Nowalijki 
nowalijki.com.pl, facebook.com/nowalijki, instagram.com/nowalijki
Notoryczny czytelnik, od niedawna bloger.
status: Oficjalny recenzent, ostatnio widziany 5 godzin temu

Oficjalne recenzje

09-05-2018
Oficjalna recenzja

„Gra singli” to powieść, która zalicza się do niezwykle popularnego gatunku jakim jest chic lit. Historia Charlotte Silver ma wszystkie zalety i wady typowe dla książek spod znaku literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Trudno nie zauważyć, że fabuła jest i mało skomplikowana, i schematyczna. Owszem, umiejscowienie akcji na kortach tenisowych w różnych częściach świata jest całkiem udanym pomysłem, ale autorka nie do końca wykorzystała potencjał, jaki tkwi w tej opowieści.

24-04-2018
Oficjalna recenzja

Maggie O'Dell jest cenioną profilerką, bez pracy której każde policyjne śledztwo trwałoby zdecydowanie dłużej. Po latach nauki i miesiącach spędzonych przy biurku, O'Dell dostaje propozycję działania w terenie. I to od razu przy mocnej sprawie seryjnego mordercy, nieuchwytnego, przebiegłego i okrutnego. Agentce trudno nie skorzystać z takiej możliwości i to śledztwo na zawsze ukształtuje ją jako policjantkę.

03-04-2018
Oficjalna recenzja

Napisana w pierwszej osobie powieść zaskakuje fabułą, w której wydarzenia przeplatają się ze retrospekcją, fakty z opiniami i odczuciami Toma, co skutecznie utrudnia czytelnikowi odkrycie prawdy o wydarzeniach na Krecie. Czytelnik, podobnie jak Mara, nie ma pewności, czy pewne wydarzenia miały miejsce, czy są wytworem wyobraźni archeologa.

27-03-2018
Oficjalna recenzja

Siódme spotkanie z Chyłką i Zordonem to nie tylko nowa sprawa dla ambitnej prawniczki, ale i próba wyjścia obojga bohaterów na prostą. Życie jej i Zordona skomplikowało się, ale trudno nie odnieść wrażenia, że tych dwoje zachowuje się jak pijane dziecko we mgle. Trochę niefortunne porównanie w odniesieniu do Joanny, ale jednak. Tym razem kancelaria musi zmierzyć się z dziką reprywatyzacją, a także z wydarzeniem, które na zawsze zmieni układ sił w biurowcu Skylight.

14-03-2018
Oficjalna recenzja

Trzecia odsłona kryminalnej serii ponownie zabiera czytelnika w sam środek rodzimego show-biznesu, a dokładniej za kulisy przemysłu muzycznego. To wokół niego toczy się śledztwo warszawskiej policji i oczywiście Róży, której pomagają przyjaciele znani z poprzednich książek Alka Rogozińskiego. I tym razem opis rzeczywistości podszyty jest ironią, a czasem nawet drobnymi uszczypliwościami, akcja pędzi, a podejrzani zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-02-21 17:30:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam
Cykl: Ana Arén (tom 1)
 
2019-02-19 16:48:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Autor:
 
2019-02-16 15:52:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Cykl: Tom Douglas (tom 1) | Seria: Mroczna Seria

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
W 2016 roku recenzowałem Obce dziecko nieznanej wtedy na polskim rynku wydawniczym Rachel Abbott. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii – tam autorka od dawna była czytana i odnosiła kolejne sukcesy, zdobywając prestiżowe nagrody. Trochę więc dziwiłem się, że Filia/Mroczna Strona zaczyna serię od IV tomu, ale wydawnictwo miało ku temu konkretny powód....
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
W 2016 roku recenzowałem Obce dziecko nieznanej wtedy na polskim rynku wydawniczym Rachel Abbott. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii – tam autorka od dawna była czytana i odnosiła kolejne sukcesy, zdobywając prestiżowe nagrody. Trochę więc dziwiłem się, że Filia/Mroczna Strona zaczyna serię od IV tomu, ale wydawnictwo miało ku temu konkretny powód. A nawet dwa. Po pierwsze Obce dziecko spotkało się z bardzo przychylnym przyjęciem przez czytelników na rynku brytyjskim. Po drugie – trzy wcześniejsze odsłony serii z nadinspektorem Tomem Douglasem początkowo ukazały się jedynie w dystrybucji cyfrowej i bez profesjonalnej redakcji, co nie mogło nie przełożyć się na jakość fabuły.

Rachel Abbott wykorzystała możliwości, jakie debiutantom daje Amazon i szybko okazało się, że jej ebooki biją rekordy pobrań. Reszta jest już historią. Wspominam o tym wszystkim przy okazji Tylko niewinnych nie bez powodu. Trudno bowiem nie zauważyć, że pierwszy tom z bestsellerowej serii nie jest najlepszą książką w dorobku Abbott, ale ważną, ponieważ wprowadza postać Toma Douglasa i sygnalizuje styl oraz tematykę preferowane przez brytyjską autorkę. Mając w pamięci następne jej tytuły, trzeba docenić pracę nad warsztatem i doskonalenie niełatwej sztuki konstruowania misternych zagadek kryminalnych.

Nadinspektor Tom Douglas przeżywa zawirowania w życiu osobistym. Za to w pracy wiedzie mu się znacznie lepiej. Z Manchesteru przeprowadza się do Londynu i już na samym początku służby w policji metropolitalnej trafia się sprawa, która dobrze poprowadzona, pozwoli mu w pełni wykazać się i przyczyni się znacząco do rozwoju kariery. W swoim londyńskim domu zostaje zamordowany sir Hugo Fletcher – milioner – filantrop, przedstawiciel wyższych sfer finansowych i towarzyskich. Wsławił się prowadzeniem organizacji pomagającej kobietom z Europy Wschodniej, które padły ofiarą przestępstw na tle seksualnym. Dlatego policja jest nieomal pewna, że za tym morderstwem kryje się niejedna zagadka. Im dłużej trwa śledztwo, które Tom Douglas prowadzi z inspektor Becky Robinson, tym na jaw wychodzą coraz bardziej przerażające fakty, a policjant będzie zmuszony podjąć, niełatwą z moralnego punktu widzenia, decyzję.

Tylko niewinni otwiera serię z nadinspektorem Tomem Douglasem i wprowadza bohaterów, którzy będą pojawiać się w kolejnych częściach. Czytelnik ma więc możliwość przyjrzenia się przeszłości głównego bohatera, a także poznać styl pisarski Rachel Abbott. Trzeba jednak uczciwie napisać, że debiutancka powieść specjalnie nie porywa, choć pokazuje, jaki gatunek jest autorce najbliższy. Abbott lubi skomplikowane intrygi kryminalne, przygląda się niełatwym relacjom rodzinnym i towarzyskim, nie ucieka od trudnych tematów dotyczących przemocy domowej wobec kobiet i dzieci. To zawsze mocna strona jej powieści, które z pewnością przyczyniły się do popularyzacji thrillera psychologicznego w konwencji domestic noir. Te elementy czytelnik znajdzie również w omawianym debiucie, ale w moim odczuciu gubią się one w nadmiernie rozbudowanej warstwie obyczajowej i lekko przekombinowanej narracji. Główna bohaterka pisze listy, które głównie mnie irytowały jej … naiwnością, ale treść korespondencji w zasadniczy sposób wpływa na ocenę bieżących wydarzeń. A te jasno pokazują, że przemoc, jaka by nie była, rani zawsze tak samo mocno.

Bardzo lubię powieści Rachel Abbott i cieszę się, że cała seria z Tomem Douglasem jest już dostępna po polsku. Wprawdzie czytana niechronologicznie wprowadza element chaosu w wątku osobistym policjanta, ale ponieważ każda sprawa kryminalna to zamknięta całość, więc można przymknąć oko na taką niedogodność. Ciekawie jest też prześledzić rozwój cyklu, którego początkowe odsłony to połączenie kryminału z powieścią obyczajową, a także mnogość wątków, postaci i tematów, co momentami potrafi znużyć. Póki co, z książki na książkę jest tylko lepiej i mam nadzieję, że tendencja wzrostowa utrzyma się, podobnie jak i sama seria, która na swój sposób definiuje gatunek domestic noir.

pokaż więcej

 
2019-02-12 08:48:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Cykl: Damian Werner (tom 2)
 
2019-02-08 18:55:23
Ma nowego znajomego: arcytwory
 
2019-02-08 18:55:07
Ma nowego znajomego: Michał
 
2019-02-07 17:10:54
Ma nowego znajomego: magia_stron
 
2019-02-07 17:10:42
Ma nowego znajomego: Sanka
 
2019-02-05 21:57:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Kwartet szetlandzki (tom 3)

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Właśnie mija dziesięć lat od pierwszego polskiego wydania powieści Ann Cleeves w cyklu nazywanym Kwartetem Szetlandzkim. Dekadę temu ukazały się tylko dwa pierwsze tomy i dopiero wznowienie po latach przez Wydawnictwo Czwarta Strona Czerni Kruka, a następnie Bieli nocy dało nadzieję na poznanie kolejnych odsłon cyklu. Słowo się rzekło i oto polski...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Właśnie mija dziesięć lat od pierwszego polskiego wydania powieści Ann Cleeves w cyklu nazywanym Kwartetem Szetlandzkim. Dekadę temu ukazały się tylko dwa pierwsze tomy i dopiero wznowienie po latach przez Wydawnictwo Czwarta Strona Czerni Kruka, a następnie Bieli nocy dało nadzieję na poznanie kolejnych odsłon cyklu. Słowo się rzekło i oto polski czytelnik ma wreszcie okazję poznać dalsze losy detektywa inspektora Jimmy’ego Pereza i innych mieszkańców, malowniczo położonego, archipelagu wysp. Czerwień kości to przedostatnia część wspomnianego Kwartetu, ale mam nadzieję, że po polsku zostaną wydane wszystkie części, których jest osiem. Przed czytelnikami jeszcze Błękit błyskawicy. I oby na nim się nie skończyło.

Na Szetlandach wiosna, ale wyspy wciąż otula wszechobecna mgła. Mieszkańcy są jednak do niej przyzwyczajeni i życie zdaje się toczyć utartym szlakiem. W Whalsay trwają wykopaliska, które potwierdzają, że Szetlandy odgrywały w XV wieku istotną rolę w Lidze Hanzeatyckiej. Wśród skarbów, które oddała ziemia, młoda archeolożka odkryła ludzkie szczątki. Może pochodzą one z zamierzchłej przeszłości, może są dowodem całkiem niedawnych, tragicznych wydarzeń. Niedługo potem spokój wysypu zakłócają dwa morderstwa, które tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Detektyw inspektor Jimmy Perez i tym razem ma ręce pełne roboty. Już wie, że im mniejsza społeczność, tym większa determinacja do zachowania tajemnicy. Nawet za najwyższą cenę.

Czerwień kości to trzeci tom Kwartetu Szetlandzkiego i Ann Cleeves ma świadomość, że cykl, również powieściowy, rządzi się swoimi prawami. Dlatego czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców Szetlandów i zagłębia się w zawiłości skomplikowanych relacji między dwiema nowymi rodzinami. Zagadkowe morderstwa łączy więcej, niż wygląda to na pierwszy rzut oka, a zaszłości sięgają odległych czasów. Pieniądze i namiętności od zawsze prowadziły ludzi do zguby i nie inaczej jest z mieszkańcami archipelagu wysp. Mimo zimnego klimatu, wyspiarze miewają gorący temperament i to on jest sprawcą całego szeregu nieszczęść, które spotkały bohaterów trzeciej odsłony serii brytyjskiej autorki.

Śledztwo prowadzi niezastąpiony Jimmy Perez i choćby dla tej postaci warto czytać cykl Ann Cleeves. W tym tomie towarzyszy mu młody policjant Sandy Wilson, dla którego dochodzenie ma podwójne znaczenie – może wiele nauczyć się od doświadczonego Pereza, ale i będzie zmuszony zweryfikować swoje wyobrażenie na temat najbliższych mu ludzi. Autorka pokazała już wcześniej, że potrafi pochylić się nad swoimi bohaterami, uwikłać ich w niełatwe moralnie wybory i wyraźnie zaakcentować psychologię postaci. Perez też nie ma łatwo – jego nowy związek wciąż jest bardzo młody i detektywem targają sprzeczne emocje. Cleeves nie popada jednak w tani sentymentalizm, dzięki czemu Perezowi tylko się kibicuje, licząc na szczęśliwe zakończenie.

Ann Cleeves kupiła mnie od pierwszego tomu i nic nie wskazuje na to, żeby moje uczucia wobec serii miały się zmienić. W Czerwieni kości znów nie ma pędzącej na złamanie karku akcji, jest za to skomplikowana zagadka kryminalna, suspens i niesamowity klimat, który wydaje się trudny do podrobienia. W tej odsłonie cyklu warstwa obyczajowa chwilami góruje nad kryminalną, ale to wszystko po to, aby jeszcze bardziej zaskoczyć czytelnika, choć może lepiej napisać o celowej jego dezorientacji. Autorka podrzuca wiele tropów, ale tylko nieliczne okażą się cenną wskazówką do rozwikłania zagadki kryminalnej. I moim zdaniem, o to właśnie w tym wszystkim chodzi. Po zaskakującym finale niecierpliwie czekam na ostatni tom pod tytułem Błękit błyskawicy. A potem na kolejne cztery, bo właśnie na półce z kryminałami zrobiłem sobie miejsce na wszystkie osiem tomów.

pokaż więcej

 
2019-02-04 22:37:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam, Ulubione
Autor:

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Sięgając po Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. O autorce powieści, Jesmyn Ward przeczytałem tylko, że jest dwukrotną laureatką prestiżowej National Book Award, a jej proza zbiera wysokie oceny, zarówno od krytyków, jak i od czytelników. Przeczytałem zaledwie kilka pierwszych stron i wiedziałem, że będę miał...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Sięgając po Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. O autorce powieści, Jesmyn Ward przeczytałem tylko, że jest dwukrotną laureatką prestiżowej National Book Award, a jej proza zbiera wysokie oceny, zarówno od krytyków, jak i od czytelników. Przeczytałem zaledwie kilka pierwszych stron i wiedziałem, że będę miał do czynienia z książką jeśli nie znakomitą, to na pewno bardzo, bardzo dobrą. Intuicja i tym razem mnie nie zawiodła, ponieważ Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie uwiodła mnie zaskakującym elementem fabuły i tym samym świeżym spojrzeniem na, wydawać by się mogło, wyeksploatowaną tematykę.

Bohaterem powieści jest trzynastoletni Jojo, który wraz z matką i dziadkami mieszka na amerykańskim południu w Bois Sauvage. Babcia Jojo, nazywana w książce Mamcią i dziadek, czyli Tatko, tak naprawdę wychowali chłopca i i jego młodszą siostrę, ponieważ ich matka Leonie nie dorosła do swojej roli, trwoniąc młodość na narkotyki. Ojciec dzieci, Michael, przebywa w okrytym złą sławą więzieniu Parchman, które mieszkańcy Missisipi pamietają jeszcze z czasów przed zniesieniem niewolnictwa. Fabuła powieści koncentruje się na wyprawie Leonie i jej dzieci do Parchman, aby odebrać zwolnionego z więzienia męża i ojca. Podczas tego wyjazdu czytelnicy stopniowo poznają skomplikowane losy rodziny, których dzieje mieszają się z historią Stanów Zjednoczonych. Jojo i jego siostra Kayla pochodzą z mieszanego małżeństwa, co sprawia, że już na starcie ich życie nie będzie łatwe, szczególnie w tej części Ameryki, która wciąż pamięta czasy niewolnictwa i segregacji rasowej.

Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie mogła być jeszcze jedną fabułą o dysfunkcyjnej rodzinie, powieścią drogi (która w literaturze amerykańskiej ma bogatą tradycję), wreszcie historią o tym, jak trudno jest kultywować tradycje i wierzenia, kiedy wokół wciąż napotyka się głównie na wrogość. Jesmyn Ward interpretuje gatunek po swojemu, wprowadzając postaci, których obecność w powieści decyduje o tym, że jej trzecia książka jest wyjątkowa. Napiszę jedynie, że Jojo i jego matka mają pewien dar, który pozwala im inaczej spojrzeć na świat wokół, a czytelnikowi daje on szansę na poznanie rodzinnych tajemnic w nietypowy sposób – może niekoniecznie bardzo odkrywczy, ale w tej konkretnej historii sprawdzający się znakomicie. Dzięki kontrastowi wprowadza niepokój, dzięki wieloznaczności – nieoczekiwaną głębię przekazu.

Jesmyn Ward konstruuje swoją opowieść w oparciu o bohaterów, obok których nie sposób przejść obojętnie. Ich wzajemne relacje budzą w czytelniku całą gamę emocji, zaskakują, zmuszają do głębokiej refleksji. Leonie, która z pewnością nie jest archetypem matki nie potrafi/nie umie zbudować więzi z własnymi dziećmi, a jej niechęć wobec nich i nieporadność aż bolą. Ze skrawków opowieści Mamci i Tatki, z metafizycznych przeżyć Jojo i Leonie, wreszcie z ułamków historii powstaje mocna, zapadająca w pamięć proza, pokazująca, że Ameryka nadal nie uporała się z trudną przeszłością swojego wielokulturowego narodu. Biali rodzice Michaela nigdy nie pogodzili się z faktem, że ich syn związał się z Afroamerykanką i dają upust swojej niechęci wobec synowej i wnuków nieomal na każdym kroku. Prostolinijny Tatko, opoka rodziny, żyje z rysą na wizerunku, a wydarzenie z przeszłości wciąż głęboko tkwi w jego podświadomości.

Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie zapada głęboko w pamięć, a jej bohaterowie zostają w świadomości czytelnika na długo po lekturze. Ogromna w tym zasługa Jędrzeja Polaka, który po raz kolejny pokazał, że w tłumaczeniu trudnych tekstów nie ma sobie równych. Powieść Jesmyn Ward jest napisana pozornie bez większych emocji, ale cały ich bagaż autorka przemyca w gestach, sposobie zachowania postaci, tym jak formułują wypowiedzi. Język jej prozy jest jednocześnie prosty i poetycki, pozornie bezuczuciowy i momentami wręcz naturalistyczny, ale pięknie operujący metaforą. To wszystko sprawia, że opowieść o mieszkańcach Bois Sauvage w Missisipi nie epatuje tanią ckliwością (pewnie mogłaby), a o sprawach ocierających się o metafizyczne doświadczenie opowiada bez zbędnego patosu. I ten niesamowity klimat powieści oddaje Jędrzej Polak, mistrzowsko żonglując polszczyzną przekładu.

Proza Ward oczarowała mnie nietypowym podejściem do tematu, umiejętnością swobodnego przechodzenia między gatunkami, wreszcie kreacją bohaterów i samą fabułą, bogatą w emocje i odniesienia. Po przeczytaniu Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie wiem już, dlaczego Ward typuje się na jedną z najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarek, a jej książki traktowane są jako mocny głos w dyskusji na temat współczesnej Ameryki. Ale nawet bez wyraźnych odniesień do amerykańskiego tu i teraz, proza Ward to fantastyczne doznanie czytelnicze, które porywa i na długo zapada w pamięć. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki.

pokaż więcej

 
2019-02-04 22:36:24
Ma nowego znajomego: Gizela
 
2019-02-04 22:36:15
Ma nowego znajomego: rudy_lisek_czyta
 
2019-02-01 15:37:54
Zagłosował w plebiscycie "Książka Roku 2018 lubimyczytać.pl"
Jakie książki były najlepsze i najpopularniejsze w roku 2018? Zagłosuj w Plebiscycie i wybierz Książki Roku 2018. Książki, Autorzy i Wydawnictwa czekają na głosy swoich czytelników. Zapraszamy!
 
2019-02-01 15:25:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Syreny pojawiają się w literaturze już w czasach mitologicznych i właściwie od samego początku symbolizują ulotne szczęście, a raczej jego zgubną ułudę. Ofiarami ponętnego śpiewu syren zostali towarzysze Odyseusza, a Homer w Odysei opisywał je jako niebezpieczne morskie potwory, których uroda idzie w parze z przebiegłością i okrucieństwem. Przez wieki...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Syreny pojawiają się w literaturze już w czasach mitologicznych i właściwie od samego początku symbolizują ulotne szczęście, a raczej jego zgubną ułudę. Ofiarami ponętnego śpiewu syren zostali towarzysze Odyseusza, a Homer w Odysei opisywał je jako niebezpieczne morskie potwory, których uroda idzie w parze z przebiegłością i okrucieństwem. Przez wieki wokół syren narosło wiele legend, a one same zostały bohaterkami niezliczonych morskich opowieści, snutych przez powracających z odległych krain marynarzy. Od czasu do czasu przywozili oni z egzotycznych wypraw rzekome syreny, których zasuszone ciała wystawiano na widok publiczny, dostarczając spragnionym wrażeń mieszkańcom portowych miast niezdrowej, ale jakże ekscytującej rozrywki. Do tej fascynacji niezwykłością i egzotyką nawiązuje w swojej debiutanckiej powieści Imogen Hermes Gowar. Syrena i Pani Hancock została zainspirowana eksponatami, przy których pracowała w muzeum autorka. I w słowie inspiracja należy szukać klucza do interpretacji wydarzeń, które budują fabułę jej debiutu. 

Mieszkający pod Londynem kupiec Jonah Hancock dowiaduje się, że jeden z jego wypełnionych po brzegi towarami statek nie wróci już do portu przeznaczenia. W ramach zadośćuczynienia Hancock otrzymuje od swojego kapitana syrenę, kupioną za ogromne pieniądze gdzieś na drugim końcu świata. Zdezorientowany kupiec nie ma pojęcia, co zrobić z nietypowym prezentem, ale kapitan Jones sugeruje, aby truchło morskiego potwora wystawić na widok publiczny i w ten sposób odzyskać utracone pieniądze. Wieść szybko rozchodzi się po Londynie i wkrótce Hancock dostaje propozycję nie do odrzucenia. Pani Chappell chce wypożyczyć syrenę do  pokazów w swoim słynnym domu uciech. Prostoduszny wdowiec otrzymuje w ten sposób bilet do świata, o istnieniu którego jedynie słyszał. Blichtr luksusowych kurtyzan i uciechy wielkiego maista kuszą go, niczym śpiew mitycznych syren marynarzy Odyseusza. Cena za bycie częścią tego świata wydaje się niewspółmiernie wysoka, ale pan Hancock podjął już pewne decyzje i odwrotu nie ma.

Debiutancka powieść Imogen Hermes Gowar rozgrywa się pod koniec XVIII wieku w Londynie i z pewnością nie jest to przypadek. W tym czasie angielska stolica to nie tylko ogromny port, do którego zawijają statki z całego świata, ale  i tętniąca życiem metropolia. Miasto, które potrafi zaoferować bardzo dużo, wystarczy dysponować tylko odpowiednimi funduszami. W XVIII wieku także, dynamicznie rozwija się literatura rozrywkowa, powstają pierwsze nowożytne powieści, w których wątki obyczajowe mieszają się z opisami dalekich podróży i awanturniczym trybem życia bohaterów. Mieszkańcy dużych miast łakną rozrywki, których może dostarczyć zarówno syrena pana Hancocka, jak i podopieczne pani Chappell. Te wszystkie elementy stanowią kanwę Syreny i Pani Hancock, powieści, która zaskakuje, bo odmalowuje portret miasta i jego mieszkańców nowocześnie, ale jednak z dbałością o prawdę historyczną i z humorem, choć raczej o gorzkim posmaku. 

Imogen Hermes Gowar odważnie podąża ścieżkami, które w literaturze XIX wieku wytyczyli Charles Dickens i Jane Austen. Autorka zresztą podkreśla w wywiadach, że nie odżegnuje się od schedy po wielkich literackich poprzednikach. Jak Dickens opisuje Londyn i jego mieszkańców, skupiając się raczej na niższych warstwach społecznych, prowadząc czytelnika w ciemne miejskie zaułki w podejrzanych okolicach. I jak Austen kreśli postaci kobiet, z których każda pełni przypisaną im społecznie rolę, marząc jednak o zmianie statusu. Czytając Syrenę i Panią Hancock nie sposób nie wyczuć delikatnie zgryźliwego humoru, który tak podoba mi się w stylu autorki Dumy i uprzedzenia. Jeśli przymknąć oko na profesję syren pani Chappell, to powieść Gowar jest po prostu opowieścią o kobietach w czasach, kiedy ich rola w społeczeństwie sprowadzała się głównie do funkcji reprezentacyjnych, albo co najwyżej służebnych wobec mężczyzn.

Jest też książka brytyjskiej autorki sporym zaskoczeniem, choćby dlatego, że motyw tytułowej syreny przewija się głównie w tle. Jej pojawienie się na początku powieści stanowi punkt wyjścia do solidnie napisanej, niepozbawionej jednak wdzięku i lekkości powieści obyczajowej. Sugerowana tytułem atmosfera tajemniczości przemyka gdzieś między stronami, by ujawnić się w nieoczywisty sposób w finale opowieści. I mnie się takie rozwiązanie bardzo podoba, bo choć końcówka książki porządkuje wątki, jednak oczekiwany element nieopowiedzenia wyraźnie wybrzmiewa mocną nutą.

Powieść historyczna a może fikcja historyczna? Z pewnością Syrena i Pani Hancock Imogen Hermes Gowar to niespieszna powieść z wątkami obyczajowymi raczej dla czytelnika, który lubi wczytać się w fabułę, dostrzegać nieoczywiste detale w opowieści, bawić się konwencją gatunku, nawiązującą dalekim echem do awanturniczych powieści z końca XVIII wieku. Mitologiczne opowieści o syrenach zainspirowały autorkę do napisania powieści w starym, dobrym stylu. Może nie dla każdego, ale nie od dziś wiadomo, że nie ocenia się książki po okładce. Nawet bardzo ładnej. Cała reszta jest kwestią gustu. 

pokaż więcej

 
2019-01-27 08:18:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Egzemplarz recenzencki, Posiadam
Autor:

Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Lata temu nauczyłem się, żeby pod żadnym pozorem nie oceniać książki po okładce. Wciąż jeszcze zapominam o tej zasadzie, czytając opisy od wydawcy, zachęcające do sięgnięcia po konkretny tytuł. Zdanie się na przyciągającą wzrok okładkę i intrygujący tytuł często niesie za sobą ryzyko rozczarowania. W przypadku Taylora Adamsa, ma moją decyzję o lekturze...
Tomasz Radochoński www.nowalijki.com
***
Lata temu nauczyłem się, żeby pod żadnym pozorem nie oceniać książki po okładce. Wciąż jeszcze zapominam o tej zasadzie, czytając opisy od wydawcy, zachęcające do sięgnięcia po konkretny tytuł. Zdanie się na przyciągającą wzrok okładkę i intrygujący tytuł często niesie za sobą ryzyko rozczarowania. W przypadku Taylora Adamsa, ma moją decyzję o lekturze powieści miały wpływ, po trosze, oba czynniki. A jak w konfrontacji oczekiwania – rzeczywistość wypadły jego Bezbronne? A no wypadły tak sobie, żeby nie napisać, że okazały się sporym rozczarowaniem, choć dramatu nie było.

Darby Thorne, młoda studentka historii sztuki, decyduje się spędzić święta Bożego Narodzenia wraz z rodziną. Nie ma specjalnie ochoty na długą podróż w czasie narastającej zamieci śnieżnej, ale dramatyczne okoliczności zmuszają ją do ruszenia w drogę. Burza śnieżna skutecznie paraliżuje ruch na kluczowych autostradach i Darby wkrótce będzie zmuszona zatrzymać się pośrodku niczego w samym sercu Gór Skalistych. Postanawia przeczekać największe opady na postoju, w budynku którego spotyka cztery osoby. I może jakoś przetrwałaby tych kilka godzin, gdyby nie szokujące odkrycie, którego dokonała na parkingu, szukając zasięgu. Odniosła bowiem wrażenie, że w jednym z aut zauważyła uwięzioną dziewczynkę. Od tego momentu akcja przyspiesza, a wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie …

Bezbronne Taylora Adamsa zapowiadały się na mroczny, gęsty od emocji thriller psychologiczny, od którego nie sposób się oderwać. I takie wrażenie towarzyszy czytelnikowi przez pierwszych kilkadziesiąt stron. Autor może nie wymyśla gatunku na nowo, korzysta bowiem ze sprawdzonych motywów, stale obecnych w powieściach kryminalnych i sensacyjnych. Grupa obcych sobie ludzi, zamkniętych w odciętym przez żywioł pomieszczeniu, brak kontaktu ze światem zewnętrznym i tajemnica, która skutecznie zagęszcza atmosferę. I tak, to wszystko znajdzie się w Bezbronnych. Sęk w tym, że w pewnym momencie autor zmienia kierunek swojej opowieści i serwuje czytelnikowi krwawą jatkę z całym szeregiem wydarzeń, które niewiele mają wspólnego z logiką (o rzeczywistości nie wspominam, nie oczekuję jej w książkach gatunkowych). Trudno napisać coś więcej, aby nie zdradzić niczego z fabuły, ale Darby chwilami ociera się o nieśmiertelność, a typowani na groźnych bohaterów – o śmieszność, słowem Hulaj dusza, piekła nie ma. Ciekawe, czy ktoś zauważył że czynnik, który zadecydował o zatrzymaniu się Darcy na postoju, pod sam koniec powieści nie miał żadnego znaczenia, choć minęło zaledwie kilka godzin? Albo wątek kierowcy ciężarówki? Naprawdę rzadko czepiam się błędów logicznych w powieściach, ale w Bezbronnych aż biją one po oczach.

Najzabawniejsze jest to, że choć książka Taylora Adamsa nie przypadła mi do gustu, to spokojnie mogę ją wybronić. Jeszcze w czasie lektury wymyśliłem, że autor celowo przerysował wydarzenia w swojej powieści, poszedł w stronę pastiszu gatunku i stylistyki rodem z filmów Wesa Carvena i przede wszystkim Quentina Tarantino. Tylko nawiązaniem do filmów obu reżyserów tłumaczę sporą dawkę przemocy, odrealnienie wydarzeń i specyficzny (momentami czarny) humor tej historii. Być może Adams, pisząc tę powieść myślami był już przy jej ekranizacji? Jeśli tak, to może lepiej, żeby za sfilmowanie Bezbronnych zabrał się ktoś bardziej doświadczony w swoim fachu.

Owszem, Bezbronne czyta się szybko, wydarzenia pędzą, ale mroczny klimat ulatnia się wraz rozwojem fabuły. W mojej ocenie autor zwyczajnie zmarnował ciekawy pomysł na powieść i jej potencjał. Wiem jednak, że co czytelnik to inna opinia i jak zawsze zachęcam do sprawdzenia na sobie, na ile pomysł na fabułę okazał się celny. Mam jednak wrażenie, że to jedna z tych powieści, o których za kilka miesięcy nikt nie będzie specjalnie pamiętał. Choć kto wie, może i tutaj się mylę?

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
364 314 4456
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (166)

Ulubieni autorzy (11)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd