Dominika Jachimowska 
booksofsouls.blogspot.com
19 lat, kobieta, Knurów, status: Czytelniczka, dodała: 6 cytatów, ostatnio widziana 2 dni temu
Teraz czytam
  • Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow
    Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow
    Autor:
    Nevermoor” roztacza przed nami świat niesamowity, zupełnie nowy, magiczny i szalony. Tu tryumfuje wyobraźnia, a smaku dodaje wyśmienity czarny humor. Zdecydowanie nadchodzi nowa era. Era Morrigan Crow...
    czytelników: 22 | opinie: 3 | ocena: 7,67 (3 głosy) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-14 23:23:51
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-10-14 23:23:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Cykl: Dwór cierni i róż (tom 3.5)
 
2018-10-12 20:40:02
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Grupa pionierów wyrusza ze Springfield w stanie Illinois przez nieprzyjazne pustynie i góry Ameryki do Kalifornii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Kilkadziesiąt mężczyzn, kobiet i dzieci, zabrawszy cały swój dobytek, rozpoczyna drogę, która szybko staje się serią następujących po sobie nieszczęść. Wkrótce niektórzy z nich zaczynają wierzyć, że zostali przeklęci. Bo jak inaczej wytłumaczyć... Grupa pionierów wyrusza ze Springfield w stanie Illinois przez nieprzyjazne pustynie i góry Ameryki do Kalifornii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Kilkadziesiąt mężczyzn, kobiet i dzieci, zabrawszy cały swój dobytek, rozpoczyna drogę, która szybko staje się serią następujących po sobie nieszczęść. Wkrótce niektórzy z nich zaczynają wierzyć, że zostali przeklęci. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nagle zaczyna brakować jedzenia, siły natury działają na ich niekorzyść, a ciało chłopca, który niedawno zaginął, zostaje znalezione w przerażającym stanie? Kiedy kolejni członkowie wyprawy umierają, ci żyjący zaczynają podejrzewać, że mają do czynienia z nienazwanym złem. Nie wiadomo tylko, czy jego źródło jest w karawanie, czy czai się na zewnątrz… Czy odizolowanej od społeczeństwa grupie uda się dotrzeć na miejsce zanim dojdzie do nieuchronnej tragedii? Czy starczy im sił, aby przeżyć, kiedy z każdą chwilą pogrążają się coraz głębiej w odmętach szaleństwa?

Zapragnęłam przeczytać Głód natychmiast, gdy tylko przeczytałam opis książki. Początkowo nie miałam nawet pojęcia, że Alma Katsu opisuje wydarzenia historyczne, które naprawdę rozegrały się w połowie XIX wieku w Ameryce, jednak fakt, że wszystko to miało miejsce w rzeczywistości, jeszcze bardziej zachęcał mnie do tego, aby sięgnąć po tą powieść. Z drugiej strony nie wiedziałam, czego się po Głodzie spodziewać – nieczęsto czytam tego typu książki i czułam, że będzie to coś zupełnie nowego, jeśli chodzi o lektury, po jakie sięgam. Czy opowieść Almy Katsu okazała się tak interesująca i mrożąca krew w żyłach, jak zapowiada jej opis?

Wyprawa Donnera jest nazywana jedną z najbardziej przerażających historii w dziejach Ameryki. W maju 1846r. dwie rodziny, Donnerowie i Reedowie, opuściły swoje miejsce zamieszkania i wyruszyły w kierunku Kalifornii, pragnąc rozpocząć nowe życie w lepszym – jak im się wydawało – świecie. Wkrótce dołączyły do nich inne rodziny, a grupa urosła do blisko 90 osób. Trasa, którą mieli przeprawić się przez góry, była wcześniej pokonywana przez inne wyprawy w czasie mniej więcej sześciu miesięcy. George Donner, który początkowo dowodził wyprawą, zdecydował się jednak na skrócenie trasy i podążenie szlakiem polecanym przez Lansforda W. Hastingsa, który miał czekać na karawanę przy rzece Black Forks i poprowadzić ją dalej. Kiedy wędrowcy dotarli na miejsce, nie dostrzegli ani śladu Hastingsa, jednak postanowili mimo to kontynuować podróż obraną ścieżką, co okazało się najgorszą decyzją, jaką mogli podjąć.

Warto wspomnieć o tym, dlaczego w ogóle wyprawa Donnera jest taką znaną tragedią w historii Ameryki, w końcu opisywana w książce grupa podróżnych nie była jedyną, która zmierzała w kierunku Kalifornii w poszukiwaniu szczęścia i z pewnością nie jedyną, która poniosła tak wielkie straty. Otóż temat tej wyprawy często pojawia się w kontekście omawiania moralności człowieka, ponieważ podczas niej, według różnych źródeł, doszło do przypadków kanibalizmu. Możemy sobie tylko wyobrażać, co dzieje się z człowiekiem i jego psychiką w momencie skrajnego wycieńczenia i głodu oraz jakie desperackie kroki jest w stanie podjąć, aby się ratować. Aby dowiedzieć się więcej o przesłankach na temat kanibalizmu podczas wyprawy Donnera, zajrzałam do kilku artykułów w Internecie i… one zaciekawiły mnie bardziej niż sama książka.

Choć Alma Katsu bazuje na udokumentowanych wydarzeniach z 1846 roku i wykorzystuje istniejące niegdyś postacie, które faktycznie brały udział w wyprawie, to tworzy tą historię w nieco inny sposób. W krótkich, streszczających dzieje wyprawy artykułach znalazłam więcej poruszających, mrożących krew w żyłach fragmentów, które sprawiały, że ciarki przeszły mi po plecach, niż w Głodzie, który skupiał się bardziej na opisywaniu przeszłości bohaterów i zmian zachodzących w ich psychice, dokonujących się na skutek dramatycznych wydarzeń. Elementem w książce, który mógłby mnie naprawdę zainteresować, był kanibalizm, który znajdziemy w każdym artykule na temat wyprawy, jednak Alma Katsu jedynie liznęła ten temat i to na samym końcu powieści.

Największym problemem, jaki miałam z Głodem, było to, że książka nie wywoływała u mnie żadnych emocji. Żadnych. Mimo że opisuje tak tragiczne wydarzenia, które teoretycznie powinny poruszyć mnie do głębi, ja za każdym razem, gdy sięgałam po nią, walczyłam z sennością. Być może był to skutek ogólnego zmęczenia, ale nawet rano lub w ciągu dnia książka wpędzała mnie w znużenie, tak że nie byłam w stanie przeczytać więcej niż dwudziestu stron na raz. Autorka, która bez wątpienia porusza przerażający, lecz interesujący temat, nie potrafiła mnie zaciekawić i utrzymać mojej uwagi na tyle, żebym czytała książkę z przyjemnością. Przyznaję, że trochę mnie ta lektura zmęczyła i może dlatego czytałam ją prawie miesiąc.

Nie wiem w zasadzie, co więcej mogę Głodowi zarzucić – poza ogólnym brakiem dynamiki i tym, że zupełnie mnie nie poruszył, nie ma żadnych większych wad. Z drugiej strony jednak nic tak naprawdę nie przypadło mi do gustu szczególnie - była to po prostu książka średnia w każdym tego słowa znaczeniu. Niektórzy bohaterowie byli wyraziści, a inni zlewali mi się w jedną masę. Od czasu do czasu jakieś wydarzenie zdołało przykuć moją uwagę, ale zaraz potem powieść wracała na swoje nużące tory. Patrząc na to, jak wiele można by wydobyć z takiego budzącego skrajne emocje wydarzenia, jakim jest wyprawa Donnera, można było oczekiwać czegoś więcej.

Głód mnie nie porwał. Raczej mnie wynudził i to za wszystkie czasy. Potencjał był ogromny, ale autorka nie wydobyła z tej przerażającej historii „tego czegoś”, co by mnie do niej przekonało. Za plus uznaję jednak fakt, że Głód zachęcił mnie do poszukiwania większej ilości informacji na temat wyprawy Donnera, o której przed przeczytaniem powieści Almy Katsu nie miałam zielonego pojęcia. Sama nie wiem, czy powinnam tą książkę polecać, czy nie – ja nie znalazłam w niej nic zachwycającego, jednak jest to jedna z tych historii, które każdy, w zależności od swojej wrażliwości, odbierze inaczej. Wybór pozostawiam Wam.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-08 22:52:36
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Detektyw Andee Lawrence (tom 1)

Była detektyw Andee Lawrence, aby odegnać myśli o swoim małżeństwie, które właśnie się zakończyło, rzuca się w wir pracy i podejmuje się rozwiązania sprawy zaginięcia nastoletniej Jessiki Leonard. Dziewczyna zniknęła bez śladu ponad dwa lata wcześniej, a jej rodzice, widząc, że policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie, proszą Andee o pomoc.

Emerytowana nauczycielka Rowzee Cayne niedawno...
Była detektyw Andee Lawrence, aby odegnać myśli o swoim małżeństwie, które właśnie się zakończyło, rzuca się w wir pracy i podejmuje się rozwiązania sprawy zaginięcia nastoletniej Jessiki Leonard. Dziewczyna zniknęła bez śladu ponad dwa lata wcześniej, a jej rodzice, widząc, że policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie, proszą Andee o pomoc.

Emerytowana nauczycielka Rowzee Cayne niedawno dowiedziała się, że ma groźnego guza mózgu, którego pojawienie się ograniczyło jej przyszłość do kilku miesięcy życia. Kobieta postanawia nie informować o tym rodziny, choć jej stan z dnia na dzień ulega pogorszeniu.

Andee i Rowzee nie wiedzą jeszcze, że ich ścieżki spotkają się w nieoczekiwanym momencie i że razem odkryją sekret, który zmieni ich życie. Mroczny i niepokojący sekret, który być może nigdy nie powinien zostać odkryty.

Od bardzo dawna chciałam sięgnąć po powieści Susan Lewis. Odkąd tylko na polskim rynku ukazała się Dziewczyna, która wróciła i Nie ukryjesz się, wyczekiwałam okazji, aby w końcu je przeczytać. Przyciągały mnie do siebie klimatycznymi okładkami, które od razu tworzyły w moim umyśle obraz dobrego, trzymającego w napięciu thrillera, który miał się kryć wewnątrz. Czy rzeczywiście moje wyobrażenia co do książek Susan Lewis były słuszne?

Już na samym początku muszę zaznaczyć, że opis historii znajdujący się z tyłu książki jest według mnie zupełnie nietrafiony, ponieważ można z niego wyciągnąć błędne sugestie. Po pierwsze, można by z niego wnioskować, że dwie główne bohaterki – Andee i Rowzee – spotkają się w jakiejś niespotykanej sytuacji, że ich losy, wcześniej zupełnie ze sobą niezwiązane, nagle się połączą przez jakieś niesamowity zbieg okoliczności. Otóż nie. Kobiety mają masę wspólnych znajomych, mieszkają niedaleko siebie i z pewnością znają się jeśli nie osobiście, to z pewnością z opowieści, ponieważ starsza z kobiet, Rowzee, była nauczycielką córki Andee. Szczerze przyznam, że byłam tym faktem nieco rozczarowana, ponieważ lubię, gdy zupełnie różni bohaterowie spotykają się z sobą w jakiejś nieoczekiwanej sytuacji, a potem łączy ich wspólny cel działania. Taki motyw został świetnie wykorzystany na przykład w powieści Fiony Sussman Ostatni raz, gdy rozmawialiśmy. Jednak tutaj, u Susan Lewis, było to najzwyczajniejsze w świecie spotkanie, które miało być czymś wyjątkowym, a nie było.

Kolejnym elementem mylnie sugerowanym przez opis jest gatunek tej książki. Z pewnością można odnieść wrażenie, że będzie to thriller lub kryminał, ponieważ wiodącym wątkiem ma być zaginięcie młodej piosenkarki Jessiki Leonard. Z takim właśnie przeświadczeniem sięgnęłam po tą powieść, spodziewając się postępującego śledztwa, grona podejrzanych, docierania po nitce do kłębka, jakim byłoby rozwiązanie zagadki… ale, jak to mówi prowadzący jednego z moich ulubionych kanałów na Youtube, „nic bardziej mylnego”. Nie określiłabym tej książki mianem „thrillera”, ponieważ cała powieść może w 20 procentach składa się z tego gatunku, a zdecydowaną większość tworzy warstwa obyczajowa.

Jeśli odwiedzacie mój blog od dłuższego czasu, to widzicie, że nie pojawiają się tu recenzje obyczajówek, ponieważ tego typu książki w ogóle nie leżą w kręgu moich zainteresowań. O wiele bardziej interesują mnie opowieści o wydarzeniach nierealnych, odległych od rzeczywistości lub zwyczajnie rzadko spotykanych. Obyczajówki po prostu mnie nudzą, nie ciekawią i omijam je szerokim łukiem. Kiedy więc okazało się, że Odkąd odeszła to głównie historia kilku postaci, których losy przeplatają się ze sobą, a wątek zaginięcia stanowi tutaj jedynie tło, byłam niepocieszona. Wprawdzie nie mogę powiedzieć złego słowa o stworzonej przez autorkę opowieści, ale nie mogę powiedzieć też nic dobrego. Była… zwyczajna. Prosta. Nudna. Jak to obyczajówka. Gdyby odwrócić proporcje i zastąpić obyczajową część tej książki tą kryminalną, od razu otrzymalibyśmy historię intrygującą, może nie całkiem oryginalną, ale absorbującą.

Problem miałam również ze stylem autorki. Zwykle nie zwracam szczególnie dużej uwagi na ten element książki – albo pióro pisarza mi pasuje, albo nie – ale w tym przypadku coś mi tutaj nie pasowało. Ciężko jest mi to opisać, ale styl Susan Lewis był dla mnie bardzo… odległy. Jakby autorka nie chciała się angażować w wydarzenia powieści i stale zachowywała dystans, przez co narracja stała się bardzo sucha i wyprana z emocji. Nie znalazłam w niej dużo uczucia i choć można by pomyśleć, że narracja trzecioosobowa zwykle bywa bardziej obiektywna i ogólna, niż ta prowadzona z perspektywy konkretnego bohatera, tutaj wyjątkowo brakowało mi lekkości, wyczucia i „tego czegoś”.

Co do bohaterów, to również nie mam do przekazania dobrych wiadomości. Teoretycznie zarówno główne bohaterki, jak i te postacie pojawiające się rzadziej, różnią się od siebie wieloma elementami, to w moim umyśle zlewały się w jedną masę, z której zaledwie po dwóch dniach po skończeniu lektury jestem w stanie wyłowić Andee, Rowzee i jej siostrę Pamelę, zaginioną Jessikę, jej ojca i brata i… to wszystko. Susan Lewis nie stworzyła bohaterów, którzy wzbudzaliby w czytelniku sympatię lub jakieś głębsze uczucia. Ja darzyłam ich pełną obojętnością.

Odkąd odeszła nie jest książką złą, lecz… nie dla mnie. Spodziewałam się po niej czegoś zupełnie innego i to może dlatego nie mogę się pozbyć uczucia rozczarowania. Chciałam ujrzeć emocjonujący thriller z wątkiem zaginięcia, a dostałam powieść obyczajową, w której zaginięcie jest pozostawione bardzo na uboczu. Do tego dodajmy nieprzyjemny styl autorki i mało wyraziste postacie, a otrzymamy jedną z wielu książek, na którą moim zdaniem nie warto tracić czasu. Jestem jednak ciekawa, czy inne powieści Susan Lewis wypadają lepiej niż Odkąd odeszła i nie wykluczam, że dam im w przyszłości szansę.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-10-03 23:07:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Claire jako aktorka zawodowo wciela się w role. Zakłada przeróżne maski, wkłada we własne usta słowa innych ludzi, a prawdziwą siebie chowa głęboko w ukryciu, gdzie nikt jej nie znajdzie. Jej praca jest niezwykła – na zlecenie firmy prawniczej specjalizującej się w sprawach rozwodowych demaskuje niewiernych mężczyzn gotowych zdradzić swoje partnerki. Żaden z nich do tej pory się jej nie oparł…... Claire jako aktorka zawodowo wciela się w role. Zakłada przeróżne maski, wkłada we własne usta słowa innych ludzi, a prawdziwą siebie chowa głęboko w ukryciu, gdzie nikt jej nie znajdzie. Jej praca jest niezwykła – na zlecenie firmy prawniczej specjalizującej się w sprawach rozwodowych demaskuje niewiernych mężczyzn gotowych zdradzić swoje partnerki. Żaden z nich do tej pory się jej nie oparł… aż do czasu, gdy spotkała Patricka Foglera. On, życzliwy, choć nie wykazujący zainteresowania propozycjami Claire, od razu zapada jej w pamięć. Kobieta nie wie jednak, że Patrick skrywa wiele tajemnic, a kłamać potrafi prawie tak doskonale, jak ona sama. Kiedy w grę wchodzą oskarżenia o zabójstwo, coraz trudniej jest zaufać komukolwiek.

Jak może pamiętacie, Lokatorkę wymieniałam jako jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych ubiegłego roku i jedną z najlepszych książek ogółem – zdania tego nie zmieniłam, a od tej pory zdążyłam przekazać tą powieść kilku innym osobom, aby dzielić się swoim uwielbieniem. Możecie więc sobie wyobrazić, jak duże miałam oczekiwania wobec kolejnej książki autora, której tak niecierpliwie wyczekiwałam. Teraz, gdy lekturę W żywe oczy mam już za sobą, mogę stwierdzić, że nie było to coś, czego się spodziewałam… Jednak nie oznacza to, że było gorsze.

Od początku warto podkreślić, jak dużą rolę w książce odgrywa aktorstwo – tak dużą, że nawet część dialogów zapisana jest w formie dramatu. Główna bohaterka Claire najlepiej czuje się na scenie i do każdej ze swoich ról podchodzi z tak wielkim zaangażowaniem, że czasem zapomina ściągnąć maski scenicznej w realnym świecie i zapomina, kim jest. Tym samym wprawia czytelnika w dezorientację i zagubienie, ponieważ nie można jej zaufać. Podczas czytania wielokrotnie zachodziłam w głowę, czy obecne czyny i zachowanie Claire są tylko grą, czy może obserwuję prawdziwą jej wersję. Jednak ten rodzaj niepewności zupełnie mi nie przeszkadzał – sprawiał jedynie, że traktowałam Claire jako jedną wielką zagadkę, którą prędzej czy później powinnam rozwiązać.

Zresztą Patricka, głównego męskiego bohatera, równie trudno było rozgryźć. Choć autor pozwala nam dokładnie i szczegółowo poznać te postacie, są one na tyle złożone i głębokie, że nie sposób oczekiwać od nich konkretnych zachowań. Kreacja bohaterów JP Delaneya jest czymś, co zdecydowanie zasługuje na uznanie – powiedziałabym, że poradził sobie z tym nawet lepiej, niż w Lokatorce. Claire i Patrick składają się z wielu różnych płaszczyzn, mają określony, lecz skomplikowany charakter, który sprawia, że stają się bardzo realni i autentyczni. Choć przez całą książkę starałam się zrozumieć ich postępowanie i motywacje, mam wrażenie, że udało mi się to osiągnąć zaledwie częściowo.

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie spotykam w książkach, jest powiązanie motywu morderstwa z istniejącym tekstem literatury. Fakt, że zbrodniarz opiera swoje działania na schemacie zaczerpniętym z wiersza, jest jednocześnie niepokojący i fascynujący, a taką mieszankę uwielbiam od zawsze. W tym przypadku autor szczególnie mnie zachwycił, ponieważ tekstem przez niego wykorzystanym był tomik wierszy Charlesa Baudelaire’a Kwiaty zła. Choć nazwisko tego poety obiło mi się wcześniej o uszy, nigdy nie wiedziałam o nim niczego konkretnego. Dopiero W żywe oczy sprawiła, że z ogromną ciekawością zgłębiłam temat twórczości tego pisarza i dekadentyzmu, a nawet zaczęłam szukać w Internecie ofert sprzedaży Kwiatów zła w rozsądnych cenach (których znalezienie jest nie lada wyzwaniem!). Niesamowicie rzadko zdarza mi się, aby jakaś książka zainspirowała mnie do przeglądania artykułów na jakiś temat, a tutaj JP Delaney przedstawił Baudelaire’a w tak intrygujący, choć miejscami makabryczny sposób, że od razu poczułam się oczarowana.

W żywe oczy zaskoczyła mnie swoją odmiennością od Lokatorki. Gdybym nie widziała nazwiska autora na okładce i skupiała się na samej treści, ciężko byłoby mi zgadnąć, że za oboma powieściami stoi ta sama osoba. W żywe oczy jest nieco bardziej stonowana niż Lokatorka, a jednocześnie roztacza wokół siebie dużą dozę tajemniczości. Jest o wiele bardziej złożona, jeśli chodzi o postacie, które w Lokatorce również były dobrze zarysowane, jednak dopiero tutaj zdają się ożywać.

Gdybym brała pod uwagę tylko swoje powierzchowne emocje, pewnie byłabym odrobinę rozczarowana tą książką. Brakowało mi w niej mocnego momentu kulminacyjnego i magii, która wciągnęła mnie w Lokatorkę. Jednak gdy zaczęłam się dłużej zastanawiać nad tą powieścią, doszłam do wniosku, że jest ona po prostu inna – w wielu aspektach nie przypomina swojej poprzedniczki i choć najczęściej sięgam właśnie po takie thrillery, jak Lokatorka, to W żywe oczy prawdziwie mnie zafascynowała.

W żywe oczy to książka inna niż większość thrillerów, jakie do tej pory czytałam. Odkryłam w niej to, co najbardziej lubię w literaturze – zgłębione, zagmatwane i niesamowicie złożone postacie, które fascynują i pociągają. Bardzo rzadko zdarza się, że jakaś książka nakłania mnie do podjęcia jakiegoś działania w celu zdobycia wiedzy na jakiś temat, a JP Delaney, dzięki użyciu wierszy Charlesa Baudelaire’a z tomiku Kwiaty zła, zainspirował mnie, aby przeczytać większą część twórczości pisarza. W żywe oczy to książka, którą szczerze polecam wszystkim, którzy lubią historie nieoczywiste i nieoczekiwane.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-30 15:27:19
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Pivot Point (tom 1)

Addison Coleman nieustannie zadaje sobie pytanie: „Co by było, gdyby…”. Od zwyczajnych ludzi różni się ona jednak tym, że potrafi Sprawdzić, co by się wydarzyło, gdyby wybrała taką a nie inną ścieżkę w przyszłości. Kiedy okazuje się, że rodzice Addison się rozwodzą, a dziewczyna będzie musiała zdecydować, z kim chce zamieszkać, jej zdolności pomagają jej podjąć decyzję. Okazuje się jednak, że... Addison Coleman nieustannie zadaje sobie pytanie: „Co by było, gdyby…”. Od zwyczajnych ludzi różni się ona jednak tym, że potrafi Sprawdzić, co by się wydarzyło, gdyby wybrała taką a nie inną ścieżkę w przyszłości. Kiedy okazuje się, że rodzice Addison się rozwodzą, a dziewczyna będzie musiała zdecydować, z kim chce zamieszkać, jej zdolności pomagają jej podjąć decyzję. Okazuje się jednak, że nie będzie ona łatwa: w jednej wersji przyszłości Addison mieszka z mamą, a w jej życiu nieoczekiwanie pojawia się Duke, najpopularniejszy chłopak w szkole, z którym nigdy nie łączyły ją przyjazne relacje. Choć ich związek szybko się rozwija, nie brakuje problemów, którymi Addison mogłaby sobie zaprzątać głowę. W drugiej alternatywnej wersji przyszłości Addie wyprowadza się z miasta z ojcem, rozpoczyna nową szkołę i poznaje tajemniczego artystę Trevora, w którym się zakochuje. Również ta rzeczywistość nie jest całkowicie różowa, ponieważ dziewczyna zostaje wplątana w sprawę morderstwa. Wiedząc tak wiele i mając równie wiele do stracenia, Addie musi zdecydować, w jakiej rzeczywistości żyć… i z której zrezygnować.

Wszyscy z pewnością kojarzymy Kasie West z lekkimi młodzieżówkami, które idealnie wpasowują się swoim klimatem w radosną wiosenną lub letnią atmosferę. Książki tej autorki są w pewien sposób przewidywalne i kiedy sięgnie się po jedną, wiadomo już, czego się spodziewać po drugiej. Jednak tym razem Kasie West zaskoczyła wszystkich – stworzyła książkę, której docelową grupą nie jest młodzież gimnazjalna/licealna, lecz nieco starsi czytelnicy, a do tego różni się ona od innych powieści autorki diametralnie pod względem tematyki i stylu. Zaintrygowani? Ja również byłam zaciekawiona tą odmianą w repertuarze West… Czy okazała się odmianą korzystną?

Trzeba przyznać, że fabuła Dziewczyny, która wybrała swój los jest niesamowicie intrygująca i jest to o tyle bardziej zaskakujące, że do tej pory Kasie West nie była jakąś królową niespodzianek. A jednak – tutaj naprawdę zaskakuje oryginalnością i złożonością fabuły. W rzeczywistości przez nią wykreowanej na terenie Stanów Zjednoczonych istnieje pewien obszar odgrodzony od świata zewnętrznego, w którym ludzie posiadają niezwykłe umiejętności umysłowe. Nie są to sprawy tak nadnaturalne jak przykładowo w Mrocznych umysłach, a jedynie bardziej rozwinięta forma ludzkiego mózgu. Powiedzmy, że hipotetycznie część z nich mogłaby istnieć, gdyby człowiek wykorzystywał większą część swoich umysłowych możliwości, niż zwykle. W rezultacie Addison posiada umiejętność Sprawdzania przyszłych skutków decyzji, które podejmuje; jej przyjaciółka Laila potrafi Wymazać poszczególne wspomnienia innych ludzi; nie brakuje także osób, które są w stanie manipulować materią lub ludzkimi emocjami.

Decyzja, przed jaką staje Addie, jest niesamowicie ciężka. Warto zauważyć, że cała książka składa się właściwie z równoległego biegu tych dwóch rzeczywistości, z których główna bohaterka będzie musiała wybrać jedną. Poznajemy naprzemiennie w rozdziałach tok jej życia, który zmienia się, gdy dziewczyna pozostaje z matką w mieście lub wyprowadza się z niego z tatą. Okazuje się, że ścieżki te łączą się ze sobą dzięki wspólnym elementom występującym w obu wersjach rzeczywistości – od samego początku niesamowicie mi się to podobało, a im bliżej końca książki, tym bardziej zawiła stawała się historia. Odmienne warianty przyszłości są od siebie w pewien sposób uzależnione, tak że zdecydowanie się na jeden z nich i odrzucenie drugiego wydaje się niemożliwe.

Nie mogę powiedzieć, że główna bohaterka zapadła mi w pamięć jakoś szczególnie, jednak jest w tej książce inny bohater, który zdecydowanie się wyróżnia. Jest nim Trevor, chłopak skryty i tajemniczy, opiekuńczy i bystry, który skradł moje serce tak samo jak serce Addie. Tym bardziej byłam zdruzgotana zakończeniem losów tego bohatera, ale mam nadzieję, że nie jest to jego definitywny koniec i że autorka jeszcze wróci do tej postaci w kolejnych tomach serii.

Pomijając to, że jestem absolutnie zachwycona pomysłem Kasie West na tą książkę, to autorce należą się również oklaski za sposób, w jaki ta historia pochłania czytelnika. Przyznaję, że będąc w połowie lektury nie czułam się jakoś specjalnie porwana czy wciągnięta, co można by uznać za minus, jednak z każdą kolejną stroną, gdy zbliżałam się do końca, wzrastał mój poziom zainteresowania, aż w końcu nie mogłam się oderwać. Przysięgam, że wybór, jakiego na końcu dokonuje Addie, złamie Wam serce i to niezależnie od tego, która rzeczywistość wyda Wam się lepsza – tutaj nie sposób podjąć dobrej decyzji, nie zmagając się z poczuciem żalu.

Kasie West w tej odsłonie nie przypomina siebie. Zniknęły gdzieś humorystyczne dialogi, niezobowiązująca treść nieangażująca zbytnio emocjonalnie, a pozostała tylko lekkość pióra autorki. Jednak ja jestem zaintrygowana tą metamorfozą Kasie West i choć Dziewczyna, która wybrała swój los różni się od swoich poprzedniczek, stwierdzam, że po kolejne tomy sięgnę chętniej, niż byłoby to w przypadku tych młodzieżowych romansów autorki. Jest to wersja West, którą chcę widzieć znacznie częściej.

Kasie West zaskakuje jak nigdy. Przysięgam, że w Dziewczynie, która wybrała swój los jest wszystko to, czego nie spodziewalibyście się po niej, znając poprzednie powieści autorki. Ta książka łamie serca i uświadamia czytelnikowi, że czasem nie ma dobrego wyboru – jest tylko ten zły i ten gorszy. Z ogromną chęcią przeczytam kontynuację losów Addie i nie mogę się jej doczekać. Gorąco polecam Wam tą inną, ale wartą poświęconego jej czasu powieść Kasie West.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-22 23:04:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Siedemnastoletnia Fanny Fuke, która rzuciła szkołę, aby zostać praktykantką w hotelu, ma ręce pełne roboty. Hotel Château Janvier, nazywany przez wszystkich Podniebnym, w okresie świąteczno-noworocznym przeżywa prawdziwe oblężenie. Przeróżni goście zjeżdżają się do niego, aby wziąć udział w owianym sławą balu bożonarodzeniowym – są wśród nich znany autor thrillerów, popularna łyżwiarka... Siedemnastoletnia Fanny Fuke, która rzuciła szkołę, aby zostać praktykantką w hotelu, ma ręce pełne roboty. Hotel Château Janvier, nazywany przez wszystkich Podniebnym, w okresie świąteczno-noworocznym przeżywa prawdziwe oblężenie. Przeróżni goście zjeżdżają się do niego, aby wziąć udział w owianym sławą balu bożonarodzeniowym – są wśród nich znany autor thrillerów, popularna łyżwiarka figurowa, niesamowicie bogaty rosyjski oligarcha z rodziną oraz wielu, wielu innych. Fanny wraz z całym zastępem pracowników musi zadbać o to, aby żadnemu z gości nie zabrakło niczego.

Niespodziewanie jednak będzie musiała poradzić sobie z jeszcze jednym, niebezpiecznym zadaniem. Wraz z pomocą Bena, syna właściciela hotelu, oraz Tristana, tajemniczego chłopaka, który nocą wspina się po dachach budynków, zmierzy się ze sprawą kradzieży pewnych przedmiotów o ogromnej wartości. Przed Fanny stoi niejedna zagadka do rozwiązania, ponieważ nie wszyscy goście hotelu są tymi, za których się podają.

Naprawdę lubię Kerstin Gier i jej lekką i zabawną prozę. Jeśli cofniecie się do samych początków istnienia bloga, znajdziecie wpisy dotyczące zarówno Trylogii Czasu (Czerwień rubinu, Błękit szmaragdu, Zieleń szafiru), jak i serii Silver. Wychodzi więc na to, że czytałam wszystkie książki autorki, jakie do tej pory ukazały się w Polsce, nie mogłabym więc sobie odmówić sięgnięcia po najnowszą, tym bardziej, że prezentuje się niesamowicie – ale o tym później. Miałam wobec Podniebnego pewne oczekiwania, pragnęłam czegoś w rodzaju wcześniejszych powieści Gier, które polubiłam za ich humor, oryginalność i nutkę magii. Czy historia Fanny Fuke dorównała swoim poprzednikom?

Od samego początku z łatwością daje się wyczuć charakterystyczny dla Kerstin Gier styl. Z pewnością nie każdemu się on spodoba, ponieważ zabarwiony jest dużą dozą specyficznego humoru oraz jeszcze większą dozą komizmu. Nieco nieprawdopodobne, nie do końca poważne wydarzenia są bowiem czymś, co u autorki pojawia się za każdym razem. Nie jest to oczywiście historia na poziomie Jasia Fasoli, ale prawdą jest, że na część fabuły należy spoglądać z przymrużeniem oka. Ja nie mam nic przeciwko takiemu groteskowemu humorowi, ponieważ, jak mówię, jest to nieodłączny element Kerstin Gier, jej popisowy numer.

Podniebny jest na tyle dużym i renomowanym hotelem, że przewija się przez niego cała masa postaci, których nie sposób spamiętać. Choć każdy z nich wyróżnia się czymś dla siebie charakterystycznym – czy to profesją, czy to zachowaniem – to jest ich tak wielu, że autorka zdecydowała się zamieścić na końcu książki spis wszystkich bohaterów – pracowników hotelu oraz wszystkich jego gości. Z pewnością jest to przydatny element, który pozwala nie gubić się w akcji, chociaż ja, szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia o jego istnieniu do czasu, aż skończyłam czytać książkę i mimowolnie natknęłam się na listę bohaterów.

Wiecie, co jest moim problemem, jeśli chodzi o Podniebnego? Brak konkretnej akcji. Właściwie przez całą książkę wciąż poznajemy nowych przyjezdnych, członków obsługi, nowe przestrzenie w hotelu i tajemnice Podniebnego. Większość powieści była swego rodzaju obszernym opisem hotelu, który ciągnie się w nieskończoność. Nie mówię, że był on nudny lub nużący – z pewnością nie – ale brakowało mi wątku wiodącego, który prowadziłby akcję do przodu. Choć innym czytelnikom może to nie przeszkadzać, ale ja zawsze miałam problem z książkami, które nie miały swojego motywu przewodniego i nie opowiadały właściwie o niczym konkretnym. Tak naprawdę w tym całym ciągłym przedstawianiu kolejnych bohaterów od czasu do czasu pojawiał się nowy ciekawy wątek, który mógłby nadać akcji tempo, jednak umierał on śmiercią naturalną po kilku stronach.

Dopiero 70 stron przed końcem książki coś naprawdę zaczyna się dziać. Po wcześniejszym uśpionym trybie czytania myślałam, że nic mnie już nie zdoła zaskoczyć, a jednak autorka na koniec zaserwowała bombę, która skutecznie mnie rozbudziła. To końcówka była właściwie elementem, dzięki któremu moja ocena książki podniosła się choć trochę w górę. Ten zadziwiający i niespodziewany wątek został pociągnięty aż do końca, co od razu polepszyło w mojej opinii całą postać książki – postacie i miejsca akcji stały się tłem, a wydarzenia wyszły na pierwszy plan, tak jak powinno być od samego początku. Naprawdę żałuję, że autorka dopiero w ostatniej chwili zaczęła przypominać siebie ze swoich poprzednich książek.

Gdybym miała porównać Podniebnego z Trylogią czasu oraz serią Silver, książka, o której dziś piszę, wylądowałaby niestety na trzecim miejscu podium. O ile w Czerwieni rubinu elementem wiodącym były podróże w czasie, a w Silver były nim sny, to w Podniebnym ciężko jest mi wyróżnić wątek główny. Kradzieże? Podejrzani goście? Fakt, pojawiają się, ale przez długi czas pełnią rolę wątków epizodycznych, nie rzucając się za bardzo w oczy. Oczywiście atmosfera hotelowa, niezwykły klimaty Podniebnego, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia, zasługuje na pochwałę – to wszystko było doskonałą przestrzenią, aby ulokować w niej porywający ciąg wydarzeń, którego ku mojemu rozczarowaniu zabrakło.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku, który – gdyby został pociągnięty dłużej zamiast jednorazowego wspomnienia – mógłby stać się czymś fascynującym. Mówię tu o przeszłości głównej bohaterki, która zdecydowała się rzucić szkołę, nie zdając nawet matury, oraz rozpocząć pracę w hotelu. To, że jej rodzice byli niezadowoleni, to mało powiedziane – jej decyzja pozostała dla nich niezrozumiałym wyborem, który uważają za największy błąd jej życia. Ciekawe, prawda? Rzadko spotyka się taki wątek w książce, jako że edukacja jest powszechnie uważana za szalenie istotną rzecz w życiu człowieka, a osoba bez zdanej matury postrzegana jest w sposób pejoratywny. Kerstin Gier kształtując tak przeszłość Fanny Fuke rozpoczęła ważny temat, który jednak nie doczekał się swojej kontynuacji – wątek został porzucony, jak wiele innych w Podniebnym. Wielka szkoda.

Nie mogę nie wspomnieć również o wydaniu książki, które jest NIESAMOWITE (użycie wielkich liter jest w tym przypadku usprawiedliwione). Wydawnictwo Media Rodzina zawsze dba o oprawę graficzną swoich powieści, ale tutaj przeszło już samych siebie! Nie dość, że książka jest w twardej oprawie i utrzymana jest w pastelowej różowo-fioletowej kolorystyce, to (1) ma liczne złocenia (2) na okładce można dostrzec milion detali, które wiążą się z fabułą książki! Ja nie mogłam się na Podniebnego napatrzeć i wciąż nie mogę przestać go podziwiać.

Nie chciałabym, aby wydźwięk tej recenzji był zbyt negatywny. Podniebny to interesująca książka, która umili Wam czas, jednak w porównaniu z poprzednimi książkami Gier wypada słabo. Czytało się ją przyjemnie, ale brakowało jej dynamiki, którą zapewnić by mógł główny wiodący wątek. Pomysł na powieść, której akcja toczy się w hotelu, był fantastyczny i przestrzeń Château Janvier udało się autorce wykreować znakomicie. Jednak historia była w mojej opinii na tyle niedopracowana, że pozostawiła po sobie lekkie uczucie rozczarowania.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-16 22:39:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: Okrutny książę (tom 1)

Kiedy Jude miała siedem lat, do jej domu przybył tajemniczy mężczyzna, który nie należał do świata śmiertelników. Po tym, jak brutalnie zabił rodziców dziewczyny, zabrał Jude, jej bliźniaczkę Taryn i starszą siostrę Viviane ze sobą do Elysium – krainy elfów. Dziesięć lat później Jude czuje się w tym magicznym świecie prawie jak w domu. Prawie - ponieważ fakt, że w jej żyłach płynie ludzka... Kiedy Jude miała siedem lat, do jej domu przybył tajemniczy mężczyzna, który nie należał do świata śmiertelników. Po tym, jak brutalnie zabił rodziców dziewczyny, zabrał Jude, jej bliźniaczkę Taryn i starszą siostrę Viviane ze sobą do Elysium – krainy elfów. Dziesięć lat później Jude czuje się w tym magicznym świecie prawie jak w domu. Prawie - ponieważ fakt, że w jej żyłach płynie ludzka krew, jest doskonałą podstawą dla wielu zamożnych elfów, by nią gardzić i wyśmiewać. Na czele nękających Jude stoi Cardan – najmłodszy i najokrutniejszy z książąt panujących w Elysium. Kiedy Jude dowiaduje się, jak wielka sieć intryg oplata dwór Najwyższego Króla i jak wiele tajemnic skrywają elfy, nie podejrzewa jeszcze, że wkrótce sama będzie musiała posługiwać się fortelami i zabijać z zimną krwią, aby zaprowadzić porządek w królestwie i zadbać o bezpieczeństwo tych, których kocha. Czy śmiertelniczka jest w stanie mierzyć się z potężną siłą elfów?

Chyba nie byłoby błędem stwierdzenie, że Okrutny książę to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Sama pamiętam, gdy kilka lat temu usłyszałam, jak ktoś na polskim Booktubie mówi, że czytał tą książkę w oryginalnej wersji, nie powstrzymując się oczywiście od wylewnych pochwał. Powieść Holly Black spotkała się więc z pewnymi oczekiwaniami czytelników już na samym początku – wszyscy wiele o niej słyszeli, a taki sławny za granicą bestseller przecież musi być co najmniej dobry, prawda? Otóż dzisiaj opowiem Wam o moich wrażeniach z tej lektury, o tym, czy warto było tak długo czekać na polską premierę Okrutnego księcia.

Warto wspomnieć, że nigdy szczególnie nie interesowały mnie elfy. Wręcz przeciwnie: wszystkie nierzeczywiste postacie, które kojarzyły mi się z książkami Tolkiena (elfy, krasnoludy, orkowie, smoki…), omijałam szerokim łukiem. Choć uwielbiam fantastykę, zawsze preferowałam jej lekką, bardziej młodzieżową wersję. Dlatego też przed rozpoczęciem lektury nie wczytywałam się za bardzo w opis, aby przypadkiem nie zwątpić w to, czy chcę tą powieść czytać. Jednak okazało się, że Okrutny książę od pierwszych stron schwytał mnie w garść i nie chciał wypuścić, a elfy, których tak się obawiałam, zafascynowały mnie momentalnie. Coś wyjątkowego było w tej historii, jakaś niepowtarzalna magia, która od początku oczarowała mnie tak, że nie mogłam przestać czytać. Krótko mówiąc, pierwsze wrażenie było niesamowite.

Właściwie książkę Holly Black czyta się jak najciekawszą baśń z dzieciństwa, tylko w nieco doroślejszej odsłonie. Okrutny książę jest bowiem połączeniem elfickiej magii, zaskakującego i czarującego świata z wyrachowanymi planami na przejęcie władzy i ich brutalną realizacją. Możecie oczekiwać rozlewu krwi i momentów, w których Wasze serce zatrzyma się na chwilę, aby zaraz potem wznowić swój bieg ze dwojoną prędkością. To zarazem zabawne i fascynujące, że autorka zdecydowała się nie rezygnować z istnienia świata śmiertelników na rzecz krainy elfów. To, że obie przestrzenie istnieją równolegle, a Jude wraz ze swoimi siostrami jest w stanie w jednej chwili wyczarować konie ze źdźbeł trawy, opuścić magiczny świat i udać się do najzwyczajniejszego centrum handlowego na zakupy, wydaje mi się wspaniałym pomysłem. Chciałabym, aby naprawdę w tej chwili, gdzieś całkiem niedaleko stąd żyły sobie możne rody elfów… Może nie chciałabym ich odwiedzić w obawie o swoje życie, ale sama koncepcja brzmi niesamowicie.

Jednym z elementów, które najbardziej mnie irytują w książkach, są bohaterki, które nie potrafią zawalczyć o swoje i bez przerwy prezentują tylko pozę bezradnej mimozy, czekającej na ratunek. Na szczęście Jude do nich nie należy – jest tak daleka od bycia godną politowania dziewoją w opałach, jak to tylko możliwe. Choć nie zawsze popierałam jej wybory, podoba mi się to, że jest szalenie waleczna, kwestionuje każdy ruch innego człowieka (elfa?), będąc czujną i gotową do konfrontacji. Tak stanowcze i silne bohaterki nie trafiają się często, dlatego trzeba je cenić i podziwiać. Nie powiedziałabym, że polubiłam Jude – nie zawsze ją rozumiałam, ale sądzę, że byłabym w stanie zapałać do niej sympatią w kolejnym tomie serii, gdy już uda mi się lepiej ją poznać.

Tym, co moim zdaniem zasługuje na owacje na stojąco, jeśli chodzi o Okrutnego księcia, jest zakończenie, które zwala z nóg. Doprawdy, w momencie, gdy nie spodziewałabym się już żadnych zaskoczeń, autorka zaserwowała taką bombę, że aż wytrzeszczyłam oczy i wydałam pełen zachwytu okrzyk. Nieprzewidywalność jest niezaprzeczalnym atutem książki i sprawiła ona, że oceniłam Okrutnego księcia jeszcze wyżej, niż zamierzałam.

Czy nie ma żadnych wad? Otóż są, z pewnością. Jedną, która bardziej rzuciła mi się w oczy, jest fakt, że przez znaczną część książki fabuła nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku. Wiecie, to był ten moment w czytaniu, kiedy wprawdzie czerpiecie przyjemność z lektury, ale nie widzicie większego jej sensu. Dopiero ostatnia setka stron dodała książce większego polotu i charakteru. Mogłabym przyczepić się jeszcze do tego, że chociaż główni bohaterowie – Jude, Taryn, Vivi, Cardan, Madok – byli wykreowani z dbałością o szczegóły, to postacie drugoplanowe często zlewały mi się w jedną masę. Miały zwyczajnie zbyt mało cech charakterystycznych, aby się wyróżniać. Nie jest to może wielka wada, która przeszkadzałaby w czytaniu, ale jednak.

Jestem całkowicie zadowolona z Okrutnego księcia i okrutnie się cieszę, że jego premiera w Polsce jest tak głośna – jak się okazało, zupełnie zasłużenie. Jest to historia, która zabierze Was w kompletnie inny wymiar, wymiar pełen magii, który zaskoczy Was nie raz, a na koniec rozbudzi Waszą ciekawość dalszych losów bohaterów do granic możliwości. Ja już zacieram ręce na myśl o kolejnym tomie i poganiam mentalnie autorkę, aby nie zwlekała z jego pisaniem. Gorąco polecam Wam Okrutnego księcia!

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-16 22:38:30
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-09-08 22:41:01
Wypowiedziała się w dyskusji: WYMIENIĘ/SPRZEDAM (WRZESIEŃ 2018)

Sprzedam! :)
Alan Cole nie jest tchórzem. Tom 1 Skrzywdzona Royal. Królestwo ze szkła Heaven. Miasto elfów Nie wszystko stracone Mów do mnie Ty, ja i fejs Najlepszy powód, by żyć
Sprzedam! :)
Alan Cole nie jest tchórzem. Tom 1 Skrzywdzona Royal. Królestwo ze szkła Heaven. Miasto elfów Nie wszystko stracone Mów do mnie Ty, ja i fejs Najlepszy powód, by żyć Taniec wdowca Dożywocie Eva, Teva i więcej Tev Całkiem obcy człowiek Tajemny ogień Klamki i dzwonki Dziewczyna i chłopak wszystko na opak Anioł do wynajęcia Dwoje do pary

pokaż więcej

więcej...
 
2018-09-08 22:28:41
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie, SPRZEDAM/WYMIENIĘ!
Autor:

Szkoła średnia to trudny czas dla każdego, a już szczególnie dla Alana Cole’a, który pragnie tylko pozostać niezauważonym. W domu wcale nie czuje się lepiej: wymagający ojciec i nękający go brat nie dają mu spokoju. Do tego Alan skrywa tajemnicę, która nigdy nie może ujrzeć światła dziennego. Niestety, starszy brat Alana, Nathan, odkrywa jego sekret i zaczyna go szantażować. Jeśli Alan nie... Szkoła średnia to trudny czas dla każdego, a już szczególnie dla Alana Cole’a, który pragnie tylko pozostać niezauważonym. W domu wcale nie czuje się lepiej: wymagający ojciec i nękający go brat nie dają mu spokoju. Do tego Alan skrywa tajemnicę, która nigdy nie może ujrzeć światła dziennego. Niestety, starszy brat Alana, Nathan, odkrywa jego sekret i zaczyna go szantażować. Jeśli Alan nie wykona siedmiu zadań postawionych przed nim przez brata, o jego tajemnicy dowiedzą się wszyscy – a to w oczach Alana jest równoznaczne z publicznym wykluczeniem i wielką katastrofą. Chłopak będzie musiał wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy i pokazać się światu lub pierwszy raz w życiu postawić się Nathanowi.

Ostatnio coraz więcej książek młodzieżowych porusza tematykę LGBT. Ja takich powieści czytałam stosunkowo mało, bo tylko dwie (Nie poddawaj się Rainbow Rowell oraz They Both Die At The End Adama Silvery), a i tak wątek miłosny stanowił w nich raczej tło. Alan Cole nie jest tchórzem miała być więc moją pierwszą typową książką w tym klimacie, poruszającą temat homoseksualizmu i coming outu. Nie ukrywam, że bardzo cieszyłam się na tą lekturę i miałam wobec niej pewne oczekiwania. Czy zostały spełnione… cóż, nie do końca.

Zacznijmy od tego, że już na samym początku spotkało mnie niemałe zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że główny bohater, tytułowy Alan Cole, ma zaledwie dwanaście lat. Nie wiem, może jestem zacofana w stosunku do dzisiejszego świata, ale wydaje mi się sprawą nieco dziwną to, że w tak młodym wieku jest się w stanie z taką pewnością określić swoją orientację seksualną. Spodziewałam się, że Alan Cole będzie miał co najmniej siedemnaście lat, bo wydaje mi się, że w tym wieku mógłby już z większym przekonaniem decydować o swojej tożsamości.

Niestety fakt, że bohaterowie są tak młodzi (tak naprawdę na polskie realia byliby oni jeszcze w podstawówce), jest widoczny w wielu aspektach książki. Najbardziej na nerwy działały mi wszystkie żarty i zachowania bohaterów, które, mając uchodzić za zabawne, były zwyczajnie szczeniackie i żałosne. Zdaję sobie sprawę, że dwunastolatków byłoby stać na tak niedojrzały humor, jednak nie zmienia to faktu, że (1) nawet starsi bohaterowie zachowywali się jak dzieciaki (2) było to niesamowicie irytujące. Podejrzewam, że autor miał na celu rozbawienie czytelnika, jednak w większości przypadków mu to nie wychodziło.

Od samego początku Alan Cole wydawał mi się postacią dosyć żałosną – taką ciemną masą poddającą się woli innych, niegotową by stanąć w swojej obronie. Domyślam się, że Eric Bell chciał podkreślić taką kreacją bohatera jego późniejszą przemianę, jednak nic nie poradzę na to, że nie rozumiem i nie potrafię darzyć sympatią osób, które, tak jak Alan, łatwo dają sobą pomiatać. Powiedzieć, że ten bohater zrobił na mnie dosyć mizerne wrażenie, to jak nie powiedzieć nic. Mam też wiele zarzutów co do dorosłych postaci w Alan Cole nie jest tchórzem. Przysięgam, że w żadnej książce nie widziałam takiego nagromadzenia wypaczonych bohaterów. Mam wrażenie, że jedyną dorosłą w tej powieści, której nie miałam ochoty trzasnąć w głowę i prosić, by się opamiętała, była panna Richter, nauczycielka Alana. Reszta dorosłych – ojciec i matka Alana, rodzice jego kumpla Madisona – byli naprawdę koszmarni. Gdy patrzyłam na ich zachowanie, miałam wrażenie, że mam do czynienia z bandą niedojrzałych małp, a nie z dorosłymi ludźmi, od których oczekuje się pewnej odpowiedzialności i stabilności psychicznej.

W książce brakowało mi dokładniejszego opisania motywacji bohaterów. Choć bardzo się starałam, nie potrafiłam dojść do tego, dlaczego pan X zachowuje się akurat w ten sposób, a pani Y w inny. Od początku ogromną zagadką była dla mnie nienawiść ojca Alana i Nathana do jego synów, która miejscami przybierała naprawdę monstrualne rozmiary. Nieraz szokował mnie sposób, w jaki ten mężczyzna odnosił się do swojej rodziny, i mimo że w końcowej części powieści autor przytacza pewne zdarzenie z przeszłości tego bohatera, które mogło mieć wpływ na jego osobowość… i tak nie wydaje mi się, aby tłumaczyło go to całkowicie. Tak samo powód, dla którego Nathan tak zaciekle nękał i szantażował Alana, wydał mi się dosyć błahy. Nie potrafiłam pojąć również zauroczenia Alana pewnym chłopakiem, który – moim zdaniem – był wręcz koszmarny. W ogóle mam wrażenie, że żaden z bohaterów tej książki (może poza wspomnianą panną Richter) nie był bohaterem pozytywnym.

Choć książka nie jest długa i teoretycznie powinno się ją czytać błyskawicznie, nie czułam się w żadnym stopniu porwana przez tą historię. Nawet końcowa metamorfoza Alana, który w końcu przestaje być pomiotem, nie wywołała we mnie żadnych emocji. Opowieść o trudnej miłości, problemach rodzinnych i wielkim coming oucie, która miała być wciągająca, zabawna i pełna emocji, była w rzeczywistości płaska jak deska i nijaka jak kropla w morzu miliona innych podobnych książek. Nie jestem w stanie nawet wymienić jednego konkretnego plusa tej powieści – do głowy przychodzą mi tylko elementy, które albo działały mi na nerwy, albo nie robiły na mnie żadnego wrażenia.

A tak od bardziej technicznej strony, mogłabym przyczepić się jeszcze do jednej sprawy: brakowało mi oddzielenia akapitów książki w momencie, gdy akcja powieści przenosiła się w miejscu lub w czasie. Kiedy w jedno zdanie opisywało dzień Alana w szkole, a kolejne mówiło już o jego pobycie w domu można było łatwo się pogubić. Zwykłe przełożenie zdania do kolejnej linijki załatwiłoby sprawę.

Alan Cole nie jest tchórzem miała być czymś wyjątkowym, co zapamiętałabym na dłużej, a w rzeczywistości okazała się książką tak mało zapadającą w pamięć, że już teraz czuję, jak wspomnienie o niej ulatuje z mojej głowy. Niedojrzałe zachowanie bohaterów, żenujący humor i niejasna motywacja bohaterów – to wszystko przeszkadzało mi w pozytywnym odbiorze tej lektury. Niestety, choć bardzo bym chciała, nie mogę z czystym sumieniem polecić Wam tej książki. Jestem pewna, że jeśli macie ochotę na coś w klimatach LGBT, znajdziecie na rynku wydawniczym mnóstwo innych, bardziej godnych uwagi powieści.

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-09-04 21:20:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Carve the Mark (tom 2)
 
2018-08-28 14:51:13
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:
Cykl: O Chłopcach (tom 1)

Dla Lary Jean pisanie listów miłosnych jest formą pożegnania – pożegnania z obiektem jej uczuć, który nie może w rzeczywistości do niej należeć. Wszystkie jej listy, których jest dokładnie pięć, lądują w skrzętnie ukrytym pudełku na kapelusze i nigdy nie mają ujrzeć światła dziennego. Kiedy jednak listy przypadkowo trafiają do adresatów… Lara Jean jest w poważnych tarapatach.

Pięciu chłopców,...
Dla Lary Jean pisanie listów miłosnych jest formą pożegnania – pożegnania z obiektem jej uczuć, który nie może w rzeczywistości do niej należeć. Wszystkie jej listy, których jest dokładnie pięć, lądują w skrzętnie ukrytym pudełku na kapelusze i nigdy nie mają ujrzeć światła dziennego. Kiedy jednak listy przypadkowo trafiają do adresatów… Lara Jean jest w poważnych tarapatach.

Pięciu chłopców, którzy kiedykolwiek jej się podobali, dostaje spisane na papierze wyrazy uczuć dziewczyny i żąda wyjaśnień. Być może udałoby się obrócić całą sytuację w żart, gdyby jednym z nich nie był Josh – chłopak starszej siostry Lary Jean, który jest zarazem dobrym przyjacielem rodziny.

Ostatnio wszędzie jest pełno Do wszystkich chłopców, których kochałam. Choć książka w Polsce pojawiła się już dobrych kilka lat temu, tak naprawdę dopiero teraz, za sprawą ekranizacji realizowanej przez Netflix, znalazła się w świetle reflektorów. Pojmuję fakt, że możecie mieć już dosyć natykania się na tą powieść, gdziekolwiek zajrzycie (zgaduję, że nawet, gdybyście otworzyli lodówkę, moglibyście znaleźć tam książkę Jenny Han!), ale… nie uciekajcie tak szybko. Do wszystkich chłopców, których kochałam zasługuje na to, żeby trąbić o niej na prawo i lewo, wykrzyczeć jej tytuł przez megafon ze szczytu wieży Eiffle’a i kochać ją z całego serca. Ja właśnie to mam zamiar robić, ponieważ ta książka to moja nowa obsesja.

Na samym początku poznajemy siostry Song: Kitty, Larę Jean i Margot. Musicie wiedzieć, że są to jedne z najlepiej wykreowanych postaci, z jakimi się ostatnio spotkałam. Już po pierwszych 50 stronach miałam wrażenie, jakbym znała dziewczyny osobiście, a ich charaktery nie były dla mnie zagadką. Dziewięcioletnia Kitty jest wyjątkowo bystra i dojrzała, jak na swój wiek, a jednocześnie posiada chwytliwe poczucie humoru i niesamowicie łatwo jest ją polubić. Margot właśnie wyjeżdża do collage’u w Szkocji, wobec czego Lara Jean, żyjąca w świecie marzeń, będzie musiała przejąć obowiązki swojej odpowiedzialnej, obowiązkowej i opiekuńczej starszej siostry. Gdy tylko Margot wsiada do samolotu, w życiu Lary Jean rozpętuje się huragan – jej supertajne, przeznaczone tylko dla jej własnych oczu listy do wszystkich chłopców, których kochała, trafiają w ręce adresatów.

Warto też wspomnieć o męskich postaciach odgrywających główne role: tacie sióstr Song, Joshu i – oczywiście – Peterze. Ojciec Lary Jean, Kitty i Margot to zdecydowanie jedna z najbardziej pozytywnych postaci, a tym samym rodzic, o jakim można marzyć. Mimo że samotne wychowanie trzech córek musiało być dla niego nie lada wyzwaniem, znakomicie daje sobie radę, pozostając przy tym troskliwym, uważnym i zabawnym tatą – kojarzył mi się on z ojcami z amerykańskich seriali. Josh jest typem dobrego chłopaka z sąsiedztwa – nie jest najpopularniejszą osobą w szkole, nie ma miliona przyjaciół, ale jest uczciwym, porządnym facetem, który swoje miejsce w życiu sióstr Song miał już od dawna. Oczywiście otrzymanie listu od Lary Jean zachwieje również jego bezpiecznym światem, ale o tym musicie przekonać się już sami. Jest jeszcze Peter Kavinsky, czyli znany w całym liceum gracz lacrosse oraz bohater, który początkowo działał mi na nerwy swoją arogancją. Jenny Han zdołała jednak ukryć za jego fasadą nazbyt pewnego siebie narcyza wrażliwego i opiekuńczego chłopaka, któremu niczego nie można zarzucić. Muszę się przyznać, że na koniec całkowicie się do niego przekonałam i rozumiem w pełni uczucia, jakie Lara Jean żywi do niego.

Jak wiecie lub też nie, romanse to nie moja bajka, chociaż zdarzają się przypadki, gdy jakiś romans zapisze się w moim sercu – wtedy pozostaje tam już na stałe. Nie ma to jednak miejsca często, więc myślę, że doskonałym miernikiem tego, jak fantastyczną książką jest powieść Jenny Han, będzie fakt, jak bardzo mnie ona wciągnęła: nie mogłam przestać jej czytać. Czy to w nocy, czy w dzień. Od czasu, gdy po raz pierwszy ją otwarłam, do momentu, gdy ją skończyłam (od wieczora do rana), minęło około pół doby, w czasie której spałam bardzo krótko, oczy same zamykały mi się ze zmęczenia, a mimo to nie potrafiłam się oderwać. Ta książka działa jak narkotyk! Doprawdy nie mam pojęcia, co takiego Jenny Han włożyła do środka, jednak gdy tylko rozpocznie się czytanie, nie sposób odłożyć powieści na bok. Nie można też przestać o niej myśleć. Nieprzypadkowo wspomniałam wcześniej o tym, że wieść o Do wszystkich chłopców, których kochałam trzeba rozgłaszać – przysięgam, że gdy w końcu ją przeczytacie, sami – tak jak ja – będziecie chcieli wciskać ją w ręce każdej napotkanej osobie.

No dobrze, ale odłóżmy na chwilę emocje na bok (choć to bardzo trudne) i spróbujmy stwierdzić, dlaczego właściwie powieść Jenny Han jest taka wyjątkowa. Poza dwoma elementami, o których już wspomniałam, czyli świetnie skonstruowanych bohaterkach, z którymi można się utożsamiać, oraz umiejętności pochłaniania czytelnika niczym Vizir pożerający plamy, mamy tu całą masę zalet. Po pierwsze, fabuła jest szalenie interesująca i nie można pozostać obojętnym wobec losów Lary Jean. Kiedy już wciągniemy się w jej perypetie (czyli bardzo prędko), stajemy się aktywnymi obserwatorami, którzy wzdychają, oburzają się i chichoczą w zależności od tego, co się dzieje. Trochę jak niewidzialna publiczność w sitcomie. Po drugie, książka jest tego rodzaju humorystyczną, niewinną historią pierwszej miłości, którą czyta się z przyjemnością, a nie jest przy tym infantylna i głupia. Stwierdzenie, że spodoba się ona każdemu, byłoby dużą przesadą, ale wierzę, że naprawdę spora część osób będzie w stanie znaleźć w niej rozrywkę i poczuć się przez chwilę tak, jakby była z powrotem w liceum i przeżywała swoje pierwsze zauroczenia.

Czy potrzeba Wam jeszcze większej zachęty? Do wszystkich chłopców, których kochałam to książka, dla której warto zarwać noc, nawet wtedy, gdy – tak jak dla mnie – sen to dla Was świętość. To powieść, która uzależnia i sprawia, że nie można przestać o niej myśleć i mówić. Czuję, że jestem nią absolutnie oczarowana i wciąż nie mogę otrząsnąć się z jej uroku, choć minęło kilka dni, odkąd ją czytałam. Jest to historia, do której z pewnością będę wracać. Polecam z całego serca!

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-08-24 09:34:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Recenzenckie
Autor:

Kate Bailey nie jest szczególnie towarzyska, a wolny czas najchętniej spędza w marinie swoich rodziców, przemierzając jezioro na skuterze. Fakt, że dała się wkręcić w prowadzenie szkolnego podkastu, wprawia ją więc w rosnące przerażenie. Tym bardziej, że będzie musiała udzielać widzom na antenie porad na przeróżne tematy, podczas gdy sama często nie potrafi poradzić sobie z własnymi... Kate Bailey nie jest szczególnie towarzyska, a wolny czas najchętniej spędza w marinie swoich rodziców, przemierzając jezioro na skuterze. Fakt, że dała się wkręcić w prowadzenie szkolnego podkastu, wprawia ją więc w rosnące przerażenie. Tym bardziej, że będzie musiała udzielać widzom na antenie porad na przeróżne tematy, podczas gdy sama często nie potrafi poradzić sobie z własnymi problemami. Jakby tego było mało, Kate wciąż nie potrafi się otrząsnąć ze wspomnień o swoim byłym chłopaku, który po wyprowadzce przestał odpowiadać na jej wiadomości. Wkrótce jednak zaczyna coś czuć do skrytego i tajemniczego Diego… Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie był on obiektem westchnień jej najlepszej przyjaciółki!

Jeśli choć raz mieliście okazję przeczytać którąś z książek Kasie West, na pewno wiecie, jaka jest ich specyfika – niebywała lekkość, chwytliwy humor i masa miłosnych zawirowań. Wydaje mi się, że autorka wypracowała sobie już swego rodzaju markę – każdy, kto sięga po jej kolejną powieść, dokładnie wie, czego może się spodziewać. Czasem jednak dobrze jest dać się zaskoczyć… Czy Słuchaj swojego serca miała w sobie coś, czego nie spodziewałam się znaleźć? A może była kolejną niezobowiązującą opowiastką, którą będę wspominać z uśmiechem?

Przyznajcie sami – motyw podkastów to jest coś, co jeszcze się nie pojawiło. Przynajmniej ja nigdy nie słyszałam o książce, która poruszałaby ten temat. A jako że w życiu nie słuchałam żadnego podkastu, wcześniej nie wiedząc nawet na czym to dokładnie polega, sprawa wydała mi się tym bardziej fascynująca. Kate za namową najlepszej przyjaciółki Alany i swoich rodziców zapisuje się na zajęcia dodatkowe z prowadzenia podkastów – nie spodziewa się jednak, że zostanie wyznaczona na jedną z osób, które rozmawiają z widzami na antenie! Zdecydowanie bardziej wolałaby zająć się czymś, co nie wystawiałoby jej przed publikę. Jednak z biegiem czasu, dzięki podkastom, Kate przechodzi metamorfozę: udaje jej się zyskać pewność siebie, a jej sarkastyczne poczucie humoru uwielbiane jest przez słuchaczy. Kasie West należy się ogromny plus za ten motyw, ponieważ udało jej się przedstawić go w sposób niezwykle ciekawy. Aż poczułam chęć, aby mocniej zagłębić się w temat podkastów!

Opis książki z tyłu okładki głosi, że Słuchaj swojego serca jest „uroczą i optymistyczną historią miłosną w sam raz na lato”, a ja nie znalazłabym lepszych słów, aby krótko opisać tą książkę. Letni powiew wyczuwa się tu na każdym kroku, w końcu Kate spędza mnóstwo czasu nad wodą, w pełnym słońcu, które jakimś sposobem dociera też do czytelnika, przesyłając mu pozytywną energię. Kasie West stworzyła książkę, którą czyta się z rosnącym uśmiechem na ustach – poważnie, ja, gdziekolwiek byłam (nawet przemieszczając się komunikacją miejską!), nie mogłam się powstrzymać od ukradkowego podśmiewania się, w reakcji na żarty bohaterów. Szczególnie poczucie humoru Kate było mi bardzo bliskie, ponieważ skrywało ogromną dawkę sarkazmu ;)

Mam ogromnie silne przeczucie, że gdyby przełożyć Słuchaj swojego serca na scenariusz filmowy, wybrać do ról głównych postaci niewiarygodnie pięknych aktorów, a wszystkie wydarzenia umieścić w przestrzeni słonecznej Kalifornii lub innego upalnego regionu, hit kinowy byłby gwarantowany. Jest to bowiem historia, która ma w sobie wszystko z dawnego disnejowskiego filmu dla młodzieży (które to filmy oglądałam jak opętana, gdy byłam w podstawówce!): główną bohaterkę, z którą łatwo jest się utożsamiać; jej najlepszą przyjaciółkę, która nie opuszcza jej ani na krok; osobę, która stara się pokrzyżować dziewczynom plany, główny wiodący motyw (w tym przypadku podkasty) oraz oczywiście postać nieprzyzwoicie przystojnego chłopaka, który wnosi zamęt w serca bohaterek płci żeńskiej. Mamy tutaj nawet Festiwal Jesienny, czyli wielki event, na którym, jak to bywa w tego typu filmach, stanie się coś nieoczekiwanego, co poniesie za sobą pewne konsekwencje.

Jak więc widzicie, nie ma tutaj zbyt wiele miejsca na zaskoczenie. W zasadzie, choć nie jestem szczególnie domyślna i zwykle nie analizuję akcji książki w trakcie czytania, udało mi się przewidzieć wiele elementów fabuły. Czasem aż się dziwiłam, że bohaterowie (głównie mam na myśli Kate) są nieświadomi jakiegoś istotnego faktu, gdy mnie wydawał się on całkowicie oczywisty. Domyślenie się, w jakim kierunku potoczą się wydarzenia, nie jest tutaj żadnym wyczynem. I zwykle uznałabym to za ogromną wadę powieści, jednak… takie po prostu są książki Kasie West. Taką samą dawkę przewidywalności miały w sobie Chłopak z sąsiedztwa i Szczęście w miłości, które czytałam, a jednak mi się podobały i nie mogę powiedzieć, że w przypadku Słuchaj swojego serca było inaczej. Choć podczas czytania kilka razy irytował mnie ten utarty tor, jakim toczy się fabuła, na koniec stwierdziłam: kurczę, przecież czerpię z lektury tak dużą przyjemność! Myślę, że te małe uchybienia zwyczajnie się Kasie West wybacza.

Muszę jednak wspomnieć o jednym – nieznaczącym, ale jednak – zgrzycie. Otóż czasem tak bywa, że para bohaterów, którą autor usilnie stara się połączyć, za nic do siebie nie pasuje. Są po prostu jak dwa elementy puzzli, których nie sposób ułożyć tak, aby powstało coś sensownego. Sytuacja ta pojawiła się w przypadku Kate i Diega, którzy osobno byli niesamowici i obie te postaci zdążyłam obdarzyć dużą sympatią, jednak… gdy tylko była mowa o nich jako o PARZE, coś mi tu nie grało. Wizja tych dwojga razem wydawała mi się dosyć wydumana i naciągana. Nie przeszkadzało mi to w lekturze aż tak, jak mogłoby się wydawać, ponieważ książka jest pełna innych wątków poza tym miłosnym, które można śledzić z zainteresowaniem. Jednak gdybym to ja decydowała, Diego skończyłby z Alaną, tak jak to było przewidziane na samym początku…

Słuchaj swojego serca to iście letnia historia, którą powinniście przeczytać jeszcze zanim temperatura na dworze spadnie, a słońce pojawiać się będzie coraz rzadziej. Kasie West stworzyła historię podobną do jej wcześniejszych powieści, jednak uzupełnioną o nowy, intrygujący motyw podkastów, nowych, przesympatycznych bohaterów i taki jak zawsze znakomity humor. Choć nie jest to lektura z najwyższej półki, dla mnie jest całkowicie wystarczająca w momencie, gdy upał nie pozwala mózgowi wysilić się przy czytaniu czegoś ambitniejszego. Ja polecam Wam gorąco tą książkę i mam nadzieję, że znajdziecie chwilę, aby po nią sięgnąć!

booksofsouls.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-08-24 09:28:33
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
Moja biblioteczka
374 138 670
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (5)

Ulubieni autorzy (2)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd