Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Tomek 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 6 godzin temu
Teraz czytam
  • Warkot
    Warkot
    Autor:
    Takiej draki Wrocław jeszcze nie widział! Początek lat 50. Funkcjonariuszom milicji i ubecji sen z powiek spędza bestialski morderca pozostawiający makabryczny szlak zwłok pozbawionych krwi. Na dodat...
    czytelników: 53 | opinie: 1 | ocena: 8 (1 głos)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-23 23:46:16
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-07-17 00:58:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Rodzina Hollandów (tom 1)

Vademecum skauta w stylu vintage, nawet mega vintage. Stary mistrz postanowił zbudować sobie pomnik. Upozował się do niego tak, by przypominać mistrza mistrzów, największego z wielkich (przynajmniej dla amerykańskich pisarzy) – Williama Faulknera. Zmienił tylko nazwisko opisywanego rodu – z Sartoris na Holland – i nieco podkręcił stylistykę, tak by czuć się pewniej, i wplątał członków rodziny... Vademecum skauta w stylu vintage, nawet mega vintage. Stary mistrz postanowił zbudować sobie pomnik. Upozował się do niego tak, by przypominać mistrza mistrzów, największego z wielkich (przynajmniej dla amerykańskich pisarzy) – Williama Faulknera. Zmienił tylko nazwisko opisywanego rodu – z Sartoris na Holland – i nieco podkręcił stylistykę, tak by czuć się pewniej, i wplątał członków rodziny w intrygi kryminalnej. Niestety, James Lee Bourke, nie jest rzeźbiarzem. To tylko (i aż) gigant prozy detektywistycznej, niedościgły król (i twórca) gatunku dixie noir, kryminałów rozgrywających się na pograniczu Teksasu i Luizjany, doskonale oddający duszną atmosferę, społeczne konflikty tego fascynującego swoim pod każdym względem dusznym klimatem, egzotycznego dla Europejczyków (i pewnie większości Amerykanów) regionu Stanów Zjednoczonych.
Bourke nie tylko nie jest rzeźbiarzem. Nie potrafi też pisać prozy epickiej. Jego kawałki detektywistyczne o odstawionym od butelki detektywie Robicheaux to prawdziwe kryminalno-obyczajowe perły. Mającym pretensje do Bardzo Wielkiej Prozy kawałkom o rodzie Hollandów (w Polsce ukazali się dotąd „Bogowie deszczu” – druga z trzech historii o teksaskim szeryfie Hackberrym Hollandzie) bliżej do określenia wieprze.
W przypadku „Samotnego wędrowca” – pierwszej powieści o Weldonie Hollandzie (w stanach już się ukazała druga), prawdopodobnie ojcu Hackberry’ego lub jego kuzyna, prawnika Billy”go Boba Hollanda (cztery powieści) – ostrzeżeniem dla czytelnika powinien być już pretensjonalny tytuł. Mało spostrzegawczych lub niezrażonych nim czeka zaskakująca i niezbyt miła przygoda. Oto czeka ich spotkanie niepokalaną moralnym brudem, mentalnym prawiczkiem, doskonale wykształconym bohaterem wojennym który próbuje prowadzić swój biznes niczym chór chłopięcy – bez żadnych brudnych podtekstów. Na dodatek nadzorując budowy kolejnych ropociągów rozmyśla o literaturze klasycznej, najczęściej o „Pieśni o Rolandzie”, ale pojawia się też m.in. słynny Smok Williama Blake’a nie wspominając już o Szekspirze. Brzmi to trochę jak skecz Mony Pytchona o australijskich filozofach, ale Bourke jest od nich zabawniejszy, bo nie stroi głupich min tylko podaje nam teks z kamienną twarzą Bustera Keatona.
Ponieważ twórca postaci Dave’a Robicheaux nie jest rzeźbiarzem na miarę Faulknera, musi kuć tak, jak potrafi – w wymagający materiał prozy sensacyjnej. Ale już chyba nie potrafi. Wokół Weldona Hollanda pojawia się zło, ale tym razem to raczej niedookreślona magma – źli bogacze czyhający nawet nie na pieniądze a duszę bohatera. Pojawiają się oczywiście szantażyści, przekupni gliniarze, piękne łatwe kobiety, szlachetni nieudacznicy i tym podobni halabardnicy z arsenału prozy noir, ale stanowią tu bardzo dalekie, pobieżnie nakreślone tło dla duchowych rozterek rycerza bez skazy.
Oczywiście dość szybko można się zorientować, że Weldon to symbol starej dobrej Ameryki – szlachetnej i robotnej, zdolnej do poświęceń i głębokich uczuć, za które gotowa jest oddać życie, zaś zło to współczesność i – chciwość, egoizm, przemoc, jednym słowem – pieniądze jako jedyny bożek. Aby podkreślić to współczesne zdziczenie Bourke wprowadza postaci autentyczne – autentycznych złych z romantycznych hollywoodzkich pop legend, Bonnie i Clyde’a oraz Bugsy’ego Siegela Przy ludziach zagrażających to co najwyżej niegrzeczne dzieciaki.
Słabe to. Po pisarzu o takim dorobku i ,jednak, klasie można oczekiwać czegoś więcej niż mądrości, głębi i wyrafinowania rodem ze szkolnych czytanek. A jednak, choć chwilami można się naiwnością i pretensjonalnością „Samotnego wędrowca” irytować, wręcz czuć zakłopotanym, powieść Bourke’a „czyta się”. Może to kwestia jego warsztatu – umiejętności budowania historii, a może po prostu utajona tęsknota za prostymi sytuacjami bez szarości, gdzie białe jest białe a czarne czarnym? Trudno orzec. W każdym razie na pewno nie jest to dobra powieść. Niech Bóg strzeże Jamesa Lee Bourke’a przed Hollandami.

pokaż więcej

 
2017-07-08 12:24:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Wyciskacz łez w stylu noir. Antti Tuomainen znów mierzy się ze schematem Harlana Cobena i miesza ponure noir z ckliwą opowieścią miłosno-rodzinną. Językowo jest już lepszy od amerykańskiego mistrza mieszczańskiej czerni. Czuć, że rozczytywał się ostatnio w Ellroyu. Jest coraz bardziej lapidarny. Proza Hemingwaya to przy „Kopaliśmy sobie grób” egzaltowana poezja sentymentalna.
Niestety język...
Wyciskacz łez w stylu noir. Antti Tuomainen znów mierzy się ze schematem Harlana Cobena i miesza ponure noir z ckliwą opowieścią miłosno-rodzinną. Językowo jest już lepszy od amerykańskiego mistrza mieszczańskiej czerni. Czuć, że rozczytywał się ostatnio w Ellroyu. Jest coraz bardziej lapidarny. Proza Hemingwaya to przy „Kopaliśmy sobie grób” egzaltowana poezja sentymentalna.
Niestety język to jedyna zaleta nowej powieści Tuomainena. Fabularnie jest bardzo marnie – mocno zgrany schemat dziennikarz kontra korporacja, którego Fin nie jest w stanie wzbogacić choćby o jeden oryginalny przecinek. Do zbrodni dochodzi tu jakby mimochodem, mijają nas bokiem, nie czujemy żadnego zagrożenia. Nikt nawet nie próbuje wycisnąć z nas choćby kropli emocji. Stara się natomiast spowodować, że wylejemy wiadro łez. Też bezskutecznie, bo perypetie rodzinno-miłosne głównego bohatera raczej irytują przesadną, w stylu przedwojennej literatury dla pensjonarek, ckliwością i egzaltacją.
Jedno jest w „Kopaliśmy sobie grób” naprawdę piękne – stosunek głównego bohatera do tekstu, opis jego uczuć, gdy siada przy klawiaturze i zaczyna spinać notatki. Czuć, że pisarz opowiada tu o sobie, składa hołd pisaniu, szczęściu i wolności, które niesie za sobą opowiadanie historii. Ale to bardzo hermetyczny wątek „Kopaliśmy sobie grób”, zrozumiały tylko dla tych, którzy pisaniem się parają. Reszta, ta przeznaczona dla mas, nie robi specjalnego wrażenia. Trudno ją sobie przypomnieć 10 minut po zamknięciu książki.

pokaż więcej

 
2017-06-27 20:04:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Travis McGee (tom 4)

Katalog męskich lęków i marzeń odziany w przaśne szaty literatury klejowej. Przaśne, ale solidne, bo John D. MacDonald, którego świat poznał dzięki dwóm znakomitym ekranizacjom jego wybitnego „Przylądka strachu”, a Ameryka pokochała za cykl o Travisie McGee był wybitnym rzemieślnikiem. Widać to tutaj doskonale. Banalny szantaż jest dla pisarza doskonałym pretekstem do poprowadzenia przewrotnej... Katalog męskich lęków i marzeń odziany w przaśne szaty literatury klejowej. Przaśne, ale solidne, bo John D. MacDonald, którego świat poznał dzięki dwóm znakomitym ekranizacjom jego wybitnego „Przylądka strachu”, a Ameryka pokochała za cykl o Travisie McGee był wybitnym rzemieślnikiem. Widać to tutaj doskonale. Banalny szantaż jest dla pisarza doskonałym pretekstem do poprowadzenia przewrotnej i błyskotliwej intrygi, a przy okazji szansą na spojrzenie na Amerykę i Amerykanów. Tyle, że to Ameryka i Amerykanie sprzed ponad półwiecza. Dlatego, chociaż niektóre spostrzeżenia MacDonalda (znakomity fragment o mieście Santa Rosita i jego mieszkańcach) są ponadczasowe, zaś jego kasandryczne wizje sprawdziły się po latach, to jednak ta proza mocno trąci naftaliną. Widać to zwłaszcza w wątkach obyczajowych W chwili wydania tej powieści musiały szokować i fascynować swoją odwagą. Jednak dziś chwilami wręcz bawią swoją pruderią. Co bardziej dogmatyczni (i pozbawieni dystansu) wielbiciele oraz członkowie społeczności LGBT mogą wręcz w pewnym momencie mieć ochotę na spalenie tej książki. Tyle, że głupio by zrobili, bo rozwiązanie zagadki jest tu naprawdę bardzo przyjemnym, niespodziewanym zaskoczeniem.
Bardzo solidna proza. Tyle, że dla starszaków. Młodsi mogą mieć problem ze staromodnym językiem, powolnym – jak na dzisiejsze standardy – tempem i wspomnianą już, „babciową” pruderią.

pokaż więcej

 
2017-06-22 13:19:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Milicjanci z Poznania (tom 8)

Najlepszy Ćwirlej. Zawrotne tempo, doskonała intryga, mistrzowska forma idealnie łącząca sowizdrzalski klimat z sensacyjną intrygą oraz specyficzna epickość pozwalająca pisarzowi pokazać praktycznie cały społeczny przekrój Polski połowy lat 80. – czasów schyłkowego socjalizmu i budzącego się oddolnie kapitalizmu. Ta budowa kapitalizmu, mechanizmów gospodarki rynkowej są zresztą jednym z... Najlepszy Ćwirlej. Zawrotne tempo, doskonała intryga, mistrzowska forma idealnie łącząca sowizdrzalski klimat z sensacyjną intrygą oraz specyficzna epickość pozwalająca pisarzowi pokazać praktycznie cały społeczny przekrój Polski połowy lat 80. – czasów schyłkowego socjalizmu i budzącego się oddolnie kapitalizmu. Ta budowa kapitalizmu, mechanizmów gospodarki rynkowej są zresztą jednym z motywów napędzających intrygę „Milczenia…”.
Mistrzowska forma nowej powieści Ćwirleja to także doprowadzony do perfekcji język perfekcyjnie łączący ironię, chłodną rzeczowość niezbędną do budowania napięcia oraz odrobinę nostalgii.
Dotąd Ryszarda Ćwirleja można było nazywać dobrym twórcą pop. Po :Milczeniu…” nie będzie żadnej przesady w określeniu pisarz doskonały. Jego proza to już nie tylko sprawnie poprowadzone, grające na sentymentach i polskiej naturze, ironiczne, sensacyjne fabuły. Ćwirlejowscy bohaterowie „nabierają ciała”, są się coraz bardziej złożeni, a ich trudne do rozszyfrowania motywacje stają się jednym z elementów budowania i stopniowania napięcia. Zresztą na tej poznańskiej szachownicy Ćwirleja pojawia się ich coraz więcej – drugoplanowcy i halabardnicy z poprzednich powieści tu stają się rzeczywistymi osobami dramatu. Zresztą łatwość tworzenia i rozbudowywania bohaterów to kolejny dowód na pisarską wirtuozerię Ćwirleja, tak jak i umiejętność stawiania ich na fabularnej szachownicy tak, by czytelnik nie miał poczucia, że gubi się już w tłumie postaci. Bo w „Milczeniu…” faktycznie mamy już do czynienia z ich tłumem.
Ale tym co najbardziej dziwi w nowej powieści Ćwirleja jest jej świeżość i błyskotliwość. Aż trudno uwierzyć, że wyszła spod pióra faceta wydającego nowe tytuły praktycznie raz na pół roku. Na dodatek facet ten potrafi zbudować niezwykły związek pomiędzy swoimi bohaterami a czytelnikiem. Związek sprawiający, że kończąc kolejną powieść czytelnik zaczyna tęsknić za bohaterami, nie może się doczekać kolejnego spotkania z nimi. A to już dowód wielkiej literackiej klasy.
Ryszard Ćwirlej znalazł się w krajowej czołówce pisarzy pop już w chwili wydania debiutanckiej powieści „Upiory spacerują nad Wartą”. „Milczenie jest srebrem” to powieść o kilka poziomów lepsza. Mocny kandydat do tytułu książki roku.

pokaż więcej

 
2017-06-16 01:32:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Cykl gliwicki (tom 2) | Seria: Ze Strachem

Komisarz Morka powinien przejść na emeryturę, zaś Wojciech Chmielarz na dłużej zostać w Gliwicach. Zatrute śląskie powietrze działa doskonale na pióro tego jednego z najlepszych polskich pisarzy pop. I choć „Zombie” jest powieścią zdecydowanie słabszą od wybitnego „Wampira”, to i tak o kilka klas przewyższa kawałki o sprawach warszawskiego policjanta. Gliwiccy bohaterowie Chmielarza są... Komisarz Morka powinien przejść na emeryturę, zaś Wojciech Chmielarz na dłużej zostać w Gliwicach. Zatrute śląskie powietrze działa doskonale na pióro tego jednego z najlepszych polskich pisarzy pop. I choć „Zombie” jest powieścią zdecydowanie słabszą od wybitnego „Wampira”, to i tak o kilka klas przewyższa kawałki o sprawach warszawskiego policjanta. Gliwiccy bohaterowie Chmielarza są ciekawsi, a ich śledztwa bardziej intrygujące i wciągające nawet gdy – tak jak w przypadku „Zombie” – dość szybko możemy zorientować się, kto tu stoi za zbrodniami, pomysł leżący u podstaw intrygi jest, mówiąc wprost, dęty, zaś motywacje Zła zbyt przypominają te z „Osiedla marzeń”.
Gliwickie powieści Chmielarza są po prostu Powieściami, a nie eleganckimi szaradami, które w sposób metodyczny i błyskotliwy rozwiązuje Bardzo Inteligentny Policjant.
To zaskakujące swoją świeżością odczytanie przez „polski filtr” schematu czarnego kryminału – z niskimi pobudkami kierującymi wszystkimi osobami dramatu, ich przerażającą samotnością, banalnością oraz powszechnością zła rozrastającego się wspaniale na gruncie ludzkiej małości i obojętności oraz pokręconymi do granic karykatury ludzkimi charakterami.
Pod wieloma względami „Zombie” jest powieścią słabszą od „Wampira”. Jednak pod jednym z pewnością góruje nad pierwszą powieścią o detektywie z bożej łaski – Dawidzie Wolskim. Chmielarz jeszcze nigdy nie był tak brawurowy językowo. Bawi się słowem. Nie wystarczy mu już poprawne pisanie kolejnych zdań tak, by układały się w logiczną i emocjonującą całość. Gra z czytelnikiem, stara się jak najszerzej przedstawiać racje i motywacje bohaterów. Tym razem jego narrator patrzy na świat oraz toczący się właśnie dramat oczami aż czwórki (przez moment aż piątki) bohaterów. Są w „Zombie” dwa rozdziały, które przenoszą pisarstwo Chmielarza do wyższej niż literatura kryminalna ligi. 2-3–stronnicowe perełki o kobietach dowiadujących się o zdradzie oraz ich rozmowach z tłumaczącymi się przed nimi mężczyznami, to proza przez duże P – błyskotliwa, brawurowe narracyjnie, doskonała psychologicznie i obyczajowo, a na dodatek zabarwiona zgryźliwym, czarnym humorem. Już tylko dla tych dwóch rozdziałów warto „Zombie” przeczytać i mieć na półce Do zdań i scen tej klasy chce się wracać. I to nie raz, i nie dwa. To dużo jak na kryminał. Bardzo dużo.

pokaż więcej

 
2017-06-04 21:06:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Rock’n’roll umarł, stary. Umarł, skoro powieść o Nowym Jorku polowy lat 70. – mieście New Jork Dolls, The Ramones, Television, Patti Smith i pomniejszych gwiazd rodzącej się właśnie wokół klubu CBGB sceny punk, gnijącym molochu rozpadającym się na oczach jego mieszkańców – z fascynującego thrillera szybko zmienia się w telenowelę. Oczywiście prawdopodobnie debiutujący w dużej formie Garth Risk... Rock’n’roll umarł, stary. Umarł, skoro powieść o Nowym Jorku polowy lat 70. – mieście New Jork Dolls, The Ramones, Television, Patti Smith i pomniejszych gwiazd rodzącej się właśnie wokół klubu CBGB sceny punk, gnijącym molochu rozpadającym się na oczach jego mieszkańców – z fascynującego thrillera szybko zmienia się w telenowelę. Oczywiście prawdopodobnie debiutujący w dużej formie Garth Risk Hallberg miał większe ambicje. „Miasto w ogniu” miało zapewne być Wielką Amerykańską Powieścią, literacką próbą uchwycenia Stanów Zjednoczonych, ich serca oraz tworzących je porządku i ludzi w przełomowym momencie – gdy z gnijącego, pogrążonego w kryzysie oraz chaosie bigoteryjnego, konserwatywnego mocarstwa pierwszej połowy XX w. przeistacza się w nowoczesny, otwarty, twórczy kraj jaki znaliśmy nim u władzy pojawił się Donald Trump. Niestety, zabrakło dobrego pomysłu fabularnego. O ile nerwowy, chaotyczny, brudny początek daje nadzieje na kawał wielkiej prozy, o tyle już ok. 100 strony historia zaczyna skręcać w stronę naturalistycznej wersji „Dynastii”, „Dallas” oraz tym podobnych słynnych amerykańskich oper mydlanych. Wątki kulturowe – tworzące nową scenę artystyczną środowiska punków i mniejszości seksualnych – stają się ozdobnikiem do historii o perypetiach pewnej typowo WASP-owskiej rodziny bankierów inwestycyjnych. Historii zaskakująco, jak na współczesną literaturę pop z ambicjami, ckliwej, schematycznej i niestety – na skutek pewnego nieudanego eksperymentu formalnego – do bólu przewidywalnej.
Prawdopodobnie problemem Hallberga było złe rozłożenie sił. Pisząc skupił się na języku pozwalając historii nieść się samej do (zaplanowanego w szczegółach lub ogólnych tylko ramach) punktu kulminacyjnego i finału. Ten punkt kulminacyjny też zresztą nie robi wrażenia „wielkiego bum”. Za dużo tu liter, by wstrząsnąć czytelnikiem, za dużo słów, które sprawiają, że mamy do czynienia nie z odwracającą porządek rzeczy, demolującą fabułę eksplozją, a trudnym do ugaszenia, choć niezbyt groźnym pożarem. Niezbyt groźnym, za to irytującym – nie wiem – zadymieniem?
A potencjał ma Hallberg naprawdę wielki. Jego (i fantastycznego tłumacza Jędrzeja Polaka) język to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w literaturze pop ostatnich lat. Jest oparty na przewrotnym, doskonale balansującym pomiędzy wyrafinowaniem a dosadnością, poczuciu humoru, błyskotliwy i otwarty na związane z popkulturą neologizmy. Choć dużo tu zdań wielokrotnie złożonych, jest bardzo potoczysty i, zwłaszcza w partiach dialogowych, naturalny. Hallberg słyszy jak mówią ludzie i potrafi to przełożyć na tekst.
Jest więc „Miasto w ogniu” językową ucztą. Do tych zdań chce się wracać nawet po kilka razy i czytane za każdym razem robią wielkie wrażenie. Ale jego literackość to niestety tort bezowy ze zbyt słodkim kremem – przy większych porcjach, rzecz tylko dla pewnego typu konsumentów.

pokaż więcej

 
2017-05-06 20:26:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:

Pot, krew, brud, smród, przemoc i rozpacz. Dreszczowiec retro i jednocześnie utrzymany w poetyce serialu „Tabu” brutalny naturalistyczny antywestern podważający wszystkie schematy literatury marynistycznej z jej romantyzmem, niebezpiecznym pięknem natury i wspaniałą, najczęściej inicjacyjną, męską przygodą. Przy powieści Iana McGuire’a cykl C.S. Forestera o przygodach Horatio Homblowera jest... Pot, krew, brud, smród, przemoc i rozpacz. Dreszczowiec retro i jednocześnie utrzymany w poetyce serialu „Tabu” brutalny naturalistyczny antywestern podważający wszystkie schematy literatury marynistycznej z jej romantyzmem, niebezpiecznym pięknem natury i wspaniałą, najczęściej inicjacyjną, męską przygodą. Przy powieści Iana McGuire’a cykl C.S. Forestera o przygodach Horatio Homblowera jest niczym polska komedia romantyczna, zaś „kolonialne” historie Josepha Conrada czy Grahama Greene’a eleganckimi dramatami obyczajowymi. Jednocześnie jednak „Na Wodach Północy” można potraktować jako hołd złożony temu pierwszemu i prequel jego słynnego „Jądra ciemności”. Głównego bohatera McGuire’a – okrytego niesławą felczera wojskowego Patricka Sumnera, który jest zmuszony zaokrętować się na statek wielorybniczy – można bowiem czytać jak młodego Kurtza – gorzkniejącego z każdym dniem, nieustannie wykorzystywanego i niszczonego przez środowisko ambitnego chłopaka z nizin, który przez tsunami zła szalejące wokół niego trafia na kraj szaleństwa.
Lektura „Na Wodach północy” nie jest przyjemna. Rzadko we współczesnej literaturze popularnej, nawet krwawych dreszczowcach o wielokrotnych mordercach, można spotkać aż takie nagromadzenie okropności. Jednak dzięki pisarskiej maestrii McGuire’a (a zapewne także świetnemu tłumaczeniu Bartosza Kurowskiego) tę hardkorową, bliską stylistyce gore prozę, czyta się z przyjemnością. McGuire’a bowiem pod fontannami wielorybiej, foczej, niedźwiedziej oraz ludzkiej krwi, tłuszczu i płynów ustrojowych, przemyca poważne i gorzkie rozważania o naturze człowieka oraz świata, który lepi na swoje podobieństwa. „Na Wodach północy” to egzystencjalizm w stanie czystym, historia o naszym przekleństwie wolności i beznadziei istnienia. Opowiedziana tak, że trudno się od niej oderwać. A po skończonej lekturze z niej otrząsnąć. Wielka rzecz.

pokaż więcej

 
2017-05-01 10:08:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Kryminał

Mroczna love story rozgrywające się na planszy i wśród figur czarnego kryminału. I to w jego najbardziej posępnej postaci – małomiasteczkowego piekła kłamstw i przemocy. Rzecz bardzo w stylu Harlana Cobena, tyle, że o klasę przewyższająca najlepsze nawet powieści Cobena. Przede wszystkim językowo. I to nie dlatego, że Hart jest jakimś wyjątkowym stylistą. Nie jest. Po prostu zna lub po prostu... Mroczna love story rozgrywające się na planszy i wśród figur czarnego kryminału. I to w jego najbardziej posępnej postaci – małomiasteczkowego piekła kłamstw i przemocy. Rzecz bardzo w stylu Harlana Cobena, tyle, że o klasę przewyższająca najlepsze nawet powieści Cobena. Przede wszystkim językowo. I to nie dlatego, że Hart jest jakimś wyjątkowym stylistą. Nie jest. Po prostu zna lub po prostu doskonale rozumie zasady budowania napięcia poprzez pojawianie się kolejnych bohaterów i wątków oraz znaczenie słów i pauz. Wie też – a to stawia go już w rzędzie pisarzy a nie twórców rozrywki – kiedy pisać zdania proste, a kiedy złożone by opowieść miała swoją melodię, stała się bardziej klarowna. A klarowna być musi, bo „Drogę do odkupienia” buduje kilka splatających się ze sobą kilka wątków, epizodów które układają się w obraz piekła na ziemi jakim jest nienazwane hartowskie miasteczko w Karolinie Północnej.
Jednak nie tylko literacka klasa dzieli Harta i Cobena. „Droga do odkupienia” jest dziełem bardziej rebelianckim. Historie Cobena to mieszczańskie, familijne noir – kawałki, które są po prostu bardzo romantycznymi (i niestety często mocno przesłodzonymi) opoowieściami miłosnymi w sensacyjnym opakowaniu. Powieść Harta ma natomiast w sobie coś z prozy Rossa MacDonalda. Tu zaczynem dramatu jest dysfunkcyjna rodzina, familijne piekiełko, zaś obojętność, brak zrozumienia i samotność wśród najbliższych są równie kryminogenne jak domowa przemoc.
Powieść Harta jest też niezwykłym, jak na prozę mieszczańską, atakiem na system państwa – bezduszną machinę mielącą wszystkich, którzy wpadną w jej tryby. A zdarza się wpadają przypadkowo. Bywa też, że z powodu nadużycia albo niedopełnienie obowiązków przez tworzących ten mechanizm urzędników – ludzi, a więc elementy z natury ułomne. Bardziej nawet ułomne niż przeciętni zjadacze chleba, bo uczestnictwo w systemie daje im władzę, poczucie bycia ponad motłochem oraz narzędzia, by z tej władzy korzystać dla własnych interesów.
„Droga do odkupienia” to także fascynujący, niezwykli jak na prozę sensacyjną bohaterowie. Hart buduje ich ze słabości oraz redukuje do zwierzęcości – nie planują, działają tylko reaktywnie i instynktownie, a jedynym co nimi kieruje jest chęć przeżycia. Jednak w tej swojej zwierzęcości i niedoskonałości są bardzo ludzcy. Budzą emocje i przyciągają. Najważniejsza z nich, stanowiąca klucz do tej historii i wielkości „Drogi do odkupienie” jest Elizabeth Black. Ta policjantka to kolejny dowód na literacka klasę Harta. To najciekawsza, co najmniej od czasów larssonowskiej Lisbeth Salander, postać kobieca w literaturze sensacyjnej. Na pewno najlepiej skonstruowana i fascynująca bohaterka w historii amerykańskiego noir. Jest rozdarta pomiędzy kobiecością a heroizmem, udręczona słabościami, zagubiona w rzeczywistości i własnej niemożności, ograniczona i zdeterminowana piekłem przez które przeszła w młodości, rozpaczliwie miotająca się pomiędzy obowiązkiem a lojalnościami, krucha a jednocześnie tytanicznie silna. Intryguje, fascynuje i przyciąga. Tak zresztą jak cała „Droga do odkupienia”.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
89 88 530
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (1)

zgłoś błąd zgłoś błąd