Przeczytanki-Dorota Lińska-Złoch 
przeczytanki.pl
Czytelniczka, recenzentka i blogerka ;)
34 lat, status: Czytelnik, ostatnio widziany 4 dni temu
Teraz czytam
  • Black Water
    Black Water
    Autor:
    Czarna woda poprzez opowieść o pogrążonym w kryzysie człowieku zgłębia najbardziej mroczne wydarzenia historii najnowszej – przenosimy się z Indonezji końca lat dziewięćdziesiątych do zimnowojennej Eu...
    czytelników: 218 | opinie: 8 | ocena: 5,07 (29 głosów)
  • Cała ja
    Cała ja
    Autor:
    Milena całkowicie traci głowę, gdy całuje Jacka po raz pierwszy. W starszym, zamożnym przyjacielu rodziny odnajduje wszystko, czego brakuje jej rówieśnikom – szacunek, czułość i namiętność. Wydaje się...
    czytelników: 527 | opinie: 115 | ocena: 7,41 (205 głosów)
  • Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu
    Autor:
    Księża to ludzie z krwi i kości. Odczuwają głód, pragnienie, zmęczenie. I popęd seksualny. Ani sutanna, ani głęboka wiara, ani nawet święcenie kapłańskie tego nie zmienią. Marcin Wójcik w swoich repor...
    czytelników: 1770 | opinie: 156 | ocena: 6,61 (859 głosów)
  • Dolina śmierci
    Dolina śmierci
    Autor:
    Zwarty epos Konrada Sikory inspirowana historią Ziemi Dukielskiej.
    czytelników: 9 | opinie: 5 | ocena: 8 (4 głosy)
  • Dom bez klamek
    Dom bez klamek
    Autor:
    12 grudnia wcześnie rano pielęgniarka na oddziale C8 szpitala psychiatrycznego w Weseliskach dokonuje makabrycznego odkrycia. W nocy jeden z pacjentów został brutalnie zamordowany. Podejrzenie pada na...
    czytelników: 787 | opinie: 36 | ocena: 6,56 (140 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Stracone dusze (tom 2)

„Potrzebował w swoim pełnym syfu i chaosu życiu chociaż namiastki stabilizacji. Wiedział jednak, że pewnie niebawem wszystko spieprzy, przecież zawsze to robił. Kobiety, które były tak głupie, żeby go pokochać, koniec końców tylko przez niego cierpiały…”
Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj to facet, za którym ciągnie się smrodek babiarza nie odpuszczającego żadnej okazji. Uzależniony od...
„Potrzebował w swoim pełnym syfu i chaosu życiu chociaż namiastki stabilizacji. Wiedział jednak, że pewnie niebawem wszystko spieprzy, przecież zawsze to robił. Kobiety, które były tak głupie, żeby go pokochać, koniec końców tylko przez niego cierpiały…”
Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj to facet, za którym ciągnie się smrodek babiarza nie odpuszczającego żadnej okazji. Uzależniony od przygodnych łóżkowych znajomości policjant ma do rozwikłania zagadkę tajemniczej śmierci pielęgniarki samotnie wychowującej syna. Jak się okazuje, ona również nie stroniła od romansów. Czy jej zgon to wypadek czy może efekt erotycznych przygód?


” — Zawsze widzisz świat w najciemniejszych barwach — mruknął Kiciuś.
— No wybacz, ale na różowo widzą go jedynie dumne właścicielki lalek Barbie.”
Daria Orlicz weszła na polską scenę kryminalną z głośnym przytupem debiutując „Diabelskim młynem” – mocnym i dramatycznym kryminałem obyczajowym, w którym nie wahała się poruszyć tak ostrych tematów jak pedofilia, sutenerstwo i porwania nieletnich dziewczyn do domów publicznych. Tym razem na tapet wzięła kilka równie ważkich motywów. Czy poradziła sobie równie dobrze? Czy „Martwe dusze” dorównały szokującemu „Diabelskiemu młynowi”?

„A może wcale nie chodziło o modlitwę? Może po prostu wśród ciepła ludzkich ciał czuła się odrobinę mniej samotna?”
Były ksiądz,wokół którego gromadzą się łatwowierne kobiety a może lekarz, z którym ofiara miała burzliwy romans? Komu mogło zależeć na śmierci pielęgniarki? Na jaw wychodzi coraz więcej szokujących faktów. Do tego dochodzą problemy osobiste policjantów,dramaty innych bohaterów i poboczne wątki kryminalne. Dzieje się dużo, tempo powieści jest zawrotne i co rusz mamy wrażenie ugrzęźnięcia w martwym zaułku domysłów i ślepych tropów. „Martwe dusze” nie są typowym kryminałem, w którym akcja toczy się od punktu A, przez B do C. Tutaj spod głównego śledztwa wynurzają się inne, równie przyciągające uwagę elementy. Ciężko określić co jest najistotniejszym motywem powieści i to, jest dla mnie bardzo charakterystyczna cecha kryminałów Darii Orlicz.

„– Więc może Bóg, kimkolwiek jest, powinien stworzyć nas zupełnie inaczej? Skąd w ludziach to zezwierzęcenie, skąd te chore myśli, pragnienia, czyny? Czemu się zabijamy, gwałcimy, zniewalamy? Tyle ludzkiej krzywdy dookoła, nie widzisz tego?!”
Jak już pisałam, „Diabelski młyn” to dla mnie wybuchowa i emocjonująca lektura, której niełatwo dorównać, dlatego „Martwe dusze” plasują się na drugim miejscu w moim rankingu. Zabrakło mi trochę drapieżności z pierwszego tomu oraz mocnych akcentów w postaci retrospekcji, które w części otwierającej cykl nadawały całości mrocznego i przerażającego klimatu. Ten tom bardziej skupia się na rozbudowaniu wątków obyczajowych i pokazaniu, że ciemne strony drzemią w z pozoru zwykłych, nie wyróżniających się ludziach a sama zbrodnia jest efektem mroku, który czai się w zakątkach prawie każdej duszy…

” — Znacie się od lat, mieszkacie w sąsiedztwie, wasze dzieci chodzą do tej samej szkoły. Ale co tak naprawdę o sobie wiecie?[…] Co skrywacie za tymi uśmiechami, o czym boicie się mówić?! –zapytał.”
Daria Orlicz w specyficzny sposób potrafi pokazać ciemne strony ludzkiej natury. Jej bohaterowie w zasadzie nie są pozytywni, a nawet jeśli jakieś dobre cechy posiadają to znikają one pod przewagą wad i błędów. Autorka w swojej twórczości uświadamia czytelnikowi, że nie ma ludzi dobrych a uczciwość i prawość są zazwyczaj niewygodne jak garnitur z pierwszej komunii. Pod płaszczykiem przyjaźni, miłości i wierności zwykle ukrywają się fałsz, zawiść i zazdrość. Tuż obok nas rozgrywają się większe i mniejsze dramaty, ale dla własnej wygody najczęściej odwracamy głowy. Ukrywamy się za maskami i nie wychodzimy ze swoich ról nawet wtedy, gdy scenariusz przestaje nam się podobać.

” Czuła się niczym pusta, wystawiona na palące słońce skorupa glinianego dzbana, którą mijali obojętnie wędrowcy i przysypywał pustynny wiatr. Ta pustka, którą w sobie nosiła, dosłownie ją wsysała — jakby nie było na świecie już niczego innego oprócz tego upiornie cichego, zbyt dużego dla niej samej domu, i ciszy, która dzwoniła jej w uszach…”
„Martwe dusze” odzierają czytelnika ze złudzeń i mocno przygnębiają. Moim zdaniem w tej książce widać znamiona stylu charakterystycznego dla kryminałów skandynawskich. Ciężka atmosfera małego miasteczka, grzechy i grzeszki jego mieszkańców, ziejąca z każdego zakamarka depresja i moralny upadek — to podwaliny historii, w której morderstwo jest tylko efektem ubocznym wszechobecnej degrengolady. Jeśli szukacie powieści, w której dobry glina odnajduje złoczyńcę, a reszta społeczeństwa oddycha z ulgą by żyć długo i szczęśliwie, to nie sięgajcie po „Martwe dusze”. Nie znajdziecie tu ani super policjanta, ani happy endu…

” — Nie bądź naiwna, dziewczyno. Ludzie od zarania dziejów wyrządzają sobie niewyobrażalne wręcz krzywdy.
— Tak. Tyle, że ja jestem z tych, którzy wierzą, że takie okropieństwa zawsze dzieją się gdzieś indziej, daleko ode mnie i moich bliskich — wyznała cicho.”
„Martwe dusze” to drugi tom nadmorskiego cyklu Darii Orlicz. Myślę, że zasługuje on na co najmniej taką uwagę, jak saga o Lipowie czy tetralogia z Saszą Zaałuską, a o autorce powinno się zrobić głośno na równi z Puzyńską czy Bondą. Dla mnie to całkowicie nowy, mocny i pełnokrwisty kierunek w polskiej literaturze kryminalnej. Kontrowersyjne tematy, nieoczywiste postaci i napięcie trzymające do ostatniej strony — to niepodważalne atuty „Martwych dusz”. Zakończenie mnie po prostu zamurowało i do tej pory nie potrafię wyjść z podziwu dla autorki, która ostatnią sceną mocno zaostrzyła mój apetyt na kolejną część…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Ja Gorę

„– No i co ty na to, Hendryk, aa? Powiedz co mnie tera czynić z tym spiekładuchem, co pode wsio chodzi, aaa? — zapytała Słaboniowa, ale kawaler ze zdjęcia, godny i uroczysty jak zawsze,nawet okiem nie mrugnął.”
Do przeczytania tej książki zachęcało mnie wiele osób, ale podchodziłam do niej sceptycznie. No bo co to za tytuł? No i ta okładka, przypominająca mitologię. Co mnie może w niej...
„– No i co ty na to, Hendryk, aa? Powiedz co mnie tera czynić z tym spiekładuchem, co pode wsio chodzi, aaa? — zapytała Słaboniowa, ale kawaler ze zdjęcia, godny i uroczysty jak zawsze,nawet okiem nie mrugnął.”
Do przeczytania tej książki zachęcało mnie wiele osób, ale podchodziłam do niej sceptycznie. No bo co to za tytuł? No i ta okładka, przypominająca mitologię. Co mnie może w niej zachwycić? Jak się okazuje powiedzenie o nie ocenianiu książki po okładce ma tutaj doskonałe potwierdzenie. Ta historia jest tak niesamowita i wielowymiarowa, że będę ją polecać na lewo i prawo! Magia, zabobony, ale i prawdziwe życie — miłość, zazdrość, pieniądze czy śmierć. To wszystko przeplata się i czyni tę książkę jedyną w swoim rodzaju.


„Ja ze swoim Józkiem trzydzieści pinć lat dobrze żyję, po un tylko w niedzielę po mszy pije. I jak świniaka ubijem. I jak kartofle sprzedamy, i buraki, i żyto. I jak szwagier przyńdzie, a że mu co dzień po drodze z roboty…”
Stara Słaboniowa to kobieta, która od bardzo dawna żyje na wsi i wiele już widziała. Jest tak zwaną szeptuchą, znachorką, bywa też nazywana wiedźmą. Potrafi dostrzec rzeczy i istoty niewidzialne dla innych – zjawy, duchy, skrzaty, przeróżne istoty i byty, które nie zawsze darzą ludzi ciepłymi uczuciami. Potrafią doprowadzić do obłędu, choroby, a nawet śmierci. Stara Słaboniowa wie jednak jaką bronią można je pokonać i często staje naprzeciw ciemnym mocom by pomóc współmieszkańcom, chociaż nie pałają do niej wielką miłością i nie darzą szacunkiem. Ale jak trwoga to do… Słaboniowej.

” — Kreeeeefff, kreeeefff… — szeptał ktoś wprost do ucha Słaboniowej. — Kref leci, tsza piććć kref, kref dobra, słotka, krfi mi tszszaaa… — I znowu ozwało się długie, przepełnione głodem westchnięcie.”
W książce Joanny Łańcuckiej możemy z bliska, i to dosłownie, poznać wiele niesamowitych „spiekładuchów”, które wyciągnięte są żywcem z mitów, legend i zabobonów. Uważam, że autorka wykonała kawał naprawdę świetnej roboty w ich opisywaniu, a dołączone ilustracje potęguję atmosferę mistyki i niesamowitej wyobraźni. „Stara Słaboniowa i spiekładuchy” to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli dawnych wierzeń, ludowych zwyczajów i folkloru. Chowają się przy niej wszelkie suche opracowania legend. To powieść o życiu, w którym jest miejsce i na magię i na technikę. Ponieważ akcja dzieje się współcześnie, bohaterowie korzystają z aut, telefonów czy telewizorów. Ale oddalając się od natury gubią z oczu dawne zwyczaje oraz poszanowanie dla rodziny i tradycji. Jedynie stara Słaboniowa stoi na straży i kultywuje wiarę w to, co ciężko objąć rozumem.



„Owinięta szczelnie wełnianą chustą i z laską leszczynową, którą mocno ściskała w powykrzywianych palcach, wyglądała trochę jak z innego, starego świata, który już dawno przeminął.”
„Stara Słaboniowa i spiekładuchy” łączy w sobie kilka gatunków. To jednocześnie historia pełna fantastycznych stworów, magii i zabobonów, jak i świetna powieść obyczajowa, w której przewijają się ważkie wątki społeczne takie jak zdrada, zawiść, przemoc domowa, okrucieństwo wobec słabszych. To wszystko autorka opisuje ze swadą i humorem, z dużą dawką ironii ale też zaprawia swoje opowieści smutkiem i goryczą. Całość jest idealnie zbilansowana i zaskakująca jednocześnie. Mamy tu elementy grozy, erotyki, analizy socjologicznej oraz niesamowitą opowieść o kobiecie, która nie wybrała samodzielnie ścieżki, jaką przyszło jej podążać, ale wie, że pewnych rzeczy dokonać może tylko ona.



Jestem ciekawa, czy polubcie Słaboniową tak jak ja. Za humor, za umiejętności, za zmysł obserwacji i za doświadczenie, którego nabierała przez wiele lat. A książka z pewnością przeniesie Was w świat diabłów, strzygoni, kikimor i innych „spiekładuchów”. Mnie zachwyciło w niej wszystko – pomysł, akcja, styl i język, oraz niebanalność całości.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Jakie brzydkie figle płatała jej pamięć! Była gotowa przysiąc, że wszystkie owieczki wróciły razem z nią, a teraz mogła tylko mieć nadzieję, że już żadna nie musiała błądzić i szukać drogi do domu.”
Bubal to mała dziewczynka, żyjąca w czasach jaskiniowców. Tata i starszy brat udali się na polowanie jej pozostawiając ważne zadanie pilnowania i wypasania owiec. To okazało się wielkim wyzwaniem...
„Jakie brzydkie figle płatała jej pamięć! Była gotowa przysiąc, że wszystkie owieczki wróciły razem z nią, a teraz mogła tylko mieć nadzieję, że już żadna nie musiała błądzić i szukać drogi do domu.”
Bubal to mała dziewczynka, żyjąca w czasach jaskiniowców. Tata i starszy brat udali się na polowanie jej pozostawiając ważne zadanie pilnowania i wypasania owiec. To okazało się wielkim wyzwaniem i przyczyniło do powstania pierwszego systemu liczenia. W jaki sposób? Metodą prób i błędów 😉

„[…]pomysły, podobnie jak czereśnie, rzadko występują pojedynczo[…].”
Autorka na przykładzie małej bohaterki książki przekazuje wiedzę o najprostszych metodach liczenia. „Wielkie odkrycie Bubal” jest doskonałym wstępem do nauki matematyki i zabawną historyjką ze sprytnie wplecionymi ciekawostkami o „matce nauk”. Przyjemne dla oka obrazki są dodatkowym potwierdzeniem opisywanych przykładów. Anna Cerasoli połączyła bajkę z nauką w sposób nienachalny i ciekawy dla młodych czytelników.



„[…]kamień to po łacinie <<calcus>> i dlatego teraz nasze urządzenie do liczenia nazywa się kalkulator.”
Według mnie ta książka jest dedykowana dla dzieci w wieku od 6 do 8 lat. Zarówno młodsi czytelnicy polubią historyjkę, szczególnie ci z gatunku „a dlaczego?” i „a skąd to się wzięło?”, jak i uczniowie pierwszych klas podstawówki zainteresują się odkryciem Bubal, które może być cudownym wstępem do niebanalnych lekcji matematyki.



RECENZJA LENY
To książka o dziewczynce o imieniu Bubal której brat i tata poszli na polowanie i zostawili jej stado owiec.Bubal musiała je nakarmić lecz to nie było takie łatwe.W zagrodzie nie zostało ani troche trawy.Co zrobiła Bubal? Wypuszczała tyle owiec ile miała palców u ręki.Najbardziej w tej książce spodobało mi się to że Bubal wynalazła liczenie. A jak myślicie co się stało z bratem i tatą Bubal?[tak jakby co to brat Bubal ma na imię Tron].Gdybyście przeczytali tą książkę to byście się poczuli jak Bubal.Czulibyscie że coś wynaleźliźcie np. tą książkę ale tą książkę wynalazła „Anna Cerasoli”.A pomagali jej:Desideria Guicciardini,Agnieszka Liszka-Drążkiewicz a wydawnictwo to „adamada”.To tyle mam nadzieje że spodoba ta książka.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Gdyby nie niepokój i strach, Marlene mogłaby mimo takich nieprzewidzianych okoliczności dalej postępować zgodnie z planem. Ale niepokój strach i coraz gęstszy śnieg spowodowały, że wcisnęła hamulec, zawróciła i skręciła w boczną drogę, czym zapoczątkowała nową serię zdarzeń.”
Zaczynając lekturę spodziewałam się tradycyjnego thrillera, czyli intrygi kryminalnej i rosnącego napięcia. Dostałam...
„Gdyby nie niepokój i strach, Marlene mogłaby mimo takich nieprzewidzianych okoliczności dalej postępować zgodnie z planem. Ale niepokój strach i coraz gęstszy śnieg spowodowały, że wcisnęła hamulec, zawróciła i skręciła w boczną drogę, czym zapoczątkowała nową serię zdarzeń.”
Zaczynając lekturę spodziewałam się tradycyjnego thrillera, czyli intrygi kryminalnej i rosnącego napięcia. Dostałam coś kompletnie różnego od moich wyobrażeń. „Lissy” to powieść, która zaczyna się dość monotonnie, przewidywalnie i… nudno. Pierwsze strony absolutnie mnie nie wciągnęły i zastanawiałam się, czy warto czytać dalej. W końcu co intrygującego może być w historii młodej kobiety, która uciekając od męża-gangstera trafia pod opiekę skrytego mężczyzny z gór? A jednak… Pod jedną historią skrywa się kolejna i jeszcze kolejna, a ich poznawanie przypomina zdrapywanie szronu z zamarzniętej szyby – wciąż nie widać całości, a to, co odkryte wciąż zdaje się rozmazane i niewyraźne.

„Czas – mawiał Volter Luis – należy do gwiazd, nie do ludzi. Kim jesteś w porównaniu z gwiazdami, mój synu? […] Gwiazdy władają czasem, ludzie są przez niego miażdżeni.”
„Lissy” to moja pierwsza przygoda z twórczością Luci D’Andrea, więc nie mam porównania do „Istoty zła” ani innych jego utworów. Mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że autor wyróżnia się specyficznym stylem. Jego opisy nie są przegadane, wymyślne, lecz rzetelne i bardzo realistyczne. Często stosuje zabieg podzielenia tekstu na krótkie zdania, a nawet pojedyncze słowa, co jeszcze dobitniej podkreśla ich przekaz. W tym wypadku forma ma równie duże znaczenie, jak treść. „Lissy” nie byłaby tak sugestywna i przejmująca, gdyby nie odpowiednio skonstruowany tekst, który wywoływał we mnie na przemian uderzenia gorąca i zimne dreszcze.

„Był Bau’rem. Musiał mieć około sześćdziesięciu lat, ale zawsze trudno było określić wiek Bau’ra. Wysiłek, wiatr, zimowe mrozy i letnie upały powodowały, że twarze stawały się tajemnicze i twarde jak kora.”
Marlene – żona gangstera, Simon Keller – wiodący pustelniczy tryb życia Bau’r i bezimienny Zaufany Człowiek o twarzy aktora. Skomplikowany los zetknął ze sobą te trzy różne postaci i na zawsze odmienił ich przyszłość. Życie i śmierć, miłość i nienawiść, strach i nadzieja – ta powieść to amplituda skrajnych emocji i wątków. To niesamowity przykład, jak drobne elementy łączą się w skomplikowany, wielowymiarowy wzór, w którym dopiero z pewnej perspektywy można docenić kunszt twórcy. D’Andrea niczym wirtuoz sztuki literackiej stworzył powieść wymykającą się jakiejkolwiek klasyfikacji. Nazwanie „Lissy” thrillerem spłyca jej znaczenie i okrawa z ukrytych znaczeń i głębokiego przekazu. To jednocześnie powieść psychologiczna, wnikająca w umysły bohaterów i doszukująca się przyczyn ich zachowania, jak i przerażająca powieść pełna brutalności, śmierci, okrucieństwa i grozy.

„Właśnie o to chodziło.
Albo wierzysz, albo nie.
Nie istniały półśrodki.”
Kim jest tytułowa Lissy? To personifikacja miłości, poświęcenia i… głodu. Podobnie jak cała historia, sam Lissy również jest niejednoznaczna – wzbudza strach i litość, przeraża i zachwyca. Podziwiam umysł autora zdolny do spłodzenia tak skomplikowanego dzieła, w którym nie ma miejsca na czerń i biel, a baśnie nie są opowiastkami dla dzieci, tylko historiami pełnymi krwiożerczych bestii i morderców. W „Lissy” sporo jest odniesień do kultury ludowej, wierzeń i tradycji czy legend. Dodają one niesamowitego kolorytu i są ważnym motywem powieści, obok opowieści z okresu drugiej wojny światowej czy rozkwitu organizacji gangsterskich w latach siedemdziesiątych. Zaskakujący ciąg przyczynowo-skutkowy w powieści D’Andrea jest niczym perła ukryta w muszli albo łańcuch wydobywczo-przemytniczy szafirów.

„Czy nie było odrobiny szaleństwa w Jasiu i Małgosi?
Nikt nigdy nie opowiadał, co im się przydarzyło po tym <<żyli długo i szczęśliwie>>.”
Niebieskie kamienie, koboldy i ich rozjarzone błękitem oczy, niebieskie płomienie ognia dla zmarłych – ten kolor nie przypadkiem znalazł się na okładce „Lissy”. Opowieść o kobiecie, która z powodu wielkiej miłości podjęła decyzję determinującą los nie tylko jej, ale także wielu innych osób zostanie w mojej pamięci właśnie takim niebieskim błyskiem. Dotykiem lodu i kamienia, zapachem krwi i strachu oraz okrutną bajką ze starej księgi braci Grimm. Z pewnością nie raz powróci do mnie we snach, z których będę się budzić zlana zimnym potem…

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Tajemnica Askiru (tom 1)

„Ludzie często mają poczucie, że spotyka ich za coś kara. To nie klątwa na nas ciąży, to tylko życie.”
Zamieć śnieżna,siarczysty mróz i zbieranina przypadkowych gości w gospodzie. Czy faktycznie wszyscy trafili tu całkiem przez przypadek? Rycerz, jasna oraz ciemna elfka, bezczelni rozbójnicy, karawana kupców, górnicy — zmuszeni współegzystować w ciasnej przestrzeni wraz z gospodarzem i jego...
„Ludzie często mają poczucie, że spotyka ich za coś kara. To nie klątwa na nas ciąży, to tylko życie.”
Zamieć śnieżna,siarczysty mróz i zbieranina przypadkowych gości w gospodzie. Czy faktycznie wszyscy trafili tu całkiem przez przypadek? Rycerz, jasna oraz ciemna elfka, bezczelni rozbójnicy, karawana kupców, górnicy — zmuszeni współegzystować w ciasnej przestrzeni wraz z gospodarzem i jego córkami. Zamknięcie, lęk przed zamarznięciem, oraz ciągoty do swady sprawiają, że pobyt w zajeździe nie jest miły i przyjemny. Zagadkowa śmierć, wrogie obozy i iskrząca w powietrzu magia — to kwintesencja historii zamkniętej w „Pierwszym Rogu”.

” — Całe zło skupia się tutaj.”
W tej powieści przede wszystkim zaskoczyło i jednocześnie zachwyciło mnie to, że akcja praktycznie nie wychodzi poza teren gospody. A że skrywa ona kilka tajemnic, to ma się co i gdzie dziać. Gdyby odjąć z „Pierwszego Rogu” wszystkie elementy nadnaturalne, można by tę książkę uznać za kryminał, taki w stylu Agathy Christie, gdzie detektyw pomału łączy wątki, by na końcu palcem wskazać mordercę. Dodatkowy twist w postaci magii, istot nadnaturalnych i niezwykłych broni sprawia, że dla mnie jest to nowy gatunek: kryminał fantasy. To coś kompletnie innego od rozbudowanych i skomplikowanych cykli w stylu Martina czy Sandersona. „Pierwszy Róg” wyróżnia się świeżością, humorem i szeroko zakrojoną intrygą.

„Ktoś tu jest i budzi do życia przeszłość.”
Do tej pory w seriach powieści fantastycznych zawsze napotykałam na fatum pierwszego tomu. Bo trzeba wszystkich przedstawić,opisać geografię i historię poszczególnych krain, zorganizować relacje między postaciami… Tutaj tego nie ma! Ograniczenie przestrzeni, ograniczyło też ilość bohaterów i zawęziło ramy geograficzno-historyczne. Całość akcji jest opisana bardzo płynnie, a poszczególne wątki są wplatane delikatnie i sukcesywnie, nie powodując splątania i nadmiernego „lania wody”. To kim są bohaterowie dowiadujemy się bardziej z ich własnych słów i czynów, niż z narratorskich opisów. Jeśli decydują się coś o sobie opowiedzieć, poznajemy tylko ich wersję, bez możliwości zweryfikowania faktów.

„Patrzyła na mnie z rozczarowaniem. Nienawidziłem, kiedy kobiety tak na mnie patrzą. Czy to moja wina, że stawiały mnie na cokole, na którym nie było dla mnie miejsca?”
Narratorem „Pierwszego Rogu” jest Havald– wojownik, który wiele już przeżył i wcale nie cieszy go ponowne wciąganie do działania. Jednak w obliczu zagrażającego zła może się okazać, że niejeden z bohaterów skrywa swoje prawdziwe oblicze pod niepozorną maską. W tej powieści mamy wszystko: zbrodnię, miłość, magię, opisy walki oraz nieoczekiwane sojusze w poszukiwaniu prawdy. Ja czuję się tą powieścią zauroczona,zaczarowana wręcz. Nie spodziewałam się tak dobrej literatury. Z jednej strony to typowa fantasy z elfami, mieczami i pieśniami bardów. Z drugiej — wykraczająca poza utarte schematy i wielowymiarowa proza, w której nie brak humoru oraz scen rodem z filmów akcji.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Nieraz zastanawiała się, dlaczego budowano je w taki sposób, że bez trudu można było podglądać codzienne życie obywateli zajmujących lokale naprzeciwko. Człowiek czuł się niczym antropolog badający plemiona w ich naturalnych warunkach(zupełnie zapominając, że jednocześnie sam jest obiektem obserwacji).”
Wioletka, to druga po Pani Henryce, sfiksowana kryminalnie bohaterka powieści Katarzyny...
„Nieraz zastanawiała się, dlaczego budowano je w taki sposób, że bez trudu można było podglądać codzienne życie obywateli zajmujących lokale naprzeciwko. Człowiek czuł się niczym antropolog badający plemiona w ich naturalnych warunkach(zupełnie zapominając, że jednocześnie sam jest obiektem obserwacji).”
Wioletka, to druga po Pani Henryce, sfiksowana kryminalnie bohaterka powieści Katarzyny Gurnard. Ta ogromnie sympatyczna dziewczyna nie ma szczęścia do pracy i po raz kolejny musi zmienić miejsce zatrudnienia. Na zakończenie wpada na trop afery kryminalnej, która okazuje się dopiero początkiem detektywistycznej kariery Wioletki. Panna Koperek zdecydowanie utrudnia pracę policjantom swoim prywatnym śledztwem, ale to absolutnie jej nie powstrzymuje. Wszak obejrzała i przeczytała tyle kryminałów, że zna się na tropieniu zbrodniarzy najlepiej!

„Zupełnie nieoczekiwanie, można by nawet powiedzieć, że z zaskoczenia, zdarzyło się wielkie nieszczęście. Najpierw Wioletka poczuła lekkie ukłucie w gardle, potem zakręciło ją w nosie, a to dopiero był początek… w ciągu kolejnych kilku godzin wyszła na jaw okrutna prawda: Koperek miała grypę.”
Lubię komedie kryminalne, szczególnie jeśli jest w nich dobrze zachowana proporcja między komedią a kryminałem. I tutaj ma to miejsce, bo i wątek zbrodni jest intrygujący i gagi z udziałem samozwańczej detektyw powodują wybuchy wesołości podczas czytania. „Wioletka na tropie zbrodni” w zabawny sposób obnaża kilka ludzkich słabości, takich jak niestałość w dietach, gumowe uszy sąsiadów w blokach czy staruszkowy „monitoring osiedlowy”. Główna bohaterka jest uroczo głupiutka, chociaż wcale nie brakuje jej inteligencji. Z niesamowitą brawurą i bez myślenia o konsekwencjach swoich działań podejmuje tak ryzykowne akcje, że tylko fart i niesamowita umiejętność spadania na cztery łapy ratują ją z opresji. A ładować się w kłopoty Wioletka potrafi jak mało kto…

„Słów tych nie ośmielę się powtórzyć nawet na piśmie (pojawiła się wśród nich obelga na pięć liter zaczynająca się literą <<k>>, kończąca na <<a>>; nie zabrakło również czteroliterowej na <<c>>, a zakończonej na <<a>> oraz nie jestem w stu procentach pewna, ale chyba wystąpiło i to dwukrotnie siedmioliterowe określenie czynności na <<p>>, zakończone na <<l>> plus zaimek zwrotny <<się>>).”
W powieści Katarzyny Gurnard znaleźć można odniesienia do klasyki kryminałów, na przykład Christie, a także seriali telewizyjnych z detektywami w rolach głównych. To także świetny przekrój przez „element” społeczny w typowym polskim blokowisku. Autorka z ironią i humorem pokazuje wiele ludzkich wad, wśród których prym wiodą obłuda i zawiść. Jestem ogromnie ciekawa, czy chociaż część przedstawionych sytuacji została zainspirowana autentycznymi obserwacjami 😉

Dużym atutem „Wioletki na tropie zbrodni” jest ciekawa intryga kryminalna, która splata kilka wątków i nie jest nazbyt oczywista. W powieść wplecione jest sporo „zbrodniczych” elementów, które komplikują śledztwo i sprawiają, że całość jest bardziej efektowna, a momentami nawet wywołuje dreszcze. Ta książka spodoba się fanom lekkich kryminałów oraz wielbicielom arcyzabawnych historii, w których pomiędzy kradzieżą i morderstwem zdarzają się takie „dramaty” jak przeziębienie czy sąsiedzkie obrabianie tyłków 😉

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Tajemnica Askiru (tom 2)

” — Parę dni temu Havald próbował wytłumaczyć mi, o co chodzi z tą tak zwaną przyjaźnią, tak wysoce cenioną przez ludzi. Jeśli dobrze zrozumiałam, jest to dziwna rzecz, kompletnie oderwana od korzyści własnej. Właśnie to ćwiczę.”
Jeśli czytaliście moją recenzję „Pierwszego Rogu”, wiecie, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią. Fantastyka w klimacie powieści kryminalno-sensacyjnej...
” — Parę dni temu Havald próbował wytłumaczyć mi, o co chodzi z tą tak zwaną przyjaźnią, tak wysoce cenioną przez ludzi. Jeśli dobrze zrozumiałam, jest to dziwna rzecz, kompletnie oderwana od korzyści własnej. Właśnie to ćwiczę.”
Jeśli czytaliście moją recenzję „Pierwszego Rogu”, wiecie, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią. Fantastyka w klimacie powieści kryminalno-sensacyjnej to zdecydowanie świetna mieszanka. Czy drugi tom udźwignął brzemię perfekcji? Tym razem bohaterowie porzucili mroźne ostępy i wyruszyli do nieznanej sobie pustynnej krainy, by odnaleźć sprzymierzeńców i reaktywować legendarny Drugi Legion. Na ich drodze stanęli zdrajcy, fałszywi sprzymierzeńcy i nieoczekiwani pomocnicy. A także śmierć, magia i miłość.


„Powinienem był się wyuczyć innego fachu niż sztuka wojenna. Kiedy nie było żadnych bitew do stoczenia, człowiek orientował się, że brakuje mu sensownego zajęcia.”
W drugim tomie cyklu „Tajemnica Askiru” autor zdecydowanie rozbudował tło polityczno-geograficzne. Cieszę się, że nie nastąpiło to w pierwszej części, gdyż zdecydowanie zagmatwałoby akcję. Mam wrażenie, że Richard Schwartz posiadł umiejętność, której powinni zazdrościć mu inni autorzy fantastyki — dawkowanie faktów i opisów oraz umiejętne wplatanie ich do historii pełnej zwrotów akcji. Zawrotne tempo scen walki, brutalne fragmenty tortur i śmierci przeplatają się z humorem i autoironią bohaterów oraz lekko statycznymi motywami, w których zostają nam przybliżone odczucia Havalda-narratora. Nietypowa narracja, z punktu widzenia jednej z postaci, co podkreślałam już w recenzji pierwszego tomu, pozwala na zachowanie tajemniczości i nie odkrywa wszystkich kart. Brak wszechwiedzy sprawia, że dajemy się co rusz zaskoczyć kolejnymi scenami i nie wiemy, czego możemy się spodziewać po pozostałych bohaterach.

„Droga wiodła przez jaskinię tak wielką, że blask mojej latarni nie dosięgał ani ścian, ani sklepienia, przez co odnosiłem wrażenie, jakbyśmy istnieli tylko my, ten krąg światła rzucanego przez latarnię, ten fragmencik szlaku i… nic więcej.”
„Drugi Legion” podsycił mój apetyt na kolejne części i pozostawił w poczuciu książkowego głodu. Chcę wiedzieć, co dalej stanie się z Havaldem i czy wszyscy bohaterowie, z którymi już się zżyłam, przetrwają w dalszych tomach. Trzeba przyznać, że Schwartz nie bawi się w słodkie i przewidywalne bajeczki z happy endem. Wykreowane przez niego postaci bywają brutalne, egoistyczne i niedoskonałe. To czyni powieść bardziej wciągającą i sprawia, że z niecierpliwością przewracałam kolejne strony w oczekiwaniu na to, co się wydarzy.

„Miejsce to jednak nie leżało przy żądnym uczęszczanym szlaku handlowym, nie mówiąc o ludzkiej osadzie; było opuszczone od wieków, stanowiło symbol rozkładu, jaki przychodził mi do głowy, gdy myślałem o Askirze.”
Oczywiście, jak przystało na fantastykę, „Drugi Legion” zawiera również sceny pełne magii — tej dobrej, jak i czarnej, okrutnej. Są elfy, czarodzieje i nekromanci, a także bogowie, którzy mniej lub bardziej jawnie wtrącają się do życia bohaterów. Autor ustami swoich postaci pyta, na ile sami decydujemy o swoim losie, a na ile jest on zdeterminowany przeznaczeniem i boskimi planami. To, co spotyka Havalda i jego ekipę, zdaje się być splotem niesamowitych przypadków, które łączą się w coś wielkiego, o ogromnym znaczeniu dla wielu ludzi, a wręcz dla całego świata.

„Jak daleko sięgał gobelin tej historii? Czy kończył się wraz z upadkiem monarchii, z abdykacją Askannona? A może zostało jeszcze osnowy i nici, żeby dokończyć opowieść? Czy tkacz sortował w tej chwili swoje nici? Czy byłem jedną z nich?”
Z pełnym przekonaniem mogę polecić zarówno „Pierwszy Róg” jak i „Drugi Legion” wielbicielom klasycznej fantastyki, jak i osobom sceptycznie nastawionym do tego gatunku. To swoisty misz-masz, w którym magia łączy się z wątkami kryminalnymi, a jednym z dominujących motywów jest potęga przyjaźni i honoru. Która dla każdego z bohaterów znaczy zupełnie co innego. „Tajemnice Askiru” to cykl, którego kolejnych tomów będę wyczekiwać z utęsknieniem, bo zdecydowanie zżyłam się z jego bohaterami i chcę ponownie uczestniczyć w ich przygodach.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Był przyzwyczajony do nieprzewidywalności, a ze śmierci się utrzymywał, jego praca polegała na doprowadzaniu spraw do porządku po jej nadejściu, na wygładzeniu jej oblicza i przyozdobieniu go kwiatami i świecami, zadbaniu o to, aby nie pozostały po niej żadne zbędne ślady.”
Przez pierwszy tom tej sagi ciężko było mi się przegryźć, drugi ogromnie mnie przygnębił, trzeci pochłonął, a czwarty...
„Był przyzwyczajony do nieprzewidywalności, a ze śmierci się utrzymywał, jego praca polegała na doprowadzaniu spraw do porządku po jej nadejściu, na wygładzeniu jej oblicza i przyozdobieniu go kwiatami i świecami, zadbaniu o to, aby nie pozostały po niej żadne zbędne ślady.”
Przez pierwszy tom tej sagi ciężko było mi się przegryźć, drugi ogromnie mnie przygnębił, trzeci pochłonął, a czwarty zachwycił. Sama nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po piątym, ostatnim tomie tego cyklu. Całość z pewnością wyróżnia prosty język i styl, w którym treść jest ważniejsza od formy. Autorka przez krótkie, jasne sformułowania buduje o wiele bardziej niesamowity klimat, niż ci, co w nadmiarze używają barwnych i kwiecistych opisów. „Saga rodziny Neshov” to ponadczasowa historia o życiu i śmierci, o miłości i gniewie, o winach i wybaczaniu. „Kochankowie” są lekko gorzką w smaku, ale niezbędną dla całości wisienką na torcie. A cykl Anne B. Ragde to prawdziwa uczta czytelnicza.


Bohaterami „Kochanków” jest rodzina, którą podzieliły dawne sekrety i niedawne nieporozumienia. Każda z postaci jest niczym inny żywioł — trudno im się wzajemnie zrozumieć, chociaż potrzebują się do współistnienia.

„– Sama Karen była chuda jak zapałka — stwierdził Krumme.
— To dlatego, że chlała jak gąbka, miała syfilis i jadła rtęć, wtedy szczupłość jest dość naturalna, to oczywiste.”
Barwny, lekkomyślny i egocentryczny Erlend tak naprawdę jest cudownym ojcem i mężem, skrywający pod trzpiotowatością i kompulsywnością wielkie pokłady czułości i, przede wszystkim, strachu. Od zawsze inny, wyróżniający się — ucieka przed swoimi lękami zamiast stawić im czoło. Czy ojcostwo oraz troska o partnera uczynią go bardziej odpowiedzialnym?

Tormod został w przeszłości ogromnie skrzywdzony i wykorzystany, przez co utracił całą radość życia. Energię a jednocześnie spokój zaczyna odzyskiwać dopiero w domu opieki, z dala od znienawidzonego rodzinnego gospodarstwa. Jednak do stabilizacji jeszcze daleka droga, chociaż ogromne wsparcie okazują mu Margido, uznawany za jego średniego syna oraz Torunn — bratanico-wnuczka. W ich relacjach, przedstawionych w „Kochankach” wielką rolę odgrywa maszt i flaga narodowa. Ten wątek bardzo mnie poruszył ze względu na jego wielowymiarowość i niezwykłą symbolikę…

„Leżał czysty, w świeżej pościeli, a zaledwie kilka metrów dalej stała jego własna, prywatna lodówka. Szczęście przepełniało go od stóp do głów.”
Postacią, która z jednej strony wydawała mi się przez cały cykl najbardziej stabilna i sztywna, a z drugiej zachwyciła mądrością i dojrzałością jest Margido Neshov — przedsiębiorca pogrzebowy. To, że sam wybrał taki zawód oraz potrafi wydobyć z niego to, co najistotniejsze wydaje mi się niezwykłe. Autorka w poruszający sposób opisuje kulisy pracy w zakładzie pogrzebowym — od kontaktu z rodziną zmarłego, odbioru ciała, również z wypadku drogowego, poprzez prace przygotowujące do pochówku, procedury i przepisy prawne aż do duchowego i psychologicznego aspektu tego zawodu.

Torunn jako najmłodsza z rodziny jest zapalnikiem, który wyzwala w pozostałych strzały emocji. Ponieważ wychowała się z dala od reszty, nie zna ich zasad i niejednokrotnie wywołuje poruszenie swoim zachowaniem. Jest początkiem zmian, to dzięki niej zamykają się pewne rozdziały a nowe zaczynają pisać. Pomimo własnego zagubienia to właśnie Torunn jest wątkiem splatającym pozostałe elementy tej poszarpanej rodziny.

W „Kochankach” autorka umiejętnie połączyła wątki z przeszłości najstarszego bohatera, rozjaśniające jego sytuację, ze współczesnymi, w których głos zabierają naprzemiennie pozostali członkowie rodziny. W zasadzie całość jest opisem kompletnie zwyczajnych, codziennych czynności: jedzenie, mycie, czytanie, spacer z psem. Osobnym, mocno wyróżniającym się wątkiem są kulisy pracy Margido wśród zmarłych. On jednak również został potraktowany bardzo przejrzyście i bez nadmiernych, wybujałych emocji i opisów. To niewątpliwie ogromny atut tej i poprzednich powieści, ta surowość i prostota, które w rezultacie tworzą niepowtarzalne dzieło literackiej sztuki.

Oszczędność w słowach przekłada się na bogactwo emocji. Mam wrażenie, że odbiór tej lektury zależy w dużej mierze od indywidualnych predyspozycji osoby czytającej, od jej wrażliwości, przeżyć, doświadczeń i przemyśleń. To, jak na mnie wpłynęła Saga rodziny Neshov, może być zupełnie nieadekwatne do przeżyć innych czytelników. W zależności od odmiennych poglądów można się utożsamiać z innym bohaterem, komu innemu kibicować, mieć kompletnie różne spojrzenie na wiele codziennych i niecodziennych wydarzeń tu opisanych. I to jest właśnie najpiękniejsze w tej jakże ponadczasowej i uniwersalnej prozie.

pokaż więcej

 
Ma nowego znajomego: Robert K-ski
 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

” — Proszę pani, a czemu przywiązuje pani dzidziusia? Żeby nie uciekł? – zapytała Małgosia.”
Basię Garczyńską poznałam jako żonę Przemysława Garczyńskiego, który prowadzi blog 3telnik oraz jest autorem kryminału „Kelner”. Nie spodziewałam się, że w tej drobnej istotce kryją się tak ogromne pokłady talentu i umiejętności literackich. Powieść „Daleko – blisko” zaskoczyła mnie swoją dojrzałością,...
” — Proszę pani, a czemu przywiązuje pani dzidziusia? Żeby nie uciekł? – zapytała Małgosia.”
Basię Garczyńską poznałam jako żonę Przemysława Garczyńskiego, który prowadzi blog 3telnik oraz jest autorem kryminału „Kelner”. Nie spodziewałam się, że w tej drobnej istotce kryją się tak ogromne pokłady talentu i umiejętności literackich. Powieść „Daleko – blisko” zaskoczyła mnie swoją dojrzałością, realizmem oraz naprawdę ciekawą fabułą. To historia o zwyczajnych ludziach, którzy mają swoje plany, problemy i czasem mijają się nie zauważając wzajemnie a czasem, bardzo dosłownie, zderzają ze sobą.

„Mówi się, że szczęśliwi czasu nie liczą — nieszczęśliwe dzieci liczą go podwójnie, za nich.”
W „Daleko – blisko” autorka przedstawia losy kilku, z pozoru nie związanych ze sobą osób. Każda staje na życiowym zakręcie i musi podjąć decyzje, które zadecydują o jej dalszych losach oraz wpłyną na życie innych. Czy to świadome wybory, czy może zrządzenie losu kieruje ich krokami? Czy da się naprawić popełnione błędy, wybaczyć krzywdy i oderwać od toksycznych przyzwyczajeń? Bohaterowie Basi Garczyńskiej dostają takie szanse, ale tylko od nich zależy czy je wykorzystają…

Czytając miałam wrażenie, że to nie jest powieść, tylko autorka spisała opowieści prawdziwych ludzi i nam je przedstawia, niczym reporter lub socjolog. To, jak perfekcyjnie ukazuje przeróżne zjawiska społeczne, niezmiernie mnie zachwyca. Nie ma tu nadmiernej poetyki, zbędnych opisów czy dygresji, ale nie jest to też „krajanka” dialogów i zwrotów akcji. „Daleko – blisko” przypomina raczej album z fotografiami, w których zatrzymane są ważne chwile z życia bohaterów – te radosne i te bolesne, jak w prawdziwym świecie.

„<<Smęty o plemionach>> były trudną, ale niezwykle otwierającą oczy (a raczej serce) książką pod tytułem W głębi kontinuum. To od niej zaczęło się ich szaleństwo związane z rodzicielstwem bliskości.”
Jedną z bohaterek powieści jest Bożena, matka trójki dzieci, która (podobnie jak autorka) propaguje rodzicielstwo bliskości oraz chustonoszenie. Ta postawa jest mi bardo bliska, chociaż daleko mi do takich umiejętności oraz dojrzałych zachowań jakie przedstawia stworzona przez Garczyńską postać. Cała rodzina Bożenki jest wzorcowym przykładem i marzeniem chyba wielu kobiet. To dom pełen ciepła, miłości, pachnący dobrym jedzeniem, w którym mąż wspiera żonę i wzajemnie a czas spędzany z dziećmi nie jest uznawany za zmarnowany. Warto sięgnąć po „Daleko – blisko” chociażby dla tego właśnie wątku, który wyróżnia się na tle opisywanych wszędzie dramatów rodzinnych.

„Czegoś mu jednak ciągle brakowało. a plan – choć wypełniony – wydawał się pusty.”
Barbara Garczyńska w swoim debiucie nie skupia się na jednym motywie, czy postaci by prowadzić ją od początku do końca. To raczej wzajemnie uzupełniające się historie, które udowadniają, że można być z kimś blisko i go wcale nie znać, lub przeciwnie – w z pozoru odległym człowieku odnaleźć bratnią duszę. „Daleko – blisko” to szerokie spektrum postaci i ich życiorysów. Bohaterami są osoby w różnym wieku, o różnym statusie, posiadające rodziny lub samotne. Łączy ich jedno miasto, oraz z pozoru ze sobą niezwiązane zbiegi okoliczności.

„Kochała swoją świętą trójcę, uwielbiała zajmować się dziećmi, bawić się i je karmić, ale czasem – chyba jak każda matka (a w każdym razie miała taką nadzieję) – miała ich serdecznie dość.”
Wielkim atutem tej powieści jest autentyzm, zarówno postaci, jak i sytuacji czy języka. Autorka stworzyła dojrzałą i wyważoną historię o ludziach, którzy żyją tuż obok nas: blisko i jednocześnie daleko. Może mijamy ich na ulicy, może pracują w sklepie, w którym codziennie robimy zakupy, może to nasi sąsiedzi albo rodzice kolegów naszych dzieci. Przechodzimy obok nich, czasem zamieniamy kilka słów a czasem odwracamy głowę w drugą stronę – świadomie lub nie odcinając się od ich problemów i spraw.

„Miłość nigdy nie przychodzi w porę. Nigdy nie zjawiła się wtedy, kiedy na nią czekał. Nie chciała też odejść, kiedy bardzo ją o to prosił.”
Czytając „Daleko – blisko” wcale nie czułam, jakbym trzymała w rękach debiut. Dla mnie to w pełni dopracowana powieść, w której autorka zawarła mnóstwo życiowej prawdy opisanej w plastyczny sposób, prostym, a zarazem ciekawym językiem. Ta historia powinna trafić w ręce szerokiego grona czytelników – nie tylko do kobiet, które są wielbicielkami powieści obyczajowych, ale także do każdego, kto interesuję się prawdziwym, codziennym życiem, opisanym z niemal socjologicznym zacięciem. To również doskonały literacki wzorzec bohaterów propagujących wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości, więc z pewnością „Daleko – blisko” znajdzie wielbicieli wśród „chustoświrek” 😉 A ja ze swojej strony z ogromną dumą polecam powieść Barbary Garczyńskiej i z czystym sumieniem zachęcam do sięgnięcia po nią!

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„W zeszłym roku miałyśmy swoje zwłoki, tym razem mamy własnego trupa. Jakieś urozmaicenie musi być.”
Alicja i Julia to nauczycielki, które w ramach odstresowania od pracy w liceum wybierają się na wspólne wakacje z „przygodami”. Po tym jak w zeszłym roku zupełnie przypadkiem poprzez odnalezienie nie całkiem martwych zwłok („Zwłoki powinny być martwe”) wplątały się w aferę kryminalną, tym razem...
„W zeszłym roku miałyśmy swoje zwłoki, tym razem mamy własnego trupa. Jakieś urozmaicenie musi być.”
Alicja i Julia to nauczycielki, które w ramach odstresowania od pracy w liceum wybierają się na wspólne wakacje z „przygodami”. Po tym jak w zeszłym roku zupełnie przypadkiem poprzez odnalezienie nie całkiem martwych zwłok („Zwłoki powinny być martwe”) wplątały się w aferę kryminalną, tym razem nie wyobrażają sobie nudnego leżenia plackiem bez dreszczyku adrenaliny… Wybierając odpowiedni kierunek podróży decydują się na Frombork, gdzie w okolicach grasuje dziwaczny złodziej oraz nietypowy duch. A ponieważ kobiety działają niczym magnes na zbrodnie, na tych atrakcjach się nie kończy…


„– Trup, który pojawia się i znika, normalnie pasuje do ducha. Podobny klimat. Fajne miejsce na wakacje wybrałaś. — Powinnaś być zadowolona, chociaż nie przypuszczałam, że aż tak dobrze mi wyjdzie. Zwłok w planach nie miałam.”
„Wakacje z trupami” to druga komedia kryminalna Agnieszki Pruskiej, kontynuacja powieści „Zwłoki powinny być martwe”. Możną ją jednak czytać jako całkiem niezależną historię, a potem sięgnąć po pierwszy tom lub niekoniecznie. Śledztwo „fromborskie” zaczyna i kończy się w tym tomie a nawiązania do poprzedniej części są dosyć luźne, nie zdradzające zbyt wiele.

„– Czyś ty oszalała? Myślisz, że jakieś służby SPECJALNIE szukają trupów? […] Julia od razu się nastroszyła, a ja wyobraziłam sobie facetów, z tych jakichś służb w czarnych uniformach przeszukujących lasy, pola, miasta i wsie w poszukiwaniu zwłok. Tak na wszelki wypadek, bo może jakieś się znajdą.”
Autorka połączyła kryminalną, całkiem skomplikowaną, fabułę z mocno komediowymi perypetiami nauczycielek na wakacjach. Wielokrotnie parskałam śmiechem na ich teksty i zachowania. Niby poważne panie pedagog a czasem zachowywały się jak trzpiotowate blondynki, którymi de facto są 😉 Absolutnie nie można im odmówić inteligencji, ich umiejętność kojarzenia faktów jest godna pozazdroszczenia i bywa pomocna w trakcie prywatnego śledztwa. Julia i Alicja swoje działania prowadzą według skomplikowanego planu, łączącego przesłuchania świadków, nocne czatowanie na podejrzanych i oczywiście nawiązywanie współpracy z tutejszą policją.

„– Znaczy ludzie widzą ducha w drodze do pracy? – Jula uśmiechnęła się na myśl o regularnie pracującej zjawie.”
Perypetie nauczycielek poza śledztwem są równie ciekawe: jest grzybobranie, robienie nalewki jagodowej, odpoczywanie nad „zalewą” oraz zwiedzanie. Oczywiście w tle zawsze rozgrywają się poszukiwania nowych tropów i dowodów. Bardzo mi się podoba, że bohaterki są takie „zwyczajne” – lubią pić piwo, czytać książki i objadać się ciastem czy smacznymi obiadami. Cała ta „codzienna” otoczka sprawia, że „Wakacje z trupami” są mocno realistyczne a Alicja i Julia wydają się „dziewczynami z sąsiedztwa”. Taka naturalność to, moim zdaniem, ogromny plus komedii kryminalnej, uprawdopodobniający fabułę.

” — Na piechotę?? – zaprotestowała Julia.
— A widziałaś, żeby ktoś szedł samochodem?”

Agnieszka Pruska sprawnie bawi się konwencją, przerzuca zabawnymi gierkami słownymi i gagami sytuacyjnymi. Jej bohaterki wzbudzają sympatię chociaż czasem ich brawura przerasta umiejętności a ciągoty do przygody przyćmiewają zdrowy rozsądek, to nie można im nie kibicować. „Wakacje z trupami” z pewnością nie jest rasowym kryminałem, bo policja pozostaje jednak tłem a na pierwszym planie brylują szalone nauczycielki, ale pomysł na intrygę autorka miała zdecydowanie udany. Ja dałam się kilkukrotnie zaskoczyć a rozgryzienie sprawy przez bohaterki na samym końcu sprawiło, że wprost nie mogłam się oderwać od lektury. Wraz z nimi przebierałam niecierpliwie nogami w oczekiwaniu na finał finałów. Myślę, że niejednego czytelnika on zaskoczy.

” — I tak byś go po prostu spytała: <<Przepraszam a dlaczego pan kradnie pierdoły i czy szuka pan skarbu po hitlerowcach?>>”

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Brat Gotfryd (tom 1)

„Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, teraz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z otaczającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywodzącego na myśl wyszczerbioną koronę.”
Takiej książki jeszcze nie czytałam. Osadzenie akcji w średniowiecznej Polsce i osadzenie w głównych rolach rycerzy i mnicha jest dla mnie ciekawą, oryginalną przygodą. Intryga kryminalna...
„Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, teraz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z otaczającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywodzącego na myśl wyszczerbioną koronę.”
Takiej książki jeszcze nie czytałam. Osadzenie akcji w średniowiecznej Polsce i osadzenie w głównych rolach rycerzy i mnicha jest dla mnie ciekawą, oryginalną przygodą. Intryga kryminalna opowiedziana staropolskim językiem zaskoczyła mnie i otworzyła na nowy gatunek.


„-Możni ludzie mają swoje sekrety, jak każdy […]. Kochanki, kochankowie, bękarty, orgie, zdeformowani kuzyni ukryci w piwnicach.”
Autor przybliża język, zwyczaje i wierzenia ówczesnych ludzi z różnego rodzaju – szlachty, rycerstwa i zwyczajnych kmiotków. Sporą rolę odgrywają zabobony, które współistnieją z władzą kościelną. Rytuały,wampierze, strzygonie – żyją w świadomości ludu na równi z bożymi przykazaniami. Jak w tym wszystkim osadzono kryminalną zagadkę? Po czyjej stronie opowiedzą się napotkani przez bohaterów szlachcice?

„Nie zawsze jednak służba Bogu była prosta, a wydzieranie prawdy ze szponów kłamców nieraz zmuszało inkwizytora do podejmowania straszliwych wyborów.”
Najciekawszą postacią według mnie jest brat Godfryd- dominikanin, który spełnia rolę „detektywa w sutannie”. Inteligentny obserwator, posiadający dużą wiedzę i umiejętność kojarzenia faktów,oddany Bogu i prawdzie. Ale skrywający też swoją tajemnicę… Dwaj towarzyszący mu rycerze pod przykrywką hulaków także chowają swoje bolączki i sekrety. Każdy inny, a jednak połączeni honorem i dążeniem do odnalezienia prawdy.

„-Jak można osądzić grzesznika, mordercę, złoczyńcę najgorszej miary, który za nic ma wszelkie prawa ludzkie i boskie?
-Ludzi się sądzi[…]. Wściekłe zwierzęta się dobija.”
Z jednej strony wciągnęła mnie zagadka morderstw, śledztwo podążające ścieżką szachowych pionków. Z drugiej w pewnych momentach zabrakło mi głębi postaci i wątków. Po lekturze mam niewielki niedosyt. Kilka nici pociągniętych przez autora mogłoby być grubsze i bardziej skomplikowane. Część wątów została potraktowana nieco pobieżnie, a ja z chęcią dowiedziałabym się nieco więcej o przeszłości niektórych postaci czy ich motywach.

Jednak spodobał mi się pomysł stworzenia powieści osadzonej w realiach średniowiecznej Polski napisanej dawnym językiem i stylem. Nie brakuje w niej humorystycznych akcentów oraz dużej dawki historii podanej w oryginalny sposób. To coś świeżego i innowacyjnego wśród współczesnej literatury. Polecam ją szczególnie osobom interesującym się polską historią, rycerstwem oraz oryginalnymi kryminałami.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Salpetriere może i było najsłynniejszym szpitalem w całej Francji, może i najnowocześniejszym, lecz nic nie mogło ukryć faktu, że w całej tej nowoczesności leżały blisko cztery tysiące chorych, starych i obłąkanych, którzy jęczeli, bo umierali, albo płakali, bo jeszcze żyli.”
Dziewiętnastowieczny szpital dla chorych umysłowo w Paryżu staje się sceną tragicznych i mrocznych wydarzeń. Sceną w...
„Salpetriere może i było najsłynniejszym szpitalem w całej Francji, może i najnowocześniejszym, lecz nic nie mogło ukryć faktu, że w całej tej nowoczesności leżały blisko cztery tysiące chorych, starych i obłąkanych, którzy jęczeli, bo umierali, albo płakali, bo jeszcze żyli.”
Dziewiętnastowieczny szpital dla chorych umysłowo w Paryżu staje się sceną tragicznych i mrocznych wydarzeń. Sceną w praktycznie dosłownym znaczeniu, bo leczenie schodzi tu na dalszy plan za istotniejszymi dla jego dyrektora pokazami. Doktor Charcot staje się reżyserem i scenarzystą, wykorzystując jako „aktorki” podległe mu pacjentki. Jego przedstawienia hipnozy histeryczek ściągają tłumy żądne sensacji. Gdzie w tym wszystkim etyka lekarska i dobro pacjentów? I kim jest tajemnicza dziewczynka o imieniu Runa, której przybycie do szpitala La Salpetriere staje się początkiem lawiny oszałamiających wydarzeń?

„Strach zaczyna się tam, gdzie jesteśmy nieświadomi i bezradni — i dopiero w tym punkcie jesteśmy gotowi w całości oddać się w ręce innej osoby, która zdaje się nam mądrzejsza, potężniejsza.”
„Runa” Very Buck jest książką porażającą autentyzmem, w której pod płaszczykiem fikcji literackiej ukrywają się prawdziwe miejsca i pionierzy współczesnej medycyny. Podobnie jak podczas lektury „Ginekologów” Thorwalda miałam dreszcze i przecierałam oczy ze zdumienia, że można kiedyś było wierzyć w „leczenie” przez lodowate kąpiele, czy przerażające prasy do jajników.

„Całymi miesiącami Goltz wypłukiwał silnym strumieniem wody coraz większe fragmenty mózgów dziesiątkom psów, aby udowodnić, że organ ten, jako zamknięta całość, nadal funkcjonuje i nawet niemal całkowite jego usunięcie praktycznie nie ogranicza zwierzęcia.”
Ta powieść nie jest typowym thrillerem, nie tylko ze względu na specyficzne miejsce akcji i jej czas, ale także na skupienie, jakiego wymaga podczas lektury. Wiele wątków, różnorodni bohaterowie, których oczami poznajemy zdarzenia — to sprawia, że nie da się „Runy” przeczytać jednego wieczoru. Ja musiałam co jakiś czas odkładać książkę, by przetrawić i przemyśleć pewne fragmenty oraz zdystansować się do opowieści o wariatkach i ich nie mniej szalonych lekarzach…

„Nie chodziło mu o przecinanie połączeń. Nie chodziło mu o naprawienie psychiki, tylko o jej amputowanie. Chciał ją odciąć, tak jak odcina się chorą nogę, której nie można już uratować.”
Jeśli szukacie książki, która porwie Was od pierwszych stron, to niekoniecznie będzie to „Runa”. Tutaj napięcie rośnie pomału, a akcja jest początkowo mocno rozproszona, co bywa dekoncentrujące. Do tego dochodzą opisy zabiegów i pokazów medycznych, które dodają całości powagi i ciężkości. Ta powieść na pewno nie będzie lekką odskocznią od codzienności. Bardziej przygniatającym pierś upiorem, który wpełza do umysłu.

„Nie było tak, że Joriemu przeszkadzał gatunek ludzki jako taki. W Salpetriere nieustannie miał do czynienia z ludźmi[…]. Każdy miał swoje miejsce, wiedział, gdzie kogo znaleźć, kto leży w którym łóżku. W przeciwieństwie do tego w śródmieściu dzień i noc panowały brak dyscypliny i nieposkromiony chaos.”
Bohaterowie powieści są wielce różnorodni i stanowią przekrój ówczesnego społeczeństwa. Są to osoby o różnym wieku, statusie społecznym, ambicjach i poglądach. Postacią, która mnie ujęła najbardziej, i do której poczułam najwięcej sympatii jest Lecoq – były policjant, który wierzy w swoje przestępcze przeznaczenie i jest najbardziej barwną a jednocześnie zaskakującą osobowością. To, jak dla niego kończy się cała historia, okazało się dla mnie ogromnym zaskoczeniem, za co daję ogromnego plusa autorce.

„Co to za klinika, pomyślał Jori. Martwy królik na podłodze stanowi tu niebezpieczeństwo. Albo dziewczynka, która nie chce jeść.”
„Runa” jest debiutem Very Buck, ale widać w niej ogrom pracy i przygotowania. Połączenie wątków i zespojenie ich w misterną intrygę jest nie lada wyzwaniem, a autorka mu sprostała. Wykreowała realistyczne postaci, po części wzorując się na autentycznych, historycznych postaciach, o których możemy przeczytać w podręcznikach medycznych. Połączyła prawdę z fikcją i medycynę z thrillerem psychologicznym tworząc powieść, którą określiłabym jako gęstą i ciemną niczym atrament, którym napisano tajemnicze wiadomości.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Mikołaj został z babcią Emilią, która robiła, co mogła, żeby zastąpić mu matkę, jednak nawet najczulsza i najukochańsza babcia nie była w stanie zrekompensować dziecku tego, że zostało opuszczone przez matkę.”
„W cieniu tamtych dni” to nowa odsłona twórczości Magdaleny Majcher, której powieści obyczajowe z macierzyństwem i rodziną w tle pokochałam i szczerze polecam. Tym razem autorka...
„Mikołaj został z babcią Emilią, która robiła, co mogła, żeby zastąpić mu matkę, jednak nawet najczulsza i najukochańsza babcia nie była w stanie zrekompensować dziecku tego, że zostało opuszczone przez matkę.”
„W cieniu tamtych dni” to nowa odsłona twórczości Magdaleny Majcher, której powieści obyczajowe z macierzyństwem i rodziną w tle pokochałam i szczerze polecam. Tym razem autorka postanowiła sięgnąć do autentycznych, bolesnych wydarzeń, o których Polacy uczą się na lekcjach historii. Powstanie Warszawskie i uformowanie Armii Krajowej wzbudzają wciąż wielkie emocje i są przyczynkiem głośnych dyskusji. Czy Majcher udało się połączyć tragiczną przeszłość ze współczesnością? Czy historia żołnierki porwała mnie i na zawsze zostanie w mojej pamięci? I tak, i nie…

„[…]przez pięćdziesiąt dwa lata byłam zgorzkniałą babą, wrzodem na dupie swoich bliskich – oznajmiła takim tonem, jakby właśnie informowała go, że w markecie jest promocja na piersi z kurczaka.”
Niestety w powieści nie do końca spodobała mi się współczesna część, nie przekonał mnie do siebie Mikołaj, wnuk Emilii, który w moje opinii jest typową „ciamciaramcią”. Nie potrafiłam go polubić, a relacje między nim, jego matką i babką wydały mi się trochę zbyt płaskie. Gdyby całość została napisana wyłącznie jako opowieść uczestniczki powstania, byłabym zachwycona. Te fragmenty, które są pisane oczami Emilii, to majstersztyk. Mnóstwo emocji, prawdziwych zdarzeń opisanych tak plastycznie, że miałam wrażenie, że stoję obok. W porównaniu z nimi momenty oczami Mikołaja były niestety zbyt drętwe.

„Kiedy ludzie kochają, starają się być lepsi, nie tylko dla ukochanej osoby, ale też dla całego świata.”
Po odrzuceniu współczesnej, zgrzytającej otoczki, „W cieniu tamtych dni” staje się cudowną, wzruszającą historią o miłości, która łączy, ale też dzieli. Nie pozwala zapomnieć, wynosi na piedestał i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Magdalena Majcher opisuje, jak w obliczu śmierci czyhającej tuż za rogiem rodziły się najgorętsze uczucia, rozkwitały romanse i zawierały małżeństwa. Ulotne chwile, wykradzione pomiędzy powstańczymi akcjami dawały marną namiastkę normalności. Jednak nad wszystkimi, na cienkiej nitce, wisiał ostry miecz historycznej niesprawiedliwości.

„Nie byłam bohaterką. Wokół było wielu bohaterów, którzy dokonywali wielkich rzeczy. Ja robiłam to, co musiałam: nic wielkiego.”
Emilia jako młodziutka dziewczyna przyłącza się do akowców, by później wziąć udział w powstaniu. Nieodrodna córka ojca, romantyczna buntowniczka, wkrótce przekonuje się, że to, co miało potrwać kilka dni i być przygodą, stało się długotrwałym koszmarem, z jakiego wielu już nigdy się nie obudzi. Dziewczyna w powstaniu traci wiele bliskich osób, na własne oczy widzi cierpienie i okrucieństwo. Przerażająca jest bezkarność i obrzydliwe czyny niemieckich okupantów, a także obojętność a momentami nawet wrogość cywilnych mieszkańców Warszawy.

„Nagle z tłumu wyrwał się mężczyzna z dzieckiem na rękach. Dostał w plecy całą serię. Dziecko, jeszcze żywe, Niemcy wrzucili do płonącego domu.”
Niektóre fragmenty powieści doprowadziły mnie do autentycznych łez. Czytając o dramacie powstańców, beznadziejnej sytuacji w polowych szpitalach i śmierci często bardzo młodych ludzi, nie mogłam powstrzymać płaczu. Tylko jedno słowo oddaje przedstawione wydarzenia – niesprawiedliwość.

„Musisz poznać przeszłość swojej rodziny, aby zrozumieć teraźniejszość i dać szansę przyszłości.”
Magdalena Majcher w powieści „W cieniu tamtych dni” pokazuje, że chcąc nie chcąc swoje doświadczenia przekazujemy kolejnym pokoleniom. To co przeżywamy, wpływa na naszą osobowość i sprawia, że zachowujemy się tak, a nie inaczej. A nasze dzieci pod wpływem przekazywanych im emocji podejmują wybory, które nie do końca są tylko i wyłącznie ich decyzją. Są też efektem podświadomego wpływu wywieranego przez rodziców, a nawet dziadków.

„Nie zdążyła się zakochać, nie zaznała tych porywów serca, niepewności i burz, o których mówiła jeszcze wczoraj.[…] Była jedną z tysięcy dziewczyn, które wyszły pierwszego sierpnia do powstania i nigdy nie wróciły do domów.”
„W cieniu tamtych dni” to z pewnością wzruszająca i porażająca autentyzmem historia. Przeżycia młodej Emilii są niesamowitym świadectwem ofiarności powstańców, ale także ich naiwności, braku przygotowania i zderzenia z brutalna rzeczywistością. Majcher pokazuje jak boleśnie młodzieńcze marzenia uderzyły o bruk obojętności i okrucieństwa.

pokaż więcej

 
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kobiety nieidealne (tom 1)

„Doskonale rozumiałam, że to była nagana. Tyle, że w ustach mojego szefa brzmiała w taki właśnie sposób. Oczęta, wywiadzik, pieniążki… Jakby nie mógł powiedzieć: kurwa, kobieto, przestań myśleć o pierdołach i weź się do roboty!”
Sięgając po tę książkę, myślałam, że biorę w ręce zabawną, lekką obyczajówkę. Jednak tak naprawdę otrzymałam coś dużo mocniejszego i pełniejszego. „Kobiety nieidealne....
„Doskonale rozumiałam, że to była nagana. Tyle, że w ustach mojego szefa brzmiała w taki właśnie sposób. Oczęta, wywiadzik, pieniążki… Jakby nie mógł powiedzieć: kurwa, kobieto, przestań myśleć o pierdołach i weź się do roboty!”
Sięgając po tę książkę, myślałam, że biorę w ręce zabawną, lekką obyczajówkę. Jednak tak naprawdę otrzymałam coś dużo mocniejszego i pełniejszego. „Kobiety nieidealne. Magda” to powieść przypominająca wino — z początku pite, by się zrelaksować, po kilku łykach rozlewające w ustach pełen bukiet smaków i tłoczące do żył niesamowitą moc. Połączenie komedii z gorzkim realizmem stworzyło mieszankę idealną. To powieść, o której śmiało można mówić, że jest naprawdę życiowa.

„Nie zostawiła sobie nawet kawałka siebie. Jakby dała się w całości połknąć.”
Bohaterek powieści jest kilka, ale w pierwszym tomie autorki skupiły się na jednej z nich, tytułowej Magdzie. Kobieta samotnie wychowuje nastoletniego syna i z trudem odnajduje się w szarej rzeczywistości. To, co ogromnie mi się podoba to tytułowa nieidealność. Magda nie jest typową porzuconą żoną, wymienioną na lepszy, młodszy model. Nie jest też typową matką, chociaż stara się zapewnić synowi jako taką stabilność, ale pozwala sobie również na popełnianie błędów, czy popuszczanie lejcy. Nie należy także do typowych, przykładnych córek, bo okłamuje rodziców i walczy z poczuciem, że ich zawiodła.

„Ludzie czasem wikłają się w dziwne sytuacje i sami siebie nie poznają. I boją się tego, co wyłazi spod spodu.”
Jednak Magda ma coś, a właściwie kogoś, kogo ja z całych sił jej zazdroszczę. Przyjaciółki. Każda z innej „parafii”, z innymi marzeniami, odmiennymi poglądami na wiele spraw, różnym statusem społecznym. Ale w obliczu kłopotów którejś z nich wszystkie są gotowe stanąć za nią murem i wesprzeć. Albo chociaż napić się wspólnie wina… W przypadku Magdy wsparcie przyjaciółek polega na założeniu jej konta na portalu randkowych podczas mocno zakrapianego spotkania. Efektem tego są dziwaczne znajomości i zaczepki internetowych „kawalerów”, ale także jedna niezwykła znajomość. Tylko czy za pięknymi słowami i ekranem komputera skrywa się wartościowy człowiek? Czy można pokochać nieznajomego?

„Nie wiadomo kiedy wino stało się lekiem na wszystko, na nudę, na poczucie osamotnienia, na oswojenie nowej pracy, nowego miejsca do życia, na nową zmarszczkę na czole, oporną na każdy krem, widoczną w każdym świetle.”
Autorki w naprawdę płynny i spójny sposób złączyły to, co wydawałoby się niemożliwe do scalenia. „Kobiety nieidealne” to mieszanka gagów niczym z „Dziennika Bridget Jones” w wersji dla żon i matek z doskonale wyważoną goryczą i cierpkością dnia codziennego, przypominającą mi powieści Janusza Wiśniewskiego. Magdalena Kawka oraz Małgorzata Hayles w niezwykły sposób przeskakują w książce pomiędzy tematami lekkimi, prostymi i tymi głębszymi, poruszającymi mroczniejsze struny w ludzkich duszach. Zdawałoby się, że trudno w tym osiągnąć balans i łatwo popaść w przesadę i manierę. A jednak tym razem udało się to perfekcyjnie.

„Gdyby tylko istniała możliwość gromadzenia emocjonalnych zapasów, całymi dniami ślęczałabym, pasteryzując miłość, mrożąc chwile, kiedy czułam się wyjątkowa, kochana, doceniana, składając w ogromnych kartonach słoje pełne dobrych, ciepłych uczuć.”
Z jednej strony lubię książki, z których bohaterami się kłócę i wręcz szarpię strony z niezadowolenia ich postępowaniem. Z drugiej, gdy przeżycia postaci literackiej odzwierciedlają moje, a jej wyborów mogłabym dokonać ja sama, to schylam z szacunkiem głowę przed autorem, który mi do niej wszedł. „Kobiety nieidealne. Magda” zaliczają się w przeważającej części do tej drugiej kategorii. Wiele mnie łączy zarówno z główną bohaterką, jak i nieco z jej przyjaciółkami. Ale Magdy we mnie najwięcej. Jestem ogromnie ciekawa, czy czytelniczki mojego bloga też znajdą wspólny język z dziewczynami z powieści. Czy też dołączą do klubu „perfekcyjnych inaczej”? 😉

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
536 386 3033
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (49)

Ulubieni autorzy (14)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd