Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/

Jak zostałam audiobookowym potworem

32 wartościowy tekst

Wiem, co sobie myślicie - że to kolejny tekst o tym, dlaczego audiobooki są lepsze od książek papierowych albo na odwrót. W tym momencie pewnie przewracacie oczami, ziewacie, co bardziej wrażliwsi pewnie wyrywają sobie włosy z głowy, a co bardziej stanowczy już dawno wyłączyli tę stronę lub po prostu zobaczywszy tytuł tego tekstu, nie rozwinęli go. Czy słusznie? Możliwe, że tak. Jeśli jednak boicie się, że spotka Was tutaj kolejna lista za i przeciw, kolejne fakty, wyliczenia bądź wyniki jakichś tajemniczych badań i ankiet - możecie być spokojni, bo nic takiego nie będzie tu miało miejsca. Przed Wami rozciąga się tylko całkiem niewinny, zwykły, nudny i jak najbardziej osobisty tekst o tym, jak stworzono audiobookowego potwora. Czyli mnie.

Przekonywanie mnie do takiej formy zapoznawania się z treścią książki trwało niemalże latami i szło jak po grudzie.

Przekonywanie mnie do takiej formy zapoznawania się z treścią książki trwało niemalże latami i szło jak po grudzie. Nie było chyba nikogo, kto swego czasu przekonałby mnie do słuchania książki. Szłam w zaparte, rękami i nogami broniąc się przed audiobookami. Mało tego! Poszłam o krok dalej i bezczelnie wyśmiewałam się z tych, którzy w ten sposób odhaczali kolejne książki na półce przeczytanych w bieżącym roku. A że osobą z takimi skłonnościami, którą miałam zawsze pod ręką, był mój narzeczony… no cóż - powiedzieć, że wrednie się z niego naigrawałam, to nie powiedzieć nic. Kiedy teraz sobie to przypominam, dochodzę do wniosku, że byłam zwyczajnie, tak po ludzku zazdrosna. Doganiał mnie bowiem, a bywały chwile, że nawet wyprzedzał o jeden tytuł, w naszym wyścigu „Przeczytane w roku takim a takim” (nie oceniajcie nas - każdy związek ma swoją własną rywalizację. My mamy taką. Chcecie rzucić kamieniem? Radzę spróbować książką - postaram się złapać i jak najszybciej przeczytać). Nigdy co prawda nie dałam się wyprzedzić o więcej niż dwie książki, kiedy jednak dochodziło do takiej sytuacji, nadrabiałam zaległości, bym tym razem to ja wyprzedzała go o dwa razy tyle. Ale zazdrość pozostawała. Czy to podłe uczucie, nad którym tak trudno zapanować, mogło mnie jednak skłonić do sięgnięcia po audiobooka? A skąd! Mam swoją dumę (głupią, ale mam), więc jak raz postanowiłam, tak trzymałam się tego niczym świętej księgi. W końcu jednak zaczęłam tonąć, czego Wy, szczwane bestie, na pewno się już domyśliliście.

Taka książka nie była moim zdaniem godna, by określać ją mianem „przeczytanej”, lecz co najwyżej „przesłuchanej”.

Przed zatonięciem jednak moja potrzeba naśmiewania się z słuchania książek osiągnęła jednak punkt kulminacyjny. Taka książka nie była moim zdaniem godna, by określać ją mianem „przeczytanej”, lecz co najwyżej „przesłuchanej”. Z podniesioną wysoko głową twierdziłam, że gdybym tylko zaczęła słuchać audiobooków (oczywiście dodając, że nigdy, ale to przenigdy tego nie zrobię), wyprzedziłabym mojego książkowego rywala o lata świetlne. Kiedy próby nakłonienia mnie do tej formy mimo wszystko nie ustawały, argumentowałam, jak mogłam. Uparcie twierdziłam, że moje myśli to drużyna piłkarska, która zaraz po gwizdku rozbiega się na wszystkie strony, zapominając o układzie zaplanowanym przez trenera. Jak więc skupić je na czytanej mi przez kogoś treści książki? Zresztą, czy nie w ten sposób usypiała mnie mama, kiedy byłam mała? Czy nie w ten sposób ja sama usypiałam moją siostrzenicę, kiedy do mnie przyjeżdżała? Czy z tego mogło w ogóle wyniknąć coś dobrego? Poza snem oczywiście. Czy nie jestem za duża, żeby ktoś mi czytał? W końcu nie po to wertowałam nieśmiertelne „Dzieci z Bullerbyn” (książka niemal całkowicie się już rozpadła) aż nauczyłam się składać wszystkie literki, żeby teraz ktoś robił to za mnie! Nadszedł jednak ten sądny dzień, kiedy wszystkie mury runęły. Jeśli mam być szczera - nie jestem pewna, co takiego wydarzyło się, że woda w fosie, którą się otoczyłam przed audiobookami, stopniowo wytracała swój poziom, a ostatecznie wyparowała. Nie znam dokładnego dnia ani godziny, ale jesteście w błędzie, jeśli myślicie, że pierwszy raz był bezbolesny i zwieńczony happy endem.

Ten, który od lat przekonywał mnie do audiobooków, za nic miał delikatność, stopniowe oswajanie mnie i subtelność. Wytoczył ciężkie działa, więc nic dziwnego, że nie od razu zapałałam miłością do książek w wersji audio. Wiecie, co puścił mi jako pierwsze? „NiezwyciężonegoLema. No i fakt - nie udało mi się go zwyciężyć. Poległam tak szybko, jak to tylko było możliwe. Czy jednak sprawiedliwie było obwiniać samą książkę? Może wina leżała we mnie? Może po prostu są osoby, których przeznaczeniem są wyłącznie książki papierowe?

Naprawdę byłam skłonna w to uwierzyć. Później nadszedł czas na „Krew na śnieguautorstwa Jo Nesbø. A że nigdy nie było mi jakoś po drodze z norweskim pisarzem - nie wiedziałam, czego się spodziewać. Momentami szło dość ciężko, nie mogłam w pełni skupić się na czytanym przez Krzysztofa Gosztyłę tekście, choć sama powieść mi się podobała. Zdarzyło mi się jednak parę razy, że - co okazywało się już później - nie zarejestrowałam pewnych faktów fabularnych, bądź zrozumiałam je błędnie. No cóż - początki nierzadko bywają trudne. Największą zaletą jednak, jaką zauważyłam podczas słuchania „Krwi na śniegu, czyli mojego pierwszego przesłuchanego w całości audiobooka, było to, że mogłam wykonywać pewne drobne czynności, których trzymanie książki by mi uniemożliwiło. Nie było tego dużo, bo ze względu na brak odpowiedniego sprzętu mobilnego posiłkowałam się słuchawkami podpiętymi do komputera, ale mogłam na przykład pomalować sobie paznokcie czy uporządkować biurko. Eureka!

Pierwsze koty za płoty, czas na płotkę. Czyli Geralta z Rivii i jego konia. Z „Ostatnim życzeniemzapoznałam się niegdyś w formie tradycyjnej i choć była to dla mnie niezwykle przyjemna literacka podróż - jakoś topornie szło mi sięgnięcie po kolejne tomy. A przecież chciałam wiedzieć, co się wydarzy! Pozostałych Wiedźmińskich książek słuchałam już na telefonie, mogłam więc swobodnie poruszać się wszędzie i do woli. I wierzcie mi - korzystałam z tego z ogromną radością. Gdzie więc nie poszłam, towarzyszył mi Biały Wilk, poezja Jaskra i woń bzu i agrestu (tu proponuję przypomnieć sobie ten specyficzny ton pana Gosztyły i właśnie w ten sposób to przeczytać: bzu i agrestu...). Z początkową niepewnością jednak zabrałam się za jednoczesne słuchanie i wykonywanie codziennych domowych czynności. Czy to się może udać? Ale skoro już mam wolne ręce, a w zasadzie całe ciało, muszę to jakoś wykorzystać. Audiobook zaczął towarzyszyć mi więc podczas zmywania, gotowania, odkurzania, wypraw do sklepu, spaceru z psem… Nie obyło się oczywiście bez pewnych zgrzytów - zdarzało się, że jakaś myśl niezwiązana z książką tak mną zawładnęła (no co to za zacieki na tej szklance?), że musiałam przewijać audiobooka o dobrych kilka minut do tyłu (szkoda, że nie da się zrobić tego samego z uciekającą w podskokach myślą!). Jednak uroki słuchania książki i przywileje, jakie to ze sobą niosło, zaczęły docierać do mnie coraz śmielej i jaśniej, by w pewnym momencie stać się po prostu objawieniem. Zaczęłam przebierać w tytułach, skupiać się nie tylko na treści, ale także na intonacji i barwie głosu lektora, a jednocześnie miałam wciąż wolne ręce, które w tym czasie piekły chleb, szorowały wannę, czesały psa, kroiły warzywa, ścierały kurze.

Czas, który normalnie upływał mi na sprzątaniu czy gotowaniu bądź innych obowiązkach, teraz mogłam także przeznaczyć na jednoczesne zapoznawanie się treścią kolejnych powieści.

Czas, który normalnie upływał mi na sprzątaniu czy gotowaniu bądź innych obowiązkach, teraz mogłam także przeznaczyć na jednoczesne zapoznawanie się treścią kolejnych powieści. Jak mogłam nie dostrzegać tego wcześniej? Jak mogłam kiedyś zmywać, nie słuchając audiobooka? Jak mogłam kroić ciasto na makaron do niedzielnego rosołu, nie zatapiając się w którąś z fabuł? Byłam taka biedna, tak pozbawiona wielu fantastycznych historii, że aż mi siebie szkoda. No dobrze, może nie tyle siebie, co tych wszystkich książek (a raczej ich braku), które mogłam przesłuchać wtedy, kiedy szłam w zaparte. Oczywiście niektóre z przesłuchanych tytułów obowiązkowo będę musiała przeczytać również w wersji papierowej. Nie dlatego jednak, że ich nie pamiętam czy dlatego, że nie przemówiły do mnie w takiej formie. Dlatego, że były aż tak dobre i wiem, że prędzej czy później będę chciała ich doświadczyć również w sposób, który - mimo wszystko - nadal jest bliższy memu sercu.

Dokonało się jednak to, o czym kiedyś byłam pewna, że nie dokona się nigdy. Nie tylko z ogromną przyjemnością słucham audiobooków, ale dla znajomych stałam się wręcz audiobookowym potworem. Śmieją się ze mnie, bo słuchawki dyndają na mnie niemal zawsze. Narzeczony żałuje, że mnie przekonał, bo teraz musiałby sięgnąć po magię, aby mnie prześcignąć. Praktycznie nie rozstaję się z fabułą. Gdyby ktoś zajrzał do mojego mieszkania, zobaczyłby, jak szaleję po nim w rytm złośliwości Teodora Szackiego, kolejnego tomu Gerritsen z cyklu Rizzoli & Isles, „Pasażera 23”, „Ślepnąc od świateł” Żulczyka, wydanego niedawno „Lśnienia” czy - tak jak na przykład dzisiaj - „Bez skazy” Franzena. Spacery z psem stały się podejrzanie długie, a zmywanie nie jest już tak uciążliwe, jak kiedyś. Nie wiedzieć czemu, najlepiej słucha mi się kryminałów, ale biorąc pod uwagę, że w pewnym stopniu nadal jestem początkującym potworem - to może się jeszcze oczywiście zmienić. Sama z siebie nieraz się śmieję, bo wykorzystuję każdą, nawet najkrótszą okazję, by posłuchać książki. Mam dosłownie minutę? Nie ma problemu - zdążę w tym czasie dowiedzieć się czegoś ciekawego o Stracharzu lub Pielgrzymie. Mój książkowy, wewnętrzny mól, którego hoduję, jest już tak pękaty od poświęcanego mu czasu, że niedługo zacznie wychodzić mi nosem i być może sam zacznie coś czytać. Albo kupię mu mikroskopijne słuchaweczki.

Nadal jednak uważam, że książki papierowe są niezastąpione. Możliwe, że gdybym nigdy nie musiała odkładać fizycznego egzemplarza w celu zrobienia czegoś innego, nie doszłoby do tego, do czego doszło. Ale muszę, a dzięki moim potwornym skłonnościom, mogę teraz odkrywać jeszcze więcej literackich światów. A to, że znajomi się wyśmiewają z mojego szaleństwa i wcześniejszych zapewnień, że nigdy nie sięgnę po audiobooka? I cóż z tego! Wybaczam im, bo kiedyś sama wyśmiewałam się z nich bardziej. Zasłużyłam sobie. A co przesłucham, to moje.

Ale do e-booków to już na pewno nie dam się nigdy przekonać!


Pokaż wszystkie artykuły użytkownika Sylwia Sekret


Komentarze
Autor:  Sylwia |  wypowiedzi: 67  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 143
Agnieszka
16-06-2016 08:31
Hmmm, a co za różnica? audiobook, e-book czy książka. Liczy się spotkanie, cudza historia z każdą kartką, stroną czy minutą stająca się naszą historią. :)) Wypróbowałam wszystkie formy czytania/słuchania i uważam że wszystkie są dobre. Bo przecież w zimowy, bury wieczór z lampką wina (butelką), pod ciepłym kocem to papier daje pełnię szczęścia, albo wieczorem na ukojenie i uśpienie... Hmmm, a co za różnica? audiobook, e-book czy książka. Liczy się spotkanie, cudza historia z każdą kartką, stroną czy minutą stająca się naszą historią. :)) Wypróbowałam wszystkie formy czytania/słuchania i uważam że wszystkie są dobre. Bo przecież w zimowy, bury wieczór z lampką wina (butelką), pod ciepłym kocem to papier daje pełnię szczęścia, albo wieczorem na ukojenie i uśpienie rozbieganego umysłu. tylko papier!!!! W trasie, w aucie, gdy za oknem nudne znane widoki, tylko audiobook. Uzupełniający własne wyobrażenia dotyczące papierowej wersji(Lśnienie, Sapkowski!).I wreszcie mój ulubiony wakacyjny sposób- czytnik i e-booki. Nareszcie znalazłam sposób na nudę i żal po ostatniej kartce w książce- klikam po następną. Dzięki temu mam ze sobą 650 gram całej biblioteki :))))I mogę czytać!!!!!!! I żadna pani na lotnisku mi już nigdy nie powie: proszę wyrzucić książki, to one są przyczyną dopłaty za bagaż.
p.s. Cieszę się, ze teraz są audiobooki. Zawsze wkurzało mnie w bibliotece to, ze książki na kasetach były tylko dla wybranych. A teraz mogę słuchać czego chcę i kiedy chcę.
pokaż więcej
książek: 250
macdusia
16-06-2016 14:10
Słuchania książek nauczyłam się jeszcze na studiach, ohoho kilkanaście lat temu. Głównie podczas sesji, kiedy to nocami pracowałam nad projektami. Wtedy słuchałam jeszcze na kasetach :) do dziś pamiętam "Lorda Jima" i tekst na końcu każdej kasety, który oznajmiał, że trzeba wstać i zmienić bądź obrócić stronę, aby dalej zatopić się w literackiej podróży.
Ale było, minęło.
Później wróciłam do...
Słuchania książek nauczyłam się jeszcze na studiach, ohoho kilkanaście lat temu. Głównie podczas sesji, kiedy to nocami pracowałam nad projektami. Wtedy słuchałam jeszcze na kasetach :) do dziś pamiętam "Lorda Jima" i tekst na końcu każdej kasety, który oznajmiał, że trzeba wstać i zmienić bądź obrócić stronę, aby dalej zatopić się w literackiej podróży.
Ale było, minęło.
Później wróciłam do najbardziej przeze mnie ulubionej formy książki - papierowej. Jednak obowiązki i różne chochliki życiowe bardzo okroiły mi czas, który mogłam poświęcić na czytanie.
Ale od pewnego czasu, postanowiłam wygospodarować dla siebie te cenne minuty oderwania się od rzeczywistości czytając bądź słuchając, bo tyle jest historii do poznania!
W moim zeszyciku, w którym skrupulatnie zapisuję sobie pozycje, które chcę przeczytać, zaczyna brakować miejsca :) a co dopiero znaleźć czas na spokojne zatopienie się w lekturze.
I tak postanowiłam spróbować słuchać,a uwielbiam słuchać jak czyta mi mój syn, więc czemu nie...?
Są chwile, że tak zatapiam się w słuchaniu, że zapominam co robię :) albo na odwrót. Prawdą jest, że dużo zależy od lektora, niektórzy są nie do wysłuchania. Ale mamy możliwość wyboru: słuchaj lub czytaj - spędzaj miło czas.
Słuchanie daje nam wiele możliwości, nie muszę wybierać książka czy robótki ręczne (malowanie, kartki ozdobne) - dwa w jednym :) Ostatnio tak się rozkręciłam, że pochłaniam kilka pozycji na raz.
Pozdrawiam
pokaż więcej
książek: 364
Paweł
17-06-2016 08:37
Takiego lania wody dawno nie czytałem.
Przyznaję rację autorce, bo audiobooki to świetna rzecz, jednak jedyny argument za tym, jaki został przytoczony, to fakt, że podczas słuchania mamy.... wolne ręce i możemy np. upiec chleb.
Czytanie tego artykułu to strata czasu.
:)
książek: 774
Naddia
17-06-2016 10:37
Kocham audiobooki, zawsze słucham w pracy i to jest jeden z powodów dla których tak ją lubię :)
książek: 221
dewille
21-06-2016 20:09
Ja dzięki audiobookom, nauczyłem się gotować, porządnie sprzątać i jeszcze parę innych rzeczy. Wcześniej, nie chciało mi się stać w kuchni i marnować czasu, a po odkryciu audiobooków, mogę siedzieć tam i godzinę :) To samo ze sprzątaniem :) Dla równowagi również sporo czytam analogów :)
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie
Biblioteczka redaktorki
918 55 6383
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (83)

Ulubieni autorzy (4)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (19)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd