Przeczytanki-Dorota Lińska-Złoch 
przeczytanki.pl
Czytelniczka, recenzentka i blogerka ;)
34 lat, status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 dzień temu
Teraz czytam
  • Black Water
    Black Water
    Autor:
    Czarna woda poprzez opowieść o pogrążonym w kryzysie człowieku zgłębia najbardziej mroczne wydarzenia historii najnowszej – przenosimy się z Indonezji końca lat dziewięćdziesiątych do zimnowojennej Eu...
    czytelników: 216 | opinie: 7 | ocena: 5,3 (27 głosów)
  • Cała ja
    Cała ja
    Autor:
    Milena całkowicie traci głowę, gdy całuje Jacka po raz pierwszy. W starszym, zamożnym przyjacielu rodziny odnajduje wszystko, czego brakuje jej rówieśnikom – szacunek, czułość i namiętność. Wydaje się...
    czytelników: 478 | opinie: 109 | ocena: 7,53 (175 głosów)
  • Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Autor:
    Księża to ludzie z krwi i kości. Odczuwają głód, pragnienie, zmęczenie. I popęd seksualny. Ani sutanna, ani głęboka wiara, ani nawet święcenie kapłańskie tego nie zmienią. Marcin Wójcik w swoich repor...
    czytelników: 1606 | opinie: 143 | ocena: 6,62 (762 głosy)
  • Dolina śmierci
    Dolina śmierci
    Autor:
    Zwarty epos Konrada Sikory inspirowana historią Ziemi Dukielskiej.
    czytelników: 10 | opinie: 5 | ocena: 8 (4 głosy)
  • Dziadek do orzechów
    Dziadek do orzechów
    Autor:
    Jest Wigilia. Siedmioletnia Klara i jej braciszek Fred czekają na świąteczne prezenty. Jak zawsze najwspanialszy dostaną od sędziego Droselmajera, zegarmistrza i wynalazcy, ich chrzestnego ojca; w tym...
    czytelników: 1022 | opinie: 51 | ocena: 7,24 (554 głosy) | inne wydania: 16

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„A później nazwał ją swoją piękną dziewczynką i obiecał, że zawsze będzie dla niego najważniejsza na świecie. Uwierzyła. Czemu miałaby mu nie uwierzyć? Miała w końcu tylko jedenaście lat i nikogo innego, komu mogłaby zaufać.”
Od pewnego czasu czytając kryminały i thrillery czułam zawód. A to z powodu zbyt długo rozwijającej się akcji, a to zbyt przewidywalnego zakończenia… Zawsze po lekturze...
„A później nazwał ją swoją piękną dziewczynką i obiecał, że zawsze będzie dla niego najważniejsza na świecie. Uwierzyła. Czemu miałaby mu nie uwierzyć? Miała w końcu tylko jedenaście lat i nikogo innego, komu mogłaby zaufać.”
Od pewnego czasu czytając kryminały i thrillery czułam zawód. A to z powodu zbyt długo rozwijającej się akcji, a to zbyt przewidywalnego zakończenia… Zawsze po lekturze odczuwałam pewien niedosyt. Tym razem mój apetyt został zaspokojony i to z nawiązką. Nigdy jeszcze nie miałam w rękach tak dobrze skonstruowanej historii, w której splata się ze sobą tyle wątków na wysokim poziomie napięcia. Daria Orlicz to nazwisko, które wielbiciele powieści z dreszczykiem powinni sumiennie zanotować w swoich kajecikach!


„Szron srebrzący długie ciemne włosy, porcelanowa bladość policzków i krągły, ciążowy brzuszek. Kiedy zamarzła – samotna, błąkająca się nocą po nadmorskich lasach, była w dziewiątym miesiącu ciąży…”
Autorka swoją opowieść zaczyna z wysokiego „C” a potem wspina się jeszcze wyżej. To, co zachwyciło mnie najbardziej to fakt, że w „Diabelskim młynie” nie ma jednego, czy dwóch bohaterów pierwszoplanowych. Postaci jest wiele, a każda z nich to istotny fragment skomplikowanej układanki. Różnorodność osobowości, ich realizm, sprawiają, że przedstawiona historia poraża swoim prawdopodobieństwem. Bohaterowie wykreowani przez Darię Orlicz są niedoskonali, nie wzbudzają sympatii i wikłają się w skomplikowane sytuacje niejako na własne życzenie.

” […] nie mógł się pozbyć wrażenia, że całe to cholerne, pochrzanione życie przypomina diabelski młyn właśnie – w jednej chwili jesteś na szczycie, w drugiej lecisz w dół na łeb na szyję… Ot, ślepy traf, czysty przypadek, zła karma, jak czasem żartobliwie mawiał jego dobry kumpel. „
Z początku rozproszone wątki z każdą stroną zaczynają się łączyć i zazębiać niczym złożona maszyneria karuzeli. Nowi „pasażerowie” wsiadają na diabelski młyn nie wiedząc, że ta przejażdżka na zawsze odmieni ich życie. Niektórzy już nie zdołają wysiąść… Śmiertelnie niebezpieczna gra toczy się tuż obok codziennych, malutkich spraw a wyłowienie wśród morza zagadek tych właściwych wskazówek może nie być tak proste.

„Mijające go starsze kobiety posłały mu uśmiechy. Odwzajemnił je i lekko skinął głową. Obie miały brzydkie, obwisłe piersi, opony na brzuchach i siwe odrosty. Większość jego kumpli pewnie poczułaby obrzydzenie na taki widok, ale on był przyzwyczajony. W pewnym sensie nawet mu się to podobało. Czasami, gdy przyglądał się nagim, roześmianym staruszkom, które z taką gracją obnosiły po plaży własne niedoskonałości, dochodził do wniosku, że takie miejsca jak to pomagają zaakceptować nieubłagany upływ czasu. „
Daria Orlicz umiejętnie posplatała wiele z pozoru niespójnych wątków i stworzyła niebanalny i pociągający swoją świeżością kryminał. Autorka nie bała się poruszenia wielu tematów tabu: począwszy od pedofilii, przez zdrady, nieletnie matki, alkoholizm czy szczególnie okrutne morderstwa. To niesamowite, z jaką precyzją i kunsztem wykreowała skomplikowane psychologicznie postaci. Ukazała jaki wpływ na psychikę mają różnego rodzaju traumy, środowisko w jakim się wychowało oraz status społeczny.
„I nagle zdała sobie sprawę, że być może Paweł od dawna jej nie kochał. Że ich małżeństwo to tylko świetnie odgrywany mieszczański teatrzyk, w którym role dostali dwadzieścia lat wcześniej i wciąż z nich nie wyszli. Dom, dziecko, kredyt, pies, wspólni znajomi… Jest nam ze sobą całkiem wygodnie, po co więc mielibyśmy to zmieniać? – zastanawiała się Karolina, sącząc przyjemnie schłodzoną wódkę, do której Mateusz dolał skromną porcję coli. „
Zdawałoby się, że każda powieść kryminalna powinna mieć swojego pozytywnego bohatera – jakiegoś dobrego glinę, oddaną matkę, czy sympatyczną i naiwną nastolatkę. A jednak Darii Orlicz udało się wykreować historię, w której nikt nie jest idealny, nie ma czerni i bieli.jest za to mnóstwo szarości, która pochłania bohaterów i oblepia ich błędnymi decyzjami, z których nie da się już wycofać. Opowieść, którą autorka stworzyła przypomina czytelnikowi, że trzeba ponieść konsekwencje każdego wyboru i nie ma czegoś takiego jak zapomnienie. Przeszłość zostawia piętno, które odciska się nie tylko na danej osobie, ale także na jej bliskich.
„Była już chyba na tyle dużą dziewczynką, żeby wiedzieć, jakie marne frazesy wciska się kobietom, zanim się je przeleci.”
W „Diabelskim młynie” w świetnie zbilansowanych proporcjach otrzymujemy zagadki kryminalne, tło obyczajowe, tematy tabu, sceny pełne przemocy oraz doskonale wykreowane pod względem psychologicznym i fizycznym postaci. Dawno nie czytałam książki, od której tak trudno byłoby mi się oderwać. A przy tej zarwałam noc… Cały czas zastanawiałam się, jak zakończy się cała sytuacja i muszę przyznać, że czuję się zaskoczona. Jakbym wsiadła w autobus, który wywiózł mnie w nieznanym kierunku, po drodze wielokrotnie zmieniając trasę.

” O takich historiach słyszało się co prawda niemal na co dzień – media podawały coraz bardziej drastyczne szczegóły ludzkich dramatów, jakby wszystkie stacje telewizyjne prześcigały się w bezwzględnej walce o żądnego krwi widza.”
Autorka doskonale pokazuje, jak blisko nas czai się zło, jak łatwo mu ulec dając się zwieść pięknym, gładkim słówkom. Za naiwność przychodzi potem płacić wysoką cenę a gorycz porażki na długo pozostaje w ustach. O tym przekonali się bohaterowie „Diabelskiego młyna”, dając się zwabić niczym szczury podążające za melodią flecisty. Mnie najbardziej poraziła naiwność młodziutkich dziewczyn, które tak łatwo stają się ofiarami powodu buntu wobec rodziców, ufności do nieznajomych i kompletnym braku poczucia zagrożenia. Jakby ktoś wyłączył u nich funkcję myślenia o konsekwencjach…
„„Nikt nigdy nie zrozumie, jak wyjątkowa więź nas łączy. Dlatego nigdy nie możesz nikomu o nas powiedzieć, rozumiesz?”. Powtarzał jej to tyle razy, że mogłaby wyrecytować z pamięci. „
Z czystym sumieniem polecam „Diabelski młyn” Darii Orlicz fanom mocnej, brutalnej i wywołującej dreszcze literatury. To kryminał z wysokiej półki, innowacyjny z powodu rozproszenia wątków i postaci, oraz wciągający zaskakującymi zwrotami akcji. Tutaj wszystko działa jak w lunaparku – bawi i przeraża jednocześnie, zapewnia rozrywkę i sprawia, że trudno zasnąć po lekturze…

pokaż więcej

 
Ma nowego znajomego: MamaNaPetardzie
 
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Miała dwadzieścia siedem lat, kompletnie nieprzydatny dyplom magistra stosunków międzynarodowych i jakieś dwanaście tysięcy oszczędności. Nie miała za to  pracy, narzeczonego in spe, mieszkania ani żadnego planu  na życie.”
Twórczość Magdaleny Kubasiewicz poznałam od morderczo-komediowej strony czytając „Topienie Marzanny”. Bardzo spodobał mi się jej styl, dlatego cieszę się, że mogłam odkryć...
„Miała dwadzieścia siedem lat, kompletnie nieprzydatny dyplom magistra stosunków międzynarodowych i jakieś dwanaście tysięcy oszczędności. Nie miała za to  pracy, narzeczonego in spe, mieszkania ani żadnego planu  na życie.”
Twórczość Magdaleny Kubasiewicz poznałam od morderczo-komediowej strony czytając „Topienie Marzanny”. Bardzo spodobał mi się jej styl, dlatego cieszę się, że mogłam odkryć jej inną, bardziej poważną literacką twarz. „Jesienny bluszcz” można czytać jako kontynuację „Sonaty dla Motyla” ale też jako oddzielną powieść, jak zrobiłam to ja. Istotne zdarzenia z przeszłości są tutaj przytaczane i wyjaśniane, więc w żaden sposób nie odczułam dyskomfortu czytelniczego. Ta powieść porusza wiele istotnych tematów, poczynając od problemów wychowawczych, poprzez kryzysy małżeńskie, aż po przemoc domową. To historia o kobietach, dla kobiet. Wzruszająca, czasem zabawna i bardzo życiowa.

„ – Chodźcie tutaj do brata – poleciła Karina stanowczo. Obie bliźniaczki się ociągały, nawet Asia, która zwykle chętnie bawiła się z bratem, wyglądała na niezadowoloną i rozczarowaną. Karina dostrzegła to, ale nie zamierzała odpuścić. Dominik był najmłodszy, trzeba było się nim opiekować i dziewczynki musiały czasem się dostosować.”
Bohaterkami „Jesiennego bluszczu” są kobiety, które łączą relacje rodzinne i przyjacielskie. Chociaż przyjaźń pomiędzy nimi bywa wielokrotnie wystawiana na próbę, i dziewczyny nie zawsze mają podobne zdanie. Czasem wręcz iskrzy między nimi, szczególnie za sprawą Kariny. Ta bohaterka wzbudziła u mnie największe emocje. Może dlatego, że jest matką, jak ja, przeszła sporo małżeńskich zawirowań i tak bardzo chce nad wszystkim panować i być perfekcyjna, że gubi w tym wszystkim prawdziwe uczucia. Kaśka to jej przeciwieństwo – chodzący chaos i typ włóczykija, który nigdzie i przy nikim nie potrafi zagrzać dłużej miejsca. Do tego dochodzi Julia zwana Anną oraz Wioleta, która trafia pod skrzydła Kasi po pobiciu przez partnera.

„Wiolka nerwowo wyłamała sobie palce. Walcząc z chęcią przeproszenia za to, że ciągle przeprasza.”
Magdalena Kubasiewicz nie stworzyła kolejnej łzawo-cukierkowej opowieści o idealnych żonach, matkach i kochankach. To dość gorzka, chociaż nie pozbawiona ciepła powieść o tym, że czasem ciężko odnaleźć swoją drogę. Bywa, że trzeba sięgnąć głębokiego dna, by moc się od niego odbić, chociaż czasem do wypłynięcia na powierzchnie potrzebne jest koło ratunkowe rzucone przez pomocną dłoń. „Jesienny bluszcz” przede wszystkim pokazuje, jak ważna jest szczerość – zarówno wobec innych, jak i samego siebie. Bo, żeby zmienić coś we własnym życiu, należy sobie uświadomić, jakie popełnia się błędy i poprosić o pomoc w ich naprawieniu.

„Jesteś jak bluszcz, powiedziała jej kiedyś podpita Anna, i Karina obraziła się o to na dwa tygodnie. Potrzebujesz opleść coś i nie umiesz sama przyjąć żadnego kształtu. Sploty bluszczu nie poradzą sobie bez podpory, a mogą ją zadusić…”
Żadna z bohaterek nie wzbudziła mojej ogromnej sympatii ale każda wywołała ogrom emocji, a to chyba najważniejsze. Czytając przeżywałam ich rozterki, kłóciłam się z podjętymi przez nie decyzjami i warczałam na pewne sytuacje. Uwielbiam książki, które wzbudzają we mnie takie odczucia, bo wymagają stałej uwagi i sprawiają wrażenie opisywania realnych zdarzeń. Taka Karina, czy Kaśka mogą mieszkać tuż obok mnie. A Wioleta mogłaby być dalszą znajomą, z którą jakoś dziwnie urwał się kontakt…

Serdecznie polecam lekturę „Jesiennego bluszczu”, w którym kluczową rolę odgrywa klimatyczny Bluszczowy Dwór – miejsce gdzie ścierają się osobowości, odnajdują przyjaciółki a swój przytułek zyskują bezdomne kociaki i szukające miłości dzieci.

pokaż więcej

 
Został fanem autorki: Magdalena Kubasiewicz
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Po chwili na ekranie środkowego monitora pojawiła się witryna internetowa ze stylowym logo, którego tło stanowiła ubrana w prześwitującą bieliznę dziewczynka, pięcioletnia, może ciut starsza.”
Przed rozpoczęciem lektury byłam kilkukrotnie ostrzegana, że jej tematyka może mną wstrząsnąć. Jako matka dwóch córek, w tym jednej kilkuletniej muszę przyznać, że poczułam lekki dreszcz na plecach....
„Po chwili na ekranie środkowego monitora pojawiła się witryna internetowa ze stylowym logo, którego tło stanowiła ubrana w prześwitującą bieliznę dziewczynka, pięcioletnia, może ciut starsza.”
Przed rozpoczęciem lektury byłam kilkukrotnie ostrzegana, że jej tematyka może mną wstrząsnąć. Jako matka dwóch córek, w tym jednej kilkuletniej muszę przyznać, że poczułam lekki dreszcz na plecach. Jednak nie do końca tego oczekiwałam po „Małej baletnicy”… I chociaż wątek dziecięcej pornografii to zdecydowanie jeden z mocnych tematów, to jego przedstawienie w książce nie było drastyczne, wulgarne, ani zbyt wstrząsające. Bardziej pokazano cały proceder od strony biznesowej i psychologicznej.

” – Wejdziesz z facetem pod prysznic i umyjesz mu plecy, jeśli cię poprosi? Na golaska? Taki męski eksperyment? – Sewa posłała mu ironiczny uśmiech.”
Główna akcja toczy się wśród rosyjskich policjantów. Badają oni sprawę okrutnego morderstwa instruktorki baletu, u której w tajnym pomieszczeniu zostaje znaleziona specyficznie związana dziewczynka… Śledczy podążają tropem niemoralnych praktyk zamordowanej kobiety, ale ktoś wyprzedza ich o krok pozostawiając za sobą kolejne ciała. Całość powieści została skonstruowana na podstawie autentycznych wydarzeń, i to dla mnie spory atut. Jednak wiele elementów mnie w tej historii drażniło.

„Będziesz udzielać porad w kwestiach strojów i fryzur, a w wolnych chwilach dorabiać w policji jako psycholog do spraw trudnych, niemożliwych i chujowych.”
Przerysowane postaci policjantów momentami mnie irytowały. Jedną trzecią książki zajmują alkoholowe przeboje mundurowych. Wódka leje się tam litrami, także w czasie służby. Potem jest leczenie kaca klinem. Zalewanie robaka z powodu problemów, z radości i bez okazji – nie wiem, czy faktycznie w rosyjskiej policji tak bardzo szerzy się alkoholizm, czy autor wykorzystał i podkolorował jeden z popularnych stereotypów. Dla mnie te „procentowe” elementy odwracały uwagę od poważnego tematu i spłycały przekaz, czyniąc go momentami komicznym.

” -[…]zwykle wyobrażamy sobie pedofila jako faceta, który czai się pod szkołą z lizakami i porywa dzieci. A potem je bije, głodzi, poi wódą, szprycuje narkotykami i brutalnie wykorzystuje.[…] Większość z nas nie jest w stanie pojąć, że dzieciakowi wystarczy obiecać nową komórkę i już tryska entuzjazmem.”
Wiktor Mrok w „Małej baletnicy” opisał całkiem inny wzór zachowania pedofilów. Pokazał jak łatwo jest zmanipulować nawet kilkuletnie dziewczynki i wykorzystać, pozornie nie robiąc krzywdy. Mechanizmy „werbowania” kolejnych ofiar to złożony proces psychologiczny, w pewnym momencie uzależniający ofiarę od oprawcy i wytwarzający w dzieciach poczucie obowiązku pomieszanego ze wstydem. Bo jeśli od maleńkości wpajamy dzieciom, że mają być posłuszne wobec dorosłych, wypełniać ich polecenia i być „grzeczne”, to jak możemy od nich oczekiwać asertywności i sprzeciwu wobec poleceń tych dorosłych?

„Część z owych dziewczynek wyprze ze świadomości te seksualne zabawy, część nie. Ale w obu przypadkach będą one tkwić w tych młodych główkach[…] Musimy z nimi porozmawiać, wytłumaczyć im wszystko i zapobiec dewiacjom w późniejszym, dorosłym życiu.”
Książka Wiktora Mroka uświadomiła mi, że współczesnemu społeczeństwu brak świadomości tego, co się dzieje tuż obok nich. Czym są wszechobecne „fabryki” małych modelek, produkujące kilkuletnie lolitki z kilogramem makijażu na twarzy? Nasz pęd do sławy przerzucamy często na dzieci, popychając je w świat, w którym nie ma intymności a ich ciała przestają do nich należeć.

Pedofilia to temat niejednokrotnie zamiatany pod dywan. Ludzie oburzają się, gdy o tym słyszą, ale gdy dzieje się to zbyt blisko nich – odwracają głowy. Bo przecież to niemożliwe… A statystyki są nieubłagane – pedofilia oraz wykorzystywanie dzieci w celach pornograficznych zatacza coraz większe kręgi i staje się biznesem na ogromną skalę. I chociaż czasem dochodzi do, nawet spektakularnych, sukcesów i zamknięcia tych „produkcji”, to w ich miejsce za chwile rozkwitają kolejne. Bo dopóki jest popyt, będzie też i podaż…

Wbrew temu, co mi sugerowano, polecam tę książkę szczególnie rodzicom. By poznali jak subtelnymi metodami potrafią się posługiwać różnej maści zboczeńcy. I by uświadomić im, jak łatwo jest przekonać dzieci do współpracy. Za nowy sprzęt elektroniczny, zabawkę, czy chwilę uwagi, jakiej nie zaznają w domach, młodsze i starsze dzieciaki czasem same łatwowiernie pchają się w ręce pedofilów…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„-[…]To był dzień jak co dzień.
– Wyjąwszy zwłoki na wykopie.
Nie odpowiedziałem, bo nie lubię gadać o rzeczach oczywistych.”
Mam chyba ostatnio serię „pierwszych spotkań”. Tym razem po raz pierwszy, za namową jednej z czytelniczek, sięgnęłam po książkę Marty Guzowskiej. Trafiło na „Ślepego archeologa”czyli jej najnowszą powieść, nie należącą do żadnego cyklu. Nie mogę powiedzieć, że wpadłam w...
„-[…]To był dzień jak co dzień.
– Wyjąwszy zwłoki na wykopie.
Nie odpowiedziałem, bo nie lubię gadać o rzeczach oczywistych.”
Mam chyba ostatnio serię „pierwszych spotkań”. Tym razem po raz pierwszy, za namową jednej z czytelniczek, sięgnęłam po książkę Marty Guzowskiej. Trafiło na „Ślepego archeologa”czyli jej najnowszą powieść, nie należącą do żadnego cyklu. Nie mogę powiedzieć, że wpadłam w zachwyt, jednak nie była to też odrzucająca i męcząca lektura. Zdecydowanie za to nie polubiłam się z głównym bohaterem… Tom Mara, czyli tytułowy ślepy archeolog niesamowicie mnie drażnił. Nie poczułam do niego ani grama sympatii. Czy to zdyskwalifikowało książkę?

„Musiałem z całej siły trzymać się poręczy przed sobą, żeby nie spaść z siedzenia i nie obijać się o sąsiadkę, która pachniała smażoną cebulą i perfumami z supermarketu. Autobus śmierdział benzyną i starymi, nigdy niepranymi obiciami, za to w nucie zapachowej pozostałych pasażerów dominował czosnek.”
Wręcz przeciwnie. Lubię się wkurzać na książkowe postaci i warczeć na ich postępowanie. To dodaje historii realizmu i energii. Marta Guzowska w „Ślepym archeologu” zaczęła opowiadać zdarzenia prawie od końca, przeskakując potem do wcześniejszych dni i pozwalając przemawiać ślepcowi. To dość intrygująca narracja, która całkiem zmienia perspektywę. Bo Tom nie opisuje postaci pod względem wyglądu, nie opowiada o swoim otoczeniu zbyt wiele. Przemawia innymi zmysłami – dotykiem, węchem i słuchem. Oraz wyćwiczoną pamięcią, która pozwala mu się poruszać praktycznie bez przeszkód nawet na terenie wykopalisk. Opisując postaci, Mara skupia się na tym, czego nie dostrzegają tak bardzo ludzie widzący. Na przykład wielokrotnie podkreśla jak zapach papierosów tłumi inne, w jaki sposób po ocieraniu włosów o bluzkę można odkryć czyjeś zdenerwowanie. Ślepota jest dla Toma jednocześnie darem i przekleństwem.

„Naprawdę wkurzające w byciu ślepym jest to, że nie sposób ocenić do końca, co widzi druga osoba. Na co dzień da się z tym żyć, ale ciężko popełnić przestępstwo, nawet takie drobne.”
No właśnie – sam bohater każe się nazywać ślepym, nie niewidomym. Swoje kalectwo traktuje jako coś normalnego, na objawy litości i współczucia reaguje wręcz alergicznie. Poza tym jest, moim zdaniem, zadufanym w sobie egocentrykiem, który ma o sobie zbyt wysokie mniemanie. Przez całą powieść wielokrotnie przewijają się jego przechwałki. O inteligencji, osiągnięciach, pamięci, a nawet o seksualnych umiejętnościach. Nie kibicowałam mu wcale w jego działaniach, zwłaszcza, że wielokrotnie działał sam na własną niekorzyść. W pewnym momencie, przyznaję to bez bicia, życzyłam mu nawet bardzo źle…

„To nieprawda, że ślepcy tęsknią za zmysłem wzroku.Nie można tęsknić za czekoladą, jeśli nigdy się jej nie jadło albo posmakowało tylko w dzieciństwie.”
Cała fabuła stworzona przez Guzowską w powieści „Ślepy archeolog” jest jednocześnie prosta, jak i zaskakująca. Początkowo nieco przydługa i rozwlekła, potem nabiera tempa. Momentami nieco szarpana i nie do końca jasna historia i kompletny twist na zakończenie. Zabrakło mi nieco w tym kryminale tytułowej archeologii. Były wykopaliska i kilka faktów o tej dziedzinie, ale mimo wszystko zniknęła ona pod przytłaczającą sylwetką głównego bohatera. Warstwa kryminalna była intrygująca – tajemnicze smsy, psychologiczne sztuczki, kilka pobocznych wątków, które odwracają uwagę. Całość oceniam pozytywnie, chociaż bez efektu „wow”. Nie zagryzałam palców z niecierpliwości ale też nie ziewałam ze znudzenia. Pewnie sięgnę jeszcze po kolejną książkę Marty Guzowskiej, może tym razem wybiorę któryś z cyklów…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Seria Mafijna (tom 1)

„Wpatruję się w niego i nagle dostrzegam w nim coś. Coś ludzkiego.”
K. N. Haner nazywana jest przez swoje fanki Królową dramatów. Faktycznie jej książki nie są typowymi romansami, w których miłość zawsze łączy dwoje kochanków a losy bohaterów są przewidywalne. Tutaj zawsze coś się dzieje – gwałty, morderstwa, narkotyki, zdrady. Można powiedzieć, że książki Haner to taka erotyczna książkowa...
„Wpatruję się w niego i nagle dostrzegam w nim coś. Coś ludzkiego.”
K. N. Haner nazywana jest przez swoje fanki Królową dramatów. Faktycznie jej książki nie są typowymi romansami, w których miłość zawsze łączy dwoje kochanków a losy bohaterów są przewidywalne. Tutaj zawsze coś się dzieje – gwałty, morderstwa, narkotyki, zdrady. Można powiedzieć, że książki Haner to taka erotyczna książkowa „Moda na sukces”. Moim ulubionym cyklem niezmiennie pozostaje „Na szczycie”. A jeśli chodzi o serię mafijną, którą rozpoczyna „Zakazany układ” to chyba dopiero po lekturze drugiego tomu wydam ostateczny werdykt 😉

„Wygląda tak ślicznie taka pijana, zarzygana i kompletnie nieprzytomna. To irracjonalne, ale gdyby właśnie nie wydaliła z siebie śniadania, obiadu i kolacji, to nawet bym ją pocałował.”
Mam straszny dylemat jeśli chodzi zarówno o bohaterów jak i wydarzenia z ich udziałem. Podziwiam zwroty akcji i wewnętrzne rozdarcie, które jest udziałem zarówno Marcusa jak i Nicole. Oboje nie mieli łatwego życia. Ona wychowała się bez rodziców, a jej opiekun wkrótce został jej kochankiem i właściwie panem jej życia. On natomiast od urodzenia był skazany na przejęcie ciemnych interesów ojca i rolę brutalnego mafiosa. Spotkanie Nicole i Marcusa stało się wybuchem komety w ich światach i kompletnie ich odmieniło. To jestem w stanie zaakceptować. Jednak niektóre wykreowane przez autorkę sytuacje wydają mi się z lekka dziwaczne i niesmaczne. Jak choćby przytoczona wyżej sytuacja „porzygowa”. Zdarzało mi się wymiotować po piciu alkoholu i przysięgam, że nikt w tej sytuacji nie uznałby mnie za śliczną. Chyba, że byłby równie pijany…

„W tym momencie uświadamiam sobie, że kimkolwiek jestem i za kogokolwiek się uważam, to nie mam prawa narażać życia tej dziewczyny.”
Zachowanie bohaterów ogromnie mnie irytowało. Miotali się co chwila w inna stronę tak, że miałam ochotę chwycić jedno z drugim i porządnie nimi potrząsnąć albo i sprać po pyskach. Skoki nastrojów od czułego zakochania, przez rozbuchaną namiętność, po lodowatą obojętność… Nicole to najbardziej bezwolna dziewczyna, jaką poznałam. Może to kwestia spaczonego wychowania, ale wkurzało mnie to, że zachowuje się jak bezrozumna kukiełka, wykonująca każde polecenie. Niby jakieś próby buntu czy okazania własnej woli były ale… znikały pod wpływem rozkazów jednego czy drugiego macho.

„Uwolniłam się od demonów przeszłości, ale zaraz dopadają mnie kolejne, nowe demony. Nie wiem, czy kiedykolwiek zaznam spokoju, bo los ma dla mnie zupełnie inną drogę niż ta, którą chciałabym kroczyć.”
Chociaż osobiście nie zżyłam się z bohaterami książki, to „Zakazany układ” jest całkiem intrygującą lekturą. Oczywiście charakterystyczny pazur K.N. Haner sprawia, że łączy w sobie bardzo gorący erotyk z brutalnymi scenami akcji i wątkami kryminalnymi. Jest i miłość i śmierć, marzenie o rodzinie i mafijne porachunki. No i kipiący seksem język, w którym wszystko jest dosadne i obfite. Jeśli szukacie lekkiej i subtelnej lektury, ta książka nie jest dla was. Jeśli krępują was szczegółowe i częste opisy stosunków seksualnych, to po nią nie sięgajcie. Ale jeśli chcecie poczuć dreszczyk emocji i podniecenia – „Zakazany układ” trafi w wasz gust.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Cykl o Nikicie (tom 3)

„Jest taka bezradność, jaką czułem w obliczu ciemnej pustki z koszmarów, śmierci, resetu, jak zwał, tak zwał. Nie można z nią walczyć, zresztą pokusa, by się poddać i zanurzyć w ciemności, jest obezwładniająca.”
Cykl z Nikitą jest moim jedynym spotkaniem z książkami Anety Jadowskiej, chociaż wiem, że warto sięgnąć po powieści z Dorą Wilk, które też mnie kuszą. Twórczość Jadowskiej to tak zwane...
„Jest taka bezradność, jaką czułem w obliczu ciemnej pustki z koszmarów, śmierci, resetu, jak zwał, tak zwał. Nie można z nią walczyć, zresztą pokusa, by się poddać i zanurzyć w ciemności, jest obezwładniająca.”
Cykl z Nikitą jest moim jedynym spotkaniem z książkami Anety Jadowskiej, chociaż wiem, że warto sięgnąć po powieści z Dorą Wilk, które też mnie kuszą. Twórczość Jadowskiej to tak zwane urban fantasy czyli połączenie fantastycznych stworzeń, magii i bóstw ze współczesnymi elementami, czyli bronią i technologią oraz osadzenie ich w realnych, lub zbliżonych do realnych lokalizacjach. Tym razem Nikita wraz ze swoim towarzyszem broni, Robinem, trafia na mistyczne Bezdroża, na których magia jest bardziej dzika i surowa, niespokojna. To jedyna opcja by dotrzeć do Archiwum, w którym skrywa się tajemnica przeszłości Robina.


„Jak to jest, że przez ostatnią dekadę spędzaliśmy ze sobą każdą chwilę i dopiero obcy ludzie uświadomili mi, że się nad nim znęcam?”
Nikita w poprzednich tomach odkrywała swoją tożsamość. Wychowana przez apodyktyczną, bezduszną, wręcz okrutną matkę, porwana i torturowana przez bezwzględnego ojca. Odzyskała i straciła brata i nieustająco walczy z żyjącą w niej bestią. Jednak czy na pewno powinna walczyć? Mam wrażenie, że w tej książce Jadowska pobawiła się w psychoanalityka pod przykrywką autora fantasy. Główne motto „Diabelskiego młyna” to: Oswój swoją wewnętrzną bestię i daj jej czasem dojść do głosu 😉

„Ledwie to zrobiliśmy, magia Niespokojnych, magia Wezwania Drogi, wciągnęła nas w ewidencję taboru. Nasze szanse na przeżycie wzrosły wielokrotnie. Czyli teraz wynosiły może nawet więcej niż pięćdziesiąt procent.”
W trzeciej części cyklu poznajemy nowy rodzaj magi – dzikiej, wędrownej, niespokojnej. Związanej z tytułowym Diabelskim młynem i wesołym miasteczkiem ukrytym w głębokich Rubieżach. To bardziej magia polegająca na pierwotnych instynktach, a także poczuciu wspólnoty wśród Wędrowców. Cała powieść jest historią podróży – tej oczywistej, związanej z przemieszczaniem, oraz tej wewnętrznej, polegającej na odkrywaniu przeszłości i godzeniu się z teraźniejszością.

„Byłaś takim potworem, którego powinny się bać inne potwory.”
Nikita jest jedną z moich ulubionych postaci. Jadowska pod przykrywką szorstkiej, brutalnej i egoistycznej dziewczyny z bronią, ukryła wrażliwą dziewczynkę, która chciałaby mieć normalną rodzinę i przyjaciół, z którymi mogłaby się bawić. Trudne, wręcz traumatyczne dzieciństwo pozbawiło ją wiary w drugiego człowieka i nauczyło, że nikomu nie można ufać. A w tych warunkach ciężko o luksus spełniania takich marzeń. Jednak w tej powieści autorka trochę „wygładziła” Nikitę i pokazała jej nieco delikatniejszą stronę.

„Nie przypominał miasteczka opustoszałego chwilę temu, w którym wciąż wyczuwa się obecność ludzi. […] Był niczym zmęczona życiem kobieta, która cierpliwie nakłada na twarz makijaż i nagle wygląda na wyspaną, młodszą i szczęśliwszą.”
„Diabelski młyn” jako trzeci tom cyklu zamyka pewne wątki, rozjaśnia kilka innych, a co nieco jeszcze otwiera pozostawiając pole do popisu przy kolejnych częściach. Dwa główne motywy to scalenie osobowości Nikity oraz odkrycie tajemnicy przeszłości Robina, jednak książka zawiera wiele wątków pobocznych, które plączą się i łączą w oryginalną całość. Jadowska pod przykrywką powieści fantasy stworzyła ciekawą analizę psychologiczną wad i cech charakteru oraz wielu zjawisk społecznych. Magia jest odpowiedzią na brak akceptacji, błędy w wychowaniu, egoizm czy relacje między członkami rodziny czy przyjaciółmi. Dodatkowym atutem „Diabelskiego młyna” jest oparcie akcji na prawdziwych, lub zbliżonych do prawdziwych miejscach oraz wykorzystanie elementów zaczerpniętych z przeróżnych mitologii.

„Czułam się jak pływak, który przed wejściem do basenu z rekinami obtacza się panierką, by im bardziej smakować.”
Reasumując, cykl z Nikitą to ciekawe pozycje dla fanów urban fantasy oraz powieści przygodowych, ponieważ łączy w sobie elementy ich obu. Na dodatek kipi niebanalnym, sarkastycznym humorem, autoironią i dużą dawką pozytywnej energii. Mimo poruszania dość dramatycznych tematów, wśród których jest i pedofilia i szeroko pojęta przemoc, uważam, że lektura „Diabelskiego młynu” należy do dość lekkich łatwych w odbiorze.

pokaż więcej

 
Został fanem autorki: Daria Orlicz
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„[…] Piotr miał przeczucie, że to tylko kwestia czasu. Zamierzał być jak Herkules Poirot, jak Harry Hole, jak Sebastian Bergman, jak inspektor Rebus, jak Klementyna Kopp! Tylko oczywiście trzeźwy, aseksualny i w o wiele lepszej kondycji psychicznej.”
Ogromnie mnie ubawiła ta powieść, która kusi by ją sklasyfikować jako komedię kryminalną fantasy 😉 Ten miks gatunkowy, który w nieco innych...
„[…] Piotr miał przeczucie, że to tylko kwestia czasu. Zamierzał być jak Herkules Poirot, jak Harry Hole, jak Sebastian Bergman, jak inspektor Rebus, jak Klementyna Kopp! Tylko oczywiście trzeźwy, aseksualny i w o wiele lepszej kondycji psychicznej.”
Ogromnie mnie ubawiła ta powieść, która kusi by ją sklasyfikować jako komedię kryminalną fantasy 😉 Ten miks gatunkowy, który w nieco innych proporcjach odnalazłam też u Jadowskiej i Raduchowskiej, to dobry przykład powieści dla osób chcących rozpocząć przygodę z fantastyką, ale boją się wkraczać w świat smoków, krasnali czy wróżek. W „Post Scriptum” nie brak istot magicznych i zaklęć, ale podanych w formie dużo strawniejszej i mocno współczesnej.

Agencja BHP dla potworów? Coach i psycholog dla duchów? Czemu nie! Bohaterowie „Post Scriptum” nie są ludźmi i całkiem im z tym dobrze. Mają swój całkiem opłacalny biznes, ich przyjaźń jest dość specyficzna ale trwała. Ale wszystko do czasu, gdy tak zwani „nienormatywni” zaczynają padać ofiarami ataków.

„Wszystko wskazywało na to, że ktoś w Brzegu próbuje zapolować na nienormatywnych. A to była bardzo zła wiadomość, wręcz fatalna.”
Autorka świetnie poprowadziła wątek kryminalny, co chwile wprowadzając do akcji nowe postaci i zaskakując nietypowymi wydarzeniami. Atutem powieści Mileny Wójtowicz jest też nieco satyryczny i ironiczny humor, w którym wyolbrzymia ludzkie/nieludzkie przywary i słabości oraz bawi się odwróceniem ról na „dobre potwory” i „złych ludzi”.

„Post Scriptum” to moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, ale z chęcią sięgnę po jej inne książki. W tej zdecydowaną przewagę zdobył wątek komediowy, w drugiej kryminalny, a fantastyka de facto stała się tłem i bardziej uwypuklała pozostałe wątki i cechy charakteru bohaterów, niż była głównym elementem.

pokaż więcej

 
Ma nowego znajomego: Dominiqe83
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Adam Grandzik – czterdziestokilkuletni autor humorystycznych kryminałów, narcyz o mentalności nastolatka[…]”
Książka Małgorzaty Kursy zaczyna się wstępem, w którym autorka zaznacza, że całość fabuły to fikcja inspirowana niesnaskami w środowisku literackim. I podkreśla, że absolutnie żadna z postaci nie jest odzwierciedleniem realnego twórcy. Niestety, dla osoby, która w światku pisarskim się...
„Adam Grandzik – czterdziestokilkuletni autor humorystycznych kryminałów, narcyz o mentalności nastolatka[…]”
Książka Małgorzaty Kursy zaczyna się wstępem, w którym autorka zaznacza, że całość fabuły to fikcja inspirowana niesnaskami w środowisku literackim. I podkreśla, że absolutnie żadna z postaci nie jest odzwierciedleniem realnego twórcy. Niestety, dla osoby, która w światku pisarskim się obraca odtworzenie pierwowzorów przynajmniej kilku bohaterów nie nastręcza najmniejszych trudności. Ja poszłam krok dalej i rozpoznałam praktycznie wszystkich. Wskazówkami są wydarzenia i „aferki” w jakich dane osoby brały udział narażając się między innymi twórczyniom portalu, w którym jedną z redaktorek jest Kursa. Nazwiska stworzono na bazie kalamburów ale rozpoznanie w Gałązce Witkiewicz a w Kapuścińskiej Głąb naprawdę nie nastręcza problemów…

[Dla zainteresowanych – na końcu recenzji znajdziecie mój „słowniczek postaci”. Subiektywny, więc możecie się z nim oczywiście nie zgodzić.]

„– To z Rewersu. Bartuś wysłał. Na pewno w środku jest książka i dodatkowe atrakcje.[…] Do dziś wyskubuję to choolerne confetti z ulubionej koszuli. Nie zamierzam sprawdzać na sobie kolejnych promocyjnych pomysłów Bartusia.”
Osią akcji „Wiedźm na gigancie” jest konflikt pomiędzy redaktorkami z agencji literackiej Tercet a świeżo upieczonym pisarzem. Jego rozbuchane ego i niezbyt moralne pomysły na autopromocję wywołują ostrą reakcję wiedźm. Kobiety są znane w środowisku i niezbyt lubiane ze względu na bezwzględne opinie. Niejeden pisarz ucieszyłby się z ich zniknięcia ze sceny…

Pomysł na fabułę oraz kreacje głównych bohaterek są ciekawe. Szkoda, że w zalewie pisarskich złośliwostek umknął bardzo ciekawy wątek antologii tworzonej dla zwierzaków ze schroniska. Napoczęty, mógł być świetnym i do tego ważnym społecznie motywem, a po prostu zniknął. Z postaci pierwszoplanowych polubiłam zdecydowanie „sekretarka” – byłego policjanta, który w całym tym krzyczącym chaosie sprawił najbardziej stabilne wrażenie.

No i czytając przygotujcie się na burczenie w brzuchu, bo jedzenie, gotowanie i pieczenie to ponad połowa treści 😉

„No dobra, gnój był młodszy od niego, przystojny (a, niech mu będzie), w tych swoich garniturkach wyglądał, jakby przed chwilą zlazł z okładki jakiegoś żurnala, miał na koncie kupę bestsellerów. Ale na miłość boską był prawnikiem! Jaka normalna istota ludzka może zbzikować na punkcie prawnika?!”
Książka Małgorzaty Kursy to świetna komedia. Naprawdę zabawne postaci i prześmieszne gagi. Wychwalałabym ją pod niebiosa ( i dla „zwykłych” czytaczy będę to robić), gdyby nie pewien szczegół. Upieranie się przez autorkę, że stworzone przez nią postaci to czysta „fikcja literacka”. Niestety nie ja jedna odnalazłam w bohaterach „Wiedźm na gigancie” złośliwe karykatury wielu polskich pisarzy. Gdyby Kursa faktycznie jedynie inspirowała się faktami i autorami,mogła stworzyć zlepki ich osobowości. Jednak jeśli przedstawia Arkadiusza Zimnego, prawnika będącego autorem kryminałów, noszącego garnitury to sorry ale tego już nie można nazwać „luźną inspiracją”…

„Wiedźmy na gigancie” w założeniu autorki miały być satyrycznym ukazaniem bagienka, jakim de facto jest świat polskich pisarzy i blogerów. Ja nie mam zamiaru temu zaprzeczać, bo doskonale wiem, żew tym środowisku funcjonują kółka wzajemnej adoracji, wojny podjazdowe i mniej lub bardziej perfidne akcje mające podnieść notowania danego twórcy przy jednoczesnym zmieszaniu z błotem konkrencji. Jednak ta książka nie jest absolutnie niczym lepszym. Moim osobistym zdaniem to wiadro pomyj wylane na pisarzy, blogerów a nawet pracowników wydawnictw, które w jakiś sposób naraziły się „wiedźmom” z portalu Książka zamiast Kwiatka.

„– Wiesz, zanim zaczęłam tu pracować, zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten autorski światek – w głosie Idy dźwięczało coś, jakby rozżalenie. – A teraz patrz zza kulis i wcale i nie podoba mi się to, co widzę.”
Mi również ten światek nie podoba się tak, jak sądziłam zaczynając przygodę z blogowaniem. Ale poznałam tutaj wiele wartościowych osób i wkładanie wszystkich do jednego wora mnie mierzi. Kursa przekroczyła granicę dobrego smaku docinając pisarkom z powodu ich wyglądu (słynna już w internetach orka), poniżając konkretne blogerki (tak, Dzidzia Ciepła to słaby kamuflaż). Jest tu też dokopywanie początkującym autorom,którzy według Małgorzaty Kursy są słabi i muszą jechać na popularności innych. Pewnie w niektórych przypadkach tak jest, nie przeczę, ale o tym co jest słabą literaturą i tak definitywnie rozstrzygają czytelnicy. To, co w założeniu miało być zabawne, dla mnie osobiście zrobiło się smutne. Ilość jadu, jaka wylała się w tej książce,przekroczyła moje umiejętności przyswajania.

„Cztery upiorzyce, cholernie pracowite, rzetelne w tym, co robią, bezlitosne dla wszelkiej maści grafomanów. Mają nzika na punkcie lojalności i uczciwości. Jeśli idą na wojnę, to pod własnymi nazwiskami i walą w cel bez miłosierdzia.”
Mam wrażenie, że „Wiedźmy na gigancie” są elementem właśnie takiej wojny. Podjazdowej, bez jeńców. Ilość szpil wbitych polskim pisarzom przypomina naszpikowane laleczki voodoo. I, wbrew niektórym sugestiom, moja opinia nie zależy od sympatii i antypatii z niektórymi pisarzami. Bo ja też mam za złe co poniektórym oszustwa i gierki. Ale jeśli piszę coś, to nie zapieram się potem w żywe oczy, że to nie o tej osobie i że wszyscy się mylą.

No i na zakończenie mój „słownik postaci”:
{do przeczytania na blogu}

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: William Wisting (tom 5) | Seria: Mroczny zaułek

„Dziewczynka o zielonych oczach mogła mieć około dwunastu lat. Jej głowa została oddzielona od reszty ciała i wbita na pal.”
Na kolejne spotkanie z komisarzem czekałam niecierpliwie. Z każdą kolejną powieścią Horst udoskonalał swojego bohatera, tworząc postać z krwi i kości, ze słabościami, niedoskonałościami, ale mimo wszystko trwającego przy swoich zasadach, uczciwego i tęskniącego za...
„Dziewczynka o zielonych oczach mogła mieć około dwunastu lat. Jej głowa została oddzielona od reszty ciała i wbita na pal.”
Na kolejne spotkanie z komisarzem czekałam niecierpliwie. Z każdą kolejną powieścią Horst udoskonalał swojego bohatera, tworząc postać z krwi i kości, ze słabościami, niedoskonałościami, ale mimo wszystko trwającego przy swoich zasadach, uczciwego i tęskniącego za normalnością. W „Nocnym człowieku” spotykamy Wistinga trzy lata po ostatnich wydarzeniach, w których jego życiowa sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Czy wpływa to na prowadzone przez niego śledztwo? Jak sprawy osobiste łączą się ze sprawą brutalnego morderstwa?

„ – Noc z dziewiątego na dziesiątego listopada 1938 roku zapoczątkowała pogrom Żydów w nazistowskich Niemczech.[…]Po tym jak nazistowskie bojówki zniszczyły żydowskie mieszkaniaa i sklepy, ulice zostały zasypane odłamkami szkła i stąd wzięła się nazwa Kristallnachnt. Noc kryształowa.”
Tym razem Horst do fabuły wprowadził wątki nazistowskie i rasistowskie. Ale czy to właściwy kierunek śledztwa? Czy śmierć, dekapitacja i umieszczenie obciętej głowy na palu to jakiś sygnał? Ostrzeżenie? Dowód na szalejącego w okolicy psychopatę? Tradycyjnie połączenie ze sobą drobnych elementów nie jest łatwe. Przesłuchiwanie świadków, badania miejsca zdarzenia, analiza przedmiotów, sekcje zwłok – to wszystko składa się na skomplikowaną i wielowymiarową akcję policji.

„Śledził rozwój przestępczości, jaki dokonał się w ciągu ostatnich trzydziestu lat, i nie podobało mu się to, co widział. Zmiany były jednoznacznie negatywne. Eksplozja przemocy i obłędu.”
Nowym, dla mnie oryginalnym i dającym dodatkową wartość, elementem jest oddanie części głosu w książce Line – córce Wistinga. Jako dziennikarka śledcza wikła się w tropienie mordercy na równi z ojcem. Nie jest też ograniczona policyjnymi procedurami, ma większe pole manewru. Z dziennikarzami ludzie rozmawiają chętniej, niż z przedstawicielami prawa. Pogoń za sensacją i tematem na pierwszą stronę może być jednak wielce ryzykowna, gdy nie wiadomo czy kolejny trop nie powiedzie w objęcia wroga. Mam wrażenie, że w tej powieści to córka komisarza miała większego farta i nosa do właściwych tropów, a Wiliam Wisting mógł jedynie korzystać ze zdobytych przez swoją latorośl cennych informacji.

„Zawsze miał szacunek do człowieka. Dzięki temu był w stanie odrzucić własne uprzedzenia i wczuć się w położenie drugiej osoby, wejść w jej buty i to bez względu na to, czy chodziło o kłamcę czy mordercę.”
Jorn Lier Horst nieustająco jest moim faworytem wśród twórców skandynawskich kryminałów. Uważam, że spotkanie z jego twórczością może być miłą odskocznią od bardziej depresyjnych pisarzy z tego regionu. Pomimo tego, że, jakby nie patrzeć, Horst opisuje zbrodnie i to popełnione w często przeokrutny sposób, z jego powieści nie wieje taką bezdenną rozpaczą i otchłanią depresji. Ten autor potrafi pokazać też inne oblicze swoich bohaterów – ludzi rodzinnych, wyznających cenne wartości, szukających ciepła i miłości. Ciągle wierzących, że pod tymi objawami zła, które roznosi się jak najgorsza zaraza, kryje się dobro i współczucie.

„Lubiła wszystko, co wiązało się ze starym chińskim rytuałem jej parzenia. Zapach, który wypełniał pokój, suszone liście, interakcje między przyprawami, ziołami i jagodami, kolor i historię, z dawnymi angielskimi kompaniami herbacianymi, chińskimi plantacjami, żeglugą morską do Indii, arabskimi rynkami.”
Cykl kryminałów z komisarzem Wiliamem Wistingiem to według mnie seria godna polecenia dla każdego fana kryminałów. Poza intrygującym śledztwem, zaskakującymi zwrotami akcji i ciekawie opisaną praca policji, jest tu także bardzo dobrze skonstruowana płaszczyzna tła obyczajowego. Prywatny wątek życia Wistinga wciąga równie mocno jak kolejne śledztwo. To zdecydowanie jeden z niewielu męskich bohaterów, który nie musi swoich umiejętności udowadniać siłą i zwinnością. Atutem komisarza jest jego intelekt i intuicja.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bądź przy mnie zawsze (tom 2)

” – Oswoiłam swoją samotność – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy, po czym odwróciła wzrok.”
Agata Przybyłek to młodziutka pisarka, która ma już dorobek książkowy, jakiego pozazdrościć jej może niejedna koleżanka po piórze. Ta dziewczyna potrafi rozbawić do łez swoimi komediami (np. „Nie zmienił się tylko blond” i dalsze tomy serii Sosenkowej) i rozerwać serce na strzępy dramatami (jak w...
” – Oswoiłam swoją samotność – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy, po czym odwróciła wzrok.”
Agata Przybyłek to młodziutka pisarka, która ma już dorobek książkowy, jakiego pozazdrościć jej może niejedna koleżanka po piórze. Ta dziewczyna potrafi rozbawić do łez swoimi komediami (np. „Nie zmienił się tylko blond” i dalsze tomy serii Sosenkowej) i rozerwać serce na strzępy dramatami (jak w moim ukochanym „Bez Ciebie”). Potrafi też cudownie wzruszać i rozgrzewać serca, wlewając w nie miłość i nadzieję. To miało miejsce zarówno w poprzednim tomie tej serii, czyli „Bądź przy mnie zawsze”, jak i w przypadku tej książki – „W promieniach szczęścia”. Mimo, że to cykl, możecie każdą część czytać oddzielnie, ponieważ są to odrębne, zamknięte historie.

” – Gdy byłem tu pierwszy raz i pytałem ludzi o to, jak trafić do latarni, miejscowi powiedzieli mi, że to tam, gdzie spadają anioły[…].”
W tej powieści Agata Przybyłek zabiera nas w nadmorską podróż, do niewielkiej turystycznej miejscowości. W jednym z domków letniskowych mieszka Łucja, wraz z kilkuletnią córką – Glorią. Dziewczyna pracuje u właścicielki ośrodka wypoczynkowego i usiłuje łączyć pracę z trudami samotnego wychowywania dziewczynki. Skryta, zamknięta w sobie i wycofana młoda kobieta za sprawą splotu zdarzeń spotyka Łukasza – dziennikarza, który wciąż się nie ustatkował. Czy będzie im pisany związek? Jakie tajemnice z przeszłości skrywają i czy ich odkrycie zbliży do siebie dwoje rozbitków, czy oddali?

Autorka opisuje historię z kilku różnych punktów widzenia. Jest wspomniana wcześniej Łucja, niegdyś pilna studentka ze stypendium, a teraz samotna matka. Jest wolny duch – Łukasz. A także druga para, wzbudzająca nie mniejsze emocje: Justyna – ambitna, skupiona na naukowej karierze dziewczyna i jej mentor i kochanek w jednej osobie. Połączenie tych z pozoru oddzielnych wątków sprawia, że „W promieniach szczęścia” okazuje się niebanalną historią, w której nie ma postaci krystalicznie czystych i szatańsko złych. Za każdą decyzją stoją dramaty, rozterki i popełnione błędy. Każdy czyn ma swoje konsekwencje, nie tylko we własnym życiu, ale także w losach innych osób.

„Każdej, nawet największej miłości trzeba czasem pomóc. Każda powinna mieć swojego dobrego ducha.”
„W promieniach szczęścia” nie jest typowym romansem. To raczej powieść o tym, dokąd prowadzi nas miłość i odpowiedzialność. To także cudowna historia o macierzyństwie, które wcale nie jest czymś prostym i oczywistym. Pośród muszelek i szumu fal Agata Przybyłek zawarła wzruszającą opowieść o małych marzeniach i tęsknotach. O zwyczajnych ludziach, którzy po prostu pragną być szczęśliwi…

Cieszę się, że mogła poznać skromną Łucję, sprytną Glorię i zawadiackiego Łukasza. Ale przede wszystkim, i mimo wszystko, najbardziej cenię spotkanie z Justyną – bohaterką, bez której ta książka nie byłaby tak wyjątkowa.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
521 372 2753
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (48)

Ulubieni autorzy (14)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd