Przeczytanki-Dorota Lińska-Złoch 
przeczytanki.pl
Czytelniczka, recenzentka i blogerka ;)
34 lat, status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Teraz czytam
  • Black Water
    Black Water
    Autor:
    Czarna woda poprzez opowieść o pogrążonym w kryzysie człowieku zgłębia najbardziej mroczne wydarzenia historii najnowszej – przenosimy się z Indonezji końca lat dziewięćdziesiątych do zimnowojennej Eu...
    czytelników: 218 | opinie: 8 | ocena: 5,07 (29 głosów)
  • Cała ja
    Cała ja
    Autor:
    Milena całkowicie traci głowę, gdy całuje Jacka po raz pierwszy. W starszym, zamożnym przyjacielu rodziny odnajduje wszystko, czego brakuje jej rówieśnikom – szacunek, czułość i namiętność. Wydaje się...
    czytelników: 558 | opinie: 117 | ocena: 7,43 (222 głosy)
  • Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Autor:
    Księża to ludzie z krwi i kości. Odczuwają głód, pragnienie, zmęczenie. I popęd seksualny. Ani sutanna, ani głęboka wiara, ani nawet święcenie kapłańskie tego nie zmienią. Marcin Wójcik w swoich repor...
    czytelników: 1845 | opinie: 159 | ocena: 6,62 (895 głosów)
  • Dolina śmierci
    Dolina śmierci
    Autor:
    Zwarty epos Konrada Sikory inspirowana historią Ziemi Dukielskiej.
    czytelników: 9 | opinie: 5 | ocena: 8 (4 głosy)
  • Dziadek do orzechów
    Dziadek do orzechów
    Autor:
    Jest Wigilia. Siedmioletnia Klara i jej braciszek Fred czekają na świąteczne prezenty. Jak zawsze najwspanialszy dostaną od sędziego Droselmajera, zegarmistrza i wynalazcy, ich chrzestnego ojca; w tym...
    czytelników: 1085 | opinie: 57 | ocena: 7,24 (587 głosów) | inne wydania: 16

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kroniki Martina Bauera (tom 1)

„Bauer znał tę reakcję. Szok działał jak miejscowe znieczulenie, jeszcze nie czuła bólu, zwątpienia, smutku. Te uczucia nadejdą w swoim czasie […].”
Pastor będący na usługach policji, Martin Bauer, jest kimś w rodzaju negocjatora i psychologa, który wspiera zarówno funkcjonariuszy jak i ofiary przestępstw. To postać niepokorna zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej. Gdy odwiedzony od skoku...
„Bauer znał tę reakcję. Szok działał jak miejscowe znieczulenie, jeszcze nie czuła bólu, zwątpienia, smutku. Te uczucia nadejdą w swoim czasie […].”
Pastor będący na usługach policji, Martin Bauer, jest kimś w rodzaju negocjatora i psychologa, który wspiera zarówno funkcjonariuszy jak i ofiary przestępstw. To postać niepokorna zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej. Gdy odwiedzony od skoku z mostu policjant kilka godzin później mimo wszystko popełnia samobójstwo, pastor Bauer rozpoczyna prywatne śledztwo. Czuje na barkach odpowiedzialność za żonę i syna zmarłego oficera. Tropy wiodą go do dzielnicy czerwonych latarni, a im głębiej zaczyna grzebać, na tym większe niebezpieczeństwo naraża zarówno siebie jak i swoich bliskich…

„Ale czy rzeczywiście zawsze pozostaje okruch miłości — niezależnie od tego, jak bardzo to uczucie zostało nadszarpnięte przez życie? I czy ta niewielka drobinka, która się ostała, była naprawdę miłością?”
Przyznam, że dopiero po przeczytaniu książki zorientowałam się, że nie napisał jej jeden autor, lecz duet. W trakcie lektury było to niedostrzegalne, przynajmniej dla mnie. Ogromnie wciągnęłam się w fabułę, śledziłam kryminalne zapędy pastora i kibicowałam pozostałym bohaterom. To powieść pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, moralnych dylematów i bohaterów, których nie można jednoznacznie sklasyfikować jako pozytynych, czy negatywnych. Powiązania między poszczególnymi postaciami i wątkami splatają się powoli, odsłaniając skomplikowany obraz. Przeszłość nie pozostaje bez wpływu na teraźniejszość, a wybory ojców determinują losy ich dzieci.

„<<Boże, proszę,chroń ją. Czyń ze mną, co chcesz, ale chroń moją córkę.>> Te słowa napłynęły do niego bezwiednie. Trudno byłoby znaleźć bardziej naiwną modlitwę, ale do dziś ją odmawiał.”
„Wiara, miłość, śmierć” to świetnie skonstruowany kryminał, w którym śledztwo jest na równi ważne z tłem obyczajowym oraz analizą poszczególnych bohaterów. Samo rozwiązanie zagadki to jedno, ale zrozumienie, co doprowadziło do aktualnego stanu rzeczy, to oddzielna sprawa. Autorzy świetnie pokazują, jak niewielkie błędy mogą sięskumulować i doprowadzić do tragedii i jaką ułudą są takie fundamenty jak wiara, rodzina, przyjaciele. W chwili próby zazwyczaj zwycięża instynkt samozachowawczy… Martin Bauer to świetnie nakreślony bohater, którym targają dylematy moralne i osobiste. Poświęcający siępracy do tego stopnia, że w pewnym stopniu cierpąi na tym jego najbliżsi. Córka, zapalona aktywistka, która poszła w ślady ojca, pakuje sięw tarapaty, jednak Bauer musi wybrać pomiędzy nią a wsparciem dla rodziny zmarłego policjanta. Wybory, jakich dokonuje nie należą do łatwych i oczywistych — czasem bardziej jest ojcem, czasem księdzem, a czasem po prostu człowiekiem…

„Szukał prawdy, znalazł jej odłamki i ustawił je w rzędzie jak domino. Chciał uzdrawiać i godzić. Ale ostatnią kostką, którą wygrzebał z przeszłości, przewróciłby pozostałe[…].”
Według mnie „Wiara, miłość, śmierć” to powieść dla fanów nieoczywistych kryminałów z nietuzinkowymi bohaterami. Oprócz Bauera główną postacią jest też policjantka — Verena Dohr — idąca pod prąd, równie niepokorna co duchowny, i równie gorąco oddana walce o prawdę i sprawiedliwość. Duet, w którym czasem zgrzyta, czasem są spięcia, dąży do realizacji wyznaczonego celu i nie ugina się pod presją. Jednak czy wyciąganie brudów z przeszłości i deptanie po palcach wpływowych osób pomoże w śledztwie, czy sprowadzi na bohaterów jeszcze większe kłopoty? Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę powieść. Ja osobiście będę czekać na kolejne perypetie Martina Bauera — na nowe sprawy kryminalne oraz dalsze perypetie osobiste, które pod koniec pierwszego tomu mocno się skomplikowały…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Nie należy wiązać się z nikim z powodu pustki w życiu. Z powodu samotności. Samotność to najgorszy doradca.”
Sięgając po tę książkę nie wiedziałam ani trochę, czego mogę się spodziewać. Marlenę Rytel kojarzyłam jako autorkę książek dla dzieci, ale ich również nie miałam okazji czytać, więc nie znałam jej stylu. Ta „randka w ciemno” okazała się tak udana, że gdyby nie moja orientacja i stan...
„Nie należy wiązać się z nikim z powodu pustki w życiu. Z powodu samotności. Samotność to najgorszy doradca.”
Sięgając po tę książkę nie wiedziałam ani trochę, czego mogę się spodziewać. Marlenę Rytel kojarzyłam jako autorkę książek dla dzieci, ale ich również nie miałam okazji czytać, więc nie znałam jej stylu. Ta „randka w ciemno” okazała się tak udana, że gdyby nie moja orientacja i stan rodzinny, poprosiłabym Marlenę Rytel o rękę! 😉


„Sądziła, że jeśli pomoże wypić Zdzisiowi cały alkohol, jaki posiadał, wtedy on wypije mniej. Ot, logika osoby współuzależnionej.”
Ta książka mną wstrząsnęła, i to bardzo. Autorka nie bawi się z czytelnikiem w ciuciubabki i słodkie zaczepki, tylko uderza od razu „z grubej rury”. Alkoholizm, przemoc, upodlenie i śmierć — mocne tematy jak na debiut obyczajowy. Nie każdemu ta książka przypadnie do gustu, bo zbyt wiele obnaża, nie przykrywając rzeczywistości różową firanką.

” — Całymi dniami siedzisz w domu, nic nie robisz i jednej szklanki nie możesz umyc?! – grzmiał. – A te zabawki to mam do kosza wypierdolić?! Co one robią w kuchni?! Za mało miejsca w tym domu?! Może pałac kupię?!”
Początkowo sądziłam, że mam w rękach zbiór opowiadań. Wcale mi ten fakt nie przeszkadzał, bo każda z histori jest na wysokim poziomie a jej bohaterowie wzbudzają ogromne emocje. Książka jest podzielona na dwie części i dopiero w tej drugiej Rytel zaczęła łączyć wątki w jedną, niesamowicie rozbudowaną opowieść. Wybór jednej osoby determinował losy wielu innych, a konsekwencje podejmowanych decyzji były długofalowe i dotykały niejednego bohatera.

„Jeden łyk, drugi, trzeci… Butelka, dwie, trzy… Piłam i płakałam. Płakałam i piłam.”
Te wszystkie historie, opowiedziane przez autorkę w „Kiedy znów zaświeci słońce” są niesamowite głównie przez swój realizm. Nie ma chyba nikogo, kto nie miałby w rodzinie lub wśród znajomych osoby pijącej „zbyt wiele”, albo żony, która nie ma gdzie uciec przed domowym tyranem. Kiedy jedno piwo po pracy zamienia się w alkoholowy ciąg, z którego droga prowadzi tylko w dół równi pochyłej? Marlena Rytel przedstawia osoby skrajnie różne — i te wywodzące się z typowo patologicznego środowiska i te „z dobrych domów”, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, samotnicy i posiadacze rodzin. Nie ma jednej definicji ani jedynej słusznej drogi wyjścia.

„Kobiety zbyt często litowały się nad takimi pożal się Boże tatusiami, którzy ani myśleli łożyć na rodzinę, zostawiając wszystko na ich głowie, a sami w tym czasie świetnie się bawili lub realizowali życiowe ambicje i plany.”
Marlena Rytel każdemu ze swoich bohaterów rzuca kłody pod nogi, a potem je jeszcze nabija gwoździami. Gdzieś tam dla wybranych zapala maleńkie światełko nadziei, ale na tyle wątłe, że może je zdmuchnąć byle powiew. By je uratować potrzeba nie lada szczęścia i wysiłku. Wśród bohaterów „Kiedy znów zaświeci słońce” są tacy, którzy z całych sił walczą o swoje szczęście i tacy, dla których najmniejsza porażka jest końcem świata.

„Jakie jeszcze niespodzianki szykuje dla niej przeznaczenie? Czy w końcu nad jej głową zaświeci słońce?”
W tej książce Rytel nie piętnuje nałogu jako takiego. Nie skazuje alkoholików na przegraną i wykluczenie. Pokazuje, że każdy jest kowalem swojego losu i chociaż czasem do otrzeźwienia potrzebny jest kubeł lodowatej wody, to nie ma drogi bez wyjścia. Czasem jednak nie wystarczą same chęci, potrzebna jest interwencja z zewnątrz i w porę wyciągnięta pomocna dłoń.

„Wiecie, jakie to uczucie tulić w ramionach kogoś, kogo kochasz najbardziej na świecie, wiedząc, że odchodzi?”
Powieść Marleny Rytel wzbudziła we mnie ogromne emocje — od obrzydzenia, przez niechęć, gniew aż po strach i ogromny smutek. Podziwiam autorkę, ponieważ przy takiej ilości bohaterów, każdego stworzyła i indywidualnie, nie są to postaci „na jedno kopyto”. Jedne wzbudziły moją sympatię, czy współczucie, inne zirytowały swoim postępowaniem a niektóre zasmuciły swą bezsilnością. Ale wobec żadnej nie potrafiłam przejść obojętnie a historie ich życia czytałam z wypiekami na twarzy. Nie obyło się też bez łez, bo nie dla każdego autorka przygotowała happy end…

„Człowiek to tak skomplikowana istota, że – nawet wbrew sobie – o wiele bardziej utrwali w pamięci zło, jakiego doświadczył w życiu, aniżeli dobro.”
Ta książka jest idealnym przykładem na to, jak powinna wyglądać prawdziwa literatura obyczajowa. Rzetelna, życiowa i w doskonałym stylu. Przedstawiająca aktualną tematykę i z perfekcyjnie wykreowanymi bohaterami oraz świetnie poprowadzoną fabułą. Zaskakująca, wstrząsająca i pozostająca w pamięci. Nie zalewająca czytelnika litrami lukru i miałkimi opowiastkami o głupiutkich kobietkach i bogatych playboyach. I niosąca ważne przesłanie zamiast oklepanych złotych myśli. Ta powieść łączy w sobie cechy reportażu, powieści autobiograficznej, swoistego pamiętnika i powieści psychologicznej. Marlena Rytel zmiksowała kilka gatunków i stworzyła coś niezwykłego, niespotykanego do tej pory w polskiej literaturze obyczajowej. W moim subiektywnym odczuciu stanęła na podium współczesnej literatury i mam nadzieję, że jej kolejne książki umocnią tę pozycję.

„Żadna z osób krytykujących ofiary przemocy domowej nie ada sobie pytania: co ja mogę zrobić, jak pomóc w zatrzymaniu przemocy? Żadna z tych osób nie zada sobie pytania: czy ta kobieta, mająca dzieci, ma dokąd odejść? czy ma za co żyć?”
Z wielką dumą podjęłam się patronatu nad „Kiedy znów zaświeci słońce” i szczerze zachęcam Was do lektury. Marlena Rytel jest niesamowicie skromną osobą i jestem pewna, że zrobicie jej ogromną przyjemność sięgając po tę powieść i dzieląc się wrażeniami. Ja ze swojej strony gwarantuję Wam niezapomniane przeżycia i wstrząs czytelniczy.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

” — Hellboya? — zdziwił się jeszcze bardziej Lewiński.
— To taki komiks… — wyjaśnił z niewinnym uśmiechem Lis.– O potworach, które są wykorzystywane przez pewną agencję rządową do walki ze złem.”
Mityczny jednorożec — istota tak niezwykła i niespotykana, że jej odnalezienie przynieść może chwałę, sławę i niewyobrażalne profity. W powieści Szmidta tym tytułowym jednorożcem jest… jasnowidz. To...
” — Hellboya? — zdziwił się jeszcze bardziej Lewiński.
— To taki komiks… — wyjaśnił z niewinnym uśmiechem Lis.– O potworach, które są wykorzystywane przez pewną agencję rządową do walki ze złem.”
Mityczny jednorożec — istota tak niezwykła i niespotykana, że jej odnalezienie przynieść może chwałę, sławę i niewyobrażalne profity. W powieści Szmidta tym tytułowym jednorożcem jest… jasnowidz. To najbardziej poszukiwana zdolność nadnaturalna, która może zostać wykorzystana do osiągnięcia władzy wręcz absolutnej. Dlatego agent rządowy tak bardzo zatraca się w poszukiwaniu owego „jednorożca” wykorzystując do tego m.in. zdolności telepatyczne Edmunda Lisa. Jak owe poszukiwania się zakończą i czego mogą dokonać osoby zwane esperami?Jak zwykle u Szmidta — jest zaskakująco.

„Z czym zetknął się chłód, to przestawało istnieć dla umęczonego bólem umysłu. Znikało odrętwienie, ale znikał też ból. […] Kościste, ale delikatne jak aksamit palce Śmierci niosły ukojenie, uwalniały od męki niewysłowionego cierpienia.”
Robert J. Szmidt ma bardzo specyficzne poczucie humoru. Lubi pozabijać swoich bohaterów w najmniej oczekiwanych momentach i zakręcić czytelnikiem jak w alkoholowej ruletce. Nigdy nie wiadomo do końca, kto jest kim, po czyjej jest stronie i co się za chwile wydarzy. W”Kronikach jednorożca” autor serwuje twist za twistem, przez co niejednokrotnie przecierałam oczy ze zdumienia i zbierałam szczękę z podłogi. Połączenie kryminału z fantastyką i political-fiction, doprawione dużą dawką czarnego humoru nie pozwala jednoznaczniesklasyfikować tej książki. Co ciekawe, powieść powstała kilka lat przed rokiem 2012, a autor opisuje w niej takie wydarzenia jak Euro w Polsce, czy katastrofa, w której giną prominentni politycy… Dobra analiza czy dar jasnowidzenia? 😉

” — Kiedyś cię za to zabiję! Będę darł pasy z jedwabistego dupska, cycki naciągnę jak gumkę i na supeł na plecach zawiążę, oczy przez nos wydłubię łyżeczką do herbaty…”
Kluczową postacią w „Kronikach jednorożca. Polowanie” jest telepata Edmund Lis, zwany Mundkiem. Typ nie jest bohaterem stricte pozytywnym, to dość egoistyczny dupek, który częściej myśli o własnej wygodzie i rozrywce, niż „wyższych celach”. Zresztą nie oszukujmy się, pracując dla rządu nie dba się dobro ogółu tylko o tyłki obecnych polityków. Mimo to, Mundek wzbudził we mnie sympatię właśnie przez tę swoją normalność i ludzkie wady. Ideałów nie ma i nie będzie, a wygra ten, który jest bardziej cwany i bezwzględny. I ma odpowiednich sojuszników…

„Zachciało ci się zemsty, a jesteś tylko mrówką, która kopie w dupę siedzacego słonia.”
Powieść Szmidta jest wciągająca i pełna zwrotów akcji oraz niesamowitych perypetii nietuzinkowego bohatera. To interesująca wizja świata, w którym wszystkie ważne wydarzenia są sterowane przez osoby obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami. Czy uzdrawianie, czytanie w myślach i przewidywanie przyszłości są możliwe? Czy to tylko wymysł wyobraźni pisarza? Po lekturze „Kronik jednorożca” pytania się mnożą a wątpliwości narastają… To książka dla wielbicieli urban fantasy, political fiction i wszelkich teorii spiskowych. Może zostać potraktowana zarówno poważnie (wywołując dreszcz niepewności na plecach)jaki z ogromnym przymrużeniem oka, jako typowo lekka rozrywka z kategorii komedii fantastycznej. Wybór i ocenę pozostawiam Wam.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Starosta rozwiązał ręce młodym, przełamał chleb na pół i podał narzeczonym. Laszlo pomalutku ujął delikatną dłoń Laury i wsunął pierścionek z rubinowym oczkiem na jej serdeczny palec.”
Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, przepisana częściowo z pamiętników kobiet w nich uczestniczących, obejmująca okres od drugiej połowy dziewiętnastego wieku do czasów bliskich współczesności. „Saga...
„Starosta rozwiązał ręce młodym, przełamał chleb na pół i podał narzeczonym. Laszlo pomalutku ujął delikatną dłoń Laury i wsunął pierścionek z rubinowym oczkiem na jej serdeczny palec.”
Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, przepisana częściowo z pamiętników kobiet w nich uczestniczących, obejmująca okres od drugiej połowy dziewiętnastego wieku do czasów bliskich współczesności. „Saga rodziny Grzeszczaków”, jak sam tytuł wskazuje, opowiada losy członków jednej familii na przestrzeni wielu lat. Są tu wspomnienia radosne, takie jak śluby czy narodziny dzieci, ale też smutne i dramatyczne — rozstania, choroby, śmierć, wojna… To książka opowiadająca o prawdziwym życiu prawdziwych ludzi, mierzących się z wyzwaniami jakie stawiał przed nimi los.


„Dzieci umierały na nieznaną w tamtych czasach chorobę, nazwaną pomorem. Tragedia dla rodziny była tym większa, że śmierć je zabrała w ciągu jednego roku, co spowodowało, że moja babcia całkowicie osiwiała wwieku 29 lat, a dziadek zadręczając się, całymi dniami przesiadywał w kuźni.”
Po lekturze tej książki odczuwam zdecydowany niedosyt. Jest zbyt krótka, według mnie to zaledwie szkic, zarys fabularny, który mógłby posłużyć do stworzenia wielotomowej sagi. Zabrakło mi rozbudowania niektórych wątków i odtworzenia losów poszczególnych postaci. Czasem opowieść autorki skupiała się na jednym wątku prowadząc go długo, a innym razem przeskakiwała między bohaterami i wydarzeniami, jak w streszczeniu, czy kronice. To historia z ogromnym potencjałem i mam nadzieję, że Zofia Maria Stalewska zdecyduje się na jej rozbudowanie i pociągnięcie pobocznych wątków.

„Czytając osobiste zapiski babci można zauważyć, że pojęcie wolności musiało być dla niej bardzo ważne. Chciała też, by takim było dla jej dzieci.”
„Saga rodziny Grzeszczaków” to przede wszystkim opowieść o tym, że wsparcie najbliższych jest największą siłą, a rodzina to naicenniejszy, choć czasem drogo okupiony, skarb. Losy przodków autorki bywały burzliwe i nieprzewidywalne. Czasem czułam, jakbym czytała powieść sensacyjną ponieważ niektóre wydarzenia zaskakiwały i jawiły się na pograniczu brawury i ogromnego farta. Sporo miejsca zajmują też ciepłe opowieści o wzajemnej miłości, wsparciu i ratunku w potrzebie. A także i codzienności — posiłkach, strojach, perypetiach mieszkaniowych czy pracy.

„Kominy i piece krematoryjne pracowały bez przerwy, pochłaniając setki i tysiące niewinnych ofiar, cichych bohaterów i męczenników tych czasów.”
Najbardziej przejmujące dla mnie były rozdziały opowiadające o losach rodziny Grzeszczaków w czasie drugiej wojny światowej. Ich też nie ominęły prześladowania, obozy i straty. Ale doświadczyli też boskiego wsparcia, „ludzkości” Niemców i ratunku w chwilach upadku i umęczenia. Autorka opisuje rzeczy zarówno straszne, jak i te niosące płomyczek nadziei. Z jej opowieści wyłania się obraz ludzi, którzy walczyli o wolność, byli patriotami w pełnym tego słowa znaczeniu. Pokładali też ufność w Bogu oraz cenili rodzinne wartości.

„Wystarczy przymknąć oczy, aby uleciećna skrzydłach fantazji, gdzie słowa na nowo przeze mnie zapisane nie oddają w pełni zapisanej treści, albo po prostu nie są więcej potrzebne, by mówić między sobą o wszystkim,co warte jest zapisania.”
„Saga rodziny Grzeszczaków” to emocjonująca, ciepła opowieść, w której wielkim atutem są drzewa genealogiczne poszczególnych jednostek rodzinnych ze wskazaniem dat narodzin i śmierci ich poszczególnych członków. Na uwagę zasługują też fotografie z rodzinnych archiwów zamieszczone na końcu książki, pozwalające zwizualizować bohaterów, których losy poznaliśmy w „Sadze..”. Minusami dla mnie są: wspominana wcześniej zbytnia zwięzłość oraz momentami chaotyczne przeskoki między bohaterami i okresami czasowymi. Historia w pewnych miejscach zwalnia, by w innych gwałtownie przyspieszyć. Całość jest ciekawą i rozgrzewającą serce powieścią, w której wielu czytelników odnajdzie uniwersalne wartości i dużo historycznych faktów ubranych w pięknie wystylizowane słowa i ciekawe zwroty akcji. To książka wartościowa ze względu na realizm a także romantyczne tło. Idealna zarówno dla pasjonatów historii, pamętników i biografii, jak i dla czytelników poszukujących emocji, rodzinnego ciepła i wzbudzających empatię bohaterów.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„[…]sprzątaczki twierdzą, że rankiem znajdują w Grocie reniferowe bobki. Budzi to we mnie podejrzenia, nasze renifery są bowiem plastikowe.”
Wiem, że Boże Narodzenie już za nami, ale jeśli chcecie zatrzymać ten klimat na dłużej i na dodatek trochę się pośmiać, sięgnijcie koniecznie po „Sztuczną brodę Świętego Mikołaja”. Ten zbiór opowiadań okołoświątecznych powstawał przez wiele lat. Podobno...
„[…]sprzątaczki twierdzą, że rankiem znajdują w Grocie reniferowe bobki. Budzi to we mnie podejrzenia, nasze renifery są bowiem plastikowe.”
Wiem, że Boże Narodzenie już za nami, ale jeśli chcecie zatrzymać ten klimat na dłużej i na dodatek trochę się pośmiać, sięgnijcie koniecznie po „Sztuczną brodę Świętego Mikołaja”. Ten zbiór opowiadań okołoświątecznych powstawał przez wiele lat. Podobno pierwsze z nich Terry Pratchett napisał w wieku siedemnastu lat. Są to historie śmieszne, dziwne, arcyfantastyczne. Mnóstwo w nich magicznych zjawisk i całkiem normalnych, chociaż potraktowanych z przymrużeniem oka, sytuacji. No i oczywiście jest Mikołaj, w różnych wcieleniach, z różnymi przygodami

„Była to dyscyplina niezwykle widowiskowa, co się zaś tyczy jej reguł, to miały w sobie coś z rugby, gry w klasy i w kapsle oraz z wandalizmu.”
Pomysłowość autora nie zna granic, tworzy nowe słowa, kreuje własne, dziwaczne zasady i stawia realność na głowie. Ta nieduża objętościowo książka spodoba się fanom Pratchetta i będzie dla nich miłym dodatkiem do pełnowymiarowych dzieł tegoż, ale myślę, że trafi też w gust osób nie znających twórczości autora powieści ze Świata Dysku. Moim zdaniem to publikacja skierowana nie tylko do dorosłych ale także ( a może przede wszystkim) do młodych czytelników. Opowiadania zawarte w „Sztuczznej brodzie…” mogą być ciekawą zajawką do literatury fantastycznej.

„– Nie ma sensu twierdzić, że prosiaki nie fruwają, gdy śmigają po niebie, łapiąc wróble — stwierdził filozoficznie burmistrz.”
Jak już pisałam wyżej, ta książka nie jest „grubaskiem”. Do tego dochodzi duża czcionka oraz sporo ilustracji, które są bardzo charakterystyczne i dodają humorystycznego kolorytu. Ze względu na powyższe elementy książkę czyta się ekspresowo. To chyba jej największy minus. Ale zaostrza ona apetyt na lepsze poznanie twórczości Terrego Pratchett’a i pozwala się odprężyć przy humorystycznych opowiastkach. Są wśród nich takie, które spodobały mi się bardziej, inne ciut mniej, ale całość jest dobrze skomponowana i rozśmieszająco-relaksująca.

„Naturalnie nie po raz pierwszy w mej długiej karierze usłyszałem od podsądnego, że jest niewinny, ale ten tutaj pierwszy broni się, twierdząc, że nie jest prawdziwy.”
Jeśli kiedyś zastanawialiście się, co by było gdyby Mikołaj pracował w supermarkecie, albo rozmawiał z komputerem, jaka jest najdziwniejsza gra zespołowa i jak rozmnażają się kury wskazujące kierunek wiatru… Albo jeśli nigdy nic takiego nie wpadło Wam nawet na chwilę do głowy — sięgnijcie po ten zbiorek opowiadań i patrzcie jak usta same Wam się rozciągają w niekontrolowanym uśmiechu od ucha do ucha 😉

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: W Trójkącie Beskidzkim (tom 1)

„Twarz kobiety zdobił wymyślny makijaż. Obcisłe spodnie rurki i falbaniasta, króciutka bluzeczka z dekoltem <<na dwanaście osób>>, odsłaniająca wałek tłuszczu nad paskiem spodni, nie były w stanie odjąć jej lat.”
Swoją przygodę z twórczością Hanny Greń rozpoczęłam od cyklu „Polowanie na Pliszkę”. Dzięki temu poznałam autorkę świetnych,mocnych obyczajówek, która do swoich powieści umiejętnie...
„Twarz kobiety zdobił wymyślny makijaż. Obcisłe spodnie rurki i falbaniasta, króciutka bluzeczka z dekoltem <<na dwanaście osób>>, odsłaniająca wałek tłuszczu nad paskiem spodni, nie były w stanie odjąć jej lat.”
Swoją przygodę z twórczością Hanny Greń rozpoczęłam od cyklu „Polowanie na Pliszkę”. Dzięki temu poznałam autorkę świetnych,mocnych obyczajówek, która do swoich powieści umiejętnie wplata wątki kryminalne oraz gorący romans. Tym razem porcja kryminału była większa, alenie zabrakło ciekawego tła społecznego, rozterek miłosnych i ważkich wątków obyczajowych. „Uśpione królowe” zdecydowanie mi zasmakowały i pobudziły apetyt na kolejne tomy.


” — A ty co, nie umiesz wysłać-maila ze wsteczną datą? –Komendant Czyż był zdegustowany.
— Oczywiście, że umiem!
— To na co czekasz? Spadaj do siebie i wysyłaj.”
Bohaterowie powieści Hanny Greń — nadkomisarz Konrad Procner i komisarz Marcin Cieślar — to faceci z krwi i kości. Tacy szorstcy, a jednocześnie rozgrzewający niczym lawa.Moim faworytem jest naznaczony blizną Konrad, który morduje swoich rozmówców wzrokiem, ma uroczy styl przekręcania szyku zdań i tak naprawdę jest wrazliwym i honorowym mężczyzną. Wątki romansowe są w „Uśpionych królowych” bardzo wyraźne i odgrywają istotną rolę w fabule. Moim zdaniem ta powieść przypomina twórczość Nory Roberts, w której połączenie kryminału z romansem oraz zrównanie kilku par postaci do miana bohaterów pierwszoplanowych jest cechą charakterystyczną.

„– Pamiętam — rzekła Petra w zadumie — jak w szkole starsza koleżanka zapewniała nas, że na nowiu nie można zajść w ciążę. Teraz myślę, że ona nas chyba okłamała…”
Moją ulubioną postacią jest Petra — bohaterka niezwykła, nieco filmowo-fantastyczna. Jej umiejętności kojarzą mi się z nadzwyczajnymi zdolnościami serialowych pomocników amerykańskiej policji,np. w Mentaliście czy we Wzorze. Przywiązanie (a właściwie natręctwo) Petry do poprawnego wysławiania i jej czepianie się słówek jest też świetnym akcentem humorystycznym, który dodaje tej powieści dodatkowego kolorytu i sprawia, że całość jest absolutnie niebanalna. Jestem ogromnie ciekawa, jak umiejętności Petry zostaną wykorzystane w kolejnych częściach i już nie mogę się doczekać lektury dalszych przygód wiślańskich bohaterów.

„– Użyłeś sformułowania overkill. Co to znaczy?
— W tym znaczeniu nadzabijanie, alepo polsku brzmi idiotyczznie, dlatego używa się angielskiego terminu. Oznacza przesade w zastosowanych środkach.”
Żebyście nie sądzili, że „Uśpione królowe” to taka lekka, romansowo-policyjna historyjka, muszę Was ostrzec. To opowieść o seryjnym mordercy, który pastwi się nad swoimi ofiarami i torturuje je, czerpiąc chora przyjemność z ich cierpienia. Kim jest ten psychopata? Czy ma coś wspólnego z przeszłością bohaterów? Co sprawiło, że stał się takim potworem? I czy duet super męskich policjantów rozwiąże te tajemnice i schwyta zbrodniarza, zanim ten dopadnie kolejną ofiarę? Tego musicie już dowiedzieć sięsami podczasslektury. Ja napiszę tylko, że dla mnie intryga kryminalna była na równie wysokim poziomie co zaskakującezwroty akcji oraz świetne tło obyczajowe i czysto ludzkie relacje.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Chciała przygotować synów na wymagania, jakie stawia współczesny świat. Musieli być silni. I idealni, tak jak matka i ojciec.”
„Cud grudniowej nocy” jest pierwszą czytaną przeze mnie w tym roku książką świąteczną. Nie ma w niej jednak typowego cukru i lukrowanych pierniczków. To powieść bardzo „majcherowa”, w której bywa gorzko i smutno, a święta nie dla wszystkich kojarzą się z rodzinną...
„Chciała przygotować synów na wymagania, jakie stawia współczesny świat. Musieli być silni. I idealni, tak jak matka i ojciec.”
„Cud grudniowej nocy” jest pierwszą czytaną przeze mnie w tym roku książką świąteczną. Nie ma w niej jednak typowego cukru i lukrowanych pierniczków. To powieść bardzo „majcherowa”, w której bywa gorzko i smutno, a święta nie dla wszystkich kojarzą się z rodzinną atmosferą. Dla mnie to ogromny plus, bo cenię książki życiowe i przypominające prawdziwe wydarzenia.


„Opublikowanie fotografii na Facebooku i Instagramie zajęło jej mniej niż trzydzieści sekund. Opanowała to do perfekcji.[…] Znajomi nadal ją podziwiali, nadal nie odkryli iluzji.”
Bohaterek książki jest kilka, a każda z nich jest idealnie nieidealna. Kinga to pozerka, która za swoim perfekcyjnym wizerunkiem ukrywa kompleksy. To kobieta, która ciągle myśli o tym „co ludzie powiedzą”. Znam takich przynajmniej kilka. Wystarczy zresztą zajrzeć do internetu: na idealnie wyfiltrowane zdjęcia na Instagramie, czy pełne radości wpisy na Facebooku. A co się skrywa za ekranem smartfona? Nierzadko rozpacz, samotność i sytuacja daleja od ideału…

„Już dawno zauważyła, że każdy dom ma swój charakterystyczny zapach. Każdy,tylko nie jej.[…] Dom Magdaleny nie pachniał niczym.”
Magdalena Majcher, tak bardzo w swoim stylu, poruszyła w świątecznej powieści temat bardzo trudny i bolesny. Żałoba, szczególnie ta kojarząca się z okresem Bożego Narodzenia, jest przeżywana w zwielokrotnieniu. Czas, gdy wszyscy się radują, uniemożliwia ucieczkę od wspomnień i na nowo otwiera ropiejące rany. Czy czas faktycznie może zaleczyć rany? Czy pójście dalej oznacza zdradę?

„Nie potrzebowała słów. Wolała żyć w iluzji. Tak było bezpieczniej. Bo słowa są groźniejsze niż gesty. Zabierają nadzieję lub obiecują za dużo.”
Kamila, siostra „perfekcyjnej” Kingi, wciąż ma poczucie zawodu, jaki sprawia swojej matce. Kobiety nie potrafią się porozumieć, a sytuacja rodzinna sprawia, że Kamila absolutnie nie planuje wicia własnego gniazdka. Kiedy w jej życiu pojawia się „ktoś”, cały światopogląd kobiety wywraca się do góry nogami. Jednak skorupa, w której się wygodnie umościła, nie jest łatwa do skruszenia, a lęk przed cierpieniem blokuje wiarę w szczęście.

„Wysprzatała mieszkanie, za nic mając ironiczne docinki i pytania Cezarego, czy umyła już okna dla Jezuska.”
Jako matka, świetnie rozumiem postawę matki Magdaleny – Marii, która za wszelką cenę chce na nowo obudzić w córce ducha świąt i poczuć się znowu rodziną, mimo pamięci o tragedii sprzed kilku lat. Metody starszej kobiety nie są może do końca etyczne,a kłamstwo ma zwykle krótkie nogi, ale czasem trzeba uwierzyć w cud. Cud grudniowej nocy…

„Z rozsypanych elementów udało się posklejać układankę, ale ślady kleju na łączeniach wciąż brutalnie przypominały o tym, jak niewiele potrzeba, aby zburzyć uporządkowane życie kilkorga ludzi.”
Magdalena Majcher w typowym dla siebie stylu pisze o kobietach, relacjach między nimi i problemach z jakimi się borykają. Każda z bohaterek jest inna, każda popełnia własne błędy i inaczej przeżywa przedświąteczny okres. A my możemy wraz z nimi, dzień po dniu, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia, przygotowywać się do Bożego Narodzenia. Zarówno „myjąc okna dla Jezuska” jak i robiąc porządki w swoich sercach.

„Cuda działy się na jej oczach, stały się jej udziałem.”
Po twórczość Magdaleny Majcher mogę sięgać w ciemno, bo wiem, że nie będzie zbyt ckliwa a jej bohaterowie zachwycą mnie autentyzmem. I „Cud grudniowej nocy” doskonale to potwierdza. Dodatkowym atutem jest przybliżenie kilku śląskich tradycji świątecznych, które nomen omen przydały się mojemu synowi do pracy domowej 😉

Jednym, sporym minusem książki są… błędy. Tutaj grożę paluszkiem wydawnictwu, które totalnie zawaliło redakcję i korektę. Literówka na pierwszej stronie i kilkukrotnie pomylone imiona bohaterek to dla mnie zgrzyt w czasie świetnej lektury. Przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu… Sama historia jest „do schrupania” ale te błędy drażnią moje wyczulone oko 😉

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

” — Bo pani nie jest przeciętną osóbką, ja to czuję. Recepcjonistka, kelnerka… Może pani być kim chce, nosić różne identyfikatory i maski. Wewnątrz jest pani kimś.”
Do książek Edyty Świętek mam mieszane odczucia, bo na przykład „Noc perseidów” była, moim zdaniem nużąca i nieciekawa, natomiast „Cienie przeszłości” przyjemnie mnie zaintrygowały. Jaka jest moja opinia o „Tam, gdzie rodzi się...
” — Bo pani nie jest przeciętną osóbką, ja to czuję. Recepcjonistka, kelnerka… Może pani być kim chce, nosić różne identyfikatory i maski. Wewnątrz jest pani kimś.”
Do książek Edyty Świętek mam mieszane odczucia, bo na przykład „Noc perseidów” była, moim zdaniem nużąca i nieciekawa, natomiast „Cienie przeszłości” przyjemnie mnie zaintrygowały. Jaka jest moja opinia o „Tam, gdzie rodzi się miłość”? Mieszana… Z jednej strony ciekawiła mnie wpleciona w całość intryga kryminalna z dramatycznym wątkiem z przeszłości, lecz z drugiej irytowała pewna niekonsekwencja większości bohaterów. Największym minusem książki jest niestety… okładka -kompletnie oderwana od treści! Postaci na niej nijak się mają do głównych bohaterów powieści (dziewczyna z książki ma ogniście rude włosy!!) i nie wiem, co kierowało grafikiem w trakcie jej tworzenia…

” — Wolę, żebyś się dusiła, ale była żywa, niż gdybym miał cię pochować.”
Hajdukiewiczowie od lat żyją z tak zwanym nożem na gardle. Ciągłe groźby wobec członków rodziny, niewyjaśniona śmierć kilkorga z nich, na dodatek nękające rodzinny interes zbiry i długi — kumulacja nieszczęść. Ale Daria, najmłodsza z rodzeństwa, żyje wciąż pod kloszem, rozpieszczana do granic możliwośći i chroniona niczym królewna w zamkowej wieży.Kiedy spotyka Marka, jej pozorna niedostępność kruszy się i między bohaterami rozkwita gorący romans. Tylko czy miłość ma szansę przetrwać, jeśli oboje okłamują się na każdym kroku? Dokąd zaprowadzą ich wzajemne podchody? Czy to co dzieje się między Markiem i Darią, jest prawdziwym uczuciem, a może tylko fascynacją nowością, albo wręcz perfidnym oszustwem?

Z jednej strony potrafiłam się wczuć w rozterki bohaterów, którym po przeżytych dramatach ciężko było zaufać drugiej osobie. Jednak postawa rodziców Darii była dla mnie kompletnie niepojęta. Jakby żyli w bańce, do której nie docierają zewnętrzne bodźce, kompletnie wyjęci z rzeczywistości. Na miejscu matki Darii, po śmierci synów nie umiałabym się skupiać na finansowym zabezpieczeniu życia i nie wpychałabym córki w ramiona niekochanego faceta dla własnej wygody. A jej ojciec jest tak absolutnie niekonsekwentny i niezaradny życiowo, że to cud, iż prowadzony przez niego hotel funkcjonował tak długo…

„Markowi wciąż było mało. Gdyby kazała mu zniknąć ze swojego życia, skamlałby jak pies.”
Jako ognisty romans ta powieść jest świetna, idealnie pokazuje magnetyzm pomiędzy głównymi bohaterami. Zagadka z przeszłości Hajdukiewiczów i nieoczekiwane zwroty akcji to ciekawe kryminalne tło. Jednak mam wrażenie niewykorzystanego w pełni potencjału tej historii i czuję lekki niedosyt. Liczę, że lektura drugiego tomu wypełni brakujące elementy i ożywi nieco niektóre zbyt płaskie postaci.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Lou Clark (tom 2)

„[…] nie mogę wrócić do Stortfold i znów być „tą dziewczyną”, „tą, która wiecie”. […] Nie chcę codziennie mijać domu Willa i myśleć o tym, w czym brałam udział, o tym, co zawsze tam będzie.”
Mam takie dziwne „zboczenie”, że najpierw wolę obejrzeć film a potem przeczytać książkę. Tak zrobiłam w przypadku „Zanim się pojawiłeś” i absolutnie nie żałowałam. Do kontynuacji tej historii, która...
„[…] nie mogę wrócić do Stortfold i znów być „tą dziewczyną”, „tą, która wiecie”. […] Nie chcę codziennie mijać domu Willa i myśleć o tym, w czym brałam udział, o tym, co zawsze tam będzie.”
Mam takie dziwne „zboczenie”, że najpierw wolę obejrzeć film a potem przeczytać książkę. Tak zrobiłam w przypadku „Zanim się pojawiłeś” i absolutnie nie żałowałam. Do kontynuacji tej historii, która doprowadziła mnie do łez, zabierałam się jak do jeża. Wreszcie nadszedł odpowiedni czas na lekturę. Czy „Kiedy odszedłeś” wzruszyło mnie równie mocno? Nie. Czy warto ją przeczytać? Tak.

„Żałoba miała swój szczególny zapach. Pachniała wilgotną, niewietrzoną salką w kościele i kiepską herbatą w torebkach. Posiłkami gotowanymi dla jednej osoby i zwietrzałymi papierosami, które pali się, kuląc się przed zimnem. Ułożonymi włosami i spryskanymi pachami, drobnymi praktycznymi zwycięstwami nad otchłanią rozpaczy.”
Po śmierci Willa nic nie jest takie, jak być powinno. Lou nie potrafi dotrzymać złożonej obietnicy i zamiast korzystać z radości życia, coraz bardziej pogrąża się w niemocy, rozpaczy i tęsknocie. Z kolorowej, przebojowej i szczerej dziewczyny zmienia się w szarą, zahukaną myszkę zlewającą się z otoczeniem. Do czasu, gdy staje na gzymsie dachu… Po tym wydarzeniu jej życie zaczyna przypominać szaloną karuzelę, na którą wsiadają zupełnie niespodziewani pasażerowie.

„Nastolatki to praktycznie przedszkolaki z hormonami: na tyle duże, że chcą już robić różne rzeczy, ale bez kropli oleju w głowie.”
Gdy w życie Lou wdeptuje (dosłownie) pewna nastolatka, dziewczyna musi na wiele spraw spojrzeć z zupełnie nowej strony. Jojo Moyes poruszyła przez tą postać mocny temat, i to nie jeden. Za sprawą zbuntowanej i krnąbrnej pannicy, główna bohaterka powoli wydostaje się z kokonu, jakim się zakryła po śmierci ukochanego. Autorka pokazała kilka istotnych motywów – wychodzenie z żałoby, odnajdywanie własnej ścieżki pośród cudzych oczekiwań oraz dramaty, które kryją się za niezrozumieniem.

” — Myślę, że ona mnie kocha. Ale siebie kocha bardziej. Inaczej jak mogłaby robić to, co robi?”
Może przy „Kiedy odszedłeś” nie płakałam tak jak przy „Zanim się pojawiłeś”, ale niezaprzeczalnie miałam łzy w oczach. Moyes potrafi poruszyć czułe struny w duszy, przypomnieć osobiste przeżycia i otworzyć oczy na to, co dzieje się wokół. Ta powieść tchnie nadzieją, pozytywną energią rodzinnym ciepłem. Mam wrażenie, że została niejako napisana „ku pokrzepieniu serc” po dramatycznym zakończeniu pierwszej części. W tym tomie Lou nie jest tak wyrazistą postacią, prym wiodą „współbohaterowie”, jednak nadal wzbudza sympatię i opiekuńcze uczucia (bynajmniej we mnie).

„[…]melancholię trzeba, szorując, zmyć ze skóry wraz z zapachem antyseptyków.”
Czy można pogodzić się ze śmiercią? Czy pójście dalej jest zdradą? Jak oddzielić pamięć o zmarłym od wyrzutów sumienia? „Kiedy odszedłeś” nie daje jednej, satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale pomaga spojrzeć na wiele spraw z dystansu i pozwala na zrozumienie, że przeszłość jest niezmienna, mamy wpływ jedynie na przyszłe wydarzenia. I to tylko te, które dotyczą nas samych. Bo każdy musi wziąć swoje życie we własne ręce i zdecydować, co z nim zrobić.

Wiem, że opinie o tej książce są skrajne – od zachwytu, po znudzenie. Ja chyba ustawiam się po środku, z przewagą dobrych wrażeń. Może nie ma takiego wbicia w fotel i szargania emocjami jak w „Zanim się pojawiłeś”, ale uważam, że to bardzo wartościowa i wzruszająca powieść.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: The Last Regret (tom 3)

„Wkurzanie Seymoura było jak drażnienie się z lwem. Lwem na bezmięsnej diecie. Strasznie głodnym…”
The Last Regret to zespół rockowy, którego członkowie są przyjaciółmi wspierającymi się w trudnych chwilach. Cykl młodzieżowych powieści o tych postaciach pojawił się początkowo jako hit na Wattpadzie, by zostać zauważonym i wydanym w formie książkowej. Pierwszy tom mnie zachwycił, drugi znudził,...
„Wkurzanie Seymoura było jak drażnienie się z lwem. Lwem na bezmięsnej diecie. Strasznie głodnym…”
The Last Regret to zespół rockowy, którego członkowie są przyjaciółmi wspierającymi się w trudnych chwilach. Cykl młodzieżowych powieści o tych postaciach pojawił się początkowo jako hit na Wattpadzie, by zostać zauważonym i wydanym w formie książkowej. Pierwszy tom mnie zachwycił, drugi znudził, a trzeci… niemiłosiernie wkurzył. Bo do banalnej historyjki o zakochanych młodych ludziach, która jest oczywista do bólu, „Zaufaj mi” serwuje czytelnikowi kompletną bzdurę o ciężkiej chorobie — depresji.


„Umrę. Umrę na zsinienie jaj. Nie wiem, czy jeszcze komuś się to przytrafiło. Ale mogę być pierwszy.”
Wiem, że ten cykl, jak i podobne książki mają swoje wielbicielki. Dla mnie to takie proste, nie wymagające głębszego zastanowienia historyjki, w których schemat goni schemat. Niegrzeczny chłopak z zespołu, który skrywa wrażliwe serce i sympatyczna „dziewczyna z sąsiedztwa” z dramatyczną przeszłością. Przyciąga ich do siebie erotyczny magnes, ale oboje wzbraniają się przed uczuciem. Do czasu, gdy zamieszkują ze sobą, bo Kacey straciła współlokatorkę a Miles to przecież przyjaciel jej brata. No i nieważne, że kiedyś się ze sobą przespali i od tej pory unikają…

„Nie chciałem jej przeszłości. Chciałem jej teraźniejszości. Jednak jedno i drugie dostałem w pakiecie.”
Jeśli ktoś szuka prostej i przewidywalnej historyjki miłosnej, to „Zaufaj mi” może się spodobać. Chociaż zdecydowanie jest najsłabszym tomem cyklu. Myślałam, że zakończenie mnie jakoś poruszy, wstrząśnie i zostawi w niedosycie, ale zawiodłam się srogo. Od pierwszej do ostatniej strony perypetie Kacey i Miles’a są proste jak drut i nie ma mowy o żadnych rewelacyjnych zwrotach akcji. Autorka podjęła kilka prób, ale spełzły na niczym a ich potencjał został niewykorzystany. Jakby ktoś poodcinał wystające nitki od swetra i odczepił z niego wszystkie ozdoby, zostawiając nudny, szary materiał…

„Pod opuszkami palców czułam jego lekko drapiący, jednodniowy zarost i rozsunęłam uda, przyciągając go jeszcze bliżej do siebie.”
Jak na książkę o zespole muzycznym, stanowczo mało w niej muzyki i emocji z nią związanych. Jest wątek cytatów z piosenek, ale ze zmarnowanym, według mnie, potencjałem… Ale nie to jest największym minusem książki Anny Bellon. Autorka dała swojej bohaterce bagaż w postaci depresji. To by było całkiem dobrym posunięciem, gdyby nie fakt wprowadzenia czytelników w błąd, który może doprowadzić nawet do tragedii. Kacey w przeszłości przeżyła pewną traumę, która zaskutkowała u niej chorobą. Bo to trzeba podkreślić: DEPRESJA TO CHOROBA. Podjęła się leczenia, chociaż nie wiem czy można tak to nazwać. W pewnym momencie bohaterka samodzielnie ustala sobie dawki leków a nawet je odstawia, „żeby się nie truć i nie otumaniać”. Czy ja już pisałam, że DEPRESJA TO CHOROBA? Wyobraźcie sobie, że macie chore serce i bierzecie leki na stabilizację jego pracy. No i po pewnym czasie czujecie się już lepiej, więc je odstawiacie „żeby się nie truć”… Efekt jest taki sam. Gdy dotarłam do tego momentu w książce, narychmiast skojarzyła mi się tragiczna Beata Pawlikowska wmawiająca, że depresja to po prostu gorszy nastrój i wystarczy sobie mówić do lustra „dasz sobie radę”. Nie, nie dasz!

„Koszmary miały naturę strachu. Karmiły się ludzką słabością i nigdy nie odchodziły tak łatwo. Podążały za tobą i dyszały na twój kark, dopóki nie dostały tego, czego chciały.”
Dlatego zdecydowanie odradzam lekturę tej książki, szczególnie osobom wrażliwym, czy młodym, które mocno przeżywają pewne emocje. Bałabym się, że wezmą do siebie zachowanie bohaterki i postawią ją sobie na wzór. Bo skoro ona odstawiła leki i czuje się dobrze i jeszcze ma fajnego, kochanego chłopaka, to mi też się tak uda… Może za bardzo się przyczepiłam do tego wątku, ale jest on mi bliski i nie mogę przejść obojętnie wobec takiego przedstawienia depresji, która jest chorobą i wymaga leczenia.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Wtedy widziałam to tak: oddawał się pracy, podejmował ryzyko, liczył się ze stresem, porażkami i sukcesami, robił to dla dobra firmy, dla Piotra, dla kasy. Byliśmy jak duża machina, w której wszystkie tryby pracowały bezawaryjnie.”
Perfekcyjna rodzina, idealne małżeństwo, wysoki standard życia i zero problemów. A potem wypadek, który wywraca ten poukładany świat do góry nogami. Okazuje się,...
„Wtedy widziałam to tak: oddawał się pracy, podejmował ryzyko, liczył się ze stresem, porażkami i sukcesami, robił to dla dobra firmy, dla Piotra, dla kasy. Byliśmy jak duża machina, w której wszystkie tryby pracowały bezawaryjnie.”
Perfekcyjna rodzina, idealne małżeństwo, wysoki standard życia i zero problemów. A potem wypadek, który wywraca ten poukładany świat do góry nogami. Okazuje się, że Kaja wcale nie znała swojego męża, a jego śmierć odkrywa coraz więcej tajemnic. Czy szczęśliwe życie było tylko ułudą i mrzonką? Jak ma sobie teraz poradzić jako samotna matka? Bez pomysłu na życie, bez mężczyzny o boku i bez wiedzy, czym naprawdę zajmował się jej zmarły mąż, Michał. Kobieta zostaje brutalnie zderzona z rzeczywistością, gdy policja wszczyna śledztwo, a znajomy z firmy jej małżonka uświadamia ją w sprawie lewych interesów, które ten prowadził. Komu może ufać? Kto chce jej pomóc, a kto wykorzystać?

„Wyglądał dokładnie jak gliniarz z amerykańskiego filmu: jeansy, skórzana, zdarta na łokciach kurtka i lustrzane okulary przeciwsłoneczne, takie, w których widać odbicie osoby stojącej naprzeciwko. Kilkudniowy zarost na twarzy i ciemne włosy sprawiały, że przypominał aktora. Wyglądał na twardziela, co potwierdzało jego umięśnione ciało. Byłam pewna, że mógłby zabić gołymi rękami.”
Karolinę Wójciak poznałam dzięki przesłanej mi przez nią książce „Tożsamość nieznana NN”. Okładka tamtej powieści mnie nie zachwyciła, ale treść po prostu powaliła na kolana. Organizowałam zresztą mini Book Tour dla blogerów, w którym książka zebrała same pozytywne opinie. Kiedy Karolina napisała do mnie z pytaniem, czy chciałabym patronować jej nowej powieści, ucieszyłam się, ale postawiłam swój stały warunek – muszę najpierw przeczytać chociaż fragment. Przepadłam, nie mogłam się oderwać. Natychmiast odpisałam, że chcę patronować i będzie to dla mnie zaszczyt. To kolejna nieoczywista książka tej autorki, w której łączą się wątki obyczajowe, romansowe i kryminalne. Ponownie mamy styczność z zabiegiem wielotorowej narracji, głosy bohaterów przeplatają się i uzupełniają dając szerokie pole widzenia. Dzięki temu możemy śledzić wydarzenia z punktu widzenia nie tylko owdowiałej Kai, ale też Sebastiana – policjanta prowadzącego sprawę śmierci jej męża. Bohaterowie nie są płascy i oczywiści, chociaż można odnieść takie wrażenie na pierwszy rzut oka. W końcu ona jest przyzwyczajoną do luksusu piękną kobietą, on jest twardym i bezczelnym gliniarzem. Ale Karolina Wójciak sprawnie wplotła w życiorysy bohaterów elementy wzbogacające ich charaktery i sprawiające, że stali się rzeczywiści i nieprzewidywalni.

„Ruszyłam za nią i przez chwilę mijałyśmy się w niezręcznym tańcu, starając się nie wchodzić sobie w drogę. Naśladowałam ją, zupełnie nie myśląc o czynności , jaką wykonuję. Informacje, jakie na mnie spadły, spowodowały, że po raz kolejny poczułam się wykluczona – tym razem przez własną matkę.”
„Dom pełen kłamstw” to opowieść, w której nie ma bieli i czerni, są półprawdy i szarości – jak w życiu. Jest oczywiście nadzieja, dążenie do szczęścia i wiara w dobre zakończenie. Ale są też dramaty, fałsz, krzywdy wyrządzane w dobrej wierze oraz czysty egoizm. Kaja, główna bohaterka, momentami irytuje niezdecydowaniem, ale gdybym miała postawić się w jej sytuacji, chyba też nie wiedziałabym co robić. Najpierw pogrążona w rozpaczy po śmierci ukochanego, potem zaskoczona informacjami o jego ukrytych działaniach. Adorowana przez wpływowego mężczyznę, który ma wobec niej plan i ścigana przez nieuchwytnych zbirów.

„Wszystko działo się tak szybko, a jednocześnie miałam wrażenie, jakbym zbyt wolno uciekała i reagowała. Moje przerażenie odebrało mi możliwość oceny sytuacji.”
Karolina Wojciak serwuje czytelnikom prawdziwie wybuchową mieszankę. Niczego nie można być pewnym,nic nie jest proste i oczywiste. Intryga kryminalna poprowadzona wybornie i wielotorowo wywołuje przyjemny dreszcz ekscytacji na plecach. Warstwa romansowa jest nienachalna, wysmakowana i rozgrzewająca zmysły. Do tego mocne obyczajowe tło, w którym poruszane są różnorodne wątki: od żałoby, przez trudne relacje między córką i matką aż po patriarchalną wizję świata. „Dom pełen kłamstw” nie jest powieścią, którą da się zaszufladkować do określonej kategorii, ponieważ nie ma w niej dominującej warstwy. Jest niczym tort, w którym pod lukrem kryją się różne smaki i niespodzianki. Każdy kęs jest zaskakującym przeżyciem i ucztą dla zmysłów.

„Na obrazie widniała naga kobieta w wodzie, unosząc się na niej, dryfowała na plecach. Miała zamknięte oczy i wyraz twarzy, który sugerował, że właśnie przeżywa orgazm.”
Z całego serca polecam Wam „Dom pełen kłamstw” i gwarantuję, że będziecie zaskoczeni. Karolina Wójciak zabierze Was w emocjonującą podróż w nieznane i zmusi do zastanowienia, czy w Waszym życiu dominuje prawda, czy kłamstwa. Czy Wiecie wszystko o swoich najbliższych? I czy na pewno chcecie wiedzieć… Gwarantuję, że nie oderwiecie się od lektury a po zakończeniu będziecie chcieli więcej i więcej!!

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Nina Warwiłow (tom 1) | Seria: Ze Strachem

„Od dawna wiadomo, że kobiet w policji jest za mało, masz dobrą opinię, policyjne korzenie…[…] Masz intuicję, świetną pamięć, mocne sprawy na koncie…”
Po tę powieść sięgnęłam dlatego, że zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z autorem w ramach Afery Kryminalnej w Gdańsku. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym debiucie, szczególnie, że informacje w sieci zarówno o książce...
„Od dawna wiadomo, że kobiet w policji jest za mało, masz dobrą opinię, policyjne korzenie…[…] Masz intuicję, świetną pamięć, mocne sprawy na koncie…”
Po tę powieść sięgnęłam dlatego, że zostałam poproszona o poprowadzenie spotkania z autorem w ramach Afery Kryminalnej w Gdańsku. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym debiucie, szczególnie, że informacje w sieci zarówno o książce jak i autorze były dość skąpe… „Dom bez klamek” zaskoczył mnie mocną tematyką i bardzo mroczną, przygnębiającą stylistyką. Morderstwo w szpitalu psychiatrycznym, antypatyczna policjantka, kontrowersyjne wątki — z pewnością nie jest to łatwa i lekka lektura.

” — Klucz jest w pierwszej ofierze. Druga jest konsekwencją.”
Nie polubiłam Niny Warwiłowicz ani trochę… Rozumiem, że jej charakter ukształtowało trudne dzieciństwo z ojcem alkoholikiem i pełna wyzwań praca w policji, w której kobiety nie mają lekko. Mimo to jej postać ogromnie mnie drażniła. Ale to pozytyw, bo nie lubię miałkich i płaskich bohaterów. W „Domu bez klamek” jest kilka stereotypowych postaci, ale też kilka wymykającym się sztywnym ramom. Jestem ciekawa jak rozwiną się ich prywatne wątki w kolejnych tomach cyklu.

Jeśli chodzi o warstwę kryminalną, to nie mam jej nic do zarzucenia – skomplikowana intryga, nawiązująca do przeszłości pierwszej ofiary, opisy działań śledczych, również tych niekonwencjonalnych oraz nieoczekiwane zwroty akcji – to spore atuty powieści. Momentami historia komplikowała się bardzo a ilość informacji i wątków przytłaczała. Jędrzej Pasierski bardzo dobrze dopracował swoją powieść, wielokrotnie wyprowadzając czytelnika w pole. Rozwiązanie zaskoczyło mnie kompletnie, co naprawdę rzadko się już u mnie spotyka przy lekturze kryminałów.

„Wbrew przewidywaniom mądrych ludzi Praga nie stawała się ekskluzywna: eleganckie apartamenty, galerie i hipsterskie knajpy z burgerami były wysepkami; część ludzi, którzy z entuzjazmem zainwestowali tam w mieszkania, po kilku latach uciekała z krzykiem. Bo stara patologia rodziła młodą.[…]Klimat miejsca tworzyli ludzie, a nie wymyślne inwestycje.”
Na spotkaniu, które prowadziłam, zapytałam Jędrzeja Pasierskiego o to, dlaczego poruszył tematykę dwóch chorób psychicznych – depresji i ChAD – i jak się do tego przygotował. Muszę przyznać, że w „Domu bez klamek” widać duże przygotowanie i szeroko zakrojony research. Opis zachowania pacjentów szpitala, postępowanie lekarzy, badania, reakcje osób chorych i zaburzonych – to wszystko jest opisane mocno autentycznie i precyzyjnie. Sprawia wrażenie profesjonalnego przygotowania, co ogromnie cenię,mimo, że sama nie jestem ekspertem. Atutem jest też umiejscowienie części akcji w warszawskiej Pradze, którą autor zna od podszewki. Sam szpital został wymyślony dla potrzeb powieści, jednak reszta miejsc jest opisana tak, że można poczuć się jakby chodziło się po tamtejszych uliczkach, odwiedzało blokowiska.

W tej powieści znajdziecie ciekawą intrygę kryminalną, opis pracy policji, a także dużo elementów psychologicznych, szczególnie w odniesieniu do głównej bohaterki. Jej prywatne przeżycia są równie ciekawe, jak kryminalna fabuła. Z pewnością sięgnę po kolejny tom cyklu i sprawdzę, czy uda mi się choć trochę polubić Ninę Warwiłow…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Stracone dusze (tom 2)

„Potrzebował w swoim pełnym syfu i chaosu życiu chociaż namiastki stabilizacji. Wiedział jednak, że pewnie niebawem wszystko spieprzy, przecież zawsze to robił. Kobiety, które były tak głupie, żeby go pokochać, koniec końców tylko przez niego cierpiały…”
Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj to facet, za którym ciągnie się smrodek babiarza nie odpuszczającego żadnej okazji. Uzależniony od...
„Potrzebował w swoim pełnym syfu i chaosu życiu chociaż namiastki stabilizacji. Wiedział jednak, że pewnie niebawem wszystko spieprzy, przecież zawsze to robił. Kobiety, które były tak głupie, żeby go pokochać, koniec końców tylko przez niego cierpiały…”
Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj to facet, za którym ciągnie się smrodek babiarza nie odpuszczającego żadnej okazji. Uzależniony od przygodnych łóżkowych znajomości policjant ma do rozwikłania zagadkę tajemniczej śmierci pielęgniarki samotnie wychowującej syna. Jak się okazuje, ona również nie stroniła od romansów. Czy jej zgon to wypadek czy może efekt erotycznych przygód?


” — Zawsze widzisz świat w najciemniejszych barwach — mruknął Kiciuś.
— No wybacz, ale na różowo widzą go jedynie dumne właścicielki lalek Barbie.”
Daria Orlicz weszła na polską scenę kryminalną z głośnym przytupem debiutując „Diabelskim młynem” – mocnym i dramatycznym kryminałem obyczajowym, w którym nie wahała się poruszyć tak ostrych tematów jak pedofilia, sutenerstwo i porwania nieletnich dziewczyn do domów publicznych. Tym razem na tapet wzięła kilka równie ważkich motywów. Czy poradziła sobie równie dobrze? Czy „Martwe dusze” dorównały szokującemu „Diabelskiemu młynowi”?

„A może wcale nie chodziło o modlitwę? Może po prostu wśród ciepła ludzkich ciał czuła się odrobinę mniej samotna?”
Były ksiądz,wokół którego gromadzą się łatwowierne kobiety a może lekarz, z którym ofiara miała burzliwy romans? Komu mogło zależeć na śmierci pielęgniarki? Na jaw wychodzi coraz więcej szokujących faktów. Do tego dochodzą problemy osobiste policjantów,dramaty innych bohaterów i poboczne wątki kryminalne. Dzieje się dużo, tempo powieści jest zawrotne i co rusz mamy wrażenie ugrzęźnięcia w martwym zaułku domysłów i ślepych tropów. „Martwe dusze” nie są typowym kryminałem, w którym akcja toczy się od punktu A, przez B do C. Tutaj spod głównego śledztwa wynurzają się inne, równie przyciągające uwagę elementy. Ciężko określić co jest najistotniejszym motywem powieści i to, jest dla mnie bardzo charakterystyczna cecha kryminałów Darii Orlicz.

„– Więc może Bóg, kimkolwiek jest, powinien stworzyć nas zupełnie inaczej? Skąd w ludziach to zezwierzęcenie, skąd te chore myśli, pragnienia, czyny? Czemu się zabijamy, gwałcimy, zniewalamy? Tyle ludzkiej krzywdy dookoła, nie widzisz tego?!”
Jak już pisałam, „Diabelski młyn” to dla mnie wybuchowa i emocjonująca lektura, której niełatwo dorównać, dlatego „Martwe dusze” plasują się na drugim miejscu w moim rankingu. Zabrakło mi trochę drapieżności z pierwszego tomu oraz mocnych akcentów w postaci retrospekcji, które w części otwierającej cykl nadawały całości mrocznego i przerażającego klimatu. Ten tom bardziej skupia się na rozbudowaniu wątków obyczajowych i pokazaniu, że ciemne strony drzemią w z pozoru zwykłych, nie wyróżniających się ludziach a sama zbrodnia jest efektem mroku, który czai się w zakątkach prawie każdej duszy…

” — Znacie się od lat, mieszkacie w sąsiedztwie, wasze dzieci chodzą do tej samej szkoły. Ale co tak naprawdę o sobie wiecie?[…] Co skrywacie za tymi uśmiechami, o czym boicie się mówić?! –zapytał.”
Daria Orlicz w specyficzny sposób potrafi pokazać ciemne strony ludzkiej natury. Jej bohaterowie w zasadzie nie są pozytywni, a nawet jeśli jakieś dobre cechy posiadają to znikają one pod przewagą wad i błędów. Autorka w swojej twórczości uświadamia czytelnikowi, że nie ma ludzi dobrych a uczciwość i prawość są zazwyczaj niewygodne jak garnitur z pierwszej komunii. Pod płaszczykiem przyjaźni, miłości i wierności zwykle ukrywają się fałsz, zawiść i zazdrość. Tuż obok nas rozgrywają się większe i mniejsze dramaty, ale dla własnej wygody najczęściej odwracamy głowy. Ukrywamy się za maskami i nie wychodzimy ze swoich ról nawet wtedy, gdy scenariusz przestaje nam się podobać.

” Czuła się niczym pusta, wystawiona na palące słońce skorupa glinianego dzbana, którą mijali obojętnie wędrowcy i przysypywał pustynny wiatr. Ta pustka, którą w sobie nosiła, dosłownie ją wsysała — jakby nie było na świecie już niczego innego oprócz tego upiornie cichego, zbyt dużego dla niej samej domu, i ciszy, która dzwoniła jej w uszach…”
„Martwe dusze” odzierają czytelnika ze złudzeń i mocno przygnębiają. Moim zdaniem w tej książce widać znamiona stylu charakterystycznego dla kryminałów skandynawskich. Ciężka atmosfera małego miasteczka, grzechy i grzeszki jego mieszkańców, ziejąca z każdego zakamarka depresja i moralny upadek — to podwaliny historii, w której morderstwo jest tylko efektem ubocznym wszechobecnej degrengolady. Jeśli szukacie powieści, w której dobry glina odnajduje złoczyńcę, a reszta społeczeństwa oddycha z ulgą by żyć długo i szczęśliwie, to nie sięgajcie po „Martwe dusze”. Nie znajdziecie tu ani super policjanta, ani happy endu…

” — Nie bądź naiwna, dziewczyno. Ludzie od zarania dziejów wyrządzają sobie niewyobrażalne wręcz krzywdy.
— Tak. Tyle, że ja jestem z tych, którzy wierzą, że takie okropieństwa zawsze dzieją się gdzieś indziej, daleko ode mnie i moich bliskich — wyznała cicho.”
„Martwe dusze” to drugi tom nadmorskiego cyklu Darii Orlicz. Myślę, że zasługuje on na co najmniej taką uwagę, jak saga o Lipowie czy tetralogia z Saszą Zaałuską, a o autorce powinno się zrobić głośno na równi z Puzyńską czy Bondą. Dla mnie to całkowicie nowy, mocny i pełnokrwisty kierunek w polskiej literaturze kryminalnej. Kontrowersyjne tematy, nieoczywiste postaci i napięcie trzymające do ostatniej strony — to niepodważalne atuty „Martwych dusz”. Zakończenie mnie po prostu zamurowało i do tej pory nie potrafię wyjść z podziwu dla autorki, która ostatnią sceną mocno zaostrzyła mój apetyt na kolejną część…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Ja Gorę

„– No i co ty na to, Hendryk, aa? Powiedz co mnie tera czynić z tym spiekładuchem, co pode wsio chodzi, aaa? — zapytała Słaboniowa, ale kawaler ze zdjęcia, godny i uroczysty jak zawsze,nawet okiem nie mrugnął.”
Do przeczytania tej książki zachęcało mnie wiele osób, ale podchodziłam do niej sceptycznie. No bo co to za tytuł? No i ta okładka, przypominająca mitologię. Co mnie może w niej...
„– No i co ty na to, Hendryk, aa? Powiedz co mnie tera czynić z tym spiekładuchem, co pode wsio chodzi, aaa? — zapytała Słaboniowa, ale kawaler ze zdjęcia, godny i uroczysty jak zawsze,nawet okiem nie mrugnął.”
Do przeczytania tej książki zachęcało mnie wiele osób, ale podchodziłam do niej sceptycznie. No bo co to za tytuł? No i ta okładka, przypominająca mitologię. Co mnie może w niej zachwycić? Jak się okazuje powiedzenie o nie ocenianiu książki po okładce ma tutaj doskonałe potwierdzenie. Ta historia jest tak niesamowita i wielowymiarowa, że będę ją polecać na lewo i prawo! Magia, zabobony, ale i prawdziwe życie — miłość, zazdrość, pieniądze czy śmierć. To wszystko przeplata się i czyni tę książkę jedyną w swoim rodzaju.


„Ja ze swoim Józkiem trzydzieści pinć lat dobrze żyję, po un tylko w niedzielę po mszy pije. I jak świniaka ubijem. I jak kartofle sprzedamy, i buraki, i żyto. I jak szwagier przyńdzie, a że mu co dzień po drodze z roboty…”
Stara Słaboniowa to kobieta, która od bardzo dawna żyje na wsi i wiele już widziała. Jest tak zwaną szeptuchą, znachorką, bywa też nazywana wiedźmą. Potrafi dostrzec rzeczy i istoty niewidzialne dla innych – zjawy, duchy, skrzaty, przeróżne istoty i byty, które nie zawsze darzą ludzi ciepłymi uczuciami. Potrafią doprowadzić do obłędu, choroby, a nawet śmierci. Stara Słaboniowa wie jednak jaką bronią można je pokonać i często staje naprzeciw ciemnym mocom by pomóc współmieszkańcom, chociaż nie pałają do niej wielką miłością i nie darzą szacunkiem. Ale jak trwoga to do… Słaboniowej.

” — Kreeeeefff, kreeeefff… — szeptał ktoś wprost do ucha Słaboniowej. — Kref leci, tsza piććć kref, kref dobra, słotka, krfi mi tszszaaa… — I znowu ozwało się długie, przepełnione głodem westchnięcie.”
W książce Joanny Łańcuckiej możemy z bliska, i to dosłownie, poznać wiele niesamowitych „spiekładuchów”, które wyciągnięte są żywcem z mitów, legend i zabobonów. Uważam, że autorka wykonała kawał naprawdę świetnej roboty w ich opisywaniu, a dołączone ilustracje potęguję atmosferę mistyki i niesamowitej wyobraźni. „Stara Słaboniowa i spiekładuchy” to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli dawnych wierzeń, ludowych zwyczajów i folkloru. Chowają się przy niej wszelkie suche opracowania legend. To powieść o życiu, w którym jest miejsce i na magię i na technikę. Ponieważ akcja dzieje się współcześnie, bohaterowie korzystają z aut, telefonów czy telewizorów. Ale oddalając się od natury gubią z oczu dawne zwyczaje oraz poszanowanie dla rodziny i tradycji. Jedynie stara Słaboniowa stoi na straży i kultywuje wiarę w to, co ciężko objąć rozumem.



„Owinięta szczelnie wełnianą chustą i z laską leszczynową, którą mocno ściskała w powykrzywianych palcach, wyglądała trochę jak z innego, starego świata, który już dawno przeminął.”
„Stara Słaboniowa i spiekładuchy” łączy w sobie kilka gatunków. To jednocześnie historia pełna fantastycznych stworów, magii i zabobonów, jak i świetna powieść obyczajowa, w której przewijają się ważkie wątki społeczne takie jak zdrada, zawiść, przemoc domowa, okrucieństwo wobec słabszych. To wszystko autorka opisuje ze swadą i humorem, z dużą dawką ironii ale też zaprawia swoje opowieści smutkiem i goryczą. Całość jest idealnie zbilansowana i zaskakująca jednocześnie. Mamy tu elementy grozy, erotyki, analizy socjologicznej oraz niesamowitą opowieść o kobiecie, która nie wybrała samodzielnie ścieżki, jaką przyszło jej podążać, ale wie, że pewnych rzeczy dokonać może tylko ona.



Jestem ciekawa, czy polubcie Słaboniową tak jak ja. Za humor, za umiejętności, za zmysł obserwacji i za doświadczenie, którego nabierała przez wiele lat. A książka z pewnością przeniesie Was w świat diabłów, strzygoni, kikimor i innych „spiekładuchów”. Mnie zachwyciło w niej wszystko – pomysł, akcja, styl i język, oraz niebanalność całości.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Jakie brzydkie figle płatała jej pamięć! Była gotowa przysiąc, że wszystkie owieczki wróciły razem z nią, a teraz mogła tylko mieć nadzieję, że już żadna nie musiała błądzić i szukać drogi do domu.”
Bubal to mała dziewczynka, żyjąca w czasach jaskiniowców. Tata i starszy brat udali się na polowanie jej pozostawiając ważne zadanie pilnowania i wypasania owiec. To okazało się wielkim wyzwaniem...
„Jakie brzydkie figle płatała jej pamięć! Była gotowa przysiąc, że wszystkie owieczki wróciły razem z nią, a teraz mogła tylko mieć nadzieję, że już żadna nie musiała błądzić i szukać drogi do domu.”
Bubal to mała dziewczynka, żyjąca w czasach jaskiniowców. Tata i starszy brat udali się na polowanie jej pozostawiając ważne zadanie pilnowania i wypasania owiec. To okazało się wielkim wyzwaniem i przyczyniło do powstania pierwszego systemu liczenia. W jaki sposób? Metodą prób i błędów 😉

„[…]pomysły, podobnie jak czereśnie, rzadko występują pojedynczo[…].”
Autorka na przykładzie małej bohaterki książki przekazuje wiedzę o najprostszych metodach liczenia. „Wielkie odkrycie Bubal” jest doskonałym wstępem do nauki matematyki i zabawną historyjką ze sprytnie wplecionymi ciekawostkami o „matce nauk”. Przyjemne dla oka obrazki są dodatkowym potwierdzeniem opisywanych przykładów. Anna Cerasoli połączyła bajkę z nauką w sposób nienachalny i ciekawy dla młodych czytelników.



„[…]kamień to po łacinie <<calcus>> i dlatego teraz nasze urządzenie do liczenia nazywa się kalkulator.”
Według mnie ta książka jest dedykowana dla dzieci w wieku od 6 do 8 lat. Zarówno młodsi czytelnicy polubią historyjkę, szczególnie ci z gatunku „a dlaczego?” i „a skąd to się wzięło?”, jak i uczniowie pierwszych klas podstawówki zainteresują się odkryciem Bubal, które może być cudownym wstępem do niebanalnych lekcji matematyki.



RECENZJA LENY
To książka o dziewczynce o imieniu Bubal której brat i tata poszli na polowanie i zostawili jej stado owiec.Bubal musiała je nakarmić lecz to nie było takie łatwe.W zagrodzie nie zostało ani troche trawy.Co zrobiła Bubal? Wypuszczała tyle owiec ile miała palców u ręki.Najbardziej w tej książce spodobało mi się to że Bubal wynalazła liczenie. A jak myślicie co się stało z bratem i tatą Bubal?[tak jakby co to brat Bubal ma na imię Tron].Gdybyście przeczytali tą książkę to byście się poczuli jak Bubal.Czulibyscie że coś wynaleźliźcie np. tą książkę ale tą książkę wynalazła „Anna Cerasoli”.A pomagali jej:Desideria Guicciardini,Agnieszka Liszka-Drążkiewicz a wydawnictwo to „adamada”.To tyle mam nadzieje że spodoba ta książka.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
547 398 3144
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (48)

Ulubieni autorzy (14)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd