudkami kierującymi wszystkimi osobami dramatu, ich przerażającą samotnością, banalnością oraz powszechnością zła rozrastającego się wspaniale na gruncie ludzkiej małości i obojętności oraz pokręconymi do granic karykatury ludzkimi charakterami.
Pod wieloma względami „Zombie” jest powieścią słabszą od „Wampira”. Jednak pod jednym z pewnością góruje nad pierwszą powieścią o detektywie z bożej łaski – Dawidzie Wolskim. Chmielarz jeszcze nigdy nie był tak brawurowy językowo. Bawi się słowem. Nie wystarczy mu już poprawne pisanie kolejnych zdań tak, by układały się w logiczną i emocjonującą całość. Gra z czytelnikiem, stara się jak najszerzej przedstawiać racje i motywacje bohaterów. Tym razem jego narrator patrzy na świat oraz toczący się właśnie dramat oczami aż czwórki (przez moment aż piątki) bohaterów. Są w „Zombie” dwa rozdziały, które przenoszą pisarstwo Chmielarza do wyższej niż literatura kryminalna ligi. 2-3–stronnicowe perełki o kobietach dowiadujących się o zdradzie oraz ich rozmowach z tłumaczącymi się przed nimi mężczyznami, to proza przez duże P – błyskotliwa, brawurowe narracyjnie, doskonała psychologicznie i obyczajowo, a na dodatek zabarwiona zgryźliwym, czarnym humorem. Już tylko dla tych dwóch rozdziałów warto „Zombie” przeczytać i mieć na półce Do zdań i scen tej klasy chce się wracać. I to nie raz, i nie dwa. To dużo jak na kryminał. Bardzo dużo.

pokaż więcej

 
2017-06-04 21:06:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Rock’n’roll umarł, stary. Umarł, skoro powieść o Nowym Jorku polowy lat 70. – mieście New Jork Dolls, The Ramones, Television, Patti Smith i pomniejszych gwiazd rodzącej się właśnie wokół klubu CBGB sceny punk, gnijącym molochu rozpadającym się na oczach jego mieszkańców – z fascynującego thrillera szybko zmienia się w telenowelę. Oczywiście prawdopodobnie debiutujący w dużej formie Garth Risk... Rock’n’roll umarł, stary. Umarł, skoro powieść o Nowym Jorku polowy lat 70. – mieście New Jork Dolls, The Ramones, Television, Patti Smith i pomniejszych gwiazd rodzącej się właśnie wokół klubu CBGB sceny punk, gnijącym molochu rozpadającym się na oczach jego mieszkańców – z fascynującego thrillera szybko zmienia się w telenowelę. Oczywiście prawdopodobnie debiutujący w dużej formie Garth Risk Hallberg miał większe ambicje. „Miasto w ogniu” miało zapewne być Wielką Amerykańską Powieścią, literacką próbą uchwycenia Stanów Zjednoczonych, ich serca oraz tworzących je porządku i ludzi w przełomowym momencie – gdy z gnijącego, pogrążonego w kryzysie oraz chaosie bigoteryjnego, konserwatywnego mocarstwa pierwszej połowy XX w. przeistacza się w nowoczesny, otwarty, twórczy kraj jaki znaliśmy nim u władzy pojawił się Donald Trump. Niestety, zabrakło dobrego pomysłu fabularnego. O ile nerwowy, chaotyczny, brudny początek daje nadzieje na kawał wielkiej prozy, o tyle już ok. 100 strony historia zaczyna skręcać w stronę naturalistycznej wersji „Dynastii”, „Dallas” oraz tym podobnych słynnych amerykańskich oper mydlanych. Wątki kulturowe – tworzące nową scenę artystyczną środowiska punków i mniejszości seksualnych – stają się ozdobnikiem do historii o perypetiach pewnej typowo WASP-owskiej rodziny bankierów inwestycyjnych. Historii zaskakująco, jak na współczesną literaturę pop z ambicjami, ckliwej, schematycznej i niestety – na skutek pewnego nieudanego eksperymentu formalnego – do bólu przewidywalnej.
Prawdopodobnie problemem Hallberga było złe rozłożenie sił. Pisząc skupił się na języku pozwalając historii nieść się samej do (zaplanowanego w szczegółach lub ogólnych tylko ramach) punktu kulminacyjnego i finału. Ten punkt kulminacyjny też zresztą nie robi wrażenia „wielkiego bum”. Za dużo tu liter, by wstrząsnąć czytelnikiem, za dużo słów, które sprawiają, że mamy do czynienia nie z odwracającą porządek rzeczy, demolującą fabułę eksplozją, a trudnym do ugaszenia, choć niezbyt groźnym pożarem. Niezbyt groźnym, za to irytującym – nie wiem – zadymieniem?
A potencjał ma Hallberg naprawdę wielki. Jego (i fantastycznego tłumacza Jędrzeja Polaka) język to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w literaturze pop ostatnich lat. Jest oparty na przewrotnym, doskonale balansującym pomiędzy wyrafinowaniem a dosadnością, poczuciu humoru, błyskotliwy i otwarty na związane z popkulturą neologizmy. Choć dużo tu zdań wielokrotnie złożonych, jest bardzo potoczysty i, zwłaszcza w partiach dialogowych, naturalny. Hallberg słyszy jak mówią ludzie i potrafi to przełożyć na tekst.
Jest więc „Miasto w ogniu” językową ucztą. Do tych zdań chce się wracać nawet po kilka razy i czytane za każdym razem robią wielkie wrażenie. Ale jego literackość to niestety tort bezowy ze zbyt słodkim kremem – przy większych porcjach, rzecz tylko dla pewnego typu konsumentów.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
85 85 500
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (1)

zgłoś błąd zgłoś błąd