Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Book Emperor 
https://bigdwarf.wordpress.com, https://www.youtube.com/channel/UCA4dVvO7GbzN2gEm3U0wIcw
Book Emperor - przyczaja się z leśnych puszczy i łanów łąki na dobre i mniej dobre książki. "Recenzent" z przypadku. Raz zaczął niechcący - został na dłużej :v
kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 1 tydzień temu
Aktywności
2017-05-15 14:28:37
Ma nowego znajomego: zaczytanawksiazkach
 
2017-05-15 14:28:37
Ma nowego znajomego: Panna Sasna
 
2017-05-13 17:22:20
Ma nowego znajomego: mojabooktopia
 
2017-05-13 17:22:19
Ma nowego znajomego: Aneta
 
2017-05-13 17:22:18
Ma nowego znajomego: Anka
 
2017-05-11 11:39:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam
Cykl: Wielkie Płaszcze (tom 1)

Wiadomo, że nie każdy kocha te same książki. Między innymi dlatego Anita tak bardzo pracuje nad zmarszczkami, kiedy słyszy ode mnie, że Muszkieterowie są nudni. Z drugiej strony jednak, gdyby ktoś by mi powiedział, że spodoba mi się książka inspirowana powieścią Aleksandra Dumas to bym go wyśmiała, a potem podała numer do psychiatry. Jednak w momencie otrzymania zapowiedzi książki de Castella... Wiadomo, że nie każdy kocha te same książki. Między innymi dlatego Anita tak bardzo pracuje nad zmarszczkami, kiedy słyszy ode mnie, że Muszkieterowie są nudni. Z drugiej strony jednak, gdyby ktoś by mi powiedział, że spodoba mi się książka inspirowana powieścią Aleksandra Dumas to bym go wyśmiała, a potem podała numer do psychiatry. Jednak w momencie otrzymania zapowiedzi książki de Castella zaczęłam się zastanawiać co jest inaczej. Poza tym, że to bardziej dopracowana wersja Muszkieterów i jest o wiele bardziej dynamiczna. Wybuchów tylko brakowało. Jednak zanim zacznę się jarać jakie to dobre, wypadałoby powiedzieć trochę o fabule.



THE KING IS DEAD!
Wielkie płaszcze zostały rozwiązane, a Falcio val Mond i jego towarzysze Kest i Brasti skończyli jako straż przyboczna zakłamanego szlachcica, który nie płaci za ich pracę. Ale hej. Przecież mogło być gorzej. Mógł leżeć martwy, a oni mogliby się tylko bezradnie przyglądać jak są wrabiani w jego morderstwo…co? Zaraz, przecież dokładnie to się dzieje!
W najbardziej zepsutym mieście świata zawiązuje się spisek za spiskiem, największy z nich dotyczy samej koronacji, a to oznacza, że wszystko o co walczą Falcio, Kest i Brasti, może legnąć w gruzach. By ocalić niewinnych i położyć kres intrygom, będą musieli wskrzesić Wielkie Płaszcze i wziąć sprawy w swoje ręce, bowiem w tych czasach każdy arystokrata to tyran, a rycerz – bandyta.



” Nie szukaj drogi…znajdziesz ją w sercu…Smutna jest knajpa byłych morderców. Niech cię nie trwożą, gdy do niej wkroczysz, płonące w mroku morderców oczy…”
To pierwsza rzecz jaka zabrzmiała mi w głowie, kiedy tylko zaczęłam czytać książkę de Castella. Niegdyś bohaterowie, teraz bandyci, którzy muszą walczyć o kolejny dzień.
W sumie nic dziwnego, że zaraz zaczęłam nucić Knajpę morderców Kazika.

Początkowo byłam zupełnie neutralnie nastawiona do tej książki, a żeby było zabawniej, patronat zaproponowano mi już po lekturze. Co jest bardzo miłe, bo wiedziałam na co się porywam. A nie porwałam się z młotyką na słońcę!

Po pierwsze: Jeśli już sadziliście, że na jednej powieści z tej serii się skończy to muszę wam powiedzieć, że jesteście w ogromnym błędzie. To cała seria. I z tomu na tom jest tylko lepiej ( czytałam po ęgielsku #światowyhasacz ). Początkowo sądziłam, że w ogóle to do mnie nie trafi, bo książka zaczyna się stosunkowo niewinnie. Ot narrator opowiada o tym jak spełniło się jego marzenie i tak dalej – ha! już myśleliście, że walnę spoilerem? Nie w tym życiu – ale potem przyszło coś innego. Coś lepszego. Im dalej w książkę tym bardziej rozwija się akcja, poznajemy więcej postaci.

Po drugie: Nie da się uniknąć porównania serii do Trzech Muszkieretów Dumasa. Chociaż bardzo chciałam, to już sam zamysł powieści bardzo wonieje retellingiem. Jednak żeby było bardziej niesamowicie, autor nadał pewnemu schematowi świeżości, która zaskakuje i bardzo mocno wciąga w swój świat.

Postać Falcio to odpowiednik pewnego rodzaju marzyciela, który nie boi się marzyć wielce. Posiada też pewnego rodzaju cechę, która na początku wydawała się być bardziej wadą. Ogromne oddanie i wierność. Jeśli kogoś chcielibyście w tej książce nazwać zdrajcą to na pewno nie Falcio val Monda. Nie w tym życiu.

Jego przyjaciele i towarzysze broni Kest i Brasti są do niego podobni w pewien sposób, ale to tylko tłumaczy dlaczego ta trójka trzyma się tak ciasno ze sobą. Szczerze powiedziawszy, gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że to debiut…nigdy bym się z tym nie zgodziła. Świat jest tak dopracowany, postacie tak świetnie wykreowane, że mogłabym się zaklinać na swoje alergiczne zatoki, że facet ma na swoim koncie mnóstwo bestsellerów.

Tymczasem książka zostawia nas w takim miejscu, z tak ogromną dziurą w sercu, że nie wiadomo czy płakać od razu czy po prostu rzucać się do komputera i pisać do wydawnictwa o przyspieszenie publikacji kolejnych tomów ( całość liczyć będzie cztery tomy ). Dlatego jeśli szukacie czegoś w klimatach Trzech Muszkieterów, tylko o wiele lepszego i bardziej rozbudowanego, z większą dawką fantastyki – to właśnie znaleźliście powieść dla siebie.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:50:25
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire

Zanim stała się Królową Serc, była tylko dziewczyną, która chciała się zakochać. Gurl! Don’t fall!
Marissa Meyer znana jest w Polsce z serii The Lunar Chronicles. Serii retellingów znanych wszystkim baśni. Przez Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę aż po Królewnę Śnieżkę ( w między czasie jeszcze dostajemy krótką historię Złej Królowej od lusterka ). Jak się okazuje, autorka może nas...
Zanim stała się Królową Serc, była tylko dziewczyną, która chciała się zakochać. Gurl! Don’t fall!
Marissa Meyer znana jest w Polsce z serii The Lunar Chronicles. Serii retellingów znanych wszystkim baśni. Przez Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę aż po Królewnę Śnieżkę ( w między czasie jeszcze dostajemy krótką historię Złej Królowej od lusterka ). Jak się okazuje, autorka może nas wszystkich zaskoczyć i to nie raz. Ponieważ chwyta się również znanej wszystkim Alicji w Krainie Czarów. Z tą różnicą, że nie pisze o samej Alicji. Chwyta się jednak historii Królowej Serc. Złej królowej, która siała terror w Krainie Czarów.



Długo przed tym, gdy Królowa Serc stała się postrachem Krainy Czarów, była prostą dziewczyną, która po prostu chciała się zakochać. Catherine może i była jedną z najbardziej pożądanych dziewczyn w królestwie, ulubienicą nieżonatego Króla Serc, jednak tak naprawdę pragnęła czegoś innego. Nie chciała być królową. Dziewczyna była bardzo zdolnym piekarzem i jej marzeniem było otworzenie piekarni z najlepszym przyjacielem. Jednak według jej matki, takie marzenia są nieprzemyślane i głupie, zwłaszcza dla takiej młodej damy, jak Cath, która może zostać przyszłą królową. Wtedy na jej drodze staje Jest. Młody i przystojny mężczyzna, który mąci dziewczynie w głowie. Po raz pierwszy Cath, ryzykując dobre imię rodziców oraz znieważenie samego króla, wdaje się w gorący i intensywny romans. Cath jest zdeterminowana by wziąć swoje przeznaczenie za rogi i poprowadzić je tak, jak ona tego pragnie. Jednak w krainie, której fundamentem jest magia i wszędzie pełno jest szaleńców i potworów, przeznaczenie ma swoje własne plany.



heartless
Wprawdzie książki Meyer nie czytałam po polsku ( żadnej ), ale nadal mam do niej ogromny szacunek za to co zrobiła z baśniami i tak naprawdę ryzykowała wiele. Retellingi nie są łatwe do pisania, bo pierwowzory nadal są narzucone przez oryginały i tak dalej. Jednak w moim odczuciu takie książki traktujące o genezie villanów, są przydatne i dostarczają naprawdę dużo rozrywki.
Catherine na początku była dziewczyną, która chciała się szczerze zakochać, spełnić swoje marzenie o małej piekarni. Jednak jej matka nie zamierzała do tego dopuścić. W ogóle jej matka jawiła mi się jako strasznie despotyczna suka, której nie da się lubić. Potem jednak autorka świetnie przedstawia rozwój postaci w przypadku samej Catherine, która ze strony na stronę niechybnie kieruje się w objęcia przeznaczenia, które chciała zmienić. Sęk w tym, że Kraina Czarów nie jest miejscem, gdzie można brać byka za rogi, bez ryzyka, że na te rogi nadziejesz się zanim dobrze je chwycisz.



Ostatecznie Heartless to świetny stand-alone story, które powinni przeczytać wszyscy miłośnicy twórczości Marissy Meyer. To świetna, momentami zabawna, momentami bolesna historia o złamanych sercach i dekapitacjach tak romantycznych jak oglądanie zachodu słońca ze swoim ukochanym.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:49:21
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam
Cykl: Gniew i świt (tom 1)

+ bonusy z drugiego tomu

Mogę się pochwalić, że ostatnio czuję się jak jakiś maratończyk. Zanim zakopałam się tak sromotnie w książkach od wydawnictw – #sorrynotsorry – zakopywałam się w pdfach zagranicznych książek. Po angielsku. Ci, którzy obserwują mnie na instagrammach, wiedzą jak poważny mam z tym problem, ale nadal jestem z siebie bardziej dumna, aniżeli odczuwam z tego powodu jakiś...
+ bonusy z drugiego tomu

Mogę się pochwalić, że ostatnio czuję się jak jakiś maratończyk. Zanim zakopałam się tak sromotnie w książkach od wydawnictw – #sorrynotsorry – zakopywałam się w pdfach zagranicznych książek. Po angielsku. Ci, którzy obserwują mnie na instagrammach, wiedzą jak poważny mam z tym problem, ale nadal jestem z siebie bardziej dumna, aniżeli odczuwam z tego powodu jakiś dyskomfort ( poza wyschniętymi gałami…). Co za tym idzie – Gniew i świt przeczytałam jeszcze zanim pojawił się w zapowiedziach wydawniczych Filii. A skoro miałam okazję, to rzutem na taśmę przeczytałam oba tomy. BO MOGĘ. Co więcej…poza nazewnictwem rodem z emiratów arabskich i całej innej masy Aladynów i pochodnych – całość była taka precioso, że nie mogę.



Gniew i świt jest rozpoczęciem serii ( nie jestem pewna czy to nie jest tylko dualogia + trzy „tomy” opowiadań dodatkowych, które też czytałam ), która opowiada o losach żądnej zemsty dziewczyny imieniem Shahrzad i młodego władcy Khalida, osiemnastoletniego kalifa Chorasanu. Młodzieniec jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, żeby o świcie owinąć dookoła jej szyi jedwabny szal. Kiedy kolejną ofiarą władcy pada najlepsza przyjaciółka Shahrzad, dziewczyna poprzysięga, że odbierze życie temu, który zamordował jej przyjaciółkę. Dlatego też to Shahrzad zostaje kolejną żoną Khalida. Sęk w tym, że dziewczyna potrafi snuć opowieści jak nikt inny. I co wieczór odwodzi mężczyznę od zakończenia jej żywota. Jednak im dłużej z nim przebywa, tym bardziej go poznaje. I choć mężczyzna wie po co Shahrzad tu jest, nadal nie potrafi trzymać się od niej z daleka. Czy bestia tak naprawdę jest bestią? Co kryje młody klif Chorasanu?



Jak się okazuje całkiem wiele. Nie taki diabeł straszny jak go malują. I chociaż młoda Shahrzad zamierzała zabić Khalida – jak można było przewidzieć, love is in the air. Paradoksalnie zakochała się w jegomościu, który pozbawił życia jej przyjaciółki. Tylko czy na pewno? No właśnie. Renee Ahdieh zainspirowana baśniami Tysiąca i jednej nocy, nakreśliła naprawdę sprawną i magiczną opowieść o zemście, miłości i zniszczeniu.


Niesamowicie przypadło mi do gustu to jak pokazana była ewolucja postaci. Kiedy Shahrzad z pałającej nienawiścią i żądzą zemsty dziewczyny, zaczęła po kawałeczku oddawać serce mężczyźnie, który odebrał jej przyjaciółkę. Albo kiedy Khalid z mrocznego, wycofanego władcy zaczął coraz bardziej pragnąć spędzić życie u boku niezwykłej kobiety, jaką okazała się być Shahrzad. MIÓD, panie. MIÓD. Co więcej, historia rozwija się w taki sposób, że bardzo trudno stwierdzić co będzie się działo dalej.

23308084
Świt i gniew kończy się paskudnym klifhangerem, który doprowadził mnie do głośnego: POWAŻNIE?! A potem, żeby było zabawniej, sięgnęłam od razu po Różę i sztylet. I nie mogłam się oderwać. Im dalej w historię tej pary, tym bardziej jaram się na myśl o tym, że Filia wyda drugi tom ( jeszcze nie wiem kiedy, ale nadal ERMERGERD ).
W drugim tomie z kolei, okazuje się, że wielka potęga idzie na Khalida, by zgładzić go raz na zawsze. Do tego wychodzi na jaw, że rodzina Shahrzad ma w tym swój udział, dokładniej rzecz ujmując – jej ojciec. A żeby intrygi było jeszcze więcej, facet połączył siły z pewnym jegomościem, który też ma swój interes w zamordowaniu Khalida.


I borze tucholski…co to było!? Przez całą książkę miałam wrażenie, że autorka robi sobie ze mnie totalnie jaja i co rusz chce mu pokazać język, jak Stirlitz po oblizaniu łyżeczki przy Millerze. Poważnie. Takich plot wistów i klif hangerów to moje biedne midori kokoro raczej nie wytrzyma. Czytałam i czytałam, a kiedy dotarłam do momentu kiedy za bardzo trzęsły mi się łapy, żeby trzymać telefon w ręce, musiałam przerwać. Poważnie. TAKIE EMOCJE. A potem nie mogłam przestać wzdychać, bo działy się tak słodziutkie rzeczy, że wymiękałam. Miałam ochotę przytulić telefon ( bo normalnie, gdybym miała książkę fizycznie, to bym ją przytuliła).





Całościowo seria ( dwa tomy + trzy opowiadania) sprawdza się naprawdę świetnie. Jest szalenie klimatyczna, genialne rozpisana i przede wszystkim…ma w sobie czar baśni Tysiąca i jednej nocy. Cokolwiek chciała osiągnąć autorka – zrobiła to z potężnym tupnięciem.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:48:11
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam
Cykl: Wojny alchemiczne (tom 2) | Seria: Imaginatio [SQN]

Mając w łapie Mechanicznego Tregillisa, byłam pewna,że dostaję coś powtarzalnego. Coś co raczej mnie nie ruszy. But booooy was I wrong. Nie dość, że przeczytałam jedną z najlepszych powieści clock punkowych EVER. Do tego autor znalazł mnie jeszcze na twitterze i odbyłam z nim bardzo przyjemną rozmowę. Jakby na to nie spojrzeć, ma facet klasę, jest genialnym autorem i bardzo miłym człowiekiem.... Mając w łapie Mechanicznego Tregillisa, byłam pewna,że dostaję coś powtarzalnego. Coś co raczej mnie nie ruszy. But booooy was I wrong. Nie dość, że przeczytałam jedną z najlepszych powieści clock punkowych EVER. Do tego autor znalazł mnie jeszcze na twitterze i odbyłam z nim bardzo przyjemną rozmowę. Jakby na to nie spojrzeć, ma facet klasę, jest genialnym autorem i bardzo miłym człowiekiem. Ale odjechałam od tematu. Czekałam na dalsze losy klakiera Jaxa jak pierwszy śnieg minionej zimy i w końcu się doczekałam. Zachodzę jednak w głowę, jak to wszystko się skończy, skoro autor przydzwonił takim zakończeniem.


Odrodzony w ogniach zniszczonej Wielkiej Kuźni Jax, zaczyna swoje życie jako wolny klakier. Jednak razem z wolnością, przychodzi mu dźwigać inne brzemię, które może poważnie utrudnić wprowadzenie w życie jego planu. Ponieważ Jax pragnie wolności dla wszystkich swoich miedzianych braci i sióstr. Jego i ich nadzieja uwieszona jest mitycznej osoby królowej Mab i jej legendarnej arkadii ukrytej gdzieś na dalekiej północy.
Co więcej, gdzieś poza obrzeżami Nowej Francji, skazana na banicję, Berenice, niegdyś pełniła funkcję Talleyranda – szpiegmistrzyni, bohaterki dziesiątków opowieści. Herosa ludu. Jeden błąd pozbawił ją tego kim była. Jednak mimo swojej obecnej sytuacji, Berenice nie spocznie póki nie odmieni losów wojny. A wszystko wskazuje na to, że Mąsiężny Tron nie osiągnie swojego celu.


Z książki na książkę Tregillis zaskakuje mnie coraz bardziej. Im dalej w plan wyzwolenia, tym więcej zaskoczeń i zwrotów akcji. Jax nadal pozostaje moim ukochanym klakierem, którego chętnie bym miała za przyjaciela. Co więcej, nawet mimo bycia człowiekiem z krwi i kości ( hasaczem z lasa! ) pomogłabym mu we wszczęciu powstania.



Im więcej tajemnic zostaje odkrytych, im bardziej zagłębiamy się w świat Mechanicznych, tym bardziej staje się jasne, że klakierzy to siła, której ludzie nie są w stanie pokonać. W żaden sposób. Berenice okazała się być naiwnie wierna władcy, który już raz ją chciał zniszczył, pozbawiając tego w co wierzyła. Jej własnego życia. Tymczasem, nie dość, że postać w ogóle mi się nie podobała, to jeszcze spotkało ją dokładnie to, na co moim zdaniem zasłużyła przez to jak zarozumiałą krową się okazała.


Świetna narracja, naprawdę dobre opisy i kreacje postaci, które wydaje sie, że wyciągając do nas ręce z kartek powieści. Jestem niemal pewna, że zakończenie całej trylogii będzie epickie. Po autorze możemy spodziewać się wielkich rzeczy. Szczególnie jeśli będziemy posiłkować się tym co dostaliśmy w Powstaniu.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:47:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam

Długo miałam problem z Jennifer L. Armentrout i jej książkami. Najpierw przytłoczyła mnie nuda serii LUX, ale zaznaczam, że to moja osobista opinia. Nikogo nie oceniam. Serio. Rozumiem, że ile ludzi tyle opinii i nie powinno się robić z tego powodu burzy. Jednak dla mnie LUX było sakramencko nudne i po prostu meh. Potem sięgnęłam po serię Dark Elements, którą w całości zrecenzowałam dla... Długo miałam problem z Jennifer L. Armentrout i jej książkami. Najpierw przytłoczyła mnie nuda serii LUX, ale zaznaczam, że to moja osobista opinia. Nikogo nie oceniam. Serio. Rozumiem, że ile ludzi tyle opinii i nie powinno się robić z tego powodu burzy. Jednak dla mnie LUX było sakramencko nudne i po prostu meh. Potem sięgnęłam po serię Dark Elements, którą w całości zrecenzowałam dla wydawnictwa Filia. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem bardzo wdzięczna za zaufanie, które mi okazało wydawnictwo, ale ta seria też nie była za dobra. Absurdu było w tym tyle, że z powodzeniem Rojson zrobiłby z tego wstępniaka do HW. ( Happy Wheels). A potem z ciekawości zapytałam kolegę z wysp czy posiada może ebooka książki The Problem with Forever. Pomyślałam, że nie będę się opierała tylko na książkach fantastycznych czy paranormal romance, które Armentrout popełniła. Bo to by było głupie z mojej strony. Dlatego przeczytałam książkę i wtedy BUM! Dobre dwa tygodnie później pojawiła się w zapowiedziach wydawnictwa Filia. I oto jestem. Trochę skonfundowana, ale nadal.



Co przyniesie wieczność to historia Mallory „Myszki” Dodge, która całe swoje dotychczasowe życie spędziła w okropnej rodzinie zastępczej, gdzie opiekunowie znęcali się nad nią fizycznie i psychicznie. W efekcie, przez koszmar, który przyszło jej przeżywać przez zdecydowaną większość życia, została stłumiona. Co to znaczy. A to znaczy, że w efekcie traumy, którą zafundowali jej adopcyjni rodzice, dziewczyna ma problem z komunikacją werbalną. Trudno jej przychodzi składanie zdań, nawiązywanie znajomości i przede wszystkim – cisza jest jej pancerzem ochronnym. Tyle tylko, że Mallory, w wieku czternastu lat, trafia do pary lekarzy, którzy obdarzają ją ciepłem, miłością, ogromem zrozumienia, którego najbardziej potrzebowała, zapewniając jej tym samym poczucie bezpieczeństwa. Po ciężkich czterech latach, przed Myszką staje jeszcze jedno wielkie wyzwanie. Ostatni rok w publicznym liceum. To właśnie tam spotyka ponownie Ridera Starka, który już kiedyś był bardzo ważną częścią jej życia. I jak się okazuje, ich więź przetrwała koszmar przeszłości. Tyle tylko, że Mallory nie jest jedyną, która zmaga się z demonami przeszłości. A walka o wieczność, która zdaje się nie istnieć, będzie o wiele cięższa niż mogła sobie wyobrazić.



Odkąd zaczęłam czytać książki po angielsku, dużo lepiej przyswaja mi się treści, które w polskich tłumaczeniach, zwyczajnie by mnie odrzuciły. Nie wiem dlaczego, nie pytajcie. Jednak w przypadku tej książki, zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu Katarzyny Anny Dyrek było tak samo. Dobrze. Nawet bardziej niż dobrze. Jedyny problem był z samą książką.
Od prologu miałam wrażenie, że czytam powtórkę z The Silent Waters od Brittainy C. Cherry. Mamy dziewczynkę po traumatycznych przeżyciach, która zamknęła się w sobie. Jest chłopiec, który był jej wsparciem, ale potem i jego znalazły problemy. Z jednej strony schemat i powinno mnie to boleć, ale nie bolało. Po prostu ciągle miałam wrażenie, że jedna pani się drugą inspirowała, choć książki wyszły tak naprawdę w odstępie pięciu miesięcy.



Ale zamiast narzekać na powtarzalność, która tak naprawdę mnie nie bolała, bo The Silent Waters było precioso, miałam ból, bo w tej książce w zasadzie nie działo się nic konkretnego. Mallory miała walczyć o Ridera, który zaczął się zapadać w ciemności swoich demonów przeszłości. Był złamany i to ona miała stać się dla niego wsparciem ( znowu jak u Cherry). Co nie zmienia faktu, że to było takie dobre…takie…ciepłe.

Sama Mallory była przeuroczą, choć skrzywdzoną przez życie dziewczyną, która musiała się podnieść po życiowym bagnie, w które ją wpakował los i musiała zaufać nowym rodzicom adopcyjnym, którzy okazali się cudowni. Jedyne co mnie bolało to fakt, że postać nie została bardziej rozwinięta. Nie mówię, że autorka powinna robić WIELKIE ZMIANY w postaci Myszki, ale mogła ją niego bardziej rozwinąć.



Tak samo Rider. Chłopak był lepiej rozwiniętą postacią, bo nie był tak wycofany jak Mallory, ale nadal miał swoje wady i demony na plecach. Miałam ochotę nim potrząsać, choć jednocześnie zarówno jego sytuacja jak i sytuacja Myszki były bardzo realne. Armentrout postarała się i nie podała czytelnikowi niczego na tacy, trzeba było czytać i czytać, żeby dowiedzieć się co się tak naprawdę stało.

Jednak końcówka trochę mnie rozczarowała. Nie to, że było źle. Spokojnie. Książka jest naprawdę cudowna i warto po nią sięgnąć. Niezależnie od tego czy narzekam na słaby rozwój postaci czy nie. Sam koncept fabularny jest świetny. Ale spodziewałam się czegoś innego w epilogu. Zwykle umieszcza się tam to co spotyka postaci kilka lat później i tak dalej. A tutaj aby kilka miesięcy…i takie trochę meh.



Całościowo jest to naprawdę przyjemna obyczajówka z romansem, która porusza naprawdę realne problemy i dziury w systemie adopcyjnym. PLUS – mamy cudownie zarysowane postaci, w których nie sposób się nie zakochać. Myślę, że to powinno wam wystarczyć. Polecam bardzo mocno.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:46:25
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam, Ulubione
Autor:

Coraz częściej trafiam na książki, które poruszają tematy chorób neurologicznych czy mentalnych. Najpierw All The Bright Places, potem Holding Up The Universe, aż po The Silent Waters czy The Problem with Forever. I chociaż dla niektórych te książki mogą być powtarzalne czy zwyczajnie nudne ( bo i takich kwiatuszków spotkałam ), ale z drugiej strony te książki to pozycje, które tak naprawdę... Coraz częściej trafiam na książki, które poruszają tematy chorób neurologicznych czy mentalnych. Najpierw All The Bright Places, potem Holding Up The Universe, aż po The Silent Waters czy The Problem with Forever. I chociaż dla niektórych te książki mogą być powtarzalne czy zwyczajnie nudne ( bo i takich kwiatuszków spotkałam ), ale z drugiej strony te książki to pozycje, które tak naprawdę były bardzo potrzebne. Głównie po to, żeby w końcu uświadomić ludzi, że trauma, choroba czy zaburzenie to coś, na to często nie mamy wpływu, a jeśli mamy to tylko od nas zależy jak i kiedy zechcemy z tym walczyć.



Jakiś czas temu przeczytałam książkę Emily Barr, kolejny raz czując się jak członek zakonu Illuminatów, która już niedługo będzie miała swoją premierę w Polsce. Tym razem mamy historię dziewczyny, która cierpi na amnezję następczą. Ten rodzaj amnezji jest typem traumy, a osoba na nią cierpiąca jest niezdolna do tworzenia wspomnień od dnia kiedy doszło do wypadku. W ten sposób Flora odkąd skończyła dziesięć lat, nie jest w stanie zapamiętać niczego, włącznie z wyglądem swoich rodziców, przyjaciół czy samej siebie. Nie może ufać nikomu. Bo jak zaufać innym ludziom, kiedy nie ufa się samej sobie? Sęk w tym, że pewnego dnia Flora całuje chłopaka, którego nigdy nie powinna była pocałować. Jednak to nie to jest najbardziej zaskakujące. Okazuje się bowiem, że dziewczyna o tym nie zapomniała. Pierwszy raz od dziesiątego roku życia, zapamiętała konkretne wydarzenie. Co więcej w głowie zrodziła się jej szalona idea by odnaleźć chłopaka, który sprawił, że w końcu coś zapamiętała. Problem w tym, że chłopak wyjeżdża na daleką Arktykę i znalezienie go nie będzie takie proste. Czy Flora będzie miała w sobie wystarczająco odwagi by go znaleźć?



Od razu mogę napisać, że The One Memory of Flona Banks przypadło mi do gustu równie mocno co Holding Up The Universe. I chociaż w książce Niven został poruszony problem osoby cierpiącej na prozopagnozję ( zaburzenie neurologiczne polegające na uszkodzeniu zdolności percepcji poznawczej – nie rozpoznaje się osób bądź przedmiotów, które wcześniej się widziało ), to tutaj mamy całkowitą amnezję wywołaną traumatycznym przeżyciem. I chociaż często ludzie nie rozumieją, albo nie wiedzą nawet o istnieniu takiego zjawiska, trauma powypadkowa może mieć też i takie konsekwencje.



Kreacja samej Flory to dobry obraz zagubionej dziewczyny, która nie wie co zrobić ze swoim życiem. Bo patrząc na to z perspektywy człowieka bez problemów z pamięcią, można łatwo zrozumieć pozycje głównej bohaterki. Nic zatem dziwnego, że rzuciła Bieszczady i pojechała w to wszystko*. I dlatego też zdecydowała się wyruszyć w podróż aż na Arktykę, żeby odnaleźć chłopaka, który sprawił, że jej pamięć nie jest aż tak bezużyteczna.

Tekst kobiety Ślimok.

Akcja całej książki jest dynamiczna i szczerze powiedziawszy w ogóle się nie nudziłam, choć miałam momenty, że bałam się o Florę i powodzenie jej całej misji – choć tak naprawdę to tylko część książki i najlepsza jej część dzieje się nieco później. Zasadniczo to co ją spotkało w ogóle było jakimś absurdem. A od tego życie w wiecznej nieświadomości czy może komuś zaufać czy nie. Tragedia z armagedonem. Jednocześnie okazuje się, że Flora tak naprawdę ma o wiele więcej do powiedzenia czy zrobienia, niż pozwalają jej na to rodzice. Właśnie. Rodzice.



Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że po tym co ją spotkało, tak naprawdę będzie w stanie jej ktoś pomóc. Trochę taki przypadek z Everything, Everything. Z drugiej strony były nawet momenty, kiedy chciało mi się naprawdę płakać. Oczywiście nie powiem wam co się stało, ale naprawdę…złośliwość losu LVL: HARD.



Ostatecznie książka jest świetnie napisana, kreacje bohaterów są genialne – do tego stopnia, że niektórzy doprowadzali mnie do szewskiej pasji – no i całość historii ma swój klimat. Bardzo osobliwy i niesamowity.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:44:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam, Ulubione

Bardzo nie lubię porównywania autorów. Z jednej strony Kazuki Sakuraba mogła poczuć się doceniona, kiedy ludzie określali ją mianem „Murakamiego w spódnicy”, ale z drugiej strony autorka ma dużo lżejszy sposób budowania narracji i prowadzenia akcji. Wprawdzie nie czytałam wszystkich książek Murakamiego, ale on chyba nie napisał sagi rodzinnej, którą planowaliby wydać w Japonii jako mange, a... Bardzo nie lubię porównywania autorów. Z jednej strony Kazuki Sakuraba mogła poczuć się doceniona, kiedy ludzie określali ją mianem „Murakamiego w spódnicy”, ale z drugiej strony autorka ma dużo lżejszy sposób budowania narracji i prowadzenia akcji. Wprawdzie nie czytałam wszystkich książek Murakamiego, ale on chyba nie napisał sagi rodzinnej, którą planowaliby wydać w Japonii jako mange, a potem dowalić ekranizacją anime, jak to było w przypadku Kazuki-san.



Czerwone dziewczyny to saga rodzinna o rodzie Akakuchibów. Wszystko zaczyna się w 1953 roku, kiedy to tajemniczy ludzie z gór porzucili małą dziewczynkę w japońskiej wiosce Benimidori. Nikt nie przypuszczał, że kilkanaście lat później zostanie żoną spadkobiercy fortuny rodu Akakuchibów i stanie się potężną matroną w czerwonej posiadłości na wzgórzu. Jej córka, Kemari, nieokiełznana niczym yamaoroshi ( wg. urban legend: niedźwiedź ludożerca ) i nieposkromiona jak zimny północny wiatr, niespodziewanie dla wszystkich wstępuje do wojowniczego gangu motocyklowego, by potem stać się wziętą mangaką ( autorką mang aka komiksów japońskich vel graficznych powieści ). Z kolei Toko, trzecia w kolejności kobieta rodu, jest zupełnie zwyczajna. to jednak jej babka wyznała na łożu śmierci, że ma na sumieniu morderstwo. A o wszystkim opowiada właśnie Toko, która mimo swojej normalności nadal mierzy się z wieloma trudnościami.



Kiedy tylko dostałam zapowiedź Czerwonych dziewczyn, moja uwagę przykuło nazwisko autorki. Jak się okazało, hasacz aż taki tępy nie jest, napisy czytał dobrze. Na podstawie jej książek powstało nie jedno anime i nie jeden film. Kobieta była niejednokrotnie nagradzana. I nadal boli mnie porównywanie jej do Murakamiego. Pisałam o tym przy książce Siembiedy, którą wydała Wielka Litera. Nie porównujmy autorów do siebie, bo to jest krzywdzące. Nawet jeśli robi się to na potrzebny PRu. To może też wprowadzić w błąd potencjalnego czytelnika. Jako bloger piszący o książkach, słyszałam wiele wywodów o tym jaki to Murakami jest zły. Z drugiej jednak strony Kazuki Sakuraba pisze zupełnie inaczej. Jej książki są bardziej wyważone, nie zawierają tak osobliwych scen miłosnych jakie występują u wcześniej wspomnianego Murakamiego i przede wszystkim, choć ciężko mi to przyznać, jej książki czyta się dużo szybciej i lżej.



Zatem…nie krzywdźmy autorów. ALE! Hasacz mistrzem dygresji. Po pierwsze przez całą powieść śmierć przewija się dość zgrabnie i całkiem często. Mamy do czynienia z niewiernością i dużą ilością obyczajowych błędów, które popełniają ludzie przez całe swoje życie, a jeśli wiecie jak dużą wagę do kultury i obyczajowości przykłada się w Japonii to już wiecie jak to wpływa na całą akcję książki.



Cała historia jest opowiedziała z perspektywy Toko, która po wyznaniu umierającej babki, zagłębia się w historię kobiet ze swojego rodu. Odkrywa między innymi przyczyny samobójstwa pewnej osoby, odkrywa różne powody zdrady, których dopuścili się w minionych czasach członkowie jej rodu i przede wszystkim, cierpi za zmarłą babcię, co w moim mniemaniu jest tą niesamowitą cechą Toko. Może nie była jak „rwący potok” Kemari, może nie miała tej charyzmy swojego ojca, ale miała tę cechę, która pozwalała jej drążyć historię i odczuwać za zmarłych i rozumieć jak ważne to dla nich było.



Książka jest genialna i mam ogromną nadzieję, że jeśli już wyjdzie jakiś film na jej podstawie to nie okaże się jakąś kupą na patyku, bo chyba się zatłukę suchą bułką…



A poza tym to właśnie 27 kwietnia będziecie mogli przeczytać jedną z najlepszych powieści z kraju kwitnącej wiśni jaką miałam w łapach i posmyrać ją po grzbiecie. To było takie fabulous, że nie mogę. A moja składnia umarła. Wiem. Dlatego tym bardziej musicie przeczytać. To naprawdę genialnie skonstruowana saga rodzinna, którą powinien przeczytać każdy komu podobało się Ósme życie ( dla Brilki ) czy Droga do domu.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:43:54
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Ulubione
Cykl: Elements. Żywioły. (tom 4)

Uwielbiam książki Brittainy C. Cherry. Kocham tą kobietę, a jednocześnie nienawidzę jej jak upałów. To taki trochę love-hate relationship. Ale co się dziwić. Potrafi tak wytargać ukochane postaci, że człowiek siedzi i klnie jak opętany, a potem zafundować taki epilog, że chce się płakać. Kocham tę kobietę. No regrets. The Silent Waters to był totalny win. Ubóstwiam tę książkę i nadal... Uwielbiam książki Brittainy C. Cherry. Kocham tą kobietę, a jednocześnie nienawidzę jej jak upałów. To taki trochę love-hate relationship. Ale co się dziwić. Potrafi tak wytargać ukochane postaci, że człowiek siedzi i klnie jak opętany, a potem zafundować taki epilog, że chce się płakać. Kocham tę kobietę. No regrets. The Silent Waters to był totalny win. Ubóstwiam tę książkę i nadal pozostanie ona numerem jeden w serii. Z kolei The Gravity of Us choć to nadal ten sam genialny poziom, mamy do czynienia z inną historią i dramatem tak strasznym, że aż mnie mdli, kiedy muszę o tym pisać. Ale do rzeczy, bo się nie wypowiem – Wera pozdrawiam i jeszcze raz sorry za ten telefon w środku nocy, żeby wykrzyczeć jak bardzo nienawidzę Lyric i Jeane.



Zatem historia w tej książce opowiada o Lucille i Grahamie, których pierwsze spotkanie było bardziej przypadkowe niż epidemia wszawicy łonowej na uniwersytecie Yale. Tych dwoje spotyka się po raz pierwszy w momencie, gdy zatrzaskują się w pomieszczeniu i dochodzi między nimi…do wymiany zdań. Tak po prostu. Wtedy to wychodzi na jaw, ze Graham to pisarz, którego Lucy uwielbia i admiruje. Jednocześnie mężczyzna jest zimny i wycofany, choć dziewczyna mimo jego zachowania, dostrzega w nim jego prawdziwą osobowość. Sęk w tym, że jednocześnie ze spotkaniem Grahama, do jej życia w najdziwniejszy z możliwych sposobów wraca jej najstarsza siostra Lyric. Nie pytajcie. Z kolei żona Grahama okazuje się być w ciąży, co długo przed mężczyzną ukrywała, choć oboje zupełnie nie chcieli mieć dzieci. Ona była prawniczką, on pisarzem na pełen etat. Jednak karuzela absurdu ruszyła pełną parą. I było tylko ciężej. Albo i gorzej.



Tak jak w The Silent Waters kochałam Maggie May i Brooksa, tak w The Gravity of Us miałam instat love do Grahama, który po prostu mnie pokonał swoją oziębłością. Lucy z kolei tak bardzo przypominała mi taki promyczek radości, która nie bardzo wiedziała jak ogarnąć swoje życie, mimo tego jak bardzo chciała wypełnić „misję”, która na łożu śmierci dała jej matka. Niestety życie się sypie, siostry okazują się skończonymi sukami, które nie zasługują na drugą szanse, a jej serce robi ją mocno w bambuko – nie mówiąc o jej chłopaku – Richardzie aka Dick.



Siostry Lucille okazały się takimi zakłamanymi kretynkami, że przez pół książki warczałam i żaliłam się do znajomej przez facebooka. Bo to był taki ból, że nie mogłam tego po prostu trzymać w sobie. Gardzę zarówno Marie jak i Lyric. Obie były beznadziejne i niegodne nawet pożałowania. GET THE FUCK OUT! Pani tu w ogóle nie powinno być. Pani też. WON!

Zasadniczo ta część plasuje się na drugim miejscu, zaraz po The Silent Waters. Cała ta historia, córeczka Grahama, Talon to taki tyci promyczek, takie malutkie szczęście, którego nie da się nie pokochać. MIŁOŚĆ!! Ubóstwiam i potwornie żałuję, że ta seria się skończyła z dniem publikacji tego tytuły.



I mimo ogromu nerwów jaki musiałam przełknąć podczas czytania tej książki, naprawdę uważam, że to genialna książka. Brittainy C. Cherry posiadła tę niesamowitą umiejętność opisywania ludzkich emocji i historii w taki sposób, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Po prostu miód. A epilog…ERMERERD ❤ Miłość ❤



Bardzo gorąco polecam.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:43:19
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire

Mój stosunek do książek Hoover zmienia się jak kalejdoskopie. I nie. To nie musi być zaraz moja wina. Po prostu nie każda książka ten autorki ma taki sens jak powinna. Albo po prostu jestem za głupia. Dobra. Czyli to moja wina. Jednak po wszystkich książkach tej kobiety, jakie przeczytałam, mogę śmiało powiedzieć, że dobór aktorów do ról byłby trudniejszy niż by się wydawało. Dlaczego? Ano... Mój stosunek do książek Hoover zmienia się jak kalejdoskopie. I nie. To nie musi być zaraz moja wina. Po prostu nie każda książka ten autorki ma taki sens jak powinna. Albo po prostu jestem za głupia. Dobra. Czyli to moja wina. Jednak po wszystkich książkach tej kobiety, jakie przeczytałam, mogę śmiało powiedzieć, że dobór aktorów do ról byłby trudniejszy niż by się wydawało. Dlaczego? Ano dlatego, że jak obejrzałam kawałek serialu, czy raczej mini serialu, na podstawie tej książki, miałam wrażenie, że mnie ktoś wepchnął do tartaku. PANIE TYLE DRZEWNA! Ale znowu odbiegłam od tematu…


Auburn Reed jest zdeterminowana by odbudować swoje roztrzaskane życie i w jej planie nie ma miejsca na pomyłki. Jednak kiedy przekracza próg Dallas art studio w poszukiwaniu pracy, nie spodziewa się, że coś będzie ją przyciągało do artysty, który pracuje w tym studiu, bardzo enigmatycznego, Owena Gentry.
Jak raz, Auburn decyduje się na podjęcie ryzyka i narażenie się na kolejny ból, tylko po co by odkryć, że Owen ma ogromny sekret. Sekret, którego odkrycie może zniszczyć wszystko, co Auburn kocha najbardziej, a jedynym sposobem na to by jej życie wróciło na właściwy tor, jest odcięcie się zupełnie od Owena. Pytanie tylko czy jest w stanie to zrobić?



Spodziewałam się wielkiego bum, jakiegoś dramatu pokroju Hopeless czy Losing Hope, ale dostałam jakieś takie przeciętne romansidło z oczywistym zakończeniem. Zanim się rzucicie na mnie z nożami do chleba czy innymi naostrzonymi kłami, nie napisałam, że ta książka jest zła. Czy była. Chodzi o to, że spodziewałam się czegoś więcej. Jakiegoś ogromnego, wielkiego dramatu, który miał mną wstrząsnąć jak wybuch Wezuwiusza, kiedy przykrył Pompeje warstwą pyłu wulkanicznego.



Tymczasem całość była po prostu okay. Wprawdzie główna bohaterka była jakąś amebą, która doprowadzała mnie do szewskiej pasji, kiedy usiłowała się dokopać do sekretów Owena, a potem zaczęła panikować. Poważnie. Sam Owen nie był zły, ale też nie jakoś wybitny. Nadal bardziej podobało mi się It Ends With Us, które mnie rozwaliło i zastanawiałam się jak żyć, bo nawet premier nie chciała odpowiedzieć.


Ostatecznie jest na co czekać, bo wiem, że są czytelniczki, które nie będą mogły się pozbierać po Confess i po jego zakończeniu. Jednocześnie mocno odradzam oglądanie mini serialu, bo można trafić na onkologię. Nie polecam. *I napisał to hasacz, który nie ogląda seriali*.

pokaż więcej

 
2017-05-09 20:41:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Hasacz's empire, Posiadam, Ulubione
Autor:

To, że hasacz to niecierpliwy zwierz, wie raczej każdy, kto miał ze mną do czynienia na płaszczyźnie interesów książkowych. Biedni ludzie od promocji w wydawnictwach. Po Królach Dary nie mogłam się doczekać kontynuacji. Roznosiło mnie i denerwowałam się czy w ogóle Ściana burz da radę dorównać pierwszemu tomowi. Nic dziwnego. Jestem pewna, że wielu z was czytających doskonale zna problem... To, że hasacz to niecierpliwy zwierz, wie raczej każdy, kto miał ze mną do czynienia na płaszczyźnie interesów książkowych. Biedni ludzie od promocji w wydawnictwach. Po Królach Dary nie mogłam się doczekać kontynuacji. Roznosiło mnie i denerwowałam się czy w ogóle Ściana burz da radę dorównać pierwszemu tomowi. Nic dziwnego. Jestem pewna, że wielu z was czytających doskonale zna problem drugiego tomu, który w wielu przypadkach – nie generalizuję, tylko zauważam – jest wymuszoną kontynuacją. No to zanim wydawnictwo ukochało mnie egzemplarzem, wyżuliłam ebooka od znajomego po ęgielsku i w ten sposób zaczęłam czytać.



Po pierwsze, objętościowo książka połechtała mile moje zapotrzebowanie na grubszą kontynuacje. Głównie dlatego, że pierwszy tom wydawał mi się urwany w pewnym momencie, co mnie bolało, ale przypuszczam, że był to zabieg celowy, ze względu na rozbudzenie apetytu w oczekiwaniu kontynuacji. Cwaniaczek z tego Liu.

Po drugie, w tym tomie poznajemy dalsze losy cesarza Kuni Garu, którego w pierwszym tomie poznaliśmy jako zabijakę, stanowiącego przeciwieństwo Mata Zyndu, swojego przyjaciela. W Ścianie burz śledzimy jego starania w zapewnieniu królestwu rozwoju i dobrobytu, a jednocześnie spełnić zapotrzebowania swojego ludu. Sęk w tym, że obecnie panujący cesarz nie zdaje sobie sprawy, że za mityczną Ścianą Burz kryje się niezwykle potężna siła, która jest w stanie rozpętać w Darze pandemonium.

Co więcej, do jednej z wysp docierają tajemnicy Lyucu ze swoimi skrzydlatymi bestiami, przez co w imperium wybucha istny chaos. Tym razem cesarz Kuni nie może poprowadzić swoich ludzi przeciwko zagrożeniu, ponieważ musi stawić czoło fałszywym oskarżeniom i zdradzie wśród najbliższych. Jedyną nadzieję dla Dary stanowią dorosłe już dzieci cesarza, które gotowe są zbudować swoją historię.



Liu posiadł tę specyficzną umiejętność prowadzenia narracji, która wprowadza człowieka w pewien rodzaj filozoficznego uniesienia. I jest to wyczuwalnie zarówno w oryginale jak i w przekładzie pani Agnieszki Brodzik, która stanęła na wysokości zadania, jeśli chodzi o tłumaczenie książki.

I tak jak Królowie Dary zaskakiwali unikalnością i genialnymi kreacjami postaci, tak w Ścianie Burz, Ken Liu pokazał co potrafi naprawdę. Zarówno jeśli chodzi o tworzenie nowych postaci, które nie trzymałyby się konkretnego szablonu, jak i w przypadku wydarzeń pełnych niespodziewanych zwrotów akcji i genialnych opisów. Bo właśnie opisy to ten element książki, który tak bardzo przypadł mi do gustu. Mimo faktu, że nie byłam w stanie zapamiętać imion bohaterów, nadal nie mogłam odłożyć książki. To było po prostu genialne.

Jedno jest pewne. Na chwilę obecną Królowie Dary i Ściana Burz to najlepsze książki fantasy jakie przeczytałam w życiu. I jeśli trzeci tom ( wprawdzie nie ma nawet tytułu, ale zapowiedź jest ) będzie choć w połowie tak dobry jak drugi, to orzekam, że ta seria będzie miała swój ołtarzyk na moim regale. Koniec.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
387 367 4128
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (239)

Ulubieni autorzy (21)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd