Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Melancholia codzienności 
https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/
30 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 4 książki i 4 cytaty, ostatnio widziany 51 minut temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-04-18 17:16:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Poza serią

"Długi marsz w połowie meczu” to debiut literacki Bena Fountaina. Akcję swojej powieści zamknął w stadionowym mikroświecie. Każdy element otoczenia został dogłębnie przemyślany i wymownie opisany. Mamy Święto Dziękczynienia, jedno z najważniejszych wydarzeń w roku kalendarzowym w Ameryce. Razem z grupą żołnierzy przybywających z Iraku – Drużyną Bravo – znajdujemy się na arenie potyczek... "Długi marsz w połowie meczu” to debiut literacki Bena Fountaina. Akcję swojej powieści zamknął w stadionowym mikroświecie. Każdy element otoczenia został dogłębnie przemyślany i wymownie opisany. Mamy Święto Dziękczynienia, jedno z najważniejszych wydarzeń w roku kalendarzowym w Ameryce. Razem z grupą żołnierzy przybywających z Iraku – Drużyną Bravo – znajdujemy się na arenie potyczek futbolowej drużyny Dallas Cowboys. Bohaterowie wojenni, realizujący plan objazdowej propagandy, w przerwie meczu dostąpią zaszczytu wystąpienia na jednej scenie z gwiazdami popu. Pośród nich znajduje się główny bohater książki – Billy Lynn. Dokonujący bohaterskich czynów na polu walki, w codziennych realiach jest wrażliwym dziewiętnastolatkiem poszukującym swojego miejsca w świecie. Przyglądając się jego historii zrozumiemy, że pod płaszczem symbolu waleczności kryje się zagubiony, rodzinny chłopak, który do ostatniej chwili będzie się wahać czy wybrać misję, czy prywatne uczucia.

Tworząc ten przemyślany model, Fountain’owi udała się sztuka wykreowania trafnej alegorii współczesnej Ameryki. Autor wtyka szpilki w bardzo wrażliwe punkty pejzażu codzienności mieszkańców Dallas. Obrywa się zwykłym obywatelom, którzy łasi na permanentne show, zapominają o tradycji i uczuciach. Dostaje się celebrytom (aktorom, sportowcom, muzykom), za ich rozpasane do granic możliwości zaprzedanie własnych dusz, na poczet sławy. Nie zostaną oszczędzeni także żołnierze. Choć wiedzą jak wygląda wojna i rozumieją jakie bezsensowne zło czynią, będą brnąć w nie aż do upadłego. W tym barwnym witrażu amerykańskości, namiętność będzie mieszać się z trywialną złością, fanatyzm religijny zderzy się z poczuciem obowiązku względem ojczyzny, zaś wielki biznes tłamsić będzie ludzką godność.

Powieść Fountaina to swoiste literackie zwierciadło, w którym obejrzeć możemy współczesną Amerykę, z wieloma bolączkami jej polityki i marketingu. Szczególna krytyka dotyka elity, z całą jej krótkowzroczną i wyniszczającą głupotą. Autor nie mówi tu nic innowacyjnego. Nie zdradza też narodowych tajemnic. O tym wszystkim pisali już wcześniej Roth czy Wolf. A mimo to, powieść od samego początku stała się wydarzeniem, na miarę „Paragrafu 22”.

„Długi marsz w połowie meczu” można, a nawet trzeba odczytywać także w przestrzeni indywidualnej. Ludzie nie interesują się stanem psychicznym swoich narodowych bohaterów. Tymczasem Fountain właśnie na ten aspekt zwraca szczególną uwagę. Poznajemy grupę żołnierzy, którzy wspólnie przeżyli w Iraku niejeden dramat. Każdy jest inny, ma odmienne potrzeby i pragnienia. Jedni poszukują pierwszej miłości, inni tęsknią za rodziną, kolejni pragną zarobić na swojej historii lub poznać gwiazdy muzyki. Tę grupę łączy ich wspólna misja, a w przerwie wojennej zawieruchy także zadanie szerzenia wiary w patriotyzm. Jeżdżą od miasta do miasta i przy różnych okazjach pokazują się publiczności i opowiadają o tym, co przeżyli. Ameryka ich poklepuje po plecach, traktuje na równi ze sportowcami, co widoczne jest przede wszystkim w scenie wspólnego podpisywania piłek. Jest to też klarowny symbol zatracenia kontaktu z rzeczywistością – traktowanie sportowców w jednym rzędzie z narażonymi na ciągłe ataki młodymi żołnierzami.

Fountain pisze też o pacyfizmie, chociaż robi to w duże bardziej subtelny i pogłębiony sposób. Tworzy historię, która stawia Billego przed możliwością dokonania wyboru: wracać do Iraku, czy może skupić się na swoich namiętnościach? Razem z nim przeżywamy wątpliwości, czujemy ból i bezsensowność prowadzenia takiej egzystencji. Jest to autentyczne stadium żołnierza, który jest przede wszystkim człowiekiem, jednostką, a w jego psychice toczy się nieustanna walka namiętności: miłości, seksu, rodziny z oddaniem ojczyźnie.

Fountain w sposób wyjątkowy ukazał nam absurd wojny. Kreśli obraz groteskowego patriotyzmu, wskazuje przykłady homofonii, nadużyć, a nawet prostactwa. Trafnie zdiagnozował bezcelowość działań i właściwe intencje władz. Ta książka świetnie uwypukla pułapki, w które wpada przeciętny mieszkaniec Ameryki. Za pomocą potoczystego i często wulgarnego języka stworzył historię wiarygodną i nieprzerysowaną, a jednocześnie także karykaturalną. Zachowanie właściwego balansu pomiędzy wielkim świętem, imprezą sportową i zwierzęcym przerażeniem, nadaje tej powieści wymiar wieloaspektowy.

Czytając „Długi marsz w połowie meczu” trudno nie odnieść wrażenia, że to istna kopalnia wszystkiego co w życiu ważne – ludzkich słabostek, wiary, pogardy, rządzy posiadania, biurokracji, czy głupoty przeciętnego obywatela. Zawiera ona wystarczająco wiele kontrowersyjnych tez, by zmusić do refleksji nad zjawiskami, które przyjmujemy bezkrytycznie, z uśmiechem na ustach, lub wolimy się od nich izolować, przykrywać kotarą obojętności. Z pewnością jest to powieść warta uwagi, w której na szczególne podkreślenie zasługuje doskonale przemyślany motyw przewodni oraz wytrwałość autora do trzymania się w narzuconych sobie ryzach stylistycznych.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/04/recenzja-dugi-marsz-w-poowie-meczu-ben.html

pokaż więcej

 
2018-04-14 15:04:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Na fali uznania „Głodu” w 1894 roku Knut Hamsun napisał powieść „Pan”. Ta, dzisiaj już zapomniana w Polsce książka, podobnie jak „Głód” została zredukowana głównie do psychiki bohatera. Autor minimalizuje w niej kontakt z drugą osobą, stawiając wewnętrzne odczucia postaci nad dialogi.

Dzieło traktuje o losach porucznika Thomasa Glahna, myśliwego, byłego żołnierza, który żyje wraz ze swoim...
Na fali uznania „Głodu” w 1894 roku Knut Hamsun napisał powieść „Pan”. Ta, dzisiaj już zapomniana w Polsce książka, podobnie jak „Głód” została zredukowana głównie do psychiki bohatera. Autor minimalizuje w niej kontakt z drugą osobą, stawiając wewnętrzne odczucia postaci nad dialogi.

Dzieło traktuje o losach porucznika Thomasa Glahna, myśliwego, byłego żołnierza, który żyje wraz ze swoim psem w małej chatce w lesie. Pewnego dnia poznaje Edwardę, córkę kupca z pobliskiego miasteczka, z którą zaczyna go łączyć pewna więź. Oboje jednak nie potrafią prawidłowo jej sprecyzować i wykorzystać, co prowadzi do postępu procesu separacji Glahna i społeczeństwa. Tak rozpoczyna się stopniowe zatracanie, prowadzące ostatecznie do nieuniknionej tragedii.

Hamsun opowiada o niemożności zrozumienia się dwóch, opartych na innych podstawach, światopoglądów. Porucznik jest człowiekiem oddanym naturze. Potrafi żyć w zgodzie z surowymi regułami przyrody, a do zaspokojenia własnych potrzeb wystarczają mu sprzęt myśliwski, spokój i bliskość zwierzyny. Edwarda z kolei to dama przesiąknięta społeczeństwem i kulturą. Nad sielską aurę powiewających drzew, cenić będzie dorobek literacki swojej epoki, z kolei srogie warunki odosobnienia, będą dla niej czymś równie obcym, jak zaradność. W tej dychotomii, autor upatruje sposobu na ukazanie siły deficytów miłości i skutków, jakie może ona wywierać na los człowieka. To ujmująca narracja o tym, że od miłości nie da się uciec, a także o tym, że czasami czynniki zewnętrzne skutecznie uniemożliwiają nam połączenie z drugą osobą.

„Pan” to powieść o smutku, wyobcowaniu i melancholii. Hamsun sugestywnie portretuje spragnionych czułości dorosłych, którzy wciąż poszukują tego samego, wciąż na nowo zadają pytania o to, jaki jest sens życia. Przygniatające są tu dzieje praktycznie wszystkich bohaterów, ale najbardziej bolesne jest to, że nie umieją się oni odnaleźć obok siebie, w nieskończoność podążając za złudzeniami. Autor przy pomocy stosunkowo prostych opisów marzeń, urojeń i obsesji odmalował nam pustkę egzystencji wobec otaczającej nas cywilizacji. Jest to też wielopłaszczyznowy portret analizy ludzkiej świadomości, szczególnie w odniesieniu do człowieka zagubionego, błąkającego się między tym co błahe, a tym co nieosiągalne. Bohaterowie wędrują jak we mgle, wciąż wpadają na jednostki, które nie są w stanie udźwignąć brzemienia odmienności. „Pan” jest więc podaniem o ludzkim opuszczeniu i niemożności odnalezienia w drugiej osobie światła, za którym można by podążyć z pełnym zaufaniem.

Recenzowana powieść jest także frazą symboliczną. Obok przeciwstawiania natury z kulturą, autor wprowadził emblematyczne rozróżnienie pór roku. Na wiosnę bohaterowie się poznają, latem ich związek osiąga rozkwit, by na jesieni osłabnąć i rozpaść się ostatecznie. Ten modernistyczny symbolizm, jest cechą charakterystyczną wczesnej działalności literackiej Noblisty, za co został doceniony po wydaniu „Błogosławieństwa ziemi”.

„Pan” pisany jest w sposób liryczny. Mimo werystycznych opisów przeżyć i przyrody, całość przypomina poemat prozą, fragmentami przypominający Joyce'owskie epifanie. Widzimy u bohatera eksplorację własnej świadomości – łączenie świata realnego z marzeniem i wyobrażeniami. Inna sprawa, że w tej nastrojowej narracji, autor kreuje świat mocno statyczny, bardzo odległy od współczesnych nam realiów. Nie posługuje się ciekawymi porównaniami, stylistykę ogranicza to podstawowych elementów prawidłowego rzemiosła, nie sili się na zaskakujące oryginalnością metafory. Bohaterowie mimo swoich wątpliwości, pozostają jednowymiarowi. Mają za zadanie reprezentować określone postawy, nie zaś tworzyć wiarygodne i niejednoznaczne postaci.

Książka norweskiego pisarza jest grą pozorów, w którą autor wikła dwoje odmiennych bohaterów. Pragną oni być szczęśliwi, ale strach przed ujawnieniem swojego prawdziwego ja i werbalizacją swoich pragnień im to uniemożliwia. Analizując stosunek jednostki do miłości i świata natury, artysta wypunktował często antynomiczne wobec siebie zjawiska: stagnację przyrody i zmienność mody, prymitywność myśliwego wobec pozornej złożoności społeczeństwa, samotność i cywilizację. „Pan” jest więc próbą opowiedzenia o granicach uczucia, których czasami nie sposób przekroczyć, ze względu na konteksty w jakich się ono rodzi. To powieść-symbol, która mało ma związku ze współczesną literaturą, i należy ją odczytywać na kanwie dawnych podań i legend.

Recenzja ukazała się pod adresem
https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/04/recenzja-pan-knut-hamsun.html

pokaż więcej

 
2018-04-10 21:32:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Najnowsza powieść Juliana Barnesa traktuje o losach wybitnego rosyjskiego kompozytora Dmitrija Szostakowicza. Pisarz postanowił snuć swoją opowieść w narracji trzecioosobowej, więżąc czytelnika w umyśle swojego bohatera. Dzięki temu zabiegowi, swoistej fuzji dziennika i dramatu, poznajemy nie tylko życiorys sławnego artysty, ale także, a może przede wszystkim jego emocjonalną walkę... Najnowsza powieść Juliana Barnesa traktuje o losach wybitnego rosyjskiego kompozytora Dmitrija Szostakowicza. Pisarz postanowił snuć swoją opowieść w narracji trzecioosobowej, więżąc czytelnika w umyśle swojego bohatera. Dzięki temu zabiegowi, swoistej fuzji dziennika i dramatu, poznajemy nie tylko życiorys sławnego artysty, ale także, a może przede wszystkim jego emocjonalną walkę rozgrywającą się na pograniczu strachu, o życie własne i rodziny, oraz poczucia misji, w którym został ukształtowany. Książka jest także literacką próbą usprawiedliwienia kontrowersyjnej postawy twórcy „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, nieszablonową spowiedzią, pośmiertnym dążeniem do odnalezienia stanu wewnętrznego katharsis.

„Zgiełk czasu” podzielony został na trzy zasadnicze części, odpowiadające najważniejszym momentom w życiu Szostakowicza. W każdej z nich obserwujemy bohatera w skrajnie trudnych i złożonych sytuacjach. „Pod windą” opisuje pierwszy poważny zatarg z władzą, gdy trzydziestoletni kompozytor zostaje publicznie potępiony przez towarzysza Stalina. Od wtedy swój początek biorą wątpliwości i mentalne tortury, ciągłe oczekiwanie na aresztowanie i skazanie. Drugi epizod, czyli „w samolocie”, to historia udziału artysty w Pokojowym Kongresie w USA. Wyjazd ten uświadomił kompozytorowi, że wyobcowanie nie wiąże się tylko z nieprzychylnością władzy, lecz także otoczeniem, pełnym niejasnych kontekstów i oczekiwań. Zrozpaczony Szostakowicz na obcej mu ziemi zrozumie, że nowoczesna władza nie szantażuje już śmiercią, ale ma w swoim zanadrzu jeszcze bardziej niebezpieczny oręż – dając pozory wolności upadla i niewoli jeszcze mocnej. Na koniec zaserwowano nam rozdział „w samochodzie”, sączony delikatnie niczym lampka czerwonego wina na siedzeniu w limuzynie, sterowanej przez szofera, który decyduje za nas o ścieżkach naszej destynacji. To właśnie ta część jest najbardziej wymowna i pogłębiona, spaja w sobie elementy poruszane w pozostałych miejscach i poddaje je wnikliwej analizie.

„Zgiełk czasu” to nasycony ekspresją fresk przerażającej epoki i studium człowieka zniewolonego, który usilnie stara się ocalić resztki godności, błądząc w skomplikowanym labiryncie chorego systemu. Bohater książki niczym więzień wikłać się będzie w toksyczne relacje, po to, by dać nadzieję na przetrwanie swoim dziełom. Będzie chciał za wszelką cenę nadać swojemu wyobcowaniu i abominacji jakiś sankcjonujący je sens. Autor opiera swoją przejmującą historię na kontraście: błyskotliwość i toporny ustrój, sztuka i zwierzęce instynkty, rodzina i przywiązanie do władcy, artystyczna dusza i przeinaczana interpretacja. Te doniosłe dychotomie utrzymują najnowszą książkę twórcy „Wymiarów życia” w doskonałym napięciu od samego początku do końca. W tej opowieści jest wszystko to, za co cenię biografie: niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje i skomplikowane, niedwuznaczne pomysły na ich realizację.

Julian Barnes nakreśla wizerunek człowieka świadomego tego, iż tworzy muzykę, określaną jako gwar historii, mogącą pokonać tytułowy zgiełk czasu. Bohater głęboko wierzy, że żadne wydarzenia, poglądy, terror czy system, nie są w stanie mierzyć się z siłą przekazu jego utworów. Bo też „Zgiełk czasu” to opowieść o tym, że każda subiektywność odbioru może zanikać wówczas, gdy narzuca się jej określone interpretacje, zmieniające się często z dnia na dzień. Historia o tym, że uniwersalność bywa często wystawiana na próbę modzie, i trzeba dużo szczęścia i poświęcenia, aby te przeciwności przezwyciężyć.

Barnes pisze swoją książkę w absorbujący sposób. Nie jest nachalny ani patetyczny. Jego celem nie jest też stworzenie portretu człowieka idealnego, nie stara się go rehabilitować w naszych oczach na siłę. Wchodzi w skórę swojego bohatera i stara się krok po kroku budować jego dylematy i procesy myślowe. Nie zostanie przy tym ani potępiony, ani wywyższony, opinię o jego postępowaniu każdy czytelnik będzie musiał wyrobić w sobie sam.

„Zgiełk czasu” to poruszająca historia o wielkiej samotności, o heroizmie jednostki wrzuconej w wir totalitarnej zagłady. Opowiada o lojalności wobec własnego, mistycznego posłania w tym zupełnie prozaicznym aspekcie wyizolowania. To także niepokojąca wizja tego, w jak prosty sposób przemoc i terror może złamać przekonania. Przede wszystkim jest to narracja o niezależności, która dla Szostakowicza była sensem i środkiem do kreowania sztuki i która, mimo zawiłości losu i presji otoczenia, wyniosła nazwisko artysty i jego dzieła na piedestał, udowodniła, że poziom utworów, jest czymś silniejszym niż upływ czasu.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/04/recenzja-zgiek-czasu-julian-barnes.html

pokaż więcej

 
2018-04-05 22:18:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Mikołaj Grynberg napisał książkę zbudowaną z kilkudziesięciu krótkich impresji prozatorskich, których długość każdorazowo nie przekracza czterech stron. Opisuje w nich świadectwa ludzi przychodzących do niego i dzielących się swoimi zawiłymi życiorysami. Mówią oni o życiu, boleści, tęsknocie, a przede wszystkim o strachu. Boi się tu kobieta, która trzyma w tajemnicy pochodzenie dziadków. Lęka... Mikołaj Grynberg napisał książkę zbudowaną z kilkudziesięciu krótkich impresji prozatorskich, których długość każdorazowo nie przekracza czterech stron. Opisuje w nich świadectwa ludzi przychodzących do niego i dzielących się swoimi zawiłymi życiorysami. Mówią oni o życiu, boleści, tęsknocie, a przede wszystkim o strachu. Boi się tu kobieta, która trzyma w tajemnicy pochodzenie dziadków. Lęka się właściciel przedsiębiorstwa, którego firmie grozi upadłość, po upublicznieniu informacji, że jest Żydem. Boi się też osoba regularnie gwałcona w czasie wojny, w zamian za schronienie.

Autor stworzył niezwykle syntetyczną relację wielu sensów, które nakładają się na siebie, obrazując skomplikowany świat paru przesłań. Jest to opowieść o dramatycznych losach ludzi, pozostawionych samym sobie ze wszystkimi swoimi narodowościowymi wątpliwościami. To gawęda o własnej tożsamości, zagubieniu i przewrotności losu, który nie pozwala o sobie zapomnieć mimo upływających lat i pokoleń. „Rejwach” jest także podaniem o noszonym w sercu odium rodzinnych koneksji, z których nie sposób się wydobyć, bo wiąże nas niepisany przymus pamiętania wszystkiego, co przytrafiło się naszym bliskim. Ten niewielki tom, stanowi próbę upomnienia się o akceptację i człowieczeństwo, o możliwość uzewnętrznienia emocji bez bojaźni o nienawistne reakcje otoczenia.

„Rejwach” silnie akcentuje motyw samotności, wynikający z konieczności ukrywania własnego ja, i to zarówno w stosunku do ogółu społeczeństwa, jak i w kontekście własnej rodziny. Wchodzimy tu na płaszczyznę intymnych relacji z samym sobą, wewnętrzny monolog, który trzeba tłumić nieraz przez dziesięciolecia. On rozsadza od środka, tłamsi pozytywną stronę codzienności, blokuje rozwój we wszystkich aspektach życia. Bohaterowie Grynberga są uwiezieni we własnym ciele, ich życie toczy się obok nich, wypełnia je dojmująca alienacja i odizolowanie. Istotne jest tu także, że mimo swojego cierpienia, przedstawione w lekturze opowieści, nie oskarżają w sposób bezpośredni zwyczajów przyjętych w społeczeństwie, nie są przedstawicielem prozy krzyczącej i domagającej się praw. Karty nowel nie wypełniają trupy, potępienie i wulgaryzmy. Mamy tu etyczne zestawienie własnych niedomagań, wynikających ze stosunku Polaków do Holokaustu, do przeszłości ale i współczesnej historii, niejednoznacznej tolerancji i zakorzenionych antysemickich postawach.

Grynber zbudował swoją książkę w sposób niezwykle skondensowany i przejmujący. Język jest gęsty od emocji, a oszczędność słów dodatkowo wzmaga siłę ich rażenia. Smutek przeplata się z czarnym humorem, a ból z małymi radościami. Autor unika nadmiernej egzaltacji i patosu. Z premedytacją rezygnuje ze stylistycznego bogactwa i upiększeń. Nie odwołuje się do banalnych wzruszeń, hołduje zaś grze milczeniem tam, gdzie słowa nie mówią już za wiele. Dzięki temu, udaje mu się wyrazić to, czym jest rozedrgane życie leżące gdzieś między pokoleniami i okupacjami, ale także między czasem minionym i trudem określenia tego, czym jest teraźniejszość.

„Rejwach” jest gorzką opowieścią o mozole trwania samemu ze sobą, o bycie skoncentrowanym na pustce i tajemnicy, o ukrywaniu własnego ja. To panoramiczna opowieść o relacjach polsko-żydowskich w okresie powojennym, o gettach, które nadal funkcjonują, nawet jeżeli czasem mają wymiar wyłącznie indywidualny. Na pewno warto poznać tę krótką książkę, aby lepiej rozpoznawać to, co nas otacza. Ta lektura nie uczy, nie wciska się w serce, nie odmienia nas. Pokazuje ukryty fragment rzeczywistości, który być może zapamiętamy i kiedyś spojrzymy na niego z innej perspektywy.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/04/recenzja-rejwach-mikoaj-grynberg.html

pokaż więcej

 
2018-03-29 11:28:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Stehlík

Josef Škvorecký to czeski pisarz i tłumacz literatury. W młodości został zmuszony do przymusowej pracy w fabryce samolotów. Jest wielkim zwolennikiem jazzu (co przełożyło się na występy w zespole Red Music) oraz książek Raymonda Chandlera. Po 1968 roku wyemigrował do Kanady, gdzie wraz z żoną założył czołowe wydawnictwo emigracyjne Sixty Eight Publishers, co przyczyniło się do utraty... Josef Škvorecký to czeski pisarz i tłumacz literatury. W młodości został zmuszony do przymusowej pracy w fabryce samolotów. Jest wielkim zwolennikiem jazzu (co przełożyło się na występy w zespole Red Music) oraz książek Raymonda Chandlera. Po 1968 roku wyemigrował do Kanady, gdzie wraz z żoną założył czołowe wydawnictwo emigracyjne Sixty Eight Publishers, co przyczyniło się do utraty czeskiego obywatelstwa. To w Kanadzie napisze swoje dwa najbardziej rozpoznawalne dzieła, czyli „Batalion czołgów” i recenzowane „Przypadki inżyniera ludzkich dusz”.

Narratorem powieści jest Danny Smirzicki, znany z „Tchórzy”, i wspomnianego „Batalionu czołgów” czeski emigrant, alter ego samego pisarza (o czym świadczy zbieżność w zakresie wszystkich wymienionych powyżej detalów). Ten blisko 50-letni wykładowca literatury angielskiej na kanadyjskim uniwersytecie, wspomina swoje życie. Rozważa wraz ze studentami dzieła Poe’go, Hawthorne’a, Lovecraft’a, Conrad’a, Fitzgerald’a i innych, nadając im przy tym specyficzną, totalitarną interpretację. Doświadczony i zraniony hitleryzmem oraz stalinizmem, bez widocznych efektów stara się przedstawić swój punkt widzenia nowemu pokoleniu studentów. Swoje poglądy podpiera przykładami z własnego życia, co w najmniejszym stopniu nie przekonuje słuchaczy, zafascynowanych innymi sferami ludzkiego istnienia.

„Przypadki inżyniera ludzkich dusz” są skomplikowaną relacją o sztuce życia bohatera wciąż szarpanego przez wydarzenia od niego niezależne. O dysharmonii między tym, kim chcielibyśmy być, a tym, kim czyni nas otoczenie i jego kontekstowość. Wspomnienia Dannego i jego znajomych bywają prawdziwie bolesne, ale także magicznie zabawne. Mnogość nieporozumień, czarnego humoru i typowo czeskiego spojrzenia na świat, wielokrotnie sprawiła, że śmiałem się jak dziecko łechtane piórkiem po nagiej nodze. To taka proza, która uspokaja i ujmuje, choć traktuje o tematach poważnych i okrutnych. Naznaczona nostalgią oraz tragizmem w gruncie rzeczy daje nadzieję i spełnienie. Jest barwną kroniką ludzkiej bliskości, starych znajomości i wydarzeń, które splatają losy przypadkowych sobie osób.

Siłą książki nie jest jednak wyłącznie fabuła, a przede wszystkim forma. Autor wprowadził narrację wielowymiarową, tworzącą swoisty korowód myślowy, kolaż literacki, umiarkowany chaos, z którego wyłania się intensywny i barwny obraz życia obywatela niewielkiego kraju położonego w Europie Wschodniej. Poszczególne elementy historii Dannego są jak rozrzucone przypadkowo na stole puzzle, które własnymi siłami czytelnik musi poukładać w jedną całość. To taka lektura, gdzie brak chronologii i wyraźnego kreślenia związków przyczynowo-skutkowych, sprawia, że mamy do czynienia bardziej ze zbiorem miniatur literackich, niż ze spójną całością. Inna sprawa, że każda z tych miniatur, stanowi osobliwe arcydzieło. Skvorecky pozwala sobie na swobodny tok wypowiedzi dzięki czemu otrzymujemy teksty stworzone przez strumienie świadomości, pełne lęku i samotności, ale także humoru i miłości.

Przystępując do lektury należy wiedzieć, że łatwo nie będzie. Bo chaotyczność to tylko jedno z utrudnień, które przygotował nam pisarz. Należy do niego dołożyć jeszcze rozmiary dzieła (prawie 800 stron), retrospektywną formułę opowieści, toczoną na kilku płaszczyznach czasowo-przestrzennych, wykłady o literaturze, które należałoby dobrze przemyśleć i odnieść do tła wydarzeń, a także zabawy lingwistyczne i stylistyczne (listy pisane z błędami ortograficznymi, spolszczenia angielskich słów np. „naczurly”, „najs muwi”, frazy prowadzone w języku obcym – angielskim i niemieckim, indywidualizację wypowiedzi). Jeśli do tego dodać całą gamę bohaterów, którzy często swoje miejsce w opowieści ujawniają dopiero po kilkuset stronach obecności, mamy cały obraz zagmatwania i nieoczywistości, z którymi przyjdzie nam spędzić tydzień czy dwa.

Książka Skvoreckego to wybitna intelektualna rozkosz, dla wszystkich, którzy lubią odnajdywać ukryte sensy w prozie. Jest to przy tym lektura dynamiczna, żywa i napisana z jajem. Wierzę, że jest to opus magnum czeskiej literatury. Relacja, która łączy filozofię Kundery, pikantność Haszka, liryzm Pavela i sielankowy komizm Hrabala. Jest tu wszystko to, za co kochamy czeską kulturę. A jednocześnie „Przypadki inżyniera ludzkich dusz” oddają specyfikę współczesnej historii sąsiedzkiego narodu, dzięki odwołaniom do okresu wojny, okupacji, Praskiej Wiosny i wreszcie emigracji. To książka wielu opowieści, ale jednej silnej miłości. Do kraju, do swoich korzeni i spuścizny przodków. Chciałoby się zwiedzać Czechy u boku kogoś takiego jak Josef Skvorecky. Wydobyłoby się z niego coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach. Bo też autor opowiada o sobie w sposób emocjonalny i esencjonalny, a przy tym udowadnia, jak bogatą ma wyobraźnię i talent do dekonstruowania oczywistości i banalności naszych przyzwyczajeń. Czytajcie tę książkę, bo to dzieło w mojej opinii wybitne. Niecodzienne, indywidualne, kuriozalne, koślawe, jedyne w swoim rodzaju.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/03/recenzja-przypadki-inzyniera-ludzkich.html

pokaż więcej

 
2018-03-25 10:22:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Wzgórze psów” musiały powstać. Odnaleźć w tej książce możemy tak znaczącą liczbę analogii do życia twórcy, że trudno nie odnieść wrażenia, iż pisząc ją, dokonał swoistej spowiedzi z mrocznej strony własnej duszy. Bohaterem najnowszego dzieła Jakuba Żulczyka jest jego alter ego - trzydziestotrzyletni Mikołaj, absolwent prestiżowych studiów humanistycznych, cierpiący na kryzys twórczy pisarz... „Wzgórze psów” musiały powstać. Odnaleźć w tej książce możemy tak znaczącą liczbę analogii do życia twórcy, że trudno nie odnieść wrażenia, iż pisząc ją, dokonał swoistej spowiedzi z mrocznej strony własnej duszy. Bohaterem najnowszego dzieła Jakuba Żulczyka jest jego alter ego - trzydziestotrzyletni Mikołaj, absolwent prestiżowych studiów humanistycznych, cierpiący na kryzys twórczy pisarz jednej powieści, imający się mało ambitnych zajęć w celu reperowania domowego budżetu. Wraz z żoną Justyną stanowią modelowy przykład przedstawicieli pokolenia żyjącego od spłaty jednej raty kredytu do następnej. Utrata posady dziennikarki śledczej w jednym z ogólnopolskich dzienników, staje się asumptem do powrotu pary na łono małomiasteczkowego krajobrazu polskich Mazur.

Zybork jest w tej powieści symbolem zła, Conradowskim ‘jądrem ciemności’, miejscem urzędniczych przekrętów, zagadkowych porwań i gangsterskich porachunków. Tu wszystko może się zdarzyć, nawet wrzucenie koktajlu Mołotowa do pokoju dzieci. Pejzaż dnia codziennego wypełniają brud i tandeta, prostytuujące się nastolatki i skorzy to wszystkiego co negatywne dorośli, skorumpowani rządzący i obojętni księża. W tym zatęchłym od papierosowego dymu miejscu, pełnym odurzonych narkotykami mieszkańców, Mikołaj będzie musiał zmierzyć się z traumami z przeszłości, wyrzutami sumienia, niepodjętymi działaniami i niemożnością czynu.

Jakub Żulczyk doskonale oddał klimat zapadłej i zapomnianej przez świat pipidówki. Czuje prowincję, jej problemy, charakterystykę i ponury klimat. Nie sposób napisać wiarygodnie o miejscu tak odciętym od świata i o odcieniach nikczemności, jakie się tam czają, nie będąc choć przez chwilę częścią tej społeczności. Pisarz widzi wyraźny związek między surowością małomiasteczkowego klimatu, a pewną dzikością natury ludzkiej, która powoduje, że Zybork skrywa w sobie coś niewytłumaczalnego dla osoby z zewnątrz. Żulczyk pisze niezwykle ekspresyjnie, trzyma czytelnika w emocjonalnym klinczu, nie pozwala stanąć na chwilę i złapać oddechu, serwuje coraz to mroczniejsze opowieści o tym, do czego jest zdolny człowiek wrzucony w odmęty tego miejsca. Wiarygodność przy tym buduje nie tylko na opisach obdrapanych sklepowych witryn, ale przede wszystkim w sposobie narracji. Z dbałością o rytmikę stylizuje język i wprowadza do niego specyficzny humor, oparty na mnogości wulgaryzmów i sarkazmie. Sportretowani we „Wzgórzu psów” mieszkańcy Zyborka to autentyczni przedstawiciele gatunku ludzkiego, do bólu prawdziwi. Gama osobowości i indywidualnych przywar jest tak duża, że można odnieść wrażenie, że każdy z nich miał kiedyś swój pierwowzór, że każdy uosabia jakąś część przeszłości autora. Żulczyk, opierając się na łańcuchach doświadczeń z własnego życia i doskonale rozumiejąc zbiór klasycznych motywów, przyciągających odbiorców do zaangażowania, tworzy namacalnie bolesne historie, w których bardzo łatwo się odnaleźć. Kreowanie bohaterów, z którymi czytelnik się łączy, kibicuje ich sukcesom lub porażkom nie jest wcale takie proste, a autorowi „Świątyni” przychodzi to ze sporą lekkością.

„Wzgórze psów” to powieść o narastającej i szukającej ujścia społecznej zemście. Akcja dzieła lawiruje pomiędzy demokratyczną poprawnością, buntem, a brutalną przemocą. Bohaterowie błąkają się brudnymi ulicami miasteczka, pomiędzy walącymi się budynkami zamieszkanymi przez mrowie ludzi. W tym świecie, podłym i sterroryzowanym, trawionym przez nowotwór nawet przedmioty patrzą na człowieka wilkiem. To w tym miejscu okaże się, kto wyjdzie przed szereg i powie wreszcie NIE przemocy i środowisku. To tu okaże się, że w zapomnianej przez świat wspólnocie, prym będą wieść nie zasady demokracji, lecz siła i odwaga. Żulczyk będzie zadawał mrowie pytań – czy warto walczyć? Czy można uciec przed przeszłością? Czy otoczenie zmienia człowieka? Czy jest coś silniejszego niż układy? Zadba przy tym, aby odpowiedzi padło niewiele. Każdy musi sam rozliczyć się ze swoimi demonami.

Proza Żulczyka nie zachwyca językową maestrią, zresztą nie taki miała cel. Bliżej jej do beletrystyki naturalistycznej, stroniącej od stylistycznej finezji. Kluczową rolę odgrywa tu rytmika i cięty język, tak popularny w mniejszych społecznościach. Swojskość, naturalność, potoczystość, pozytywna łatwość odbioru to przywary książki, która stawia przede wszystkim na czytelniczą przyjemność, możliwość grania z bohaterami w jednej drużynie, a przez to, że przeniknięta jest uniwersalnością, staje się ciekawsza niż typowe eksperymentalne literackie gry. Dzięki temu „Wzgórze psów” doskonale sprawdzają się jako czuły barometr społecznych nastrojów. To też żywa i mroczna proza, która wciąga niczym narkotyk. Z jednej strony czyta się ją jak kryminał, ale w tle czai się coś niezdefiniowanego - pełna okropności gorzka analiza współczesności, naszej polskiej topornej mentalności. „Wzgórze psów” nie jest prozą artystyczną, z pewnością książka ma w sobie wiele elementów kultury masowej, stanowi dobry przykład literatury popularnej, pragnącej przemycić do treści coś więcej, niż tylko wyimaginowana intryga. Gdyby autor nieco skrócił swoje dzieło, aby czytelnik nie odbijał się od granic jego wyobraźni, a przez to także od powtórzeń, książka zyskałaby na wartości. Pomimo to, nowa powieść Żulczyka to rozrywka okraszona całą masą trafnych spostrzeżeń na nas samych, mroczna wizja współczesności, w którą warto się udać. Choć nie jest wolna od wad, a poziom wulgarności czasami zmrozić może nawet najbardziej wprawnego kryminalistę, jest to proza warta poznania.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/03/recenzja-wzgorze-psow-jakub-zulczyk.html

pokaż więcej

 
2018-03-15 10:18:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Kundera

Milan Kundera jest mistrzem w komponowaniu małych historii rozpoczynających swój bieg od z pozoru błahych decyzji. Przykład tego schematu, wykorzystanego wcześniej chociażby w „Żarcie” stanowi także „Tożsamość”. Opowiada ona o losach Chantal i Jean-Marca, przeciętnego małżeństwa zamieszkującego Paryż. Ona ma bogatą przeszłość matrymonialną, gdy ją poznajemy jest już trzykrotnie rozwiedziona.... Milan Kundera jest mistrzem w komponowaniu małych historii rozpoczynających swój bieg od z pozoru błahych decyzji. Przykład tego schematu, wykorzystanego wcześniej chociażby w „Żarcie” stanowi także „Tożsamość”. Opowiada ona o losach Chantal i Jean-Marca, przeciętnego małżeństwa zamieszkującego Paryż. Ona ma bogatą przeszłość matrymonialną, gdy ją poznajemy jest już trzykrotnie rozwiedziona. On jest człowiekiem wiecznie niespełnionym. Ima się różnych zajęć, od studiów medycznych, przez pisanie artykułów, aż na instruktażu jazdy na nartach kończąc. Upływający na wspólnych wieczorach i wyjściach czas nie daje o sobie zapomnieć i pewnego dnia, starsza o cztery lata od partnera Chantal poczuje się mało atrakcyjna i stara. Zacznie przeszkadzać jej, że mężczyźni się za nią nie oglądają, że nawet jej własny facet traktuje ją jak mebel, który choć przydatny, z urokiem ma niewiele wspólnego. Próbując zmienić bieg myśli ukochanej, Jean-Marc wysyła do niej anonimowe listy miłosne, które onieśmielają adresatkę i wprowadzają na nowo iskrę świeżości w ich związek.
Przy wykorzystaniu tego prostego zabiegu, Kundera zaczyna swoją kunsztowną zabawę, nie tylko z bohaterami książki, ale także z czytelnikami. Ta na pierwszy rzut oka pełna romantyzmu i kruchości opowieść o życiu dwóch kochanków, zacznie meandrować w najmniej spodziewane rewiry. Dziecięca igraszka, której jedynym celem miało być danie przyjemności drugiej osobie, stanie się przyczyną stopniowego odkrywania własnych tożsamości, tych części siebie, które do tej pory bohaterowie skrywali przed sobą.
Autor opisuje chwile, w których radość miesza się z bezsilnością. Nie sposób nie zauważyć, że ta pełna pasji opowieść o związkowym zniewoleniu i definiowaniu własnej przestrzeni wolności jest jednocześnie historią osoby niezwykle egocentrycznej, wymieniającej swoich adoratorów jak szczoteczki do zębów. „Tożsamość” to opowieść o bardzo ludzkich źródłach wewnętrznego tragizmu, o rozpaczliwym buncie i potrzebie ciągłego udowadniania swojej wyjątkowości. To też relacja o tym, że nawet w pozornie ułożonym i przytulnym świecie, sami tworzymy powody do niezadowolenia, wplątując się tym samym w coraz gęstsze sieci niedorzecznej dwuznaczności. Kundera tonie w półmrokach niedopowiedzeń, kreuje świat według nieoczekiwanego scenariusza, który dzięki niuansom przybiera taki, a nie inny kształt.
Niewątpliwym atutem powieści jest jej inteligentnie skonstruowana fabuła, osadzona na nieoczywistej intrydze, pełnej niepokoju i obsesyjności. Przewrotność książki udowadnia, że mamy do czynienia z dziełem wykraczającym daleko poza kolorowe, dynamiczne i błahe terytorium masowej rozrywki. Kundera będzie mówił do nas językiem prostym, ale pełnym mądrości, znajdzie wspólny mianownik z osobami samotnymi, ale też szczęśliwymi małżonkami. „Tożsamość” porusza w czytelniku ważne struny, nie boi się mówić o tych niewygodnych prawdach o nas samych, które wolelibyśmy ukryć gdzieś głęboko w sercu. Pokazuje kim naprawdę jesteśmy, czego szukamy i potrzebujemy. Daje nam także przykład, jak bardzo jesteśmy różnorodni, do czego często wstydzimy się przyznać.
Autor swoją historię opowiada w sposób realistyczny, nie stroniący od taplania się w codziennym brudzie. Razem z nim będziemy poznawać nieczystości życia bohaterów, zastaniemy ich w niewygodnych sytuacjach i mało harmonijnych formach wyrażania przywiązania. Kundera daleki jest od romantyzmu, opowiada o tym wszystkim, co chowamy za drzwiami własnych pomieszczeń i robi to w sposób pozbawiony sztucznego uroku. Miłość cielesna nie będzie u niego boskim aktem wyznania wiary w swoją młodość, a raczej banalnym pociągiem ciała do ciała. Większość czasu spędzimy jednak z bohaterami na prozaicznych czynnościach – rozmowach przy winie, spacerach po mieście, przeglądaniu szaf z ubraniami. W te dialogi będą wplatane niezwykle interesujące myśli filozoficzne, na temat pracy zawodowej, konsumpcjonizmu czy przemijania.
„Tożsamość” burzy i zniekształca normalność Chantal i Jean-Marca. Zmienia kształt ich świata, każe na nowo odkrywać areał codziennego funkcjonowania. To książka pełna dynamiki i specyficznego nastroju, w który sami wchodzimy mimowolnie, rzadko jednak sobie to uświadamiając. Choć może nie jest tak uniwersalna jak wspomniany wcześniej „Żart”, tak głęboka jak „Nieznośna lekkość bytu”, tak tęskna jak „Niewiedza”, czy tak wielowymiarowa jak „Nieśmiertelność”, pozwala spojrzeć na własne ja z innej perspektywy. Stanowi doskonały asumpt do dialogu ze sobą i swoją drugą połową, do wspólnego odnajdywania światła w nieprzeniknionym mroku pospolitości.
Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/03/recenzja-tozsamosc-milan-kundera.html

pokaż więcej

 
2018-03-09 10:18:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Vladislav Vancura jest w Polsce pisarzem zapomnianym, mimo iż w literaturze czeskiej okresu międzywojennego zajmuje pozycję wybitną. Proza autora jest zjawiskiem osobliwym, oryginalnym, wychodzi poza ramy powszechnie stosowanych konwencji literackich. W posłowiu do książki Zdzisław Hierowski pisze, że jest to „proza raczej dla czytelnika o wyrobionym, niekonwencjonalnym smaku literackim”.
...
Vladislav Vancura jest w Polsce pisarzem zapomnianym, mimo iż w literaturze czeskiej okresu międzywojennego zajmuje pozycję wybitną. Proza autora jest zjawiskiem osobliwym, oryginalnym, wychodzi poza ramy powszechnie stosowanych konwencji literackich. W posłowiu do książki Zdzisław Hierowski pisze, że jest to „proza raczej dla czytelnika o wyrobionym, niekonwencjonalnym smaku literackim”.
Akcja powieści została osadzona w XIII-wiecznych Czechach. W epoce rozbójników, nienawiści żarliwszej od wiary, walki wiejskich pogan z rosnącą w siłę wiarą chrześcijańską, przyszło żyć tytułowej Małgorzacie. Jest to kobieta ulepiona z innej gliny, wrażliwa i niewinna, oponująca swoją postawą otaczającej brutalności. Jej ojciec, oszust i łupieżca, przygotował dla niej schronienie w klasztorze, do którego jednak urocza Małgorzata bezpośrednio nie trafi, porwana przez innych rozbójników. Fabuła się zagęszcza, stajemy się świadkami walki z królem, porwania, rodzących się miłostek i próby odbicia Koźlika, ojca jednego ze zbójnickich rodów. W tym miejscu na pierwszy plan wyjdzie obiekt szczególnych zainteresowań pisarza – poszukiwania sposobów i środków transformacji epiki powieściowej. Bo też trudno nie zauważyć, że w tej powieści najważniejsza jest nie treść, a forma.
Zafascynowany dawną literaturą czeski pisarz wykorzystuje estetykę powieści renesansowej i późniejszych romansów rycerskich. Vancura z premedytacją posługuje się naiwnymi, trywialnymi środkami artystycznymi tej literatury, nie stroniąc także od jej parodiowania. Cechą specyficzną dzieła jest narracja, wymykająca się wszelkim schematom. Mamy tu bowiem narratora, którego obecność i rolę nadrzędną czuć w każdym akapicie. Z jednej strony prowadzi on opowieść, z drugiej nie boi się używać częstych odautorskich komentarzy, zwracając się w sposób niecodzienny do czytelnika, np. „Odwróćcie twarze do ściany, która jest czarna jak fresk zagłady. Zbudźcie swoją wyobraźnię, puśćcie wodze fantazji!”. Ten zabieg, choć w zamyśle miał prawdopodobnie uwspółcześnić starą stylizację i fabułę, nadać jej cechy bardowskiej przypowieści o czasach minionych, dodać jej smaku i uroku, nie wytrzymał próby czasu. Podobnie metoda budowania problemów i postaci – pełna banalności, prostoty, prymitywności i klarownej polaryzacji, jest dzisiaj niezwykle trudna do zaakceptowania. U Vancury postaci są zbudowane z silnych uczuć i namiętności, niezwykle wyraziste i nakreślone w modelu czarne-białe. Brakuje im typowo ludzkich wątpliwości i potrzeb, są wkomponowane w dobrze nam znane klisze. Autor operuje bogatą metaforyką, nadaje książce temperaturę uczuciową właściwą liryce, maluje postacie i wydarzenia nasyconymi barwami. Unika przy tym tych wszystkich zabiegów, które ówcześnie wykorzystywane były przez jego kolegów po fachu, a które obecnie są jeszcze ważniejsze niż dawniej – realizm szczegółu, wnikliwość analizy, motywacje psychologiczne. Być może dlatego bohaterowie książki nie zostaną naszymi przyjaciółmi, czytelnik od samego początku czuje, że to lalki, symbole określonych postaw wrzucone do kotła wymyślonej historii. Czytając „Małgorzatę córkę Łazarza”, niejednokrotnie mamy wrażenie, że mimowolnie przypatrujemy się spektaklowi marionetek, gdzie każdy aktor przedstawia określoną tezę, nie zaś charakter.
„Małgorzata, córka Łazarza” kreśli znany nam doskonale ze średniowiecznych książek obraz dryfującego gdzieś na powierzchni życia losu małych-wielkich kobiet. Portretuje nie rzucającą się w oczy Małgorzatę, która w wirze niebezpiecznych sytuacji, stara się walczyć o pamięć i triumf idei romantyczności. Vancura stworzył swoistą balladę historyczną, poemat skomponowany na pochwałę męstwa i miłości, szlachetności i godności śmierci. To ornament, na którym autor wyrył nam pokrętnymi kreskami opowieść o euforii i upadku, tęsknocie i honorze, przeszłości i uniwersalności. Jest to jedna z tych pozycji, które próbują łączyć współczesną myśl, z dawną tradycją. Robi to przy tym w sposób nad wyraz uporządkowany, a jednocześnie mało atrakcyjny, niewiarygodny. To klasyczna opowieść, podana w nieznanej nam formie. Z początku smakuje wybornie, z czasem zaczynamy jednak zastanawiać się, czy to nie złudzenie, czy może pod tą wierzchnią warstwą słodyczy, nie czai się na nas pułapka.
„Małgorzata, córka Łazarza” to prosta i poruszająca historia, podana w archaicznej stylistyce. Mnie bardzo zmęczyła i z radością powróciłem do bliższej mi, opartej na opisach i szczegółach powieści współczesnej. Kto chce poczuć powiew rycerskości, niech wsiada na konia i bierze książkę Vancury do rąk, reszcie polecam tę książkę zostawić na inne czasy.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/03/recenzja-magorzata-corka-azarza.html

pokaż więcej

 
2018-03-05 10:42:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Na książkę „To, co możliwe” składa się zbiór opowiadań o ludziach, którzy stanowili tło wydarzeń innej pozycji autorki – „Mam na imię Lucy”. W swoim najnowszym dziele Elizabeth Strout wraca do tamtych miejsc i czasów, jednocześnie przyglądając się życiu zupełnie innych osób. Czytelnik zostaje zatem wprowadzony do świata oswojonego, którego zasady działania są mu dobrze znane. Autorka zadbała... Na książkę „To, co możliwe” składa się zbiór opowiadań o ludziach, którzy stanowili tło wydarzeń innej pozycji autorki – „Mam na imię Lucy”. W swoim najnowszym dziele Elizabeth Strout wraca do tamtych miejsc i czasów, jednocześnie przyglądając się życiu zupełnie innych osób. Czytelnik zostaje zatem wprowadzony do świata oswojonego, którego zasady działania są mu dobrze znane. Autorka zadbała przy tym, aby zamieszczone w zbiorze teksty korespondowały same ze sobą, tworząc w ten sposób niezwykłą panoramę małomiasteczkowej Ameryki, ekosystem, w którym każdy członek społeczności zależny jest od innych, niczym zbiór naczyń połączonych.
Decydując się na lekturę tej książki zostajemy wciągnięci w powolny, a przy tym szczelnie wypełniony pociąg emocji. Poznajemy dawnego mleczarza, którego farma spłonęła, przez co musi on odciąć się od tego co było, i zamieszkać w nowym otoczeniu. Przypatrujemy się rodzinom, które podczas spotkań wspominają ubogie dzieciństwo wypełnione nie tylko bólem, ale także głodem. Śledzimy pracę właścicielki pensjonatu, która nie mogąc pogodzić się ze swoim życiem, zostaje wykorzystywana przez turystów. Pojawia się także mężczyzna o zniszczonej psychice, o którym dowiemy się, że w dzieciństwie był wykorzystywany seksualnie przez swojego ojczyma. Choć opowiadań jest więcej, już te wybrane, najbardziej zapadające w pamięć, doskonale ukazują to, co Elizabeth Strout chciała nam powiedzieć.
Autorka stawia swoich bohaterów na ringu, w którym przeciwnikiem będzie ich przeszłość. Pozwoli zanurzyć im się w mentalnym starciu, w którym zamiast prawego sierpowego otrzymają wspomnienia wypełnione całą gamę traum, haniebnych wydarzeń, plan na życiorysie. W tym pojedynku przeszłość stanie się punktem odniesienia, elementem stanowiącym fundament całej psychologicznej konstrukcji człowieka jako jednostki i istoty społecznej. W tej delikatnej i wyważonej narracji kryją się prawdy i konfabulacje, ale głównie niedomówienia i cisza – to tam trzeba szukać, czasem na oślep, wyjaśnienia dla kondycji egzystencjalnej. Można powiedzieć, że to jedna z tych książek, które mówią, iż poczucie własnej wartości prędzej czy później trzeba w sobie utwierdzić, by przestać wciąż na nowo mierzyć się z demonami przeszłości i kompleksami. To, kim obecnie jesteśmy, w dużej mierze zależy od sfery naszych intymnych przeżyć i emocji. Od tego, jaki obraz nas samych odbija się w oczach sąsiadów, członków rodziny czy kolegów z dawnej szkoły.
„To, co możliwie” osadza ludzi w konkretnym społeczeństwie, pełnym zazdrości, złorzeczenia i braku zrozumienia. Bohaterowie są z tego otoczenia stopniowo wykluczani, przez swoje błędy i biedę. Muszą stawić czoła przeciwnościom losu i ludzkiej pazerności. Strout pisze o odrzuceniu w cudowny sposób, bez zbędnego moralizatorstwa i dydaktyzmu. Czyni to subtelnie i dosadnie jednocześnie. Pokazuje, jak złożone mogą być historie ludzi oparte na wiecznym porównywaniu się do kogoś, punktowaniu wad drugiej osoby. Amerykance udało się stworzyć gorzka diagnozę społeczną, w której poprawiamy sobie samopoczucie, deprecjonując innych.
Elizabeth Strout pisze delikatnie i z wyczuciem, które widoczne jest nie tylko w stworzonym świecie, ale przede wszystkim w słowie, którym operuje z niesamowitą sprawnością. Nie ma tu scen hałaśliwych, naturalistycznych opisów czy afirmacji bólu. Zdania są stonowane, z pozoru wyprane z emocji, ale ich bezpośredniość i celność wywołuje w czytelniku niepokój. Jej styl doskonale koresponduje z samą tematyką, dotykającą przecież zwykłego człowieka i codziennych spraw. Duszny klimat każe spoglądać na te opowiadania z dystansem, bo angażowanie się w nie może być bardzo bolesne. To książka osadzona na dwóch przeciwnych biegunach – rozparta pomiędzy mieniącym się feerią emocjonalnych barw dialogiem ożywiającym wspomnienia a spójną, precyzyjnie przemyślaną i skomponowaną formą oddającą niejednoznaczność życia obecnego.
Autorka portretuje amerykańskie rodziny ze wszystkimi ich wstydliwymi sprawami. Czyni to poprzez zarys rozmów, zdarzeń czy nakreślenie toksycznych, dawno nieodnawianych relacji. „To, co możliwe” zderza ze sobą kilka światów równoległych tylko po to, by pokazać, ile pęknięć ma nasz rzeczywisty krajobraz codzienności. To książka o tym, że sami kreujemy wokół siebie pewne myślowe enklawy i o tym, jak blisko i daleko możemy stać obok siebie. Bardzo niezależni i samowystarczalni, ale też ostatecznie zdani na innych. To też relacji o tym, że często tkwimy w matni własnych lęków i pielęgnujemy wewnętrzny smutek, podświadomie czekając na to, aż ktoś wyciągnie do nas pomocną dłoń, zapominając przy tym, że świat jest na to niewrażliwy, bo jego tkanka pulsuje milionami podobnych lęków i cierpień. Elizabeth Strout zabiera nas w rejs po podwórkach i krużgankach, w których dochodzi do ludzkich konfrontacji w kilku kalekich formach. Rozbici duchowo bohaterowie bronią się przed popadaniem w skrajności, ale w gruncie rzeczy uczą się definiować świat na nowo, gdy zdają sobie sprawę, że nie można go traktować wyłącznie z perspektywy historycznej. To czuła proza skupiona na człowieku, fabularnie gęsta i dająca poczucie niedosytu. Te teksty wyzwalają skrywane emocje i refleksję, jest w nich jakieś międzyludzkie przyciąganie, niejasność i dwuznaczność, w które warto się zagłębić i spróbować wypłynąć na wierzch, mocniejszym i pewniejszym siebie.
Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/03/recenzja-to-co-mozliwe-elizabeth-strout.html

pokaż więcej

 
2018-02-27 14:47:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę” to pasjonująca relacja z zabójstwa i późniejszego pościgu za złoczyńcą. Autor książki przedstawia nam portrety dwóch osób – charyzmatycznego pastora walczącego o wolność rasową, oraz przestępcy lubującego się w kradzieżach, narkotykach i pornografii. Te dwie jednostki połączył pamiętny dzień 4 kwietnia... „Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę” to pasjonująca relacja z zabójstwa i późniejszego pościgu za złoczyńcą. Autor książki przedstawia nam portrety dwóch osób – charyzmatycznego pastora walczącego o wolność rasową, oraz przestępcy lubującego się w kradzieżach, narkotykach i pornografii. Te dwie jednostki połączył pamiętny dzień 4 kwietnia 1968 roku, kiedy to w Memphis James Earl Ray dokonał zamachu na Martina Luther Kinga.
Hampton Sides, twórca książki „Krew i burza. Historia Dzikiego Zachodu”, swoją najnowszą opowieść toczy przy wykorzystaniu narracji dwutorowej, dbając przy tym o odpowiednie wyważenie akcentów. Losy Martina Luther Kinga zostały zilustrowane wyłącznie z perspektywy ostatniego roku jego życia. King jest tu szanowaną osobistością, laureatem Nagrody Nobla o wyrobionej pozycji i szerokim gronie zwolenników. Autor zadbał o rekonstrukcję obrazu słynnego Amerykanina zgodną z realiami, dzięki czemu poznajemy postać wielowymiarową, mającą swoje zalety oraz wady. King w opowieści Sidesa, to z jednej strony orędownik prawości i równości, z drugiej człowiek nie stroniący od romansów i posiadający słabości. Zachwyca przy tym dbałość autora o szczegóły, podkreślanie niuansów, które stworzyły wyjątkową kreację człowieka w pełni naturalnego, mimo swojej nadprzyrodzonej charyzmy i aury legendarności.
Jamesa Earla Raya vel Erica Galta vel kilka innych nazwisk, czytelnik pozna o wiele bardziej szczegółowo. Intencją autora było przedstawienie głębi psychologicznej tego człowieka, postaci, która do końca pozostała tajemnicza i nie dająca się zakwalifikować do prostego szablonu. W tym celu pisarz dokładnie odwzoruje nam losy Raya, przyjrzy się jego zadziwiającej i krętej ścieżce życia wiodącej przez kolejne wykroczenia, aresztowania i ucieczki. Z tego społecznego bałaganu wyłoni nam się postać zła do szpiku kości, ale przy tym inteligentna i precyzyjna, dążąca za wszelką cenę do zdobycia rozgłosu. To właśnie pożądanie zdobycia sławy oraz nienawiść do osób innego koloru skóry przywiodła Raya do pomysłu i późniejszej realizacji ataku snajperskiego na Martina Luther Kinga.
Opowieść o tych dwóch postaciach jest więc jak rewers i awers tej samej monety, jak dwa różne bieguny ziemi. Hampton Sides od początku wyciąga na wierzch janusowe oblicze swojej książki, przy tym stara się nie popadać w żaden demagogiczny ton. Nie usiłuje wzbudzić banalnych emocji i wzruszeń. Przygląda się codziennym czynnościom i mrocznym procederom rzeczowo i równie rzeczowo sugeruje określone tezy. To nie jest reportaż, który ma kogoś zniesławić, czy tekst powstały w wyniku potrzeby podążania za sensacją, wyszukiwania niewygodnego, medialnego i elektryzującego społecznie tematu. Nie. „Ogar piekielny ściga mnie” to wstrząsająca książka o tym, jak zło kiełkując w duszy jednego człowieka, może rozprzestrzenić się na świat. To także mroczne memento o pokładach ludzkiego okrucieństwa i wnikliwe studium rodzącego się grzechu. Autor snuje także rozmyślania o tym, czy za bestialstwo czynów danego człowieka nie odpowiada w dużym stopniu okrutny świat wokół niego. Bo choć Ray działał sam, to cała Ameryka pełna była fanatyków, którzy wodzowi ruchu nieagresji życzyli właśnie takiego końca. Hides zbudował narrację oszczędnymi środkami, ale jednocześnie wrzuca czytelnika w świat tak wielkiej opresji, że po lekturze odnosi się wrażenie, iż sprawa zamachu na Martina Luther Kinga to dramatyczna konsekwencja chaosu i rasizmu, nad którym prawo nie było w stanie zapanować.
Być może ta książka nie byłaby tak wartościowa, gdyby nie rzetelne i barwne opisy amerykańskiego społeczeństwa drugiej połowy lat 60 XX wieku. Hampton Sides informuje nas o nastrojach, zwraca uwagę na otoczenie, portretuje także kluczowych bohaterów tamtej epoki – Lyndona B. Johnson’a, Roberta F. Kennedy’ego czy J. Edgara Hoover’a. Autor łącząc fakty pokazuje, jak barometr społeczny wpływał na decyzję Akademii przy wyborze Oscarowych filmów, jak przeciętni mieszkańcy ignorowali wezwania policji do ujawniania informacji o Rayu, wreszcie jak łatwo w tamtych czasach było zdobyć broń, miejsce w hotelu czy nową tożsamość.
„Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę” to niezwykle wciągająca i bogata w treść książka, o miejscach, z których wydobywa się ludzkie zło, i o tym, w jaki sposób człowiek się mu poddaje. To także relacja o niezawinionym cierpieniu, czynieniu innym zła oraz konsekwencjach jakie z tego wynikają. To powieść wielopłaszczyznowa o wszystkich mrocznych, ale też i ludzkich sprawach, o których staramy się nie myśleć, oceniając każdą ludzką bestię jednoznacznie przedstawianą przez media w kontekście okrucieństwa jej zbrodni. Także o tym, że nie da się opisać zła jednoznacznie, ani właściwie zdefiniować metod walki z nim. To też opowieść o niezwykłych ludziach i ich pospolitych skazach. Hampton Sides dokonał rzeczy praktycznie niemożliwej. Na podstawie zrekonstruowanych dokumentów, wywiadów i własnych kwerend, zbudował pasjonujący reportaż non-fiction, który mimo wiadomego rozwoju i zakończenia, czyta się z większym zacięciem niż stworzony na wielopoziomowej intrydze kryminał. Bez dwóch zdań jedna z tych książkach, obok których nie powinno się przechodzić z obojętnością.

Recenzja ukazała się na stronie https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/02/recenzja-ogar-piekielny-sciga-mnie.html

pokaż więcej

 
2018-02-24 09:33:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Akcję swojej książki Yasunari Kawabata osadził w małej miejscowości uzdrowiskowej zagubionej gdzieś pośród japońskich gór. Głównymi beneficjentami tego miejsca są amatorzy sportów zimowych oraz wielbiciele gorących źródeł. Pewnego dnia do miasteczka trafi Shimamura – samotny podróżnik, mający wystarczająco środków aby nie musieć liczyć się z wydatkami. Bohater książki przybywa pociągiem, w... Akcję swojej książki Yasunari Kawabata osadził w małej miejscowości uzdrowiskowej zagubionej gdzieś pośród japońskich gór. Głównymi beneficjentami tego miejsca są amatorzy sportów zimowych oraz wielbiciele gorących źródeł. Pewnego dnia do miasteczka trafi Shimamura – samotny podróżnik, mający wystarczająco środków aby nie musieć liczyć się z wydatkami. Bohater książki przybywa pociągiem, w którym będzie wnikliwie obserwować siedzącą nieopodal Yoko. Dziewczyna zachwyca go swoją urodą, pięknym głosem oraz troską, jaką okazuje swojemu choremu towarzyszowi. Ta przelotna fascynacja nie będzie miała później romantycznego rozwinięcia, zwieńczenie platonicznej znajomości będzie tragiczne. Zanim jednak poznamy zakończenie, autor zaprosi czytelnika do obserwacji niespiesznej i subtelnej gry rozgrywającej się między Shimamurą oraz Komako – gejszą, którą bohater książki poznał jeszcze zanim ta zdecydowała się na taki zawód. Ich wzajemne relacje, zupełnie odmienne kulturowo od naszych kategorii, będą bardzo statyczne i wręcz nierealistyczne. Przeprowadzone rozmowy, wspólne picie sake i uczucie samotności we dwoje właściwie kończą oś dramaturgiczną dzieła. Powieść japońskiego Noblisty nie ma bowiem linearnej fabuły. Ludzie się spotykają, gawędzą, podziwiają przyrodę i próbują odnaleźć siebie. Wyjście poza obręb własnego, chaotycznego ja nie jest jednak proste i bohaterowie gubią się wśród ciemnych zaułków swojej duszy, jakby nie rozpoznawali właściwej drogi w tunelu przeznaczenia.

„Kraina śniegu” przenosi czytelników w świat japońskiego środowiska, tradycji i zagadkowej obyczajowości. Kawabata bogatą paletą słów kreśli nam pejzaże, które zawsze kryją w sobie jakąś tajemnicę. Zachwycać mogą nas czerwone drzewa podczas później jesieni, jak i przykryte grubą warstwą puchu idylliczne terytoria, o których autor pisze z niesłabnącą delikatnością. Tytułowa kraina śniegu, staje się dla Shimamury mitycznym miejscem położonym poza czasem i przestrzenią, obszarem, gdzie naturalna harmonia pozwala odciąć się od codzienności. W swoim warsztacie pisarz posługuje się specyficzną symboliką, zanurzoną w japońskiej kulturze. Niczym malarz zwracać będzie uwagę na drobne szczegóły otoczenia – barwy ubrań, przedmiotów, zmieniającej się natury. Arkadyjskość ojczystego pejzażu splata się z realistyczną refleksją o osobliwym napięciu między parą bohaterów, swoistą interakcją przyczyniającą się do piętrzenia kolejnych stopni labilności, zazdrości, pożądania, fałszu oraz niezrozumienia.

Noblista wykreował powieść wielowymiarową. Czytelnik zachwycając się pięknem opisów przyrody, zauważa w pewnym momencie, że ten odległy krajobraz przenika jakaś nienazwana mgła, utrudniająca postrzeganie wyraźnych konturów opisywanego świata i wprowadzająca niepewność człowieka usytuowanego w kręgu szeroko pojętego bytu. W trakcie lektury brnie się, czasem z niemałym trudem, w głąb onirycznego ekosystemu, przepełnionego surrealizmem i jakąś symboliczną magią, której być może nawet nie rozumiemy, podświadomie czujemy jednak, że jest ona pierwotna i lojalna wobec życia „tu i teraz”. Dotyka i przejmuje człowieka w całości, nie pozwala na chwilę zawahania i zwątpienia. Jest to historia podróżowania po świecie i podróżowania do wnętrza siebie, wraz z ciężką do ogarnięcia oraz zrozumienia historią pary, która nie podróżowała nigdzie.

„Kraina śniegu” emanuje mądrością pisarza rozumiejącego potrzebę szukania miejsca w życiu i możliwości pogodzenia się z tym, co musi się stać, co jest nieuchronne. Fascynuje pięknem słowa: bogactwem metafor, baśniowymi i sennymi nastrojami, surowymi dialogami. Jest to proza spokojna, niespieszna, refleksyjna. Do czytania powolnego, delektowania się, zagłębiania w szczegóły. Opowieść tak plastyczna, że każdy opisywany szczegół widzi się dokładnie, a każde przeżywane uczucie, choć często sprzeczne z naszą hierarchią moralności, trafia wprost do czytelniczego serca. Książka odległa od naszej codziennej rzeczywistości, nie dająca łatwych recept, niewyczerpanych pokładów banalności, nie próbująca niczego narzucić czy udowodnić. Nie zawiera intryg, prostych chwytów ani stylistycznej zabawy. To literatura egzystencjalnie głęboka, sięgająca daleko poza porządek rzeczy i myśli, tylko od nas zależy, czy chcemy się na nią otworzyć. Jeśli lubicie tę hipnotyzującą narrację znaną z „Głosu góry” czy „Śpiących piękności. Tysiąc żurawi”, ta książka was na pewno nie rozczaruje.

pokaż więcej

 
2018-02-22 13:21:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

„Był sobie chłopczyk” zaczyna się jak rasowy kryminał. Dwóch nastolatków znajduje w cieszyńskim stawie ciało lalki, które po policyjnych oględzinach okazuje się dzieckiem. Od tego momentu podążamy za śledczymi, którzy przez dwa lata będą usiłowali rozwiązać sprawę śmierci anonimowego dziecka, którego dla ułatwienia nazwano „Jasiem”.

Ewa Winnicka swój reportaż podzieliła na trzy części,...
„Był sobie chłopczyk” zaczyna się jak rasowy kryminał. Dwóch nastolatków znajduje w cieszyńskim stawie ciało lalki, które po policyjnych oględzinach okazuje się dzieckiem. Od tego momentu podążamy za śledczymi, którzy przez dwa lata będą usiłowali rozwiązać sprawę śmierci anonimowego dziecka, którego dla ułatwienia nazwano „Jasiem”.

Ewa Winnicka swój reportaż podzieliła na trzy części, tworząc w ten sposób swoisty tryptyk o wadach systemu opieki społecznej. Pierwszy akt książki koncentruje się wokół działań policji. W tej detektywistycznej relacji zapoznamy się z kolejnymi krokami podejmowanymi przez jednostkę. Przyjrzymy się tropom jakie będą badane, fałszywym doniesieniom osób postronnych, wątpliwościom jakie budzi wiarygodność działania MOPS. Autorka śledzi osoby zaangażowane, patrzy im na ręce, wskazuje słabe strony śledztwa, ale i przedstawia policjantów, którzy postanowili odnaleźć sprawców morderstwa niewinnego chłopca za wszelką cenę. Między wierszami akcji poszukiwawczej będziemy mogli wyczytać historię nędzy i patologii jaka dopada wiele rodzin, które w sprawę zostały włączone często przypadkowo.

Drugi komponent reportażu to relacja o rodzinie, w której przyszło wychowywać się Szymonowi. Ewa Winnicka analizuje losy nie tylko matki i ojca chłopca, ale i innych członków tej rodziny. Wnikliwie przedstawia tło wydarzeń - przeszłość, warunki społeczno-ekonomiczne oraz sylwetki najważniejszych postaci, aby czytelnik dostrzegł praprzyczyny, które w końcu doprowadziły do dramatu. Reporterka daleka jest przy tym od tępienia czy z drugiej strony usprawiedliwiania sprawców. Rzeczowo przytacza fakty, dając możliwość czytelnikowi indywidualnej interpretacji wydarzeń.

W ostatniej części książki poznajemy losy sprawców po aresztowaniu. Autorka koncentruje uwagę na głównych bohaterach tej brutalnej sztuki, wnikliwie przedstawia ich zeznania i wzajemne podkopywanie dołków pod sobą, nie zapomina jednak przy tym o jednostkach, o których w tej sprawie było najciszej, a które być może utraciły dużo więcej niż rodzice, czyli rodzeństwie Szymona.

Reportaż Ewy Winnickiej – choć niewielkich rozmiarów – podejmuje się próby diagnozy bardzo wielu problemów. Autorka analizuje kondycję polskich rodzin, proces powstawania i funkcjonowania patologii, nieskuteczność pomocy publicznej i bierność sąsiedzką. Jest przy tym bardzo uważna i dociekliwa. Poza zapisami wysłuchanych historii odnajdziemy w książce także relacje policjantów czy wyciągi z procesu sądowego. Pisarka wykazała się olbrzymimi pokładami empatii i zrozumienia, podając nam tę mroczną historię w wolnej od patosu i krytyki formie. Trudno jest pisać o tak bulwersującej sprawie w sposób daleki od sensacji, i może właśnie w tym tkwi siła tej książki. Autorce udaje się nas poruszyć poprzez czułą bezstronność, odcięcie się od nachalnego grania emocjami i skupienie się na ukazaniu łańcucha powiązań jakie musiały jednocześnie wystąpić, aby ta tragedia mogła funkcjonować w tajemnicy przez lata.

To reportaż, po którego lekturze pojawi się w nas wiele złości, ale i świadomość tego, jak bezradni jesteśmy wobec przemocy w rodzinie. Wstrząsa nas nie tylko obojętność wobec krzywd dzieci, ale także obraz zaniedbania, zapomnienia i brak miłości. Snując opowieść jednego śledztwa, reporterka ukazuje problemy systemowe: rodzinnych tragedii, luk w działaniu pomocy społecznej, ale i mediów, które porzuciły sprawę Szymona, bo wydarzyła się inna katastrofa. „Był sobie chłopczyk” to także prowadzona wielotorowo relacja o wzajemnej wzgardzie pary konkubentów, o tym jak relacje w związku mogą przełożyć się na tragedię latorośli. Ewa Winnicka opowiada o cierpieniu pokrzywdzonych, ale także o rozwoju wewnętrznego skrzywienia, które doprowadza do powstania muru nieporozumienia, a w konsekwencji pasma krzywd.

Głębia moralnego niepokoju autorki i bezkompromisowa rzetelność wstrząsa sumieniem czytelnika. Reporterka nie narzuca się z natrętnymi dydaktyzmami, ale poprzez wyrazistość obrazu nakazuje indywidualną refleksję, myślowe zatrzymanie się, zadumę nad życiem i rzeczywistością, wszak w tym wypadku każdy z nas może być winny niedopatrzenia. „Był sobie chłopczyk” to dobra książka, z wszystkimi wadami i zaletami reportażu, przedstawiająca wiele skomplikowanych zależności między zażyłością a obcością wobec kogoś, kto z definicji ma być bliski.

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/02/recenzja-by-sobie-chopczyk-ewa-winnicka.html

pokaż więcej

 
2018-02-19 09:17:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Z okazji przypadającej w 2016 roku 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira brytyjskie wydawnictwo Hogarth Press zaprosił do współpracy uznanych pisarzy w celu realizacji Projektu Szekspir. Każdy z uczestników przedsięwzięcia miał za zadanie przełożyć wybraną powieść na współczesną historię utrzymaną w klimacie pierwowzoru. Tracy Chevalier decydując się na adaptację do dzisiejszych realiów... Z okazji przypadającej w 2016 roku 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira brytyjskie wydawnictwo Hogarth Press zaprosił do współpracy uznanych pisarzy w celu realizacji Projektu Szekspir. Każdy z uczestników przedsięwzięcia miał za zadanie przełożyć wybraną powieść na współczesną historię utrzymaną w klimacie pierwowzoru. Tracy Chevalier decydując się na adaptację do dzisiejszych realiów „Otella” podjęła się zadania wyjątkowo trudnego. Przedmiotowa sztuka uznawana jest od pokoleń za ponadczasowe studium dramatycznych, wzniosłych uczuć – niepohamowanej zazdrości i paranoicznej żądzy zemsty. Syndrom Otella, powszechnie stosowany w psychiatrii objawia się urojeniami niewierności, które mogą być podobne do osądów i podejrzeń występujących w zwykłej zazdrości, ale o większym zasięgu, zaś dowody zdrady często bywają mało wiarygodne, a wręcz absurdalne.
„Ten nowy” przenosi nas do lat 70. ubiegłego wieku. Akcja książki została osadzona w jednej ze szkół podstawowych w Waszyngtonie. Główny bohater opowieści, jedenastoletni Osei, pod koniec roku szkolnego zmienia placówkę oświatową. Obserwujemy jego pierwszy dzień w nowym otoczeniu. Osei jest czarnoskóry, co przykuwa uwagę całego ‘białego’ otoczenia, zarówno dzieci, jak i nauczycieli. Przyzwyczajony do częstych zmian i drwin Osei szybko zaprzyjaźnia się z wzorcową uczennicą - Dee, co w konsekwencji musi prowadzić do konfliktów.
Chevalier z jednej strony analizuje studium odmienności, z drugiej ukazuje destrukcyjną siłę zazdrości i frustracji, które czynią z człowieka istotę zapętloną we własnych projekcjach dotyczących irracjonalności świata. Osei jest inny i nikt nawet nie kryje się z takim jego postrzeganiem. Od początku wzbudza sensację i nieufność, a nawet lęk. Autorka z wprawą żongluje emocjami, z jednej strony ukazując wyraziście to co zewnętrzne, by później skonfrontować to z psychiką swojego bohatera. A ten choć pozornie jest w stanie znieść naprawdę wiele, w momencie nawarstwienia negatywnych wrażeń potyka się i spada na samo dno studni wrażliwości. Osei nie jest bohaterem jałowym, wręcz przeciwnie, to jednostka nad wyraz intymna, popełniająca błędy jak każdy człowiek. Jest mocno wyobcowany i walczy z lękiem, który dopada go często i którego trudno się definitywnie pozbyć. Gubi się w sprzecznych doniesieniach, nie potrafi odróżnić tego co realne, od tego co zmyślone. Poziom emocji rośnie z każdą stroną, uczucie zazdrości wzbiera już nie tylko w najlepszej przyjaciółce Dee, ale też innych uczestnikach codziennego życia w szkole, prowadząc do nieuchronnej eskalacji. Gdy do głosu dojdzie prawdziwa „czarna owca” szkoły i zacznie inscenizować swój wyimaginowany spektakl, granice moralności zostaną przesunięte w imię jakiejś nienazwanej i nieokreślonej wyższej prawdy. Syndrom Otella rozkwitnie w całej swojej krasie.
„Ten nowy” to pisana codziennym i adekwatnym do wieku bohaterów językiem relacja o znaczeniu dziecięcej przyjaźni, o destrukcyjnej sile zazdrości i konsekwencjach, jakie niesie za sobą skrywana dyskryminacja. To także kolejny głos w dyskusji o wychowaniu i braku autorytetów. Mimo stylistycznej prostoty powieść nie trąci pretensjonalnością i daje możliwość do tego, aby rozważyć, ile każdemu z nas zabrano, a ile dano w życiu. Choć jest to literacka fikcja, liczne fragmenty utworu zawierają w sobie tak wyraźną siłę psychologicznej głębi, że czytelnik ma wrażenie obcowania z człowiekiem, który opowiada własne przeżycia. Historia Osei’a przypomina momentami pamiętnik spisany przez pokrzywdzonego nastolatka i mimo dużych pokładów subiektywizmu, ma w sobie wyraźne pokłady uniwersalizmu, które pozwala przetransponować czytelnikowi na własne życie. Choć cała opowieść wydaje się zbudowaną na stereotypach bajką, gdzieś w głębi czujemy od pierwszych stron, że coś w tym postrzeganiu jest nie tak, że ktoś nas wodzi za nos.
„Ten nowy” jest książką teatralną, zamkniętą w małej przestrzeni i ze skończoną grupą różnorodnych aktorów, dzięki czemu zyskuje na intensywności i dramaturgii. Świat stworzony przez Tracy Chevalier ma wyraźnie zaznaczone kontury, wypełniony został złożonymi kliszami i nieoczywistymi interpretacjami. Autorka serwuje nam przekrój przez bogatą paletę traum, które wraz ze zbliżaniem się do końca historii, rozkwitają w całej okazałości. Tracy Chevalier zamyka nas w swojej klaustrofobicznej atmosferze, w której ciosu można spodziewać się z każdej strony. Pisarce udało się rzetelnie wykreować bohaterów swojej opowieści, pokazać ich rozterki i proces powstawania decyzji pod wpływem intryg i kiełkujących w nich negatywnych uczuć. Choć nie jest to książka wolna od wad, autorce udało się stworzyć wielowymiarowy portret boiska szkolnego przepełnionego emocjami. „Ten nowy” przypomina nam o przestrodze Szekspira, stanowi znak ostrzegawczy informujący, że zazdrość nie jest najlepszą drogą do rozwijania relacji społecznych. Specyficzna proza, pełna młodzieńczej banalności i szkolnych przepychanek mentalnych, a przy tym paradoksalnie zadziwiająco dojrzała.

Recenzja ukazała się na stronie: http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/02/recenzja-ten-nowy-tracy-chevalier.html

pokaż więcej

 
2018-02-16 08:44:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Na zbiór „Ostatni autobus i inne opowiadania” składają się wczesne teksty Trumana Capote’a, wydane w Ameryce w 2015 roku, które wybrane zostały spośród notatek i szkiców autora, przechowywanych w Archiwum Trumana Capote’a w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Autor stworzył je między 14 a 23 rokiem życia. Połowa doczekała się swojej premiery w latach 1940-1942 na łamach lokalnego pisma... Na zbiór „Ostatni autobus i inne opowiadania” składają się wczesne teksty Trumana Capote’a, wydane w Ameryce w 2015 roku, które wybrane zostały spośród notatek i szkiców autora, przechowywanych w Archiwum Trumana Capote’a w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Autor stworzył je między 14 a 23 rokiem życia. Połowa doczekała się swojej premiery w latach 1940-1942 na łamach lokalnego pisma literackiego, pozostała część powstała już po wojnie, około 1947 roku. Czternaście zaprezentowanych nowel charakteryzuje się różną stylistyką oraz odmiennym warsztatem literackim, łączy je jednak rodzące się w autorze zainteresowanie outsiderami, ludźmi niedopasowanymi do społeczeństwa. Już w tych pierwszych próbach dostrzec możemy niezmierzone pokłady empatii pisarza i kwalifikacje do kreślenia portretów pełnych subtelności, delikatności i specyficznej aury odmienności. Na początku swojej literackiej kariery Capote udowadnia, że zrozumienie drugiego człowieka będzie jego największym atutem, który z czasem wyeksponuje się w pełni w takich dziełach jak w „Z zimną krwią” czy „Harfa traw”.
W „Ostatnim autobusie” dominują teksty sugestywne, choć pisane w skrajnie różnych od siebie tonacjach. W tych zapisach zawiera się czułość oczekującej ukochanej, upór ubogiej ogrodniczki, bezwzględność kobiet planujących morderstwo przy szklance herbaty czy tragedia osób wsiadających do tytułowego pojazdu. Ta plejada inności, stanowi podstawowy budulec i wartość tej prozy, dalekiej od doskonałości, bazującej na wytartych kliszach zamiast realnych i szczegółowych obserwacjach. Autora fascynuje różnorodność form ucieczki od tłamszącej zwyczajności, potrzeba odnajdywania się w czymkolwiek, a często z kimkolwiek, chaos w definiowaniu rzeczywistości alternatywnych, wielość recept na tworzenie własnego „ja”. Koronnym przykładem będzie tu Belle Rankin, stara dziwaczka, która odmawia sprzedaży swoich kamelii za bardzo rozsądną cenę, mimo że sama nie ma środków na życie. W tej opowieści wprawny obserwator dostrzeże całą finezyjność autora, cechującą się z jednej strony precyzyjną narracją, z drugiej liryczną czułością. Gdy Belle umrze, zrzuci z siebie płaszcz starości, wróci na łono osób pięknych. Jednym z najlepszych opowiadań jest także tytułowy „Ostatni autobus”. Poznajemy w nim szereg specyficznych osób, które mając własne cele i marzenia wsiadają do pojazdu, który nigdy nie dotrze w wyznaczone miejsce. Ten tekst jest świadectwem mocnego zakotwiczenia w losach innych, a z drugiej strony także przejmującym obrazem kruchości życia. Prosty i mądry dokument, idealnie pokazujący to, jakim pisarzem Capote się stanie.
Ten zbiór, choć warsztatowo daleki od ideału, charakteryzuje różnorodna gęstość, falowanie, migotanie wydarzeń i półznaczeń. Jest to książka mająca swój klimat i wewnętrzny rytm. Pozbawiona chaotyczności - mimo to, iż pozornie zapisane zostały w niej tylko urywki i strzępy, często podane w rwanej formule. Autor jest oszczędny w opisywaniu indywidualnych doświadczeń swoich bohaterów. Nie narzuca czytelnikowi subiektywnej perspektywy, nie prosi o wchodzenie w skórę fikcyjnych postaci. Chce za to ujrzeć opisywany problem w szerszym, horyzontalnym kontekście. I chociaż zagłębia się w tym, co było lub być mogło, bardzo dobrze wyraża w drugim dnie to, co jest.
Miłośnicy prozy konwencjonalnej, w której najważniejsza jest przyczyna i skutek, jasność, klarowność i proste, najbliższe skojarzenia mogą być „Ostatnim autobusem” zdegustowani. Mnogość dziwactw i banalnych rozwiązań może przywodzić na myśl dziennik wybrednego studenta. Jednakże czytelnicy ufający symbolice, wiedzeni emocją, będą książką może nie oczarowani, ale na pewno zainteresowani. Kochamy Capote za jego proste i subtelne zdania, za dopracowanych bohaterów oraz klarowność opisów. Te cechy można już dostrzec na początkach jego kariery pisarskiej, choć trzeba się dobrze przyjrzeć i wyłapać je z wersetów wypełnionych schematycznością. Proste, czasami banalne opowiadania, które można poznać, ale bardziej w formie literackiej ciekawostki, jako element łańcucha ewolucji umiejętności pisarza. "Ostatni autobus i inne opowiadania” to przede wszystkim świadectwo tego, w jaki sposób Capote dojrzewał do roli pisarza, niedoskonały element biografii, który musiał powstać, aby kiedyś w dalekiej przyszłości na światło dziennie wyszły prace wyższej jakości. Można, ale nie trzeba znać.

Recenzja ukazała się pod adresem http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/02/recenzja-ostatni-autobus-i-inne.html

pokaż więcej

 
2018-02-14 08:40:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to zbiór krótkich tekstów pisanych zwięzłymi, rwanymi frazami, który mówi o odchodzeniu najbliżej osoby. Całość została podzielona na trzy części, tworzące prywatny tryptyk o utracie i niemożności odnalezienia się w nowej rzeczywistości. W pierwszym akcie o swojej matce Wicha pisze przez pryzmat przedmiotów, które musi po jej śmierci uporządkować. Relacjonuje... „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to zbiór krótkich tekstów pisanych zwięzłymi, rwanymi frazami, który mówi o odchodzeniu najbliżej osoby. Całość została podzielona na trzy części, tworzące prywatny tryptyk o utracie i niemożności odnalezienia się w nowej rzeczywistości. W pierwszym akcie o swojej matce Wicha pisze przez pryzmat przedmiotów, które musi po jej śmierci uporządkować. Relacjonuje nam swoje dylematy związane z napotykanymi na drodze drobiazgami. Każdy kryje za sobą unikatową historię, absolutnie magiczną w swojej banalności. Wzięcie do ręki książki jest pretekstem do odbycia sentymentalnej podróży do przeszłości, stanowi platformę pomiędzy życiem a śmiercią. Autor pisze beznamiętnie, dzięki czemu paradoksalnie uzyskujemy napełnioną emocjami frazę. Ileż sympatii i uczuć bije z tych rozdartych na ostrzu samotności słów, ile miłości można dostrzec w prostym geście trzymania w rękach „Emmy” i oddawaniu się kontemplacji o tym, czego ta książka w życiu doświadczyła. Autor opisuje nam obrazy zatrzymane w kadrze własnej pamięci. Świat zachowany i przekazany w detalach, razem z zapachem i fakturą. Nie można ich wyrzucić, bo były świadkami wydarzeń dla życia autora wiekopomnych, tego życia, którego już nie ma.
W drugiej części twórca mniej pisze o rzeczach, koncentrując swoją uwagę na ludziach. Pierwotny świat, owe krainy rodzinne autora mają właściwości magnetyczne, mamią go, łudzą, szepczą na ucho, nie pozwalają o sobie zapomnieć, a on prowadzony jakimś podświadomym programem musi tam wracać. Przemierzamy razem z nim przestrzenie przeszłości wypełnione małymi i dużymi sekretami Wichów, ich wzajemne relacje, problemy i radości. Jest to pejzaż niezwykle intensywny, zindywidualizowany, nabierający głębi nawet dla niemych świadków tamtych wydarzeń. Pisarz komponuje nam z małych kawałków istotę pojęcia rodzicielskości, w ten sposób zachowując w pamięci to, co nieuchronnie musi fizycznie stąd odejść. Nastrój żałoby wprowadza artystę do wewnątrz własnego ja, a brak bliskiego człowieka, kogoś z kim mógłby wspólnie dotykać tych najważniejszych w życiu spraw, tylko go w tym zamknięciu utrzymuje. Warto zwrócić uwagę, że cała maestria tej prozy uwidacznia się w tym momencie w sposobie narracji, w opowiadaniu o matce bez jej bezpośredniej bytności. W jego wspomnieniach jest ona obecna, ale nie jako główny bohater, dzięki czemu autor unika pułapki sentymentalizmu i pretensjonalności.
Ostatnia, wieńcząca cząstka książki to opis umierania. Jest więc tym razem bardzo konkretnie i wręcz empirycznie, odchodzimy od niedopowiedzeń na rzecz realistycznego obrazu. Marcin Wicha snuje opowieść o powolnej utracie ciepła, przygotowywaniu się na to, co nieuniknione, o stanie zawieszenia, byciu w krużganku, który niedługo trzeba będzie na zawsze opuścić. Śmierć odmieniana jest tutaj przez wszystkie przypadki, choć unikamy dotkliwej dosłowności. Sposób przekazu jest bardzo powolny, wręcz stoicki. Mamy wrażenie, że jesteśmy widzami osobistej ballady napędzanej spokojem, melancholią, beznamiętnymi spostrzeżeniami, przytaczaniem małych myśli, słów, obracanych w ustach niczym bezsmakowe landrynki. Język którym nas Autor raczy – opisy miejsc, procesu, drobnych czynności przydaje książce czułości. Otula ją, oświetla jakąś odrealnioną jasnością, która powoduje, że patrzymy na tę historię z taką samą czułością jak Autor.
„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to książka bardzo przejmująca, wypełniona pustką i słodko-gorzkim kolażem wspomnień. Jest pełną niepewności historią o kresie życia, o wartości jakie mają w sobie przedmioty i jak trudno pogodzić się z pewnymi wydarzeniami. To piękna i poruszająca niewielka relacja o wielkich sprawach, napisana w zdystansowanym, podszytym ironią stylu. Z pewnością jedno z odkryć zeszłego roku na polskiej scenie wydawniczej.

Recenzja ukazała się na stronie http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2018/02/recenzja-rzeczy-ktorych-nie-wyrzuciem.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
660 125 19174
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (522)

Ulubieni autorzy (8)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (13)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd