Dominika Jachimowska 
booksofsouls.blogspot.com
19 lat, kobieta, Knurów, status: Czytelniczka, dodała: 6 cytatów, ostatnio widziana 2 dni temu
Teraz czytam
  • Rok 1984
    Rok 1984
    Autor:
    Wielki Brat Patrzy – to właśnie napisy tej treści, w antyutopii Orwella krzyczące z plakatów rozlepionych po całym Londynie, natchnęły twórców telewizyjnego show „Big Brother”. Czyżby wraz z upadkiem...
    czytelników: 28542 | opinie: 822 | ocena: 8,33 (16983 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-04-21 23:09:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
 
2019-04-17 11:10:54
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Cykl: Nevermoor (tom 2)
 
2019-04-09 21:46:13
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2019-04-09 21:45:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Alyssa z innej krainy (tom 2)
 
2019-04-08 22:53:25
Wypowiedziała się w dyskusji: WYMIENIĘ/SPRZEDAM (KWIECIEŃ 2019)

Wymienię lub sprzedam (z naciskiem na "sprzedam", choć mogę rozważyć wymianę za coś interesującego) :)

Prawda o kłamstwach STAGS Bezbronne Gdybym wiedziała Crank Odkąd odeszła Alan Cole nie jest tchórzem
Wymienię lub sprzedam (z naciskiem na "sprzedam", choć mogę rozważyć wymianę za coś interesującego) :)

Prawda o kłamstwach STAGS Bezbronne Gdybym wiedziała Crank Odkąd odeszła Alan Cole nie jest tchórzem Królowa Tearlingu Inwazja na Tearling Royal. Królestwo ze szkła Toń Heaven. Miasto elfów Nie wszystko stracone Ty, ja i fejs Najlepszy powód, by żyć Dożywocie Całkiem obcy człowiek Siostry Tajemny ogień Panika Klamki i dzwonki Endgame. Wezwanie Endgame. Klucz Niebios Endgame. Reguły Gry We mgle Dziewczyna i chłopak wszystko na opak Anioł do wynajęcia Dwoje do pary

pokaż więcej

więcej...
 
2019-03-31 22:04:40
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Cykl: The Winternight Trilogy (tom 2)

Na dwór Wielkiego Księcia Moskiewskiego docierają pogłoski o rabusiach napadających na okoliczne wsie, podpalających domy i porywających dziewczynki. Wielki Książę wraz ze swoim kuzynem i przyjacielem, Saszą, wyruszają w podróż po kraju, aby zaprowadzić porządek wśród rozbójników. Po drodze napotykają młodego chłopca na wspaniałym koniu. Tylko Sasza rozpoznaje w nim swoją młodszą siostrę,... Na dwór Wielkiego Księcia Moskiewskiego docierają pogłoski o rabusiach napadających na okoliczne wsie, podpalających domy i porywających dziewczynki. Wielki Książę wraz ze swoim kuzynem i przyjacielem, Saszą, wyruszają w podróż po kraju, aby zaprowadzić porządek wśród rozbójników. Po drodze napotykają młodego chłopca na wspaniałym koniu. Tylko Sasza rozpoznaje w nim swoją młodszą siostrę, Wasię, która w rodzinnej wiosce uznana jest za zmarłą oraz za czarownicę. Gdy widzi, jak dobrze dziewczyna sprawdza się w walce, postanawia utrzymać jej prawdziwą tożsamość w tajemnicy – być może jedynie Wasia zdoła ocalić Moskwę przed zagrożeniami ze strony ludzi, jak i tajemnych mocy…

Od początku wiedziałam, że czytanie Dziewczyny z wieży będzie podróżą do innego świata – takiego, w którym jeszcze nie byłam. Klimaty Rosji u schyłku średniowiecza, dwór Wielkiego Księcia Moskiewskiego, magia i złe moce, które – jak to w baśniach bywa – czają się na każdym kroku… oto, co dostałam. Moją opinię o tej książce należałoby podzielić na dwie części: tę z pierwszej połowy powieści oraz tę z drugiej, ponieważ różnią się one od siebie diametralnie. Jeśli jednak brałabym pod uwagę jedynie ostateczne odczucia po zakończeniu lektury, powiedziałabym, że jest to jedna z bardziej oryginalnych i wyjątkowych książek, jakie miałam przyjemność czytać.

Na początku warto wspomnieć, że Dziewczyna z wieży pod wieloma względami przypomina raczej baśń niż powieść. Pojawiają się w zaczerpnięte z legend i podań ludowych magiczne stworzenia oraz elementy fantastyki kojarzące się z opowieściami dla dzieci. Jednak nawet w stylu autorki, bardzo specyficznym, można dostrzec baśniowe cechy – narracja miejscami jest dosyć lakoniczna, zawężona jedynie do dialogów i zwięzłego opisu zdarzeń. Brak tutaj głębszego wglądu w głowy bohaterów, w ich przemyślenia i odczucia. Przynajmniej tak przedstawia się to w pierwszej połowie książki i było powodem, dla którego powieść Kathrine Arden początkowo zupełnie mnie nie porwała.

Raz za razem łapałam się na tym, że czytam książkę z umiarkowanym zainteresowaniem, a moje myśli wciąż odpływały gdzieś w inną stronę. Przyznam szczerze – pierwsze kilkanaście rozdziałów Dziewczyny z wieży ciężko było przetrwać. Brakowało mi głębi, dłuższych opisów, retrospekcji czy innych elementów historii, które sprawiłyby, że zaczęłabym się w nią angażować. Nawet akcja kulała – miałam wrażenie, że pogrążona jest w stagnacji i nie dzieje się absolutnie nic. Choć dosyć często przez pierwszy plan przewijały się elementy kultury wschodniej, które były dla mnie tym bardziej fascynujące, że nie spotkałam się z nimi wcześniej w żadnej książce, to po pewnym czasie już nawet one nie były w stanie mnie zadowolić. Na szczęście okazało się jednak, że wraz z przekroczeniem 250 strony historia nabiera takiego tempa, że nie sposób było nie dać się porwać.

Gdy przyzwyczaiłam się już do stylu autorki i specyfiki książki, lektura zaczęła sprawiać mi ogromną przyjemność. Jedną z jej największych zalet jest wątek, który mogłabym nazwać feministycznym, gdyby takie pojęcie w ogóle istniało w czasach, w których toczy się akcja powieści. Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z obrazem silnej i niezależnej młodej kobiety, jaką jest Wasilisa Pietrowna. Dziewczyna nie wpasowuje się ani trochę w schemat przykładnej kobiety w patriarchalnym świecie, rządzonym przez mężczyzn – porzuca rodzinny dom i wraz ze swoim ukochanym koniem Słowikiem, w męskim przebraniu, wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw. Właściwie to jako chłopak czuje się znacznie lepiej, ponieważ nie musi mierzyć się z ograniczeniami, jakie nałożone są na kobiety – może brać udział w ucztach, pojedynkach i wyścigach konnych, co czyni z pełną podziwu brawurą. Przyznam szczerze, że taka feministyczna odsłona etosu rycerskiego szalenie mi się spodobała, choć ciężko jest dopatrzyć się w niej choć odrobiny prawdopodobieństwa. Konwenanse, męska zwierzchność i patriarchalna kultura w rzeczywistości nie pozwoliłyby żadnej kobiecie – nawet tej w przebraniu – na taką samowolę i beztroskie działanie. Ten element książki należy brać z przymrużeniem oka i cieszyć się z niego, nie zastanawiając się wiele nad możliwością jego istnienia w realnym świecie.

Wasia jest prawdziwą gwiazdą tej powieści. Choć narracja biegnie w wielu kierunkach – śledzimy losy Olgi, siostry Wasi, oraz jej brata, mnicha Aleksandra, znanego również pod imieniem Sasza – to właśnie do wątku jej przygód powracałam z największą ciekawością. Pomijając pierwszą połowę książki, która – jak już mówiłam – była dosyć nużąca, losy Wasi obfitowały w przeróżnego rodzaju przygody, od tych przyjemnych do tych pełnych dramatyzmu. Tak naprawdę gdy opowieść w końcu mnie porwała, przewracałam kolejne kartki w błyskawicznym tempie, czytając z zapartym tchem.

Plus autorce należy się za to, że umiejscowiła akcję książki – choć w dużej mierze opartej na fantastycznych postaciach i wydarzeniach – w rzeczywistej przestrzeni i czasie. Choć nigdzie nie wymieniła żadnych konkretnych dat, podsuwała czytelnikowi wskazówki, takie jak nazwa Złotej Ordy oraz fakty dotyczące najazdów tatarskich na Rosję, z których użyciem łatwo można było poskładać układankę. Nawet postać Wielkiego Księcia Moskiewskiego, Dmitrija, była postacią historyczną, co czyni książkę jeszcze bardziej intrygującą.

Dziewczyna z wieży jest książką wyjątkową – mimo początkowych kłopotów odkryłam w niej wiele zalet. Główna bohaterka jest postacią, jakiej nie spotkałam nigdy wcześniej – silną, zdecydowaną i gotową postawić na swoim za wszelką cenę w świecie, który nie znosił sprzeciwu. Pojawiające się często elementy magiczne tworzyły szczególną aurę, a obecność zaczerpniętych z wierzeń słowiańskich demonów, takich jak Południca czy Morozko, tylko zwiększały moją fascynację światem przedstawionym powieści. Z radością stwierdzam, że mogę ze szczerym sumieniem polecić Wam Dziewczynę z wieży jako książkę, która przeniesie Was do zupełnie innej rzeczywistości.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-03-24 09:41:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Okrutny książę (tom 2)

Jude udało się zapewnić względne bezpieczeństwo swojemu młodszemu bratu, Dębowi, który okazał się być prawowitym dziedzicem tronu Elysium. Wysłany do krainy śmiertelników znajduje się daleko od intryg i niebezpieczeństw dworu Krainy Elfów. Cardan, którego Jude związała przysięgą, musi być jej posłuszny przez rok i jeden dzień, przez co właściwa władza spoczywa w rękach dziewczyny. Król elfów... Jude udało się zapewnić względne bezpieczeństwo swojemu młodszemu bratu, Dębowi, który okazał się być prawowitym dziedzicem tronu Elysium. Wysłany do krainy śmiertelników znajduje się daleko od intryg i niebezpieczeństw dworu Krainy Elfów. Cardan, którego Jude związała przysięgą, musi być jej posłuszny przez rok i jeden dzień, przez co właściwa władza spoczywa w rękach dziewczyny. Król elfów będzie się jednak starał podważyć autorytet Jude i uniemożliwić jej sprawowanie kontroli nad Krainą Elfów. Nie będzie mu w tym przeszkadzało nawet coraz silniejsze uczucie, jakie żywi do dziewczyny…

Z pewnością pamiętacie, jak ogromną popularnością cieszył się Okrutny książę. Nie zliczę, na ilu listach najlepszych książek ubiegłego roku, na jakie zerkałam, znalazła się powieść Holly Black i ani trochę się temu nie dziwię – w końcu na mój osobisty ranking również trafiła. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest to obecnie jedna z najlepszych serii młodzieżowej fantastyki, a dziś bardzo trudno jest już wybić się, jeśli chodzi o ten gatunek. Holly Black jednak urzekła mnie – i nie tylko mnie – jak tylko mogła. Z niecierpliwością czekałam więc na premierę Złego króla, aby przekonać się, czy autorka zdoła utrzymać poziom pierwszego tomu. Miałam ogromną nadzieję, że nie okaże się on gorzkim rozczarowaniem...

Zacznijmy od tego, że to, co było największym atutem Okrutnego księcia, nie zniknęło z kart Złego króla. Mowa tu o niezliczonych intrygach, zagadkach i tajemnicach, jakie tworzy autorka. W Krainie Elfów nie można ufać nikomu i o tym przekonała się już zarówno Jude, jak i czytelnicy, którzy za każdy moment pewności co do intencji bohaterów i ufności w ich dobroć płacą złamanym sercem. Jest to jednak złamanie jak najbardziej pożądane, ponieważ bez zwrotów akcji, w których Holly Black jest mistrzynią, książka byłaby zwyczajnie nudna.

Wartą odnotowania sprawą jest metamorfoza, jaką przeszła Jude od początku serii. Choć nigdy nie wpisywała się w schemat bezradnej dziewoi oczekującej na ratunek ze zwieszoną głową (o czym pisałam w recenzji pierwszego tomu) to dopiero tutaj rozkwitła w pełni jako silna, bezwzględna bohaterka. Nie potrzebuje ona męskiej protekcji i uwagi, aby czuć się pewnie – zdecydowanie dąży do celu, nawet jeśli droga do jego osiągnięcia usłana jest trupami. Jeśli coś sobie postanowi, za wszelką cenę dopnie swego, pokonując wszystkie przeciwności losu. Jej zdeterminowanie jest cechą godną podziwu, lecz jednocześnie sprawia, że niełatwo ją lubić. Brakuje jej empatii i delikatności. Jej działania często kierowane są brutalnością i okrucieństwem, które częściowo wynika z tego, że dziewczyna twardo stąpa po ziemi, a częściowo z jej charakteru. Niewątpliwie Jude jest postacią ciekawą, jednak wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Miałam nadzieję, że drugi tom serii pozwoli mi ją poznać, lecz wciąż nie udało mi się jej rozszyfrować.

Bohaterów Złego króla generalnie ciężko jest polubić. Nie dlatego, że są płascy i jednowymiarowi, o nie. Holly Black z precyzją stworzyła charaktery postaci, które wychodzą z kartek powieści i stają się rzeczywistymi bohaterami. Mają oni jednak skłonności do kłamstw, oszustw i przekrętów w ilościach tak wielkich, że nie wypada obdarzać ich nawet najmniejszym zaufaniem. Można postrzegać to jako wadę – źli do szpiku kości bohaterowie, mający na uwadze wyłącznie własne dobro i cele – jednak ja znajduję w tym pewną przyjemność: w byciu zaskakiwaną i wodzoną za nos. Czasem, gdy mam już dosyć grzecznych i poukładanych postaci, wiem, że w książkach Holly Black znajdę całą gamę czarnych charakterów.

Gdybym miała przyrównać Złego króla do Okrutnego księcia, obie powieści ustawiłabym na podobnym poziomie – może drugi tom odrobinę niżej ze względu na to, że otwierając książkę, wkraczałam do świata, który już znałam, i nie doświadczałam tego elementu fascynacji i zaskoczenia, jaki był obecny przy czytaniu Okrutnego księcia. Holly Black utrzymała jednak poziom, jakiego od niej oczekiwałam – dostałam pełną zawirowań akcję, skomplikowane intrygi i czarujący świat elfickiej magii. Była to w pełni satysfakcjonująca lektura, która odpowiednio nastroiła mnie na trzeci tom serii. Zakończenie książki przerwało akcję w takim momencie, że nie sposób nie snuć fantazji odnośnie przyszłych wydarzeń. Aż chciałoby się zaapelować do autorki, aby możliwie przyspieszyła swój proces twórczy i jak najszybciej dostarczyła nam kontynuację losów Jude.

Muszę wspomnieć o jednym elemencie książki, który nieco działał mi na nerwy. Seria Okrutnego księcia cechuje się przenikaniem się świata rzeczywistego z fantastycznym – Viviane, siostra Jude, wraz ze swoją dziewczyną, Heather, mieszkają w znanym nam świecie pozbawionym magii i nierealnych stworzeń. W Złym królu jesteśmy jednak świadkami przybycia Heather – najzwyklejszego człowieka, nieświadomego istnienia fantastycznej rzeczywistości – do Krainy Elfów. Sądzę, że autorce nie udało się sensownie i logicznie opisać reakcji Heather na wieści o istnieniu magii – dziewczyna zachowała się, jakby była to zaledwie nieco zaskakująca niespodzianka, nad którą szybko można przejść do porządku dziennego. Brak realizmu tej sytuacji kłuł mnie w oczy i nieco drażnił – jestem pewna, że gdyby bliska mi osoba oznajmiła mi pewnego dnia, że jest elfem, i pokazała wycinek swojej magicznej rzeczywistości, zareagowałabym o wiele bardziej emocjonalnie.

Jeśli do tej pory nie przeczytaliście Okrutnego księcia, a fantastyka młodzieżowa jest gatunkiem literackim, w jakim gustujecie, teraz jest odpowiedni moment, aby to nadrobić. Możecie bowiem być pewni, że drugi tom serii, Zły król, nie zaskoczy Was niemile i nie będzie lekturą gorszego sortu. Holly Black wyrasta powoli na autorkę godną zaufania, po której twórczość można sięgać z zamkniętymi oczami i która sprawi, że będziecie chcieli więcej i więcej.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-03-15 17:30:48
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie, SPRZEDAM/WYMIENIĘ!

Jess Wilson cierpi na hipermnezję – z wyjątkową dokładnością zapamiętuje każdy najmniejszy szczegół swojego życia – zdarzenia, miejsca, osoby, wypowiedziane przez nie słowa. Jest w stanie odtworzyć w głowie nawet to, co miało miejsce wiele lat temu, tak jakby zdarzyło się przed chwilą. Pamięta profesor Coleman i program badawczy, który badał ją i kontrolował przez lata. Pamięta tragiczną... Jess Wilson cierpi na hipermnezję – z wyjątkową dokładnością zapamiętuje każdy najmniejszy szczegół swojego życia – zdarzenia, miejsca, osoby, wypowiedziane przez nie słowa. Jest w stanie odtworzyć w głowie nawet to, co miało miejsce wiele lat temu, tak jakby zdarzyło się przed chwilą. Pamięta profesor Coleman i program badawczy, który badał ją i kontrolował przez lata. Pamięta tragiczną śmierć matki pod kołami czerwonego samochodu. Pamięta starania o rozpoczęcie nowego życia w szkole z internatem Dartmoor. Pamięta również moment, w którym jej przyjaciółka wypadła z okna.

Kiedy Jess zaczyna otrzymywać tajemnicze zaszyfrowane wiadomości, uświadamia sobie, że będzie musiała zmierzyć się z przeszłością. Zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno może ufać ludziom w swoim otoczeniu. Jednak kiedy twoja głowa pęka w szwach od informacji, bardzo trudno jest odróżnić prawdę od kłamstwa.

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z nazwiskiem Tracy Darnton ani z jej książkami. Nie zastanawiałam się też długo przed rozpoczęciem lektury Prawdy o kłamstwach – chciałam podejść do tej książki z czystym umysłem, nie tworząc żadnych oczekiwań względem niej. Choć literatura młodzieżowa jest jednym z moich ulubionych gatunków książek, ostatnio bardzo rzadko po nią sięgam. W zasadzie jest to dopiero pierwsza młodzieżówka w pełnym tego słowa znaczeniu, jaką przeczytałam w tym roku. Choć teraz już wiem, że Prawda o kłamstwach nie zapisze się trwale w mojej pamięci i choć mam świadomość jej wad, wspominam ją jako porządną opowieść, która może skutecznie zająć myśli na kilka wieczorów.

Zacznijmy od największej zalety książki – poruszanej przez nią tematyki eksperymentów medycznych. Główna bohaterka Prawdy o kłamstwach, Jess Wilson, „choruje” na hipermnezję, czyli posiada pamięć absolutną. Zapisuje w swojej głowie najmniejsze detale i jest w stanie przywołać w najdrobniejszych szczegółach dowolny dzień swojego życia. Zjawisko hipermnezji istnieje naprawdę – nie jest to fikcja literacka – lecz występuje niezwykle rzadko. I choć osoby z żałośnie słabą pamięcią (jak ja) mogą pozazdrościć Jess jej zdolności, pamięć absolutna ma swoje minusy – w końcu brak możliwości wyrzucenia z głowy wspomnień o zdarzeniach traumatycznych nie jest niczym miłym, a ludzki mózg nie bez powodu je rozmywa. Z uwagi na swoją wyjątkowość, Jess trafiła pod skrzydła doktor Coleman zajmującej się badaniami nad pamięcią. Choć początkowo były one zupełnie nieinwazyjne i nie wymagały ingerencji w pracę organizmu dziewczynki, z czasem stały się niebezpieczne. Szczególnie w momencie, gdy po śmierci matki Jess jedyną osobą zdolną do zajęcia się dziewczynką, była sama profesor Coleman, eksperymenty stwarzały coraz większe zagrożenie dla badanej. W czasie trwania akcji książki Jess jest już niemal dorosła i znajduje się w odległej od siedziby Coleman szkole z internatem, jednak nie zapomina o tym, co kobieta jej zrobiła.

Jeśli mieliście kiedyś okazję oglądać serial Stranger Things, pewnie kojarzycie występujący tam motyw eksperymentów. Wprawdzie Prawda o kłamstwach pozbawiona jest wszelkich elementów paranormalnych mocy i fantastycznych stworzeń obecnych w produkcji Netfliksa, lecz nie mogłam pozbyć się myśli o analogii niektórych sytuacji. Cały temat eksperymentów nad pamięcią wydaje mi się szalenie ciekawy. Dziś, aby napisać młodzieżówkę, która zostanie zapamiętana, trzeba mieć unikatowy pomysł na nią – element, który wyróżni ją z grona tysięcy podobnych. Tracy Darnton znalazła właśnie taki element – powracający wątek eksperymentów psychologicznych, który wciąż przykuwa uwagę czytelnika i nie pozwala się oderwać.

Intrygującym elementem Prawdy o kłamstwach są przewijające się przez nią ćwiczenia na pamięć. Jako że jest to motyw przewodni książki, autorka postanowiła zaangażować w całą sprawę również czytelnika i co jakiś czas na początku rozdziałów podsuwa mu zadania mające na celu wyćwiczenie lepszego i skuteczniejszego zapamiętywania. Dla mnie, jako dla osoby, która lubi wszelkiego rodzaju gry logiczne i umysłowe, była to świetna zabawa.

Drugą zaletą Prawdy o kłamstwach jest główna bohaterka, Jess. Nastolatki w młodzieżówkach często bywają głupimi trzpiotkami, które w głowie nie mają niczego wartościowego, a ich największym zmartwieniem jest brak chłopaka lub zbyt mała popularność w szkole. Jess wyróżnia się na tym tle – jest inteligentna, bystra i spostrzegawcza, niesamowicie krytyczna w stosunku do otaczającego ją świata. Różni się od swoich koleżanek i większości dziewcząt w szkole, przez co pozostaje czasem na uboczu. Niewątpliwie można się z tą bohaterką utożsamiać, ponieważ jest ludzka. Pomijając jej nadzwyczajną zdolność do zapamiętywania szczegółów, wydawała mi się być prawdziwą osobą z krwi i kości, która miałaby szansę zaistnieć w rzeczywistości. Autorce naprawdę dobrze wyszła kreacja Jess, czego niestety nie można powiedzieć o reszcie bohaterów Prawdy o kłamstwach.

Analiza psychologiczna wszystkich postaci poza Jess nie jest ani trochę pogłębiona. Mam wrażenie, że ich charakter określa jedna, maksymalnie dwie cechy i to tyle. Każdego z nich można właściwie opisać jednym krótkim zdaniem. Dan to słodki przystojniak, a Maya i Kiera są pięknościami o mało imponującym ilorazie inteligencji. Choć te postacie przewijają się przez powieść niemal na każdej stronie, nie dowiadujemy się o nich niczego znaczącego. Jess jest w Prawdzie o kłamstwach Słońcem, a jej przyjaciele resztą ciał niebieskich, krążących wokół niej. Są zaledwie statystami w sztuce, w której ona gra główną rolę. Żałuję, że autorka potraktowała ich z takim brakiem dbałości – w końcu po postaci Jess widać, że potrafi tworzyć pełnowymiarowych bohaterów.

Przyznam, że książka od samego początku mnie porwała i przez pierwsze 100 stron wprost nie mogłam się od niej oderwać. Po poprzedniej żenująco słabej lekturze, jaką na swoje nieszczęście czytałam, Prawda o kłamstwach wydała mi się wybawieniem – historią wciągającą, z ciekawym motywem przewodnim, intrygującą bohaterką i z rozumem. Wciąż trzymałam tylko kciuki, aby mój zachwyt utrzymał się na tym samym poziomie aż do samego końca. Niestety, tak się nie stało. Po pewnym czasie zaczęłam zauważać mankamenty tej powieści, delikatne potknięcia autorki, które wpłynęły na moją końcową ocenę. Nie są to rzeczy na tyle znaczące, żeby miały odebrać Prawdzie o kłamstwach tytuł „dobrej młodzieżówki”, jaki jej nadałam, jednak nie mogę ich przemilczeć. Nie byłam zadowolona, gdy wątek romansowy zaczynał dominować nad motywem pamięci i eksperymentów psychologicznych, zabijając to, co w tej książce najlepsze. Czasem ogromnie dziwiłam się zachowaniu Jess, która pod wpływem emocji działała zupełnie nielogicznie i nieracjonalnie. Ogólnie rzecz biorąc, początkowy czar historii stopniowo pryskał, jednak na samym końcu wciąż trochę go jeszcze pozostało.

Prawda o kłamstwach to młodzieżówka, która potrafi zająć umysł na długie godziny. Znajdziecie w niej oryginalny motyw, nieczęsto poruszany w książkach oraz bystrą bohaterkę, z którą można się utożsamiać. Z uwagi na to, że część wątków nie została domknięta, myślę, że w przyszłości możemy spodziewać się kontynuacji, którą z chęcią przeczytam. Książki takie jak ta, choć nie zostaną w pamięci na długo, są przyjemną odskocznią od codzienności.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-03-09 21:35:38
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie, SPRZEDAM/WYMIENIĘ!

Nastoletnia Greer, gdy trafiła do elitarnej szkoły z internatem, miała głowę pełną obaw: czy zdoła zintegrować się z zamożnymi kolegami? W końcu sama znalazła się w szkole tylko dzięki stypendium... Choć na początku dziewczyna czuje się wyalienowana, szybko otrzymuje propozycję, o jakiej wielu uczniów może tylko pomarzyć - jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole zaprasza ją na weekend... Nastoletnia Greer, gdy trafiła do elitarnej szkoły z internatem, miała głowę pełną obaw: czy zdoła zintegrować się z zamożnymi kolegami? W końcu sama znalazła się w szkole tylko dzięki stypendium... Choć na początku dziewczyna czuje się wyalienowana, szybko otrzymuje propozycję, o jakiej wielu uczniów może tylko pomarzyć - jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole zaprasza ją na weekend do swojej rezydencji, gdzie wraz z siedmioma innymi uczniami wezmą udział w szeregu nietypowych rozrywek. Okazuje się jednak, że nie jest to zwyczajne spotkanie, a Greer z każdą minutą pobytu w Langcross Hall coraz bardziej obawia się o swoje bezpieczeństwo. Jak daleko będzie w stanie posunąć się szkolna elita?

Przystąpiłam do lektury S.T.A.G.S pełna nadziei. Wydawnictwo Media Rodzina jest wydawnictwem, do którego mam ogromne zaufanie i sięgam po jego książki w zasadzie bez zastanowienia. Po tym, jak wiele wydawanych przez nie powieści trafiało prosto do mojego serca, przyzwyczaiłam się już, że z tą marką wiąże się pewna jakość. Okazało się jednak, że S.T.A.G.S jest wyjątkiem od tej reguły - lekturą tak nieudaną, że nawet teraz, prawie tydzień po tym, jak skończyłam ją czytać, wciąż na samą myśl zalewa mnie fala irytacji. Czuję, że ta recenzja będzie miała charakter ostrzegawczy: spróbuję odwieść Was od przeczytania powieści M.A. Bennett i tym samym oszczędzić Wam nerwów i rozczarowania.

S.T.A.G.S jest elitarną szkołą z internatem, której początki sięgają czasów średniowiecza. Jest więc placówką pod wieloma względami zacofaną, tak jakby cały świat poszedł do przodu o kilka stuleci, a S.T.A.G.S przespała cały proces rozwoju. Nauczycieli nazywa się "bakałarzami", obowiązkiem jest noszenie klasycznie skrojonych, identycznych mundurków, a wszelkie przejawy technologii spotykane są niezwykle rzadko. Lekcje znacznie różnią się od tych prowadzonych w typowych brytyjskich szkołach średnich, a opat stojący na czele S.T.A.G.S co najmniej dwa razy w roku przytacza słynną legendę o jeleniu, którego święty Aidan (od którego imienia szkoła nosi nazwę) uczynił niewidzialnym, chroniąc go tym samym przed schwytaniem przed myśliwymi. Sami widzicie, że obraz S.T.A.G.S jest bardzo specyficzny. I na tym etapie nie mam jeszcze nic do zarzucenia - odizolowana od świata szkoła, w której panują średniowieczne zasady, budziła moją ciekawość, jednak ta szybko została zastąpiona przez o wiele mniej pozytywne uczucia. Zresztą akcja książki przez zdecydowaną większość czasu wcale nie toczy się w S.T.A.G.S, lecz w Longcross Hall - posiadłości Henry'ego de Warlencourta.

Henry de Warlencourt jest przywódcą elity S.T.A.G.S, nazywanej Ludźmi Średniowiecza, składającej się z trzech dziewczyn i trzech chłopców. Jeśli przypomnicie sobie, jak w amerykańskich filmach wygląda śmietanka towarzyska liceum, przed którą pozostali uczniowie albo uciekają w popłochu, albo się płaszczą, dodacie do tego obrazu obrzydliwie dużą ilość pieniędzy i przeniesiecie w realia anachronicznej szkoły... w zasadzie wiecie już wszystko. Ludzie Średniowiecza są bowiem dokładnie tak samo typowi i irytujący, jak wszystkie inne samozwańcze elity szkolne, których pozycja wynika tylko i wyłącznie z liczby zer na koncie i posiadania wpływowych rodziców. Gdyby jeszcze ta grupa prezentowała sobą jakiś poziom, może byłabym w stanie zrozumieć ich status, ale kiedy przed oczami staje mi scena z kolacji w Longcross Hall, gdzie część z nich (z naciskiem na Piersa i Cooksona) zachowuje się jak małpy w zoo... ręce opadają. Piękni, bogaci i głupi - tak w skrócie można ich określić.

Idea zapraszania losowych, nieznajomych w zasadzie ludzi na weekend do własnego domu wydaje się dziwna, ale jeszcze trudniejsza do pojęcia jest idea przyjęcia zaproszenia na taki weekend. Mowa tutaj o Greer, która przed przyjazdem do Longcross Hall nie zamieniła słowa ani z Henrym, ani z żadnym innym członkiem Ludzi Średniowiecza. Puszczając mimo uszu ostrzeżenia o niebezpieczeństwie tego wyjazdu i nie biorąc pod uwagę faktu, że kieruje się do domu zupełnie obcej osoby, decyduje się pojechać do rezydencji, licząc na... aprobatę osób stojących wyżej od niej w hierarchii szkolnej? W tym momencie historii nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z tego, że ta bohaterka nie grzeszy rozumem i w jej przypadku nie ma co liczyć na rozważne, przemyślane decyzje. Zresztą Greer już zawsze będzie dla mnie ikoną braku rozumu. Z każdą kolejną stroną bohaterka ta wzbudzała we mnie coraz większe poczucie żałości - wszystkie jej komentarze były tak infantylne, naiwne i prostolinijne, że modliłam się, by jak najrzadziej otwierała usta. Jednak - o zgrozo - to właśnie ona była również narratorką książki, a jej osobiste przemyślenia prezentowały podobnie żenujący poziom. Bardzo kłuła mnie również w oczy hipokryzja Greer. W momencie, gdy w końcu do niej dotarło, że Ludzie Średniowiecza nie są kolejnym z Boskich cudów i zaczynała wyczuwać grożące jej niebezpieczeństwo, nagradzałam jej spóźnioną przenikliwość drwiącymi oklaskami w mojej głowie, lecz skrycie cieszyłam się, że ostatecznie się opamiętała. Okazywało się jednak, że Greer jest jak flaga na wietrze - jej punkt widzenia zależy od towarzystwa, w jakim się znajduje, a wystarczy chwila spędzona z Ludźmi Średniowiecza lub jedno spojrzenie Henry'ego de Warlencourta, pod którym momentalnie się rozpływała, aby pozbyła się wszystkich obaw i zaczęła samą siebie przekonywać, że wszystko jest w najlepszym porządku, a postrzelenie człowieka jest niewinną zabawą. Co więcej, bez wyrzutów sumienia brała udział w rozrywkach Ludzi Średniowiecza, które wcześniej potępiała.

Zaproszeni do Longcross Hall umilają sobie czas "polowaniem strzelaniem wędkowaniem", co wydaje się dziwnym wyborem, jak na dziewiątkę młodych ludzi, jednak pasuje do nieco przestarzałych realiów świata stworzonych przez autorkę. Tym, co mi nie pasowało, był jednak sposób, w jaki M.A. Bennett kreowała te czynności podejmowane przez bohaterów, jakby miały być nie wiadomo jak ekscytujące. Z założenia S.T.A.G.S jest thrillerem dla młodzieży, jednak tak samo, jak emocji w książce jest znikoma ilość, tak sceny "polowania strzelania wędkowania" można porównać do grzybobrania w Panu Tadeuszu. Tak naprawdę podczas czytania poza irytacją nie czułam wiele. Gdy udało mi się zdystansować od wydarzeń w książce, nie denerwując się na każdą drobnostkę, która działała mi na nerwy, zwyczajnie się nudziłam. Zapewne celem autorki było stworzenie porywającego thrillera dla młodzieży, przy którym czytelnicy będą obgryzać paznokcie i wyrywać sobie włosy z głowy, nie potrafiąc wytrzymać napięcia, jednak zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością w tym przypadku było brutalne. Jeśli już posługuję się analogiami do Pana Tadeusza, to powiem jeszcze, że wszystkie spory pomiędzy bohaterami S.T.A.G.S o to, kto jako pierwszy ustrzelił bażanta, wzbudzały we mnie podobne emocje, co pojedynek Asesora i Rejenta, którzy spierali się, czyj chart schwytał zająca. Czyli żadne. A Pan Tadeusz przynajmniej czarował językiem, czego o powieści M.A. Bennett nie można powiedzieć...

Kończąc tę litanię skarg, muszę wspomnieć jeszcze o wątku romansowym, który w młodzieżówce pojawić się musiał, choć nie był ani trochę potrzebny. Miłość pojawiająca się w książce jest płytka do granic możliwości, taka "miłość" w cudzysłowie, w stylu dramatów sercowych przeżywanych w szkole podstawowej. Mam wrażenie, że autorka czuła się zobligowana do zawarcia w swojej powieści tego wątku, jednak zrobiła to bardzo niedbale i bez pomysłu, byle tylko odhaczyć element, który w jej mniemaniu jest pożądany przez czytelników tego gatunku literatury. Choć nie jestem wielką fanką romansów, nie pogardzę tym przemyślanym, mądrym i dobrze napisanym. M.A. Bennett jednak brakuje jeszcze bardzo wiele, by osiągnąć poziom, który by mnie zadowolił.

Wymienienie jednej zalety tej książki w żaden sposób nie podciągnie jej całokształtu przy tak dużej liczbie wad, ale zakończenie S.T.A.G.S zasługuje na pochwałę. Jestem skłonna stwierdzić, że jest to jedyny element powieści, który wyszedł autorce dobrze i za który otrzymała ode mnie jeden maleńki plusik. Sprytne zawiązanie akcji, zaskoczenie w momencie, gdy niczego się już nie spodziewałam, no i zgrabne nawiązanie do filmu o Sherlocku Holmesie w ostatnich słowach książki. Brawo. Czy nie dało się tak od początku?

S.T.A.G.S to ogromne rozczarowanie. Thriller młodzieżowy, który ani nie wzbudza emocji, ani nie cieszy, ani nie bawi, zupełnie nie spełnia swojego zadania. Bardzo chciałam polubić tę książkę, ponieważ pomysł na fabułę był intrygujący, jednak od samego początku z każdym jednym słowem robiło się coraz gorzej. Nie mogę polecić Wam tej książki, wręcz przeciwnie: odradzam. Choć widziałam wiele pozytywnych opinii na jej temat, mogę argumentować swoje zdanie tylko własnymi odczuciami, które nie są ani trochę pozytywne. Wybierzcie jakąkolwiek powieść ze swojej biblioteczki, a jestem pewna, że przysporzy Wam ona mniej irytacji i zawodu niż S.T.A.G.S.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-02-26 22:12:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2019-02-23 20:09:38
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2019-02-23 20:05:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
 
2019-02-16 23:21:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Fantastyczne zwierzęta (tom 2)

Choć potężny czarnoksiężnik Gellert Grindelwald został schwytany przez przedstawicieli Ministerstwa Magii, udało mu się uciec w dramatycznych okolicznościach. Jego celem jest zebranie jak największej liczby osób, które poprą jego sprawę – objęcie władzy nad mugolami przez czarodziejów. Jedynie Albus Dumbledore, dawny bliski przyjaciel Grindelwalda, jest w stanie pokrzyżować mu plany. Będzie... Choć potężny czarnoksiężnik Gellert Grindelwald został schwytany przez przedstawicieli Ministerstwa Magii, udało mu się uciec w dramatycznych okolicznościach. Jego celem jest zebranie jak największej liczby osób, które poprą jego sprawę – objęcie władzy nad mugolami przez czarodziejów. Jedynie Albus Dumbledore, dawny bliski przyjaciel Grindelwalda, jest w stanie pokrzyżować mu plany. Będzie chciał uczynić to z pomocą swojego byłego ucznia, Newta Scamandera. Newt wyprawi się do Paryża, aby nie dopuścić Grindelwalda do zebrania sprzymierzeńców, a przygoda po raz kolejny splecie jego losy z Tiną Queenie i Jacobem. Ich nowa misja okaże się sprawdzianem miłości i lojalności w momencie, gdy podzielony świat czarodziejów będzie musiał jednoznacznie opowiedzieć się po stronie dobra lub zła.

Czytanie scenariuszy filmowych jest nie lada wyzwaniem dla wyobraźni. I myślę, że w tym przypadku zasada: „Najpierw książka, potem film” nie znajdzie zastosowania. Zarówno w przypadku Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć, jak i Zbrodni Grindelwalda lekturę książki poprzedziłam oglądnięciem filmu, co okazało się dobrą kolejnością. Opierając się wyłącznie o scenariusz ciężko byłoby wciągnąć się w opowiedzianą w nim historię, ponieważ brakuje tam opisów, do jakich czytelnicy są przyzwyczajeni. Bez nich odtworzenie w głowie zdarzeń zaledwie na podstawie didaskaliów i dialogów może być problematyczne. Łatwo jest się zrazić do tekstu, który jest nieco suchy i bezbarwny. Jeśli jednak po obejrzeniu ekranizacji mamy pewien ogólny zarys fabuły, scenariusz może być jej doskonałym uzupełnieniem.

Kiedy wyszłam z kina z Fantastycznych zwierząt: Zbrodni Grindelwalda, miałam duży mętlik w głowie. Miałam wrażenie, że film ten stworzył wiele pytań, na które nie dał odpowiedzi, a przedstawione w nim motywy wydały mi się zagmatwane i niewystarczająco dobrze wytłumaczone. Sięgając po scenariusz, miałam nadzieję, że będę miała szansę poukładać sobie to wszystko, co zobaczyłam na ekranie, i faktycznie – tak się stało! Mogę śmiało powiedzieć, że czytałam książkę z zapartym tchem, ponieważ akcja Fantastycznych zwierząt stała się jeszcze ciekawsza niż w pierwszym tomie. Wtedy skupiała się ona na samych magicznych stworzeniach, które uciekły z walizki Newta Scamandra i rozpanoszyły się po Nowym Jorku, a ich ekscentryczny właściciel starał się schwytać je z powrotem. Teraz jednak świat czarodziejów musiał zmierzyć się z czymś znacznie poważniejszym – z potężnym Grindelwaldem, który zamierza zmusić innych do opowiedzenia się po stronie dobra lub zła. Wynikną z tego różnego rodzaju komplikacje, a znani nam już bohaterowie Fantastycznych zwierząt – Newt, Tina, Queenie i Jacob – będą musieli zdecydować, co jest dla nich najważniejsze.

Z pewnością każdy fan serii J. K. Rowling o Harrym Potterze z niecierpliwością wyczekuje kolejnych części Fantastycznych zwierząt, które są namiastką tego wyjątkowego magicznego uniwersum, jakie znamy i kochamy. I będzie na co czekać, ponieważ planowane są jeszcze trzy kolejne scenariusze. Choć właściwa siedmiotomowa seria zawsze będzie moją największą miłością, raz za razem odkrywam coraz większy potencjał Fantastycznych zwierząt. Mają one dobrze wykreowanych głównych bohaterów, których nietrudno jest polubić, akcja z tomu na tom staje się coraz bardziej poważna, a tło związane z czarującymi magicznymi zwierzętami dodaje książce uroku. I choć ze względu na swoją formę, jaką jest scenariusz, Fantastyczne zwierzęta nigdy nie będą równie głębokie i rozbudowane fabularnie jak seria o Harrym Potterze, powrót do świata magii dla miłośnika tych klimatów będzie czymś nieocenionym.

Nie należy oczekiwać od tego scenariusza, że wprowadzi jakiś nowy element do Waszej obecnej wiedzy o przedstawionej w nim historii, jaką macie po obejrzeniu filmu. Dialogi zawarte w książce pojawiły się w niezmienionej formie na ekranie, a didaskalia mówią o rzeczach, które reżyser zgodnie z zaleceniem autorki zawarł w ekranizacji. Jednak dostrzec można, że J.K. Rowling stała się lepsza w pisaniu scenariuszy. Śmiało mogę powiedzieć, że Zbrodnie Grindelwalda podobały mi się bardziej niż Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – czytałam je z radością i choć książkę z uwagi na jej specyfikę skończyłam błyskawicznie, cieszę się, że przez chwilę oderwałam się od niemagicznej rzeczywistości i dałam się wciągnąć w losy Newta Scamandera.

Nie mogłabym nie wspomnieć również o mistrzowskim wydaniu książki. Wydawnictwo Media Rodzina przyzwyczaiło mnie już do niesamowitych okładek, a mimo to za każdym razem, gdy trzymam w ręku wydaną przez nie książkę, nie mogę się nad nią nie zachwycić. W przypadku Fantastycznych zwierząt: Zbrodni Grindelwalda mówimy o twardej okładce, pięknym kolorze i zabójczych złoceniach, pośród których skrywają się maleńkie detale związane z treścią historii. Na tę książkę nie można się napatrzeć i warto kupić ją choćby dlatego – choć jej wnętrze jest nie mniej dobre.

Każdy szanujący się miłośnik serii o Harrym Potterze powinien przeczytać ten scenariusz. Mimo że spędzi nad nim maksymalnie dwie godziny, będzie zadowolony z możliwości powrotu do świata magii oraz spotkania tam zarówno nowych, jak i znanych i lubianych przez siebie bohaterów. Jestem niesamowicie ciekawa dalszych losów Newta Scamandera i jego przyjaciół oraz samego Gellerta Grindelwalda i bardzo cieszy mnie fakt, że ta historia będzie miała swoją kontynuację (i to nie jedną). Serdecznie polecam Wam Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda, które sprawiły, że przez chwilę znów czułam się, jakbym wkraczała do magicznego uniwersum po raz pierwszy.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-02-13 01:28:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie

Anglia, rok 1785. Czterdziestoletni kupiec Jonah Hancock traci jeden ze swoich najlepszych statków. Jego kapitan nie powraca jednak z pustymi rękami – przywozi mu towar, który swoją wartością wielokrotnie przewyższa zagubiony okręt… prawdziwą syrenę! Plotka bardzo szybko roznosi się po okolicznych kawiarniach i dokach, a chętnych na zobaczenie syreny nie brakuje. Pan Hancock pragnie... Anglia, rok 1785. Czterdziestoletni kupiec Jonah Hancock traci jeden ze swoich najlepszych statków. Jego kapitan nie powraca jednak z pustymi rękami – przywozi mu towar, który swoją wartością wielokrotnie przewyższa zagubiony okręt… prawdziwą syrenę! Plotka bardzo szybko roznosi się po okolicznych kawiarniach i dokach, a chętnych na zobaczenie syreny nie brakuje. Pan Hancock pragnie wykorzystać swoją szansę i wzbogacić się na wyłowionym z morskich odmętów stworzeniu. Decyduje się więc na wypożyczenie syreny jednemu z najsławniejszych londyńskich domów rozpusty, przez który każdego dnia przewijają się dziesiątki osób. W tym luksusowym przybytku znajduje się jednak o wiele więcej stworzeń gotowych przywieść pana Hancocka do zguby…

Nigdy nie czytałam książki z motywem syreny. Nigdy nie czytałam również książki, której akcja toczyłaby się w XVIII-wiecznej Anglii. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do tego, że Wydawnictwo Albatros otwiera mnie na zupełnie nowe światy literatury, z którymi do tej pory nie miałam wiele wspólnego. Syrena i Pani Hancock jest bowiem powieścią niezwykłą, wyróżniającą się z grona innych książek literatury współczesnej. Wiele jej elementów może być jednak zwodniczych. Już sam tytuł i opis tworzą pewne sugestie, które nie są do końca zgodne z prawdą. A może się to skończyć większym lub mniejszym rozczarowaniem.

Mam na myśli samą postać syreny, która jako niezwykłe fantastyczne stworzenie będzie przyciągać czytelników do powieści Imogen Hermes Gowar tak samo, jak przyciągała licznych gapiów na pokazy organizowane przez pana Hancocka. Jestem pewna, że duża część osób sięgnie po Syrenę i Panią Hancock zachęcona syrenim motywem, ale… prowadzi to do nieuchronnego zawodu. Dlaczego? Wprawdzie syrena jako postać pojawia się już w pierwszych rozdziałach książki, lecz jest ona… martwa. I w żaden sposób nie bierze osobiście udziału w akcji. Na przestrzeni ponad 500 stron jej ciało jest nieustannie przedmiotem utargu, obiektem handlu i źródłem problemów. Wpływa ona pośrednio na losy bohaterów, lecz nie są to działania spektakularne i obrazowe. Ktoś, kto zdecyduje się na lekturę Syreny i Pani Hancock, może poczuć się nieco oszukany, ponieważ nie znajdzie tam takiej syreny, jakiej się spodziewał.

Abstrahując jednak od naszej fantastycznej bohaterki, powieść Imogen Hermes Gowar ma wiele zalet, które czynią ją unikalną. Przede wszystkim rzuca się w oczy wyjątkowy klimat Anglii XVIII wieku, który autorka tworzy za pomocą zmysłowych, pełnych szczegółów opisów, niesamowicie działających na wyobraźnię. Naprawdę nietrudno odtworzyć w głowie powozy przejeżdżające alejkami, służące wiążące damom gorsety i nakładające tony pudru na ich włosy oraz wytwornych dżentelmenów przesiadujących w eleganckich lokalach w oparach fajki. Imogen Hermes Gowar przykłada dużą wagę do elementów składających się na przestrzeń i kreuje je z doskonałym wyczuciem.

Niesamowicie podobało mi się to, że Syrena i Pani Hancock jest powieścią wielowątkową. Już od pierwszych stron śledzimy losy Jonaha Hancocka, kupca, w którego ręce zupełnym przypadkiem trafia niezwykły okaz w postaci syreny, jednak równolegle jesteśmy świadkami rozwoju zdarzeń w… londyńskim domu rozpusty. Poznajemy panią Chappell, rajfurkę, oraz kurtyzany znajdujące się pod jej opieką. Spośród nich na pierwszy plan wysuwa się Angelica Neal, która po pewnym czasie staje się główną bohaterką książki, jednak aż do samego końca wieści o losach pozostałych dziewcząt przewijają się przez kolejne rozdziały. Ta początkowo prostolinijna historia po pewnym czasie zaczyna rozwijać się w wielu kierunkach, a poszczególne wątki łączą się ze sobą i rozplatają, tworząc razem coraz bardziej wciągającą opowieść. Moim jedynym zastrzeżeniem jest to, iż niektóre z bohaterek w jednym momencie znikały w tajemniczych okolicznościach i nie pojawiały się już ani razu, nie mogliśmy liczyć też na żadną wzmiankę o tym, co tak naprawdę się z nimi stało. Nie wiem, skąd się wzięło takie niedopatrzenie w tak skrupulatnie stworzonej historii.

Syrena i Pani Hancock nie jest książką, która porwie Was zastraszającym tempem akcji i w którą wskoczycie za jednym razem jak w głębiny oceanu. Imogen Hermes Gowar niespiesznie odtwarza przed czytelnikiem pełen obraz swojej powieści, która ze strony na stronę staje się ciekawsza. Nawet nie zauważyłam, w którym momencie zaangażowałam się w losy bohaterów i zaczęłam śledzić je z rosnącym zainteresowaniem. Tak naprawdę nigdy nie czytałam książki, która przypominałaby tę Imogen Hermes Gowar, więc czułam, że odkrywam coś zupełnie dla mnie nowego. Choć nie możecie liczyć tu na multum zaskoczeń i zwrotów akcji, z pewnością dacie się porwać atmosferze i intrygującej fabule.

Bohaterowie powieści wykreowani są podobnie jak stworzona przez autorkę przestrzeń – wyjątkowo szczegółowo. Choć na pięciuset stronach przewija się ich wielu, każdy jest na swój sposób szczególny i nie ma żadnego problemu z odróżnieniem ich od siebie. Nie powiedziałabym jednak, że łatwo jest tych bohaterów lubić – pan Hancock bywa bierny, flegmatyczny i brak mu zdecydowania, a Angelica jest przesadnie rozegzaltowana i skupiona na sobie (choć trzeba przyznać, że przechodzi w książce poważną metamorfozę). Ich negatywne cechy sprawiają jednak, że są oni bardziej ludzcy, co trzeba docenić.

Jeszcze jedną rzeczą, która mi się nie spodobała, było zakończenie wątku syreniego. Zauważyłam, że Imogen Hermes Gowar ma problem z tworzeniem zakończeń, które faktycznie miałyby sens i dawały spokój usatysfakcjonowanemu czytelnikowi. Niestety, zdarzało się, że autorka urywała wątki w nieoczekiwanych momentach (o czym już wspomniałam) lub też zamykała je w dziwny, nie do końca zrozumiały i logiczny sposób. Nie tak wyobrażałam sobie koniec losów syreny, która może i nie grała pierwszych skrzypiec w powieści, jednak na ostatnich stu stronach stała się elementem dosyć znaczącym.
Syrena i Pani Hancock pozytywnie zaskoczyła mnie swoją aurą i mnogością kierunków, w jakich zmierza zawarta w niej historia. Imogen Hermes Gowar w mistrzowski sposób kreuje rzeczywistość XVIII-wiecznej Anglii i niespiesznie wprowadza czytelnika do świata kurtyzan i kupców. Mały minus należy jej się za zakończenie, które pozostawiało lekki niedosyt. Polecam Wam tę książkę, jednak pamiętajcie o tym, aby nie nastawiać się na praktyczny udział syreny w fabule – jest jej tam niewiele, jednak inni bohaterowie powieści w zupełności zaspokoją Wasz głód literacki :)

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2019-01-31 17:46:35
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie, SPRZEDAM/WYMIENIĘ!
Autor:

Darby Thorne, studentka uniwersytetu kalifornijskiego, zmierzała w kierunku domu rodzinnego na święta, gdy podróż uniemożliwiła jej burza śnieżna. Dziewczyna zdecydowała się przeczekać noc w zajeździe przy autostradzie, gdzie zatrzymało się również czworo nieznajomych jej ludzi. Gdy Darby przemierzała parking w poszukiwaniu zasięgu, odkryła, że w samochodzie jednej z osób przebywa dziecko... Darby Thorne, studentka uniwersytetu kalifornijskiego, zmierzała w kierunku domu rodzinnego na święta, gdy podróż uniemożliwiła jej burza śnieżna. Dziewczyna zdecydowała się przeczekać noc w zajeździe przy autostradzie, gdzie zatrzymało się również czworo nieznajomych jej ludzi. Gdy Darby przemierzała parking w poszukiwaniu zasięgu, odkryła, że w samochodzie jednej z osób przebywa dziecko uwięzione w klatce dla zwierząt. W sytuacji, gdy warunki atmosferyczne nie pozwalały jej wezwać znikąd pomocy, dziewczyna zdecydowała się samodzielnie uwolnić dziewczynkę z rąk porywacza. Jednak która z osób zgromadzonych w zajeździe nim jest? Czy Darby może komukolwiek zaufać?

Można powiedzieć, że po Bezbronne sięgnęłam w ciemno. Wydawnictwo Otwarte ze swoimi thrillerami tak wiele razy przekonywało mnie do siebie, że nie zastanawiam się już długo przed przeczytaniem kolejnego. Mając w pamięci chociażby znakomitą Lokatorkę JP Delaney lub intrygującą W żywe oczy tego samego autora, czułam, że mogę zaufać wydawnictwu, które stało się już dla mnie swego rodzaju marką, jeśli chodzi o książki tego gatunku. Nie przeczuwałam jeszcze, że mogę się tak bardzo pomylić…

Początek był całkiem niezły. Autorowi udało się zgrabnie wykreować pełną napięcia, niepokojącą atmosferę, którą tworzyła nocna aura, zamieć śnieżna i perspektywa uwięzienia w jednym miejscu z czterema obcymi osobami, wśród których znajdował się człowiek potencjalnie niebezpieczny. Nie trwało to jednak długo. Już po chwili zaczęłam zauważać kolejne potknięcia pisarza, które sprawiały, że wspomniany klimat – nie ważne jak imponujący - zupełnie nie miał już znaczenia.

Zacznijmy od czysto językowej kwestii. Mam świadomość, że błędy, o których zaraz wspomnę, mogą wypływać nie od Taylora Adamsa, lecz od tłumacza książki. Nie są to poważne zarzuty, jednak rzuciły mi się w oczy pojawiające się od czasu do czasu zdania, których sens lub logika gdzieś mi uciekała. Być może użycie innych słów lub dokonanie kilku poprawek w składni załatwiłoby całą sprawę. Mam na myśli takie zdania jak:

„Darby stała w śniegu pokrywającym jej włosy”

lub

„(…)złamałem iPhone’a, siadając z nim w kieszeni”.

Prawdopodobnie jestem zbyt małostkowa, jednak takie niespójności mnie rażą. Jeśli zaś chodzi o sam styl pisania Adamsa, on również nie zachwyca. Jest lekki, lecz brakuje mu tego „czegoś”, co sprawiłoby, że książkę czytałoby się z autentyczną przyjemnością, a nie tylko przesuwało wzrok ze słowa na słowo.

Autor Bezbronnych ma dziwną manierę do wprowadzania do powieści elementów, które biorą się właściwie znikąd i z miejsca uznawane są za oczywiste. Jako że akcję książki śledzimy z perspektywy Darby, przedstawiane są nam różne podejrzenia i spekulacje dziewczyny na temat zaistniałej sytuacji: odnośnie tożsamości uwięzionej w furgonetce dziewczynki; tego, która ze zgromadzonych osób odpowiedzialna jest za jej porwanie i tak dalej. Jednak z niezrozumiałego dla mnie powodu część jej założeń bez żadnego potwierdzenia uznawana jest za prawdziwą i w dalszej części książki pojawia się jako fakt. Przykładowo więziona w samochodzie Jay uznana jest akurat za siedmiolatkę, choć w żadnym momencie książki sama nie mówi o swoim wieku, a nazwiska zabranych w zajeździe Eddiego, Sandi, Larsa i Ashleya są głównej bohaterce doskonale znane, mimo że żadne z nich nie przedstawia się jej swoim nazwiskiem. Wygląda na to, że albo Darby jest wróżką, albo autor powieści nie potrafił wymyślić sposobu na wprowadzenie do książki pewnych szczegółów i postanowił dać im moc magicznego zjawiania się w fabule co jakiś czas.

Innym zabiegiem, który nieco działał mi na nerwy, było niepotrzebne powtarzanie pewnych nazw i elementów, które nie miały żadnego znaczenia dla fabuły. Nie dość, że kilkukrotne wspominanie przykładowo o treści ordynarnego napisu na kabinie toaletowej, haśle wypisanym na furgonetce czy nazwie zajazdu było zbyteczne, to wyczuwałam w tym sugestię, że czytelnik nie jest dosyć inteligentny, żeby pojąć za pierwszym razem. A jestem pewna, że przesłanie dotarło do mnie już na samym początku.

Głównym aspektem, który wpłynął na moją ocenę Bezbronnych, byli bohaterowie. Przysięgam, że nigdy nie spotkałam się z tyloma nieudacznikami w jednym miejscu. Nie dość, że raz za razem zauważałam kolejne oznaki ograniczenia postaci, ich wyjątkowo małą spostrzegawczość i zdolność do łączenia oczywistych faktów, to sama osoba porywacza momentami przypominała mi te idiotyczne komedie, w których para półgłówków decyduje się na zamach, włamanie czy innego rodzaju przestępstwo, ale od samego początku ich to przerasta (coś na kształt Kevina samego w domu). Mam wrażenie, że wszystkie udane działania ze strony porywacza były wynikiem jedynie jego nieprawdopodobnego szczęścia i zbiegów okoliczności, a nie umiejętności czy przemyślanego posunięcia. Jeśli dodam, że najbardziej przytomną i bystrą osobą wydawała mi się wspomniana już Jay, powinno dać Wam to pełny ogląd na sprawę.

Jako że akcja książki obejmuje zaledwie kilka godzin, jest dosyć rozwleczona. Miałam wrażenie, że bohaterowie nieustannie krążyli wokół siebie, odtwarzając raz za razem ten sam zestaw zachowań. Nie mogę powiedzieć, że akcja nie jest interesująca, ale nie jest również w żadnym stopniu porywająca. Przez większość czasu czytałam Bezbronne z umiarkowaną ciekawością, nie zastanawiając się zbytnio nad treścią i przewracając bezmyślnie kolejne kartki.

Dopiero podczas ostatnich 50 stron akcja zaczęła powoli nabierać tempa i przez chwilę wydawało mi się, że końcówka będzie w stanie pozytywnie wpłynąć na całościowy odbiór książki. Szybko jednak się przekonałam, że rozwijający się wątek socjopaty podszyty jest tylko i wyłącznie nadmierną brutalnością. Przyznaję, że przez pewien czas mnie to zadowalało, jednak im dłużej trwała seria opisów przepełnionych okrucieństwem, tym mniej mnie to bawiło. Zbliżając się do końca książki kilkukrotnie dostrzegałam symptomy, które sugerowały, że nie będzie to konwencjonalne zakończenie, jakiego można by się spodziewać. I miałam ogromną nadzieję, że tak się właśnie stanie, ponieważ rozwiązanie głównego wątku w oryginalny sposób byłoby w stanie zmienić moje zdanie o Bezbronnych. Ku mojemu rozczarowaniu, ostatnie zdania książki potwierdziły, że akcja zeszła na możliwie najbardziej utarte tory, dodatkowo wpasowując się w jedno z najbardziej niewiarygodnych, hollywoodzkich zakończeń. Wprawdzie autorowi udało się mnie parę razy zaskoczyć, jednak ostateczny finał historii pozostawia wiele do życzenia.

Bezbronne nie są złą książką, lecz nie mają w sobie niczego, co mogłoby je wyróżniać z tłumu podobnych thrillerów. Akcja sama w sobie, choć rozwlekła, mogłaby być zadowalająca, gdyby nie mnogość irytujących detali, takich jak pojawiające się znikąd fakty, powtarzane zbędne hasła czy mało logiczne zdania. Nie mogę zapomnieć również o bohaterach, których zachowanie przyprawiało mnie o nieustanne zażenowanie i zachwianie wiary w ich inteligencję. Choć fabuła powieści Taylora Adamsa zapowiadała się ciekawie, nie sięgnęłabym po tę książkę ponownie – na świecie jest tak wiele znacznie lepszych thrillerów, więc po co tracić czas na te przeciętne?

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
410 154 796
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (6)

Ulubieni autorzy (2)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (4)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd