Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Nowalijki 
nowalijki.com.pl, facebook.com/nowalijki, instagram.com/nowalijki
Notoryczny czytelnik, od niedawna bloger.
status: Oficjalny recenzent, ostatnio widziany 8 godzin temu

Oficjalne recenzje

09-05-2018
Oficjalna recenzja

„Gra singli” to powieść, która zalicza się do niezwykle popularnego gatunku jakim jest chic lit. Historia Charlotte Silver ma wszystkie zalety i wady typowe dla książek spod znaku literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Trudno nie zauważyć, że fabuła jest i mało skomplikowana, i schematyczna. Owszem, umiejscowienie akcji na kortach tenisowych w różnych częściach świata jest całkiem udanym pomysłem, ale autorka nie do końca wykorzystała potencjał, jaki tkwi w tej opowieści.

24-04-2018
Oficjalna recenzja

Maggie O'Dell jest cenioną profilerką, bez pracy której każde policyjne śledztwo trwałoby zdecydowanie dłużej. Po latach nauki i miesiącach spędzonych przy biurku, O'Dell dostaje propozycję działania w terenie. I to od razu przy mocnej sprawie seryjnego mordercy, nieuchwytnego, przebiegłego i okrutnego. Agentce trudno nie skorzystać z takiej możliwości i to śledztwo na zawsze ukształtuje ją jako policjantkę.

03-04-2018
Oficjalna recenzja

Napisana w pierwszej osobie powieść zaskakuje fabułą, w której wydarzenia przeplatają się ze retrospekcją, fakty z opiniami i odczuciami Toma, co skutecznie utrudnia czytelnikowi odkrycie prawdy o wydarzeniach na Krecie. Czytelnik, podobnie jak Mara, nie ma pewności, czy pewne wydarzenia miały miejsce, czy są wytworem wyobraźni archeologa.

27-03-2018
Oficjalna recenzja

Siódme spotkanie z Chyłką i Zordonem to nie tylko nowa sprawa dla ambitnej prawniczki, ale i próba wyjścia obojga bohaterów na prostą. Życie jej i Zordona skomplikowało się, ale trudno nie odnieść wrażenia, że tych dwoje zachowuje się jak pijane dziecko we mgle. Trochę niefortunne porównanie w odniesieniu do Joanny, ale jednak. Tym razem kancelaria musi zmierzyć się z dziką reprywatyzacją, a także z wydarzeniem, które na zawsze zmieni układ sił w biurowcu Skylight.

14-03-2018
Oficjalna recenzja

Trzecia odsłona kryminalnej serii ponownie zabiera czytelnika w sam środek rodzimego show-biznesu, a dokładniej za kulisy przemysłu muzycznego. To wokół niego toczy się śledztwo warszawskiej policji i oczywiście Róży, której pomagają przyjaciele znani z poprzednich książek Alka Rogozińskiego. I tym razem opis rzeczywistości podszyty jest ironią, a czasem nawet drobnymi uszczypliwościami, akcja pędzi, a podejrzani zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Teraz czytam
  • Broda zalana krwią
    Broda zalana krwią
    Autor:
    "Broda zalana krwią" to znakomita powieść o poszukiwaniu tożsamości, nieuchronności losu oraz odkrywaniu źródeł mitów i legend, to również powieść o granicach przebaczenia. Główny bohater p...
    czytelników: 341 | opinie: 20 | ocena: 7,37 (86 głosów)
  • Chata
    Chata
    Autor:
    „Chata”, opowieść o zrozpaczonym i wątpiącym ojcu, który spotyka się z Bogiem pod postacią jowialnej Murzynki. Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych w...
    czytelników: 10634 | opinie: 875 | ocena: 7,28 (5536 głosów) | inne wydania: 3
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych "Kronik portowych" oraz "Tajemnicy Brokeback Mountain". Pod koiec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel and Charles Duq...
    czytelników: 674 | opinie: 26 | ocena: 7,29 (97 głosów) | inne wydania: 1
  • Dziedzictwo
    Dziedzictwo
    Autor:
    Bert zjawia się nieproszony na chrzcinach córki swojego kolegi, Fixa. Zanim przyjęcie dobiegnie końca, Bert pocałuje żonę Fixa, Beverly, doprowadzając do rozbicia dwóch rodzin i powstania nowej. W...
    czytelników: 612 | opinie: 65 | ocena: 6,94 (185 głosów) | inne wydania: 1
  • Euforia
    Euforia
    Autor:
    Lata 30. XX wieku. Fascynująca historia trójki młodych, ale już znanych antropologów – Margaret Mead oraz dwóch mężczyzn jej życia – osadzona w egzotycznym i parnym świecie Nowej Gwinei. Wartka narrac...
    czytelników: 1227 | opinie: 52 | ocena: 7,06 (371 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-05-20 14:49:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Christian Abell (tom 3)
 
2018-05-16 21:38:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------

Nieczęsto sięgam po powieści skierowane do młodzieży, a jeśli już, to z zawodowego obowiązku. Muszę bowiem orientować się, co czytają młodzi ludzie. Czasem jednak warto zajrzeć na półkę z książkami przeznaczonymi dla młodszego odbiorcy. Kiedy więc nadarzyła się okazja, aby przeczytać młodzieżowy kryminał -...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------

Nieczęsto sięgam po powieści skierowane do młodzieży, a jeśli już, to z zawodowego obowiązku. Muszę bowiem orientować się, co czytają młodzi ludzie. Czasem jednak warto zajrzeć na półkę z książkami przeznaczonymi dla młodszego odbiorcy. Kiedy więc nadarzyła się okazja, aby przeczytać młodzieżowy kryminał - długo się nie zastanawiałem. Nieodgadniony Maureen Johnson to pierwszy tom wciągającej, nieźle napisanej historii, zgrabnie łączącej elementy znane wprawdzie z innych powieści, ale zbierającej całość w przyjemną w odbiorze historię.

Akcja powieści toczy się w malowniczym Vermont. To tam została wybudowana w latach trzydziestych niezwykła szkoła - Akademia Ellinghma. Jej właściciel, Albert Ellingham za cel postawił sobie stworzenie placówki, która będzie kształcić uczniów o niezwykłych zdolnościach. Niestety, bardzo majętnego właściciela spotkała tragedia - w tajemniczych okolicznościach zniknęły jego żona i córka. Jedyny trop - prześmiewcza rymowanka, którą otrzymał Ellingham, niczego nie wyjaśnia, a raczej tylko komplikuje śledztwo.

Mijają lata i spadkobiercy założyciela Akademii otwierają rekrutację na nowy rok szkolny. Szeregi uczelni zasila między innymi Stevie Bell, która ma niezwykłe hobby - analizuje zbrodnie, zaczytuje się w klasyce kryminału, śledzi losy serialowych detektywów i regularnie słucha podcastów na temat przestępstw. Zafascynowana tajemniczym zniknięciem rodziny Ellinghama, postanawia zmierzyć się z tą zagadką. Wkrótce okaże się, że nobliwa Akademia to wyjątkowo niebezpieczne miejsce ...

Nieodgadniony Maureen Johnson to udane połączenie powieści detektywistycznej w starym stylu ze współczesną, skierowaną do młodego czytelnika, powieścią obyczajową. Owszem, sama Akademia przypomina trochę szkołę słynnego czarodzieja, podobnie jak odrobinę ekscentryczna kadra nauczycielska. Motywem przewodnim powieści są jednak nie czary, ale tajemnica z przeszłości - zniknięcie, którego nie udało się nikomu wyjaśnić. Obok wspomnianej Stevie mamy w powieści całą galerię jej nowych koleżanek i kolegów, dzięki czemu Nieodgadniony przypadnie również do gustu miłośnikom powieści spod znaku YA.

Fabuła toczy się równolegle w latach trzydziestych, kiedy doszło do dramatycznych wydarzeń i współcześnie. Ani tu, ani tu nie jest nudno. Oba wątki są ciekawie poprowadzone i choć po pierwszym tomie wiadomo niewiele, to należy założyć, że misternie skonstruowana intryga rozwinie skrzydła w kolejnych odsłonach cyklu.

Przyznam, że kompletnie nie wiedziałem, czego spodziewać się po lekturze Nieodgadnionego. A jednak historia napisana przez Maureen Johnson wciągnęła mnie od pierwszych stron, a lekki, choć niepozbawiony błędów redakcyjnych tekst, czyta się szybko i przyjemnie. Mimo że skierowana do młodszego czytelnika, z pewnością spodoba się i starszym, ponieważ autorce udało się uniknąć infantylizmu, mimo że świat przedstawiony jej powieści jest, co nieuniknione, mocno uproszczony.

Jednym zdaniem - Nieodgadniony to udana lektura dla miłośników zagadek kryminalnych w każdym wieku.

pokaż więcej

 
2018-05-12 14:10:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------

Miłośnikom dobrej, zaangażowanej literatury obyczajowej nie trzeba przedstawiać Margaret Atwood. Kanadyjska laureatka Nagrody Bookera przeżywa obecnie swoisty renesans twórczości za sprawą serialowej adaptacji Opowieści podręcznej. Po książki Atwood sięgają nowi czytelnicy, aby poznać inne tytuły autorki. Sam...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------

Miłośnikom dobrej, zaangażowanej literatury obyczajowej nie trzeba przedstawiać Margaret Atwood. Kanadyjska laureatka Nagrody Bookera przeżywa obecnie swoisty renesans twórczości za sprawą serialowej adaptacji Opowieści podręcznej. Po książki Atwood sięgają nowi czytelnicy, aby poznać inne tytuły autorki. Sam z zaciekawieniem sięgnąłem po czytane lata temu Kocie oko, które swoją premierę miało w 1988 roku, a po polsku po raz pierwszy ukazało się siedem lat później. I choć czytana na nowo, opowieść o malarce nie wzbudza już takich emocji, jak za pierwszym razem, udowadnia jednak, że solidnie napisana literatura się nie starzeje. A podejmowane przez nią tematy, mimo upływu czasu, są nadal niepokojąco aktualne.

Główną bohaterką Kociego oka i jednocześnie pierwszoosobową narratorką jest Elaine Risley, dość popularna, ale i ekscentryczna malarka, która po wielu latach przyjeżdża do rodzinnego Toronto. Jedna z galerii przygotowała retrospektywną wystawę jej twórczości i choć niechętnie, Risley odwiedza miasto, z którym ma niekoniecznie tylko dobre skojarzenia. Kilkudniowy pobyt, wędrówka po okolicy, odwiedziny miejsc pamiętanych z dzieciństwa sprzed czterdziestu lat, staje się pretekstem do snucia wspomnień o dalekiej przeszłości i analizy wydarzeń bardziej współczesnych. Ta wyprawa okaże się dla malarki czasem oczyszczenia, próbą poukładania na nowo wspomnień i doświadczeń, które ją ukształtowały - zarówno jako kobietę, żonę matkę i wreszcie artystkę. Czytelnik śledzi losy Elaine od końca II wojny światowej, kiedy jako mała dziewczynka wędrowała z rodzicami po Kanadzie, aż do współczesności, do dnia otwarcia wystawy jej najważniejszych prac.

Atwood nie po raz pierwszy bierze na warsztat wspomnienia z dzieciństwa. Uważny czytelnik będzie w stanie dostrzec w biografii Elaine Risley subtelne odwołania do życia samej autorki. Kocie oko koncentruje się na kilku watkach, które przenikają się i tym samym wzajemnie uzupełniają. Jest więc w powieści, mocno eksponowany w recenzjach, wątek przyjaźni małej Elaine z Cordelią, dziewczynką, która bardzo szybko sprowadzi relacje do nieustannego poniżania. Narratorka stanie się ofiarą nękania w białych rękawiczkach, codziennego uprzykrzania i wyśmiewania. Ten stan nieokreślonego zagrożenia na zawsze wczyta się w psychikę malarki i będzie jej towarzyszył również w dorosłym życiu. Dlatego wizyta w Toronto i spacer śladami dzieciństwa wywoła u dorosłej kobiety tak skomplikowane emocje.

Elaine, być może, nie zostałaby ofiarą, gdyby nie poczucie wyobcowania, związane z licznymi przeprowadzkami, brakiem stałego miejsca, wreszcie skromym życiem jej rodziców. Chęć wkupienia się w łaski ładnych koleżanek z zamożnych domów okazała się (przynajmniej przez moment) ważniejsza od budowania własnej godności. Jak to u Atwood, nie mogło zabraknąć także wątków feministycznych. Co jednak znamienne, pisarka wskazuje raczej na zagrożenie, jakie jedna kobieta (niezależnie od wieku) jest w stanie zgotować drugiej, niż podkreśla potrzebę równouprawnienia. Wychodzi bowiem z założenia, że bez solidarności płci nie ma szans na silną pozycję kobiet w życiu. i w społeczeństwie. Elaine Risley ma tego bolesną świadomość.

Prozę Atwood cenię sobie za spokój jej narracji. Elaine wspomina dzieciństwo, przeskakuje z jednego epizodu w drugi, z jednego wspomnienia w strzęp kolejnego. Mimo ogromnego ładunku emocjonalnego, autorka literacko nie histeryzuje, wychodząc z założenia, że już sama tematyka wystarczająco mocno angażuje uczucia odbiorcy jej prozy. Ale narracja Kociego oka wymaga czasu, aby się do niej przyzwyczaić, wgryźć w tekst, poczuć jego nastrój. Historię przedstawia malarka i choćby dlatego pisarka nie ucieka od opisów plastycznych, bogatych w szczegóły, pozornie mało istotnych. Ale to one właśnie budują całą książkę.

Napisałem na wstępie, że powieść Atwood nie starzeje się i tezę tę podtrzymuję. Autorka Kociego oka w tej konkretnej historii porusza tematykę na tyle uniwersalną i ponadczasową, że skutecznie opiera się ona upływającemu czasowi. Owszem, wymaga od czytelnika zaangażowania, ale gwarantuje także radość z obcowania z literaturą jeśli nie wybitną, to znakomitą.

pokaż więcej

 
2018-05-12 09:07:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Komisarz Forst (tom 5)

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Lubię powieści Remigiusza Mroza, choć za każdym razem burzą mi rytm dnia/nocy i nie przeszkadza mi tempo, w jakim pojawiają się na rynku - nikt mnie przecież nie zmusza do czytania ich zaraz po premierze. Z drugiej strony nie jest jednak tak, że do książek poczytnego autora podchodzę bezkrytycznie - nie, nie...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Lubię powieści Remigiusza Mroza, choć za każdym razem burzą mi rytm dnia/nocy i nie przeszkadza mi tempo, w jakim pojawiają się na rynku - nikt mnie przecież nie zmusza do czytania ich zaraz po premierze. Z drugiej strony nie jest jednak tak, że do książek poczytnego autora podchodzę bezkrytycznie - nie, nie wszystko mi się w nich podoba, a już najmniej lubię serię o Chyłce i Zordonie. Do cyklu z Wiktorem Forstem mam jednak spory sentyment (ach, te początki blogowania) i choć po Zerwie przekonałem się, że może lepiej było zamknąć serię na trzecim tomie, to nie uważam bynajmniej finałowej odsłony pentalogii za książkę złą. Być może tu i ówdzie przekombinowaną, momentami trochę na siłę podporządkowaną myśli przewodniej o finale, ale z pewnością emocjonującą i trzymającą w napięciu do jakiego Remigiusz Mróz zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników.

Z ogromnym zaciekawieniem sięgnąłem po Zerwę, aby po kilku godzinach czytania skończyć historię Bestii z przekonaniem, że autor znów zagrał mi na nosie. Ale nie mam mu tego za złe - ba - oczekiwałem wręcz, że ostatni tom z Forstem będzie miał taki klimat i nic, co sobie wymyśliłem, nie pokryje się z wydarzeniami opisanymi w fabule. A wracając do wspomnianej na początku trudności - niełatwo jest napisać recenzję i odnieść się do niektórych elementów historii, jednocześnie niczego nie zdradzając i wskazując wady oraz zalety proponowanych przez autora rozwiązań.

Wiktor budzi się w jednym z zakopiańskich szpitali i kompletnie nie pamięta, co wydarzyło się kilkanaście godzin wcześniej. Zakopane, a wkrótce cała Polska, będzie żyć kolejnym morderstwem dokonanym na górskim szlaku w szczycie sezonu turystycznego. Gdy na miejsce zdarzenia przybywają odpowiednie służby i przy ciele ofiary odnajdują monetę, wiele wskazuje, że Bestia z Giewont powróciła. Ale ... mając w pamięci dramatyczny finał jej starcia z Wiktorem - coś się nie zgadza. Czas ucieka, a przed bohaterami Zerwy coraz dramatyczniejsze wyzwania.

Historia Wiktora Forsta, początkowo zaplanowana na trzy części, z czasem rozrosła się do pentalogii. Rozwiniecie wątków na kolejne tomy spotkało się z różnym przyjęciem ze strony czytelników, którym Deniwelacja niespecjalnie przypadła do gustu. Zerwa jest naturalną kontynuacją wydarzeń z IV tomu i choćby dlatego przed dłuższy czas narracja prowadzona jest dwutorowo (ale z przesunięciem czasowym) w Hiszpanii i trochę chłodniejszym zakątku Europy oraz w Polsce. Autor krok po kroku wyjaśnia niektóre zagadki, inne komplikuje, ale zawsze przywołuje przy okazji bohaterów znanych z wcześniejszych odsłon cyklu. Historia zatacza koło, ponieważ wydarzenia sprowadzają czytelnika i głównych bohaterów w polskie Tatry - do umownego punktu wyjścia całej opowieści. Góry ponownie odgrywają w książce wiodącą rolę, podobnie jak miało to miejsce już wcześniej. Jak na finałową odsłonę przystało, najważniejsze wątki zostały rozwikłane, te pomniejsze już niekoniecznie, ale zakładam, że autorowi nie chodziło, aby wyłożyć kawę na ławę, tylko zostawić czytelnika z lekkim poczuciem niedosytu.

Gdybym nie założył już jakiś czas temu, że cykl z Wiktorem Forstem to czysta rozrywka spod znaku sensacji w stylu zabili go i uciekł, z pewnością miałbym kilka wątpliwości związanych z wydarzeniami w Zerwie. Traktuję ten cykl jako pastisz powieści sensacyjnych i dlatego przymykam oko na to, że Remigiusza Mroza w kilku miejscach poniosła fantazja. Daję mu do tego prawo i dlatego trochę nie rozumiem utyskiwań czytelników na hm ... usterki w realizmie powieści. Mam wrażenie, że konwencja serii (ale i gatunku) pozwala na dużą swobodę w kreacji świata przedstawionego i autor z tej możliwości w pełni korzysta. Jakoś nie wyobrażam sobie tego cyklu w innej stylistyce. Mniej mnie natomiast przekonuje wydźwięk zbrodni, której przypisuje się mesjanistyczne (określenie trochę na wyrost, ale jakoś pasuje) pobudki. Nie przekonało mnie to wcześniej, nie przekonuje teraz. Ale Polacy z narodowymi demonami zawsze mieli problem, a patrząc na to, co dzieje się współcześnie - nadal mamy i autor celowo zwraca na to uwagę.

Jak każdy czytelnik tego cyklu, tak i ja miałem własne wyobrażenie związane z zakończeniem serii o Wiktorze Forście. Czy to, co zaproponował Remigiusz Mróz, przypadło mi do gustu? Trochę tak, trochę nie. Ale jak mówi stare powiedzenie Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Będzie mi brakowało Forsta, ale ... resztę doczytacie w Posłowie.

pokaż więcej

 
2018-05-11 21:42:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam
 
2018-05-07 21:14:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Zastanawiacie się czasem, jaka historia kryje się za powstaniem obrazu, który podziwiacie w galerii lub muzeum? Albo czy jeśli zdrapiecie (metaforycznie, oczywiście) farbę, dotrzecie do sedna emocji, które kierowały artystą? Gdy oglądam malowidła w muzeach lub reprodukcje w albumach lubię wyobrażać sobie, że na...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Zastanawiacie się czasem, jaka historia kryje się za powstaniem obrazu, który podziwiacie w galerii lub muzeum? Albo czy jeśli zdrapiecie (metaforycznie, oczywiście) farbę, dotrzecie do sedna emocji, które kierowały artystą? Gdy oglądam malowidła w muzeach lub reprodukcje w albumach lubię wyobrażać sobie, że na moment wchodzę w świat ujęty w stare ramy, aby poznać, co kryje się gdzieś tam na horyzoncie, poczuć atmosferę i emocje, często tak znakomicie oddane kilkoma tylko maźnięciami pędzla. Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że Magdalena Knedler pisze powieść obyczajową mocno związaną ze sztuką, liczyłem właśnie na taką nieoczywistą, literacko - malarską podróż. Moje przypuszczenia sprawdziły się z nawiązką. Twarz Grety di Biase to wysmakowana, pełna odniesień do malarstwa opowieść obyczajowa, która daje szansę czytelnikowi na obcowanie z tajemnicą zaszyfrowaną w płótnach. Dwa portrety i jedna podróż, która (trzeba mieć nadzieję) zmieni wszystko.

Głównych bohaterem Twarzy Grety di Biase jest ... mężczyzna. Adam Dancer prowadzi niewielką galerię na wrocławskim Rynku, czerpiąc radość z obcowania ze sztuką. Jego życie jest do bólu uporządkowane, poddane rygorowi nerwicy natręctw i fobii, które czynią z właściciela galerii więźnia własnych lęków. Kiedy kupuje dwa obrazy tajemniczej włoskiej malarki nawet nie zdaje sobie sprawy, jak to wydarzenie wpłynie na jego życie. Portrety fascynują go do tego stopnia, że zaciekawienie szybko przeradza się w obsesję. Rozpoczyna mailową korespondencję z malarką, ale im dłużej trwa wymiana korespondencji, tym dalej jest od poznania prawdy, kryjącej się za dwoma, tak bardzo różnymi wizerunkami. Adam, wbrew swoim przyzwyczajeniom, postanawia odbyć podróż do Włoch, aby na miejscu skonfrontować wyobrażenie z rzeczywistością.

Napisałem w poprzednim akapicie, że głównym bohaterem jest Adam Dancer, ale tak naprawdę powieść Magdaleny Knedler ma tych pierwszoplanowych bohaterów więcej. Równie istotna dla historii jest sama Greta di Biase. Im więcej o niej wiemy, tak naprawdę wiemy mniej, dlatego tak fascynuje ona Adama, a czytelników przyciąga do lektury kolejnych rozdziałów. Autorka odkrywa historię Włoszki stopniowo, jak malarz, który kolejnymi maźnięciami pędzla kreuje rzeczywistość. Adam odnajduje w procesie poznawania Grety rodzaj ukojenia, a jej życie absorbuje go tak, że zaczyna zapominać o ograniczeniach, które narzuca mu umysł. Podróż, którą odbywa do Włoch, tak sugestywnie i dbałością o szczegóły opisaną w powieści, zmieni Adama. Głęboko w to wierzę, ponieważ ta wyprawa, wydaje się, jest dla Dancera terapią, która przywróci go do życia i do ludzi, którym na nim zależy.

Nie byłoby Twarzy Grety di Biase, gdyby nie odwieczna fascynacja człowieka sztuką. To ona napędza Adama, determinuje wybory włoskiej malarki, wreszcie wpływa na codzienność bohaterów powieści. Magdalena Knedler świadomie wykorzystała motyw sztuki, dając jej w swojej książce rolę kolejnej bohaterki. Pisarka zabiera Adama w podróż, która go zmieni, a przed czytelnikiem odkryje zakodowane w obrazach i miejscach sekrety, tajemnice i często zabawne smaczki. Autorka przywołuje na kartach powieści liczne działa sztuki, zwraca uwagę na ich oryginalność, niezwykłość i bezpretensjonalność. Kilkakrotnie musiałem oderwać się od lektury, aby w internecie poszukać wspominanego w tekście obrazu, albo miejsca, które w danym momencie zafascynowało Adama. Lubię, kiedy literatura zmusza do dodatkowego wysiłku, nie podaje na tacy jednoznacznych odpowiedzi i w pewnym sensie wymaga współpracy.

Twarz Grety di Biase to powieść obyczajowa, ale Magdalena Knedler zdążyła już udowodnić, że nie lubi i nie chce być kojarzona tylko z jednym gatunkiem. Albo pisząc inaczej - z gatunkiem w ściśle zdefiniowanym pojęciu rodem ze Słownika terminów literackich. Nie boi się przełamania konwencji, bo choć pewnie mogłaby, to nie serwuje swoim czytelnikom stereotypowych historii. Odważnie wychodzi poza ramy gatunku, wyznaczając nową jakość współczesnej prozie obyczajowej. Opowieść o Adamie i Grecie to książka, przy której nie warto spieszyć się z czytaniem, żeby nie zgubić gdzieś po drodze urokliwych fragmentów, z których utkana jest kanwa powieści. Mnie ujęła korespondencja pary głównych bohaterów, wprawdzie prowadzona, jak na cyfrowe czasy przystało, drogą mailową, ale przywołująca dalekie echa powieści epistolarnych. Ta część narracji w powieści ma swój niezaprzeczalny urok i choć jest wymagająca dla czytelnika, bo gęsta od emocji i znaczeń, to pozwala nadać całej opowieści niepowtarzalny klimat.

Wprawdzie już to kiedyś pisałem, przy okazji innej powieści Magdaleny Knedler, ale trudno, powtórzę się. Twarz Grety di Biase to jedna z najważniejszych premier tej wiosny. Zdecydowanie nie można jej przegapić.

pokaż więcej

 
2018-05-03 09:26:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Stare porzekadło mówi, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Pewnie jest coś na rzeczy, skoro temat relacji rodzinnych przewija się przez literaturę od jej zarania. Właściowie trudno się dziwić - pomijając indywidualne przypadki - każdy ma jakąś rodzinę i chcą nie chcąc tworzy bliskie relacje z innymi...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Stare porzekadło mówi, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Pewnie jest coś na rzeczy, skoro temat relacji rodzinnych przewija się przez literaturę od jej zarania. Właściowie trudno się dziwić - pomijając indywidualne przypadki - każdy ma jakąś rodzinę i chcą nie chcąc tworzy bliskie relacje z innymi krewnymi. Dla literatury to temat wręcz wymarzony, dający szerokie pole do interpretacji i pozwalający spojrzeć na zagadnienie pod różnym kątem. Powieść cenionej w Norwegii Vigdis Hjorth Spadek to właściwie nic odkrywczego, ale autorce udało się skutecznie zaintrygować czytelnika swoją fabułę, co więcej - pozostawia go z wieloma niewiadomymi i tym samym zachęca do przyjrzenia się własnym relacjom z najbliższymi. I poniekąd stawia pytanie, czy aby wszystko jest w jak najlepszym porządku?

W kilka miesięcy po śmierci ojca Bergljot dowiaduje się, że wraz z młodszym bratem nie otrzyma w spadku domków letniskowych na archipelagu Hvaler. Przypadły one w udziale dwóm młodszym siostrom, bliżej związanym z rodzicami wspomnianej Bergljiot - narratorki w powieści. Rozpoczyna się, trwająca wiele tygodni, zażarta walka o równy podział majątku, a niejasna decyzja ojca potęguje napięcie w rodzinie, sprawiając, że na światło dzienne wychodzą skrzętnie ukrywane tajemnice i od lat pielęgnowane animozje. Okazuje się, że na pielęgnowanym przez rodziców wizerunki idealnej rodziny pojawiają się kolejne rysy. Pierwsza uszkodziła ten obraz ponad dwadzieścia lat wcześniej, kiedy Bergljot z dnia na dzień zerwała kontakt z domem rodzinnym. Miała ku temu ważny powód.

Spadek Vigdis Hjorth tylko na początku wydaje się jeszcze jedną powieścią obyczajową, kolejnym portretem rodziny w kryzysie. Norweska autorka napisała fabułę, która wymyka się jednoznacznej klasyfikacji tematycznej. Można bowiem potraktować Spadek jako opowieść o relacjach między członkami rodziny i to z podziałem na związek między rodzicami, rodzicami a poszczególnymi dziećmi, wreszcie między rodzeństwem. Można spojrzeć na tę historię jako na literacką wiwisekcję, która bez znieczulenia pokazuje jak błędy popełniane przez rodziców wpływają na ich dzieci. Oprócz genów dziedziczymy całą pulę zachowań, przekonań, wychodzimy z domu z ukształtowanym (przynajmniej cześciowo) światopoglądem. Dla mnie Spadek Hjorth opisuje także trudny proces przepracowania traumy związanej z odejściem najbliższej osoby. Dla Bergljot to doświadczenie szczególnie bolesne, bowiem łączy się z całą gamą niełatwych emocji z przeszłości.

Nie jest jednak tak, że Spadek to powieść przygnębiająca. Oczywiście ze względu na podjętą przez autorkę tematykę do najweselszych nie należy, ale oddanie narracji Bergljot pozwoliło na narzucenie fabule pewnego dystansu. Całą historię czytelnik poznaje z punktu widzenia najstarszej siostry, która wiele lat temu zerwała bliskie relacje z rodziną. Jej opowieść jest chaotyczna, fragmentaryczna, we własne wypowiedzi wplata na jednym wdechu frazy przypominające mowę zależną i cytaty z korespondencji z młodszym rodzeństwem. W powieści nie pojawiają się inne punkty widzenia co sprawia, że momentami można wątpić w autentyczność relacji narratorki. A ponieważ jest ona recenzentką teatralną i redaktorką niszowych czasopism, łatwiej dostrzega się pewną teatralność przekazu, a na pewno rozedrganie i delikatne przerysowanie opisywanych wydarzeń. To być może zabieg ryzykowny, ale tak poprowadzona narracja kupiła mnie od pierwszych stron i utrzymywała moje zainteresowanie do samego końca. Kwestią dyskusyjną jest, czy taka, uwierająca czytelnika forma, nie przesłania wymowy powieści. Z pewnością pozwoliła Hjorth spojrzeć na niełatwy przecież temat z zaskakującej perspektywy. I zdaje się, że również o to w jej powieści chodzi.

pokaż więcej

 
2018-05-02 11:57:01
Ma nowego znajomego: Marta
 
2018-04-30 20:02:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Wygląda na to, że twórczość Shirley Jackson ma swoje pięć minut. A to za sprawą Wydawnictwa Replika, które zdecydowało się wznowić, póki co dwie, najpopularniejsze powieści amerykańskiej autorki. Najpierw w ręce czytelników trafił Nawiedzony Dom na Wzgórzu (tutaj), teraz książka wyżej oceniana przez krytyków -...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Wygląda na to, że twórczość Shirley Jackson ma swoje pięć minut. A to za sprawą Wydawnictwa Replika, które zdecydowało się wznowić, póki co dwie, najpopularniejsze powieści amerykańskiej autorki. Najpierw w ręce czytelników trafił Nawiedzony Dom na Wzgórzu (tutaj), teraz książka wyżej oceniana przez krytyków - Zawsze mieszkałyśmy w zamku. I znów jest tak, że Jackson dopasowuje ramy klasycznej wiktoriańskiej powieści grozy do swoich potrzeb, proponując czytelnikowi literacką zabawę w zgadywankę, co jest prawdą a co wymysłem wyobraźni - autorki, jej bohaterki, wreszcie odbiorcy historii sióstr Blackwood.

Zawsze mieszkałyśmy w zamku to opowieść o dwóch siostrach, które wraz z niedołężnym stryjem Julianem i kotem Jonaszem przebywają w pamiętającej wciąż czasy dawnej świetności rezydencji. Ta osobliwa rodzina żyje na uboczu, w izolacji od reszty miasteczka. Nie bez powodu - kilka lat temu liczba Blackwoodów drastycznie zmniejszyła się, kiedy podczas kolacji arszenik pozbawił ich życia. I kiedy wydawać by się mogło, że po jakim czasie wszystko wróciło do normy, u wrót posiadłości melduje się kuzyn Charles. Jego pojawienie się w uporządkowanym świecie sióstr Blackwood zmąci spokój i zainicjuje szereg niepokojących wydarzeń.

Wydana po raz pierwszy w 1962 roku powieść Shirley Jackson uważana jest za szczytowe osiągnięcie amerykańskiej pisarki, która z powodzeniem sięgała po różne gatunki literackie. Zawsze mieszkałyśmy w zamku nawiązuje do powieści grozy, ale autorka, mocniej niż w przypadku Nawiedzonego Domu na Wzgórzu, podkreśla i eksponuje warstwę psychologiczną historii. Od pierwszych stron wprowadza klimat niedomówienia, nienazwanego lęku i uczucia niepewności, które towarzyszą lekturze do finału. Oddanie narracji młodszej z sióstr - Mary Katherine - okazało się strzałem w dziesiątkę. Dziewczyna, dziesięć lat młodsza od swojej siostry, jest albo nad wyraz cyniczna, albo po prostu niedojrzała. Z pewnością wie więcej niż mówi. Jej niechęć do mieszkańców pobliskiego miasteczka idzie w parze z agorafobią starszej Constance. Wspomniana przypadłość to raczej próba interpretacji stanu kobiety, która być może ma powód, aby nie opuszczać rezydencji. Wydarzenia z pamiętnej kolacji szerokim echem odbiły się w lokalnej społeczności, czego efektem jest niechęć obu stron do siebie, ledwie skrywana wrogość, wreszcie izolacja. Dziwnie, bo to chyba najlepsze określenie, zachowują się wszyscy bohaterowie powieści, co daje autorce pole do popisu i czytelnikowi dowolność w interpretacji wydarzeń.

Zawsze mieszkałyśmy w zamku klimatem i sposobem prowadzenia fabuły przypomina Nawiedzony Dom na Wzgórzu. Jackson balansuje na granicy rzeczywistości i fikcji, sprowadza na manowce, a lekko oniryczny klimat historii pozostawia czytelnika z wieloma znakami zapytania. Z pewnością taka dezorientacja może uwierać, ale daje również szansę na własną interpretację wydarzeń z udziałem sióstr Blackwood, których przeszłość skrywa niejedną tajemnicę. Mnie Shirley Jackson kupiła już lata temu, dlatego spotkanie z jej kolejną powieścią okazało się bardzo satysfakcjonujące. Ale rozumiem też, że specyficzny klimat nie wszystkim musi przypaść do gustu. Autorce udało się jednak napisać książkę, która nie starzeje się, a planowana wkrótce ekranizacja tylko udowadnia, że zainteresowanie twórczością Jackson nie maleje.

pokaż więcej

 
2018-04-28 20:52:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Autor:

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Luca Veste to nowe nazwisko na polskim rynku wydawniczym. Brytyjczyk o włoskich korzeniach znany jest z serii o parze policjantów - David Murphy i Laura Rossi doczekali się już czterech części i czekają (być może) na wydanie po polsku. Złodziej kości to zamknięta całość fabularna, bez związku ze wspomnianym...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Luca Veste to nowe nazwisko na polskim rynku wydawniczym. Brytyjczyk o włoskich korzeniach znany jest z serii o parze policjantów - David Murphy i Laura Rossi doczekali się już czterech części i czekają (być może) na wydanie po polsku. Złodziej kości to zamknięta całość fabularna, bez związku ze wspomnianym cyklem. Sam autor określa powieść jako połączenie thrillera psychologicznego z horrorem nawiązującym do popularnej dziecięcej wyliczanki. Połączenie w gruncie rzeczy dość ryzykowne, ale warto nadmienić, że elementów horroru nie ma w powieści aż tak wiele, Veste buduje napięcie poprzez odwołanie do legend miejskich, które funkcjonują niezależnie od kraju czy kultury. Pytanie więc z jakim rezultatem?

Dwadzieścia lat temu w lesie na obrzeżach Liverpoolu doszło do dramatycznego w skutkach wydarzenia. Czworo dzieci postanowiło odszukać w lesie Kościucha - postać z wyliczanki, którą straszyło się niesfornych rówieśników. Z wycieczki wróciła tylko trójka uczestników, a zniknięcie jednego z nich nie zostało nigdy wyjaśnione. Mijają dwie dekady i kiedy w mieście policja odnajduje okaleczoną kobietę okazuje się, że ta przeżyła spotkanie z potworem z lasu, jak Kościucha zaczęli lata temu nazywać mieszkańcy miasta. Detektyw konstabl Louise Henderson pamięta o tajemniczym zniknięciu w lesie i postanawia, wbrew zdrowemu rozsądkowi i swoim przełożonym, udowodnić istnienie seryjnego mordercy zamieszkującego liverpoolskie lasy. Nikt nie traktuje poważnie pomysłu policjantki do czasu, kiedy pojawiają się kolejne, potwornie okaleczone ofiary. Czyżby w miejskiej legendzie kryło się ziarno prawdy?

Złodziej kości to pierwsza samodzielna fabularnie powieść, którą Luca Veste odpoczywa od serii o parze liverpoolskich policjantów. Stąd pewnie pomysł na historię, w której thriller psychologiczny połączył z elementami horroru. Realistyczna historia detektyw Louise Henderson i jej partnera detektywa sierżanta Paula Shipley'a przeplata się w powieści z reminiscencjami i fragmentami nawiązującymi do horrorów. Z tym ostatnim gatunkiem ma w moim odczuciu niewiele wspólnego - owszem Kościuch budzi grozę, ale on sam funkcjonuje jako element legendy miejskiej. Autor udanie buduje atmosferę napięcia i tajemnicy, tak prowadząc swoją fabułę, że czytelnik długo nie może połapać się w tym, co jest prawdą, a co wymysłem detektyw Henderson, która zmaga się z własnymi demonami. To wokół tej bohaterki koncentrują się wątki Złodzieja kości i tajemnice z jej przeszłości są tak samo intrygujące, jak policyjne śledztwo w sprawie seryjnego mordercy. Im dalej w zawiłości fabuły, tym więcej wątpliwości i wątków, które skutecznie utrudniają samodzielne rozwikłanie tajemnicy potwora z liverpoolskich lasów.

Wprawdzie gdzieś pod koniec powieści zaczęły mi się mnożyć w głowie wątpliwości co do pewnych rozwiązań fabularnych, to finał Złodzieja kości skutecznie je rozwiał. I choć nadal uważam mariaż thrillera psychologicznego z horrorem za połączenie dyskusyjne, to mogę napisać, że Luca Veste nie tylko dał radę, ale i zachęcił mnie do sięgnięcia po inne jego książki, pod warunkiem oczywiście, że pojawią się po polsku. Widać, że autor ma dryg do pisania i nie brakuje mu pomysłów na wciągające opowieści. Potrafi także tak poprowadzić fabułę, aby czytelnika i trochę przestraszyć, i skutecznie wywieść w pole. I co najważniejsze, gwarantuje rozrywkę na dobrym poziomie.

pokaż więcej

 
2018-04-25 07:24:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Cykl: Lipowo (tom 9)

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Podczas lektury IX części serii o policjantach z Lipowa po głowie uporczywie krążył mi cytat z komedii Williama Szekspira. Ten, że świat jest teatrem, a ludzie aktorami, którzy na chwilę przywdziewają maski i odgrywają role. Dlaczego takie skojarzenie? O tym w dalszej części. Katarzyna Puzyńska nie ma łatwo,...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Podczas lektury IX części serii o policjantach z Lipowa po głowie uporczywie krążył mi cytat z komedii Williama Szekspira. Ten, że świat jest teatrem, a ludzie aktorami, którzy na chwilę przywdziewają maski i odgrywają role. Dlaczego takie skojarzenie? O tym w dalszej części. Katarzyna Puzyńska nie ma łatwo, przez ostatnich VIII części jej cyklu powieściowego trup ścielił się gęsto, bohaterowie przeżywali wzloty i upadki, a Lipowo i Brodnica stały się miejscem wydarzeń rodem ze starych przepowiedni. Wspomniana trudność autorki polega na tym, że bardzo wiele motywów już wykorzystała, ale po lekturze Nory, w którą początkowo trudno było mi się wkręcić, mogę napisać, że - o dziwo - ten cykl wciąż daje radę i do Lipowa chciałbym móc jeszcze powrócić. I to nie raz. Trochę się jednak martwię, czy zakończenie IX tomu nie zapowiada aby finału całej serii.

Nora zaczyna się w tym miejscu, w którym zakończyły się Czarne narcyzy. Wciąż brzmi echo dramatycznych wydarzeń z poprzedniej części i część fabuły nadal koncentruje się wokół ośrodka Nowe Horyzonty. Łatwo się domyślić, że to miejsce skrywa tajemnice, a lokatorzy centrum pomocy niechętnie opowiadają o tym, co dzieje się za murami ich tymczasowego domu. Policjanci z Lipowa mają jednak na głowie kolejne śledztwo. Oto bowiem znika bez śladu Berenika, uczennica elitarnego liceum. Jakby tego było mało, zaraz na początku powieści pojawiają się ofiary. Teoretycznie śmierć tych osób nie jest ze sobą powiązana, ale ... ślady wiodą, między innymi, do wydarzeń z przeszłości. Dochodzenia nie ułatwia fakt, że kolejne postaci kłamią, kluczą i przeinaczają rzeczywistość, mniej lub bardziej udanie kreując, narzucone im przez okoliczności, role. A do punktu kulminacyjnego daleka droga.

Skojarzenie z teatrem i sceną nie wzięło się oczywiście znikąd. Nie tylko sugestywna okładka, ale zastąpienie części - aktami, a rozdziałów scenami sugeruje teatralność fabuły Nory. Katarzyna Puzyńska wprowadza także antrakty, których treścią są, niezwykle istotne dla aktualnych wydarzeń, reminiscencje. Świat przedstawiony najnowszej powieści zaludnia rekordowa chyba liczba bohaterów, co prawie natychmiast skojarzyło mi się z książkami Nele Neuhaus. Wiem, że autorzy nie przepadają za takimi porównaniami, ale proszę potraktować to jako komplement. To, że Katarzyna Puzyńska doskonale panuje nad swoimi postaciami to rzecz oczywista, ale w Norze przeszła samą siebie. Mnogość wątków, poziom skomplikowania relacji między bohaterami, wreszcie powiązanie teraźniejszości z przeszłością tworzy imponującą opowieść. Ale żeby nie było tylko różowo muszę napisać, że w IX tom wgryzałem się długo, niektóre wątki mocno mnie irytowały i przez chwilę miałem wrażenie, że tym razem nic dobrego z tego nie będzie. A jednak w pewnym momencie zaskoczyło i już do końca trudno mi było oderwać się od lektury. I stąd, między innymi, skojarzenie z cyklem powieściowym niemieckiej autorki, ponieważ doświadczenie czytelnicze mam w obu przypadkach bardzo podobne.

Znakiem rozpoznawczym książek o policjantach z Lipowa jest, obok zagmatwanej sprawy kryminalnej, również rozbudowana warstwa obyczajowa. I ulubieni bohaterowie, którym wiedzie się ze zmiennym szczęściem. Nie inaczej jest w Norze, ale po cichu mam nadzieję, że jednak sytuacja zaczyna się stabilizować, choć ... wątki niektórych postaci mogą jeszcze w przyszłości zaskoczyć.

Wracając na koniec do cytatu z Szekspira. W Norze autorka (chyba po ostatnich IV częściach) zostawiła na boku wątki nawiązujące do starych przepowiedni i legend. Zasadnicza część nowej powieści jest jak najbardziej współczesna i skupia się na ludziach tu i teraz. A dokładniej na ich słabościach, które potrafią doprowadzić do zbrodni. Autorka przypomina, że czasem wystarczy niewielki impuls, epizod z przeszłości, wreszcie źle ulokowane uczucia, aby ruszyła lawina zniszczenia. Z drugiej strony podchodzi do tematu z pewnym dystansem, wszak jej seria to literatura popularna. Stąd widoczne w powieści celowe, teatralne przerysowanie, podkreślenie wchodzenia kolejnych bohaterów w role, albo odgrywanie z góry przypisanych kwestii. Muszę przyznać, że taka konwencja przypadła mi do gustu i tym samym dała serii drugi oddech. I choćby dlatego uważam, że przy pomysłowości Katarzyny Puzyńskiej mój ulubiony cykl jeszcze długo powinien mieć się całkiem dobrze. Ale, jak już wspomniałem wyżej, finał tej części trochę mnie zaniepokoił. Oby to tylko moja nadinterpretacja.
Show must go on! Jo.

pokaż więcej

 
2018-04-24 21:42:26
Ma nowego znajomego: Magdalena
 
2018-04-21 18:14:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Cykl: Marek Bener (tom 3)

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Żartobliwie można by napisać, że czytelnicy czekali, aby dowiedzieć się co stało się z Agatą Bener, tak jak widzowie serialu Twin Peaks oczekiwali wyjaśnienia zagadki śmierci Laury Palmer. Jednak o tym, że Laura Palmer nie żyje, dowiedzieliśmy się w pilocie serialu, a o tym, co spotkało Agatę Bener nie wiemy do...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com.pl
-------------------------------------------
Żartobliwie można by napisać, że czytelnicy czekali, aby dowiedzieć się co stało się z Agatą Bener, tak jak widzowie serialu Twin Peaks oczekiwali wyjaśnienia zagadki śmierci Laury Palmer. Jednak o tym, że Laura Palmer nie żyje, dowiedzieliśmy się w pilocie serialu, a o tym, co spotkało Agatę Bener nie wiemy do samego końca kryminalnej trylogii Roberta Małeckiego. Ale żarty na bok, ponieważ zamykający (?) serię tom Koszmary zasną ostatnie to solidnie przemyślana, sprawnie napisana powieść, w której niedawny przecież debiutant pokazuje, że na rodzimym rynku wydawniczym nie pojawił się się przez przypadek. I pomyśleć, że kiedy późną jesienią 2016 roku recenzowałem Najgorsze dopiero nadejdzie miałem pewne obiekcje co do fabuły. Porzuć swój strach utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że warto zainwestować czas na lekturę drugiej odsłony cyklu. Po finale autor ma we mnie oddanego fana.

Sprawy Marka Benera komplikują się, dlatego dziennikarz decyduje się zająć nową sprawą, aby tym samym przestać rozmyślać o zaginionej żonie. Kiedy zaczyna interesować się przypadkiem Jana Stemperskiego nie wie jeszcze, że nie uda mu się uciec od przeszłości, która powróci do niego z podwójną siłą rażenia. Stemperski był już bohaterem cyklu artykułów Benera i właścicielowi Echa Torunia zależy, aby pomóc rodzinie mężczyzny. Szybko okazuje się, że ślady prowadzą do ludzi, którzy być może mieli coś wspólnego z tajemniczym zniknięciem Agaty siedem lat wcześniej. Marek Bener wpada zarówno w sam środek misternie utkanej intrygi, jak i w sidła własnych demonów, które sprowadzą go na skraj obłędu. Czy bohaterowi uda się uwolnić od koszmarów, które coraz bardziej zatruwają mu życie? I co z Agatą? Prawda jest, jak się okazuje, na wyciągnięcie ręki. Tylko czy jej poznanie cokolwiek zmieni?

Już w drugiej odsłonie cyklu dało się zauważyć, że Robert Małecki zmienił odrobinę konwencję powieści, dbając o to, by jego kryminał miejski nie balansował na granicy, czasem mało realistycznej, powieści sensacyjnej. Koszmary zasną ostatnie też zaskakują - tym razem zmianą klimatu. Jest zdecydowanie bardziej mrocznie, wręcz depresyjnie. Tytułowe koszmary nękają Marka, mącą mu w głowie i utrudniają wyjście na prostą. Mroźna zima, która daje się we znaki mieszkańcom Torunia, negatywnie wpływa na dziennikarza. Autor nieźle go sponiewierał w tej części, otaczając ludźmi, co do uczciwości których można mieć wątpliwości. I Marek je ma, co w połączeniu z nachodzącym go zniechęceniem do rozwiązania zagadki zaginięcia żony, potęguje poczucie jego osamotnienia i pogłębiającej się frustracji. Niby bohater kryminału nie musi wywoływać głębokich emocji, ale Bener wkurza, zadziwia i jest go czytelnikowi tak po ludzku żal. Wiadomo, że od początku mu się kibicuje, bo budzi sympatię i współczucie, ale zdenerwować również potrafi.

Koszmary zasną ostanie okazują się mistrzowskim zakończeniem serii. Intryga całego cyklu to koronkowa robota, którą warto docenić. Podczas lektury czytelnik ma satysfakcjonujące uczucie zadowolenia, kiedy poszczególne elementy układanki wskakują na swoje miejsce, z jakże przyjemnym dla ucha kliknięciem. To, że Robert Małecki ma skrupulatnie przemyślaną konstrukcję serii, dostrzegłem wyraźnie w poprzednim tomie, ten najnowszy tylko mnie w tym osądzie utwierdził. Kolejna sprawa Benera tylko na początku nie ma związku z wydarzeniami sprzed siedmiu lat i choć autor prowadzi ją do końca, równolegle pozwala swoim czytelnikom poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie, które padło we wstępie do tej recenzji. Ostatnie kilkadziesiąt stron czyta się na jednym wdechu, nie mając do końca pewności, co wydarzy się na kolejnej stronie. A jak można się spodziewać - nudy nie ma.

Patrząc całościowo na cykl o Marku Benerze można zobaczyć, jak ewoluuje warsztat pisarski Roberta Małeckiego. I docenić nie tylko pomysł na angażującą czytelnika fabułę, ale także pracę włożoną przez autora w doskonalenie stylu. Powieść gatunkowa, jaką z pewnością jest cykl o toruńskim dziennikarzu, często nie potrafi niczym zaskoczyć, wykorzystując ograne motywy. Koszmary zasną ostatnie (a w domyśle również poprzednie części) udowadniają, że wciąż można wciągnąć czytelnika w zawiłości fabuły, trzeba tylko wiedzieć jak. Robert Małecki wie - co do tego nie mam wątpliwości.

pokaż więcej

 
2018-04-21 18:12:31
Ma nowego znajomego: glodnawyobraznia
 
2018-04-20 18:54:51
Ma nowego znajomego: Boookslife
 
Moja biblioteczka
336 270 3804
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (150)

Ulubieni autorzy (11)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd