Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Buka 
filmweb.pl/user/Buka
29 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 4 książki i 2 cytaty, ostatnio widziany 1 godzinę temu
Aktywności
2017-04-04 12:02:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Powieści Larsa Sabaaye Christensena wpychały się do mojej głowy od jakiegoś czasu. Jest to wynik z jednej strony rozdmuchanej promocji, z drugiej zaś kilku niezwykle ciekawych i przychylnych recenzji jakie miałem okazje przeczytać. Nie bez znaczenia było też bardzo ładne wydanie jakie zaserwowało nam Wydawnictwo Literackie. Gdy więc zobaczyłem trzy jego książki na półce biblioteki nie... Powieści Larsa Sabaaye Christensena wpychały się do mojej głowy od jakiegoś czasu. Jest to wynik z jednej strony rozdmuchanej promocji, z drugiej zaś kilku niezwykle ciekawych i przychylnych recenzji jakie miałem okazje przeczytać. Nie bez znaczenia było też bardzo ładne wydanie jakie zaserwowało nam Wydawnictwo Literackie. Gdy więc zobaczyłem trzy jego książki na półce biblioteki nie omieszkałem sięgnąć po jedną z nich. Wybór padł na „Odpływ”, zaś kryterium wyboru okazał się rozmiar. „Odpływ” miał najmniejszą liczbę stron, wierzyłem więc, że w przypadku „wpadki” nie zaboli mnie ona tak jak „Beatlesi” z ich 900 stronami.
Zanim zacząłem książkę czytać zrobiłem swój prywatny rachunek sumienia dotyczący literatury norweskiej. Jak się okazuje nie wygląda on tak różowo jak mogłem przypuszczać, poza Hamsunem nic z tego kraju nie czytałem. Książki Sigrid Undset czy Henryka Ibsena od lat okupują półki domowej biblioteczki i wcale nie jest im blisko do odświeżenia. Z tym większym zapałem zabrałem się do lektury „Odpływu”.
Książka Christensena podzielona została na trzy zasadnicze części. W pierwszej poznajemy losy chłopca, jego stosunki rodzinne i koleżeńskie, pragnienie stania się poetą, niezwykłe wydarzenia dziejące się w okresie pierwszego lądowania na Księżycu. Ta część przepełniona jest realizmem magicznym. Ze stron książki bije gorącz lata, uczucia, smak świeżego chleba, strach. Wszystko to napisane zostało bardzo żywym językiem, z domieszką wielu ciekawych i trafnych spostrzeżeń na życie. Szkoda, że ta część była tak krótka, zasiała ona w mojej rzeczywistości nutę młodzieńczej radości.
W drugiej części przenosimy się do miasta, gdzie bezrobotny i mało ambitny człowiek, dostaje pracę Pośrednika. Pośrednika w roznoszeniu wiadomości o śmierci. Tych wiadomości jest sporo, bo też miasto nie należy do zwykłych. Raz ktoś ginie w wypadku samochodowym, innym razem rażony uderzeniem czy spalony, a zdarzają się nawet samobójstwa. Autor nie odchodzi tu od swojego stylu opartego na realizmie magicznym. Zamyka rzeczywistość w mieście odłączonym od reszty świata, tworzy wizję egzystencji opartą na bezsensie.
Ostatnia część spaja poprzednie dwie. Bohaterem tej części jest ponownie poznany w pierwszej, teraz już starszy o 40 lat Funder, który właśnie opuścił ośrodek terapeutyczny. Jest on cenionym pisarzem (odwołanie do drugiej części), a jednocześnie zagubionym w realiach człowiekiem, który chodzi i rozważa sens tego, co nas otacza.
Te trzy historie, misternie połączone na bardzo wielu poziomach tworzą jedną całość. Mieszają się w nich elementy rozliczenia z przeszłością autora, stosunku do rodziców i znajomych, kluczowe pytania dotyczące rzeczywistości. Jest to czuła i smutna opowieść o śmierci, winie i pojednaniu. Christensen pisze w sposób ciekawy, wciągający. Trudno oderwać się od tej opowieści choćby na chwilę.
„Odpływ” na pewno nie jest arcydziełem. Brakuje mu literackiego polotu i silniejszego podłoża psychologicznego postaci, czegoś, co dotknęło by mnie dogłębnie. Nie można jednak odmówić powieści uroku. To był naprawdę przyjemnie spędzony tydzień. Do książek Christensena będę wracał jeszcze nie raz. Książkę polecam na odpoczynek od trudnych lektur, na urlop albo na chwile, kiedy jest na zwyczajnie ciężko z rzeczywistością.

pokaż więcej

 
2017-04-04 08:51:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„451° Fahrenheita” to jedna z tych książek, o której mam wrażenie napisano już wszystko. Ja, podobnie jak większość mieszkańców naszego kraju, najpierw trafiłem na film doskonałego, a w moim prywatnym mniemaniu najlepszego reżysera francuskiej nowej fali – Francoisa Truffauta. I tenże film właśnie spodobał mi się tak bardzo, że mimo upływających lat i poznania tysiąca nowych historii czy to... „451° Fahrenheita” to jedna z tych książek, o której mam wrażenie napisano już wszystko. Ja, podobnie jak większość mieszkańców naszego kraju, najpierw trafiłem na film doskonałego, a w moim prywatnym mniemaniu najlepszego reżysera francuskiej nowej fali – Francoisa Truffauta. I tenże film właśnie spodobał mi się tak bardzo, że mimo upływających lat i poznania tysiąca nowych historii czy to rzeczywistych, czy literackich, czy wreszcie filmowych, dalej losy Guya Montaga i jego żony drążyły mnie od środka, nie pozwalały o sobie zapomnieć. I nawet nie chodzi już o to, na co wszyscy zwracają uwagę – na palenie książek. Bo pewnie jednakowo mogli palić i inne przedmioty – maskotki, pozwalające nam pamiętać o dzieciństwie, obrączki, jako symbole naszego dorosłego życia, czy chociażby ludzi, jako powrót do tego, co już było. Wcale nie te płonące stosy książek mnie tak przyciągnęły. To wizja zatracenia, którą najpierw Bradbury opisał, a później Truffaut sfilmował, dręczyła moje myśli od lat. Tak więc nie mogąc zapomnieć o dziele filmowym, sięgnąłem po książkę, która jak się okazuje nie tylko film w swojej jakości doścignęła, ale wręcz zostawiła w pokonanym polu. Bradbury jeszcze mocniej akcentuje to ludzkie wyzerowanie z uczuć, ten ciągły pęd do bycia szczęśliwym, do szukania nirwany w czymś, co z założenia może być tylko narzędziem kiczu. Przerysowuje on przedstawiony świat do granic absurdu – mówiące ściany, strażacy palący domy, mechaniczne psy. Absurdu, który w swojej istocie nigdy nie mógł się zdarzyć. I to, co kiedyś było zwykłym surrealizmem, aktualnie staje się realnym zagrożeniem. Ludzie zaczynają działać jak marionetki Bradburego, wracają do domu i gadają do show telewizyjnego, jak już po książkę sięgną to można mieć pewność, że nie po to, aby pomyśleć, ale po to aby zapoznać się z nowymi pomysłami na uśmiercenie ludzkości. A ja tak czytając „451° Fahrenheita” zastanawiałem się gdzie jest granica ludzkiej głupoty. Czy już ją osiągnęliśmy, czy dojdziemy do tego, co ponad pół wieku temu Bradbury pewnie z lekkim przekąsem napisał. I czy ja chcę być częścią tego świata?
„451° Fahrenheita” to książka, która przeraża, nad którą nie można przejść obojętnie. Bradbury przy użyciu stosunkowo prostego języka, bez zbędnego filozofowania i dbałości o szczegóły, przytłacza nas swoją wizji, tak bardzo w obecnych czasach osiągalną. To też książka, gdzie bez problemu odnaleźć można kilka pięknych fraz, doskonale odnoszących się do naszego życia. Gdyby każdy człowiek ją przeczytał i pomyślał o treści, być można świat byłby lepszy. A może poszłoby to w drugą stronę? Kto wie… Dla mnie jest to jedna z najciekawszych, najlepszych wizji apokaliptycznej przyszłości jakie stworzono. Gorąco polecam.

pokaż więcej

 
2017-04-01 09:11:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

„Światu nie mamy czego zazdrościć” to nie pierwsza na polskim rynku wydawniczym książka traktująca o Korei Północnej. Wystarczy przytoczyć tytuł wydanej w 2008 roku przez W.A.B książki „Uchodźcy z Korei Północnej: Relacje Świadków”. Te dwie pozycje łączy wiele – skupiają się one na relacjach uciekinierów, ukazują retrospekcje malowane przez emigrantów na temat życia w komunistycznym kraju.... „Światu nie mamy czego zazdrościć” to nie pierwsza na polskim rynku wydawniczym książka traktująca o Korei Północnej. Wystarczy przytoczyć tytuł wydanej w 2008 roku przez W.A.B książki „Uchodźcy z Korei Północnej: Relacje Świadków”. Te dwie pozycje łączy wiele – skupiają się one na relacjach uciekinierów, ukazują retrospekcje malowane przez emigrantów na temat życia w komunistycznym kraju. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Barbara Demick zrobiła to bardziej rzetelnie i przede wszystkim z sercem.
Autorka łącząc rozmowy z uciekinierami z dorobkiem naukowym na temat Korei Północnej penetruje ten kraj do głębi. Ukazuje nie tylko życie urzędnicze w stolicy, ale także rodzące się miłości, żywot nauczycieli, lekarzy, czy rolników na wsi. Przy okazji czyni to w sposób niezwykle wyważony, z dbałością o szczegóły, lojalnością wobec pojedynczych opowieści. Dzięki takiej narracji poznajemy losy różnych osób – młodych przechodzących przez system edukacji, rodziców żarliwie wierzących w maszynerię kraju, a nawet osób innego pochodzenia, które w Korei znalazły się w sumie przypadkowo i muszą każdego dnia udawać, że otaczająca ich rzeczywistość jest także ich światem. Niezwykłe jest także ukazanie ich późniejszego życia, już poza krajem, gdzie szok i niedowierzanie, miesza się z koniecznością odnalezienia się w świecie z telefonami, Internetem i samochodami, a przede wszystkim z przymusami myślenia i poszukiwania pracy.
Autorka nie szczędzi nam trudnych tematów. Pisze o głodzie, polityce, nauce, umieraniu.
„Gdy doktor Kim spytała koleżankę o rodzinę, ta odpowiedziała rzeczowo, że jej mąż i dwuletni synek zmarli trzy dni po sobie. Doktor Kim próbowała jej złożyć kondolencje.
- Och, teraz lepiej mi się powodzi. Mam mniej osób do wykarmienia – przerwała jej koleżanka.”
Ta książka potrafi wgnieść w fotel. Stara się nam przybliżyć podwaliny systemu, pokazuje jego wszechobecność, jego mechanizmy i sposoby radzenia z rodzącymi się w głowach mieszkańców wątpliwościami. Niedowierzanie z jakim czytałem niektóre fragmenty do tej pory gnieździ się gdzieś w środku mnie. Bo jak też wyjaśnić takie oto zadania matematyczne, którym sprostać muszą najmłodsi:
„ Ośmiu chłopców i dziewięć dziewczynek śpiewa pieśni na cześć Kim Ir Sena. Ile dzieci śpiewa te pieśni?
Dziewczynka jest łączniczką naszych oddziałów partyzanckich walczących z okupantem japońskim. Meldunki przynosi w koszyku, w którym ma pięć jabłek. Zatrzymuje ją japoński żołnierz li kradnie jej z koszyka dwa jabłka. Ile jabłek zostało dziewczynce w koszyku?
Trzej żołnierze Koreańskiej Armii Ludowej zabili trzydziestu żołnierzy amerykańskich. Jeśli każdy z nich zabił tylu samo żołnierzy, ilu Amerykanów zabił jeden żołnierz koreański?”
Albo też takie metody radzenia sobie z biedą?
„„W Korei Północnej, która borykała się z chronicznym brakiem nawozów sztucznych i miała niewiele zwierząt hodowlanych, do nawożenia pól wykorzystywano ludzkie ekskrementy. Na każdej rodzinie spoczywał obowiązek dostarczenia co tydzień pełnego wiadra do oddalonego o kilometry magazynu. W zamian otrzymywało się bon żywnościowy. Ta śmierdząca powinność spadała najczęściej na starsze dzieci”.
To są elementy, które nam się nie mieszczą w głowie, a tam dzieją się do dzisiaj. Ludzie nadal wierzą, że brak prądu w godzinach wieczornych i nocnych to naturalna kolej rzeczy dziejąca się na całym globie. Wierzą, że idąc i wykonując pracę lekarza, nie muszą spodziewać się wypłaty. Porównania do dzieła Orwella nie są absolutnie przesadzone, czytając reportaż Demick sami dostrzegamy punkty wspólne z „Rokiem 1984”.
„Światu nie mamy czego zazdrościć” to także reportaż, w którym znaleźć możemy wątek romantyczny. Budząca się miłość w dwóch nastolatkach, którzy mieli okazje poznać się przed kinem (wtedy jeszcze były tam kina) to jedna z niewielu opowieści niewinnych i czystych, o jakich miałem okazję czytać w ostatnich kilku latach. W ich losach nie ma wyuzdania, seksu, egoizmu. I chodź jak dowiemy się na końcu, nic z tego nie będzie, trudno nie poczuć sympatii dla tej pary i z drugiej strony żałować, że w świecie tak mało jest takich pięknych uczuć. I jest to tym bardziej wartościowe, że bohaterów dzieliło wszystko – pochodzenie, wykształcenie, geografia. Nawet ludowe przypowieści i wiersze nie pozwalają zapomnieć, kto kim jest.
„Czy tygrys czekający na nas w górach byłby groźniejszy od teściowej?
Czy można znaleźć bardziej lodowaty szron, zimniejszy od teścia?
Strączki fasoli, nawet gdy je rozdepczemy, nie spojrzą na nas z taką pretensją, jak młodsi bracia naszego męża.
Nie, nawet najostrzejszy pieprz nie jest tak gorzki jak życie mężatki.”
„Światu nie mamy czego zazdrościć” to reportaż kompletny. Z jednej strony jest to opowieść o tych, którzy nie płakali po śmierci Kim Ir Sena, z drugiej i tej lojalnej względem boga grupy tu nie zabraknie. Autorka pokazuje nal6m obraz całościowy, dotyka różnych strun i uczuć, nie boi się mówić o strachu, śmierci ani miłości. Dzięki temu książka nabrała znamion przypowieści uniwersalnej, bardziej bolesnej i rzeczywistej niż fikcja, chociaż bardziej niewiarygodnej niż opowieść o Frodo i jego drużynie. Robi to w sposób interesujący, bez typowo reporterskiego patosu i wyszukiwania sensacji. Jest to naprawdę godne podziwu. Moim zdaniem jest to najlepszy reportaż jaki miałem w ręku od dawna. Gorąco polecam.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
519 41 2307
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (146)

Ulubieni autorzy (7)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (12)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd