Przeczytanki-Dorota Lińska-Złoch 
przeczytanki.pl
Czytelniczka, recenzentka i blogerka ;)
34 lat, status: Czytelnik, ostatnio widziany 4 godziny temu
Teraz czytam
  • Black Water
    Black Water
    Autor:
    Czarna woda poprzez opowieść o pogrążonym w kryzysie człowieku zgłębia najbardziej mroczne wydarzenia historii najnowszej – przenosimy się z Indonezji końca lat dziewięćdziesiątych do zimnowojennej Eu...
    czytelników: 218 | opinie: 7 | ocena: 5,21 (28 głosów)
  • Cała ja
    Cała ja
    Autor:
    Milena całkowicie traci głowę, gdy całuje Jacka po raz pierwszy. W starszym, zamożnym przyjacielu rodziny odnajduje wszystko, czego brakuje jej rówieśnikom – szacunek, czułość i namiętność. Wydaje się...
    czytelników: 501 | opinie: 109 | ocena: 7,47 (183 głosy)
  • Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Autor:
    Księża to ludzie z krwi i kości. Odczuwają głód, pragnienie, zmęczenie. I popęd seksualny. Ani sutanna, ani głęboka wiara, ani nawet święcenie kapłańskie tego nie zmienią. Marcin Wójcik w swoich repor...
    czytelników: 1680 | opinie: 152 | ocena: 6,62 (802 głosy)
  • Dolina śmierci
    Dolina śmierci
    Autor:
    Zwarty epos Konrada Sikory inspirowana historią Ziemi Dukielskiej.
    czytelników: 10 | opinie: 5 | ocena: 8 (4 głosy)
  • Dom bez klamek
    Dom bez klamek
    Autor:
    12 grudnia wcześnie rano pielęgniarka na oddziale C8 szpitala psychiatrycznego w Weseliskach dokonuje makabrycznego odkrycia. W nocy jeden z pacjentów został brutalnie zamordowany. Podejrzenie pada na...
    czytelników: 743 | opinie: 33 | ocena: 6,59 (116 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Był przyzwyczajony do nieprzewidywalności, a ze śmierci się utrzymywał, jego praca polegała na doprowadzaniu spraw do porządku po jej nadejściu, na wygładzeniu jej oblicza i przyozdobieniu go kwiatami i świecami, zadbaniu o to, aby nie pozostały po niej żadne zbędne ślady.”
Przez pierwszy tom tej sagi ciężko było mi się przegryźć, drugi ogromnie mnie przygnębił, trzeci pochłonął, a czwarty...
„Był przyzwyczajony do nieprzewidywalności, a ze śmierci się utrzymywał, jego praca polegała na doprowadzaniu spraw do porządku po jej nadejściu, na wygładzeniu jej oblicza i przyozdobieniu go kwiatami i świecami, zadbaniu o to, aby nie pozostały po niej żadne zbędne ślady.”
Przez pierwszy tom tej sagi ciężko było mi się przegryźć, drugi ogromnie mnie przygnębił, trzeci pochłonął, a czwarty zachwycił. Sama nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po piątym, ostatnim tomie tego cyklu. Całość z pewnością wyróżnia prosty język i styl, w którym treść jest ważniejsza od formy. Autorka przez krótkie, jasne sformułowania buduje o wiele bardziej niesamowity klimat, niż ci, co w nadmiarze używają barwnych i kwiecistych opisów. „Saga rodziny Neshov” to ponadczasowa historia o życiu i śmierci, o miłości i gniewie, o winach i wybaczaniu. „Kochankowie” są lekko gorzką w smaku, ale niezbędną dla całości wisienką na torcie. A cykl Anne B. Ragde to prawdziwa uczta czytelnicza.


Bohaterami „Kochanków” jest rodzina, którą podzieliły dawne sekrety i niedawne nieporozumienia. Każda z postaci jest niczym inny żywioł — trudno im się wzajemnie zrozumieć, chociaż potrzebują się do współistnienia.

„– Sama Karen była chuda jak zapałka — stwierdził Krumme.
— To dlatego, że chlała jak gąbka, miała syfilis i jadła rtęć, wtedy szczupłość jest dość naturalna, to oczywiste.”
Barwny, lekkomyślny i egocentryczny Erlend tak naprawdę jest cudownym ojcem i mężem, skrywający pod trzpiotowatością i kompulsywnością wielkie pokłady czułości i, przede wszystkim, strachu. Od zawsze inny, wyróżniający się — ucieka przed swoimi lękami zamiast stawić im czoło. Czy ojcostwo oraz troska o partnera uczynią go bardziej odpowiedzialnym?

Tormod został w przeszłości ogromnie skrzywdzony i wykorzystany, przez co utracił całą radość życia. Energię a jednocześnie spokój zaczyna odzyskiwać dopiero w domu opieki, z dala od znienawidzonego rodzinnego gospodarstwa. Jednak do stabilizacji jeszcze daleka droga, chociaż ogromne wsparcie okazują mu Margido, uznawany za jego średniego syna oraz Torunn — bratanico-wnuczka. W ich relacjach, przedstawionych w „Kochankach” wielką rolę odgrywa maszt i flaga narodowa. Ten wątek bardzo mnie poruszył ze względu na jego wielowymiarowość i niezwykłą symbolikę…

„Leżał czysty, w świeżej pościeli, a zaledwie kilka metrów dalej stała jego własna, prywatna lodówka. Szczęście przepełniało go od stóp do głów.”
Postacią, która z jednej strony wydawała mi się przez cały cykl najbardziej stabilna i sztywna, a z drugiej zachwyciła mądrością i dojrzałością jest Margido Neshov — przedsiębiorca pogrzebowy. To, że sam wybrał taki zawód oraz potrafi wydobyć z niego to, co najistotniejsze wydaje mi się niezwykłe. Autorka w poruszający sposób opisuje kulisy pracy w zakładzie pogrzebowym — od kontaktu z rodziną zmarłego, odbioru ciała, również z wypadku drogowego, poprzez prace przygotowujące do pochówku, procedury i przepisy prawne aż do duchowego i psychologicznego aspektu tego zawodu.

Torunn jako najmłodsza z rodziny jest zapalnikiem, który wyzwala w pozostałych strzały emocji. Ponieważ wychowała się z dala od reszty, nie zna ich zasad i niejednokrotnie wywołuje poruszenie swoim zachowaniem. Jest początkiem zmian, to dzięki niej zamykają się pewne rozdziały a nowe zaczynają pisać. Pomimo własnego zagubienia to właśnie Torunn jest wątkiem splatającym pozostałe elementy tej poszarpanej rodziny.

W „Kochankach” autorka umiejętnie połączyła wątki z przeszłości najstarszego bohatera, rozjaśniające jego sytuację, ze współczesnymi, w których głos zabierają naprzemiennie pozostali członkowie rodziny. W zasadzie całość jest opisem kompletnie zwyczajnych, codziennych czynności: jedzenie, mycie, czytanie, spacer z psem. Osobnym, mocno wyróżniającym się wątkiem są kulisy pracy Margido wśród zmarłych. On jednak również został potraktowany bardzo przejrzyście i bez nadmiernych, wybujałych emocji i opisów. To niewątpliwie ogromny atut tej i poprzednich powieści, ta surowość i prostota, które w rezultacie tworzą niepowtarzalne dzieło literackiej sztuki.

Oszczędność w słowach przekłada się na bogactwo emocji. Mam wrażenie, że odbiór tej lektury zależy w dużej mierze od indywidualnych predyspozycji osoby czytającej, od jej wrażliwości, przeżyć, doświadczeń i przemyśleń. To, jak na mnie wpłynęła Saga rodziny Neshov, może być zupełnie nieadekwatne do przeżyć innych czytelników. W zależności od odmiennych poglądów można się utożsamiać z innym bohaterem, komu innemu kibicować, mieć kompletnie różne spojrzenie na wiele codziennych i niecodziennych wydarzeń tu opisanych. I to jest właśnie najpiękniejsze w tej jakże ponadczasowej i uniwersalnej prozie.

pokaż więcej

 
Ma nowego znajomego: Robert K-ski
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

” — Proszę pani, a czemu przywiązuje pani dzidziusia? Żeby nie uciekł? – zapytała Małgosia.”
Basię Garczyńską poznałam jako żonę Przemysława Garczyńskiego, który prowadzi blog 3telnik oraz jest autorem kryminału „Kelner”. Nie spodziewałam się, że w tej drobnej istotce kryją się tak ogromne pokłady talentu i umiejętności literackich. Powieść „Daleko – blisko” zaskoczyła mnie swoją dojrzałością,...
” — Proszę pani, a czemu przywiązuje pani dzidziusia? Żeby nie uciekł? – zapytała Małgosia.”
Basię Garczyńską poznałam jako żonę Przemysława Garczyńskiego, który prowadzi blog 3telnik oraz jest autorem kryminału „Kelner”. Nie spodziewałam się, że w tej drobnej istotce kryją się tak ogromne pokłady talentu i umiejętności literackich. Powieść „Daleko – blisko” zaskoczyła mnie swoją dojrzałością, realizmem oraz naprawdę ciekawą fabułą. To historia o zwyczajnych ludziach, którzy mają swoje plany, problemy i czasem mijają się nie zauważając wzajemnie a czasem, bardzo dosłownie, zderzają ze sobą.

„Mówi się, że szczęśliwi czasu nie liczą — nieszczęśliwe dzieci liczą go podwójnie, za nich.”
W „Daleko – blisko” autorka przedstawia losy kilku, z pozoru nie związanych ze sobą osób. Każda staje na życiowym zakręcie i musi podjąć decyzje, które zadecydują o jej dalszych losach oraz wpłyną na życie innych. Czy to świadome wybory, czy może zrządzenie losu kieruje ich krokami? Czy da się naprawić popełnione błędy, wybaczyć krzywdy i oderwać od toksycznych przyzwyczajeń? Bohaterowie Basi Garczyńskiej dostają takie szanse, ale tylko od nich zależy czy je wykorzystają…

Czytając miałam wrażenie, że to nie jest powieść, tylko autorka spisała opowieści prawdziwych ludzi i nam je przedstawia, niczym reporter lub socjolog. To, jak perfekcyjnie ukazuje przeróżne zjawiska społeczne, niezmiernie mnie zachwyca. Nie ma tu nadmiernej poetyki, zbędnych opisów czy dygresji, ale nie jest to też „krajanka” dialogów i zwrotów akcji. „Daleko – blisko” przypomina raczej album z fotografiami, w których zatrzymane są ważne chwile z życia bohaterów – te radosne i te bolesne, jak w prawdziwym świecie.

„<<Smęty o plemionach>> były trudną, ale niezwykle otwierającą oczy (a raczej serce) książką pod tytułem W głębi kontinuum. To od niej zaczęło się ich szaleństwo związane z rodzicielstwem bliskości.”
Jedną z bohaterek powieści jest Bożena, matka trójki dzieci, która (podobnie jak autorka) propaguje rodzicielstwo bliskości oraz chustonoszenie. Ta postawa jest mi bardo bliska, chociaż daleko mi do takich umiejętności oraz dojrzałych zachowań jakie przedstawia stworzona przez Garczyńską postać. Cała rodzina Bożenki jest wzorcowym przykładem i marzeniem chyba wielu kobiet. To dom pełen ciepła, miłości, pachnący dobrym jedzeniem, w którym mąż wspiera żonę i wzajemnie a czas spędzany z dziećmi nie jest uznawany za zmarnowany. Warto sięgnąć po „Daleko – blisko” chociażby dla tego właśnie wątku, który wyróżnia się na tle opisywanych wszędzie dramatów rodzinnych.

„Czegoś mu jednak ciągle brakowało. a plan – choć wypełniony – wydawał się pusty.”
Barbara Garczyńska w swoim debiucie nie skupia się na jednym motywie, czy postaci by prowadzić ją od początku do końca. To raczej wzajemnie uzupełniające się historie, które udowadniają, że można być z kimś blisko i go wcale nie znać, lub przeciwnie – w z pozoru odległym człowieku odnaleźć bratnią duszę. „Daleko – blisko” to szerokie spektrum postaci i ich życiorysów. Bohaterami są osoby w różnym wieku, o różnym statusie, posiadające rodziny lub samotne. Łączy ich jedno miasto, oraz z pozoru ze sobą niezwiązane zbiegi okoliczności.

„Kochała swoją świętą trójcę, uwielbiała zajmować się dziećmi, bawić się i je karmić, ale czasem – chyba jak każda matka (a w każdym razie miała taką nadzieję) – miała ich serdecznie dość.”
Wielkim atutem tej powieści jest autentyzm, zarówno postaci, jak i sytuacji czy języka. Autorka stworzyła dojrzałą i wyważoną historię o ludziach, którzy żyją tuż obok nas: blisko i jednocześnie daleko. Może mijamy ich na ulicy, może pracują w sklepie, w którym codziennie robimy zakupy, może to nasi sąsiedzi albo rodzice kolegów naszych dzieci. Przechodzimy obok nich, czasem zamieniamy kilka słów a czasem odwracamy głowę w drugą stronę – świadomie lub nie odcinając się od ich problemów i spraw.

„Miłość nigdy nie przychodzi w porę. Nigdy nie zjawiła się wtedy, kiedy na nią czekał. Nie chciała też odejść, kiedy bardzo ją o to prosił.”
Czytając „Daleko – blisko” wcale nie czułam, jakbym trzymała w rękach debiut. Dla mnie to w pełni dopracowana powieść, w której autorka zawarła mnóstwo życiowej prawdy opisanej w plastyczny sposób, prostym, a zarazem ciekawym językiem. Ta historia powinna trafić w ręce szerokiego grona czytelników – nie tylko do kobiet, które są wielbicielkami powieści obyczajowych, ale także do każdego, kto interesuję się prawdziwym, codziennym życiem, opisanym z niemal socjologicznym zacięciem. To również doskonały literacki wzorzec bohaterów propagujących wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości, więc z pewnością „Daleko – blisko” znajdzie wielbicieli wśród „chustoświrek” 😉 A ja ze swojej strony z ogromną dumą polecam powieść Barbary Garczyńskiej i z czystym sumieniem zachęcam do sięgnięcia po nią!

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„W zeszłym roku miałyśmy swoje zwłoki, tym razem mamy własnego trupa. Jakieś urozmaicenie musi być.”
Alicja i Julia to nauczycielki, które w ramach odstresowania od pracy w liceum wybierają się na wspólne wakacje z „przygodami”. Po tym jak w zeszłym roku zupełnie przypadkiem poprzez odnalezienie nie całkiem martwych zwłok („Zwłoki powinny być martwe”) wplątały się w aferę kryminalną, tym razem...
„W zeszłym roku miałyśmy swoje zwłoki, tym razem mamy własnego trupa. Jakieś urozmaicenie musi być.”
Alicja i Julia to nauczycielki, które w ramach odstresowania od pracy w liceum wybierają się na wspólne wakacje z „przygodami”. Po tym jak w zeszłym roku zupełnie przypadkiem poprzez odnalezienie nie całkiem martwych zwłok („Zwłoki powinny być martwe”) wplątały się w aferę kryminalną, tym razem nie wyobrażają sobie nudnego leżenia plackiem bez dreszczyku adrenaliny… Wybierając odpowiedni kierunek podróży decydują się na Frombork, gdzie w okolicach grasuje dziwaczny złodziej oraz nietypowy duch. A ponieważ kobiety działają niczym magnes na zbrodnie, na tych atrakcjach się nie kończy…


„– Trup, który pojawia się i znika, normalnie pasuje do ducha. Podobny klimat. Fajne miejsce na wakacje wybrałaś. — Powinnaś być zadowolona, chociaż nie przypuszczałam, że aż tak dobrze mi wyjdzie. Zwłok w planach nie miałam.”
„Wakacje z trupami” to druga komedia kryminalna Agnieszki Pruskiej, kontynuacja powieści „Zwłoki powinny być martwe”. Możną ją jednak czytać jako całkiem niezależną historię, a potem sięgnąć po pierwszy tom lub niekoniecznie. Śledztwo „fromborskie” zaczyna i kończy się w tym tomie a nawiązania do poprzedniej części są dosyć luźne, nie zdradzające zbyt wiele.

„– Czyś ty oszalała? Myślisz, że jakieś służby SPECJALNIE szukają trupów? […] Julia od razu się nastroszyła, a ja wyobraziłam sobie facetów, z tych jakichś służb w czarnych uniformach przeszukujących lasy, pola, miasta i wsie w poszukiwaniu zwłok. Tak na wszelki wypadek, bo może jakieś się znajdą.”
Autorka połączyła kryminalną, całkiem skomplikowaną, fabułę z mocno komediowymi perypetiami nauczycielek na wakacjach. Wielokrotnie parskałam śmiechem na ich teksty i zachowania. Niby poważne panie pedagog a czasem zachowywały się jak trzpiotowate blondynki, którymi de facto są 😉 Absolutnie nie można im odmówić inteligencji, ich umiejętność kojarzenia faktów jest godna pozazdroszczenia i bywa pomocna w trakcie prywatnego śledztwa. Julia i Alicja swoje działania prowadzą według skomplikowanego planu, łączącego przesłuchania świadków, nocne czatowanie na podejrzanych i oczywiście nawiązywanie współpracy z tutejszą policją.

„– Znaczy ludzie widzą ducha w drodze do pracy? – Jula uśmiechnęła się na myśl o regularnie pracującej zjawie.”
Perypetie nauczycielek poza śledztwem są równie ciekawe: jest grzybobranie, robienie nalewki jagodowej, odpoczywanie nad „zalewą” oraz zwiedzanie. Oczywiście w tle zawsze rozgrywają się poszukiwania nowych tropów i dowodów. Bardzo mi się podoba, że bohaterki są takie „zwyczajne” – lubią pić piwo, czytać książki i objadać się ciastem czy smacznymi obiadami. Cała ta „codzienna” otoczka sprawia, że „Wakacje z trupami” są mocno realistyczne a Alicja i Julia wydają się „dziewczynami z sąsiedztwa”. Taka naturalność to, moim zdaniem, ogromny plus komedii kryminalnej, uprawdopodobniający fabułę.

” — Na piechotę?? – zaprotestowała Julia.
— A widziałaś, żeby ktoś szedł samochodem?”

Agnieszka Pruska sprawnie bawi się konwencją, przerzuca zabawnymi gierkami słownymi i gagami sytuacyjnymi. Jej bohaterki wzbudzają sympatię chociaż czasem ich brawura przerasta umiejętności a ciągoty do przygody przyćmiewają zdrowy rozsądek, to nie można im nie kibicować. „Wakacje z trupami” z pewnością nie jest rasowym kryminałem, bo policja pozostaje jednak tłem a na pierwszym planie brylują szalone nauczycielki, ale pomysł na intrygę autorka miała zdecydowanie udany. Ja dałam się kilkukrotnie zaskoczyć a rozgryzienie sprawy przez bohaterki na samym końcu sprawiło, że wprost nie mogłam się oderwać od lektury. Wraz z nimi przebierałam niecierpliwie nogami w oczekiwaniu na finał finałów. Myślę, że niejednego czytelnika on zaskoczy.

” — I tak byś go po prostu spytała: <<Przepraszam a dlaczego pan kradnie pierdoły i czy szuka pan skarbu po hitlerowcach?>>”

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, teraz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z otaczającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywodzącego na myśl wyszczerbioną koronę.”
Takiej książki jeszcze nie czytałam. Osadzenie akcji w średniowiecznej Polsce i osadzenie w głównych rolach rycerzy i mnicha jest dla mnie ciekawą, oryginalną przygodą. Intryga kryminalna...
„Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, teraz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z otaczającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywodzącego na myśl wyszczerbioną koronę.”
Takiej książki jeszcze nie czytałam. Osadzenie akcji w średniowiecznej Polsce i osadzenie w głównych rolach rycerzy i mnicha jest dla mnie ciekawą, oryginalną przygodą. Intryga kryminalna opowiedziana staropolskim językiem zaskoczyła mnie i otworzyła na nowy gatunek.


„-Możni ludzie mają swoje sekrety, jak każdy […]. Kochanki, kochankowie, bękarty, orgie, zdeformowani kuzyni ukryci w piwnicach.”
Autor przybliża język, zwyczaje i wierzenia ówczesnych ludzi z różnego rodzaju – szlachty, rycerstwa i zwyczajnych kmiotków. Sporą rolę odgrywają zabobony, które współistnieją z władzą kościelną. Rytuały,wampierze, strzygonie – żyją w świadomości ludu na równi z bożymi przykazaniami. Jak w tym wszystkim osadzono kryminalną zagadkę? Po czyjej stronie opowiedzą się napotkani przez bohaterów szlachcice?

„Nie zawsze jednak służba Bogu była prosta, a wydzieranie prawdy ze szponów kłamców nieraz zmuszało inkwizytora do podejmowania straszliwych wyborów.”
Najciekawszą postacią według mnie jest brat Godfryd- dominikanin, który spełnia rolę „detektywa w sutannie”. Inteligentny obserwator, posiadający dużą wiedzę i umiejętność kojarzenia faktów,oddany Bogu i prawdzie. Ale skrywający też swoją tajemnicę… Dwaj towarzyszący mu rycerze pod przykrywką hulaków także chowają swoje bolączki i sekrety. Każdy inny, a jednak połączeni honorem i dążeniem do odnalezienia prawdy.

„-Jak można osądzić grzesznika, mordercę, złoczyńcę najgorszej miary, który za nic ma wszelkie prawa ludzkie i boskie?
-Ludzi się sądzi[…]. Wściekłe zwierzęta się dobija.”
Z jednej strony wciągnęła mnie zagadka morderstw, śledztwo podążające ścieżką szachowych pionków. Z drugiej w pewnych momentach zabrakło mi głębi postaci i wątków. Po lekturze mam niewielki niedosyt. Kilka nici pociągniętych przez autora mogłoby być grubsze i bardziej skomplikowane. Część wątów została potraktowana nieco pobieżnie, a ja z chęcią dowiedziałabym się nieco więcej o przeszłości niektórych postaci czy ich motywach.

Jednak spodobał mi się pomysł stworzenia powieści osadzonej w realiach średniowiecznej Polski napisanej dawnym językiem i stylem. Nie brakuje w niej humorystycznych akcentów oraz dużej dawki historii podanej w oryginalny sposób. To coś świeżego i innowacyjnego wśród współczesnej literatury. Polecam ją szczególnie osobom interesującym się polską historią, rycerstwem oraz oryginalnymi kryminałami.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Salpetriere może i było najsłynniejszym szpitalem w całej Francji, może i najnowocześniejszym, lecz nic nie mogło ukryć faktu, że w całej tej nowoczesności leżały blisko cztery tysiące chorych, starych i obłąkanych, którzy jęczeli, bo umierali, albo płakali, bo jeszcze żyli.”
Dziewiętnastowieczny szpital dla chorych umysłowo w Paryżu staje się sceną tragicznych i mrocznych wydarzeń. Sceną w...
„Salpetriere może i było najsłynniejszym szpitalem w całej Francji, może i najnowocześniejszym, lecz nic nie mogło ukryć faktu, że w całej tej nowoczesności leżały blisko cztery tysiące chorych, starych i obłąkanych, którzy jęczeli, bo umierali, albo płakali, bo jeszcze żyli.”
Dziewiętnastowieczny szpital dla chorych umysłowo w Paryżu staje się sceną tragicznych i mrocznych wydarzeń. Sceną w praktycznie dosłownym znaczeniu, bo leczenie schodzi tu na dalszy plan za istotniejszymi dla jego dyrektora pokazami. Doktor Charcot staje się reżyserem i scenarzystą, wykorzystując jako „aktorki” podległe mu pacjentki. Jego przedstawienia hipnozy histeryczek ściągają tłumy żądne sensacji. Gdzie w tym wszystkim etyka lekarska i dobro pacjentów? I kim jest tajemnicza dziewczynka o imieniu Runa, której przybycie do szpitala La Salpetriere staje się początkiem lawiny oszałamiających wydarzeń?

„Strach zaczyna się tam, gdzie jesteśmy nieświadomi i bezradni — i dopiero w tym punkcie jesteśmy gotowi w całości oddać się w ręce innej osoby, która zdaje się nam mądrzejsza, potężniejsza.”
„Runa” Very Buck jest książką porażającą autentyzmem, w której pod płaszczykiem fikcji literackiej ukrywają się prawdziwe miejsca i pionierzy współczesnej medycyny. Podobnie jak podczas lektury „Ginekologów” Thorwalda miałam dreszcze i przecierałam oczy ze zdumienia, że można kiedyś było wierzyć w „leczenie” przez lodowate kąpiele, czy przerażające prasy do jajników.

„Całymi miesiącami Goltz wypłukiwał silnym strumieniem wody coraz większe fragmenty mózgów dziesiątkom psów, aby udowodnić, że organ ten, jako zamknięta całość, nadal funkcjonuje i nawet niemal całkowite jego usunięcie praktycznie nie ogranicza zwierzęcia.”
Ta powieść nie jest typowym thrillerem, nie tylko ze względu na specyficzne miejsce akcji i jej czas, ale także na skupienie, jakiego wymaga podczas lektury. Wiele wątków, różnorodni bohaterowie, których oczami poznajemy zdarzenia — to sprawia, że nie da się „Runy” przeczytać jednego wieczoru. Ja musiałam co jakiś czas odkładać książkę, by przetrawić i przemyśleć pewne fragmenty oraz zdystansować się do opowieści o wariatkach i ich nie mniej szalonych lekarzach…

„Nie chodziło mu o przecinanie połączeń. Nie chodziło mu o naprawienie psychiki, tylko o jej amputowanie. Chciał ją odciąć, tak jak odcina się chorą nogę, której nie można już uratować.”
Jeśli szukacie książki, która porwie Was od pierwszych stron, to niekoniecznie będzie to „Runa”. Tutaj napięcie rośnie pomału, a akcja jest początkowo mocno rozproszona, co bywa dekoncentrujące. Do tego dochodzą opisy zabiegów i pokazów medycznych, które dodają całości powagi i ciężkości. Ta powieść na pewno nie będzie lekką odskocznią od codzienności. Bardziej przygniatającym pierś upiorem, który wpełza do umysłu.

„Nie było tak, że Joriemu przeszkadzał gatunek ludzki jako taki. W Salpetriere nieustannie miał do czynienia z ludźmi[…]. Każdy miał swoje miejsce, wiedział, gdzie kogo znaleźć, kto leży w którym łóżku. W przeciwieństwie do tego w śródmieściu dzień i noc panowały brak dyscypliny i nieposkromiony chaos.”
Bohaterowie powieści są wielce różnorodni i stanowią przekrój ówczesnego społeczeństwa. Są to osoby o różnym wieku, statusie społecznym, ambicjach i poglądach. Postacią, która mnie ujęła najbardziej, i do której poczułam najwięcej sympatii jest Lecoq – były policjant, który wierzy w swoje przestępcze przeznaczenie i jest najbardziej barwną a jednocześnie zaskakującą osobowością. To, jak dla niego kończy się cała historia, okazało się dla mnie ogromnym zaskoczeniem, za co daję ogromnego plusa autorce.

„Co to za klinika, pomyślał Jori. Martwy królik na podłodze stanowi tu niebezpieczeństwo. Albo dziewczynka, która nie chce jeść.”
„Runa” jest debiutem Very Buck, ale widać w niej ogrom pracy i przygotowania. Połączenie wątków i zespojenie ich w misterną intrygę jest nie lada wyzwaniem, a autorka mu sprostała. Wykreowała realistyczne postaci, po części wzorując się na autentycznych, historycznych postaciach, o których możemy przeczytać w podręcznikach medycznych. Połączyła prawdę z fikcją i medycynę z thrillerem psychologicznym tworząc powieść, którą określiłabym jako gęstą i ciemną niczym atrament, którym napisano tajemnicze wiadomości.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Mikołaj został z babcią Emilią, która robiła, co mogła, żeby zastąpić mu matkę, jednak nawet najczulsza i najukochańsza babcia nie była w stanie zrekompensować dziecku tego, że zostało opuszczone przez matkę.”
„W cieniu tamtych dni” to nowa odsłona twórczości Magdaleny Majcher, której powieści obyczajowe z macierzyństwem i rodziną w tle pokochałam i szczerze polecam. Tym razem autorka...
„Mikołaj został z babcią Emilią, która robiła, co mogła, żeby zastąpić mu matkę, jednak nawet najczulsza i najukochańsza babcia nie była w stanie zrekompensować dziecku tego, że zostało opuszczone przez matkę.”
„W cieniu tamtych dni” to nowa odsłona twórczości Magdaleny Majcher, której powieści obyczajowe z macierzyństwem i rodziną w tle pokochałam i szczerze polecam. Tym razem autorka postanowiła sięgnąć do autentycznych, bolesnych wydarzeń, o których Polacy uczą się na lekcjach historii. Powstanie Warszawskie i uformowanie Armii Krajowej wzbudzają wciąż wielkie emocje i są przyczynkiem głośnych dyskusji. Czy Majcher udało się połączyć tragiczną przeszłość ze współczesnością? Czy historia żołnierki porwała mnie i na zawsze zostanie w mojej pamięci? I tak, i nie…

„[…]przez pięćdziesiąt dwa lata byłam zgorzkniałą babą, wrzodem na dupie swoich bliskich – oznajmiła takim tonem, jakby właśnie informowała go, że w markecie jest promocja na piersi z kurczaka.”
Niestety w powieści nie do końca spodobała mi się współczesna część, nie przekonał mnie do siebie Mikołaj, wnuk Emilii, który w moje opinii jest typową „ciamciaramcią”. Nie potrafiłam go polubić, a relacje między nim, jego matką i babką wydały mi się trochę zbyt płaskie. Gdyby całość została napisana wyłącznie jako opowieść uczestniczki powstania, byłabym zachwycona. Te fragmenty, które są pisane oczami Emilii, to majstersztyk. Mnóstwo emocji, prawdziwych zdarzeń opisanych tak plastycznie, że miałam wrażenie, że stoję obok. W porównaniu z nimi momenty oczami Mikołaja były niestety zbyt drętwe.

„Kiedy ludzie kochają, starają się być lepsi, nie tylko dla ukochanej osoby, ale też dla całego świata.”
Po odrzuceniu współczesnej, zgrzytającej otoczki, „W cieniu tamtych dni” staje się cudowną, wzruszającą historią o miłości, która łączy, ale też dzieli. Nie pozwala zapomnieć, wynosi na piedestał i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Magdalena Majcher opisuje, jak w obliczu śmierci czyhającej tuż za rogiem rodziły się najgorętsze uczucia, rozkwitały romanse i zawierały małżeństwa. Ulotne chwile, wykradzione pomiędzy powstańczymi akcjami dawały marną namiastkę normalności. Jednak nad wszystkimi, na cienkiej nitce, wisiał ostry miecz historycznej niesprawiedliwości.

„Nie byłam bohaterką. Wokół było wielu bohaterów, którzy dokonywali wielkich rzeczy. Ja robiłam to, co musiałam: nic wielkiego.”
Emilia jako młodziutka dziewczyna przyłącza się do akowców, by później wziąć udział w powstaniu. Nieodrodna córka ojca, romantyczna buntowniczka, wkrótce przekonuje się, że to, co miało potrwać kilka dni i być przygodą, stało się długotrwałym koszmarem, z jakiego wielu już nigdy się nie obudzi. Dziewczyna w powstaniu traci wiele bliskich osób, na własne oczy widzi cierpienie i okrucieństwo. Przerażająca jest bezkarność i obrzydliwe czyny niemieckich okupantów, a także obojętność a momentami nawet wrogość cywilnych mieszkańców Warszawy.

„Nagle z tłumu wyrwał się mężczyzna z dzieckiem na rękach. Dostał w plecy całą serię. Dziecko, jeszcze żywe, Niemcy wrzucili do płonącego domu.”
Niektóre fragmenty powieści doprowadziły mnie do autentycznych łez. Czytając o dramacie powstańców, beznadziejnej sytuacji w polowych szpitalach i śmierci często bardzo młodych ludzi, nie mogłam powstrzymać płaczu. Tylko jedno słowo oddaje przedstawione wydarzenia – niesprawiedliwość.

„Musisz poznać przeszłość swojej rodziny, aby zrozumieć teraźniejszość i dać szansę przyszłości.”
Magdalena Majcher w powieści „W cieniu tamtych dni” pokazuje, że chcąc nie chcąc swoje doświadczenia przekazujemy kolejnym pokoleniom. To co przeżywamy, wpływa na naszą osobowość i sprawia, że zachowujemy się tak, a nie inaczej. A nasze dzieci pod wpływem przekazywanych im emocji podejmują wybory, które nie do końca są tylko i wyłącznie ich decyzją. Są też efektem podświadomego wpływu wywieranego przez rodziców, a nawet dziadków.

„Nie zdążyła się zakochać, nie zaznała tych porywów serca, niepewności i burz, o których mówiła jeszcze wczoraj.[…] Była jedną z tysięcy dziewczyn, które wyszły pierwszego sierpnia do powstania i nigdy nie wróciły do domów.”
„W cieniu tamtych dni” to z pewnością wzruszająca i porażająca autentyzmem historia. Przeżycia młodej Emilii są niesamowitym świadectwem ofiarności powstańców, ale także ich naiwności, braku przygotowania i zderzenia z brutalna rzeczywistością. Majcher pokazuje jak boleśnie młodzieńcze marzenia uderzyły o bruk obojętności i okrucieństwa.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kobiety nieidealne (tom 1)

„Doskonale rozumiałam, że to była nagana. Tyle, że w ustach mojego szefa brzmiała w taki właśnie sposób. Oczęta, wywiadzik, pieniążki… Jakby nie mógł powiedzieć: kurwa, kobieto, przestań myśleć o pierdołach i weź się do roboty!”
Sięgając po tę książkę, myślałam, że biorę w ręce zabawną, lekką obyczajówkę. Jednak tak naprawdę otrzymałam coś dużo mocniejszego i pełniejszego. „Kobiety nieidealne....
„Doskonale rozumiałam, że to była nagana. Tyle, że w ustach mojego szefa brzmiała w taki właśnie sposób. Oczęta, wywiadzik, pieniążki… Jakby nie mógł powiedzieć: kurwa, kobieto, przestań myśleć o pierdołach i weź się do roboty!”
Sięgając po tę książkę, myślałam, że biorę w ręce zabawną, lekką obyczajówkę. Jednak tak naprawdę otrzymałam coś dużo mocniejszego i pełniejszego. „Kobiety nieidealne. Magda” to powieść przypominająca wino — z początku pite, by się zrelaksować, po kilku łykach rozlewające w ustach pełen bukiet smaków i tłoczące do żył niesamowitą moc. Połączenie komedii z gorzkim realizmem stworzyło mieszankę idealną. To powieść, o której śmiało można mówić, że jest naprawdę życiowa.

„Nie zostawiła sobie nawet kawałka siebie. Jakby dała się w całości połknąć.”
Bohaterek powieści jest kilka, ale w pierwszym tomie autorki skupiły się na jednej z nich, tytułowej Magdzie. Kobieta samotnie wychowuje nastoletniego syna i z trudem odnajduje się w szarej rzeczywistości. To, co ogromnie mi się podoba to tytułowa nieidealność. Magda nie jest typową porzuconą żoną, wymienioną na lepszy, młodszy model. Nie jest też typową matką, chociaż stara się zapewnić synowi jako taką stabilność, ale pozwala sobie również na popełnianie błędów, czy popuszczanie lejcy. Nie należy także do typowych, przykładnych córek, bo okłamuje rodziców i walczy z poczuciem, że ich zawiodła.

„Ludzie czasem wikłają się w dziwne sytuacje i sami siebie nie poznają. I boją się tego, co wyłazi spod spodu.”
Jednak Magda ma coś, a właściwie kogoś, kogo ja z całych sił jej zazdroszczę. Przyjaciółki. Każda z innej „parafii”, z innymi marzeniami, odmiennymi poglądami na wiele spraw, różnym statusem społecznym. Ale w obliczu kłopotów którejś z nich wszystkie są gotowe stanąć za nią murem i wesprzeć. Albo chociaż napić się wspólnie wina… W przypadku Magdy wsparcie przyjaciółek polega na założeniu jej konta na portalu randkowych podczas mocno zakrapianego spotkania. Efektem tego są dziwaczne znajomości i zaczepki internetowych „kawalerów”, ale także jedna niezwykła znajomość. Tylko czy za pięknymi słowami i ekranem komputera skrywa się wartościowy człowiek? Czy można pokochać nieznajomego?

„Nie wiadomo kiedy wino stało się lekiem na wszystko, na nudę, na poczucie osamotnienia, na oswojenie nowej pracy, nowego miejsca do życia, na nową zmarszczkę na czole, oporną na każdy krem, widoczną w każdym świetle.”
Autorki w naprawdę płynny i spójny sposób złączyły to, co wydawałoby się niemożliwe do scalenia. „Kobiety nieidealne” to mieszanka gagów niczym z „Dziennika Bridget Jones” w wersji dla żon i matek z doskonale wyważoną goryczą i cierpkością dnia codziennego, przypominającą mi powieści Janusza Wiśniewskiego. Magdalena Kawka oraz Małgorzata Hayles w niezwykły sposób przeskakują w książce pomiędzy tematami lekkimi, prostymi i tymi głębszymi, poruszającymi mroczniejsze struny w ludzkich duszach. Zdawałoby się, że trudno w tym osiągnąć balans i łatwo popaść w przesadę i manierę. A jednak tym razem udało się to perfekcyjnie.

„Gdyby tylko istniała możliwość gromadzenia emocjonalnych zapasów, całymi dniami ślęczałabym, pasteryzując miłość, mrożąc chwile, kiedy czułam się wyjątkowa, kochana, doceniana, składając w ogromnych kartonach słoje pełne dobrych, ciepłych uczuć.”
Z jednej strony lubię książki, z których bohaterami się kłócę i wręcz szarpię strony z niezadowolenia ich postępowaniem. Z drugiej, gdy przeżycia postaci literackiej odzwierciedlają moje, a jej wyborów mogłabym dokonać ja sama, to schylam z szacunkiem głowę przed autorem, który mi do niej wszedł. „Kobiety nieidealne. Magda” zaliczają się w przeważającej części do tej drugiej kategorii. Wiele mnie łączy zarówno z główną bohaterką, jak i nieco z jej przyjaciółkami. Ale Magdy we mnie najwięcej. Jestem ogromnie ciekawa, czy czytelniczki mojego bloga też znajdą wspólny język z dziewczynami z powieści. Czy też dołączą do klubu „perfekcyjnych inaczej”? 😉

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Nina Warwiłow (tom 1) | Seria: Ze Strachem
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„A później nazwał ją swoją piękną dziewczynką i obiecał, że zawsze będzie dla niego najważniejsza na świecie. Uwierzyła. Czemu miałaby mu nie uwierzyć? Miała w końcu tylko jedenaście lat i nikogo innego, komu mogłaby zaufać.”
Od pewnego czasu czytając kryminały i thrillery czułam zawód. A to z powodu zbyt długo rozwijającej się akcji, a to zbyt przewidywalnego zakończenia… Zawsze po lekturze...
„A później nazwał ją swoją piękną dziewczynką i obiecał, że zawsze będzie dla niego najważniejsza na świecie. Uwierzyła. Czemu miałaby mu nie uwierzyć? Miała w końcu tylko jedenaście lat i nikogo innego, komu mogłaby zaufać.”
Od pewnego czasu czytając kryminały i thrillery czułam zawód. A to z powodu zbyt długo rozwijającej się akcji, a to zbyt przewidywalnego zakończenia… Zawsze po lekturze odczuwałam pewien niedosyt. Tym razem mój apetyt został zaspokojony i to z nawiązką. Nigdy jeszcze nie miałam w rękach tak dobrze skonstruowanej historii, w której splata się ze sobą tyle wątków na wysokim poziomie napięcia. Daria Orlicz to nazwisko, które wielbiciele powieści z dreszczykiem powinni sumiennie zanotować w swoich kajecikach!


„Szron srebrzący długie ciemne włosy, porcelanowa bladość policzków i krągły, ciążowy brzuszek. Kiedy zamarzła – samotna, błąkająca się nocą po nadmorskich lasach, była w dziewiątym miesiącu ciąży…”
Autorka swoją opowieść zaczyna z wysokiego „C” a potem wspina się jeszcze wyżej. To, co zachwyciło mnie najbardziej to fakt, że w „Diabelskim młynie” nie ma jednego, czy dwóch bohaterów pierwszoplanowych. Postaci jest wiele, a każda z nich to istotny fragment skomplikowanej układanki. Różnorodność osobowości, ich realizm, sprawiają, że przedstawiona historia poraża swoim prawdopodobieństwem. Bohaterowie wykreowani przez Darię Orlicz są niedoskonali, nie wzbudzają sympatii i wikłają się w skomplikowane sytuacje niejako na własne życzenie.

” […] nie mógł się pozbyć wrażenia, że całe to cholerne, pochrzanione życie przypomina diabelski młyn właśnie – w jednej chwili jesteś na szczycie, w drugiej lecisz w dół na łeb na szyję… Ot, ślepy traf, czysty przypadek, zła karma, jak czasem żartobliwie mawiał jego dobry kumpel. „
Z początku rozproszone wątki z każdą stroną zaczynają się łączyć i zazębiać niczym złożona maszyneria karuzeli. Nowi „pasażerowie” wsiadają na diabelski młyn nie wiedząc, że ta przejażdżka na zawsze odmieni ich życie. Niektórzy już nie zdołają wysiąść… Śmiertelnie niebezpieczna gra toczy się tuż obok codziennych, malutkich spraw a wyłowienie wśród morza zagadek tych właściwych wskazówek może nie być tak proste.

„Mijające go starsze kobiety posłały mu uśmiechy. Odwzajemnił je i lekko skinął głową. Obie miały brzydkie, obwisłe piersi, opony na brzuchach i siwe odrosty. Większość jego kumpli pewnie poczułaby obrzydzenie na taki widok, ale on był przyzwyczajony. W pewnym sensie nawet mu się to podobało. Czasami, gdy przyglądał się nagim, roześmianym staruszkom, które z taką gracją obnosiły po plaży własne niedoskonałości, dochodził do wniosku, że takie miejsca jak to pomagają zaakceptować nieubłagany upływ czasu. „
Daria Orlicz umiejętnie posplatała wiele z pozoru niespójnych wątków i stworzyła niebanalny i pociągający swoją świeżością kryminał. Autorka nie bała się poruszenia wielu tematów tabu: począwszy od pedofilii, przez zdrady, nieletnie matki, alkoholizm czy szczególnie okrutne morderstwa. To niesamowite, z jaką precyzją i kunsztem wykreowała skomplikowane psychologicznie postaci. Ukazała jaki wpływ na psychikę mają różnego rodzaju traumy, środowisko w jakim się wychowało oraz status społeczny.
„I nagle zdała sobie sprawę, że być może Paweł od dawna jej nie kochał. Że ich małżeństwo to tylko świetnie odgrywany mieszczański teatrzyk, w którym role dostali dwadzieścia lat wcześniej i wciąż z nich nie wyszli. Dom, dziecko, kredyt, pies, wspólni znajomi… Jest nam ze sobą całkiem wygodnie, po co więc mielibyśmy to zmieniać? – zastanawiała się Karolina, sącząc przyjemnie schłodzoną wódkę, do której Mateusz dolał skromną porcję coli. „
Zdawałoby się, że każda powieść kryminalna powinna mieć swojego pozytywnego bohatera – jakiegoś dobrego glinę, oddaną matkę, czy sympatyczną i naiwną nastolatkę. A jednak Darii Orlicz udało się wykreować historię, w której nikt nie jest idealny, nie ma czerni i bieli.jest za to mnóstwo szarości, która pochłania bohaterów i oblepia ich błędnymi decyzjami, z których nie da się już wycofać. Opowieść, którą autorka stworzyła przypomina czytelnikowi, że trzeba ponieść konsekwencje każdego wyboru i nie ma czegoś takiego jak zapomnienie. Przeszłość zostawia piętno, które odciska się nie tylko na danej osobie, ale także na jej bliskich.
„Była już chyba na tyle dużą dziewczynką, żeby wiedzieć, jakie marne frazesy wciska się kobietom, zanim się je przeleci.”
W „Diabelskim młynie” w świetnie zbilansowanych proporcjach otrzymujemy zagadki kryminalne, tło obyczajowe, tematy tabu, sceny pełne przemocy oraz doskonale wykreowane pod względem psychologicznym i fizycznym postaci. Dawno nie czytałam książki, od której tak trudno byłoby mi się oderwać. A przy tej zarwałam noc… Cały czas zastanawiałam się, jak zakończy się cała sytuacja i muszę przyznać, że czuję się zaskoczona. Jakbym wsiadła w autobus, który wywiózł mnie w nieznanym kierunku, po drodze wielokrotnie zmieniając trasę.

” O takich historiach słyszało się co prawda niemal na co dzień – media podawały coraz bardziej drastyczne szczegóły ludzkich dramatów, jakby wszystkie stacje telewizyjne prześcigały się w bezwzględnej walce o żądnego krwi widza.”
Autorka doskonale pokazuje, jak blisko nas czai się zło, jak łatwo mu ulec dając się zwieść pięknym, gładkim słówkom. Za naiwność przychodzi potem płacić wysoką cenę a gorycz porażki na długo pozostaje w ustach. O tym przekonali się bohaterowie „Diabelskiego młyna”, dając się zwabić niczym szczury podążające za melodią flecisty. Mnie najbardziej poraziła naiwność młodziutkich dziewczyn, które tak łatwo stają się ofiarami powodu buntu wobec rodziców, ufności do nieznajomych i kompletnym braku poczucia zagrożenia. Jakby ktoś wyłączył u nich funkcję myślenia o konsekwencjach…
„„Nikt nigdy nie zrozumie, jak wyjątkowa więź nas łączy. Dlatego nigdy nie możesz nikomu o nas powiedzieć, rozumiesz?”. Powtarzał jej to tyle razy, że mogłaby wyrecytować z pamięci. „
Z czystym sumieniem polecam „Diabelski młyn” Darii Orlicz fanom mocnej, brutalnej i wywołującej dreszcze literatury. To kryminał z wysokiej półki, innowacyjny z powodu rozproszenia wątków i postaci, oraz wciągający zaskakującymi zwrotami akcji. Tutaj wszystko działa jak w lunaparku – bawi i przeraża jednocześnie, zapewnia rozrywkę i sprawia, że trudno zasnąć po lekturze…

pokaż więcej

 
Ma nowego znajomego: MamaNaPetardzie
 
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Miała dwadzieścia siedem lat, kompletnie nieprzydatny dyplom magistra stosunków międzynarodowych i jakieś dwanaście tysięcy oszczędności. Nie miała za to  pracy, narzeczonego in spe, mieszkania ani żadnego planu  na życie.”
Twórczość Magdaleny Kubasiewicz poznałam od morderczo-komediowej strony czytając „Topienie Marzanny”. Bardzo spodobał mi się jej styl, dlatego cieszę się, że mogłam odkryć...
„Miała dwadzieścia siedem lat, kompletnie nieprzydatny dyplom magistra stosunków międzynarodowych i jakieś dwanaście tysięcy oszczędności. Nie miała za to  pracy, narzeczonego in spe, mieszkania ani żadnego planu  na życie.”
Twórczość Magdaleny Kubasiewicz poznałam od morderczo-komediowej strony czytając „Topienie Marzanny”. Bardzo spodobał mi się jej styl, dlatego cieszę się, że mogłam odkryć jej inną, bardziej poważną literacką twarz. „Jesienny bluszcz” można czytać jako kontynuację „Sonaty dla Motyla” ale też jako oddzielną powieść, jak zrobiłam to ja. Istotne zdarzenia z przeszłości są tutaj przytaczane i wyjaśniane, więc w żaden sposób nie odczułam dyskomfortu czytelniczego. Ta powieść porusza wiele istotnych tematów, poczynając od problemów wychowawczych, poprzez kryzysy małżeńskie, aż po przemoc domową. To historia o kobietach, dla kobiet. Wzruszająca, czasem zabawna i bardzo życiowa.

„ – Chodźcie tutaj do brata – poleciła Karina stanowczo. Obie bliźniaczki się ociągały, nawet Asia, która zwykle chętnie bawiła się z bratem, wyglądała na niezadowoloną i rozczarowaną. Karina dostrzegła to, ale nie zamierzała odpuścić. Dominik był najmłodszy, trzeba było się nim opiekować i dziewczynki musiały czasem się dostosować.”
Bohaterkami „Jesiennego bluszczu” są kobiety, które łączą relacje rodzinne i przyjacielskie. Chociaż przyjaźń pomiędzy nimi bywa wielokrotnie wystawiana na próbę, i dziewczyny nie zawsze mają podobne zdanie. Czasem wręcz iskrzy między nimi, szczególnie za sprawą Kariny. Ta bohaterka wzbudziła u mnie największe emocje. Może dlatego, że jest matką, jak ja, przeszła sporo małżeńskich zawirowań i tak bardzo chce nad wszystkim panować i być perfekcyjna, że gubi w tym wszystkim prawdziwe uczucia. Kaśka to jej przeciwieństwo – chodzący chaos i typ włóczykija, który nigdzie i przy nikim nie potrafi zagrzać dłużej miejsca. Do tego dochodzi Julia zwana Anną oraz Wioleta, która trafia pod skrzydła Kasi po pobiciu przez partnera.

„Wiolka nerwowo wyłamała sobie palce. Walcząc z chęcią przeproszenia za to, że ciągle przeprasza.”
Magdalena Kubasiewicz nie stworzyła kolejnej łzawo-cukierkowej opowieści o idealnych żonach, matkach i kochankach. To dość gorzka, chociaż nie pozbawiona ciepła powieść o tym, że czasem ciężko odnaleźć swoją drogę. Bywa, że trzeba sięgnąć głębokiego dna, by moc się od niego odbić, chociaż czasem do wypłynięcia na powierzchnie potrzebne jest koło ratunkowe rzucone przez pomocną dłoń. „Jesienny bluszcz” przede wszystkim pokazuje, jak ważna jest szczerość – zarówno wobec innych, jak i samego siebie. Bo, żeby zmienić coś we własnym życiu, należy sobie uświadomić, jakie popełnia się błędy i poprosić o pomoc w ich naprawieniu.

„Jesteś jak bluszcz, powiedziała jej kiedyś podpita Anna, i Karina obraziła się o to na dwa tygodnie. Potrzebujesz opleść coś i nie umiesz sama przyjąć żadnego kształtu. Sploty bluszczu nie poradzą sobie bez podpory, a mogą ją zadusić…”
Żadna z bohaterek nie wzbudziła mojej ogromnej sympatii ale każda wywołała ogrom emocji, a to chyba najważniejsze. Czytając przeżywałam ich rozterki, kłóciłam się z podjętymi przez nie decyzjami i warczałam na pewne sytuacje. Uwielbiam książki, które wzbudzają we mnie takie odczucia, bo wymagają stałej uwagi i sprawiają wrażenie opisywania realnych zdarzeń. Taka Karina, czy Kaśka mogą mieszkać tuż obok mnie. A Wioleta mogłaby być dalszą znajomą, z którą jakoś dziwnie urwał się kontakt…

Serdecznie polecam lekturę „Jesiennego bluszczu”, w którym kluczową rolę odgrywa klimatyczny Bluszczowy Dwór – miejsce gdzie ścierają się osobowości, odnajdują przyjaciółki a swój przytułek zyskują bezdomne kociaki i szukające miłości dzieci.

pokaż więcej

 
Został fanem autorki: Magdalena Kubasiewicz
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Po chwili na ekranie środkowego monitora pojawiła się witryna internetowa ze stylowym logo, którego tło stanowiła ubrana w prześwitującą bieliznę dziewczynka, pięcioletnia, może ciut starsza.”
Przed rozpoczęciem lektury byłam kilkukrotnie ostrzegana, że jej tematyka może mną wstrząsnąć. Jako matka dwóch córek, w tym jednej kilkuletniej muszę przyznać, że poczułam lekki dreszcz na plecach....
„Po chwili na ekranie środkowego monitora pojawiła się witryna internetowa ze stylowym logo, którego tło stanowiła ubrana w prześwitującą bieliznę dziewczynka, pięcioletnia, może ciut starsza.”
Przed rozpoczęciem lektury byłam kilkukrotnie ostrzegana, że jej tematyka może mną wstrząsnąć. Jako matka dwóch córek, w tym jednej kilkuletniej muszę przyznać, że poczułam lekki dreszcz na plecach. Jednak nie do końca tego oczekiwałam po „Małej baletnicy”… I chociaż wątek dziecięcej pornografii to zdecydowanie jeden z mocnych tematów, to jego przedstawienie w książce nie było drastyczne, wulgarne, ani zbyt wstrząsające. Bardziej pokazano cały proceder od strony biznesowej i psychologicznej.

” – Wejdziesz z facetem pod prysznic i umyjesz mu plecy, jeśli cię poprosi? Na golaska? Taki męski eksperyment? – Sewa posłała mu ironiczny uśmiech.”
Główna akcja toczy się wśród rosyjskich policjantów. Badają oni sprawę okrutnego morderstwa instruktorki baletu, u której w tajnym pomieszczeniu zostaje znaleziona specyficznie związana dziewczynka… Śledczy podążają tropem niemoralnych praktyk zamordowanej kobiety, ale ktoś wyprzedza ich o krok pozostawiając za sobą kolejne ciała. Całość powieści została skonstruowana na podstawie autentycznych wydarzeń, i to dla mnie spory atut. Jednak wiele elementów mnie w tej historii drażniło.

„Będziesz udzielać porad w kwestiach strojów i fryzur, a w wolnych chwilach dorabiać w policji jako psycholog do spraw trudnych, niemożliwych i chujowych.”
Przerysowane postaci policjantów momentami mnie irytowały. Jedną trzecią książki zajmują alkoholowe przeboje mundurowych. Wódka leje się tam litrami, także w czasie służby. Potem jest leczenie kaca klinem. Zalewanie robaka z powodu problemów, z radości i bez okazji – nie wiem, czy faktycznie w rosyjskiej policji tak bardzo szerzy się alkoholizm, czy autor wykorzystał i podkolorował jeden z popularnych stereotypów. Dla mnie te „procentowe” elementy odwracały uwagę od poważnego tematu i spłycały przekaz, czyniąc go momentami komicznym.

” -[…]zwykle wyobrażamy sobie pedofila jako faceta, który czai się pod szkołą z lizakami i porywa dzieci. A potem je bije, głodzi, poi wódą, szprycuje narkotykami i brutalnie wykorzystuje.[…] Większość z nas nie jest w stanie pojąć, że dzieciakowi wystarczy obiecać nową komórkę i już tryska entuzjazmem.”
Wiktor Mrok w „Małej baletnicy” opisał całkiem inny wzór zachowania pedofilów. Pokazał jak łatwo jest zmanipulować nawet kilkuletnie dziewczynki i wykorzystać, pozornie nie robiąc krzywdy. Mechanizmy „werbowania” kolejnych ofiar to złożony proces psychologiczny, w pewnym momencie uzależniający ofiarę od oprawcy i wytwarzający w dzieciach poczucie obowiązku pomieszanego ze wstydem. Bo jeśli od maleńkości wpajamy dzieciom, że mają być posłuszne wobec dorosłych, wypełniać ich polecenia i być „grzeczne”, to jak możemy od nich oczekiwać asertywności i sprzeciwu wobec poleceń tych dorosłych?

„Część z owych dziewczynek wyprze ze świadomości te seksualne zabawy, część nie. Ale w obu przypadkach będą one tkwić w tych młodych główkach[…] Musimy z nimi porozmawiać, wytłumaczyć im wszystko i zapobiec dewiacjom w późniejszym, dorosłym życiu.”
Książka Wiktora Mroka uświadomiła mi, że współczesnemu społeczeństwu brak świadomości tego, co się dzieje tuż obok nich. Czym są wszechobecne „fabryki” małych modelek, produkujące kilkuletnie lolitki z kilogramem makijażu na twarzy? Nasz pęd do sławy przerzucamy często na dzieci, popychając je w świat, w którym nie ma intymności a ich ciała przestają do nich należeć.

Pedofilia to temat niejednokrotnie zamiatany pod dywan. Ludzie oburzają się, gdy o tym słyszą, ale gdy dzieje się to zbyt blisko nich – odwracają głowy. Bo przecież to niemożliwe… A statystyki są nieubłagane – pedofilia oraz wykorzystywanie dzieci w celach pornograficznych zatacza coraz większe kręgi i staje się biznesem na ogromną skalę. I chociaż czasem dochodzi do, nawet spektakularnych, sukcesów i zamknięcia tych „produkcji”, to w ich miejsce za chwile rozkwitają kolejne. Bo dopóki jest popyt, będzie też i podaż…

Wbrew temu, co mi sugerowano, polecam tę książkę szczególnie rodzicom. By poznali jak subtelnymi metodami potrafią się posługiwać różnej maści zboczeńcy. I by uświadomić im, jak łatwo jest przekonać dzieci do współpracy. Za nowy sprzęt elektroniczny, zabawkę, czy chwilę uwagi, jakiej nie zaznają w domach, młodsze i starsze dzieciaki czasem same łatwowiernie pchają się w ręce pedofilów…

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
529 379 2870
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (49)

Ulubieni autorzy (14)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd