BookishMadeleine 
readwithpassion.it27.pl
status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Teraz czytam
  • Aberrations. Bestia się budzi
    Aberrations. Bestia się budzi
    Autor:
    Pierwszy tom nowej serii Josepha Delaneya. Mrożąca krew w żyłach walka ludzi z rozprzestrzeniającym się złem w hrabstwie Lancashire, miejscu akcji "Kronik Wardstone". Sprytek nie pamięta cz...
    czytelników: 29 | opinie: 4 | ocena: 7,33 (6 głosów)
  • A Reaper at the Gates
    A Reaper at the Gates
    Autor:
    The highly anticipated third book in Sabaa Tahir’s New York Times bestselling EMBER QUARTET. Beyond the Empire and within it, the threat of war looms ever larger. The Blood Shrike, Helene Aquilla, i...
    czytelników: 118 | opinie: 0 | ocena: 9 (1 głos)
  • Idiota
    Idiota
    Autor:
    Oto powieść, z utworów Dostojewskiego kto wie czy nie największa, na pewno zaś najgłębiej badająca mroczne tajniki duszy, a zarazem wzywająca do wytrwania w poszukiwaniu piękna jej wnętrza, chrześcij...
    czytelników: 14268 | opinie: 305 | ocena: 8,1 (4768 głosów) | inne wydania: 18
  • Love line
    Love line
    Autor:
    „Gdy spotkasz kogoś, w kim mógłbyś się zakochać, wiesz o tym od razu” Matthew Hansen - przystojny młody psycholog - doradza kobietom, jak zbudować satysfakcjonujący je związek i nie pozwolić sobą man...
    czytelników: 1230 | opinie: 94 | ocena: 6,97 (369 głosów)
  • Roziskrzone noce
    Roziskrzone noce
    Autor:
    Płomienny romans w pełnych przepychu pałacowych wnętrzach. Matka Penny wychodzi za mąż za hrabiego Frederika, bogatego i wpływowego właściciela wspaniałego pałacu w Danii, nad samym brzegiem morza. D...
    czytelników: 224 | opinie: 3 | ocena: 5,25 (8 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-12 20:43:56
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Roziskrzone noce (tom 1)
 
2018-10-01 20:10:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Księga wszystkich dusz (tom 1)
 
2018-09-30 13:12:21
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Aberrations (tom 1)
 
2018-09-30 10:34:44
Cykl: Ash Princess Trilogy (tom 1)

Macie tak czasami, że po przeczytaniu opisu jakiejś powieści od razu jesteście pewni, że po prostu musicie ją poznać? Mnie takie uczucie dopada stosunkowo rzadko, a przy tym parę razy zdarzyło mi się już rozczarować, kiedy powieść (według skrótu fabuły umieszczonego na okładce), wydawała się być napisana idealnie pod mój gust, a niestety później okazało się, jak bardzo się w tej początkowej... Macie tak czasami, że po przeczytaniu opisu jakiejś powieści od razu jesteście pewni, że po prostu musicie ją poznać? Mnie takie uczucie dopada stosunkowo rzadko, a przy tym parę razy zdarzyło mi się już rozczarować, kiedy powieść (według skrótu fabuły umieszczonego na okładce), wydawała się być napisana idealnie pod mój gust, a niestety później okazało się, jak bardzo się w tej początkowej ocenie pomyliłam. Ostatnio taka pewność towarzyszyła mi w trakcie czytania opisu „Księżniczki Popiołu”. Zawierał on dokładnie to, co uwielbiam w opowieściach: monarchię, walkę o kraj i zapowiedź silnej, charyzmatycznej bohaterki. Bez wahania zdecydowałam się dać szansę tej historii. Jak było tym razem? Czy znowu się rozczarowałam?

ZDECYDOWANIE NIE! „Księżniczka Popiołu” porwała mnie od pierwszej strony i sprawiła, że na parę godzin byłam całkowicie wykluczona z normalnego funkcjonowania. Ta historia niemal pod każdym aspektem idealnie trafiła w mój gust czytelniczy. Było w niej to, co cenię w książkach tego gatunku i co sprawia, że z tak wielką przyjemnością po nie sięgam. Już przedstawiam Wam wszystko po kolei.

Przede wszystkim jedną z największych zalet „Księżniczki Popiołu” jest fabuła. Mimo że teoretycznie szybkość następowania po sobie kolejnych wydarzeń nie jest zawrotna, to akcja angażuje stuprocentowo. W dużym stopniu jest to zasługa tego, że w trakcie czytania tej powieści niczego nie możemy być pewni. Autorka stworzyła tak rozległą sieć intryg, dworskich gierek i manipulacji, że momentami naprawdę trudno było określić, co jest prawdą, a co tylko złudzeniem pokazywanym dla osiągnięcia własnych celów. Oprócz tego mamy do czynienia z ogromną ilością zwrotów akcji, które zaskakują w najmniej oczekiwanych momentach. Sprawiło to, że całą powieść pochłonęłam niemal jednym tchem w kilka godzin, bo nie byłam w stanie odłożyć jej na bok.

Kolejnym aspektem, który całkowicie przypadł mi do gustu, był sposób wykreowania głównej bohaterki. Przyznaję, na samym początku miałam pewne obawy w stosunku do Theo, ale bardzo szybko zostałam ich pozbawiona. Autorka przedstawiła ją bardzo wiarygodnie – dziewczyna oprócz zalet posiada też kilka wad, których jest świadoma i które stara się zwalczać na kartach tej powieści. Uwielbiam postacie, w które jestem w stanie uwierzyć, zrozumieć tok myślenia i nękające ich wątpliwości. W przypadku naszej księżniczki właśnie taka sytuacja miała miejsce. Szybko polubiłam tę bohaterkę, a obserwując stopniowo dokonującą się w niej przemianę zaczęłam mieć o niej jeszcze lepsze zdanie. Theodosia jest osobą o mocnym charakterze, wykształconym przez okrutne wydarzenia, jakie miały miejsce w jej przeszłości. Kiedy czara goryczy się przelewa i dziewczyna zaczyna działać, stara się zrobić wszystko dla dobra swojego ludu, często kosztem własnych pragnień.

„Księżniczka Popiołu” dobrze wypada również pod kątem postaci drugoplanowych. W tej powieści mamy do czynienia z gamą różnorodnych osób, z których każdy jest pod jakimś względem wyjątkowy. Oczywiście, oprócz bohaterów pozytywnych pojawia się mnóstwo innych, w stosunku do których szybko zaczyna się czuć nienawiść. Wszystkim im trzeba jednak oddać to, że są świetnie wykreowani. Cechują się złożoną psychiką i do końca nigdy nie wiadomo, jakie są ich prawdziwe cele. Przez cały czas poznawania tej historii nie byłam pewna, kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto przyjacielem i w przypadku niektórych osób wątpliwości towarzyszyły mi aż do samego końca.

Styl Laury Sebastian jest bardzo przystępny i dodatkowo potęguje to, że przez tę powieść się po prostu mknie. Mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową z perspektywy Theo, więc wszystkie wydarzenia obserwujemy jej oczami. Moim zdaniem ten zabieg ogromnie pasuje do tej historii i sprawia, że znacznie bardziej możemy się zżyć z tą bohaterką. Ja tak wciągnęłam się w fabułę, że nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam już do zakończenia. Pojawiło się ono w takim momencie, że od razu miałam ochotę sięgnąć po kontynuację i dowiedzieć się, jak akcja potoczy się dalej. Nie mogę doczekać się kolejnego tomu i mam nadzieję, że jak najszybciej pojawi się okazja, aby go przeczytać.

Wspomnę jeszcze o jednym elemencie. W „Księżniczce Popiołu” pojawiają się określenia zapożyczone z języka niemieckiego, jak i jedno przekształcone z rosyjskiego. Cesarz na przykład nazwany jest kaiserem, cesarzowa kaiseriną, a książę to prinz. Zdaję sobie sprawę, że niektórym osobom może taki zabieg przeszkadzać, ale muszę powiedzieć, że mnie nawet przypadło to do gustu. Może częściowo dlatego, że nie mam nic przeciwko tym językom, ale przede wszystkim stanowiło to aspekt, który stosunkowo rzadko spotykam w powieściach. W żaden sposób mnie to nie irytowało – wręcz przeciwnie – często powodowało lekki uśmiech na mojej twarzy.

„Księżniczka Popiołu” znacznie przebiła wszystkie moje oczekiwania. To powieść pełna intryg i manipulacji, z wartką, wciągającą akcją i charyzmatycznymi bohaterami. Mnie ogromnie przypadła do gustu i sprawiła, że zakochałam się w tej historii i już nie mogę się doczekać, żeby poznać dalsze losy tych postaci <3 Zdecydowanie polecam, moim zdaniem jest to jedna z najlepszych powieści młodzieżowych fantasy, jakie pojawiły się w Polsce w tym roku. Koniecznie sięgnijcie po nią, jeśli lubicie takie klimaty, bo jest spore prawdopodobieństwo, że również będziecie zachwyceni 🙂

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-09-19 09:53:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Przeczytane 2018
 
2018-09-18 12:21:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-09-10 21:22:30
Autor:
Cykl: Okrutny książę (tom 1)

„Okrutny Książę” – w oryginale „The Cruel Prince” – już od wielu miesięcy znajdował się na mojej liście powieści, które koniecznie muszę przeczytać. Nasłuchałam się o tej książce tyle ogromnie pozytywnych opinii, iż byłam całkowicie przekonana, że przypadnie mi do gustu. Już miałam zamawiać swój egzemplarz po angielsku, gdy dowiedziałam się, że ten wyczekiwany przeze mnie tytuł zostanie wydany... „Okrutny Książę” – w oryginale „The Cruel Prince” – już od wielu miesięcy znajdował się na mojej liście powieści, które koniecznie muszę przeczytać. Nasłuchałam się o tej książce tyle ogromnie pozytywnych opinii, iż byłam całkowicie przekonana, że przypadnie mi do gustu. Już miałam zamawiać swój egzemplarz po angielsku, gdy dowiedziałam się, że ten wyczekiwany przeze mnie tytuł zostanie wydany w Polsce! Z niecierpliwością czekałam na chwilę, kiedy będę mogła zacząć lekturę, a dzięki wydawnictwu Jaguar udało mi się sięgnąć po historię stworzoną przez Holly Black ponad tydzień przed oficjalną premierą. Dziś mam więc dla Was parę słów o tej powieści, jednak ta opinia będzie miała nieco inny wydźwięk, niż się tego spodziewałam przed jej przeczytaniem.

Na początku muszę zaznaczyć, że nie będzie do końca pozytywnie. „Okrutny Książę” okazał się bowiem trochę inną książką, niż to na początku zakładałam i zdecydowanie nie porwał mnie aż tak, jak grono czytelników za granicą. Generalnie jest to dobra powieść, ale w moim odczuciu znacznie bliżej jej do miana średniej niż wybitnej. Czytając ją trochę się rozczarowałam, bo liczyłam na opowieść, od której nie będę mogła się oderwać i którą będę pochłaniać z szeroko otwartymi oczami i poczuciem ciągłej ekscytacji. Niestety, tak świetnie nie było.

Już na samym początku poczułam, że tempo następowania po sobie kolejnych zdarzeń nie będzie w tej historii zawrotne. Moje przypuszczenia szybko się sprawdziły. Przez pierwsze 100-150 stron bieg akcji jest spokojny, nie mamy do czynienia z żadnymi przełomowymi momentami czy nagłymi, trudnymi do przewidzenia sytuacjami. Stopniowo poznajemy bohaterów i przez długi czas obserwujemy ich wzajemne relacje. Taki zabieg miał pewnie na celu lepsze wprowadzenie czytelnika do historii, ale moim zdaniem trwało to wszystko nieco za długo. Fabuła nie trzymała w napięciu praktycznie w ogóle – nie miałam problemu z odłożeniem książki na bok i pozostawieniem jej na dłuższy czas. Więcej bardziej emocjonujących wydarzeń pojawiło się dopiero w drugiej połowie powieści i wtedy faktycznie poczułam jakiś dreszczyk emocji, ale było to stanowczo za mało.

W swojej powieści Holly Black kreuje zupełnie nowy świat, w którym w sąsiedztwie krainy ludzi żyją elfy. Liczyłam, że autorka stworzy coś zupełnie innego, z czym nigdy wcześnie się nie spotkałam i w nielicznych momentach faktycznie tak było. Miejsce akcji powieści miało w moim odczuciu ogromny potencjał, który nie został przez autorkę zrealizowany. Okazuje się, że po przeczytaniu całości o prawach nim rządzących ciągle wiemy mało. Informacje na temat charakterystycznych elementów tego świata pojawiały się tylko w sytuacjach, które tego przymusowo wymagały. Niczego więcej niestety nie zaobserwowałam. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że autorka nadrobi to w kolejnym tomie tej historii.

Główna bohaterka „Okrutnego Księcia” i tym samym narratorka tej opowieści – Jude – nie trafiła do grona lubianych przeze mnie postaci. Przez całą powieść miałam z nią problem. Wydawała mi się trochę nierzeczywista i w żaden sposób nie potrafiłam się z nią zżyć. Nie do końca trafił do mnie jej sposób myślenia, a wiele decyzji, które podejmowała (szczególnie przez pierwszą połowę książki, bo później było już lepiej) było mało racjonalnych i czasami pozbawionych sensu. Na szczęście im bliżej zakończenia lektury, tym bardziej sytuacja ulegała poprawie. Na samym końcu tej bohaterce udało się mnie nieźle zaskoczyć, więc mam podstawy sądzić, że w kolejnym tomie może ona ulec pozytywnej zmianie.

Wśród postaci drugoplanowych moją szczególną uwagę przyciągnął tytułowy okrutny książę, czyli Cardan. Zaintrygował mnie głównie dlatego, że jego postępowanie było nieoczywiste i trudne do przewidzenia, podobnie, jak sposób myślenia. Bardzo lubię czytać o takich złożonych osobach, które mają swoje zdanie i własną metodę postrzegania świata. Zawsze ciągnie mnie też do dobrze wykreowanych negatywnych bohaterów (czy to powinno się leczyć?) i tym razem było tak samo. Cardan – mimo swojej zdecydowanie nieprzyjaznej osobowości – był najbardziej charyzmatyczną postacią z całego grona wykreowanego przez Holly Black i szybko stał się moim ulubieńcem. To właśnie on jest jednym z głównych powodów, dla których planuję sięgnąć po kontynuację tej historii.

Drugim takim aspektem jest zakończenie „Okrutnego Księcia”. O ile przez większość czasu wydarzenia mnie nie porwały, to uległo to diametralnej zmianie w końcówce tej powieści. Zupełnie nie udało mi się przewidzieć tego, co się zdarzyło i przez to ta książka trochę się zrehabilitowała w moich oczach. Spotkało mnie tam spore pozytywne zaskoczenie, które sprawiło, że już nie mogę doczekać się, żeby poznać dalszy ciąg tej historii. Mam nadzieję, że dalej będzie ona właśnie na takim poziomie, jak zakończenie tego tomu.

Jak widzicie, „Okrutny Książę” nie wywołał u mnie bezgranicznego zachwytu. Po tylu pozytywnych opiniach spodziewałam się czegoś naprawdę genialnego i zdecydowanie nie podzielam opinii nazywających tę książkę niezwykłą i porywającą. W moim odczuciu była ona średnią młodzieżówką utrzymaną w klimacie fantasy, z niebudzącą sympatii bohaterką i mało wciągającą – przez większość czasu – fabułą. Najlepszym jej aspektem okazał się Cardan i zakończenie, które daje nadzieję na interesujący bieg wydarzeń w kontynuacji. Po tym, co się wydarzyło, jestem jej bardzo ciekawa i na pewno przeczytam, kiedy tylko się ukaże.

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-09-06 22:31:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 7/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018
Autor:

"Krótką historię sztuki" zamówiłam głównie z myślą o egzaminie maturalnym, na którym można wylosować zestaw zawierający obraz lub inne dzieło. Z uwagi na to, że interpretacja tego typu sztuki nie do końca mi zawsze dobrze wychodzi, liczyłam, że ta książka trochę rozjaśni mi pewne aspekty i ułatwi poruszanie się wśród tej tematyki w przyszłości. Okazało się, że ta decyzja była strzałem w... "Krótką historię sztuki" zamówiłam głównie z myślą o egzaminie maturalnym, na którym można wylosować zestaw zawierający obraz lub inne dzieło. Z uwagi na to, że interpretacja tego typu sztuki nie do końca mi zawsze dobrze wychodzi, liczyłam, że ta książka trochę rozjaśni mi pewne aspekty i ułatwi poruszanie się wśród tej tematyki w przyszłości. Okazało się, że ta decyzja była strzałem w dziesiątkę.

"Krótka historia sztuki" dzieli się na cztery części. W pierwszej z nich, zatytułowanej "Kierunki" pojawia się przegląd wszystkich znanych kierunków w sztuce od prehistorii aż to współczesność. Oprócz bardziej znanych, jak renesans czy barok, pojawiają się również takie, z którymi spotkałam po raz pierwszy w życiu (mówię na przykład o manieryzmie i suprematyzmie). Przy każdym z nich wymieniono wybitnych przedstawicieli, opisano historię nurtu i jego charakterystyczne elementy oraz przedstawiono jeden przykładowy obraz.

Parę stron dalej, w części opisanej jako "Dzieła" omówione zostały po kolei najbardziej znane i cenione obrazy, umieszczone w porządku chronologicznym według daty powstania. Oprócz słynnej "Mona Lisy" czy "Dziewczyny z perłą", jest tu też kilka dzieł, których za pierwszym razem nie rozpoznałam, co spowodowało, że z ciekawością zagłębiłam się w umieszczony opis, aby dowiedzieć się, jakie były okoliczności ich powstania. Pomógł on mi też właściwie zinterpretować to, co przedstawia dany obraz i przekonał, że czasami naprawdę warto zwrócić uwagę na pozornie nic nieznaczące szczegóły. W kolejnych rozdziałach są pokazane kolejno tematy i techniki, które posłużyły artystom do stworzenia ich dzieł. O istnieniu sporej części z nich nie zdawałam sobie dotychczas sprawy, a w przypadku niektórych tylko kojarzyłam nazwę, nie wiedząc dokładnie, z czym się ona wiąże. Autorka zwięźle wyjaśniła wszystkie niejasności, dzięki czemu poznałam ogromną ilość przydatnych informacji.

"Krótka historia sztuki" jest napisana bardzo przystępnym językiem, prostym do zrozumienia nawet dla osób, które o dziełach i ich tworzeniu wiedzą mało. Ta książka stanowi swego rodzaju kompendium podstawowej wiedzy w zakresie sztuki i zawiera wiadomości, które mogą zainteresować czytelnika w każdym wieku. Warto w nią się zaopatrzyć chociażby dlatego, że wypada choć troszeczkę orientować się w najsłynniejszych obrazach i ich twórcach, znanych na całym świecie :)

Publikacja stworzona przez Susie Hodge ma bardzo przejrzystą i przyjemną dla oczu oprawę graficzną. Informacje zostały rozplanowane na każdej stronie w przemyślany sposób, przez co w trakcie przeglądania kolejnych kartek nie ma się wrażenia natłoku treści. Oczywiście, wszystko dopełniają fotografie dzieł sztuki w dobrej jakości, niekiedy obejmujące nawet dwie sąsiadujące strony. Cała książka ma rozmiar przybliżony do wielkości zwykłego zeszytu A5, więc bez większego problemu można ją nosić ze sobą w razie potrzeby.

"Krótka historia sztuki" całkowicie spełniła moje oczekiwania. Mimo małej objętości, książka Susie Hodge zawiera ogrom informacji, które są naprawdę interesujące i sprawiają, że coraz bardziej ma się ochotę zgłębiać temat sztuki. W moim odczuciu idealnie sprawdzi się jako przewodnik po znanych obrazach nie tylko dla osób w nich niezorientowanych, ale dzięki bogactwu różnorodnych treści może spodobać się też tym, którzy wiedzą w tym aspekcie trochę więcej. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem tej książki, to szczerze mogę Wam ją polecić - szczególnie, jeśli pragniecie zdobyć przydatną wiedzę w dziedzinie sztuki. Ja na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę przed majem, żeby przypomnieć sobie najważniejsze elementy, które mogą mi się przydać podczas matur :)

pokaż więcej

 
2018-08-28 12:34:09
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-08-28 12:33:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 9/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018
Autor:

„Wojna i pokój” Lwa Tołstoja „chodziła” za mną już od mojego pierwszego spotkania z literaturą rosyjską. Ze wszystkich stron słyszałam, że tę powieść po prostu trzeba poznać i szybko zapragnęłam to zrobić. Niestety, jak to często bywa, ciągle brakowało mi czasu, żeby po nią sięgnąć i z tego powodu z zabraniem się za nią musiałam poczekać do wakacji. W zeszłym miesiącu nareszcie zaczęłam... „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja „chodziła” za mną już od mojego pierwszego spotkania z literaturą rosyjską. Ze wszystkich stron słyszałam, że tę powieść po prostu trzeba poznać i szybko zapragnęłam to zrobić. Niestety, jak to często bywa, ciągle brakowało mi czasu, żeby po nią sięgnąć i z tego powodu z zabraniem się za nią musiałam poczekać do wakacji. W zeszłym miesiącu nareszcie zaczęłam pierwszy tom, dodatkowo zmobilizowana pięknym wydaniem, które pojawiło się ostatnio na naszym rynku czytelniczym. Coś tak genialnie wyglądającego musi mieć przecież równie imponujące wnętrze, prawda?

Akcja „Wojny i pokoju” toczy się w trakcie trwania wojny Rosji z Napoleonem. Głównymi bohaterami są przedstawiciele rosyjskiej arystokracji, obserwujemy więc różne bale i spotkania, pełne intryg oraz miłosnych zawirowań. Wroga armia jednak z każdym miesiącem zbliża się coraz bardziej do granic kraju, więc i życie wszystkich postaci ulega dużej zmianie. Te parę zdań w pigułce opowiada, czego można się spodziewać na kartach tej powieści. Oczywiście, wszystko to jest w ogromnym skrócie, bo nie sposób ogólnie opowiedzieć o tej historii z uwagi na mnogość różnych wątków.

Już od pierwszych stron byłam pod wrażeniem stylu pisania Tołstoja. Przy lekturze „Anny Kareniny” też zauważyłam, że czyta się go bardzo przyjemnie i lekko, jednak tutaj pobił wszystkie moje oczekiwanie. Sposób, w jaki została napisana „Wojna i pokój” jest po prostu genialny i całkowicie nie do podrobienia. Autor z taką płynnością przeplata ze sobą kolejne wątki i wydarzenia, mimo ich zawiłości czyniąc tę powieść bardzo przystępną dla czytelnika. W dużej mierze to właśnie zasługa stylu autora, że tak szybko udało mi się wciągnąć w fabułę i w wielu momentach miałam problem z odłożeniem tej książki na bok.

Historia, którą obserwujemy, angażuje niemiłosiernie również za sprawą bogactwa różnorodnych bohaterów. Tołstoj kreuje tutaj multum postaci, wśród których każdy może znaleźć swojego ulubieńca. Wraz z biegiem kolejnych wydarzeń autor rozbudowuje ich portrety psychologiczne i pokazuje, jaki wpływ wywierają na nich różne przeżycia z przeszłości. Wszyscy oni są niezwykle barwni, szczegółowo przedstawieni i wywołują u czytelnika konkretne uczucia. Nawet nie zauważyłam, kiedy się z nimi zżyłam i prawdziwie cierpiałam, kiedy żegnałam się z niektórymi. Oczywiście, przy tak wielkiej ilości bohaterów pojawiły się też osoby, do których nie zapałałam sympatią, ale wydaje mi się, że wynika to w dużym stopniu ze sposobu przedstawienia ich przez autora (mam przeczucie, ze Tołstoj chciał, aby czytelnik nie do końca wszystkich lubił).

Dzięki tak szerokiej gamie różnych postaci ilość wątków, jakie poznajemy w tej historii również jest niebywała. Tołstoj pisze o wszystkim: mamy do czynienia zarówno z aspektami obyczajowymi życia mieszkańców Rosji, ich relacjami towarzyskimi i miłosnymi, jak i z historycznymi elementami dotyczącymi wojen napoleońskich. W „Wojnie i pokoju” każdy znajdzie coś dla siebie. Tą książką mogą się zachwycać wszyscy, niezależnie od płci czy preferowanego gatunku literackiego. Także w moim odczuciu jest to powieść, którą po prostu trzeba poznać! Przy czym wszystkie obawy dotyczące gabarytów tej książki są kompletnie nieuzasadnione. Przez tę historię niemal się płynie i mijające strony są całkowicie nieodczuwalne (a jest ich przecież sporo – razem około 1600 ?? ).

Ja poznawałam tę historię w najnowszych pięknych wydaniach od wydawnictwa Zysk i S-ka, na które składają się dwie książki – Tomy I i II oraz Tomy III i IV. W pierwszej połowie zupełnie się zakochałam. Nie mogłam oderwać się od lektury i całkowicie pochłonęły mnie losy bohaterów. Oprócz wątków obyczajowych była też spora dawka elementów wojennych, ale została idealnie wyważona, dzięki czemu początkowe dwa tomy czytało mi się wspaniale i to w niemal ekspresowym tempie. Kiedy jednak dotarłam do części trzeciej, moja ekscytacja nieco opadła. Dalej miło spędzałam czas przy lekturze, ale przez to, że praktycznie cały ten tom jest poświęcony prawie tylko i wyłącznie działaniom wojennym, to nie fascynował mnie już w takim stopniu, jak dwa poprzednie. Odniosłam wrażenie, że tytułowej wojny było jednak trochę za dużo. Nie wpłynęło to jednak za bardzo na moją ocenę całej powieści, gdyż Tołstoj nawet elementy taktyki wojskowej potrafił napisać tak, że czytało się to z zainteresowaniem ??

Tom IV zwieńczał wszystkie wątki i wraz z epilogiem stanowił koniec mojej przygody z tymi bohaterami. Już po przedstawieniu czytelnikowi dalszego ciągu ich losów, Tołstoj opisał swoje rozważania i przemyślenia związane z historią i wojnami Rosji z Napoleonem. Autor przedstawił swoje opinie odnośnie przeróżnych zdarzeń i podsumował tym samym element wojenny własnej powieści. Kiedy po tych ponad 1600 stronach odłożyłam tę powieść na półkę, zrobiło mi się trochę smutno, że to już koniec. Sama nie zauważyłam, kiedy zżyłam się tymi bohaterami i przedstawionymi przez autora realiami XIX-wiecznej Rosji. Jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tej historii i będę poznawać ją za każdym razem na nowo.

„Wojna i pokój” Lwa Tołstoja niemal całkowicie mnie zachwyciła i z całą pewnością zapadła mi w pamięć na długo. Zgadzam się ze wszystkimi opiniami, które twierdziły, że jest to prawdziwe dzieło, które zdecydowanie warto przeczytać. Z całego serca polecam Wam tę historię i liczę, że sięgniecie po nią i będziecie tak samo usatysfakcjonowani, jak ja teraz. To jedna z najlepszych powieści z grona klasyki, jaką udało mi się przeczytać i szczerze zachęcam Was do zapoznania się z nią i wyrobienia sobie własnej opinii na temat twórczości tego wielkiego rosyjskiego klasyka <3

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-08-15 18:12:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 7/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018
Autor:
Cykl: Królewskie źródło (tom 2)

Kilka dni temu opowiadałam Wam o swoich wrażeniach odnośnie „Trucicielki królowej” – pierwszego tomu nowej serii fantasy Jeffa Wheelera (jeśli jeszcze nie czytaliście tej recenzji, możecie nadrobić to tutaj). Mimo że ta historia generalnie przypadła mi do gustu, to miała jedną zasadniczą wadę – zbyt dziecinnych bohaterów. Zdecydowałam się jednak kontynuować serię, bo słyszałam, że w kolejnych... Kilka dni temu opowiadałam Wam o swoich wrażeniach odnośnie „Trucicielki królowej” – pierwszego tomu nowej serii fantasy Jeffa Wheelera (jeśli jeszcze nie czytaliście tej recenzji, możecie nadrobić to tutaj). Mimo że ta historia generalnie przypadła mi do gustu, to miała jedną zasadniczą wadę – zbyt dziecinnych bohaterów. Zdecydowałam się jednak kontynuować serię, bo słyszałam, że w kolejnych częściach ten aspekt ulega zmianie. Sięgnęłam więc po „Córkę złodzieja” z nadzieją na o wiele lepiej przedstawioną historię. Czy moje oczekiwania się spełniły?

„Córka złodzieja” faktycznie okazała się znacznie lepsza, niż pierwszy tom! Góruje nad nim pod wieloma aspektami, z których najważniejszy dotyczy głównych postaci. Akcja w tej książce dzieje się bowiem aż dziewięć lat po wydarzeniach z „Trucicielki królowej” i dzięki temu bohaterowie mieli okazję dojrzeć. Zarówno Owen, jak i Evie mają w momencie rozpoczęcia przedstawionej w tym tomie historii już siedemnaście lat, a nie osiem, jak było to wcześniej. Możecie się zdziwić, jak bardzo ten jeden element wpływa na całokształt tworzonej przez Jeffa Wheelera opowieści.

Przede wszystkim zmianie uległ sposób przedstawienia większości wcześniej znanych dziecięcych postaci. Z uwagi na to, że stali się już oni nastolatkami, autorowi udało się uniknąć zbędnych wytłumaczeń czy infantylnych rozmów, które niepotrzebnie zajmowały miejsce w poprzednim tomie. Wraz z Owenem i Evie dojrzała też sama tematyka książki. Pojawiło się znacznie więcej bardziej brutalnych scen, jak również opisy działań wojennych, których pozbawiona była „Trucicielka królowej”. Dzięki temu odniosłam wrażenie, że wydarzenia są poważne i mogą nieść za sobą znaczne konsekwencje. Oprócz radosnych momentów mamy do czynienia też z kilkoma łamiącymi serce i dostarczającymi sporą dozę smutku.

Rozwinęła się również sieć intryg, których było mało w poprzedniej części. Tym razem nie mogę narzekać na ich ilość. Pojawiło się wiele momentów, w których nie można było być pewnym, czy to, co mówi dana postać jest prawdą, czy może jednak kłamstwem. Wprowadziło to kilka zagadkowych elementów do całej powieści i zachwiało moje poczucie pewności siebie, jeśli chodzi o kolejne wydarzenia. Nie byłam w stanie przewidzieć zbyt wielu z nich i dzięki temu lektura dostarczyła mi kilku zaskoczeń. Wraz z biegiem stron rosła we mnie ciekawość odnośnie tego, jak autor zdecyduje się rozwiązać te intrygi, więc czytałam z rosnącą ekscytacją, co nie miało miejsca wcześniej w przypadku tej serii.

Następnym aspektem, który uległ znacznej poprawie w porównaniu do poprzedniego tomu, jest stopień rozwinięcia świata przedstawionego. W „Trucicielce królowej” akcja toczyła się praktycznie tylko w jednym mieście – stolicy państwa, tylko w nielicznych momentach wychodziła poza nie. „Córka złodzieja” jest zupełnym przeciwieństwem – zawiera dużo informacji odnośnie innych królestw otaczających Ceredigion, które znacznie poszerzają stan dotychczasowej wiedzy czytelnika. Poznajemy kolejnych monarchów, ich zaufanych ludzi i zgłębiamy relacje, które łączą ze sobą poszczególne państwa i budują sojusze. Nie muszę chyba mówić, że bardzo spodobało mi się to rozwinięcie świata, a zbudowanie wątku politycznego zdecydowanie mnie zaskoczyło. Zupełnie nie spodziewałam się czegoś takiego po poprzedniej części, która sprawiała wrażenie lektury dla dzieci…

Jeśli chodzi o świat wykreowany, to jestem prawie całkowicie usatysfakcjonowana, chociaż pozostał we mnie lekki niedosyt, jeśli chodzi o magiczny aspekt fabuły. Chętnie poczytałabym trochę więcej o specyfice mocy, jakie posiadają osoby obdarzone przez Źródło, gdyż mam wrażenie, że autor na razie podał trochę za mało informacji. Ale kto wie, może Wheeler ma w planach poruszyć ten temat bardziej obszernie w kolejnych tomach?

W recenzji „Trucicielki królowej” pisałam, że w moim odczuciu docelową grupą odbiorców tej powieści jest młodsza młodzież i wydaje mi się, że jestem na nią za stara. Teraz już wiem, że nie mogę odnieść tego zdania do całej serii. „Córka złodzieja” bowiem – po tym przeskoku czasowym – jest lekturą znacznie dojrzalszą i przeznaczoną również dla nieco starszych czytelników. Dzięki temu, że autor pozbawił jej tej obecnej wcześniej dziecinności, cała powieść jest znacznie lepszą lekturą i celuje też w inne grupy wiekowe. Bardzo się cieszę z takiego obrotu wydarzeń, bo dzięki temu całość czytało mi się o niebo lepiej, niż pierwszy tom. Jeśli więc podobnie, jak ja, byliście trochę rozczarowani „Trucicielką królowej”, to nie zrażajcie się i sięgajcie po kontynuację! Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że spodoba Wam się znacznie bardziej, niż poprzednia część.

Jak mogliście już się zorientować, „Córka złodzieja” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i okazała się zrealizować wszystkie moje oczekiwania. To wciągająca, pełna emocji i intryg oraz przede wszystkim lekka, przyjemnie napisana powieść, której czytanie jest sporą przyjemnością. W moim odczuciu jest bardzo dobrą kontynuacją „Trucicielki królowej” i przewyższa ją pod praktycznie każdym aspektem. Już teraz z niecierpliwością czekam na kolejną część, której premiera już za kilka tygodni. Autor po zakończeniu „Córki złodzieja” zapowiadał w „Królewskim zdrajcy”, że akcja zostanie przeniesiona jeszcze dalej w przyszłość, więc jestem ogromnie ciekawa, co z tego wyniknie.

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-08-13 17:39:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 8/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018
Cykl: Zwiadowcy (tom 13)

O mojej miłości do serii „Zwiadowcy” Johna Flanagana pisałam już na blogu wielokrotnie. Powieści z tego cyklu były jednymi z pierwszych książek fantasy, które przeczytałam i to one w dużym stopniu przyczyniły się do tego, że teraz tak bardzo lubię ten gatunek. Swego czasu pochłaniałam każdy tom stworzony przez tego autora i jeszcze bardziej wciągałam się w wykreowany przez niego świat. Kiedy... O mojej miłości do serii „Zwiadowcy” Johna Flanagana pisałam już na blogu wielokrotnie. Powieści z tego cyklu były jednymi z pierwszych książek fantasy, które przeczytałam i to one w dużym stopniu przyczyniły się do tego, że teraz tak bardzo lubię ten gatunek. Swego czasu pochłaniałam każdy tom stworzony przez tego autora i jeszcze bardziej wciągałam się w wykreowany przez niego świat. Kiedy ukazała się część jedenasta, nie spodziewałam się, że będzie mi jeszcze dane przeczytać dalszy ciąg przygód tych bohaterów. Flanagan zdecydował się jednak po przeskoku czasowym kontynuować serię, co ogromnie mnie ucieszyło. Jednak dwunasta część nie do końca spełniła moje oczekiwania – była dużo słabsza od poprzednich i wprowadzała postać, która zbytnio nie przypadła mi do gustu. Jak było tym razem, w przypadku trzynastego tomu?

Już od pierwszych stron tej powieści poczułam, że wracam do świata dobrze mi znanego i będącego jednym z moich ulubionych. Od razu po rozpoczęciu lektury wciągnęłam się w historię dzięki klimatowi, jaki stworzył Flanagan na kartach tej książki. Fabuła już od początkowych rozdziałów zaangażowała mnie niemiłosiernie, podobnie, jak w przypadku poprzednich historii tego autora. Kolejne wydarzenia następowały po sobie coraz szybciej, wraz z biegiem stron prowadząc akcję do przodu. W „Klanie Czerwonego Lisa” mamy do czynienia ze spiskiem, który ma na celu zmianę rządów w Araluenie i to właśnie ten wątek stanowi oś całej akcji. Okryty jest on nutką tajemnicy i wprowadza element zagadki do fabuły, która już i tak obfituje w wiele zwrotów akcji. I mimo że szybciej domyśliłam się, jaki będzie główny plot twist, to i tak w żaden sposób nie osłabiło to przyjemności, jaką czerpałam z lektury.

W tej powieści spotykamy większość bohaterów znanych z poprzednich tomów serii. Już od lat uwielbiam ich wszystkich, z Haltem i Willem na czele. Co prawda w tej części tych dwóch było bardzo mało (szczerze mnie to zasmuciło), ale za to autor zrekompensował mi ich brak obecnością Gilana i Horace’a, o których mogłabym czytać w nieskończoność. Ci bohaterowie budzą moją sympatię już od pierwszego momentu, kiedy ich poznałam i na przełomie kilku lat zupełnie się to nie zmieniło. Dalej należą oni do moich ulubieńców i w trakcie czytania tego tomu tylko się utwierdziłam w tym przekonaniu.

W poprzedniej części Flanagan wprowadził do tej serii nową bohaterkę – księżniczkę Madelyn. Już chwilę po pojawieniu stała się ona pierwszą osobą wykreowaną przez tego autora, która mnie irytowała. W skuteczny sposób osłabiła ona przyjemność, którą czerpałam z lektury „Królewskiego zwiadowcy” i jeszcze przed sięgnięciem po „Klan Czerwonego Lisa” bałam się, że w przypadku tej książki będzie podobnie. Na szczęście, Maddie w tym tomie dojrzała i przestała zachowywać się w denerwujący sposób. Ku swojemu zaskoczeniu, po kilku rozdziałach nawet zaczęłam ją lubić! Ukazanie jej jako głównej bohaterki tym razem zupełnie mi nie przeszkadzało.

Oprócz wcześniej znanych z cyklu „Zwiadowcy” postaci, w „Klanie Czerwonego Lisa” mamy do czynienia również z osobami charakterystycznymi dla „Drużyny”, drugiej serii Flanagana. Dotychczas przeczytałam z niej tylko parę tomów, ale mimo to bez problemu rozpoznałam ich, kiedy tylko się pojawili. Z uśmiechem na ustach przyjęłam takie połączenie tych dwóch serii, bo bardzo pozytywnie mnie ono zaskoczyło. Przy okazji mam motywację, żeby w końcu nadrobić przygody Skandian z „Drużyny”.

„Klan Czerwonego Lisa” wciąga tak mocno, że kolejne kartki przewraca się niemal w mgnieniu oka. Styl tego autora jest tak lekki, że rozdziały pochłania się w zawrotnym tempie. Mimo że – jak każda jego powieść – również ta książka liczy sobie około 400 stron, to w trakcie czytania zupełnie nie czuć ich upływu. To tytuł, który można bez większego wysiłku zacząć i skończyć tego samego dnia. Nie radzę jednak robić tego za szybko, bo zakończenie powoduje, że ma się ochotę zaraz sięgnąć po kontynuację, na którą jeszcze musimy trochę poczekać. Ja najchętniej od razu poznałabym dalsze losy tych bohaterów…

Jedynym negatywnym aspektem, który muszę skomentować, jest oprawa graficzna tej książki. Od lat już zbieram na półce całą serię w miękkich okładkach i wszystkie one zostały wykonane w tym samym stylu. Niestety, „Klan Czerwonego Lisa” poważnie się od nich odróżnia swoim wyglądem i nie pasuje do poprzednich tomów. Nie wiem, dlaczego wydawnictwo zdecydowało się zmienić oprawę przy trzynastej części, ale trochę mnie to zasmuciło.

„Klan Czerwonego Lisa” jest znakomitą kontynuacją serii „Zwiadowcy”. Przypadł mi do gustu znacznie bardziej, niż poprzedni, dwunasty tom tego cyklu. Ta książka zapewniła mi powrót do ukochanego świata i uwielbianych przeze mnie już od lat bohaterów. Nie mogę się już doczekać kontynuacji i jestem pewna, że sięgnę po każdą część tej serii, jaka powstanie i zostanie wydana w Polsce. O przygodach tych postaci mogłabym czytać bez końca <3

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-08-05 18:13:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 6/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018
Autor:
Cykl: Królewskie źródło (tom 1)

Jak prawdopodobnie wiecie, jestem ogromną fanką fantasy. Szczególną miłością darzę historie, w których dużą rolę odgrywa monarchia. Czytanie o królach, królowych i księżniczkach sprawia mi ogromną przyjemność już od samego początku mojej przygody z literaturą. W związku z tym, kiedy tylko na rynku wydawniczym pojawia się jakaś nowa powieść w takim klimacie, robię wszystko, by jak najszybciej... Jak prawdopodobnie wiecie, jestem ogromną fanką fantasy. Szczególną miłością darzę historie, w których dużą rolę odgrywa monarchia. Czytanie o królach, królowych i księżniczkach sprawia mi ogromną przyjemność już od samego początku mojej przygody z literaturą. W związku z tym, kiedy tylko na rynku wydawniczym pojawia się jakaś nowa powieść w takim klimacie, robię wszystko, by jak najszybciej po nią sięgnąć. Tak właśnie wyglądała sytuacja z „Trucicielką królowej”. Opis tej książki zapowiadał intrygujące przedstawienie uwielbianego przeze mnie motywu, więc nie byłabym sobą, gdybym przeszła obok tego tytułu obojętnie. Podświadomie liczyłam na coś w stylu „Zwiadowców” Johna Flanagana ze względu na wiek bohaterów, ale okazało się, że historia stworzona przez Jeffa Wheelera w zbyt wielu aspektach nie przypomina tego cyklu.

„Trucicielka królowej” przede wszystkim ma jedną, zasadniczą wadę, która wpływa na odbiór powieści już od pierwszych stron aż do samego końca. Jest nią wiek głównego bohatera. Jeszcze zanim rozpoczęłam lekturę, zbytnio nie przejmowałam się tym, że Owen ma tylko osiem lat. Czytałam już przecież serie, w których postacie były w podobnym wieku i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Niestety, tym razem sytuacja okazała się całkowicie odwrotna. Nie chodzi mi już o sam wiek, ale skoro Wheeler zdecydował się stworzyć tak młodego bohatera, to musi być konsekwentny w kreowaniu jego zachowania przez całą objętość swojej historii. Właśnie tego mi tutaj zabrakło.

Owen nie jest zbyt wiarygodną postacią. Przez cały czas trwania fabuły jego ulubioną rozrywką jest budowanie z klocków, ale jednocześnie okazuje się na tyle dojrzały, że bez problemu bierze udział w spiskach oraz potrafi zrozumieć większość dworskich zagrywek. Mnie wydaje się to trochę nieprawdopodobne i niestety rzucało mi się w oczy podczas czytania. Właśnie wiek głównego bohatera decyduje o wielu aspektach tej książki, które mogłyby być lepsze, gdyby autor zdecydował się uczynić go parę lat starszym.

Jednym z przejawów tego jest między innymi częste tłumaczenie Owenowi przez dorosłych zwrotów, których znaczenia on jako dziecko nie zna. I dobrze, na pewno jest to korzystne, jeśli po tę powieść sięgnęłaby młodsza osoba, bo dzięki temu bez problemu będzie wiedziała, o co w danym momencie chodzi. Mnie jednak, jako starszego czytelnika, który doskonale zdaje sobie sprawę, czym na przykład zajmuje się trucicielka, takie rozwlekanie i dostosowywanie rozmowy do dzieci nużyło i w niektórych momentach również irytowało.

Jeśli chodzi o bohaterów drugoplanowych, to w tym aspekcie nie mam nic do zarzucenia. Zostali oni wykreowani nieco stereotypowo, ale na szczęście interesująco, dzięki czemu większość z nich szczerze polubiłam. Moją faworytką jest Evie, zdecydowanie najbardziej charyzmatyczna i żywiołowa osoba wśród wszystkich przedstawionych w powieści postaci. Trochę mniej przypadła mi do gustu tytułowa trucicielka, ale to już wynik mojej indywidualnej niechęci do „wszechwiedzących” bohaterów.

Mimo że ta powieść nie obfituje w ogromną ilość akcji, to jej lektura bezapelacyjnie należy do przyjemnych. Da się odczuć, że jest to pierwszy tom serii – duży nacisk postawiono na ekspozycję bohaterów, przez co poznajemy wiele historii z przeszłości. Pojawiają się też oczekiwane przeze mnie spiski. Może nie mają one bardzo obszernego wymiaru, ale liczę na to, że wraz kolejnymi tomami będzie ich coraz więcej.

„Trucicielce królowej” dużo brakuje w porównaniu do „Zwiadowców” Johna Flanagana zarówno, jeśli chodzi o samą akcję, jak i o bohaterów. Ta powieść jest zupełnie inna i widać, że autor kieruje fabułę w całkowicie odrębny sposób. Mimo paru wad, które dostrzegłam w tej historii, to koniec końców oceniam ją jako dobrą i szczerze polecam, choć głównie młodszym czytelnikom, którzy w wieku zbliżonym do głównego bohatera na pewno będę się dobrze bawić. Osoby starsze też powinny spędzić przy tej książce przyjemne chwile, ale przy podejściu takim „z przymrużeniem oka” na niektóre oczywistości i niewiarygodne momenty 🙂

Ja osobiście na pewno będę tę serię kontynuować. Mam już na półce drugi tom i w niedługim czasie planuję się za niego zabrać. Wydaje mi się, że może on znacznie bardziej przypaść mi do gustu, bo podobno ma tam miejsce przeskok czasowy i wydarzenia dzieją się dziewięć lat później niż akcja „Trucicielki królowej”. Oczywiście w niedalekiej przyszłości dam Wam znać, co o niej myślę.

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-07-31 15:07:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 5/10, Egzemplarze recenzenckie, Przeczytane 2018

Z powieścią Maggie Stiefvater miałam do niedawna styczność tylko raz, w przypadku „Króla kruków”. Sięgnęłam po tę książkę tylko dlatego, że słyszałam o niej ogrom pozytywnych opinii i postanowiłam sprawdzić, czym wszyscy się tak zachwycają. W moim przypadku miłości nie było – przeczytałam tylko pierwszy tom tej serii i nie miałam najmniejszej ochoty spędzać czasu na lekturze kolejnych. Kiedy... Z powieścią Maggie Stiefvater miałam do niedawna styczność tylko raz, w przypadku „Króla kruków”. Sięgnęłam po tę książkę tylko dlatego, że słyszałam o niej ogrom pozytywnych opinii i postanowiłam sprawdzić, czym wszyscy się tak zachwycają. W moim przypadku miłości nie było – przeczytałam tylko pierwszy tom tej serii i nie miałam najmniejszej ochoty spędzać czasu na lekturze kolejnych. Kiedy jednak parę tygodni temu natknęłam się na zapowiedź „Przeklętych świętych”, stwierdziłam, że po tak długim czasie mój gust mógł się zmienić i postanowiłam dać drugą szansę Maggie Stiefvater. Czy słusznie? Nie jestem pewna.

Nie potrafię określić, jakie były moje oczekiwania w stosunku do tej powieści. Na pewno miałam nadzieję, że spodoba mi się bardziej niż „Królów kruków”, ale oprócz tego nie liczyłam na wiele. Patrząc na sytuację pod tym kątem nie powinnam być rozczarowana. Jakiś aspekt tej książki (a może to, jak prezentuje się całokształt) jednak sprawił, że nie potrafię być usatysfakcjonowana lekturą. Mam ogromny mętlik w głowie po przeczytaniu „Przeklętych świętych”, ale postaram się w miarę racjonalnie wyjaśnić Wam swoje odczucia.

Przede wszystkim przedstawiona przez autorkę historia nie obfituje w zbyt wiele akcji. Można spokojnie powiedzieć, że dzieje się tu bardzo mało i warto o tym wiedzieć przed rozpoczęciem lektury. Mnie to trochę zaskoczyło, bo gdzieś w głębi duszy cały czas podświadomie czekałam na nagły zwrot wydarzeń. Wszystko dzieje się tu wolno, autorka snuje swoją opowieść bez pośpiechu. Nie do końca trafił do mnie ten zabieg – zdecydowanie bardziej wolę, kiedy w książce mamy do czynienia ze znacznie większą ilością różnorodnych zdarzeń. Tego mi zabrakło – fabuła szła do przodu stanowczo zbyt powoli.

W „Przeklętych świętych” wydarzenia balansują na granicy realizmu i fantastyki. Mimo że na początku mogłoby się wydawać, że wszystko jest całkowicie realne i pasujące do naszej rzeczywistości, to po przyjrzeniu się osobom zamieszkującym w Bicho Raro szybko można się przekonać, że wcale tak nie jest. Postacie są z całą pewnością nietypowe – mamy do czynienia między innymi z dziewczyną, na którą cały czas pada deszcz i z mężczyzną posiadającym głowę kojota. Nawet ci w pełni ludzcy bohaterowie są dość różnorodni pod względem charakterów. Wszystkich ich jednak łączy skłonność do snucia długich przemyśleń, co nie jest elementem, który lubię w powieściach. Takie aspirujące na bardzo ambitne myśli szybko mnie nużą, szczególnie, jeśli podane są w dużej ilości. Niestety, w przypadku tej książki właśnie tak było.

Styl Stiefvater jest dość specyficzny – ciężko pomylić jej powieści z opowieściami stworzonymi przez innych autorów. W charakterystyczny sposób opowiada ona swoje historie, stosując duże ilości różnych zabiegów stylistycznych. Muszę przyznać, że dzięki temu całość czyta się bardzo przyjemnie, ale jednym z typowych elementów tego sposobu pisania jest również obecność mnóstwa „złotych myśli” i cytatów, które można sobie zanotować. Jeśli ktoś jest wielbicielem czegoś takiego, to jestem pewna, że będzie zadowolony z tego zabiegu autorki. Dla mnie jednak przez większość czasu takie krążenie wokół głównych wątków i przedłużanie było męczące i – niestety – prowadziło do rosnącego u mnie uczucia nudy.

„Przeklęci święci” to nie jest zła powieść. Wydaje mi się, że w dużym stopniu to, jak ją odbierzemy, zależy od naszych indywidualnych czytelniczych upodobań. Jeśli ktoś gustuje w melancholijnych, lekko fantastycznych i pełnych przemyśleń opowieściach, to ta powieść może być dla niego świetną lekturą. Jednak, w przypadku, gdy – tak, jak ja – wolicie, kiedy w książce dużo się dzieje i jej akcja obfituje w większą ilość nieprzewidywalnych momentów, może nie być to powieść dla Was.

Pamiętam, że podobne odczucia miałam po lekturze „Króla kruków”. Teraz, po „Przeklętych świętych” jestem już pewna, iż sposób tworzenia fabuły przez Stiefvater cały czas jest podobny i – niestety – przez to nie do końca mi pasuje. Muszę przyznać, że dzięki lekkości pióra autorki całość czytało się bardzo przyjemnie, ale mimo to zabrakło mi w tej powieści jakiegoś emocjonującego aspektu. Przydałby się wciągający element albo chociaż wyróżniający się, bardziej charyzmatyczny bohater, który pociągnąłby akcję do przodu w nieco szybszym tempie.

Czy polecam? Tak, ale tylko osobom, które lubią twórczość Stiefvater albo są fanami nastrojowej, lekko fantastycznej prozy. Jeśli jednak nie należycie do tego grona, a zaintrygowała Was ta książka – nie zamierzam nikomu jej odradzać. Uważam tylko, że warto zdawać sobie sprawę, jaka jest jej specyfika jeszcze przed rozpoczęciem lektury.

readwithpassion.it27.pl

pokaż więcej

 
2018-07-31 15:06:52
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Love line (tom 1)
 
Moja biblioteczka
386 86 536
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (14)

Ulubieni autorzy (5)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (9)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd