AnnaSikorska 
annasikorska.blogspot.com
kobieta, status: Autorka/Oficjalna recenzentka, dodała: 1 ksiązkę i 57 cytatów, ostatnio widziana 11 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-16 22:23:32
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

O prawdziwej miłości powstało wiele utworów. Kino, telewizja, teatr i książki od najmłodszych lat atakują nas hasłami „i żyli długo i szczęśliwie”. Życie jednak pokazuje, że albo długo albo szczęśliwie. Zdarzają się wyjątki: znają się długo, są z sobą od lat i tworzą pięknie współgrającą rodzinę bazującą na zaufaniu, miłości, pożądaniu i wszystkim, co potrzebne do stworzenia małżeństwa... O prawdziwej miłości powstało wiele utworów. Kino, telewizja, teatr i książki od najmłodszych lat atakują nas hasłami „i żyli długo i szczęśliwie”. Życie jednak pokazuje, że albo długo albo szczęśliwie. Zdarzają się wyjątki: znają się długo, są z sobą od lat i tworzą pięknie współgrającą rodzinę bazującą na zaufaniu, miłości, pożądaniu i wszystkim, co potrzebne do stworzenia małżeństwa idealnego. Wydawałoby się, że do takiej codzienności nie może wkraść się trzecia osoba, bo niby, po co i jak? A jednak się wkrada. O takim zburzeniu idealnego życia jest „Inna kobieta” Karoliny Głogowskiej i Katarzyny Troszczyńskiej.
Cała opowieść zaczyna się dość prosto. Poznajemy Adę samotnie wychowującą czteroletnią Tosię. Trzydziestoparoletnia bohaterka ma za sobą nieudane małżeństwo, w którym mąż ciągle negatywnie oceniał każde jej zachowanie i dla którego największym zmartwieniem było: „Co by na to powiedziała moja mama?”. Ada miała w sobie dość siły, aby odejść i nie ciągnąć tej relacji latami, aby zapewnić córce spokojny dom, czyli dzieciństwo inne niż zafundowali jej rodzice. Po przetrawieniu rozstania w jej życiu przyszedł czas na zmiany: burzliwy romans. Do tego tylko w weekendy lub w czasie wyjazdów służbowych.
„Gdyby ktoś mnie zapytał, co sobie myśleliśmy, kradnąc te dwa dni, odpowiedziałabym, że nie myśleliśmy wcale. Na tym polega przeklęta moc romansu, że kochankowie nie myślę, tylko czują. Tak bardzo pali ich potrzeba połączenia się z drugą osobą, że wszystko, co było, i wszystko, co będzie, rozmazuje się i zbiega w jeden gorączkowy punkt: tu i teraz. Romans składa się z takich punktów, a to, co pomiędzy nimi, czasem jest niepewnością, czasem czekaniem, a czasem czarną płachtą bezsensu i rozpaczy. Ci naprawdę zakochani zapełniają płachtę punktami tak długo, aż rozleją się one w jedną wielką plamę. I wtedy nie ma już miejsca na nic innego”.
Drugą bohaterką wokół, której toczy się akcja jest Joanna, poważna psycholożka, postępowa kobieta prawie na równi z mężem zajmująca się dziećmi, mająca czas na wyjazdy na wykłady, rozwijająca się, aktywna zawodowo i od lat wkurzająca się na matkę, która przez ponad dwadzieścia lat nie mogła sobie poradzić z odejściem ojca. Wie, że jej rodzina będzie wyglądała inaczej. Wie, że emocjami można zarządzać. Wystarczy tylko chcieć. Ale czy na pewno to takie proste, kiedy problem dotyczy nas osobiście?
„Interesują mnie emocje. Dlatego że nic poza emocjami nie mamy. Bez ich rozumienia jesteśmy bezradni. Można nami manipulować. Emocje mogą nam dać siłę, mogą nas zniszczyć. Możemy też nauczyć się je rozumieć. To coś więcej niż kontrola. To klucz do zrozumienia świata”.
„Inna kobieta” to tytuł, który do tej pory kojarzył mi się z komedią z Nicka Cassavetesa i kobietach próbujących zemścić się na mężczyźnie ciągle oszukującym żonę oraz kochanki. Powieść polskich autorek ma zupełnie inny klimat. Może i czasami pojawią się elementy humorystyczne, ale do komedii jej daleko. Nie znaczy oczywiście, że będzie nudno, smutno i tragicznie. Pisarki zabierają nas do świata dwóch kobiet: Ady Szulc i Joanny Zaborowskiej, których życiorysy połączy jeden mężczyzna. Ich życie wygląda dość podobnie: nieszczęśliwe dzieciństwo, studia, wyrwanie się z domu, znalezienie własnej drogi i ślub…
„Ślub to koniec życia dla kobiety. Koniec jej własnego życie. Facet wie, że ona jest już jego, i przestaje się starać, a ona zaczyna usługiwać najpierw jemu, a potem dzieciom. Jej samej już nie ma, przestała być ważna. Wie, że jej życie się skończyło, ale wybiera to, boby zwariowała. Zaczyna żyć dziećmi i mężem, bo tylko to może ją utrzymać przy zdrowych zmysłach”.
Każda kobieta ma inną granicę w owym usługiwaniu. Niektóre są w stanie wytrzymać lata znosząc do tego docinki i bicie, inne akceptują notoryczne zdrady, bicie dzieci, a inne są tak uzależnione od życia z mężem, że latami nie mogą podnieść po rozstaniu. Bywają też takie, które nie pozwolą sobie na stały związek, aby nie być zranione. O takich kobietach jest to książka Karoliny Głogowskiej i Katarzyny Troszczyńskiej, które w umiejętny sposób wplotą w wątek romansowy bardzo poważne tematy, dzięki temu dostajemy do ręki bardzo realistyczną opowieść uświadamiającą nam jak bardzo skomplikowane potrafi być ludzkie życie, jak bardzo pragnienie miłości i bliskości może nam wywrócić naszą codzienność do góry nogami. Pisarki zabierają nas do świata, w którym los nie oszczędza nikogo, dlatego trzeba łapać chwilę. Jednak czy łapanie jej przez wchodzenie w romans jest tym, co jest dobre? Przekonajcie się sami. Dużym plusem „Innej kobiety” jest to, że pisarki nie oceniają żadnego z bohaterów, przez co w tej kwestii zostawiają duże pole czytelnikom.

pokaż więcej

 
2019-01-15 09:00:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Moja przygoda z Kossakami zaczęła się jeszcze podstawówce. Zupełnie przypadkowo wypożyczyłam wówczas książkę zabierającą czytelnika w świat malarstwa Juliusza i Wojciecha. Pojawiły się tam motywy hiszpańskie, a to z kolei zaprowadziło mnie do filozofii Unamuna i Ortegi, by ostatecznie zająć się Almodóvarem. Droga - można rzec – zaskakująca. Wróćmy jednak do początków i mojego już 20-letniego... Moja przygoda z Kossakami zaczęła się jeszcze podstawówce. Zupełnie przypadkowo wypożyczyłam wówczas książkę zabierającą czytelnika w świat malarstwa Juliusza i Wojciecha. Pojawiły się tam motywy hiszpańskie, a to z kolei zaprowadziło mnie do filozofii Unamuna i Ortegi, by ostatecznie zająć się Almodóvarem. Droga - można rzec – zaskakująca. Wróćmy jednak do początków i mojego już 20-letniego „romansu” z Kossakami, a raczej książkami o nich, bo mimo, że czytałam sporo nigdy nie miałam ambicji zająć się nimi naukowo. Tym bardziej, że wiedziałam jak wspaniałą pracę wykonuje Joanna Jurgała-Jureczka. Przez jakiś czas każdą jej książkę sięgałam zawsze z wielkim zainteresowaniem, by przejść do własnych zainteresowań i porzucić zgłębianie historii Kossaków. Trzy lata temu jednak sięgnęłam po książkę Mai i Jana Łozińskich pt. „Wojciech Kossak” i na nowo zaczęłam przygodę z książkami o tej rodzinie. Tym bardziej, że jej zależności, twórczość i życie były zadziwiające.
Kossak to nazwisko najczęściej kojarzące się ludziom z malarzami. Dopiero śledzenie powiązań rodzinnych uświadamia nas, że wiąże się z nim spora część artystycznego światka. Zwłaszcza, że cztery pokolenia członków tej rodziny odznaczyły się w kulturze i nauce polskiej. Znajdziemy wśród nich malarzy, poetki, pisarki, biolożki. Bogata w utalentowanych członków rodzina miała na swoim koncie wzloty i upadki, rodzinne tragedie oraz sympatie i antypatie. O tych rzeczach opowiada w swojej książce Joanna Jurgała-Jureczka. Badaczka Kossaków zabiera nas w świat Juliusza Kossaka, pokazuje początki rodu, narodziny bliźniaków (którym poświęciła sporo miejsca) i kolejnych dzieci. Dzięki autorce dowiemy się o przemianach ustrojowych, staniemy się świadkami ucieczki z Ukrainy i poszukiwanie nowego domu. Rodzinne tragedie przeplecie szczęściem, romanse - zapewnieniami mężczyzn o stałości w małżeństwie, przeprowadzi nas przez zawiły korytarz relacji dzieci Wojciecha Kossaka, prześledzimy karierę i życie osobiste Zofii Kossak
Autorka doskonale przenosi nas w klimat epoki, pokazuje trudne życie, sposób funkcjonowania artystów, nowe prądy. Do tego staniemy się świadkami sympatii, antypatii, zawirowań rodzinnych, skandali. Całość napisana w taki sposób, że czytelnik znika w książce jak w powieści sensacyjnej z elementami romansów, bez których życie artystycznej rodziny nie mogło się obyć.
Opowieść powstała na podstawie dwudziestu lat pracy badawczej autorki, która umiejętnie z listów, pamiętników, wspomnień innych ludzi skleja życiorysy bohaterów. Joanna Jurgała-Jureczka zestawiając członków rodziny przeciwnych charakterach dodała nutkę pikanterii. Opisana przez nią codzienność pozwalają zrozumieć klimat XIX i XX wieku, w których życie artystycznej rodziny wiązało się z kaprysami losu, walką o przetrwanie.
„Kossakowie. Biały mazur” to poruszająca biografia o przemijaniu artystycznej rodziny, wygasaniu genów geniuszu, wadach, zaletach, słabostkach, rodzinnych tajemnicach, kochankach, skandalach i rodzinnym życiu pełnym niespodzianek, jakie przyniosła wówczas ludziom historia. Śledząc życiorysy wchodzimy w przemiany polityczne i obyczajowe, dostrzegamy rozłam między dawnym a młodym pokoleniem i niesamowitą odmienność charakterów osób nie tylko w tym samym wieku, ale wychowanych w jednym domu. Autorka pokazuje nam fenomen rodziny, której każdy z członków odegrał ważną rolę w jakiejś dziedzinie.
Dużym plusem publikacji jest skromność badaczki/ naukowczyni objawiająca się przez otwarte mówienie o tym, jakich spraw jeszcze nie udało się wyjaśnić, do jakich materiałów trafić, których odkrycie było zbiegiem okoliczności. Badaczka jest tu specjalistką od Kossaków, ale nie robi z siebie alfę i omegę. Do tego książkę czyta się przyjemnie, ponieważ mamy tu do czynienia ze stylistyką, którą ja nazywam brytyjską: autorka opowiada o kolejnych etapach swojej pracy, dzieli się doświadczeniami z poszukiwań. Niektórych pewnie będzie to raziło, ale ten sposób pisania przecież jest też obecny u Normana Daviesa czy Philipa Zimbardo. Taki sposób prowadzenia czytelnika przez historie ma spore plusy, ponieważ laik może poznać warsztat pracy, ale jest też spore grono przeciwników. Zwykle do grona tych drugich należą osoby nauczone i przyzwyczajone do sztywnego języka naukowego, do którego nie może wkraść się element osobisty. Jednak historia, jej odkrywanie, próba interpretacji faktów zawsze jest subiektywna, osobista i wybrana przez autorkę stylistyka pozwala uświadomić sobie, że to, o czym napisała jest obecnie aktualne, ale po odkryciu kolejnych dokumentów może się coś zmienić, że listy, fotografie, pamiętniki mają spore luki, ponieważ ich autorzy wiele spraw przemilczeli, a jednocześnie pozwalają na uchwycenie wyłaniającego się z nich obrazu.
W książce znajdziemy opowieść o wszystkich tworzących Kossakach. Joanna Jurgała-Jureczka umiejętnie ich zestawia, pokazuje kontrasty między siostrami, kuzynkami, braćmi, synami i ojcami. Wejdziemy w świat nie tylko odmiennych talentów, ale i różnorodnych osobowości.
W publikacji oczywiście nie zabraknie fotografii, które miłośnicy książek o Kossakach znają z innych publikacji nie tylko autorki. Osobom nieznającym tematyki „Kossakowie Biały mazur” pozwoli wejść w życiorysy bohaterów i odkryć jak bardzo są one od siebie zależne, jak wielkie są powiązania.

pokaż więcej

 
2019-01-14 11:29:02
Została fanką autorki: Joanna Jurgała-Jureczka
 
2019-01-14 08:59:22
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Czytaj i gotuj z Cecylką". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

Joanna Krzyżanek, Cecylka Knedelek i Boże Narodzenie, il. Zenon Wiewiurka, Kielce „Jedność” 2018
Święta to czas niezwykły. Można, by powiedzieć, że magiczny i wymagający odpowiedniej oprawy. Wie o tym nawet gąska Walerka z wielkim zaangażowaniem przygotowująca się do tego ważnego święta. Jej humor psuje informacja, że w tym roku choinki nie będzie, a przecież bez niej świąt nie może być. Bo...
Joanna Krzyżanek, Cecylka Knedelek i Boże Narodzenie, il. Zenon Wiewiurka, Kielce „Jedność” 2018
Święta to czas niezwykły. Można, by powiedzieć, że magiczny i wymagający odpowiedniej oprawy. Wie o tym nawet gąska Walerka z wielkim zaangażowaniem przygotowująca się do tego ważnego święta. Jej humor psuje informacja, że w tym roku choinki nie będzie, a przecież bez niej świąt nie może być. Bo niby jak. Gąska Walerka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić wszystko, aby zapewnić odpowiednią oprawę i nastrój. Oczywiście nie zaczekała, aż jej opiekunka powie, że żartowała tylko popędzi do wszystkich znajomych i poprosi o choinkę. Dziwnym trafem nikt nie może jej pomóc, ale kiedy wraca do domu nie tylko ona jest zaskoczona. Ku radości gąski te święta będą obfitowały w świąteczne drzewka, które trzeba przystroić. Aby to zrobić należy upiec wspaniałe słodkości, na które przepisy znajdziecie oczywiście w książce.
Joanna Krzyżanek po raz kolejny zabiera nas w świat dwóch kochających się bohaterek. Mamy tu związek niczym matki z dzieckiem: odpowiedzialna dziewczynka lepiej znająca świat i jej niecierpliwa (można rzec, że w gorącej wodzie kąpana) podopieczna z masą zwariowanych pomysłów, ale też z umiejętnością troszczenia się o innych. Ze względu na słabą znajomość świata oraz pośpiech te starania nie zawsze wychodzą jej na dobre. Tak było i tym razem, kiedy gąska starała się załatwić choinkę do domu, ale nie przewidziała, że może mieć tak wielu życzliwych znajomych pragnących, aby mogła poczuć świąteczną atmosferę.
Pisarka za pomocą pomysłowej i czasami nieporadnej bohaterki bardzo umiejętnie opisuje dziecięce spojrzenie na świat. W świecie bohaterek Joanny Krzyżanek nie zabraknie również eksperymentów w salonie fryzjerskim, przebieranek, malowanek, a nawet wysypek, ukąszeń, pokłóć, bolesnych prób latania, pieczenia niejadalnych tortów. Opowieści z serii o Cecylce Knedelek tak idealnie wpisują się w dziecięce zabawy, że zapominamy o tym, że mamy do czynienia z dwiema niezwykłymi bohaterkami: dziewczynką i gąską, a nie matką i córką.
Cecylka Knedelek i gąska Walerka mieszkają w Starym Knedelkowie przy ulicy Naleśnikowej 5 i doczekały się wielu opowieści o swoich przygodach. Razem z bardzo pomysłowym zwierzątkiem mającym dziecięce cechy poznajemy dobre maniery, przeżywamy święta, gotujemy, uprawiamy truskawki, przestrzegamy zasad bezpieczeństwa, a także uczymy się udzielać pierwszej pomocy. Opowieści o psotnej gąsce Walerce i jej opiekunce przeplatają cenne informacje na temat tego, w jaki sposób zachować się w razie różnych wypadków oraz co można zrobić, aby ich unikać. Każda książka to inna, ważna tematyka pozwalająca przygotować dzieci na różne sytuacje.
Joanna Krzyżanek tworzy ciepłe opowieści o więzi łączącej bohaterki. Jedna z nich jest starsza, rozsądniejsza, posiada już sporą wiedzę o świecie, a druga nieco naiwna i jeszcze musi się wiele nauczyć. W opowieści o Bożym Narodzeniu naiwność tę doskonale widać, kiedy gąska wszystko, co powie Cecylka traktuje bardzo poważnie. To prowadzi do małego zamieszania, a nam dorosłym pozwala uświadomić sobie, że i nasze pociechy czasami zbyt dosłownie odbierają nasze słowa.
.
Całość wzbogacono interesującymi ilustracjami Zenona Wiewiurki, który doskonale oddaje klimat gęsich przygód. Prosta kreska, ciepła kolorystyka, minimalizm i subtelność rysunków sprawiają, że mają one w sobie coś z dziecięcych prac, ale są bardziej dopracowane. Do tego zawierają spory ładunek emocji, dużą dawkę humoru, dzięki czemu dzieci chętnie przeglądają książkę. Dużym plusem jest tu również duża czcionka, niedługie rozdziały, mądrze rozmieszczony tekst, co zachęca dzieci zarówno do słuchania, jak i samodzielnego czytania. Śliskie strony bardzo dobrze zszyto i oprawiono w solidną kartonową oprawę, dzięki czemu lektura jest trwała i estetyczna. Sporą atrakcją dla młodych czytelników będzie zbiór świątecznych przepisów, które niekoniecznie trzeba wykorzystać tylko w święta. Zdecydowanie polecam!

pokaż więcej

 
2019-01-13 11:08:10
Ma nowego znajomego: Książki_takie_jak_my
 
2019-01-13 11:07:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2019-01-13 11:07:06
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2019-01-13 11:06:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2019-01-13 11:06:48
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
 
2019-01-13 11:04:41
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

„Zamczysko trwało w swoich zaklętych murach, złożonych z nieociosanych głazów i wielkich cegieł. Stało ono na górze niedostępnej, obrośniętej lasem i cierniem. Do zamczyska onego wiodła tylko jedna kręta i wąska droga, pokryta szorstkim kamieniem. Tylko nieliczni ją znali
Wierzchołek góry obrósł zamkiem tak mocno, że nie odróżniłbyś jego tkanki od podłoża. Twierdza wyrastała przez...
„Zamczysko trwało w swoich zaklętych murach, złożonych z nieociosanych głazów i wielkich cegieł. Stało ono na górze niedostępnej, obrośniętej lasem i cierniem. Do zamczyska onego wiodła tylko jedna kręta i wąska droga, pokryta szorstkim kamieniem. Tylko nieliczni ją znali
Wierzchołek góry obrósł zamkiem tak mocno, że nie odróżniłbyś jego tkanki od podłoża. Twierdza wyrastała przez wieki. Nigdy nie zdobyta, rosła w mury i wieże, coraz bardziej roztyta, coraz wyższa i coraz śmielsza. Dokładny plan zamku był nikomu nie znany. Dołem szły kazamaty – lochy nieprzebyte, w których zapomniani więźniowie byli pilnowani przez zapomnianych na powierzchni strażników i torturowani przez katów. Ci ostatni robili, co do nich należało, ba – prześcigali się, który wyrobi wyższą normę, kto sprawi większa torturę.
Nieco wyżej mieszkała służba, nad nimi zaś dwór złożony z króla, jego potomków i wielmożów, mieszkających tu na stałe lub na jakiś czas.
W zamku mieszkało również wojsko, którego zadaniem była obrona zamku i króla. Na jego czele stał rycerz Niegoda, pierwszy do bitki i do wypitki. Póki co, pozostawało mu tylko to drugie, gdyż żaden śmiałek nie ważył się nigdy spróbować uderzyć na tę twierdzę.
W ogromnym zamku zamieszkiwali również wszelkiej maści wróżbici, czarodzieje, szewcy, krawcy, czyściciele, urzędnicy, masarze, kucharze i wielu, wielu innych. W przepastnych korytarzach wijących się w labiryncie, schodach krętych i prostych, wieżach, wieżyczkach, przejściach tajemnych, częściej jednak spotkać można było szczura niźli człowieka. Każdy przypisany do swej roli, trzymał się tego zajadle i starał się nie wyściubiać nosa ze swoich komnat i nor, wszędzie bowiem czyhali rozbójnicy, którzy pod osłoną cieni, którymi zapełniony był zamek, ograbiali, a czasem nawet zabijali nieostrożnych włóczęgów. Innym niebezpieczeństwem była możliwość zagubienia się w nieznanych sobie rejonach zamczyska. Nikt nie znał całego zamku, gdyż ciągle coś dobudowywano, a z braku miejsca pogłębiano lochy lub podwyższano wieże. Niektóre części budowli rozpadały się, na ich miejsce budowano nowe”.
Miejsca, w których mieszkają królowie to piękne i wytworne zamki i pałace z czasem tracące na świetności. Zbyt ciasne i za bardzo zniszczone budowle z czasem trzeba rozbudowywać, porzucać ruiny i przenosić się do nowszych części, przez co obszar zamczyska obfituje w nieużywane obszary pełne tajemnic zabieranych przez wcześniejszych budowniczych lub władców do grobu i w ten sposób wokół dobrze znanych ścieżek powstają tajne przejścia wijące się niczym labirynty łączące różne części i pozwalające na szybkie przemieszczanie się bez pozostawiania świadków. Znajomość tajnych przejść daje władzę, bo pozwala na odkrywanie tajemnic innych mieszkańców zamku oraz kontrolowanie ich strachem.
Wielopokoleniowa siedziba z grubymi murami, niewielkimi oknami, niewystarczająco oświetlona bije chłodem kamieni i poczuciem zagrożenia wynikającego z wiecznie panującego tu półmroku i czyhających niebezpieczeństw. W takich okolicznościach łatwo o zagrożenie, wkradanie się do zamczyska intruzów. Z czasem takie obrastające w mroczne tajemnice wydaje się być pułapką dla jego mieszkańców. Tak właśnie jest z tytułowym zamczyskiem z powieści Agnieszki Korol.
Tytułowe „Zamczysko” pełne jest zawiłych korytarzy, tajemnych przejść, zapomnianych dziedzińców, opuszczonych wież, lochów i królewskich oraz dworskich komnat. W tym niezwykłym, rozrastającym się niemal jak w żywym organizmie miejscu, stajemy się obserwatorami dworskiej intrygi, toczącej się wokół sędziwego króla, który zamiast rządzić coraz częściej śpi.
Rozrośnięta przez wiele pokoleń budowla kryje w sobie wiele tajemnic, w które obrosła wraz z upływającym czasem i rozrastającymi się w ramach murów korytarzami, budynkami, dziedzińcami, opuszczonymi wieżami, przez co tworzy coś na wzór małego miasta pełnego tajemnic, tajnych przejść, spisków, zagrożeń. Na zamkowych korytarzach niemal jak spod ziemi wyłaniają się zbóje napadający dworzan, wojskowych i służbę, a w jego lochach na mieszkańców zamku niecierpliwie czekają kaci chcący przejąć władzę w państwie. W takiej mrocznej i bardzo tajemniczej atmosferze toczy się baśniowa fabuła, której najważniejszym motywem jest pałacowa gra pozorów będąca zaciętym wyścigiem o tron zajmowany przez sędziwego władcę mogącego w każdej chwili go opuścić. Ku zaskoczeniu wszystkich starzec zamiast pogodzić się upływem czasu poślubia młodą niewiastę, o której pochodzeniu nikt nic nie wie. Jedno jest pewne: potrafi ona świetnie manipulować wiekowym królem, dzięki czemu zyskuje coraz bardziej znaczącą pozycję: z ozdoby i towarzyszki zmienia się z prawdziwą królową, od której kaprysów zależą losy wszystkich mieszkańców. Jej celem jest całkowite przejęcie władzy, aby móc ją przekazać swojemu potomstwu. Bezwzględna bohaterka twardo dąży do celu i sięga po wszelkie możliwe sposoby. Jednak walka o tron wcale nie będzie taka łatwa, ponieważ silna królowa ma też sporą ilość rywali i to nie tylko wśród już dorosłych dzieci swojego małżonka, ale także urzędników i wszelkich pracowników zamczyska. Wyścig o tron będzie zawzięty i nie zabraknie ofiar, a zakończenie na pewno zaskoczy każdego czytelnika, ponieważ w książce Agnieszki Korol wszyscy bohaterzy grają i każdy w tej grze walczy o całą władzę. O szczerość w ramach zamczyska bardzo trudno, ale bohaterów będą łączyły wspólne interesy oraz mniej lub bardziej przypadkowe spotkania w labiryncie korytarzy, dziedzińców i komnat.
Agnieszka Korol pod postacią baśniowej fabuły porusza bardzo ważne problemy społeczne, obnaża ludzkie słabości, sposoby na walkę o pozycję w społeczności, pokazuje bohaterów z ich ułomnościami i mnoży zagadki, których rozwiązanie wcale nie będzie takie proste. „Zamczysko” to opowieść o ludziach pragnących władzy, gotowych zrobić wszystko, aby ją osiągnąć, zmieniających się pod wpływem poczucia posiadania choć jej namiastki. Bohaterzy powieści przesiąknięci są żądzą decydowania o losie innych i potrzebą wywyższenia się. Intrygi snute przez powołanych do istnienia przez Agnieszkę Korol bohaterów wydaje się być w pewien sposób tragiczna, bo każdy wybór skończy się dla mieszkańców zamczyska i poddanych władcy zły. Pisarka bardzo umiejętnie stosuje tu chwyt zrzucania „masek” znany ze starożytnych greckich teatrów.
„Zamczysko” to mroczna, baśniowa i wciągająca od pierwszej strony opowieść, od której trudno się oderwać. Piękny obrazowy język w stronie czynnej sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, a snuta przez pisarkę opowieść jest tak subtelna, że może po nią sięgnąć zarówno młodzież jak i dorosły czytelnik. Każdy znajdzie w niej coś cennego dla siebie.

pokaż więcej

 
2019-01-13 10:46:08
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Hanna Bakuła – jedno z bardziej rozpoznawalnych nazwisk. Nie każdy jest w stanie ją przypisać do konkretnych osiągnięć, ale chyba nie ma osoby, która by jej nie kojarzyła. A to z telewizji, a to z radia, wydarzeń kulturowych. Kobieta dość ekscentryczna (ale przecież tacy są właśnie artyści) i jednocześnie bardzo osadzona w świecie minionym, kojarzącym nam się z PRL-em i przemianami... Hanna Bakuła – jedno z bardziej rozpoznawalnych nazwisk. Nie każdy jest w stanie ją przypisać do konkretnych osiągnięć, ale chyba nie ma osoby, która by jej nie kojarzyła. A to z telewizji, a to z radia, wydarzeń kulturowych. Kobieta dość ekscentryczna (ale przecież tacy są właśnie artyści) i jednocześnie bardzo osadzona w świecie minionym, kojarzącym nam się z PRL-em i przemianami ustrojowymi. Absolwentka ASP w Warszawie ma na swoim koncie sporo sukcesów jako malarka, kostiumolożka, scenografka, ale także jako pisarka. W swoim życiu miała epizod „nowojorski”: w 1981 roku zamieszkała na Manhattanie, podbiła tamtejszy świat, zdobyła wiele nagród i osiem lat później wróciła do kraju. Żyła tam szybko, intensywnie, pracowicie, ale też prowadziła bogate życie towarzyskie. Takie jakie kojarzy nam się z artystami. Po powrocie w rodzimej Warszawie związała się z „Playbojem”, „Urodą”, „Dziennikiem Łódzkim” i „Joy”. Projektowała też kostiumy do opery „Carmen”. Poza tą działalnością była także aktywną pisarką. Wydała 22 książki przenoszących czytelników do świata dobrze jej znanego, opowiadających o artystach, a także poradniki astrologiczne, zawierające ankiety stu znanych osób, a także wspomnienia po Agnieszce Osieckiej.
Hanna Bakuła to także osoba bardzo aktywna społecznie. Stworzyła fundację swojego imienia, utworzyła przy niej „Klub Kobiet”, zajmuje się pomocą dzieciom z domów dziecka oraz wraz z przyjaciółmi organizuje dla nich plenery malarsko muzyczne. Wszystko to, co robi ma wpływ na to o czym pisze. Jej książki obfitują w wątki autobiograficzne. Tak jest też w „Obłędzie”.
W powieści poznajemy parę: singielkę i Ottela, czyli Molly, będącą alter ego artystki i jej partnera Docenta, z którym od dziesięciu lat jest w dziwnej relacji, która nie jest ani rozstaniem ani też związkiem, ale takim trwaniem pośrednim obfitującym w rozstania i powroty, awantury, zazdrość zmuszającą do śledzenia każdego kroku ukochanej, prześladowanie jej, wezwania policji, zasypywanie słowami żalu, zazdrości i kwiatami oraz seksu na zgodę. Wszystko to trwa przez dekadę i skończyć trudno, bo kiedy bohaterce już zaczyna się wydawać, że uwolniła się od swojego prześladowcy-adoratora z pomocą przychodzi mu usłużna matka kobiety pragnąca widzieć córkę w roli żony, matki, kury domowej. Molly jednak nie może się na to zgodzić. Jest artystką, duszą wolną, która by i może spędziła resztę życia z Docentem, ale… on jest tak chorobliwie zazdrosny, że w każdej chwili czuje jego oddech na swoich plecach, widzi oskarżycielski wzrok, słyszy słowa pełne zazdrości, urządza dantejskie sceny, a wszystko przez to, że wszędzie widzi zdradę.
Hanna Bakuła w książce „Obłęd. Otello i Singielka” porusza ważny temat i problem, z którym boryka się wiele kobiet: przemoc związana z chorobliwą zazdrością, która niszczy nawet najlepiej zapowiadający się związek. Do tego bohaterka wydaje się cierpieć na syndrom sztokholmski: niby wie, że relacja jest chora, że powinna ją zakończyć, że uwolnienie się od byłego wymaga niedzielenia się z matką szczegółami swojego życia, a jednak jakoś mu tam współczuje i nadal kocha. Po swojemu i pomimo tej przemocy. To sprawia, że dostajemy opowieść lekką, pokazującą Docenta z sympatią, jaką może odczuwać matka do dziecka niepotrafiącego i niechcącego wyfrunąć z rodzinnego gniazda. Do tego od początku dziwnego związku przemoc tak silnie wpisała się w codzienność bohaterki, że nie może bez niej żyć. Z nią także. I tu następuje rozdarcie: chciałaby być w związku i nie chciała, chce wolności i jednocześnie pragnie bliskości, unika byłego, ale jednocześnie nie potrafi zrobić nic, aby go na trwałe usunąć z życia, nie jest w związku, a jednocześnie trwa w relacji ze śledzącym ją Docentem. Wybawienie może być tylko jedno: nowy związek, ale przecież o ten bardzo trudno. Zwłaszcza, kiedy na plecach ciągle czuje się oddech byłego partnera. Hanna Bakuła bardzo dobrze kreśli obraz ofiary przemocy. Bohaterka z jednej strony to osoba niezależna, silna, pragnąca być sławną artystką, obracającą się wśród ludzi tworzących, a z drugiej kobieta słaba, otoczona kokonem zazdrości i niepotrafiąca się z niego uwolnić. Autorka bardzo dobrze pokazuje mechanizmy powstrzymujące kobiety przed odejściem ze związku, w którym jest przemoc. Tu mamy z dość powszechną wersją przemocy psychicznej, do której zaliczamy zazdrość będącą obłędem zarażającym ją i jego. Ją jako ofiarę, jego jako sprawcę niepotrafiącego kontrolować każdego ruchu ukochanej, widzącego wszędzie zdradę. Nawet w przypadku spotkań Molly z przyjaciółkami lub homoseksualnymi przyjaciółmi-artystami.
Hanna Bakuła ma dość specyficzny sposób opowiadania o swoich bohaterach i trzeba w niego wejść, polubić, oswoić się z nim, aby móc swobodnie śledzić to, co ma czytelnikom do powiedzenia artystka. A ma wiele ważnych rzeczy, niesamowicie prawdziwych, dotykających kobiety z każdej sfery. Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Chociaż by po to, by spojrzeć na siebie nieco z boku, znaleźć odniesienie dla swoich obecnych lub przeszłych doświadczeń. Całość wzbogacono prostymi szkicami wprowadzającymi czytelników w tekst, podkreślającymi pewne sprawy.

pokaż więcej

 
2019-01-11 10:45:00
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Wychowałam się w czasach, kiedy wiele rzeczy trzeba było zrobić sobie samemu, dlatego zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po publikacje zachęcające to twórczego podejścia do otoczenia. Dziś jest to nazywane „DIY”, czyli „Do it yourself”, co możemy przetłumaczyć na „zrób to sam”. Ta idea związana z samodzielnym, niekomercyjnym wykonaniem czegoś na własne potrzeby bez pomocy... Wychowałam się w czasach, kiedy wiele rzeczy trzeba było zrobić sobie samemu, dlatego zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po publikacje zachęcające to twórczego podejścia do otoczenia. Dziś jest to nazywane „DIY”, czyli „Do it yourself”, co możemy przetłumaczyć na „zrób to sam”. Ta idea związana z samodzielnym, niekomercyjnym wykonaniem czegoś na własne potrzeby bez pomocy profesjonalistów bardzo często zakłada także przetwarzanie czegoś, z czego już nie korzystamy. W czasach Polski Ludowej była to idea niezwykle żywotna, a młodzi i starsi czytelnicy mieli całe mnóstwo publikacji, w których mogli znaleźć pomysły zarówno na stworzenie pięknych, jak i potrzebnych rzeczy. Często mówiono o tym „coś z niczego”, ale na pewno nie było z niczego, bo materiały do produkcji były potrzebne, ale często bardzo zaskakiwały.

I tak jest w książce Marii Szymańskiej, która korzysta z dość powszechnych pomysłów barwienia, klejenia, domalowywania, wyplatania, dziergania. Autorka zachęca nas do próby tworzenia rzeczy odmiennych, niezwykłych, nietypowych, dostosowanych do nas i naszego poczucia estetyzmu. Znajdziemy tu przepis w jaki sposób zmienić kolory starego swetra, w jaki sposób zrobić go bardziej atrakcyjnym, jak odmienić prostą bluzkę lub koszulę, która nam się znudziła. Nie zabraknie też pomysłów na ozdabianie i personalizację spodni, butów, bluz czy ozdób do włosów oraz bransoletek. Do tego osobiste akcenty mogą wkroczyć także do naszego domu, a wszystko za sprawą przemiany doniczek w optymistyczne buźki, na których widok nie sposób się nie uśmiechnąć. Do tego pomysłowe organizery, ogrody w słoikach, łapacze snów, osłonki na oplątwy, kupki na przybory, ozdoby z opakowań, nietypowe ramki na zdjęcia, zakładki do książek, zawieszki czy stojaki na biżuterię. Do tego znajdziemy tu przepis na balsam do ust, maseczki do twarzy, odżywki do paznokci, odżywki do włosów, kule musujące, sól i żelki do kąpieli. Do tego takie drobiazgi jak brelok do kluczy, własnoręcznie robione czekoladki, kartki świąteczne, organizery na słuchawki, ozdobny papier, piniaty, broszki, kolczyki, roślinne napisy. Na samym końcu nie zabraknie rad dotyczących recyklingu, dzięki czemu czytelnikom będzie łatwiej zadbać o przyrodę.

Całość dopełnia solidna okładka, bardzo dobrze zszyte strony oraz duża ilość zdjęć pokazujących krok po kroku, w jaki sposób wykonać określone rzeczy, dzięki czemu publikacja jest przejrzysta i inspirująca. Myślę, że „DIY. Zrób to sam” to przede wszystkim lektura dla młodzieży, tych, którzy lubią otaczać się własnoręcznie zrobionymi rzeczami oraz osób mających dzieci, którym chcą pokazać, że wiele rzeczy, które klasyfikuje się jako „do wyrzucenia” można przetworzyć i używać ich w nieco innej formie lub znaleźć do nich nowe zastosowanie. Wiele z tych propozycji na pewno świetnie nada się też do terapii, dlatego publikację polecam także terapeutom szukającym inspiracji do zajęć.

pokaż więcej

 
2019-01-10 17:05:06
Ma nowego znajomego: kruczek
 
2019-01-09 20:37:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Niektórzy ludzie usprawiedliwiają swoje porażki mówiąc, że życie rozpieszcza gwiazdy. Czy mają rację? Amy Schumer zabiera nas do swojego pełnego wyzwań świata. Mimo poruszania ważnych i trudnych tematów jej opowieść przepełnia humor oraz spojrzenie na siebie z dystansem. Amerykańska aktorka komediowa, stand-uperka, producentka i scenarzystka krok po kroku opowiada nam o swoim 35 letnim życiu... Niektórzy ludzie usprawiedliwiają swoje porażki mówiąc, że życie rozpieszcza gwiazdy. Czy mają rację? Amy Schumer zabiera nas do swojego pełnego wyzwań świata. Mimo poruszania ważnych i trudnych tematów jej opowieść przepełnia humor oraz spojrzenie na siebie z dystansem. Amerykańska aktorka komediowa, stand-uperka, producentka i scenarzystka krok po kroku opowiada nam o swoim 35 letnim życiu pełnym niespodzianek i prób, a przede wszystkim ciężkiej pracy, upartego dążenia do celu. Stajemy się świadkami jej dziecięcych kompleksów, niewłaściwych relacji rodziców, co kończy się rozpadem ich małżeństwa, próbą ułożenia życia na nowo oraz zmierzenia się z chorobą ojca. Licealne i studenckie sukcesy przeplatają zawody miłosne, wśród których znajdzie się też miejsce na poruszenie tematu gwałtu, wykorzystania seksualnego, przemocy w związku. A wszystko to opowiedziane w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury oraz zmusza do refleksji. Amy pokazuje nam siebie jako zwyczajną dziewczynę z dużą pewnością siebie, a jednocześnie nieśmiałą, dowcipną i zadziorną, a w życiu prywatnym bardzo wrażliwą. Poznamy kulisy jej życia prywatnego oraz show biznesu. Dowiemy się różnych standardach traktowania kobiet i mężczyzn w różnych branżach, odkryjemy za co artyści biorą pieniądze i wejdziemy w świat jej sposobu na tworzenie i przy okazji udamy się w podróż po zakamarkach serialu komediowego „Inside Amy Schumer” oraz jej filmu, w którym zagrała główną rolę własnym filmie „Wykolejona” opowiadającym o jej życiu. Całość jest tak skonstruowana, aby poważne tematy przeplatał humor. Wszystko z dystansem do dawnej siebie, swoich błędów, mankamentów, co sprawia, że widzimy w niej zwyczajną dziewczynę z przedmieść. Niezwykła jest jej pracowitość, upór i sukces, który jest wynikiem mieszanki dwóch pierwszych czynników.
„Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach” Amy Schumer to książka pouczająca. Nie pamiętam, abym czytała kiedykolwiek autobiografię, o której mogłabym powiedzieć coś takiego. Ze względu na dystans do siebie narratorki nie dostrzegamy jej kreowania własnego wizerunku i tylko ona wie, ile z tego, co opisała jest prawdę, ale publikacja sprawia wrażenie bardzo szczerej. Myślę, że to interesująca lektura dla każdej kobiety, ponieważ każda z nas znajdzie tu siebie na różnych etapach swojego życia. Jeśli to, co Wam napisałam jeszcze Was nie zachęca do sięgnięcia po tę książkę zachęcam do zapoznania się z poniższymi cytatami, w których jest sporo prawdy, wiele humoru i pokazuje dystans autorki do siebie oraz świata. To, co bardzo mi się w tej książce podobało to brak żalu do innych za porażki, brak rozpamiętywania, jaka to była pokrzywdzona. Mamy za to spojrzenie typu: „taka wspaniała i silna kobieta, a tak idiotycznie postąpiła”.
„Media społecznościowe są znakomitym narzędziem zarówno dla introwertyków, jak i ludzi przyzwoitych, ponieważ skracają czas między wrażeniem , że ktoś jest super, a uświadomieniem sobie, iż jest dokładnie odwrotnie”.
„Przebywając dłuższy czas w towarzystwie innych osób, trudno jest być kreatywnym”.
„Termin ‘nuworysz’ to eleganckie określenie człowieka zamożnego, który doszedł do wszystkiego własnym wysiłkiem. Który nie odziedziczył majątku po pradziadku. Sam na niego zapracował. Albo kupił los na loterię i wygrał uczciwie. Ja jednak wolę słowo ‘nowobogacki’, ponieważ komunikuje ono: ‘Tak, pochodzę z biedoty i godzę się z tym!’.
Jestem nowobogacka.
Sądzę, że mam szczęście, iż mieszkam w Ameryce – tu, gdzie ludzie traktują kogoś takiego jak ja (prostaczkę) jako osobę z rodowodem sięgającym samego Benjamina Franklina, przez którą przepływają studolarówki. W Anglii dorobkiewicze nie wzbudzają aż takiego entuzjazmu, uważa się ich za ordynarnych. Natomiast w Ameryce nowobogaccy są celebrytami znacznie bardzie niż ‘starobogaccy’, ponieważ doszli do czegoś sami, w taki czy inny sposób”.
„W szkole byliśmy do tego zachęcani, czasem jednak – gdy faktycznie formułowaliśmy jakieś pytania – oskarżano nas, że jesteśmy niegrzeczni albo prowokacyjni. Ponieważ zakończyłam już edukację i nie grozi mi wędrówka korytarzem do gabinetu dyrektora, zadaję takie, kurwa, pytania, jakie tylko chcę. Całkiem fajne uczucie. Nie tylko fajne, ale i też, powiedziałabym, kobiece”.
„Często idealizuje się osoby specjalnej troski, widząc w nich istoty niewinne, a jednak jakimś sposobem pełne mądrości, które uczą nas pokory i pozwalają nam stać się lepszymi ludźmi. Ale po pierwsze nie da się być mądrym i niewinnym jednocześnie”.
„Dopiero niedawno zdołałam przełamać paradygmat wiązania się z facetami, którzy rzucają hasła w rodzaju ‘tylko ty jedna mnie rozumiesz’. Z kimś takim nie należy się wiązać. Nie jest bowiem dziełem przypadku, że gostka nikt nie lubi – ani jego rodzina, ani przyjaciele, ani nawet pies”.
„Wykorzystanie seksualne jest czymś tak powszechnym, iż prowadzi się całe kampanie społeczne , aby nauczyć chłopców i młodych mężczyzn, co to znaczy uzyskać zgodę partnerki”.
„Sympatii, popularności ani czyjegoś uczucia nie da się kupi ani ukraść; trzeba na nie zasłużyć w bardzo staroświecki sposób”.
„Jako szefowa nauczyłam się (między innymi) mieć względem ludzi wysokie, lecz realistyczne oczekiwania. Nie należy wymagać os kogoś, żeby pracował ponad swoje możliwości. Jeśli zatrudniłeś człowieka o uzdolnieniach matematycznych typowych dla głazu narzutowego, a potem ów człowiek wyżera ci wszystkie hot dogi i w dodatku nie wie, jak wydać resztę, spróbuj się chwilę zastanowić, gdzie mógłby zabłysnąć, i pozwól mu się w tej dziedzinie wyróżnić”.
„Nie ma nic lepszego, niż być swoim własnym szefem, sterem, żeglarzem, okrętem. Choć właściwie jest: wcale nie musieć pracować. Tak byłoby o wiele lepiej. Na przestrzeni lat wykonywałam mnóstwo różnych zajęć i doznałam wielu jedynych w swoim rodzaju upokorzeń, które były z nimi związane”.
„Aby mieć poczucie własnej wartości, nie potrzebujecie pomocy mężczyzny, chłopaka czy samozwańczego eksperta od tych spraw. Wasza siła spoczywa w was samych, płynie z tego, kim jesteście i co robicie! Darujcie sobie cały ten zgiełk, nieustanny szum gdzieś w tle, który mówi wam, czy jesteście odpowiednio dobre, czy nie. Potrzebujecie tylko siebie, swoich przyjaciół i rodziny. A wówczas, o ile tego zapragniecie, znajdzie się odpowiednia osoba – taka, która dostrzeże w was siłę i piękno, która je uszanuje”.

pokaż więcej

 
2019-01-08 12:24:38
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Mediatorka (tom 2)

Marta Kołodziej, rozwiedziona trzydziestoparolatka z dwójką dzieci i fatalnymi relacjami z własnymi rodzicami przekonuje się, że nikt tak nie komplikuje życia jak bliscy. Były mąż ciągle pojawia się na horyzoncie jej życia, a wszystko przez to, że łączą ich córki stał się pupilkiem matki bohaterki. Rodzicielka oskarża Martę o niezaradność, rozpad małżeństwa, niezdecydowanie, brak umiejętności... Marta Kołodziej, rozwiedziona trzydziestoparolatka z dwójką dzieci i fatalnymi relacjami z własnymi rodzicami przekonuje się, że nikt tak nie komplikuje życia jak bliscy. Były mąż ciągle pojawia się na horyzoncie jej życia, a wszystko przez to, że łączą ich córki stał się pupilkiem matki bohaterki. Rodzicielka oskarża Martę o niezaradność, rozpad małżeństwa, niezdecydowanie, brak umiejętności panowania nad rodziną, złe wychowanie pociech i każdy kataklizm przytrafiający się młodej kobiecie. Jedyne, co wiąże te dwie kobiety to kilkuletnie dzieci, do których Marta potrzebuje opieki, kiedy jest w pracy. Oczywiście otrzymuje pomoc od matki, ale zawsze jest ona okraszona wyrzutami i docinkami pod adresem rozwiedzionej córki, która śmiała porzucić ukochanego zięcia. Wtedy zawsze rodziło się we mnie pytanie: czy nie łatwiej byłoby zatrudnić kogoś obcego do pomocy? Niestety nie łatwiej, ponieważ samotna kobieta samodzielnie utrzymująca rodzinę wykonująca wolny zawód nie ma łatwego życia.
Kiedy poznajemy Martę pracuje nad kilkoma sprawami i ulega wypadkowi, a raczej ktoś specjalnie w nią wjechał. Kobieta niestety nie widziała sprawcy wypadku. Świadkowie podpowiadają jej, że był to jej były mąż, z którym za parę dni mają wyjechać na wakacje jej córki. Bohaterka stara się zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do wyjazdu, ale matka przekonuje ją, aby pozwoliła dziewczynką jechać.
„Byłam świetnym mediatorem, a wypracowane przez lata mechanizmy obronne – niespotykany wręcz dystans do brutalności, agresji czy dziwactw – pozwalały mi wykonywać tę trudną pracę i się nią cieszyć. Lecz mnie samej nic nie dały. Niczego nie nauczyły, nic nie zmieniły i przed niczym nie uchroniły. Uświadomiłam sobie, że osobista mediacja dopiero przede mną”.
Marta to bohaterka pokonana, osnuta kokonem rodzinnych intryg i tajemnic, szukająca przyczyny swoich niepowodzeń gdzieś w przeszłości, dzieciństwie, w którym nie zaznała miłości tylko krytykę. W „Mediatorce” ciągle pochyla się ona nad relacjami z matką i zastanawia się jaki miały one na nią wpływ. Czy aby na pewno tu tkwi problem? „Lekarstwo na żal” zabiera nas w nieco inny klimat relacji: widzimy te dwie kobiety w dobrych relacjach i ciągle nie możemy zrozumieć jak to się stało, że nastąpiła tak duża przemiana. Mimo tego w życiu Marty ciągle dzieją się dziwne rzeczy. Przeszłość wydaje się ją ścigać. Ale czy to przeszłość czy może ona sama?
„Wygodnie jest doszukiwać się przyczyny swoich niepowodzeń w przeszłości i innych obarczać winą za własne niedoskonałości. Taki przywilej mają tylko osoby bardzo młode, które nie uzbierały jeszcze własnych doświadczeń, bo nie było ku temu okazji”.
Cykl „Mediatorka” to przede wszystkim opowieść o marzeniach, rozwiązywaniu zawiłych zagadek z przeszłości, poszukiwania własnej drogi, weryfikowania oczekiwań od życia. Widzimy w nim bohaterkę niepewną, z niskim poczuciem wartości zmieniającą się w kobietę stanowczą, doskonale wiedzącą dokąd zmierza, dostrzegamy jak manipulacja bliskich wpływa na postrzeganie świata przez bohaterkę.
„Każdy z nas wiele razy weryfikuje swoje oczekiwania – odpowiedziałam wymijająco. – Żyjemy marzeniami, pragnieniami, a one zawsze są piękniejsze niż rzeczywistość. Dlatego gdy marzenie się ziści, pojawia się rozczarowanie. To częsty paradoks”.
Jeśli myślicie, że to wyłącznie opowieść wyłącznie o relacjach między matką i dorosłą córką to jesteście w błędzie. „Mediatorka” to cykl o przemianach, otwieraniu się, zaskakiwaniu samej siebie oraz miłości, małych i dużych szaleństwach, umiejętności wybaczania oraz szczypcie szaleństwa, które sprawia, że życie nie jest nudne.
„Lekarstwo na żal nosimy w sobie, w swoim sercu. Sama dla siebie jest pani zabójcą i uzdrowicielem, wybór, którego dokonujemy, też należy do nas”.
To jak będzie wyglądało dalsze życie bohaterki zależy tylko od niej, od tego czy otworzy się na wyjaśnienie tajemnic z przeszłości. A my przy okazji dowiemy się jak bardzo czasami bywają nasze przekonania, przeświadczenia, jak bliscy wpływają na to, w jaki sposób postrzegamy świat. W prostej rodzinnej opowieści nie zabraknie wątku szpiegowskiego, pościgów, dalekich podróży, egzotycznych wakacji, ataków mafii, tajemniczych telefonów. Wszystko to urozmaicają jeszcze prowadzone przez Martę sprawy oraz atrakcje serwowane przez Stowarzyszenie Mediatorów. Ewa Zdunek serwuje nam szybką, trzymającą w napięciu akcję, która czasami przywodziła mi na myśl telenowele, a wszystko przez piętrzące się intrygi i tajemnice, których rozwiązanie znajdziemy w tomie „Lekarstwo na żal”. Cykl „Mediatorka” to bardzo przyjemna i - mimo trudnych tematów – pełna humoru lektura, w której pisarka krzyżuje losy bohaterów z niesamowicie różnymi problemami.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1981 1535 27500
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (562)

Ulubieni autorzy (397)
Lista ulubionych autorów
Ulubieni tłumacze (6)
Lista ulubionych tłumaczy
Ulubione cytaty (82)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd