Przeczytanki-Dorota Lińska-Złoch 
przeczytanki.pl
Czytelniczka, recenzentka i blogerka ;)
33 lat, status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 dni temu
Teraz czytam
  • Black Water
    Black Water
    Autor:
    Czarna woda poprzez opowieść o pogrążonym w kryzysie człowieku zgłębia najbardziej mroczne wydarzenia historii najnowszej – przenosimy się z Indonezji końca lat dziewięćdziesiątych do zimnowojennej Eu...
    czytelników: 206 | opinie: 6 | ocena: 5,43 (23 głosy)
  • Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Autor:
    Księża to ludzie z krwi i kości. Odczuwają głód, pragnienie, zmęczenie. I popęd seksualny. Ani sutanna, ani głęboka wiara, ani nawet święcenie kapłańskie tego nie zmienią. Marcin Wójcik w swoich repor...
    czytelników: 1437 | opinie: 124 | ocena: 6,63 (650 głosów)
  • Czarna książka. Zostać mistrzem
    Czarna książka. Zostać mistrzem
    Autorzy:
    Ich codzienność to prędkość, adrenalina i gra ze śmiercią. Ich życie przypomina wyścig z czasem – wiecznie w rozjazdach, dziś w Wielkiej Brytanii, jutro w Rosji, za tydzień gdzieś na Antypodach. Oni...
    czytelników: 10 | opinie: 1 | ocena: 10 (2 głosy)
  • Dolina śmierci
    Dolina śmierci
    Autor:
    Zwarty epos Konrada Sikory inspirowana historią Ziemi Dukielskiej.
    czytelników: 8 | opinie: 5 | ocena: 8 (4 głosy)
  • Dziadek do orzechów
    Dziadek do orzechów
    Autor:
    Jest Wigilia. Siedmioletnia Klara i jej braciszek Fred czekają na świąteczne prezenty. Jak zawsze najwspanialszy dostaną od sędziego Droselmajera, zegarmistrza i wynalazcy, ich chrzestnego ojca; w tym...
    czytelników: 1009 | opinie: 50 | ocena: 7,23 (542 głosy) | inne wydania: 16

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: William Wisting (tom 4) | Seria: Mroczny zaułek

„Kochał i jednocześnie nienawidził tej fazy śledztwa. Tego pełnego napięcia oczekiwania, aż coś się wydarzy. Aż wypłynie jakaś kluczowa informacja, zadziała jakiś czynnik wyzwalający. To było bolesne, a zarazem ekscytujące doświadczenie.”
Będę nudna, ale ponownie powtórzę, że Wiliam Wisting jest moim ulubionym skandynawskim policjantem. Wychodzi poza stereotypy o pogrążonych w depresji i...
„Kochał i jednocześnie nienawidził tej fazy śledztwa. Tego pełnego napięcia oczekiwania, aż coś się wydarzy. Aż wypłynie jakaś kluczowa informacja, zadziała jakiś czynnik wyzwalający. To było bolesne, a zarazem ekscytujące doświadczenie.”
Będę nudna, ale ponownie powtórzę, że Wiliam Wisting jest moim ulubionym skandynawskim policjantem. Wychodzi poza stereotypy o pogrążonych w depresji i nałogach śledczych, którzy z powodu swojej pracy i osobowości mają tragiczne życie prywatne. Wisting wzbudza sympatię i szacunek, zarówno jako komisarz, jak i zwykły obywatel. Kolejne prowadzone przez niego śledztwo wydaje się zmierzać w ślepą uliczkę. Poszukiwania zaginionej sportsmenki wywołują lawinę spekulacji, a opinia publiczna naciska na szybszą i skuteczniejszą pracę policji. Sprawy nie ułatwiają kolejno odkrywane tajemnice…

„Nie potrafiłby powiedzieć, jak wielu podobnych tragicznych historii wysłuchał lub był świadkiem w ciągu dwudziestu pięciu lat służby w policji. Na początku bardzo je przeżywał. Wczuwał się w te odpryski brutalnej rzeczywistości, z którą zderzał się w pracy. Przenosił myśli i uczucia na życie domowe i pozwalał, by pochłaniały go całkowicie. Z czasem stał się bardziej cyniczny.”
Czy za zaginięciem Kajsy Berg stoją jej aktualne problemy, czy może wydarzenia z przeszłości? Bardzo lubię przedstawiony przez Horsta styl pracy komisarza – jego notatki, intuicję i skupienie na każdym szczególe. Do tego mozolna praca podczas przesłuchiwania świadków, badania prowadzone przez techników i często ślepe tropy. Rzadko zdarzają się brawurowe akcje, a Wisting przypomina bardziej misia niż supermena.

„Pozornie nieważny szczegół, który był kluczem do rozwiązania sprawy. Czasem dotarcie do niego zabierało dużo czasu, ale on zawsze tam był.”
Mam wrażenie, że z powieści na powieść polepsza się warsztat Horsta i jego umiejętność budowania napięcia. Oczywiście częściowe rozwiązanie zagadki odkryłam dość wcześnie, ale mimo wszystko pojawił się element zaskoczenia, za co ode mnie ogromny plus. Do tego dochodzi ciekawa analiza społecznych i indywidualnych zachowań. Okazuje się, że praktycznie każdy skrywa mniejsze lub większe tajemnice. Niektóre okazują się naprawdę mroczne…

„Na jednej ze ścian wisiała reprodukcja obrazu o wymiarach niemal metr na dwa metry.[…]Motywem był ciemny krajobraz wsi, która została podpalona nocą, a jej mieszkańców torturowały i zabijały różne postacie nie z tego świata. Hieronim Bosch, przeczytał sygnaturę umieszczoną w prawym rogu.”
„Jedna jedyna” to z jednej strony klasyczny skandynawski kryminał, z drugiej całkiem odmienny, sympatyczny bohater oraz duży nacisk na charakterystykę postaci i miejsc. Dzięki temu wyróżnia się na tle zbliżonych klimatem powieści. Horst, jako były policjant, nie ubarwia nadmiernie rzeczywistości i nie ułatwia śledczym pracy. Jestem ciekawa kolejnych tomów z Wistingiem, szczególnie ze względu na nagłą zmianę w jego życiu osobistym.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Lilka (tom 3)
 
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Komisarz Barnaba Uszkier (tom 4) | Seria: ABC
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„W końcu ruszyła w kierunku wejścia, równocześnie zaciskając palce na trzymanym w kieszeni dezodorancie do stóp. Lepszej broni nie miała, więc żywiła nadzieję, że w razie niebezpieczeństwa sprej o zapachu lawendy pozbawi napastnika wzroku. Albo chociaż powali go aromatem.”
Lubię komedie kryminalne, o ile są zabawne a kryminalna intryga trzyma do końca. Czy przygody szalonej Zojki zapewniły mi...
„W końcu ruszyła w kierunku wejścia, równocześnie zaciskając palce na trzymanym w kieszeni dezodorancie do stóp. Lepszej broni nie miała, więc żywiła nadzieję, że w razie niebezpieczeństwa sprej o zapachu lawendy pozbawi napastnika wzroku. Albo chociaż powali go aromatem.”
Lubię komedie kryminalne, o ile są zabawne a kryminalna intryga trzyma do końca. Czy przygody szalonej Zojki zapewniły mi odpowiednią dawkę emocji? Hmmm… I tak, i nie 😉 Zdecydowanie na pierwszy plan wybiła się komedia, morderczy wątek spychając na dalszy plan. Ale nie umniejsza to pozytywnych walorów tej książki, przy której uśmiałam się niesamowicie. I chociaż nie jeden raz chciałam palnąć główną bohaterkę przez łeb za jej niefrasobliwość i durne pomysły, to jej perypetie po prostu wywołały banana na mojej twarzy.

„Kłopoty mnie kochają i same pchają mi się pod nogi. Ani ich nie szukam, ani nie prowokuję losu.”
Zofia, zwana Zojką, to młoda kobieta, która pragnie kariery dziennikarskiej na miarę nagrody Pulitzera ale przytrafiają jej się tylko fuchy w postaci układania warzyw do gazetki reklamowej… W związku z tym przymiera głodem i mieszka w norze. Gdy rodzice zwracają się do niej o pomoc w okiełznaniu nieco szalonej babci, Zojka wykorzystuje to, by nieco odsapnąć od swojej smutnej rzeczywistości i podładować emocjonalne i gastryczne baterie. Nie spodziewa się, że wpakuje się w sam środek makabrycznej afery. Do tego na celownik bierze ją dociekliwa pani prokurator, śledztwo prowadzi mało rozgarnięty policjant Chochołek, a zamieszany w sprawę redaktor co rusz załazi Zojce za skórę.

„-[…] Zofia Tuszyńska przewoziła w torebce ludzką dłoń! Ludzką! Czy pan wie, co to oznacza? – No – stropił się Chochołek. – Chyba to, że należała do człowieka…”
Cięty, często sarkastyczny język i styl autorki oraz umiejętnie prowadzone wątki humorystyczne sprawiły, że lektura tej książki sprawiła mi wiele przyjemności. To doskonały polepszacz humoru i twórca zmarszczek mimicznych. Nie polubiłam fajtłapowatej i bezmyślnie momentami pakującej się w kłopoty Zojki, ale nie przeszkadzało mi to w śmianiu się z jej wpadek. Przez mocno komediowy wydźwięk elementy kryminalne, mimo ich makabryczności, zeszły na dalszy plan. To chyba jedyny, według mnie, mankament.

„Z babunią Łyczakową nie sposób było się nudzić czy smucić, Przy babuni Łyczakowej najstraszniejsze upiory chowały się w ciemne kąty. Pewnie się bały, że przepędzi je siekierką…”
Poza Zojką Joanna Szarańska stworzyła plejadę charakterystycznych postaci, z których każda ma swoje indywidualne pole do popisu. Szczególną sympatię u mnie wzbudziła oczywiście babunia Łyczakowa – nieco szalona, ale bardzo sympatyczna staruszka, która nie daje sobie wejść na głowę zachłannej rodzince i potrafi tupnąć nogą kiedy trzeba, a gdy to potrzebne to upiecze też najlepsze ciasto z kruszonką. Ta niestandardowa babcia skradła całą moją sympatię, chociaż zostało jej też trochę dla… redaktora Kordeckiego 😉

„Kłopoty mnie kochają” to komedia z wątkiem kryminalnym, w której roztrzepana i nie myśląca o konsekwencjach swojego zachowania bohaterka popada w konflikt z prawem i naraża się co chwilę na niebezpieczeństwo. Lubię styl Szarańskiej i z pewnością sięgnę po kolejne tomy „Kroniki pechowych wypadków”. Ciekawi mnie w jakie kłopoty wpadnie Zojka i jak potoczą się jej prywatne i zawodowe losy. No i mam ochotę znów się pośmiać do bólu policzków 😉

Podziel się:

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Jotka to młody rycerz, ale już bardzo znany ze względu na swoją nietypową profesję. Otóż zajmuje się on łapaniem smoków.”
Rycerze, smoki… Powiecie, że to już Wam się przejadło? W końcu mamy w literaturze cały przekrój gadzich historii: od legend o Smoku Wawelskim czy królu Arturze po smoki Daenerys z cyklu Georga Martina. A co z najmłodszymi czytelnikami? Czy wciąż muszą słuchać o truciu...
„Jotka to młody rycerz, ale już bardzo znany ze względu na swoją nietypową profesję. Otóż zajmuje się on łapaniem smoków.”
Rycerze, smoki… Powiecie, że to już Wam się przejadło? W końcu mamy w literaturze cały przekrój gadzich historii: od legend o Smoku Wawelskim czy królu Arturze po smoki Daenerys z cyklu Georga Martina. A co z najmłodszymi czytelnikami? Czy wciąż muszą słuchać o truciu siarką i rozpłatywaniu brzucha? Łukasz Radecki wyszedł na przeciw ich potrzebom i napisał książkę o rycerzu, który smoki… ratuje. Bo one wcale nie są takie złe 😉

„O tym smoku wiedział już dwie rzeczy. Latał i smakował mu drób i zwierzęta wołowate.”
Ogromnie spodobał mi się humor autora i jego umiejętność tworzenia nowych, oryginalnych słówek i wyrażeń. „Zwierzęta wołowate” doprowadziły mnie do takiego śmiechu, że rozbolał mnie brzuch 😉 Ogólnie całość jest mocno humorystyczna i z pewnością rozbawi także rodziców. Oprócz warstwy zabawnej, jest też ta głębsza – z przesłaniem. Dzięki przygodom Jotki dostajemy też sporą garść dobrych rad o zachowaniu i kulturze.

„Ludzie czasem tacy są, że głupieją na widok pieniędzy.[…] Wstyd o tym mówić, ale to prawda.”
Muszę przyznać, że mnie nieco drażniły te moralizatorskie wstawki, ale dzieciom się podobały i nie zgłaszały zastrzeżeń 😉 Autor pomiędzy przygody rycerza wstawił pouczenia o byciu grzecznym, ładnym jedzeniu, słuchaniu rodziców – w końcu skoro rycerz tak się zachowuje, to warto go naśladować 😉

„Rycerz ucieszył się bardzo, widząc mamę, i zaprosił ją na pyszne szkockie placki owocowe, zwane black bun.”
Ogromnym plusem i najciekawszą warstwą tej książki są odniesienia do historii, zabytków a przede wszystkim regionalnych potraw Wielkiej Brytanii. Na końcu czytelnicy znajdą mini słownik/przewodnik po najciekawszych miejscach i smakach Anglii, Szkocji czy Irlandii. Dla mnie to chyba najbardziej wartościowa i wyróżniająca tę książeczkę wśród innych atrakcja. Przybliżenie kultury i zwyczajów innego narodu poprzez „walkę” z kolejnymi smokami jest zabiegiem sprytnym i ciekawym. Czekam na kolejne tomy, w których razem z dziećmi będę mogła odkryć ciekawostki o innych krajach i ich sztandarowych smakołykach.

„Smoki bowiem nie znoszą, gdy ktoś kręci się w okolicy ich legowiska. Nie dziwcie się. Też nie lubicie, kiedy ktoś skacze po waszym łóżku, prawda?”
Łukasz Radecki, jeden ze współautorów „Zombie.pl”, pokusił się o stworzenie historii dla dzieci. Pewnie jedną z przyczyn jest fakt, że sam jest ojcem kilku smyków i poszukiwał książki dla nich. Tytułowy bohater, Jotka, to sympatyczny i uczynny chłopiec (chociaż do końca nie znamy jego wieku), który uczy nas, że smoki nie są straszne, tylko trzeba je uczyć dobrego wychowania. A przy okazji zabiera nas w podróż przez różne czasy i miejsca w Wielkiej Brytanii.

„Jotka łowca smoków” to pozycja dla chłopców i dziewczynek w wieku (moim zdaniem) od pięciu do dziesięciu lat. Pięknie wydana, w twardej oprawie, z przyjemnymi dla oka ilustracjami i dodatkami.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Jack Reacher (tom 22) | Seria: Jack Reacher - Ponad prawem

„Nie jestem lekkomyślny. Polegam na sprawdzonych metodach, bo jeśli sprawdziły się raz, prawdopodobnie sprawdzą się znowu. […]Uważam, że myślałem i myślę więcej niż większość innych. Na pewno nie mniej.”
Czy ktoś jeszcze nie zna Jacka Reacher’a? Tę fantastyczną postać z książek Childa niektórzy mogą kojarzyć choćby z ekranizacji z Tomem Cruisem (biedny mały Tom :P). Powieści o przygodach...
„Nie jestem lekkomyślny. Polegam na sprawdzonych metodach, bo jeśli sprawdziły się raz, prawdopodobnie sprawdzą się znowu. […]Uważam, że myślałem i myślę więcej niż większość innych. Na pewno nie mniej.”
Czy ktoś jeszcze nie zna Jacka Reacher’a? Tę fantastyczną postać z książek Childa niektórzy mogą kojarzyć choćby z ekranizacji z Tomem Cruisem (biedny mały Tom :P). Powieści o przygodach Jacka powstało już ponad dwadzieścia i obejmują okres od młodości, poprzez służbę w wojsku aż do emerytury tego nieustraszonego bohatera. Tym razem trafiamy na ten ostatni okres, w którym Reacher podróżuje jak zwykle bez bagażu przez całe Stany i przypadkiem w lombardzie widzi sygnet z West Point. Postanawia podążyć tropem jego właścicielki i oczywiście wplątuje się w grubszą aferę…

” – Niesamowity Hulk? Już nie Wielka Stopa? Niech się w końcu zdecydują.”
Uwielbiam Reacher’a! To stuprocentowy samiec alfa, który już samym wyglądem wzbudza strach i respekt. Wzrost, siła, umiejętności i surowo przestrzegany swoisty kodeks moralny sprawiają, że to bohater jedyny w swoim rodzaju. Nawet kiedy łamie prawo, lub nagina je do swoich potrzeb, wzbudza sympatię czytelnika i przyciąga swoim magnetyzmem. Mimo, że „Nocna runda” to powieść typowo sensacyjna, jej odbiorcami mogą być zarówno mężczyźni jak i kobiety. Oni skupią się na efektownych scenach walki, one zachwycą jego empatią.

„Dlatego kierował się słońcem. Ponieważ nie minęła jeszcze dwunasta, szedł tak, żeby świeciło czterdzieści pięć stopni za prawym ramieniem i żeby mieć cień przed sobą, na skos w lewo.”
Te techniczne wyliczenia to znak rozpoznawczy w książkach Childa. Podkreślają, że Reacher nie jest bezmyślną kupą mięśni, tylko super inteligentnym, potrafiącym doskonale analizować sytuację mężczyzną. Kojarzy mi się z postacią z serialu „Wzór” – matematykiem, który każdą sytuację przetwarzał na dane i tworzył z nich działania. Wysoka inteligencja, potężne gabaryty i nietypowy stosunek do rzeczy materialnych sprawiają, że otoczenie reaguje na Reachera dość nerwowo i z lękiem oraz niedowierzaniem. O tym bohaterze i jego postrzeganiu przez społeczeństwo mogłabym napisać całkiem spory artykuł. Przyznaję szczerze, że fascynuje mnie postać tego „macho”. 😉

„Nikt nie mówi <<zawsze>> czy <<nigdy>>. Wszyscy mówią <<czasem>>. Ale jej <<czasem>> różniło się od mojego.”
W „Nocnej rundzie” mamy do czynienia z wątkiem tajemniczej właścicielki sygnetu oraz drugim tropem – narkotykowym szlakiem. Czy te dwie sprawy się łączą? Czy Reacherowi uda się odnaleźć absolwentkę West Point i oddać jej pierścień? Czy wrogowie, których nazbiera po drodze, nie pokrzyżują jego planów? Czy sojusznicy w odpowiedniej chwili staną po jego stronie?

„Plus oczy, podobno ładne, z tym że wystarczyło jedno mrugnięcie i robiły się zupełnie inne, jakby ktoś zmienił kanał w telewizorze i zamiast wesołego programu rozrywkowego leciał teraz film dokumentalny o walce o przetrwanie milion lat przed naszą erą.”
Reachera można określić mianem specyficznego drapieżnika, który potrafi się doskonale kamuflować, umie pokonać nawet zmasowane siły przeciwnika ale nie drażniony pozostaje całkiem łagodny. Jednak zaatakowany staje się śmiertelnie niebezpieczny i biada tym, którzy nie ustąpią mu z drogi dobrowolnie. Lee Child potrafi świetnie opisać sceny walk, w których bohater staje naprzeciw kilku przeciwników i za pomocą logiki oraz umiejętności różnych metod walki kolejno ich pokonuje. Wcale się nie dziwię, że perypetie Jacka Reachera trafiają na wielki ekran, bo z tych opisów można tworzyć gotowy scenariusz. Styl Childa jest charakterystyczny: prosty, surowy, nie przeładowany epitetami i metaforami. To połączenie precyzyjnych opisów miejsc i osób ze scenami akcji, w idealnych proporcjach. Dzięki temu można sobie łatwo wyobrazić opisane wydarzenia i wczuć się w powieść.

„Odczuwał coraz większy stres, który jakaś prymitywna biologiczna pozostałość automatycznie przekształcała w skupienie, siłę i agresję. Mrowiła go skóra na głowie, rękami płynął prąd, od ramion do palców. Lepiej widział. Miał wrażenie, że jest większy, twardszy, szybszy i silniejszy.”
Osobiście mam słabość do Reachera i uznaję go za mojego nieformalnego książkowego męża 😉 Tak, wiem, że zmienia kobiety często i nigdy nie zatrzymuje się na długo w jednym miejscu, ale to jego specyficzny urok. Uważam, że tworząc tę postać Child stworzył jednocześnie niedościgły wzorzec męskiego bohatera powieści sensacyjnej. Moim zdaniem nikt mu do tej pory nie dorównał. Mogę w ciemno sięgać po kolejne powieści z przygodami Reachera, bo wiem, że się nie zawiodę. To książki typowo rozrywkowe, w których bohater zawsze zwycięża, chociaż niekoniecznie wszyscy żyją długo i szczęśliwie…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Ukrył twarz w jej piersiach, jakby słodyczą ciastka chciał zagryźć gorzki smak cykorii. Zatrzeć jedno wspomnienie drugim, intensywnie pachnącym dziewczęcym kroczem.”
Jeśli Was, tak jak mnie, zwiodła okładka tej książki sugerująca raczej romans lub tradycyjną obyczajówkę, śpieszę z wyjaśnieniem, że to kawał mocnej, wręcz dramatycznej powieści. Historia dwóch młodych mężczyzn, których...
„Ukrył twarz w jej piersiach, jakby słodyczą ciastka chciał zagryźć gorzki smak cykorii. Zatrzeć jedno wspomnienie drugim, intensywnie pachnącym dziewczęcym kroczem.”
Jeśli Was, tak jak mnie, zwiodła okładka tej książki sugerująca raczej romans lub tradycyjną obyczajówkę, śpieszę z wyjaśnieniem, że to kawał mocnej, wręcz dramatycznej powieści. Historia dwóch młodych mężczyzn, których połączyła służba w wojsku oraz trudne przeżycia to gorzka opowieść o prawdziwym życiu. Mimo, że dzielą ich środowiska z jakich się wywodzą oraz podejście do świata, łączy trud wojskowych realiów. Karol, Paweł, a także kobiety z ich otoczenia przedstawiają swoje punkty widzenia, dzięki którym czytelnicy mogą poznać różne odcienie siermiężnej rzeczywistości lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

„I wtedy już wiesz, że to nie buty dopasują się do stopy. To stopa musi dopasować się do buta. Wojsko jest takie jak te buty, w których każą ci chodzić.”
Kasia Bulicz – Kasprzak prostym a jednocześnie plastycznym językiem wprowadza nas w męski świat, w którym bywa brutalnie i ciężko, a słowem kluczem jest „dopasowanie”. By żyć w miarę wygodnie i szczęśliwie bohaterowie często ustępują silniejszym, naginają zasady i tworzą własne ułatwienia. W końcu na tym polega życie. A w tym wszystkim znajdują też czas na miłość, przyjaźń, wsparcie…

„Nie miało znaczenia, kim się urodzili. Tu stawali się wojskiem”
„Pójdę do jedynej” to historia o tym, jak system i władza wpływają na życie szarego człowieka. To też opowieść o tęsknocie i pogoni za marzeniami, które bywają całkiem proste: swój kąt do życia i bliska osoba, z którą można go dzielić. Bohaterowie odkrywają, że wiele w życiu zależy od przypadku, fartownego zbiegu okoliczności, jakiejś okazji, odpowiednio wybranej ścieżki na rozdrożu.

„Małżeństwo nie jest od tego, żeby ludzie się kochali, tylko od tego, żeby ze sobą żyli, skoro tak przysięgli.”
Autorka w tej powieści pokazała też wiele odcieni miłości – tej młodzieńczej, tej zakazanej, namiętnej i interesownej. Miłości do kobiety, do rodziny, do własnej osoby. Bo ta książka nie jest infantylną laurką o idealnych postaciach. To bohaterowie z krwi i kości, którzy bywają egoistami, kłamią, popełniają błędy, oszukują czasem nawet samych siebie i prą do zdobycia upragnionego szczęścia. Czasem dają się zwieść na manowce, brną w ślepe zaułki i przełykają gorycz porażki. Ale się nie poddają.

„Lubiła siedzieć w sali oświetlonej tylko blaskiem bijącym od ekranu, czuła się wtedy tak, jakby była częścią oglądanej historii, jakby to wszystko działo się tylko dla niej.[…] Jakże wszystko tam było inne, silniejsze, wyrazistsze. Zło okropniejsze, miłość piękniejsza.”
Bardzo podobała mi się surowość i szorstkość tej książki. Bez fantazji, bez słodzenia i bez naiwności. Kasia Bulicz – Kasprzak stworzyła bardzo klimatyczną chociaż daleką od idealizmu powieść. Potrafiłam sobie wyobrazić dylematy targające bohaterami i nigdy nie byłam pewna jak potoczą się ich dalsze losy. Autorka potrafiła mnie co rusz zaskoczyć nowym wątkiem i zwrotami akcji. Co najbardziej niesamowite, od niej samej dowiedziałam się, że opisane zdarzenia są jak najbardziej prawdziwe.

„[…]Paweł przypomniał sobie to, co zwykł mawiać jego dziadek, że są lata krótkie i długie, podobnie różne bywają miesiące, tygodnie i dni.”
Chłopak ze wsi i syn milicjanta – jak tak różne postaci miałyby znaleźć wspólny mianownik? W powieści „Pójdę do jedynej” okazuje się to całkiem możliwe, a przyjaźń młodych mężczyzn z różnych krańców społecznych jest dowodem, że schematy są po to, by je łamać. Perypetie Pawła i Karola pozwalają bliżej poznać realia życia „w kamaszach” za czasów komunistów, partii i „czerwonych przyjaciół”. Świetne tło historyczne jest nie tylko pretekstem do opowiedzenia historii o dwójce przyjaciół, ale jest opowieścią samą w sobie. Barwną, momentami przaśną i przywołującą mieszankę słodko-gorzkich wspomnień.

„Możesz człowieka znać całe życie, a nie poznać go wcale, a możesz znać kogoś chwilę i wiedzieć, jaki jest naprawdę.”
„Pójdę do jedynej” przekonało mnie do siebie stylem, tematem, realizmem. Dzięki tej książce poznałam kolejną polską autorkę, której pióro polubiłam i z pewnością sięgnę po inne jej pozycje. Żałuję tylko jednego. Że tak późno po tę powieść sięgnęłam!

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Wszystkie pory uczuć (tom 4)

„Dzieci z domu dziecka, przynajmniej te, które wciąż miały rodziców, wiedziały, że nikt poza nimi nie zatroszczy się o matkę i ojca.”
Bohaterką ostatniego tomu cyklu „Wszystkie pory uczuć” jest Joanna, przyjaciółka Hanny z „Jesieni”. Dzięki temu historia dziewczyn z domu dziecka zatacza pełen krąg i idealnie się domyka. Asia, jak większość wychowanków domu dziecka, ma za sobą trudne...
„Dzieci z domu dziecka, przynajmniej te, które wciąż miały rodziców, wiedziały, że nikt poza nimi nie zatroszczy się o matkę i ojca.”
Bohaterką ostatniego tomu cyklu „Wszystkie pory uczuć” jest Joanna, przyjaciółka Hanny z „Jesieni”. Dzięki temu historia dziewczyn z domu dziecka zatacza pełen krąg i idealnie się domyka. Asia, jak większość wychowanków domu dziecka, ma za sobą trudne dzieciństwo, z którego wyniosła wiele złych wspomnień i niską samoocenę, która sprawiła, że kobieta wciąż powielała błędny wzorzec związków.

„Wierzyła, że jej miłość ma magiczną moc. Rozgrzeszała z braku szacunku, wybuchów złości, kłamstw i niedotrzymanych obietnic […]. Jak magnes przyciągała trudnych mężczyzn, którzy mogli się pochwalić nie mniejszym bagażem życiowych doświadczeń niż ona.”
Po wielu nieudanych próbach, w których ona dawała się wykorzystywać, a mężczyźni korzystali z jej naiwności i dobra, wreszcie trafia na normalnego faceta – syna sąsiadki Hani. Teraz jej marzeniem staje się powiększenie rodziny i spełnienie w roli matki. Zwłaszcza, że zegar biologiczny tyka. Tylko czy aby na pewno macierzyństwo jest tak idealne, jak twierdzą wszyscy wokół?

„[…]odniosła wrażenie, jakby sprowadzono ją do roli inkubatora. Jakby jedyne, do czego została stworzona, to zapewnienie dziecku warunków do rozwoju i bezpieczne przetransportowanie go na drugą stronę brzucha.”
Magdalena Majcher po raz kolejny już przedstawia cienie roli matki. Pokazuje, że wbrew powszechnie panującej opinii, kobiety nie zawsze czują się cudownie w tym „błogosławionym” stanie, a wyidealizowane wizje matek w zderzeniu z rzeczywistością mogą prowadzić nawet do głębokiej depresji. I nikt nie mówi o tym głośno, bo „co ludzie powiedzą”…

„Traktowała macierzyństwo jako zadanie do wykonania i odhaczała na swojej liście kolejne tygodnie ciąży jako zaliczone.”
Wiele kobiet, w tym i ja przy pierwszej ciąży, daje się złapać na lep „mądrych” poradników, gazetek dla rodziców i rad doświadczonych babć czy ciotek. Już przed porodem wie, jak chce karmić, kiedy kąpać, jakich używać kosmetyków i co robić, żeby dziecko od pierwszych dni spało całą noc we własnym łóżeczku. A potem przychodzi zderzenie z rzeczywistością, w której nic nie idzie według planu.

„Od kobiet wymaga się więcej. Mężczyźnie wystarczy, że spłodzi dziecko, i nikt nie pyta go o pozycję, w jakiej to zrobił. Już jest prawdziwym bohaterem.”
W dzisiejszych czasach mężczyźni coraz częściej poczuwają się do roli „współrodzica” i akceptują swoją odpowiedzialność za dziecko. Nie jest to oczywiście wciąż normą, ale mimo wszystko są ojcowie, którzy angażują się w opiekę nad potomstwem i nie traktują tego jako ujmy czy pomagania. Bo dziecko jest wspólne, nie należy tylko do kobiety, która je urodziła, więc dlaczego tylko ona ma się nim zajmować? Często jednak same matki utrudniają sobie życie odpychając partnerów i wyręczając ich bo „same zrobią to lepiej”. A to wielki błąd…

„Nie mówiono o tej ciemnej stronie macierzyństwa, czy to w szkole rodzenia, czy na oddziale położniczym. Wypierano jej istnienie, odmalowywano rodzicielstwo w pastelowych barwach.”
Powieść Magdaleny Majcher to prawdziwy „must read” dla przyszłych i obecnych matek. Warto, żeby zamiast słodkich zdjęć bobasów z okładek książek i czasopism poznały prawdziwe, niepolukrowane życie kobiety w ciąży i świeżo upieczonej matki. Szkoda, że tak mało jest rzetelnych i prawdziwych informacji o macierzyństwie. Kobiety powinny wiedzieć, czego mogą się spodziewać, a właściwie, że powinny się spodziewać wszystkiego. Tego, że w ciąży spuchną, zrobią im się rozstępy i będą co chwile ryczeć bez powodu. Tego, że poród boli jak cholera a dochodzenie do siebie to jak wejście na Mount Everest. Że personel w szpitalu zwykle traktuje pacjenta jak urzędnik petenta: następny! Że na początku nic się nie będzie umiało zrobić i że popełni się milion błędów. Karmienie piersią boli jak diabli a noworodek może doprowadzić do poharatania ich do krwi. Nic nie jest łatwe, proste i przyjemne.

„Po porodzie przez ciało kobiety przechodzi prawdziwy tajfun hormonalny.[…] Szacuje się, że nawet u ośmiu kobiet na dziesięć obserwuje się przygnębienie poporodowe.”
O „baby bluesie” słyszało wiele z nas, ale większość to bagatelizuje. A tam, trochę popłaczę i mi przejdzie. Tylko czasami to „trochę” zamienia się w „nie mogę przestać”. Często bliscy matki zupełnie nieświadomie pogarszają jej stan. Po pierwsze odsuwając ją i jej potrzeby na dalszy plan. Bo przecież najważniejsze jest dziecko. Odczułam to przy każdej ciąży i kiedy dzieci były malutkie. Nikt nie pytał: co u Ciebie ciekawego? Co dzisiaj robiłaś? Co ostatnio czytałaś? Wszyscy pytali: Jak dziecko?

„Co z nią było nie tak, skoro najchętniej zostawiłaby swoje dziecko i uciekła daleko, tam, gdzie nie dosięgną jej problemy i obowiązki?”
Niech pierwsza kamieniem rzuci matka, która nigdy przenigdy nie pomyślała: Chciałabym nie mieć tego dziecka. Każda z nas to przeszła, to zmęczenie materiału i bezsilność wobec nieustająco wymagającego uwagi malucha. Za nadanie nazwy „urlop macierzyński” powinno się pomysłodawcy nadać tytuł Żartownisia Wszechczasów. Urlop? Jaki urlop? To harówka gorsza od niejednego etatu, do tego całodobowa i bez możliwości pójścia na L4.

„Płacz, bezsilność, przeczucie, że nie potrafisz, przekonanie, że jesteś beznadziejną matką, a twoje dziecko zasługuje na wiele, wiele więcej. Z depresją poporodową zmaga się co dziesiąta kobieta w Polsce.”
Każda z nas mogłaby być Joanną. A może była? Tylko na pewno nic nie powiedziała, bo to przecież wstyd. Wstyd poprosić o pomoc, powiedzieć, że nie umie się być matką, że niechęć jest silniejsza od miłości. Nieleczona depresja potrafi zebrać okrutne żniwo. Przypomnijcie sobie chociażby historię matki Madzi czy wielu innych matek, które pozostawione bez wsparcia pogubiły się w swoich emocjach i doprowadziły do tragedii. Czy są temu winne? Pewnie częściowo tak, bo nie poprosiły o pomoc. Ale współwinni są też bliscy, rodzina, przyjaciele. Bo nie zauważyli objawów, nie pokierowali do psychologa. Tylko poklepali po plecach i powiedzieli: Dasz radę!

„W Polsce depresja poporodowa wciąż kojarzy się z wymysłem leniwych matek, którym nie chce się zajmować dziećmi. A ona bardzo chciała to robić. Tylko że nie mogła.”
Jestem nieustająco zachwycona twórczością Magdy Majcher, która znalazła swoją niszę tematyczną i na wiele różnych sposobów ukazuje matki i macierzyństwo. Obdziera je z wyidealizowanych wizji i przedstawia surowe realia. Pokazuje nie tylko blaski, ale głównie cienie rodzicielstwa. Najnowsza powieść powinna być wręczana wszystkim przyszłym matkom zamiast broszurek, z których uśmiechają się idealne matki idealnych bobasów…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„W takiej chwili człowiek oczekuje jakiejś zmiany, wypatruje różnicy, czegokolwiek, bo przecież wszystko się zmieniło. Ale nie… Życie toczy się dalej.”
Książkę i jej autorkę wypatrzyłam podczas jej dni promocyjnych na jednej z grup na Facebook’u. Gdy dowiedziałam się, że jest Gdańszczanką, a jej książka została wydana dzięki Fundacji Mam Marzenie, pomyślałam, że to może być coś innego,...
„W takiej chwili człowiek oczekuje jakiejś zmiany, wypatruje różnicy, czegokolwiek, bo przecież wszystko się zmieniło. Ale nie… Życie toczy się dalej.”
Książkę i jej autorkę wypatrzyłam podczas jej dni promocyjnych na jednej z grup na Facebook’u. Gdy dowiedziałam się, że jest Gdańszczanką, a jej książka została wydana dzięki Fundacji Mam Marzenie, pomyślałam, że to może być coś innego, świeżego, niespodziewanego. Miałam rację? I tak, i nie 😉 Książka Natalii Murawskiej z jednej strony sięga po motywy i schematy znane wielbicielom współczesnych młodzieżowek, czyli trafia w ich gusta. Jak wiecie, ja zaliczam się już do mocno starszej młodzieży, więc… jestem ogromnie zaskoczona, bo ta dziewczyna dodała oklepanym tematom nowego blasku i podkręciła historię splatając losy dwóch bohaterek, nie jednej. Wyszła z tego naprawdę wciągająca i zapewniająca wiele wzruszeń powieść.

„[…] jest jedyną osobą na świecie, która potrafi bezbłędnie rozpoznać, kiedy moje życie rozsypuje się na miliony kawałeczków i jako jedyna potrafi trzymać mnie w ramionach tak długo, aż wszystkie te kawałki znajdą swoje miejsce.”
Cornelia i Natalie, przyjaciółki od pierwszej klasy, dzielące ze sobą wszystkie radości i smutki, są jak woda i ogień. Jedna jest żywiołowa, przebojowa i „niegrzeczna”, druga to cicha, skromna i poukładana dziewczyna. A jednak idealnie do siebie pasują i zawsze mogą liczyć na wzajemne wsparcie. Gdy Nel słyszy okrutną diagnozę – białaczka – Nat jest przy niej, pociesza i daje moralne kopniaki energetyczne, mimo własnej niezbyt różowej sytuacji. Autorka opisała prawdziwą, piękną przyjaźń, w której jest miejsce i na radość i na smutek, na dobrą zabawę i gniew, na wspólne snucie marzeń i całkiem odrębne pragnienia i wybory. Bo przyjaźń nie jest ślepym potakiwaniem drugiej osobie, ani radosną beztroską. To także kompromisy, motywowanie drugiej osoby do podejmowania wyzwań i wsparcie w najtrudniejszych chwilach.

„Przecież zawsze marzyłam o kimś, komu będę mogła powierzyć najskrytsze sekrety, kto będzie wiedział o mnie wszystko – że zawsze wybieram czerwone żelki, że lubię tylko budyń czekoladowy i nie tknę naleśników z twarogiem.”
Nel, zdruzgotana diagnozą, przechodzi załamanie. W końcu jest tylko zwyczajną nastolatką, której problemy ograniczały się do tej pory do trudnych sprawdzianów i nieudanych randek. Nagle los z niej zadrwił i postawił pod znakiem zapytania całą jej przyszłość, pełną planów i marzeń. W zamian stawia jej jednak na drodze niespodziewanego gościa, który robi wszystko, by dziewczyna nie zapomniała, że wciąż żyje. Czy da się oszukać przeznaczenie? Czy można cieszyć się chwilą obecną odsuwając widmo niepewnej przyszłości? Czy dla własnego szczęścia można skazywać kogoś na cierpienie?

„Nie wiem, jak on to robi, ale pocałunkiem potrafi rozpalić we mnie życie. Jest lepszy niż wszystkie chemie i leki razem wzięte. W tej chwili jest nawet lepszy od powietrza.”
Obie bohaterki poznają mężczyzn mogących odmienić ich życie. Jednak niestabilna przyszłość jednej i pełna bólu przeszłość drugiej z nich sprawiają, że obu jest ciężko uwierzyć w to, że zasługują na miłość. Polubiłam każdą z bohaterek za jej prawdziwość i szczerość, jednak moje serce zdobyła niepokorna Nat. Według mnie jest przykładem na to, że nazywanie kobiet „słabą płcią” jest kompletnie bezpodstawne. Po odejściu ojca, gdy jej matka stacza się po równi pochyłej, to na jej barkach spoczywa cała odpowiedzialność. Dziewczyna przechodzi kurs przyspieszonego dorastania i mimo kilku potknięć wychodzi z niego obronną ręką. Chociaż miewa momenty zwątpienia i podejmuje też błędne decyzje, potrafi się do nich przyznać, a to oznaka ogromnego hartu ducha.

„Mój świat właśnie się wali, sypie mi się na głowę bez żadnego ostrzeżenia. Więc nie mów mi, że to nie koniec świata. Bo to właśnie nie jest nic innego jak koniec świata. Mojego świata.”
Historia dwóch przyjaciółek i dramatów, będących ich udziałem, wbrew pozorom napełnia serca nadzieją. Z kart powieści płynie ogromny ładunek pozytywnych emocji. Może czasem jest zbyt pozytywnie, wręcz naiwnie i słodko, ale jakoś nadmiernie mi to nie przeszkadzało. Może zmieniłabym zakończenie, bo lubię rozdzierające serce dramaty, ale mimo wszystko „Życie jest piękne” okazało się naprawdę dobrą lekturą. Styl młodziutkiej autorki jest dla mnie w sam raz, nie nadmiernie kwiecisty, ani nie podręcznikowo suchy. Dodatkowo powieść jest okraszona pięknymi cytatami, od których rozpoczyna się każdy rozdział, nadającymi klimatu i wprowadzającymi do akcji.

„[…] czasem trzeba ryzykować i ponosić porażki, bo tylko wtedy można odnieść sukces. I to jest w tobie najlepsze. Jesteś perfekcyjnie nieperfekcyjna.”
Ogromnie się cieszę, że mogłam sięgnąć po tę debiutancką powieść Natalii Murawskiej. Okazała się naprawdę przyjemną lekturą, której bohaterów polubiłam i przeżywałam ich losy. Wzruszałam się, śmiałam i ekscytowałam. Ta książka nie odbiega standardami od poczytnych powieści bestsellerowych autorek tego gatunku, trzyma naprawdę wysoki poziom zarówno jeśli chodzi o fabułę jak i o styl i poprawność językową. Pewnie do paru drobiazgów mogłabym się przyczepić, ale poza zbyt słodkim zakończeniem całość po prostu tak mnie ujęła, że wszelkie niedociągnięcia do wytknięcia wyleciały mi z głowy 😉

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„No i wtedy przeraziłam się nie na żarty. W mojej dziecięcej głowie pojawił się obraz lekarzy, którzy wiedzą wszystko o innych i w dodatku ta wiedza pozwala im kłamać, nawet jeśli ich działania wiążą się z cierpieniem i bólem.”
Bardzo żałuję, ale na tej lekturze się zawiodłam. Rzeczywistość zupełnie minęła się z moimi oczekiwaniami, a styl autorki kompletnie mi „nie leżał”. A szkoda, bo...
„No i wtedy przeraziłam się nie na żarty. W mojej dziecięcej głowie pojawił się obraz lekarzy, którzy wiedzą wszystko o innych i w dodatku ta wiedza pozwala im kłamać, nawet jeśli ich działania wiążą się z cierpieniem i bólem.”
Bardzo żałuję, ale na tej lekturze się zawiodłam. Rzeczywistość zupełnie minęła się z moimi oczekiwaniami, a styl autorki kompletnie mi „nie leżał”. A szkoda, bo historia zapowiadała się ciekawie. Tytułowa Anna to dojrzała kobieta, która z dzieciństwa wyniosła lęk przed lekarzami a późniejsze spotkania z nimi jeszcze go utrwaliły i pogłębiły. Nie można nazwać tego typową fobią, ale raczej dziwną awersją, momentami podchodzącą pod obsesję. Do zmierzenia się z lękiem zmusza Annę sytuacja zdrowotna, której nie da się dłużej maskować. I tu zaczyna się dziwny romans-nie romans…

„No i żyłam – trochę jak desperat, w wiecznym pędzie, z nadmiarem obowiązków, w ciągłym <<niedoczasie>> i podnieceniu. Zmieniałam pracodawców, mieszkania, mężczyzn, z którymi usiłowałam ułożyć sobie życie.”
Powieść jest tak właściwie ciągiem myślowym bohaterki i zawiera głównie opisy jej przeżyć i przemyśleń. Samej akcji czy dialogów jest tutaj niewiele. Cóż mogę napisać o głównej postaci? Nie polubiłam jej. Moim zdaniem jest mocno niekonsekwentna i chaotyczna, co dziwne patrząc na jej miejsce pracy – urząd. Zabrakło mi w niej szczerości, prawdziwości i jakiegoś pazura. Jej działania są niespójne: z jednej strony boi się lekarzy, by z drugiej popaść w szaloną obsesję na punkcie jednego z nich. Wizja erotycznego spełnienia podczas badania przy grupie zagranicznych studentów wydała mi się szokująco niesmaczna i kompletnie oderwana od rzeczywistości… Zresztą, nie spojlerując, cała powieść nosi znamiona nierzeczywistości, jakby rozgrywała się tylko wewnątrz umysłu Anny. Zabrakło mi rozbudowania pewnych wątków, ostrzejszego zarysowania postaci.

„[…]powód takiego reagowania tkwi w mojej mocno zakorzenionej, lękowo-ucieczkowej postawie wobec lekarzy, paskudztwie i zmęczeniu.”
O ile pomysł na fabułę jest ciekawy, to styl kompletnie mi się nie spodobał. Zbyt proste, krótkie zdania, jakby ucięte, mocno wybijały mnie z rytmu. Irytowały mnie ciągłe powtórzenia: „lękowo-ucieczkowa postawa”, „cynamonowo- miodowe życie” i „paskudztwo” przewinęły się przez tę książkę niezliczone ilości razy. Rozumiem chęć podkreślenia niektórych emocji, ale powtarzalność zabijała historię.

„Przecież wiem, co widzę. A może to dobrze, że inni są ślepi i jego piękno jest tylko dla mnie, tylko moje i nikt nie ma do niego dostępu.”
Historia Anny ma czytelnikowi, a właściwie głównie czytelniczce, uzmysłowić, że nie powinno się pielęgnować lęków, a każda chwila jest dobra, by zacząć nowe życie. To piękne i mądre przesłanie. Jednak dla mnie ukryte pod zbyt szorstką otoczką i w związku z tym nie do końca strawne. Ogromnie podobały mi się wplecione elementy artystyczne: malarskie i muzyczne, oraz klimatyczne spacery po Gdańsku. To duże atuty powieści Elki Noland. Jednak całość nie zdobyła mojego serca…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

” – Bardzo cię kocham, Felu – odpowiedziała siostra. – I pod tamtym, i pod nowym niebem też.”
Od tej książki zaczęła się moja przygoda z kolejną gdańską autorką, ale już wiem, że na niej się nie skończy. Hanna Cygler zabrała mnie w niezapomnianą podróż w czasie i przestrzeni, przenosząc się do amerykańskiej prowincji z początku XIX wieku. Wraz z rodziną Halmanów przemierzamy odległą krainę, by...
” – Bardzo cię kocham, Felu – odpowiedziała siostra. – I pod tamtym, i pod nowym niebem też.”
Od tej książki zaczęła się moja przygoda z kolejną gdańską autorką, ale już wiem, że na niej się nie skończy. Hanna Cygler zabrała mnie w niezapomnianą podróż w czasie i przestrzeni, przenosząc się do amerykańskiej prowincji z początku XIX wieku. Wraz z rodziną Halmanów przemierzamy odległą krainę, by tam odnaleźć swój kawałek ziemi pod nowym niebem. Bohaterowie przeżywają dramaty, zakochują się, walczą z przeciwnościami losu i budują nowy świat. Te historie nie są ckliwe ani przewidywalne, wręcz przeciwnie, zaskakują autentyzmem i prawdziwie życiowymi zakrętami losu.

„Dziwna ta Winona. Z jednej strony wydawała się obca, a z drugiej znajoma, za sprawą ojczystej mowy, którą można było usłyszeć na każdym kroku. Podobno mieszkało tu aż pięć tysięcy Polaków, w tym cztery tysiące z Kaszub.”
Na spotkaniu z autorką w jednej z gdańskich bibliotek dowiedziałam się, że zbieranie materiałów do tej powieści zajęło sporo czasu i było możliwe głównie dzięki jej siostrze. To ona pokazała jej Winonę i uświadomiła, że w tym rejonie mieszkało dawniej wielu Polaków. Wiele miejsc, postaci i wydarzeń opisanych w „Nowym niebie” jest autentyczne, co tym bardziej podnosi wartość tej książki. Dzięki niej można zanurzyć się w ówczesnych realiach i poznać świat emigrantów.

„Przez chwilę coś zawirowało jej w głowie, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi. Czuła, jak wyrastają jej skrzydła i na nich leci. Krew w żyłach tętniła tak mocno, jakby chciała wytrysnąć przez policzki.”
„Nowe niebo” to opowieść o miłości, ale nie tylko tej romantycznej. To przede wszystkim miłość między członkami rodziny, którzy wspierają się w trudnych chwilach, zawsze mogą na siebie liczyć i potrafią wybaczać błędy. Bo łatwo kogoś kochać, gdy jest dobrobyt i wszystko układa się jak z płatka. Ale prawdziwą sztuką jest kochać, gdy w oczy wieje wiatr a druga osoba rani i dokłada trosk. Hanna Cygler bardzo pięknie i z ogromną dbałością o szczegóły przedstawiła wiele odcieni miłości i jej wpływ na życiowe wybory. To z miłości do bratanków Matylda zdecydowała się emigrować za ocean, a wcześniej nieszczęśliwie ulokowane uczucie i duma sprawiły, że dzieci brata trafiły właśnie pod jej opiekę.

„Ile czasu można więzić dzikiego ptaka, nie dając mu wystarczająco jeść i pić? Ile czasu można go trzymać w niewoli, czekając, aż mu serce pęknie z tęsknoty za bezkresną prerią?”
Życie w Winonie i okolicach nie było łatwe dla imigrantów. Próba przeniesienia własnej kultury i tradycji na nowy grunt nie należała do prostych. Jednak wielu Polakom udało się tam stworzyć swoją małą ojczyznę. Wielu z nich odcięło się od ojczyzny całkowicie, stosując się do zasady: „jesteś tym, gdzie żyjesz, nie skąd pochodzisz”. Książka Cygler opowiada też o drugiej – drmatycznej i czasem przerażającej – stronie medalu. Skoro są kolonizatorzy, muszą być i skolonizowani. Indianie pozbawieni ziemi, domów i praw, zamknięci w rezerwatach, cierpiący z powodu prześladowań – ten wątek jest wstrząsający, ale jednocześnie prawdziwy i emocjonujący.

„Szkoda, że ona sama nic nie wniosła dla ludzkości. Czy hafty i konfitury wiśniowe mogą zmienić świat?”
Przez powieść przewija się wiele postaci, głównie kobiecych, które mają swoje odrębne charaktery, motywy i pragnienia. Każda jest na swój sposób wyjątkowa. Nie można jednoznacznie określić pozytywnych, czy negatywnych bohaterów ( może poza jednym wyjątkiem). Na pewno są to osoby barwne, zmienne i niejednorodne. Dojrzewają na kartach książki, podejmują decyzje, popełniają błędy, kochają i nienawidzą…

Mimo, że nie jestem ogromną fanką powieści historycznych, ta mnie zauroczyła i ogromnie wciągnęła. To bardzo życiowa, autentyczna historia, od której trudno się oderwać. Dzięki niej wróciłam wspomnieniami do czasów dzieciństwa (nie, nie żyłam w XIX wieku) i ukochanych seriali telewizyjnych, czyli „Domku na prerii” i „Doktor Quinn”. Ten klimat Ameryki z czasów kolonistów, rezerwatów Indian i pierwszych nieśmiałych objawów emancypacji kobiet to coś niepowtarzalnego. Ogromnie się cieszę, że miałam przyjemność sięgnięcia po tak dobrą i wyjątkową powieść.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Złe samopoczucie, smutek, rezygnacja, poczucie bezradności to sygnały, że nasze życie woła o uwagę.”
Kot Marzenki to jedna z anegdot, które Magdalena Witkiewicz często przytacza na swoich spotkaniach. Zresztą miałam kiedyś okazję wziąć udział w takim, które wspomniana Marzenka poprowadziła. Kiedy w sieci zaczęły pojawiać się zapowiedzi tej książki, myślałam sobie: „No fajnie, ale przecież co...
„Złe samopoczucie, smutek, rezygnacja, poczucie bezradności to sygnały, że nasze życie woła o uwagę.”
Kot Marzenki to jedna z anegdot, które Magdalena Witkiewicz często przytacza na swoich spotkaniach. Zresztą miałam kiedyś okazję wziąć udział w takim, które wspomniana Marzenka poprowadziła. Kiedy w sieci zaczęły pojawiać się zapowiedzi tej książki, myślałam sobie: „No fajnie, ale przecież co Magda może napisać we współpracy z coachem?”. Wreszcie odebrałam pięknie zapakowaną przesyłkę i pomyślałam:”Przeczytam!”. A że za kilka dni miało się odbyć spotkanie z autorkami w gdańskim Empiku, to lepszej okazji być nie mogło. Zaczęłam czytać. I coraz szczerzej otwierałam oczy. Cholera! To o mnie!

„Jest tylko jedna osoba, która może zmienić twoje życie. Jeśli chcesz ją poznać, to spójrz w lustro!”
Z jednej strony, w tej książce są same oczywiste oczywistości. Naprawdę nie ma tu nic, o czym każdy z nas by nie wiedział. Ale wiedzieć a stosować się do tej wiedzy to dwie zupełnie różne sprawy. W przeciwieństwie do innych tego typu poradników nie znajdziecie tu tylko suchych reguł i wypunktowanych afirmacji. Dzięki Magdalenie Witkiewicz ta książka jest inna, bo zawiera również bajkę-niebajkę, której bohaterka, Wincentyna Zwyczajna-Takajakty, trafia do tytułowej Czarnej Dupy, czyli miejscowości, w jakiej każdy z nas się kiedyś znalazł. Napotyka tu różnorodne postaci, reprezentujące rozmaite aspekty codziennego życia, prowadzące nas właśnie w to miejsce.

„Przymierzyłam szczęście – pasuje! Będę nosić!”
Moim ulubionym rozdziałem jest ten o wdzięczności. Ogromnie przypomina mi jedną z ukochanych książek dzieciństwa – „Pollyannę”. Pamiętacie „grę w zadowolenie”? No właśnie, taka prosta, a jednocześnie tak trudna. Bo jesteśmy przyzwyczajeni do narzekania a nie do radości z małych rzeczy.

„Dzień możesz sobie zaczarować albo zakląć. Ty wybieraj.”
Głównym przesłaniem „GPS Szczęścia..” jest uświadomienie, że za swoje samopoczucie odpowiadamy my sami. To, jak będziemy siebie postrzegać i traktować, wróci do nas w dwójnasób. Jeśli zamienimy „problemy” na „wyzwania” i przestaniemy myśleć w negatywnych kategoriach, wyjście nawet z najtrudniejszych sytuacji będzie dużo prostsze, a życie okaże się całkiem przyjemne.

„Samoocena to zdecydowanie nie to samo, co samozajebistość.”
Dużym atutem tej książki jest jej przystępny język: lekki, prosty i pełen humoru.Nic tak nie zniechęca, jak odstraszające terminy i górnolotne frazy. Tutaj wszystko jest czytelnie i prosto wyjaśnione przez Marzenę Grochowską, a na dodatek przezabawnie przedstawione przez Magdę Witkiewicz. To połączenie skutkuje oryginalną i nietuzinkową pozycją, która trafi do każdego czytelnika z grupy tak zwanych „szarych zjadaczy chleba”.

„Od owijania w bawełnę są jedwabniki, ty nie musisz.”
Duet pisarsko-psychologiczny okazał się bardzo zgrany, a książka przewyższyła moje oczekiwania. To taka pozycja, do której można ciągle wracać, coś zaznaczać, podkreślać i dopisywać. Zresztą przewidziano w niej miejsce na własne notatki po każdym rozdziale, a oryginalne ilustracje nadają się idealnie do kolorowania. „GPS Szczęścia” to książka, którą warto mieć zawsze pod ręką i po którą należy sięgać, gdy czujemy że nasze życie skręca w stronę Czarnej D.

„Czasami Bogumił czuł, że jest zmęczony ze zmęczenia i głodny z głodu, ale najbardziej był przekonany, że wiecznie coś musi.”
Dzisiaj, przy okazji pisania tej recenzji, ponownie sięgnęłam po książkę i wpadł mi w oko fragment bardzo ważny, bo mówiący o tym jak rodzice nieświadomie „programują” swoje dzieci. Matka powtarzająca, że jest gruba i brzydka nie powinna się dziwić, że potem jej córka również ma o sobie taką opinię. Nie chcę zrobić krzywdy swoim dzieciom. Dlatego patrząc w lustro będę mówić: „Mam ładne, długie włosy, moje ciało jest w sam raz do przytulania. Jestem piękna, a moje dzieci są do mnie podobne.”

„O marzeniach trzeba mówić światu, trzeba o nich śpiewać i nosić je ze sobą każdego dnia.”
Jeśli oczekujecie czegoś szokującego, tutaj tego nie znajdziecie. Jeśli oczekujecie wzruszeń, to nie ten adres. Jeśli chcecie mieć mapę do poruszania się po własnym życiu – proszę bardzo! „GPS Szczęścia, czyli jak wyjść z Czarnej D.” to zbiór porad, które tak naprawdę każdy z nas zna, ale nie zawsze umie je wyartykułować i niekoniecznie się do nich stosuje. Dlatego warto mieć je w formie spisanej, na dodatek z humorem i pomysłem.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Wszystko, co cię przeraża, tak jakby zlepia się i tworzy coś megaprzerażającego. Masz wrażenie, że okrywa cię koc strachu, zrobiony z okruchów szkła, psiej kupy, ropnego śluzu i krwawiących pryszczy zombie.”
Jak zaznacza na wstępie Autorka, to nie jest kontynuacja „Cudownego chłopaka” i nie poznacie tu dalszych losów Auggiego. To opowieść o trzech postaciach, które przewinęły się w historii...
„Wszystko, co cię przeraża, tak jakby zlepia się i tworzy coś megaprzerażającego. Masz wrażenie, że okrywa cię koc strachu, zrobiony z okruchów szkła, psiej kupy, ropnego śluzu i krwawiących pryszczy zombie.”
Jak zaznacza na wstępie Autorka, to nie jest kontynuacja „Cudownego chłopaka” i nie poznacie tu dalszych losów Auggiego. To opowieść o trzech postaciach, które przewinęły się w historii o Auguście, ale dopiero teraz możemy im się przyjrzeć bliżej. Julian, czyli ten najwredniejszy dręczyciel Augieggo, Chris, czyli kumpel z dzieciństwa i Charlotte – miła dziewczyna, która zawsze stara się być z dala od konfliktów. Da się ich polubić? Czego uczą nas ich „cudowne historie”?

„Jeden błąd nie decyduje o tym, kim jesteś, Julianie.”
Dzięki tej książce poznajemy problemy,z jakimi borykają się przeciętne dzieci i nastolatkowie. Nie trzeba być „innym”, by doświadczać złości, smutku, potrzeby przyjaźni. Właśnie o tym są opisane w książce historie. Przybliżają nam świat dzieciaków, w którym nie wszystko jest łatwe i miłe. Tak naprawdę jest to skomplikowana maszyneria, w której zależności między szkolnymi kolegami i ich rodzinami są czasem jak pole minowe.

„Nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że przyjaźń z nim sprawia czasem kłopot.”
Opowieści z tej książki spodobają się i dzieciom w wieku szkolnym, i ich rodzicom, ponieważ mogą pomóc zrozumieć dziecięcy punkt widzenia świata. Dobrze jest czasem spojrzeć na niektóre sytuacje od wewnątrz, świeżym spojrzeniem. Autorka pisząc prostym, lekkim językiem sprawiła, że miałam wrażenie autentycznie dziecięcej narracji. Poczułam jak wielkie mogą być problemy młodych ludzi, przez nas, dorosłych, często uznawane za błahe i nieistotne.

„Człowiek nie jest przyjacielem jedynie wtedy, kiedy mu to pasuje. Dla przyjaciół warto się trochę wysilić!”
„Cudowny chłopak i ja” wzrusza i niesie dawkę pozytywnej energii. Jest też skarbnicą nienachalnych wskazówek jak postępować by nie ranić innych i samemu być szczęśliwym. To swoisty savoir vivre dla uczniów, ale nie tylko. Pozwala z dystansem a jednocześnie empatią spojrzeć na zdarzenia, które początkowo wydają nam się jednoznacznie złe i niewłaściwe. Bo czasem trzeba zajrzeć pod zewnętrzną warstwę i dostrzec to, co najistotniejsze i prawdziwe.

„Moim zdaniem marzenie jest jak rysunek, który pojawia się w twojej głowie i ożywa. Najpierw trzeba je sobie wyobrazić. Potem bardzo ciężko pracować, żeby się spełniło.”
Poprzez postaci Juliana, Chrisa i Charlotte autorka ukazała jak różnorodne mogą być doświadczenia tak młodych ludzi, jak wpływają na ich charaktery i zachowania i jak, pozytywnym przykładem i wsparciem, można ich nakierować we właściwą stronę. „Cudowny chłopak i ja” to przede wszystkim opowieści o różnych odcieniach przyjaźni, o konieczności pielęgnowania jej i chronienia. To także płynąca ze stron książki nauka tolerancji, współczucia i zrozumienia dla drugiego człowieka. Każdy ma prawo do swojej odrębnej historii, ale nie kosztem innych.

„Udało mi się zachować bezstronność w wojnie między chłopakami i teraz chciałam postąpić tak samo, gdyby zaczęła się wojna wśród dziewczyn.”
Ta książka jest świetnym uzupełnieniem „Cudownego chłopaka”, chociaż można ją przeczytać jako odrębną historię. Potraktowana jako opowieść o współczesnych dzieciach i ich przeżyciach,wniesie dużo emocji i wiedzy o ich pragnieniach, potrzebach i problemach. Bo to, co nam wydaje się błahe, dla nich urasta momentami do kolosalnych rozmiarów.

Polecam książki R. J.Palacio czytelnikom w każdym wieku, bo uważam, że każdy wyciągnie z nich coś dla siebie. Prosty język ułatwia odbiór, postaci są realistyczne i pełne życia a historie wzruszają, bawią i pozostają na dłużej w pamięci.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
491 343 2460
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (41)

Ulubieni autorzy (12)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd