Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Buka 
filmweb.pl/user/Buka
29 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, dodał: 4 książki i 3 cytaty, ostatnio widziany 5 godzin temu
Aktywności
2017-06-23 14:53:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Święta dzieci z dachów” to książka idealna na okres oczekiwania przedświątecznego ze swoimi dziećmi. Podzielona została na 24 dni, tak aby starczyło na każdy dzień grudniowy, aż do Wigilii. Jak to często bywa w książkach tego typu, jest to lektura z jednej strony prosta, z drugiej strony w tej prostocie magiczna. Autorka opisuje losy trójki uciekinierów z domu dziecka, którzy na swojej drodze... „Święta dzieci z dachów” to książka idealna na okres oczekiwania przedświątecznego ze swoimi dziećmi. Podzielona została na 24 dni, tak aby starczyło na każdy dzień grudniowy, aż do Wigilii. Jak to często bywa w książkach tego typu, jest to lektura z jednej strony prosta, z drugiej strony w tej prostocie magiczna. Autorka opisuje losy trójki uciekinierów z domu dziecka, którzy na swojej drodze spotykają tytułowe dzieci z dachów. Nasi bohaterowie muszą pomóc Mikołajowi wrócić do pamięci, inaczej skąpy skrzat dalej będzie produkował zabawki w celach handlowych, a całe oczekiwanie na prezenty zakończy się fiaskiem dla większości, szczególnie ubogich rodzin. Zadanie nie jest łatwe, ponieważ Mikołaj uprzednio wyrzucony z sań zupełnie stracił pamięć, jego współpracownicy zdominowani przez skrzata produkują dla niego asortyment w atmosferze strachu, zaś renifery zostały zamknięte w zoo. Zaczyna się więc przygoda, w której można uratować święta. Co ważne, ta przygoda choć stanowi oś fabularną książki, nie jest w niej wcale najważniejsza. Autorki wplątały w nią całą paletę wartości i uczuć wyższego rzędu: miłość, radość, szacunek, sprawiedliwość, godność, poświęcenie. To wszystko polane zostało sosem współczesnych dylematów i problemów – porzucenia, sieroctwa, żebrania, kapitalizmu. Zrobione to zostało w niezwykle wyważony i wprost pedagogiczny sposób. I choć ostatecznie zatriumfuje miłość, bohaterowie będą się zmieniać, dorastać, analizować postępowanie swoje i innych, co każdorazowo poparte będzie odpowiednimi wnioskami, niezwykle uniwersalnymi w naszym otoczeniu. Jestem pewien, że każde dziecko będzie w stanie wyciągnąć z tej książki coś pozytywnego dla siebie.
Książka została pięknie wydana. Twarda okładka sprawi, że przetrwa ona kilka pokoleń dzieci. Duży format pozwala zagłębić się w szczegóły rysunków, które plastycznie oddają melancholię książki, nasyconą śniegiem, choinkami, Mikołajem. Ta synergia formy i treści sprawia, że „Święta dzieci z dachów” to jedna z najlepszych książek świątecznych dla dzieci dostępnych na naszym rynku. Nie powinna odstraszać nas wysoka cena – lektura jest tego warta. Nie pozostaje nic innego jak poznać całą serię świąteczną Zakamarków.

pokaż więcej

 
2017-06-20 16:14:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Jacek Dehnel to niewątpliwie jeden z najpopularniejszych autorów młodego pokolenia w Polsce. Głośno zrobiło się o nim już po debiucie – „Lali”, która do tej pory leży i czeka na swoją kolejkę na mojej półce. „Krivoklat” został niedawno nominowany do Nagrody Nike 2017, odwołuje się on także do książek Thomasa Berharda, co ostatecznie skłoniło mnie do przeczytania tej właśnie pozycji.
Krivoklat...
Jacek Dehnel to niewątpliwie jeden z najpopularniejszych autorów młodego pokolenia w Polsce. Głośno zrobiło się o nim już po debiucie – „Lali”, która do tej pory leży i czeka na swoją kolejkę na mojej półce. „Krivoklat” został niedawno nominowany do Nagrody Nike 2017, odwołuje się on także do książek Thomasa Berharda, co ostatecznie skłoniło mnie do przeczytania tej właśnie pozycji.
Krivoklat to pacjent zakładu dla psychicznie chorych, obwołany przez prasę „kwasowym wandalem”. Jego życiowym celem stało się niszczenie wybitnych obrazów, znajdujących się w słynnych muzeach, przy pomocy butelki dziewięćdziesięciosześcioprocentowego kwasu siarkowego. Swoje poczynania stara się argumentować bardzo merytorycznie i z wielkim znawstwem, co ukazuje czytelnikowi bohatera jako osobę ponadprzeciętnie inteligentną. W ten sposób Dehnel krytykuje, bo też jego najnowsza książka jest nie tylko pastiszem Bernharda, ale też jedną wielką krytyką. Dostaje się osobom wierzącym w nieskończoną moc sztuki, psychiatrom, terapii przez sztukę, snobom. Autor w sarkastyczny i rzeczowy sposób nie pozostawia suchej nitki na jednostkach, które całe swoje życie skupiają wokół drobiazgowych analiz wytworów sztuki, nadając im nowe interpretacje, nijak mające się w rzeczywistości do zamiarów autora. Mocna krytyka skierowana została także na wszelkie pomoce w odczytywaniu sztuki – publikacje czy audioprzewodniki. Dehnel pyta nas, czy sztuka to dla nas wewnętrzne przeżycie, czy może wiedza podręcznikowa którą możemy w towarzystwie zabłysnąć?
Autor snuje swoje rozważania w iście Bernhardowym stylu, a źródeł jego inspiracji możemy doszukać się już na pierwszej stronie, pełnej cytatów z dzieł Austriackiego Mistrza. Cała książka jest zapisanym monologiem wewnętrznym bohatera, nie ma tu więc dialogów czy nawet akapitów. Zdania są wielokrotnie złożone, często zajmują nawet 2-3 strony. Wszystko to ułożone jest w niekończący się ciąg gonitwy myśli bohatera, gonitwy bardzo ładnie zapisanej, wygładzonej wręcz ponętnej. Jak dla mnie zbyt ponętnej. Słynna rada Kinga dla młodych pisarzy jest taka żeby napisać zdanie i usunąć z niego wszelkie słowa, które zacierają kluczowy przekaz. Twórca „Matki Makryny” zastosował odwrotne podejście – napisać zdanie, a potem rozbudować je do olbrzymich rozmiarów, wprowadzając w tym celu często wykluczające się wzajemnie informacje, powtórzenia i niedorzeczne porównania. Czytając je, miałem częstokroć wrażenie, że nic one nie wnoszą do treści, poza złudną wiarą w odwzorowanie pokrętności umysłu bohatera.
Dehnel wprowadza nas w świat malarstwa, widać że do zadania przygotował się drobiazgowo, z talentem potrafi wykorzystać zdobyte informacje do wcielenia swojej twórczej wizji.
„Krivoklat” to utwór traktujący o hipokryzji naszego społeczeństwa. Autor zawarł w nim swoje przemyślenia na temat sztuki, zadając przy tym szereg aktualnych pytań o jej sens i rolę w życiu. Opisał to wszystko w wyjątkowym i pięknym stylu. Czytałem tę lekturę z wielkim zaciekawieniem i sympatią. Po zakończeniu pozostały jednak wątpliwości – czemu człowiek uznawany za wariata ma tak klarowne myśli? Czemu Dehnel naśladując Bernharda, nie wziął od niego tego co najważniejsze – uczucia literackiego spełnienia dostępnego w momentach ciszy oraz realnego opisywania stanów ducha. Czemu czytając Krivoklata czułem zachwyt nad stylem i wiedzą autora, a nie cierpiałem razem z bohaterem? Tych pytań jest więcej i klaruje mi się na nie jedna odpowiedź – „Krivoklat” to książka, w której mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Jest ona piękna, ale wynika z niej niewiele. I choć uważam, że warto się z nią zapoznać, bo daje naprawdę wiele czytelniczej radości, to tak naprawdę nie pozostawi ona w moim życiu pustki, nie wywoła złości, szczęścia czy smutku. Jeśli brać pod uwagę zasadnicze kryterium, jakim oceniam dzieła sztuki, i jakim to kryterium chciałby dzieła oceniać Dehnel, tj. czy po zetknięciu z nimi staję się lepszym człowiekiem, to „Krivoklat” taką książką nie jest. Piękna laurka polskiej literatury, która w mojej opinii na NIKE nie zasłużyła.
P.S. Zauważyłem, że młodzi polscy literaci lubują się w pięknym mówieniu o rzeczach oczywistych. Lubią popisywać się swoją polszczyzną zapominając przy tym, że sztuka to nie tylko forma, ale też głębia, wielowarstwowość, różne punkty widzenia, mądrość życiowa. Im dalej brnę w ten pościg talentów (Twardoch, Dehnel, Szostak, Małecki, Orbitowski itd.), tym gorzej mi z ich akceptacją. Nie krytykuję wszystkiego, naprawdę są wyjątki. Mam jednak wrażenie, że bardzo daleko polskim młodym twórcom czołówki wydawniczej, do poziomu naszych starych mistrzów.

pokaż więcej

 
2017-06-19 15:58:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Thomas Bernhard to austriacki pisarz i dramaturg żyjący w latach 1931-1989. Powszechnie uznawany jest za jednego z najwybitniejszych reprezentantów literatury niemieckojęzycznych. Autor chodził za mną od dłuższego czasu – raz przez teatr, gdzie akurat wystawiano jego sztukę, innym razem przez rekomendację znajomych, wreszcie przez Bolano i Dehnela, którzy rzekomo naśladowali styl Austriaka w... Thomas Bernhard to austriacki pisarz i dramaturg żyjący w latach 1931-1989. Powszechnie uznawany jest za jednego z najwybitniejszych reprezentantów literatury niemieckojęzycznych. Autor chodził za mną od dłuższego czasu – raz przez teatr, gdzie akurat wystawiano jego sztukę, innym razem przez rekomendację znajomych, wreszcie przez Bolano i Dehnela, którzy rzekomo naśladowali styl Austriaka w „Dzikich detektywach” i „Krivoklacie”. Swoją przygodę z Berhardem zaczynam od Kalkwerku, bo gdzieś wyczytałem, że to najtrudniejsza jego powieść, a ja lubię zaczynać od szczytów.
Akcja „Kalkwerku” rozgrywa się w starym nieczynnym wapienniku, tytułowym Kalkwerku, mającym odstraszać potencjalnych intruzów, zasłoniętym murem wysokich krzewów. Ta izolacja ma sprzyjać, zdaniem głównego bohatera, koncentracji i pracy twórczej. Konrad – centralna postać książki – jest człowiekiem, który poświęcił całą swoją egzystencję celowi napisania „Studium o słuchu”. Jak twierdzi, ma to studium w głowie, przez całe życie nie może jednak przełożyć go na papier. Kalkwerk jest wiec dla niego oazą spokoju, która ma mu umożliwić spełnienie swojego obywatelskiego obowiązku. Konrad mieszka ze swoją niepełnosprawną żoną. Oboje z jednej strony nienawidzą się wzajemnie, z drugiej bardzo się kochają. Dla Konrada jest ona przede wszystkim królikiem doświadczalnym, osobą na której przeprowadza niezliczone eksperymenty dotyczące słuchu. Codziennie odbywały się ćwiczenia metodą Urbanschicha mające posunąć prace nad "Studium o słuchu" do upragnionego finału. Studium w założeniu miało zawierać nie tylko fizjologiczne odkrycia dotyczące tego organu, miał być to również rodzaj syntezy. Poprzez słuch aż do universum.
Wreszcie w nocy z 24 na 25 grudnia Konrad zabija żonę.
Akcja nie jest u Bernharda najważniejsza, można ją streścić w dwóch zdaniach i dojść do wniosku, że przecież to banalne, że już setki razy było. I każdy kto tak myśli ma rację, jednocześnie jednak musi wiedzieć, że nie daje szans stylowi autora, który przez jednych znienawidzony, innym daje na tyle dużo, że ustawiają autora w szeregu najlepszych pisarzy w historii, obok Dostojewskiego czy Manna żeby daleko nie szukać. Tekst Bernharda to zbiór relacji – często wykluczających się – osób należących do wąskiego kręgu znajomych Konrada oraz – co jest cechą stylu Bernharda – monolog bohatera. W tej budowie książka przypomina mi taki stary japoński film – „Rashomon”. Tam także mamy wykluczającą się relację świadków z morderstwa, tam także my jako odbiorcy zostajemy z problemem, kto ma rację. Trzeba zauważyć, że Konrad w relacji ubezpieczyciela czy znajomych, jawi nam się raz jako osoba nawiedzona, innym razem jako odkrywca, czy wreszcie jako sadysta. Podobnie niespójne okazują się relacje o wydarzeniach (morderstwo, brutalne zabójstwo, następstwo szaleństwa czy uzasadniona konsekwencja). „Kalkwerk” przypomina mi też film „Osiem i pół” Felliniego. W obu dziełach twórca przeżywa swoją artystyczną niemoc, szuka drogi, która mogłaby dać upust jego wyobraźni i kreatywności. Książka Bernharda ma w sobie także wątek autobiograficzny. Konrad to alter ego samego autora. Krystian Lupa, reżyser przenoszący Bernharda na polskie sceny teatralne, o wzajemnej relacji Konrada i Berharda pisał tak ” są takie owady, które znoszą jaja w jakiejś gąsienicy innego owada i tam się rozwijają. Coś takiego dziwnego wyczyniał Bernhard. „Kalkwerk” to jedna z takich najbardziej radykalnych akcji włażenia i życia cudzym życiem”. Jest więc to powieść o dużo większej sile oddziaływania niż autobiografia.
„Kalkwerk” pisane jest w stylu typowo Bernhardowym, co oznacza nie tylko długie monologi, ale także rozbudowane zdania, często wielokrotnie odwracane, pełne powtórzeń i elips. Język Austriaka jest męczący, często zaprzeczający zasadom składni, zdarza się, że po prostu błędny, kolokwialny czy nielogiczny. Sprawia to, że jego powieści czyta się bardzo ciężki. Autor ciska w nas potokami myśli, zapętlającymi się i nie wnoszącymi nic do akcji. Czytamy cztery strony i naraz zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w tym samym miejscu. Jak w głowie wariata, którym być może był Konrad, wizje krążą wokół jednego celu, uparcie rozpatrując go na wiele sposobów, jednocześnie nie przynosząc racjonalnych efektów. Dzięki temu otrzymujemy jednak wiarygodny, wręcz werystyczny, a przede wszystkim niezwykły obraz studium samotności i obłędu. Bo też w „Kalkwerk” istotne jest wszystko to, co znaleźć możemy między słowami, a więc ból zagubienia i braku zrozumienia. Im dalej wchodzimy w historię Konradów, tym szerzej otwierają się wrota piekła, jakim dla piszącego twórcy jest biała kartka, a dla chorej żony zwariowany mąż, nie rozumiejący jej potrzeb. Strzał oddany z pistoletu niczego nie kończy, Kalkwerk stoi na szczycie duszy każdego z nas.
Warto też zwrócić uwagę na wiele mądrości, jakie Bernhard przemyca w słowa świadków zdarzeń. Znaleźć możemy tu piękne cytaty o miłości, małżeństwie, samotności.
„Kalkwerk” to powieść niezwykle trudna, bolesna, męcząca. Książka, od której włosy stają na głowie, mimo że o brutalności nie ma tam mowy. Od was i tylko od was zależy, czy z tą wizją chcecie się zmierzyć. Nie będzie łatwo ani przyjemnie, ale może jak ja dacie się wciągnąć w tę niezapomnianą wizję rzeczywistości. To książka z gatunku tych, które albo się kocha, albo nienawidzi.

pokaż więcej

 
2017-06-15 23:45:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Lotta Olsson to autorka książek dla dzieci, których stworzyła już ponad trzydzieści, chociaż w Polsce mamy dostęp do tylko kilku z nich. Jedną z nich jest „Inna podróż”, bajka o orzesznicy i mrówkojadzie – parze przyjaciół, których losy splatają się także w innych dziełach autorki. Jak sam tytuł wskazuje, książka traktuje o drodze, i to niekoniecznie tej pokonywanej fizycznie. Mrówkojad... Lotta Olsson to autorka książek dla dzieci, których stworzyła już ponad trzydzieści, chociaż w Polsce mamy dostęp do tylko kilku z nich. Jedną z nich jest „Inna podróż”, bajka o orzesznicy i mrówkojadzie – parze przyjaciół, których losy splatają się także w innych dziełach autorki. Jak sam tytuł wskazuje, książka traktuje o drodze, i to niekoniecznie tej pokonywanej fizycznie. Mrówkojad zmęczony codziennością, a może spontanicznie trafiony piorunem szaleństwa, postanawia wyruszyć w podróż, ale po krótkim przemyśleniu stwierdza, że mu się nie chce ruszać, więc woli podróż na miejscu. I tak oto zaczynamy poznawać historię dwójki bohaterów, w którą włączony zostaje słoń Arne, irytująco powtarzający słowo „Okidoki”. Autorka prawdopodobnie chciała napisać bajkę o duchowych zmianach bohaterów, o tym, że także gdzieś wewnątrz nas znajduje się natura odkrywcy swojego ja. Naprawdę nie wiem jak tę historię odbiorą dzieci, z punktu widzenia osoby dorosłej, która dziecko nadal nosi w sobie, perypetie bohaterów są przygodami w ich najprostszej, zewnętrznej formie. Arne powtarza swoje słowo, Mrówkojad wolno myśli, a orzesznica ma dużo do powiedzenia. Razem chcą na nowo odczytać czerwonego kapturka i go przed sobą odegrać, dbając przy tym o schematyczny odwrócony logicznie podział ról – malutka orzesznica jako Wilk i duży mrówkojad jako kapturek. Całość mimo dużego potencjału i nieźle przygotowanych bohaterów, nie ma jednak puenty, historia urywa się w złym momencie. Jest to o tyle ważne, że książka ma sto stron i jest idealna do czytania dziecku do snu na około dwa tygodnie. Z drugiej strony oddać należy bardzo ładne wydanie i ilustracje.
Reasumując książka posiada potencjał, na pewno nie skrzywdzi dziecka, a może mu się spodobać. Z racji objętości i drugiego dna, jest to lektura dla starszych dzieci (5+). Jest wydana w przystępnym małym formacie i uroczo zilustrowana. Momentami zabawna, innym razem metaforyczna. W mojej opinii zabrakło jej zwieńczenia, elementu nienazwanego, który pozwoliłby mi uwierzyć w wewnętrzną przemianę. Autorka ma manierę do powtarzania, które jest moim zdaniem niepotrzebne i z czasem coraz bardziej męczące. Tych mankamentów można by wskazać więcej, ale nie widzę potrzeby, istotne jest przede wszystkim jak dzieje bohaterów odbiorą dzieci. Znam lepsze książki dla tej grupy docelowej dostępne na polskim rynku wydawniczym.

pokaż więcej

 
2017-06-12 13:21:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Trudno jest recenzować książkę, o której napisano już praktycznie wszystko i każda kolejna opinia jest tylko podpisaniem się pod słowa poprzedników, opowiedzeniem się za którąś ze stron. A u Papużanki ten rozbrat na zwolenników i przeciwników jest bardzo silny. Niektórzy piszą o wtórności, braku formy, słabym warsztacie i braku talentu, inni z kolei chwalą „Szopkę” za skupienie się na ukazaniu... Trudno jest recenzować książkę, o której napisano już praktycznie wszystko i każda kolejna opinia jest tylko podpisaniem się pod słowa poprzedników, opowiedzeniem się za którąś ze stron. A u Papużanki ten rozbrat na zwolenników i przeciwników jest bardzo silny. Niektórzy piszą o wtórności, braku formy, słabym warsztacie i braku talentu, inni z kolei chwalą „Szopkę” za skupienie się na ukazaniu tego, co często jest w literaturze pomijane – rodzinie przeciętnej, i to ukazanie w wyjątkowej formie. Zacznę może od pytania, jakie zadałem sobie jeszcze przed lekturą – co mogło się stać, aby spełniona polonistka, zabiegana codziennością fanka Amosa Oza, Pani, która czyta z dziećmi „Igrzyska Śmierci” na lekcjach, postanowiła pewnego dnia napisać tak frustrującą, nie w sensie literackim ale egzystencjalnym, książkę. Bo chyba coś musi się w człowieku zagotować, że wymyśla historię będącą pretekstem do krytyki społeczeństwa, i to krytyką opisaną z takim pietyzmem. Pani Papużanka rozwiała te moje wątpliwości szybko, nic się nie wydarzyło, nie pisała tej powieści 20 lat, po prostu siadła i to zrobiła. Tak po prostu wskoczyła do grona literatów, bez planu działania, bez wielkich ambicji, nawet bez przekonania, że chce to robić dalej. I jakoś tak sobie myślę, że jeśli kiedyś autorka to przekonanie gdzieś w sobie uzyska, może napiszę nam książkę na miarę NIKE czy innego wyróżnienia, może na stałe zadomowi się w umysłach nas Polaków jako wielki spełniony pisarz. A teraz do rzeczy.
Jak pisałem „Szopka” to opowieść o wielopokoleniowej, zwykłej rodzinie. Mamy więc tu rodziców: krzyczącą matkę i ugodowego męża, dzieci: obwiniającą się o wszystko Wandzię i patologicznie leniwego Maciusia lubującego się w alkoholu, mamy też i wnuków. Papużanka opisuje ich losy na bardzo podstawowym poziomie – z książki nie dowiemy się nic o ich zainteresowaniach, o ich otoczeniu, o tym czego słuchają i czy boją się węży. Autorka przywołuje wydarzenia i w satyryczny sposób opisuje teatralność tej rodziny. Z premedytacją wyolbrzymia codzienne rozmowy, bawi się ironią i powtórzeniami, aby z całą mocą ukazać czytelnikowi absurdalność ich zachowań, tytułową szopkę. Oczywiście dostrzeżemy tu standardowy schemat działania naszej rzeczywistości – to co za dzieciaka się nauczyłeś, to później będziesz mówił i czynił. Papużanka dorzuca więc opału do ognia krytyki nowoczesnego wychowania, staje na stanowisku, że źródeł zaniedbania w oświacie obecnego pokolenia rodziców, należy szukać w minionych czasach, a jednocześnie stara się nam dowieść, że te całe obecne wychowanie przez elektronikę, w przyszłości przynieść może jeszcze bardziej zgubne efekty. Z drugiej strony wcale nie mówi nam, że wyłączna wina leży w tym co wynieśliśmy w domu, zachęca do autorefleksji nad swoim podejściem do życia. W „Szopce” mimo pozornego ładu, wszystko jest nie tak, jak być powinno, czyli jak w życiu. Autorka dzięki zastosowanie polifonii daje dojść do głosu każdemu, aby pokazać, że każdy jest tej tragedii winien.
Największą siłą książki jest język, niezwykle liryczny, cięty, ironiczny, żartobliwy, gorzki a nawet surowy. Autorka dostosowuje swoje zdania do nastrojów bohaterów, czyniąc to jednocześnie w sposób poetycki i niebanalny.
Mimo, że lektura „Szopki” jest bolesna, daje pewną satysfakcję. W warstwie formalnej, lingwistycznej zaskakuje, doskonale uzupełnia się z treścią, wielokrotnie można przyłapać się na myśli, że my to zdanie napisalibyśmy dużo prościej, bez zbędnego zastanawiania się, czy można ująć ten problem inaczej. Jeśli dacie się wciągnąć w wir zabaw słownych, na pewno książka przypadnie wam do gustu. W tej drugiej sferze – treści – „Szopka” nie stanowi nowego głosu w literaturze w ogóle, a w naszym polskim społeczeństwie w szczególne. O problemach w rodzinie, krzyczących matkach, autodestrukcyjnych synach, obwiniających się córkach itd. pisano już wielokrotnie. I choć często były to lektury bardziej dosłowne, książka „Papużanki” jako całość nie pociągnie za sobą daleko idących refleksji nad własnym życiem. Autorka nie daje odpowiedzi, i to dobrze, zadaje przy tym jednak też za mało osobistych pytań, do tego przemielonych polifonią, przez co trudno „wejść” w rolę któregokolwiek z bohaterów, a także zastanowić się nad nimi tak generalnie, bez ubierania się w ich ciuchy. Nie chcę pisać, że to typowy przerost formy nad treścią, ale wierzę że autorka ma nam więcej do przekazania. To interesujący debiut, który daje podstawy do przypuszczeń, że Zośka Papużanka może napisać doskonałą książkę w przyszłości, jeśli tylko nauczy się zgrabnie wykorzystywać elipsy, symbolikę, psychologię postaci. Może już to potrafi? Z pewnością niedługo do lektur książki Pani Papużanki powrócę.

pokaż więcej

 
2017-06-07 16:02:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Weiser Dawidek” to debiut literacki Pawła Huelle. Wydana w 1987 roku powieść stanowi mocny głos w polskiej literaturze, przesycony symboliką obraz powojennego Gdańska będący symfonią na rzecz mitologizacji dzieciństwa.
Tytułowy Weiser jest odmieńcem, czy też jak woleliby o nim myśleć jego rówieśnicy – magiczną impresją. Jest to postać dumna, nad wiek poważna, chodząca własnymi...
„Weiser Dawidek” to debiut literacki Pawła Huelle. Wydana w 1987 roku powieść stanowi mocny głos w polskiej literaturze, przesycony symboliką obraz powojennego Gdańska będący symfonią na rzecz mitologizacji dzieciństwa.
Tytułowy Weiser jest odmieńcem, czy też jak woleliby o nim myśleć jego rówieśnicy – magiczną impresją. Jest to postać dumna, nad wiek poważna, chodząca własnymi niestandardowymi ścieżkami. A zaczyna się w sumie niewinnie, Dawidek nie chodzi na religię, to kluczowy slogan słyszany w szkole. Wyobcowanie z grupy rówieśniczej doprowadza do stanu, w którym Weiser zadaje się wyłącznie z Elką, tylko jej udostępnia swoje sekretne życie, przez nią też komunikuje się z resztą bohaterów książki: Szymkiem, Piotrem i Hellerem. Niezwykłość tytułowego bohatera ukazana została z perspektywy niecodziennych rzeczy, których dokonywał: ujarzmiania dzikich zwierząt, wyposażenia w broń, kreowania niezwykle efektownych wybuchów, lewitacji. W tym kontekście znamienna jest scena, w której podczas procesji Bożego Ciała Weiser wyłania się z obłoku dymu, stanowiąc uosobienie ludycznego katolicyzmu, pełnego cudów i kwestii niedopowiedzianych. Szczytem osiągnięć Weisera okazało się zniknięcie po jednym z wybuchów, które stanowi główną oś fabularną powieści.
Huelle przedstawia opisane dzieje w narracji dwu, a czasami nawet czteropłaszczyznowej – w retrospekcjach dorosłych bohaterów książki, opowieściach o poszczególnych zdarzeniach oraz relacjach młodych kolegów, którzy wezwani na dyrektorski dywanik spowiadają się z zaangażowania w zniknięcie Weisera. Dzięki temu zabiegowi powieść przybiera wymiaru symbolicznego, to co dawne przenika współczesność, oddziałuje na nią w każdym calu. Autor w tym wszystkim umiejętnie operuje tajemnicą – stopniowym dochodzeniem do prawdy, którą żeby nie było łatwiej ukrył między wierszami.
„Weisera Dawidka” można czytać na co najmniej dwóch powierzchniach – tej prostszej, dosłownej, gdzie czytelnik zachwyci się samą historią, realizmem magicznym, nostalgią bijącą z retrospektywnych wspomnień, obrazami skąpanego w słońcu Gdańska czy wspomnieniami własnej młodości. Drugie dno powieści odnieść należy do kwestii religijnych. Pobudek dla takiego odczytania treści Huelle zastosował wystarczająco – Weiser jako młody, nierozumiany Żyd, który w pewnym momencie znika i żyje w umysłach ludzi, wypowiedzi księdza Dudaka, czynienie cudów, śnięte ryby w morzu, wariat na cmentarzu wieszczący rychły koniec cywilizacji. Jest to więc powieść o odkrywaniu sensu naszego żywota, o głodzie niewiedzy wyrastającym z lęku, że być może po tamtej stronie nic nie ma. Jest to też opowieść o poszukiwaniu celu, właściwej drogi postępowania, o tym co ważne, a co wbrew pozorom może nie mieć znaczenia.
Wierzę, że niezależnie którą wersję „Weisera” odczytacie, będziecie nią usatysfakcjonowani. Tym bardziej, że powieść Huelle jest otwarta na kolejne interpretacji – walka dobra ze złem, odrzucenie w szkole itd. Autor wplata w historię całą masę kulturowych odniesień, nawiązań i aluzji, których odkrywanie także może stanowić niezłego rodzaju zabawę i wyzwanie. W warstwie formalnej Huelle do każdej z historii, z których buduje swoją powieść, znajduje osobny język, osobną formę narracyjną. W jego książce znaleźć można fragmenty, które z powodzeniem odnalazłyby się na kartach opowieści detektywistycznej, literatury z gatunku realizmu magicznego czy powieści historycznej a mam wrażenie, że nawiązuje on także nić porozumienia ze stylem biblijnym. Jego język choć może nie wyróżnia się własnym unikatowym stylem, na pewno nie nudzi i daje przekonanie, że autor to osoba na właściwym miejscu. „Weiser Dawidek” to jedna z najlepszych polskich powieści, jakie czytałem w ostatnich latach, niezwykle ciekawa i przemyślana. Głęboko wierzę, że zadowoli ona każdego czytelnika.

pokaż więcej

 
2017-06-05 15:41:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Ferenc Santa to węgierski pisarz i scenarzysta żyjący w latach 1927-2008. Był wielokrotnie wyróżniany nagrodami za swoją działalność, w tym najważniejszą nagrodą przyznawaną na Węgrzech w 1973 roku. Napisał 9 książek, z których trzy zostały przetłumaczone na język polski. I to tyle z informacji jakich można dowiedzieć się z internetu. Moja przygoda z autorem rozpoczęła się kilka lat temu od... Ferenc Santa to węgierski pisarz i scenarzysta żyjący w latach 1927-2008. Był wielokrotnie wyróżniany nagrodami za swoją działalność, w tym najważniejszą nagrodą przyznawaną na Węgrzech w 1973 roku. Napisał 9 książek, z których trzy zostały przetłumaczone na język polski. I to tyle z informacji jakich można dowiedzieć się z internetu. Moja przygoda z autorem rozpoczęła się kilka lat temu od zapomnianej w Polsce powieści „Piąta pieczęć”, powieści doskonałej. Zafascynowany stylem autora wypożyczyłem (bo też kupić się tego nie da) „Zdrajcę”, powieść nie tyle zapomnianą, co wręcz nieistniejącą.
„Zdrajca” to malutka, 130-stronicowa książeczka, którą można przyporządkować do nurtu filozoficzno-historycznego. Rzecz dzieje się w zaświatach, a wszyscy bohaterowie swoje życie na ziemi zakończyli jakiś czas temu. Santa powołuje do konfrontacji cztery postaci – ubogiego chłopa, katolickiego księdza, żołnierza wojsk cesarskich (dawnego husyty) i husytę (dawnego żołnierza wojsk cesarskich). Rozmawiają one na tematy pobudek własnych działań. Raz na scenie widzimy husytę i chłopa, innym razem dołącza do nich ksiądz Euzebiusz, wreszcie do głosu dochodzą wszyscy. Dzięki temu zabiegowi poznajemy charakterystykę każdego bohatera, dowiadujemy się w co wierzy, czego pragnie i dlaczego zginął.
Książka pełna jest dialogów. Autor całkowicie zrezygnował z opisów, pragnąc skupić się na rzeczach dla siebie najważniejszych. A że do powiedzenia ma bardzo wiele, dowiadujemy się właściwie od samego początku. „Zdrajca” to powieść gęsta w cenne spostrzeżenia, idealna do nieśpiesznego czytania, delektowania się sztuką wysokich lotów. Przyzwyczajeni do kontrowersji, zmian akcji, szybkiej polaryzacji postaw i łatwości generowania zjadliwych sądów, możemy mieć problemy z tą spokojną i wyważoną lekturą, pełną błyskotliwych mądrości i delikatnego igrania sympatii czytelnika. Węgierski pisarz świadomie przedstawia nam losy bohatera, któremu zaczynamy współczuć, by po chwili zmiażdżyć to nasze rodzące się uczucie słowami innej osoby. To obnażanie ludzkich słabości podpowiada nam, że po pierwsze nie należy oceniać ludzi po pozorach, po drugie, że właściwy osąd możliwy jest do wydania dopiero po zbadaniu różnych punktów widzenia, a i to nie zawsze. Pan Ferenc zadaje pytania, bardzo dużo pytań. Dlaczego zabijamy? W imię czego walczymy? Co jest dla nas naprawdę ważne? Dlaczego ciągle dyskutujemy? Czym jest wojna? Włożony w usta chłopa monolog o pojęciu wojny, rozumianej jako ciągła walka o byt rodziny, jest jednym z piękniejszych świadectw tego typu, jakie dane mi było czytać.
Leżący u podstaw opowieści konflikt między wojownikami, podszyty zostaje swoistym dydaktyzmem. Konfrontacja służy unaocznieniu przeciwstawnych życiowych wyborów i postaw, które w konsekwencji dążą do tego, że nasz świat pełen jest zła i okrucieństwa. Wyolbrzymienie i wyostrzenie mówiącego podmiotu nie służy tu więc autokreacji, tylko rozproszeniu czy rozdzieleniu głosu na tych, którym powieść chce głosu udzielić, czyli nas wszystkich. Bo też opisane losy, choć obecnie niewiele dla nas znaczące, łatwo możemy przełożyć na współczesność. Uniwersalność to pojęcie często pojawiające się w recenzjach książek, trudno jednak o nim nie wspomnieć przy tym traktacie. „Zdrajca” pełen jest cytatów gotowych do wydrukowania, wbicia do głowy i stosowania w życiu. Bo choć autor nie daje nam gotowych rozwiązań, pozwala nam choć na chwilę zajrzeć w głąb siebie, gdzie te wszystkie rozwiązania leżą i czekają na pokazanie światu.
„Zdrajca” to książka wybitna. Autor nie mnoży wątków, nie potrzebuje uciekać się do schematów, nie sili się na atrakcyjność lingwistyczną. Za pomocą prostych metod konfrontuje bohaterów, kruszy ich płytkość i odsyła na pola nieskończoności. Do samego końca bawi się też z czytelnikami we własną grę pozorów i niedomówień. A na koniec pozostawia otwarte pytanie – kto jest zdrajcą?
Jeśli macie okazje zapoznać się z książkami Węgra bierzcie w ciemno. Odpuście sobie te pięknie wyglądające wydania z witryn księgarskich, te promowane na siłę substytuty jakości. Na allegro „Piątą pieczęć” kupicie za 2 zł. Gwarantuje wam, że to co przeczytacie zmieni wasze patrzenie na innego człowieka.

pokaż więcej

 
2017-06-05 09:11:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Po pozytywnym odbiorze lektury „Królewny z wieży” postanowiliśmy z żoną zapoznać się z kolejną książką Przemysława Wechterowicza, tym razem tworzoną we współpracy z Aleksandrą Woldańską jako ilustratorką. Podobnie jak w poprzedniej naszej przygodzie z dziełami tego autora, tak i w „Mrówce wychodzącej za mąż” mamy wykorzystany schemat kandydatów na męża. Tam byli nimi rycerze, tu są zwierzęta... Po pozytywnym odbiorze lektury „Królewny z wieży” postanowiliśmy z żoną zapoznać się z kolejną książką Przemysława Wechterowicza, tym razem tworzoną we współpracy z Aleksandrą Woldańską jako ilustratorką. Podobnie jak w poprzedniej naszej przygodzie z dziełami tego autora, tak i w „Mrówce wychodzącej za mąż” mamy wykorzystany schemat kandydatów na męża. Tam byli nimi rycerze, tu są zwierzęta pracownicy. O rękę mrówki starać się będą żołnierz, makler giełdowy, właściciel sklepu, marynarz, muzyk, ochroniarz, pracownik pralni i sportowcy – bokser oraz skoczek w dal. Trudny to wybór i bohaterka ma tego pełną świadomość. Jak tu wybrać tego jedynego skoro zestaw jest tak różnorodny? Z jednym życie będzie dostatnie, z drugim emocjonujące, z trzecim przeżyte w podróży a jeszcze z innymi monotonne, rodzinne czy o dużym prestiżu społecznym. I tak mrówka myśli, co i rusz dostrzega siebie w nowej roli aż tu nagle przychodzi hydraulik i wszystkie rozważania szlag trafił. Mrówka doznała olśnienia, między nią a mrówkojadem hydraulikiem przebiegła niewidzialna nić porozumienia, coś zaiskrzyło. Już wie że to ten jedyny i na całe życie. Nie ma znaczenia, że to tylko hydraulik. To bardzo znamienne, że wybrankiem uczynił Wechterowicz właśnie mrówkojada – prawdopodobnego wroga naszej bohaterki. Z bajki płyną piękne lekcje dla dzieci – nie operuj pozorami, miłość kpi sobie z rozsądku, nie pieniądze i sława są najważniejsze. Tak mało treści, a tyle mądrych rzeczy w nich zawartych.
Nie sposób nie napisać o oprawie graficznej. Przede wszystkim bardzo wytrzymała okładka, wszystko w dużym formacie aby łatwo było przyswoić, rysunki doskonale uzupełniają treść, a nawet nadają jej dodatkowych znaczeń. Piękne wydanie.
Polecam tę książkę, na pewno spodoba się dzieciom, chociaż raczej tym nieco starszym, które nie wiedzą jeszcze co w życiu jest najważniejsze. Jest ona na pewno mniej zabawna niż „Królewna z wieży”, jest w niej mniej treści i autor porzucił zabawę słowną, na rzecz wartości. Dzięki temu trafia do innego typu odbiorców.

pokaż więcej

 
2017-05-31 16:11:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Jon Fosse od lat figuruje na listach faworytów do zdobycia Literackiej Nagrody Nobla. Jego popularność w Polsce i na świecie stale wzrasta, sztuki wychodzące spod jego ręki są często wystawiane na deskach najznamienitszych teatrów. Cecilie Loveid to z kolei w Polsce osoba raczej mało znana, choć jak zapewnia internet na świecie ma ona zaufane grono zwolenników. Książka zawiera dwa dramaty, po... Jon Fosse od lat figuruje na listach faworytów do zdobycia Literackiej Nagrody Nobla. Jego popularność w Polsce i na świecie stale wzrasta, sztuki wychodzące spod jego ręki są często wystawiane na deskach najznamienitszych teatrów. Cecilie Loveid to z kolei w Polsce osoba raczej mało znana, choć jak zapewnia internet na świecie ma ona zaufane grono zwolenników. Książka zawiera dwa dramaty, po jednym każdego autora. Dobór jest nieprzypadkowy, oba odnoszą się wprost do osoby Henryka Ibsena.
W „Suzannah” występują trzy osoby – młoda Suzannah, starsza Suzannah i stara Suzannah. Ta pierwsza, to pretendentka do miana żony Ibsena, czeka aż pojawi się w jej włościach, wybrała go choć ma wątpliwości czy jest wystarczająco urocza aby zdobyć jego wdzięki. Druga Suzannah to żona Ibsena, właśnie świętuje dzień urodzin ich syna w samotności, oczekując na męża i dziecko. Wreszcie trzecia, to wdowa po Ibsenie, która rozmyśla o swoim małżonku, czeka aż przyjdzie na jej urodziny i zamknie okno. Dramat rozgrywany jest w jednym pokoju gdzie siedzą te trzy bohaterki. Sceneria jest bardzo skromna – krzesło, stół, okno, co podkreśla surowy wymiar życia pisarza i pozwala skupić się na rzeczach najważniejszych, którymi w tym przypadku są nawet nie same słowa, ale pauzy. Bo też właśnie te pauzy i elipsy to znak wyróżniający styl Fosse’go. To one podkreślają wartość wypowiadanych przez bohaterów słów, w nich kryje się głębia uczuć. Autor uważa, że najważniejsze jest nie to, co wypowiedziane, lecz to co kryje się między słowami. Fosse bada wytrzymałość języka. Używa bardzo prostych zdań, z ograniczoną liczbą słów, które powtarza wielokrotnie, dzięki czemu wbijają się one w naszą wyobraźnię, nadają sztuce niepowtarzalny rytm. Ta repetycja tekstu może wydawać się początkowo męcząca, a jej siła uwidacznia się dopiero pod koniec tekstu, gdzie bóle, tęsknoty i namiętności bohaterek układają nam się w obraz kobiety współczesnej. „Suzannah” nie szokuje, nie wzbudza zachwytów, nie rzuca na kolana. To cichy utwór, który brzmi w naszych duszach, o którym trudno mówić. Albo to poczujecie, albo zostaniecie obojętni.
„Austia” z kolei traktuje o miłości. Bohaterka sztuki jedzie do swojego narzeczonego z Austrii, w której się poznali do „Austrii” – jego domu przy fiordach w Norwegii. Jadąc ma ze sobą prezent otrzymany od partnera, którym jest dramat Ibsena – „Brand”. Stanowi on dla niej drogowskaz do lepszego świata, tego z mężczyzną, z piękną naturą, zimą i morzem. Sceneria głównych wydarzeń również jest prosta i symboliczna. Mamy tu sznur – którym można się dostać na szczyt klifu do domu wybranka, oraz brzeg – miejsce łączące przyszłość z przeszłością, to co ważne i to co zapomniane, dobro i zło. Lina symbolizuje drogę jaką muszą przebyć bohaterowie do wzajemnego zbliżenia. Ale czy to się uda? Partner nie jest zainteresowany wspólnym życiem. On szuka samotności, odtrąca względy uroczej turystki. Ona z kolei poszukuje bezpieczeństwa przy boku mężczyzny, z czasem jednak widząc jego podejście również przestaje wierzyć w sens uczuć. Wszystko prowadzi do nieubłaganego finału, gdzie razem wyznają że to koniec. Tak jak u Ibsena, Loveid buduje dialogi, w których powaga i wzniosłość ocierają się niemal o patos. Głównym elementem zainteresowań autorki jest człowiek z jego bolączkami, próba odszukania własnego „ja” i miejsca w świecie. W jej sztuce górą wcale nie jest miłość, a indywidualizm.
Wydana w ramach serii Dramat Współczesny książka, zawiera także obszerne wprowadzenie przybliżającą nam poetykę apofatyczną prozy Fosse’go oraz symbolikę prozy Loveid. Nie będę się tu silił na odwołania do tych interpretacji, niech Ci zainteresowani sami sięgną po książkę. Te interpretacje pozwalają jednak nieco lepiej zrozumieć tekst dramatów, oceniam je więc pozytywnie. Same sztuki nie będą nigdy moimi ulubionymi. Są trudne w odbiorze, surowe w formie i zmuszają człowieka do spojrzenia w swoją czarną naturę. Brakuje mi w nich nieco dynamiki, choć rozumiem że statyka to zamierzenie celowe. Tym dramatem Fosse na pewno w moich oczach nie przybliżył się do wydania mu najcenniejszej nagrody literackiej.

pokaż więcej

 
2017-05-30 13:31:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Eric Carle to podobno ikona w branży literatury dziecięcej. Muszę uwierzyć na słowo, raczej prędko po inne jego książeczki nie sięgnę. „Czy chcesz być moim przyjacielem?” przykuło moją uwagę dzięki pięknej okładce i ciekawemu tytułowi wskazującemu, że treść dotyczyć będzie bezpośrednio przyjaźni. Tym razem moje przypuszczenia spotkały się na jednej płaszczyźnie z realizacją autora. Książka... Eric Carle to podobno ikona w branży literatury dziecięcej. Muszę uwierzyć na słowo, raczej prędko po inne jego książeczki nie sięgnę. „Czy chcesz być moim przyjacielem?” przykuło moją uwagę dzięki pięknej okładce i ciekawemu tytułowi wskazującemu, że treść dotyczyć będzie bezpośrednio przyjaźni. Tym razem moje przypuszczenia spotkały się na jednej płaszczyźnie z realizacją autora. Książka oparta jest na ostatnio bardzo popularnym schemacie. Bohater – w tym wypadku myszka, poszukuje czegoś lub kogoś i zagaduje różne istoty, których tożsamość na pierwszej stronie jest jeszcze zakryta, co wzbudza apetyt poznawczy i rozkręca wyobraźnie, na drugiej zaś zostaje w pełni ujawniona. I tym sposobem myszka, a także nasze dzieci, poznają hipopotama, żyrafę, konia itd., którzy nie odnoszą się do tytułowego pytania z przychylnością. Odrzucają naszą myszkę od swojego serca. Dopiero spotkana na końcu inna myszka zostanie jej przyjacielem. Dziecko podczas lektury uczy się, że mimo iż świat jest różnorodny i otwarty, nie każdego można traktować jak przyjaciela. Przyjaźń ukazana została tu zero-jedynkowo – albo jest albo jej nie ma. Brakuje tu odniesienia się do potencjalnych niebezpieczeństw, dziecko może tez odczuć, że tylko istoty podobne mogą się w pełni zrozumieć. Te ograniczenia sprawiają, że książeczka jest właściwa dla naprawdę małych dzieci – około 1-1,5 roku.
Książka jest wydania na trwałym nośniku kartonowym, który przeżyje niejedne usta dziecka. Ilustracje są ładne, choć zdecydowanie prostsze niż to co widzimy na okładce. W ogóle mam wrażenie, że to co najlepsze w książce mieści się właśnie na okładce. W odróżnieniu do „999 kijanek” wierzę, że ta książeczka może spodobać się malutkim dzieciom, i choć dla osoby dorosłej nie ma tu absolutnie nic godnego uwagi, może warto ją chociaż wypożyczyć i pokazać swojej latorośli. A nuż się spodoba i będzie można jej kupić na prezent.

pokaż więcej

 
2017-05-30 12:40:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Można tę książkę rozpatrywać jako dzieło traktujące o wychowaniu. Można, bo przecież treść oparta została na przygodzie, jaką dla małych kijanek stało się poszukiwanie nowego domu. Kimura powołał do życia Mamę Żabę, Tatę Żabę, dzieci oraz węża i jastrzębia symbolizujące zło i niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku. Mamy zatem komplet postaci składających się na piękną książkę o... Można tę książkę rozpatrywać jako dzieło traktujące o wychowaniu. Można, bo przecież treść oparta została na przygodzie, jaką dla małych kijanek stało się poszukiwanie nowego domu. Kimura powołał do życia Mamę Żabę, Tatę Żabę, dzieci oraz węża i jastrzębia symbolizujące zło i niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku. Mamy zatem komplet postaci składających się na piękną książkę o wartościach. Do pięknych postaci autor dorzuca równie uroczą historię. Żabia rodzina przemierza świat w poszukiwaniu nowego domu, który zresztą ostatecznie znajduje po podróży lotniczej. Tak więc jest problem – brak domu, niebezpieczeństwo – wrogie zwierzęta, rozważni opiekunowie, wątpliwości i wreszcie szczęśliwe zakończenie. Mamy więc klasyczny schemat udanej bajki. I być może ta historia ma w sobie jakieś pierwiastki edukacyjne, być może małe dziecko dostrzeże tu coś, czego ja duży już nie widzę. Bo dla mnie to banalna historia, w której po prostu żaby lecą zaczepione na jastrzębiu. I doprawdy nie wiem, czy traktowanie tej przygody w formie przestrogi przed ryzykami jest właściwie. Czy należy traktować obiekt, który pragnie pozbawić Cię życia, jako taksówkę do lepszego świata? Ja mam wątpliwości, rozmawiałem o tym także z wykwalifikowanym pedagogiem i podzielił moje przypuszczenia. Jeśli zatem „999 kijanek” nie niesie w sobie wartości oświatowych, czym wyróżnia się spośród setek innych opowieści dostępnych na rynku? Otóż niczym, historia zamyka się w kilkunastu zdaniach, nie zapada w pamięć, nie porusza. Ta książka, nie może być rozpatrywana nawet w sferze czysto technicznej jako element niezbędnego wyposażenia pokoju dziecięcego. Tekturowe wydanie, choć z pewnością trwałe i odporne na kaprysy dzieci, jest rozrysowana minimalistycznie. Na każdej stronie widzimy żabią rodzinę, czasami pojawi się wąż czy jastrząb, sporadycznie dorysowano staw, słońce czy chmurkę. Nie ma tu otoczenia – trawy, lasu, innych zwierząt, ludzi, wszystkiego tego co przykuwa uwagę dzieci. Strony są biało-zielone, co może jest interesujące dla kibiców Lechii Gdańsk, ale dzieciom szybko się nudzi.
Reasumując jestem na nie. Nie warto kłaść naprawdę dużych pieniędzy (wydatek rzędu 30 zł) na wspieranie tego typu banałów. Na rynku jest wiele więcej wartościowych książek dla dzieci.

pokaż więcej

 
2017-05-29 14:58:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Salamandra

Jennifer Egan nie jest w Polsce popularna – mało się o niej pisze, na Wikipedii znaleźć możemy jedynie podstawowe informacje o wykształceniu i nagrodach, o jej książkach zapomnieli mam wrażenie nawet zwolennicy prozy współczesnej. „Zanim dopadnie nas czas” to bez wątpienia jej najważniejsza książka, nagrodzona w 2011 Pulitzerem.
Bardzo trudno pisać o tej książce jako o powieści, choć tak...
Jennifer Egan nie jest w Polsce popularna – mało się o niej pisze, na Wikipedii znaleźć możemy jedynie podstawowe informacje o wykształceniu i nagrodach, o jej książkach zapomnieli mam wrażenie nawet zwolennicy prozy współczesnej. „Zanim dopadnie nas czas” to bez wątpienia jej najważniejsza książka, nagrodzona w 2011 Pulitzerem.
Bardzo trudno pisać o tej książce jako o powieści, choć tak sygnuje ją wydawnictwo. „Zanim dopadnie nas czas” jest przede wszystkim zbiorem opowiadań, które można przeczytać osobno, ale czytane w całości układają się w historię życia dwóch postaci: Benniego Salazara i Sashy.
On – producent muzyczny i ona – kleptomanka o bujnej przeszłości, która pracuje u Benniego. Poznajemy Benniego w momencie, gdy jego interes, wciąż jeszcze prężnie działający, chyli się niezwłocznie ku upadkowi. I to w sumie tylko o treści, bo też nie kształt tych postaci jest tu najważniejszy. Egan skupia się na ukazywaniu życia jako pewnego procesu dochodzenia do określonych punktów zwrotnych. W „Zanim dopadnie nas czas” nie ma jednego, wyraźnie zdefiniowanego, głównego bohatera, w każdym rozdziale na pierwszy plan wysuwa się inna jednostka, a osią łączącą wszystkie opowieści są wymienieni wcześniej przedstawiciele klasy średniej. Każdą z postaci czytelnik poznaje niemal na wylot, a sytuacje jakie opisuje autorka są często pasjonujące: wakacje na safari, bunt młodzieży i wyjazd za granicę, tworzenie zespołu rockowego, problemy rodzinne itd. Historia nie posiada wyraźnie zarysowanych ram czasowych. Benniego i Sashę poznajemy w różnych momentach ich życia - Raz jako rodziców i osoby dojrzałe, innym razem w średnim wieku albo podczas popełniania błędów młodości. Epizody z ich życia nie są ułożone chronologicznie, co dodatkowo wymusza skupienie podczas lektury. „Zanim dopadnie nas czas” to lektura wielopłaszczyznowa, której tytuł mówi więcej niż nawet najlepsze recenzje. Autorka przypatruje się swoim bohaterom w różnych etapach życia i analizuje ich wybory, motywacje, ambicje, uczucia. Początkowo silni i pełni energii życiowej, z roku na rok tracą siły, stają się zależni od innych osób. Ta książka jest dokładnie taka jak nasze życie, autorka nie sili się na ocenianie, na szukanie właściwej drogi. Patrząc na bohaterów niejednokrotnie ujrzycie samych siebie, poznacie w nich swoje własne rodziny i codzienne rozterki.
Tym co wyróżnia książkę Egan to z pewnością rozdział napisany w formie prezentacji. Takiego zabiegu jeszcze w literaturze poważnej nie widziałem, a muszę przyznać, że te proste myśli zebrane na schematach czasami bardziej do mnie przemawiały niż strony zapisane obrazami imprez rockowych.
„Zanim dopadnie nas czas” to w oczach krytyki powieść uniwersalna z najwyższej półki. Dotyka spraw ważnych dla każdego człowieka. A jednak mnie zamiast do refleksji nad życiem, bardziej skłoniła do odłożenia planów poznania kolejnych powieści Pani Egan na daleką przyszłość. Książka przypomina mi bardzo niedawno czytane „Ślady” Jakuba Małeckiego. Tam też mamy zbiór powiązanych opowiadań, z których można, aczkolwiek nie trzeba odczytać sensu swojego życia. U Pani Egan widać na pewno większy talent literacki do budowania postaci, głębię pomysłu i oryginalność w poczynaniach, Małecki z kolei woli skupić się na rzeczach mniejszych i opisać je sprawnym językiem (co jakoś bardziej do mnie trafia). Zabrakło natomiast większej ilości punktów wspólnych między poszczególnymi opowiadaniami, tej nici, która spajała by całość w jeden, spójny obraz rzeczywistości. Inna sprawa jest też taka, że jako człowiek z natury spokojny i bezproblemowy dla otoczenia, nie potrafiłem odnaleźć się w opowieściach Egan, pełnych alkoholu, narkotyków, seksu i przygód. I choć uważam, że pomysł na książkę jest naprawdę bardzo dobry, nie mogę się z nią identyfikować i prawdopodobnie za 3 lata zupełnie jej nie będę pamiętać. Nie poruszyły mnie te historie, nie zmusiły do zatrzymania się. Mówiąc łopatologicznie – jest tu wszystko i nic. Autorka dodając kilka opowieści chciała uzyskać nieskończoność. A mi się jednak ten rachunek w tym wypadku nie zgadza.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
545 62 5791
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (356)

Ulubieni autorzy (8)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (12)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd