Dominika Jachimowska 
booksofsouls.blogspot.com
19 lat, kobieta, Knurów, status: Czytelniczka, dodała: 6 cytatów, ostatnio widziana 1 dzień temu
Teraz czytam
  • Everest. Na pewną śmierć
    Everest. Na pewną śmierć
    Autor:
    Dziesiątego maja 1996 roku, wysoko w Strefie Śmierci na Mount Everest, w straszliwej burzy śnieżnej zginęło dziewięć osób. Następnego dnia jedna z nich dostała szansę na drugie życie. Kiedy ratownicy...
    czytelników: 1678 | opinie: 110 | ocena: 5,99 (661 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-18 18:11:36
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-11-18 18:08:59
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
 
2018-11-17 11:06:32
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Maggie O'Dell (tom 3)

Agentka FBI Maggie O’Dell jest zaskoczona, gdy szef zleca jej prowadzenie dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą spraw: zbiorowego samobójstwa w domu letniskowym w Massachussets oraz zabójstwa córki senatora w Waszyngtonie. Podczas śledztwa szybko okazuje się, że obie sprawy łączy osoba wielebnego Josepha Everetta, charyzmatycznego przywódcy religijnej sekty, który zbiera wokół siebie samotnych... Agentka FBI Maggie O’Dell jest zaskoczona, gdy szef zleca jej prowadzenie dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą spraw: zbiorowego samobójstwa w domu letniskowym w Massachussets oraz zabójstwa córki senatora w Waszyngtonie. Podczas śledztwa szybko okazuje się, że obie sprawy łączy osoba wielebnego Josepha Everetta, charyzmatycznego przywódcy religijnej sekty, który zbiera wokół siebie samotnych i zagubionych, dając im schronienie – oczywiście za pewną cenę. Mężczyźni z domu letniskowego byli członkami kościoła Everetta, a córkę senatora zamordowano tuż po zorganizowanym przez wielebnego spotkaniu modlitewnym.

Kim tak naprawdę jest wielebny? Czy to on stoi za serią morderstw? A może w tej sytuacji pociągał jedynie za sznurki? Kiedy Maggie znajdzie odpowiedź na te pytania, może być już za późno – okazuje się, że jej rodzina jest bardziej zamieszana w tajemniczą sprawę Everetta, niż mogłoby się wydawać.

Nazwisko Alex Kavy wielokrotnie przewijało mi się przed oczami – jest to w końcu bardzo popularna autorka kryminałów, do tego niezwykle płodna, ponieważ jej nowe powieści ukazują się niezwykle często. Nigdy wcześniej nie zdecydowałam się jednak na przeczytanie któreś z tych historii… aż do czasu, gdy w oko wpadł mi Łowca dusz. Co przyciągnęło mnie do tej książki? Z pewnością to, co najbardziej kręci mnie w kryminałach: obecność psychopatycznego bohatera, tak wpływowego i pociągającego, że tłumy ludzi podążają za nim, nie wiedząc nawet, jak bardzo są zmanipulowani. Do tego dodajmy niepokojący motyw sekty i trudne do wytłumaczenia zabójstwa i mamy książkę, która w teorii powinna mi się spodobać – czy jednak było tak w rzeczywistości?

Od samego początku Łowca dusz niesamowicie wciąga i zadziwia licznymi powiązaniami, mnogością detali i harmonijnym składaniem się wszystkich wątków w całość. Mamy tutaj bowiem do czynienia z rozdziałami prowadzonymi z perspektywy kilku osób, początkowo niemających ze sobą wiele wspólnego. Dopiero później zaczynamy zauważać, w jaki sposób bohater X łączy się z bohaterem Y, a ta dwójka jeszcze z postacią Z. Choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, jest to dokładnie przemyślana koncepcja, pełna szczegółów i dopracowana, która sprawia, że przez książkę się płynie, nawet nie zauważając, kiedy.

Już od dzieciństwa fascynowały mnie seriale kryminalne, a najbardziej lubiłam CSI: Kryminalne Zagadki Nowego Jorku (lub Miami) – może wydawać się to dziwne, że mała dziewczynka zamiast Arielek, Kopciuszków czy Barbie wybiera pełne przemocy, nieprzeznaczone dla dzieci seriale, ale taka była prawda – uwielbiałam je. I, szczerze mówiąc, do dziś mi nie przeszło. A czytając Łowcę dusz czułam się tak jak przy oglądaniu CSI – trochę zaniepokojona, trochę przejęta, ale maksymalnie skupiona i oczarowana. Powieść Alex Kavy ma w sobie wszystko to, czego szuka się w kryminałach z wątkiem detektywistycznym.

Ogromnym plusem książki jest jej bezpośredniość. Bez owijania w bawełnę, w sposób dobitny porusza tematy, które w wielu powieściach, nawet kryminałach, traktowane są pobieżnie lub pojawiają się w ugrzecznionej, złagodzonej wersji. Mam tu na myśli tematy na przykład gwałtu, nagości czy fascynacji erotycznej, którym, co ważne, nie towarzyszy jednak niepotrzebna wulgarność czy ordynarność. Dodatkowo tym, co niesamowicie mi się spodobało, był fakt, że Łowca dusz nie unika opisów rzeczy odrażających, takich jak robactwo zagnieżdżające się w ciele ofiary lub stan ciała podczas sekcji zwłok. Pewnie brzmi to makabrycznie i dla części osób fragmenty książki traktujące tak niedelikatnie i prosto z mostu o sprawach owianych tabu mogą być zbyt mocne, jednak dla mnie były fascynujące – zresztą skądś się bierze moje zainteresowanie kryminalistyką.

Oprócz samego wątku kryminalnego mamy tutaj również wątek poboczny związany z życiem prywatnym bohaterów. Jak się okazuje, prowadzone śledztwo sprawia, że dawno zapomniane wspomnienia detektyw Maggie O’Dell znów budzą się do życia… i nie chcą opuścić jej głowy. Choć z początku się tego obawiałam, wątek ten nie przytłoczył głównego motywu zabójstw i sekty i nie wyszedł na pierwszy plan. Autorka wprowadziła elementy prywatnego życia Maggie oraz innych postaci, aby nie były one całkowicie bezosobowymi figurami, jednak ani na chwilę nie zapomniała, jaki jest główny temat jej powieści.

Na pochwałę zasługuje również styl autorki, który okazał się idealnym wypośrodkowaniem pomiędzy skrajnie różnymi stylami, z jakimi spotykałam się w kryminałach dotychczas. Część książek była napisana w sposób zbytnio podniosły, patetyczny i zbyt poważny, przez co było niezwykle trudno przez nie przebrnąć, druga część natomiast posiadała elementy komedii, czego nie znoszę, jeśli chodzi o kryminały. Alex Kava potrafi pisać o sprawach poważnych bez niepotrzebnej śmieszności, ale również bez sprawiania, że książka jest ciężka w odbiorze – powieść czytało się więc bardzo przyjemnie.

Żeby jednak nie było tak całkiem kolorowo, muszę wspomnieć o tym, że mój początkowy zachwyt powieścią gdzieś w okolicach połowy książki nieco zelżał. Ciężko jest mi stwierdzić, dlaczego tak się stało, ale pod koniec historia wielebnego Everetta zaczęła mi się odrobinę dłużyć. Być może było tak za sprawą faktu, że byłam zwyczajnie zmęczona… a może to Alex Kava nie potrafiła utrzymać mojej uwagi do samego końca. Nie chcę jednak, żeby zabrzmiało to jak zarzut – Łowca dusz to bardzo dobra książka, którą ze szczerym sumieniem mogę polecić fanom kryminału, jednak pod koniec straciła trochę na wybitności. Jest bardzo dobra, ale nie rewelacyjna.

Łowca dusz to kryminał, który potrafi wciągnąć i zafascynować. Spodoba się on wielbicielom dawnych seriali kryminalnych w stylu CSI lub Kości, ponieważ w podobny sposób daje wgląd w działania FBI i bez ogródek wprowadza odbiorcę w szczegóły śledztwa, nie koloryzując i nie zatajając nawet najbardziej odrażających faktów. Choć jest to kolejny tom z cyklu, przeczytanie jakiejkolwiek książki z kolei nie jest żadnym problemem, ponieważ historie łączą się ze sobą tylko dzięki kilku postaciom, które i tak przedstawiane są w każdej z nich od nowa. Szczerze polecam Wam Łowcę dusz, jeśli chcecie wziąć udział w emocjonującym śledztwie, w którym wszystko może się okazać inne, niż się wydaje.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-11-12 21:25:28
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-11-08 21:10:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
 
2018-11-03 18:03:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-11-03 17:58:45
Wypowiedziała się w dyskusji: WYMIENIĘ/SPRZEDAM (LISTOPAD 2018)

Sprzedam/wymienię:
Crank Royal. Królestwo ze szkła Heaven. Miasto elfów Ty, ja i fejs Najlepszy powód, by żyć Dożywocie Całkiem obcy człowiek Tajemny ogień
Sprzedam/wymienię:
Crank Royal. Królestwo ze szkła Heaven. Miasto elfów Ty, ja i fejs Najlepszy powód, by żyć Dożywocie Całkiem obcy człowiek Tajemny ogień Klamki i dzwonki Dziewczyna i chłopak wszystko na opak Anioł do wynajęcia Dwoje do pary
Mogę dorzucić dodatkowo egzemplarz recenzencki:
Nie wszystko stracone
:)

pokaż więcej

więcej...
 
2018-11-03 17:49:12
Ma nowego znajomego: gaczewska
 
2018-11-01 11:03:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-10-29 22:38:33
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie, SPRZEDAM/WYMIENIĘ!
Cykl: Crank (tom 1)

Kristina Snow na czas wakacji wyjeżdża z miasta, aby spędzić trochę czasu ze swoim ojcem. Jak się okazuje, w żadnym stopniu nie jest on przykładnym rodzicem, a będąc pod jego opieką Kristina otrzymuje wolność, jakiej nie zaznała nigdy wcześniej. To wtedy po raz pierwszy spotyka się z Bestią – Bestią nazywaną nałogiem. Dziewczyna ucieka się do coraz bardziej radykalnych rozwiązań, aby uciec od... Kristina Snow na czas wakacji wyjeżdża z miasta, aby spędzić trochę czasu ze swoim ojcem. Jak się okazuje, w żadnym stopniu nie jest on przykładnym rodzicem, a będąc pod jego opieką Kristina otrzymuje wolność, jakiej nie zaznała nigdy wcześniej. To wtedy po raz pierwszy spotyka się z Bestią – Bestią nazywaną nałogiem. Dziewczyna ucieka się do coraz bardziej radykalnych rozwiązań, aby uciec od otaczającej ją rzeczywistości. Choć początkowo tego nie spostrzega, ramiona Bestii zaciskają się wokół niej z coraz większą siłą, a szansa na uwolnienie się z jej uścisku coraz bardziej maleje. Rozpoczyna się tragiczna, wymagająca poświęceń walka o własne życie…

Od pierwszego momentu, gdy ujrzałam Crank, byłam tą książką oczarowana – zarówno tematyka, jak i niespotykana forma opowieści niesamowicie mi się spodobała i czułam, że będzie to coś zupełnie nowego i innego od książek, jakie czytam na co dzień. Szybko jednak okazało się, że pierwsze wrażenie było mylne, a moje spotkanie z tą powieścią w poetyckiej formie było pełne niezrozumienia i konfliktów wartości.

Z poezją nigdy nie było mi po drodze. Nie mam tu na myśli tego, że jej nie lubię, lecz w większości przypadków mam problemy z jej zrozumieniem, a podczas gdy literatura zawsze pełniła dla mnie czysto rozrywkową funkcję, wytężanie umysłu w celu pojęcia zawoalowanych sensów stanowi dla mnie problem. W efekcie po poezję sięgam bardzo rzadko, głównie na lekcjach języka polskiego, choć nie mogę powiedzieć, że nie ma takich wierszy, które by do mnie trafiły. Miałam nadzieję, że uproszczona i bardziej młodzieżowa wersja wierszy w Crank pozwoli mi przyswoić sobie ten gatunek literatury.

Ciężko jednak powiedzieć, że Crank jest zbiorem wierszy. Powiedziałabym, że jest to raczej typowa powieść, której tekst przekształcono tak, aby pod względem kompozycyjnym przypominał utwory liryczne. Nie znajdują się w niej jednak ani rymy, ani inne typowe dla tego gatunku elementy. O ile na początku wydawało mi się, że wierszowana forma książki będzie jej największym atutem, w miarę czytania coraz większe stawało się moje rozczarowanie, ponieważ u Ellen Hopkins brakowało mi ładunku emocjonalnego zwykle przekazywanego w poezji za pomocą słów. Można by się spodziewać, że podczas czytania powinno się być choć minimalnie poruszonym, szczególnie, że to, co przeżywa Kristina zmagając się z nałogiem jest prawdziwą batalią, a jednak moje emocje utrzymywały się na takim poziomie, jakbym czytała przepis na zupę.

Najbardziej rozczarował mnie jednak fakt, że Crank to historia jak każda inna. Z góry zakładałam, że będzie ona wyjątkowa, ale wyjątkowości jest w niej znikoma ilość. Choć oryginalnym elementem w książce miała być tematyka uzależnień, nie została ona postawiona na piedestale, lecz zepchnięta na drugi plan na rzecz życia miłosnego Kristiny i jej problemów rodzinnych, które mogłyby być interesujące, gdyby nie były tak płytkie i pozbawione uczuć. Nie sięgnęłam w końcu po Crank chcąc poznać kolejną historię nastoletniej miłości wystawianej na próbę przez przeciwności losu. To wszystko już było.

Kolejny zgrzyt pojawił się pomiędzy mną a główną bohaterką, która była jedną z dokładnie takich osób, jakie niesamowicie działają mi na nerwy. Różnica charakterów stawała się jeszcze wyraźniejsza w momencie, gdy w odpowiedzi na podejmowaną przez Kristinę decyzję wszystko we mnie krzyczało i buntowało się przeciwko takiemu postępowaniu. Zastanawiałam się, co ta dziewczyna ma w głowie, co każe jej zachowywać się w taki a nie inny sposób. Może zabrzmi to bezdusznie, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnej empatii i współczucia dla tej bohaterki i uważam, że w dużym stopniu zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Wiecie, z niektórymi ludźmi po prostu z zasady się nie dogadujemy, a ja i Kristina byłyśmy z kompletnie innej bajki.

Jedyne, co w tej książce można uznać za plus, to „momenty” – kilka cytatów, które przemawiają do głębi mojego serca; słowa, których mogłabym użyć, aby wyrazić swoje uczucia, gdybym potrafiła zrobić to właściwie, nie mając wrażenia, że coś pomijam i że zostanę źle zrozumiana. Są one jednak na tyle nieliczne, że w oglądzie całościowym giną niezauważone pośród pustych frazesów oraz zwyczajnych i nudnych zdarzeń. Zapewne za zaletę można by również uznać morał płynący z historii Kristiny, który daje do myślenia, ale dla mnie jest to dosyć naciągane stwierdzenie. To prawda, że z zakończenia Cranku płyną pouczające wnioski, jednak nie sprawiło ono, że zaczęłam postrzegać tą książkę w lepszy sposób. Po jej skończeniu po prostu odetchnęłam z ulgą i zepchnęłam w najodleglejsze zakątki umysłu wspomnienia o Cranku.

Crank Ellen Hopkins jest moim zdaniem lekturą niewartą zachodu. Choć pozornie wydaje się czymś nowatorskim i oryginalnym, w rzeczywistości nie wyróżnia się niczym spośród zastępów innych książek młodzieżowych. Jeśli pociąga Was idea tematyki uzależnień, podejrzewam, że znajdziecie wiele innych, bardziej wartościowych książek na ten temat – chociażby klasyk, My, dzieci z dworca ZOO. Choć bardzo bym chciała, nie mogę polecić Wam Cranku – to książka rozczarowująco zwyczajna, która obiecuje wiele, a daje niedużo.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-19 06:09:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Morrigan Crow od początku była przeklęta. Urodziła się w przeklęty dzień, a jedyne, co naprawdę jej wychodziło, to przynoszenie innym pecha. Jedynym pocieszeniem dla ludzi, którzy z obawy o własne zdrowie unikali przebywania w jej towarzystwie, był fakt, że jej życie – tak jak życie wszystkich przeklętych dzieci – miało zakończyć się w jedenaste urodziny.

Jednak od tego tragicznego losu...
Morrigan Crow od początku była przeklęta. Urodziła się w przeklęty dzień, a jedyne, co naprawdę jej wychodziło, to przynoszenie innym pecha. Jedynym pocieszeniem dla ludzi, którzy z obawy o własne zdrowie unikali przebywania w jej towarzystwie, był fakt, że jej życie – tak jak życie wszystkich przeklętych dzieci – miało zakończyć się w jedenaste urodziny.

Jednak od tego tragicznego losu uratowało ją przybycie tajemniczego rudowłosego dżentelmena, Jupitera Northa, który złożył jej niecodzienną propozycję. Podróż do magicznej krainy Nevermoor, w jaką zabiera Morrigan Jupiter, nigdy nie pojawiła się nawet w najśmielszych snach dziewczynki. Morrigan dostanie tam szansę, aby stać się członkinią elitarnego stowarzyszenia, ale najpierw czekają ją cztery próby, podczas których będzie musiała się wykazać. Czy potrafi coś więcej poza przynoszeniem pecha?

Spośród grona najlepszych książek, jakie czytaliście, tylko te najbardziej wyjątkowe łączy jeden element – zaskoczenia. Książki, o których wszyscy dobrze mówią, a które potem faktycznie okazują się znakomite, są cudowne, nie można temu zaprzeczyć. Jednak kiedy powieść, po którą sięgacie bez żadnych oczekiwań, właściwie nawet nie mieliście w planach jej czytania, nieoczekiwanie okazuje się arcydziełem, to jest moment godny zapamiętania. I właśnie taka sytuacje przytrafiła mi się w przypadku Nevermoor. Przypadków Morrigan Crow – książki, z której początkowo zrezygnowałam po przeczytaniu opisu na rzecz Podniebnego Kerstin Gier, ponieważ ograniczony czas nie pozwalał mi na czytanie wszystkich dostępnych pozycji. Jednak wydawnictwo z nieznanego mi powodu tak czy inaczej przesłało mi Nevermoor i okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Nie chciałabym nikogo zrazić do tej książki stwierdzeniem, że Nevermoor jest połączeniem serii o Harrym Potterze oraz Alicji w Krainie Czarów, ponieważ moglibyście pomyśleć, że w takim razie Jessica Townsend wykorzystała wszystko to, co już istniało. Jednak zupełnie mijałoby się to z prawdą. Choć Nevermoor istotnie ma w sobie coś zarówno z powieści J.K. Rowling, jak i Lewisa Carrolla, to jest niezależnym, oryginalnym tworem. Powiedziałabym, że z Alicji w Krainie Czarów zaczerpnięto nieco tego unikalnego, szalonego klimatu, w którym najbardziej absurdalna rzecz wydaje się być na swoim miejscu. Jest to podobny rodzaj magii, od której ciężko oderwać wzrok.

Natomiast jeśli chodzi o Harry’ego Pottera, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, ponieważ najbardziej zagorzały wielbiciel Harry’ego Pottera będzie niemal na każdym kroku dostrzegał podobieństwa do serii J.K. Rowling, których czasem zwyczajnie nie da się zignorować. Zdecydowałam jednak, że nie będzie to dla mnie wadą – w końcu to, że ja sama na okrągło żyję w świecie HP, nie oznacza, że dla kogoś kompletnie niezwiązanego z tą serią jakiekolwiek podobieństwa będą problemem. Poza tym nawet jeśli Jessica Townsend inspirowała się J.K. Rowling, nie było to perfidne zerżnięcie połowy motywów, lecz co najwyżej lekka inspiracja niektórymi elementami, które potem autorka i tak przeobraziła na potrzeby realiów własnej książki. Zresztą – Nevermoor jest tak fantastyczna, że zwyczajnie nie mam ochoty doszukiwać się w niej wad.

Czytając Nevermoor miałam wrażenie, że jestem w domu, poważnie. Doszłam do wniosku, że jest to chyba najlepszy dla mnie typ książek, który momentalnie wbija mnie w fotel i porywa w wir wydarzeń. W tak zwariowanym, oderwanym od rzeczywistości świecie jak Nevermoor, czułam się idealnie. Transport miejski z użyciem parasolek, karzeł wampirzy (albo wampir karłowaty!), dojrzewający żyrandol… to wszystko i wiele wiele więcej sprawiało, że czułam się jak mała dziewczynka w sklepie z ozdobami bożonarodzeniowymi, która nie wie, w którą stronę zwrócić wzrok – tak dużo się tam działo. Nevermoor jest zaskakująco wciągająca i od pierwszych stron zatopiłam się w tym magicznym świecie całkowicie, choć wcale nie miałam takiego zamiaru. Jessica Townsend ma jednak zdolność do wabienia czytelnika i chcąc nie chcąc trzeba tą historię pokochać.

Ogromnym plusem tej powieści są jej bohaterowie. Sama Morrigan Crow jest dosyć zaskakująca, ponieważ mimo że ma zaledwie jedenaście lat, nie jest jedną z tych irytujących, płaczliwych, bez przerwy zabiegających o uwagę dziecięcych bohaterek, które zwykle niesamowicie działają mi na nerwy. Właściwie Morrigan jest wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek, choć nie przesadnie, a do tego jest odważna, pomysłowa i ma dobre serce, co również się liczy. Poza samą główną bohaterką mamy tutaj całą plejadę niesamowitych postaci, z którymi zżyłam się i polubiłam w ciągu tych kilku dni czytania. Weźmy na przykład takiego rudowłosego Jupitera Northa, nietuzinkowego mentora Morrigan, który swoją niefrasobliwością i humorem skradł moje serce. Była również Fenestra, kocica nienaturalnych rozmiarów, która pod maską zdystansowania i lekkiej gburowatości była prawdziwie mięciutkim, troskliwym kociakiem. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ponieważ w Nevermoor roi się od cudownych bohaterów i przysięgam, że tak wspaniałe postaci ciężko znaleźć gdziekolwiek indziej.

Jeśli do tej pory jeszcze nie zdołałam Was przekonać, to wiedzcie, że książka Jessiki Townsend powala również humorem. I to nie takim humorem dla dzieci, czy też prostackim, godnym politowania żartem. Nevermoor jest zabawna w niewymuszony, lecz inteligentny sposób, który niesamowicie przypadł mi go gustu. W ogóle nie jestem w stanie powiedzieć niczego złego o tej książce, więc ta recenzja ma raczej formę tekstu pochwalnego na cześć Nevermoor, ale jest to pochwała w pełni zasłużona.

Kocham ten moment w czytaniu książek, gdy niepozorna powieść okazuje się absolutnie wyjątkowym odkryciem, które zapamiętuje się na długo i poleca każdej osobie, która akurat się nawinie. Nevermoor musicie przeczytać koniecznie, nie chcę słyszeć żadnych wymówek. Jest to pełna magii, humoru, akcji i genialnych bohaterów historia, przez którą płynie się błyskawicznie i z której czerpie się autentyczną przyjemność. Już teraz wiem, że kolejny tom tej serii będzie obowiązkową pozycją, na którą będę czekać w kolejnych miesiącach – po tak znakomitym pierwszym tomie nie mogę sobie tego odpuścić.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-14 23:23:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Cykl: Dwór cierni i róż (tom 3.5)

Feyra i Rhysand poświęcają się odbudowie Dworu Nocy i Velaris, które uległy znacznemu zniszczeniu na skutek wojny. Feyra wciąż nie może się pozbyć nawiedzających ją straszliwych wspomnień z tych pamiętnych dni, kiedy życie jej ukochanych osób wisiało na włosku. Jej przyjaciele – Kasjan, Azriel, Mor i Amrena – również wydają się zranieni, może nawet dotkliwiej, niż ona sama. Zbliża się jednak... Feyra i Rhysand poświęcają się odbudowie Dworu Nocy i Velaris, które uległy znacznemu zniszczeniu na skutek wojny. Feyra wciąż nie może się pozbyć nawiedzających ją straszliwych wspomnień z tych pamiętnych dni, kiedy życie jej ukochanych osób wisiało na włosku. Jej przyjaciele – Kasjan, Azriel, Mor i Amrena – również wydają się zranieni, może nawet dotkliwiej, niż ona sama. Zbliża się jednak Przesilenie Zimowe, które może być czasem zasklepiania się ran i naprawiania relacji, które podczas wojny znacząco się skomplikowały. Ten magiczny czas będzie miał duży wpływ na przyszłość Dworu Nocy i całego świata.

Jeśli słyszeliście cokolwiek o tej nowelce/dodatku do serii Dworów, prawdopodobnie nie słyszeliście nic dobrego. Dworowi szronu i blasku gwiazd zarzuca się to, że jest książką o niczym, napisaną przez autorkę na siłę, tylko po to, aby wzbogacić się na kolejnych skupowanych egzemplarzach. To poważne słowa, jednak czy są prawdziwe? Kiedy konkretna seria zdobywa miliony fanów i sprzedaje się jak świeże bułeczki, autorzy czasem tworzą opowiadania/dodatki, które zwykle nie wprowadzają nic nowego do serii i są jedynie tworem, na który pokuszą się najwięksi wielbiciele uniwersum. Czy Dwór szronu i blasku gwiazd jest obowiązkową lekturą dla fanów Sarah J. Maas? A może czuć w nim to, że był pisany dla pieniędzy?

Zacznijmy tym razem od minusów: zgadzam się z tym, że Dwór szronu i blasku gwiazd jest nie jest potrzebny. Jeśli nawet macie fioła na punkcie serii Dworów i każdy poprzedni tom czytaliście z zapartym tchem, nie stracicie nic a nic, jeśli nie przeczytacie tej nowelki. Nie można powiedzieć, że jest to książka o niczym, ponieważ coś jednak dzieje się przez te 320 stron, jednak nie są to żadne wydarzenia, które byłyby istotne dla głównej fabuły. Nie zostaje wprowadzony żaden nowy wątek, żaden nowy bohater, a wydarzenia nie mają tak naprawdę żadnego większego znaczenia. Szczerze mówiąc, mimo że skończyłam ją czytać kilka dni temu, już teraz nie pamiętam szczegółowo tego, co działo się w opowiadaniu – treść jest na tyle prostolinijna i mało dynamiczna, że błyskawicznie wypada z pamięci.

Część książki stanowi wspominanie zdarzeń, które miały już miejsce, a jest to widoczne szczególnie na początku – raz za razem któryś z bohaterów przywołuje w pamięci te bardziej lub mniej tragiczne momenty ze swojej przeszłości, które każdy uważny czytelnik znał już wcześniej, jeśli nie jest półgłówkiem i czytał poprzednie tomy. Ten element nieco działał mi na nerwy, ponieważ nie lubię, gdy autor powtarza jakiś element kilkukrotnie, jakby czytelnicy nie byli w stanie załapać za pierwszym razem. Rozumiem to, że jeśli jest to tylko dodatek do serii, to Sarah J. Maas nie chciała wprowadzać żadnych szalenie znaczących wydarzeń, które na pewno zawrze w czwartym tomie serii, jednak… jeśli napisała tą nowelkę tylko po to, aby powtarzać coś, co już kiedyś sama napisała, to czy ma ona sens?

Mimo wszystko uważam, że ma. Może nie znajdą w niej sensu osoby, które poszukują nie wiadomo jakich wrażeń, porównywalnych z tymi, jakie towarzyszyły nam na końcu Dworu skrzydeł i zguby, jednak ja, gdy już wciągnęłam się w fabułę, potrafiłam czerpać z tej lektury przyjemność. Ta przyjemność nie wynikała z odkrywania czegoś nowego i ciekawego (bo takich elementów tu nie ma), jednak z zagłębiania się w świat, który już znałam. A Prythian i Velaris są jednym z lepiej wykreowanych uniwersów książkowych, dlatego przenoszenie się do nich wyobraźnią stanowiło miłą odskocznię na koniec dnia.

Zdecydowanym plusem Dworu szronu i blasku gwiazd jest to, że narracja prowadzona jest kolejno przez prawie wszystkich bohaterów. O ile Feyrę mogliśmy poznać już bardzo dobrze w poprzednich trzech częściach serii, to reszta postaci wciąż w pewnym stopniu pozostaje tajemnicą. Dlatego możliwość zajrzenia do głowy Kasjana, Aza, Mor czy Rhysanda była wspaniała – tym bardziej, że rozdziały prowadzone z ich perspektywy bywały często o wiele ciekawsze niż te, w których patrzyliśmy na świat oczami Feyry.

Bardzo podobał mi się również klimat książki. Jako że zarówno zima, jak i samo Boże Narodzenie, to mój ulubiony okres w roku, czułam się w Velaris podczas Przesilenia Zimowego jak u siebie. Nie dość, że ulice pokrywała gruba warstwa śniegu, a ludzie pospiesznie przemykali brukowanymi ulicami w ciepłych płaszczach, to po sklepach przechadzało się wiele osób, chcących kupić najbliższym prezenty z okazji Przesilenia. Tak samo robiła zresztą Feyra, która każdemu ze swoich przyjaciół chciała podarować coś wyjątkowego. Autorce udało się uchwycić ten wyjątkowy świąteczny klimat, który pociągał mnie tym bardziej, że w rzeczywistości zbliżają się zimowe miesiące, a za oknem temperatura spada coraz niżej.

Dwór szronu i blasku gwiazd nie jest pozycją obowiązkową. Nie ma w nim żadnego nowego elementu, dla którego fani serii mieliby sięgnąć po tą książkę. Nie była ona jednak tak zła, jak się spodziewałam. W tamtym momencie potrzebowałam chyba czegoś lekkiego i niezobowiązującego do czytania, a ta nowelka wpasowała się tu idealnie. Choć nie ma w niej żadnych niespodziewanych zwrotów akcji ani kluczowych dla fabuły wydarzeń, jest na tyle przyjemna, że warto poświęcić jej chwilę, gdy macie ochotę wrócić na jakiś czas do Velaris.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-12 20:40:02
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Grupa pionierów wyrusza ze Springfield w stanie Illinois przez nieprzyjazne pustynie i góry Ameryki do Kalifornii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Kilkadziesiąt mężczyzn, kobiet i dzieci, zabrawszy cały swój dobytek, rozpoczyna drogę, która szybko staje się serią następujących po sobie nieszczęść. Wkrótce niektórzy z nich zaczynają wierzyć, że zostali przeklęci. Bo jak inaczej wytłumaczyć... Grupa pionierów wyrusza ze Springfield w stanie Illinois przez nieprzyjazne pustynie i góry Ameryki do Kalifornii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Kilkadziesiąt mężczyzn, kobiet i dzieci, zabrawszy cały swój dobytek, rozpoczyna drogę, która szybko staje się serią następujących po sobie nieszczęść. Wkrótce niektórzy z nich zaczynają wierzyć, że zostali przeklęci. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nagle zaczyna brakować jedzenia, siły natury działają na ich niekorzyść, a ciało chłopca, który niedawno zaginął, zostaje znalezione w przerażającym stanie? Kiedy kolejni członkowie wyprawy umierają, ci żyjący zaczynają podejrzewać, że mają do czynienia z nienazwanym złem. Nie wiadomo tylko, czy jego źródło jest w karawanie, czy czai się na zewnątrz… Czy odizolowanej od społeczeństwa grupie uda się dotrzeć na miejsce zanim dojdzie do nieuchronnej tragedii? Czy starczy im sił, aby przeżyć, kiedy z każdą chwilą pogrążają się coraz głębiej w odmętach szaleństwa?

Zapragnęłam przeczytać Głód natychmiast, gdy tylko przeczytałam opis książki. Początkowo nie miałam nawet pojęcia, że Alma Katsu opisuje wydarzenia historyczne, które naprawdę rozegrały się w połowie XIX wieku w Ameryce, jednak fakt, że wszystko to miało miejsce w rzeczywistości, jeszcze bardziej zachęcał mnie do tego, aby sięgnąć po tą powieść. Z drugiej strony nie wiedziałam, czego się po Głodzie spodziewać – nieczęsto czytam tego typu książki i czułam, że będzie to coś zupełnie nowego, jeśli chodzi o lektury, po jakie sięgam. Czy opowieść Almy Katsu okazała się tak interesująca i mrożąca krew w żyłach, jak zapowiada jej opis?

Wyprawa Donnera jest nazywana jedną z najbardziej przerażających historii w dziejach Ameryki. W maju 1846r. dwie rodziny, Donnerowie i Reedowie, opuściły swoje miejsce zamieszkania i wyruszyły w kierunku Kalifornii, pragnąc rozpocząć nowe życie w lepszym – jak im się wydawało – świecie. Wkrótce dołączyły do nich inne rodziny, a grupa urosła do blisko 90 osób. Trasa, którą mieli przeprawić się przez góry, była wcześniej pokonywana przez inne wyprawy w czasie mniej więcej sześciu miesięcy. George Donner, który początkowo dowodził wyprawą, zdecydował się jednak na skrócenie trasy i podążenie szlakiem polecanym przez Lansforda W. Hastingsa, który miał czekać na karawanę przy rzece Black Forks i poprowadzić ją dalej. Kiedy wędrowcy dotarli na miejsce, nie dostrzegli ani śladu Hastingsa, jednak postanowili mimo to kontynuować podróż obraną ścieżką, co okazało się najgorszą decyzją, jaką mogli podjąć.

Warto wspomnieć o tym, dlaczego w ogóle wyprawa Donnera jest taką znaną tragedią w historii Ameryki, w końcu opisywana w książce grupa podróżnych nie była jedyną, która zmierzała w kierunku Kalifornii w poszukiwaniu szczęścia i z pewnością nie jedyną, która poniosła tak wielkie straty. Otóż temat tej wyprawy często pojawia się w kontekście omawiania moralności człowieka, ponieważ podczas niej, według różnych źródeł, doszło do przypadków kanibalizmu. Możemy sobie tylko wyobrażać, co dzieje się z człowiekiem i jego psychiką w momencie skrajnego wycieńczenia i głodu oraz jakie desperackie kroki jest w stanie podjąć, aby się ratować. Aby dowiedzieć się więcej o przesłankach na temat kanibalizmu podczas wyprawy Donnera, zajrzałam do kilku artykułów w Internecie i… one zaciekawiły mnie bardziej niż sama książka.

Choć Alma Katsu bazuje na udokumentowanych wydarzeniach z 1846 roku i wykorzystuje istniejące niegdyś postacie, które faktycznie brały udział w wyprawie, to tworzy tą historię w nieco inny sposób. W krótkich, streszczających dzieje wyprawy artykułach znalazłam więcej poruszających, mrożących krew w żyłach fragmentów, które sprawiały, że ciarki przeszły mi po plecach, niż w Głodzie, który skupiał się bardziej na opisywaniu przeszłości bohaterów i zmian zachodzących w ich psychice, dokonujących się na skutek dramatycznych wydarzeń. Elementem w książce, który mógłby mnie naprawdę zainteresować, był kanibalizm, który znajdziemy w każdym artykule na temat wyprawy, jednak Alma Katsu jedynie liznęła ten temat i to na samym końcu powieści.

Największym problemem, jaki miałam z Głodem, było to, że książka nie wywoływała u mnie żadnych emocji. Żadnych. Mimo że opisuje tak tragiczne wydarzenia, które teoretycznie powinny poruszyć mnie do głębi, ja za każdym razem, gdy sięgałam po nią, walczyłam z sennością. Być może był to skutek ogólnego zmęczenia, ale nawet rano lub w ciągu dnia książka wpędzała mnie w znużenie, tak że nie byłam w stanie przeczytać więcej niż dwudziestu stron na raz. Autorka, która bez wątpienia porusza przerażający, lecz interesujący temat, nie potrafiła mnie zaciekawić i utrzymać mojej uwagi na tyle, żebym czytała książkę z przyjemnością. Przyznaję, że trochę mnie ta lektura zmęczyła i może dlatego czytałam ją prawie miesiąc.

Nie wiem w zasadzie, co więcej mogę Głodowi zarzucić – poza ogólnym brakiem dynamiki i tym, że zupełnie mnie nie poruszył, nie ma żadnych większych wad. Z drugiej strony jednak nic tak naprawdę nie przypadło mi do gustu szczególnie - była to po prostu książka średnia w każdym tego słowa znaczeniu. Niektórzy bohaterowie byli wyraziści, a inni zlewali mi się w jedną masę. Od czasu do czasu jakieś wydarzenie zdołało przykuć moją uwagę, ale zaraz potem powieść wracała na swoje nużące tory. Patrząc na to, jak wiele można by wydobyć z takiego budzącego skrajne emocje wydarzenia, jakim jest wyprawa Donnera, można było oczekiwać czegoś więcej.

Głód mnie nie porwał. Raczej mnie wynudził i to za wszystkie czasy. Potencjał był ogromny, ale autorka nie wydobyła z tej przerażającej historii „tego czegoś”, co by mnie do niej przekonało. Za plus uznaję jednak fakt, że Głód zachęcił mnie do poszukiwania większej ilości informacji na temat wyprawy Donnera, o której przed przeczytaniem powieści Almy Katsu nie miałam zielonego pojęcia. Sama nie wiem, czy powinnam tą książkę polecać, czy nie – ja nie znalazłam w niej nic zachwycającego, jednak jest to jedna z tych historii, które każdy, w zależności od swojej wrażliwości, odbierze inaczej. Wybór pozostawiam Wam.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-08 22:52:36
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Detektyw Andee Lawrence (tom 1)

Była detektyw Andee Lawrence, aby odegnać myśli o swoim małżeństwie, które właśnie się zakończyło, rzuca się w wir pracy i podejmuje się rozwiązania sprawy zaginięcia nastoletniej Jessiki Leonard. Dziewczyna zniknęła bez śladu ponad dwa lata wcześniej, a jej rodzice, widząc, że policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie, proszą Andee o pomoc.

Emerytowana nauczycielka Rowzee Cayne niedawno...
Była detektyw Andee Lawrence, aby odegnać myśli o swoim małżeństwie, które właśnie się zakończyło, rzuca się w wir pracy i podejmuje się rozwiązania sprawy zaginięcia nastoletniej Jessiki Leonard. Dziewczyna zniknęła bez śladu ponad dwa lata wcześniej, a jej rodzice, widząc, że policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie, proszą Andee o pomoc.

Emerytowana nauczycielka Rowzee Cayne niedawno dowiedziała się, że ma groźnego guza mózgu, którego pojawienie się ograniczyło jej przyszłość do kilku miesięcy życia. Kobieta postanawia nie informować o tym rodziny, choć jej stan z dnia na dzień ulega pogorszeniu.

Andee i Rowzee nie wiedzą jeszcze, że ich ścieżki spotkają się w nieoczekiwanym momencie i że razem odkryją sekret, który zmieni ich życie. Mroczny i niepokojący sekret, który być może nigdy nie powinien zostać odkryty.

Od bardzo dawna chciałam sięgnąć po powieści Susan Lewis. Odkąd tylko na polskim rynku ukazała się Dziewczyna, która wróciła i Nie ukryjesz się, wyczekiwałam okazji, aby w końcu je przeczytać. Przyciągały mnie do siebie klimatycznymi okładkami, które od razu tworzyły w moim umyśle obraz dobrego, trzymającego w napięciu thrillera, który miał się kryć wewnątrz. Czy rzeczywiście moje wyobrażenia co do książek Susan Lewis były słuszne?

Już na samym początku muszę zaznaczyć, że opis historii znajdujący się z tyłu książki jest według mnie zupełnie nietrafiony, ponieważ można z niego wyciągnąć błędne sugestie. Po pierwsze, można by z niego wnioskować, że dwie główne bohaterki – Andee i Rowzee – spotkają się w jakiejś niespotykanej sytuacji, że ich losy, wcześniej zupełnie ze sobą niezwiązane, nagle się połączą przez jakieś niesamowity zbieg okoliczności. Otóż nie. Kobiety mają masę wspólnych znajomych, mieszkają niedaleko siebie i z pewnością znają się jeśli nie osobiście, to z pewnością z opowieści, ponieważ starsza z kobiet, Rowzee, była nauczycielką córki Andee. Szczerze przyznam, że byłam tym faktem nieco rozczarowana, ponieważ lubię, gdy zupełnie różni bohaterowie spotykają się z sobą w jakiejś nieoczekiwanej sytuacji, a potem łączy ich wspólny cel działania. Taki motyw został świetnie wykorzystany na przykład w powieści Fiony Sussman Ostatni raz, gdy rozmawialiśmy. Jednak tutaj, u Susan Lewis, było to najzwyczajniejsze w świecie spotkanie, które miało być czymś wyjątkowym, a nie było.

Kolejnym elementem mylnie sugerowanym przez opis jest gatunek tej książki. Z pewnością można odnieść wrażenie, że będzie to thriller lub kryminał, ponieważ wiodącym wątkiem ma być zaginięcie młodej piosenkarki Jessiki Leonard. Z takim właśnie przeświadczeniem sięgnęłam po tą powieść, spodziewając się postępującego śledztwa, grona podejrzanych, docierania po nitce do kłębka, jakim byłoby rozwiązanie zagadki… ale, jak to mówi prowadzący jednego z moich ulubionych kanałów na Youtube, „nic bardziej mylnego”. Nie określiłabym tej książki mianem „thrillera”, ponieważ cała powieść może w 20 procentach składa się z tego gatunku, a zdecydowaną większość tworzy warstwa obyczajowa.

Jeśli odwiedzacie mój blog od dłuższego czasu, to widzicie, że nie pojawiają się tu recenzje obyczajówek, ponieważ tego typu książki w ogóle nie leżą w kręgu moich zainteresowań. O wiele bardziej interesują mnie opowieści o wydarzeniach nierealnych, odległych od rzeczywistości lub zwyczajnie rzadko spotykanych. Obyczajówki po prostu mnie nudzą, nie ciekawią i omijam je szerokim łukiem. Kiedy więc okazało się, że Odkąd odeszła to głównie historia kilku postaci, których losy przeplatają się ze sobą, a wątek zaginięcia stanowi tutaj jedynie tło, byłam niepocieszona. Wprawdzie nie mogę powiedzieć złego słowa o stworzonej przez autorkę opowieści, ale nie mogę powiedzieć też nic dobrego. Była… zwyczajna. Prosta. Nudna. Jak to obyczajówka. Gdyby odwrócić proporcje i zastąpić obyczajową część tej książki tą kryminalną, od razu otrzymalibyśmy historię intrygującą, może nie całkiem oryginalną, ale absorbującą.

Problem miałam również ze stylem autorki. Zwykle nie zwracam szczególnie dużej uwagi na ten element książki – albo pióro pisarza mi pasuje, albo nie – ale w tym przypadku coś mi tutaj nie pasowało. Ciężko jest mi to opisać, ale styl Susan Lewis był dla mnie bardzo… odległy. Jakby autorka nie chciała się angażować w wydarzenia powieści i stale zachowywała dystans, przez co narracja stała się bardzo sucha i wyprana z emocji. Nie znalazłam w niej dużo uczucia i choć można by pomyśleć, że narracja trzecioosobowa zwykle bywa bardziej obiektywna i ogólna, niż ta prowadzona z perspektywy konkretnego bohatera, tutaj wyjątkowo brakowało mi lekkości, wyczucia i „tego czegoś”.

Co do bohaterów, to również nie mam do przekazania dobrych wiadomości. Teoretycznie zarówno główne bohaterki, jak i te postacie pojawiające się rzadziej, różnią się od siebie wieloma elementami, to w moim umyśle zlewały się w jedną masę, z której zaledwie po dwóch dniach po skończeniu lektury jestem w stanie wyłowić Andee, Rowzee i jej siostrę Pamelę, zaginioną Jessikę, jej ojca i brata i… to wszystko. Susan Lewis nie stworzyła bohaterów, którzy wzbudzaliby w czytelniku sympatię lub jakieś głębsze uczucia. Ja darzyłam ich pełną obojętnością.

Odkąd odeszła nie jest książką złą, lecz… nie dla mnie. Spodziewałam się po niej czegoś zupełnie innego i to może dlatego nie mogę się pozbyć uczucia rozczarowania. Chciałam ujrzeć emocjonujący thriller z wątkiem zaginięcia, a dostałam powieść obyczajową, w której zaginięcie jest pozostawione bardzo na uboczu. Do tego dodajmy nieprzyjemny styl autorki i mało wyraziste postacie, a otrzymamy jedną z wielu książek, na którą moim zdaniem nie warto tracić czasu. Jestem jednak ciekawa, czy inne powieści Susan Lewis wypadają lepiej niż Odkąd odeszła i nie wykluczam, że dam im w przyszłości szansę.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 23:07:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Claire jako aktorka zawodowo wciela się w role. Zakłada przeróżne maski, wkłada we własne usta słowa innych ludzi, a prawdziwą siebie chowa głęboko w ukryciu, gdzie nikt jej nie znajdzie. Jej praca jest niezwykła – na zlecenie firmy prawniczej specjalizującej się w sprawach rozwodowych demaskuje niewiernych mężczyzn gotowych zdradzić swoje partnerki. Żaden z nich do tej pory się jej nie oparł…... Claire jako aktorka zawodowo wciela się w role. Zakłada przeróżne maski, wkłada we własne usta słowa innych ludzi, a prawdziwą siebie chowa głęboko w ukryciu, gdzie nikt jej nie znajdzie. Jej praca jest niezwykła – na zlecenie firmy prawniczej specjalizującej się w sprawach rozwodowych demaskuje niewiernych mężczyzn gotowych zdradzić swoje partnerki. Żaden z nich do tej pory się jej nie oparł… aż do czasu, gdy spotkała Patricka Foglera. On, życzliwy, choć nie wykazujący zainteresowania propozycjami Claire, od razu zapada jej w pamięć. Kobieta nie wie jednak, że Patrick skrywa wiele tajemnic, a kłamać potrafi prawie tak doskonale, jak ona sama. Kiedy w grę wchodzą oskarżenia o zabójstwo, coraz trudniej jest zaufać komukolwiek.

Jak może pamiętacie, Lokatorkę wymieniałam jako jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych ubiegłego roku i jedną z najlepszych książek ogółem – zdania tego nie zmieniłam, a od tej pory zdążyłam przekazać tą powieść kilku innym osobom, aby dzielić się swoim uwielbieniem. Możecie więc sobie wyobrazić, jak duże miałam oczekiwania wobec kolejnej książki autora, której tak niecierpliwie wyczekiwałam. Teraz, gdy lekturę W żywe oczy mam już za sobą, mogę stwierdzić, że nie było to coś, czego się spodziewałam… Jednak nie oznacza to, że było gorsze.

Od początku warto podkreślić, jak dużą rolę w książce odgrywa aktorstwo – tak dużą, że nawet część dialogów zapisana jest w formie dramatu. Główna bohaterka Claire najlepiej czuje się na scenie i do każdej ze swoich ról podchodzi z tak wielkim zaangażowaniem, że czasem zapomina ściągnąć maski scenicznej w realnym świecie i zapomina, kim jest. Tym samym wprawia czytelnika w dezorientację i zagubienie, ponieważ nie można jej zaufać. Podczas czytania wielokrotnie zachodziłam w głowę, czy obecne czyny i zachowanie Claire są tylko grą, czy może obserwuję prawdziwą jej wersję. Jednak ten rodzaj niepewności zupełnie mi nie przeszkadzał – sprawiał jedynie, że traktowałam Claire jako jedną wielką zagadkę, którą prędzej czy później powinnam rozwiązać.

Zresztą Patricka, głównego męskiego bohatera, równie trudno było rozgryźć. Choć autor pozwala nam dokładnie i szczegółowo poznać te postacie, są one na tyle złożone i głębokie, że nie sposób oczekiwać od nich konkretnych zachowań. Kreacja bohaterów JP Delaneya jest czymś, co zdecydowanie zasługuje na uznanie – powiedziałabym, że poradził sobie z tym nawet lepiej, niż w Lokatorce. Claire i Patrick składają się z wielu różnych płaszczyzn, mają określony, lecz skomplikowany charakter, który sprawia, że stają się bardzo realni i autentyczni. Choć przez całą książkę starałam się zrozumieć ich postępowanie i motywacje, mam wrażenie, że udało mi się to osiągnąć zaledwie częściowo.

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie spotykam w książkach, jest powiązanie motywu morderstwa z istniejącym tekstem literatury. Fakt, że zbrodniarz opiera swoje działania na schemacie zaczerpniętym z wiersza, jest jednocześnie niepokojący i fascynujący, a taką mieszankę uwielbiam od zawsze. W tym przypadku autor szczególnie mnie zachwycił, ponieważ tekstem przez niego wykorzystanym był tomik wierszy Charlesa Baudelaire’a Kwiaty zła. Choć nazwisko tego poety obiło mi się wcześniej o uszy, nigdy nie wiedziałam o nim niczego konkretnego. Dopiero W żywe oczy sprawiła, że z ogromną ciekawością zgłębiłam temat twórczości tego pisarza i dekadentyzmu, a nawet zaczęłam szukać w Internecie ofert sprzedaży Kwiatów zła w rozsądnych cenach (których znalezienie jest nie lada wyzwaniem!). Niesamowicie rzadko zdarza mi się, aby jakaś książka zainspirowała mnie do przeglądania artykułów na jakiś temat, a tutaj JP Delaney przedstawił Baudelaire’a w tak intrygujący, choć miejscami makabryczny sposób, że od razu poczułam się oczarowana.

W żywe oczy zaskoczyła mnie swoją odmiennością od Lokatorki. Gdybym nie widziała nazwiska autora na okładce i skupiała się na samej treści, ciężko byłoby mi zgadnąć, że za oboma powieściami stoi ta sama osoba. W żywe oczy jest nieco bardziej stonowana niż Lokatorka, a jednocześnie roztacza wokół siebie dużą dozę tajemniczości. Jest o wiele bardziej złożona, jeśli chodzi o postacie, które w Lokatorce również były dobrze zarysowane, jednak dopiero tutaj zdają się ożywać.

Gdybym brała pod uwagę tylko swoje powierzchowne emocje, pewnie byłabym odrobinę rozczarowana tą książką. Brakowało mi w niej mocnego momentu kulminacyjnego i magii, która wciągnęła mnie w Lokatorkę. Jednak gdy zaczęłam się dłużej zastanawiać nad tą powieścią, doszłam do wniosku, że jest ona po prostu inna – w wielu aspektach nie przypomina swojej poprzedniczki i choć najczęściej sięgam właśnie po takie thrillery, jak Lokatorka, to W żywe oczy prawdziwie mnie zafascynowała.

W żywe oczy to książka inna niż większość thrillerów, jakie do tej pory czytałam. Odkryłam w niej to, co najbardziej lubię w literaturze – zgłębione, zagmatwane i niesamowicie złożone postacie, które fascynują i pociągają. Bardzo rzadko zdarza się, że jakaś książka nakłania mnie do podjęcia jakiegoś działania w celu zdobycia wiedzy na jakiś temat, a JP Delaney, dzięki użyciu wierszy Charlesa Baudelaire’a z tomiku Kwiaty zła, zainspirował mnie, aby przeczytać większą część twórczości pisarza. W żywe oczy to książka, którą szczerze polecam wszystkim, którzy lubią historie nieoczywiste i nieoczekiwane.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
382 142 705
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (6)

Ulubieni autorzy (2)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd