Carmen 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 20 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-11 14:42:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Wydawnictwo Elipsa wydało niegdyś „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”. Niedawno do sprzedaży trafiła również inna, ale podobna odsłona, a mianowicie „1001 fotografii, które musisz zobaczyć”. Czy warto?

„1001 fotografii, które musisz zobaczyć” to zbiór zdjęć o przeróżnej tematyce, które zrobione zostały od 1926 roku aż do dnia dzisiejszego. Każdej fotografii towarzyszy info,...
Wydawnictwo Elipsa wydało niegdyś „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”. Niedawno do sprzedaży trafiła również inna, ale podobna odsłona, a mianowicie „1001 fotografii, które musisz zobaczyć”. Czy warto?

„1001 fotografii, które musisz zobaczyć” to zbiór zdjęć o przeróżnej tematyce, które zrobione zostały od 1926 roku aż do dnia dzisiejszego. Każdej fotografii towarzyszy info, na które składa się: autor, data, miejsce, technika oraz krótki opis. Tyle o kwestiach technicznych.

To nie jest książka… to jest najprawdziwsza księga! 960 stron robi swoje i mogłoby spokojnie posłużyć jako narzędzie obronne. Ale tylko w ostateczności, bo ten zbiór to przygoda na wiele dni lektury!

Lubicie oglądać fotografie? Przyglądać się im i spekulować, jakaż to historia się za nimi skrywa? Jeśli tak, to ta cegiełka jest dla Was idealna. W sepii, czarno-białe czy kolorowe, do wyboru do koloru. Od rozrywki aż po śmierć. Każdy znajdzie coś dla siebie, ale klimat tworzą też opisy, które są kopalnią wiedzy.

Podczas oglądania doświadczyć można wiele emocji, co jest wartością dodaną. Mają na to wpływ nie tyle opisy, co wspomnienia/przemyślenia, które nawiedzają oglądającego. Cała paleta. Smutek, radość, melancholia… rollercoaster emocjonalny jak się patrzy. A ci bardziej wrażliwi z pewnością uronią wiele łez.

Jednak według mnie, wiele zdjęć znalazło się w tej książce przez pomyłkę. Nie mają żadnej wartości, są nieciekawe, a często nijakie. Co prawda są w mniejszości, ale są. Długo się zastanawiałam, dlaczego znalazły się w tym zestawieniu, i nie wiem. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ktoś zdecydował się umieścić je w tej książce. Ale ostatecznie nie muszę wszystkiego rozumieć.

Myślę, że ta książka może zmienić myślenie wielu ludzi, ale trzeba mieć na uwadze, że są to fotografie wybrane. Wiadomo, że jest mnóstwo innych, które również są warte ujrzenia. I z pewnością zachwycą bardziej. Dlaczego? W książce przeważają te poważniejsze/smutniejsze, jakby inne nie istniały. Brakowało mi większej ilości piękna przyrody, radości… ale cóż poradzić.

Nie sposób nie wspomnieć o samym wydaniu, które robi wrażenie. Na okładce dziewczyna, którą znają chyba wszyscy. We wnętrzu 1001 historii na porządnym papierze. Wszystko się trzyma, więc nie ma obaw, że trzeba będzie zbierać poszczególne strony i własnoręcznie składać. Bez obaw!

Polecam wszystkim fanom zatrzymanych chwil, ponieważ wiele zdjęć jest naprawdę przejmujących. Ta książka to furtka do świata, który dla wielu jest niedostępny. Bo choć internet każdego dnia tonie w zdjęciach, to większość z tych wybranych – 1001 – jest niedostępna. A już na pewno nie jest opisana. Zapewniam, że wiele z nich utkwi w Waszej pamięci na dłużej, a nawet całe życie. Bo właśnie na tym to polega. By zapaść w pamięci.

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-12-10 01:39:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Creekwood (tom 2)
 
2018-12-05 23:57:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Traitor''s Trilogy (tom 2)
 
2018-11-22 23:55:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Królewskie źródło (tom 2)

„Córka złodzieja” Jeffa Wheelera to drugi tom serii „Królewskie źródło”, a zatem zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Owen zmężniał, zapewniając znacznie więcej emocji, niż do tej pory. Wiele zmieniło się również u gadatliwej Evie. Gotowi?

W poprzedniej części Owen’owi udało się ocalić rodziców przed śmiercią i został wysłany na Północ, by szkolić się na diuka pod okiem lorda Horwath’a....
„Córka złodzieja” Jeffa Wheelera to drugi tom serii „Królewskie źródło”, a zatem zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Owen zmężniał, zapewniając znacznie więcej emocji, niż do tej pory. Wiele zmieniło się również u gadatliwej Evie. Gotowi?

W poprzedniej części Owen’owi udało się ocalić rodziców przed śmiercią i został wysłany na Północ, by szkolić się na diuka pod okiem lorda Horwath’a. Ośmiolatek cieszył z takiego obrotu spraw tym bardziej, że znów mógł przebywać w towarzystwie swej przyjaciółki – Evie. Ale życie nie mogło być tak piękne. W drugim tomie obydwoje szybko dorastają, a życie zaczyna wystawiać ich na wiele prób. Wizja wspólnej przyszłości zaczyna się psuć. Swoje trzy grosze dodaje pretendent do tronu Severna. Owen musi dokonać wielu wyborów.

„Powszechnym nieporozumienie jest mniemanie, że królestwa mają stałe i jasno określone granice. Królestwo może ograniczać się na cały kontynent. Wiele zależy od ambicji i zdolności sprawującego władzę”

Lepiej czy gorzej?
Zawsze obawiam się drugich tomów, ale gdy pierwszy zachwyci, daję drugą szansę. W tym przypadku na początku było nieco opornie. Jakbym jechała rowerem po kamyczkach. O co chodzi? Autor zaszalał na płaszczyźnie politycznej. Pojawiło się wiele nowych nazwisk, a razem z nimi polityka między królestwami. Bywały chwile, kiedy zatrzymywałam się w miejscu i główkowałam, o kogo akurat chodzi. Ale na szczęście wszystko się unormowało bardzo szybko, zapewniając spokojną lekturę bez wracania wstecz. Pierwszy tom był bardziej beztroski, ale rozumiem zmysł autora. Warto przez ten początek przebrnąć!

Czy akcja wciąga?
Niektóre wątki wciągają, a niektóre średnio. W tej książce wiele się dzieje, znacznie więcej niż w pierwszej. Wynika to z dorosłości Owena. Inne problemy, radości i życie codzienne. I na szczęście autor skupił się na wątkach, które ciekawią. Tak wszystko poukładał, by wszystko mogło się zdarzyć. Owszem, zasypuje czytelnika lawiną nazwisk na samym początku, ale dzięki temu akcja staje się w późniejszym etapie niezwykle wartka. Na plus!

„Każda osoba obdarzona przez Źródło wykazuje się jakąś niezwykłą mocą, czasami więcej niż jedną. Obdarzeni utrzymują swoje dary w sekrecie przed światem (…)”

Czy zakończenie wbija w fotel?
Zakończenie jest naprawdę dobre. Budzi niepewność oraz ciekawość, przez co ma się ochotę na dalsze przygody. A znając już nowych bohaterów, lektura z pewnością będzie o wiele łatwiejsza… i ciekawsza. Wystarczy jedynie zapamiętać: kto, z kim i dlaczego.

„Córka złodzieja” to mocne wprowadzenie w rozgrywki polityczne, które na pewno będą odpowiednio rozbudowane. To również przygody pełnoletniego Owena, który zmienił sposób myślenia i kieruje się zupełnie innymi priorytetami. Gorąco polecam wszystkim tym, którym spodobała się „Trucicielka królowej”. Autor utrzymał klimat, a drugi tom jest znacznie lepszy!

pokaż więcej

 
2018-11-12 23:11:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Królewskie źródło (tom 1)

Seria „Królewskie źródło” Jeff Wheller – literatura młodzieżowa – chodziła za mną od dłuższego czasu. Poznałam ja przez zupełny przypadek, ale od razu do mnie przemówiła. Przypadek? Nie wierzę w nie. Natychmiast poczułam potrzebę zatracenia się w świecie wykreowanym przez autora i tak też zrobiłam. Zaczęłam więc czytać tak, jak Bóg przykazał, czyli od początku. Na pierwszy ogień poszła... Seria „Królewskie źródło” Jeff Wheller – literatura młodzieżowa – chodziła za mną od dłuższego czasu. Poznałam ja przez zupełny przypadek, ale od razu do mnie przemówiła. Przypadek? Nie wierzę w nie. Natychmiast poczułam potrzebę zatracenia się w świecie wykreowanym przez autora i tak też zrobiłam. Zaczęłam więc czytać tak, jak Bóg przykazał, czyli od początku. Na pierwszy ogień poszła „Trucicielka królowej”.

Lord Kiskaddon to namiestnik króla, który rządzi zachodem Ceredigion. Podczas jednej z bitew traci najstarszego syna, pełniącego rolę zakładnika. Zostaje zmuszony do oddania kolejnego. Jeśli tego nie zrobi, król straci całą jego rodzinę. Kiskaddon wraz żoną podejmują decyzję – w Pałacu Królewskiego Źródła, jako zakładnik zamieszka Owen, najmłodszy syn.

„Niełatwo służyło się królowi. Severn Argentine ciął słowami jak biczem za każdym razem, gdy otwierał usta. W ciągu dwóch lat, które upłynęły od chwili, gdy sięgnął po koronę, nie bacząc na prawo do sukcesji dzieci swego starszego brata, królestwo pogrążyło się w intrygach, zdradach i egzekucjach”

Dla mnie zawsze najważniejsze są pierwsze strony. Czy historia mnie zaciekawi, czy bohaterowie nie będą irytować, a ilość opisów przyprawiać o zawroty głowy. Ale zdarzyło się to, na co ogromnie liczyłam. Od samego początku czułam, że czas poświęcony na książkę/serię nie będzie czasem zmarnowanym.

Autor na samym początku naszkicował z grubsza królestwo Ceredigion, a następnie najważniejszych bohaterów. Ale nie zrobił tego całościowo. Zrobił to nieznacznie, pozostawiając ich jakby za mgłą. Dopiero z czasem dodawał detali, owiewając niektórych wieloma tajemnicami. Moja ciekawość była więc podsycana, co bardzo mi się podobało. Czułam się trochę jak Owen, poznając nowe otoczenie, w którym musiałam się odnaleźć. On również nie wiedział o wielu rzeczach. Byliśmy zatem na tym samym poziomie. Wiedzieliśmy dokładnie to samo. Ni mniej, ni więcej.

„Mieszkańcy Ceredigionu trwają w pradawnej wierze w moc wody. Wiara ta wzięła się z legend, których nikt już nie pamięta. Wszystko to niewarte funta kłaków. Wznoszą na brzegach rzek wielkie sanktuaria

Szalenie podobał mi się również język, którym posłużył się autor, kreując świat Owena. Czytając, nie znajdziecie słów współczesnych, takich jak: „na razie”, „kosmos” czy „magazyn”. „Trucicielka królowej” to historia pozbawiona współczesności pod każdą postacią. Bardzo cieszył mnie fakt, iż bohaterowie nie mieli elektroniki oraz że zwracali się do siebie w sposób, jaki teraz jest w zasadzie zapomniany. Ta książka ma klimat, który rzadko się spotyka, a przynajmniej ja na niego nie trafiam. Ale nie obawiajcie się, słownictwo, choć urozmaicone, jest zarazem bardzo przyjazne.

Warto również wspomnieć o dodatku, którym są fragmenty dziennika pewnego szpiega. Oczywiście jego tożsamość jest owiana tajemnicą, co wyostrza zmysły, ale w końcu go poznajemy. O czym pisze? W zasadzie o wszystkim. Jednak bohater ten wzbudził we mnie wiele emocji i to od pierwszych zapisków. Ile one wnoszą do fabuły? Z jednej strony mogłyby w ogóle nie istnieć, ale z drugiej, gdy wychodzi na jaw, kto jest ich autorem, jako czytelnicy wiemy znacznie więcej o nowej postaci, co jest sporym plusem. Znamy ją bowiem bardzo dobrze i zaostrza to całą akcję.

„Trucicielka królowej” to świetnie napisany wstęp. To historia w niezwykłym klimacie i z pewnością sięgnę po następną, czyli „Córkę złodzieja”. Gorąco zachęcam nie tylko młodzież, ale i starszych czytelników. Jeśli lubicie przygodówki, nie pożałujecie!

pokaż więcej

 
2018-11-11 00:55:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Zło czai się na szczycie” Marty Matyszczak to książka, wobec której miałam ogromne oczekiwania. Dobre opinie o stylu autorki, obietnice wciągającej lektury… rzeczywistość okazała się być jednak nieco odmienna. Ale po kolei.

Akcja toczy się w Zdrojowicach – górskiej miejscowości, której próżno szukać na mapie. To właśnie tam odkryte zostają zwłoki… w świeżo wylanych fundamentach. Natychmiast...
„Zło czai się na szczycie” Marty Matyszczak to książka, wobec której miałam ogromne oczekiwania. Dobre opinie o stylu autorki, obietnice wciągającej lektury… rzeczywistość okazała się być jednak nieco odmienna. Ale po kolei.

Akcja toczy się w Zdrojowicach – górskiej miejscowości, której próżno szukać na mapie. To właśnie tam odkryte zostają zwłoki… w świeżo wylanych fundamentach. Natychmiast w ruch wprawiona zostaje biurokracja oraz śledztwo. A przynajmniej tak być powinno. Detektyw Szymon Solański podejmuje się odkrycia tożsamości sprawcy, a wraz z nim Róża oraz Gucio – kundel z urodzenia.

To już czwarty tom serii „Kryminał pod psem”, a dla mnie pierwsze spotkanie z tą serią. Wyszło lekko niefortunnie z uwagi na pewne wątki, które ciągną się od tomu pierwszego, ale jakoś poszło. Ale lekko nie było. Zwłaszcza początek, który namieszał mi w głowie. Sporo różnych perspektyw i z różnych okresów, a wśród nich perspektywa Gucia. Tak, pies też miał coś do powiedzenia. I brzmiało to tak nierealnie, że do tej pory nie potrafię tego strawić. Chaos, chaos i jeszcze raz chaos. Na pewno znajomość poprzednich części bardzo by mi pomogła… a może nie? Tak czy siak, złapałam pion dopiero po 60-ej stronie. Sami oceńcie, czy to szybko.

Nie podobał mi się również sposób, w jaki autorka poprowadziła całą akcję. Gdyby na przykład jutro ludzie odnaleźli ciało, w książkowych okolicznościach nie mówiłoby się o niczym innym. Każdy chciałby poznać dokładne okoliczności, denata, a najlepiej jeszcze zabójcę. W książce, zaraz po odnalezieniu zwłok, działo się mnóstwo innych spraw, które dla mnie były po prostu nudne, zbędne i nic niewnoszące. Przewracałam oczami, nie mogąc się doczekać jakichkolwiek konkretów. Zerkanie na ilość pozostałych stron to zły znak.

Nie przekonałam się również do miejscowej ludności, która nieziemsko działała mi na nerwy. Każdy mieszkaniec. Irytowali mnie nawet główni bohaterowie. Przypadek? Rozumiem, że drażni jedna, dwie, trzy osoby, ale żeby wszyscy?! Postacie były płaskie, z nikim nie potrafiłam się zżyć, a niektórym miałam ochotę zrobić krzywdę.

Rzadko trafia mi się książka, która nie potrafi mnie niczym zainteresować. Opis dawał mi pewną gwarancję, że będę mieć do czynienia z mocno kryminalnym wątkiem, a tymczasem było go najmniej. Gdzieś tam w tle, na drugim, a może i ostatnim planie. Fabuła rozbudowana jest do granic możliwości i według mnie niepotrzebnie. Autorka dużo czasu poświęciła na… sama nie wiem, jak to nazwać. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Książki Marty Matyszczak mają wysokie oceny, czego nie rozumiem. Być może ta książka nie jest dla mnie. Nie wiem. Męczyłam się, a koniec nie wbił mnie w fotel, nie powalił na kolana itd. Ciężko mi nawet znaleźć jakieś plusy. Nie polubiłam żadnego bohatera, nie podobały mi się poruszane wątki, a zakończenie zawiodło. Cóż więcej mogę napisać… czasem tak się zdarza.

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-11-05 21:19:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-11-03 18:27:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-10-30 20:53:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Któż z nas nie słyszał o Bursztynowej Komnacie… o miejscu owianym tajemnicą, którego lokalizacja do dziś pozostaje jedynie w sferze domysłów(?) A gdyby odnieść się do niej w książce dla młodzieży? „Tajemnica bursztynowej komnaty” Tomasza Michałowskiego to thriller dla młodzieży, który zachęca samym opisem. Okładka nie do końca kusi, ale opis obiecuje naprawdę niezłą frajdę. Skusiłam się.

...
Któż z nas nie słyszał o Bursztynowej Komnacie… o miejscu owianym tajemnicą, którego lokalizacja do dziś pozostaje jedynie w sferze domysłów(?) A gdyby odnieść się do niej w książce dla młodzieży? „Tajemnica bursztynowej komnaty” Tomasza Michałowskiego to thriller dla młodzieży, który zachęca samym opisem. Okładka nie do końca kusi, ale opis obiecuje naprawdę niezłą frajdę. Skusiłam się.

Michał to młody detektyw, któremu zostaje powierzona do rozwiązania zagadka krzyżackich upiorów pojawiających się na Pojezierzu Kaszubskim. Towarzyszy mu 14-letnia kuzynka Magda, a także okropna mgła, przerażenie miejscowej ludności oraz strach o kogoś z rodziny. Nad misją Michała czuwa Hrabia… o którym celowo nic nie napiszę.

Jako miłośniczka licznych zagadek, zamków… szeroko pojętej tajemniczości, muszę powiedzieć, że ta książka jest szczególna. Moja pierwsza myśl tyczy się jednak całości, w której czegoś mi brakowało. Do czego by Wam to porównać… wiem! „Tajemnicę bursztynowej komnaty” porównałabym do jakiegoś dania, które strasznie lubicie, ale z racji pośpiechu, nie możecie się nim należycie rozkoszować. Akcja pędzi, nie dając tak naprawdę chwili wytchnienia. Brakowało mi jakiegoś tła, które pozwoliłoby na chwilę odpoczynku. Źle, gdy w książce nie dzieje się nic, ale jest równie źle, gdy dzieje się zbyt wiele. Autor poszalał, skupiając się na samej akcji, uciekając od całej reszty. Chciał, by czytelnik nie mógł się oderwać, jednak dla mnie to trochę zbyt duże tempo.

Nie podobało mi się również, jak Magda zwracała się do Michała. Niby marny szczegół, ale uwierał mnie jak kamyczek w bucie. „Kuzynku” do pełnoletniego faceta? Co prawda autor nie zdradził wieku Michała, ale parę szczegółów wskazuje na pełnoletność. Zapewne miało to być na zasadzie droczenia się, ale kompletnie tego nie kupuję. Tak samo jak tego, że Magda często miała super pomysły, spychając DETEKTYWA Michała na dalszy plan. Coś mi się tu mocno nie zgadzało.

Dość jednak o negatywach, bo plusów było naprawdę sporo!

Przede wszystkim klimat, który bardzo przypadł mi do gustu. Zamek w Czartowie, lochy, tajemnicza mgła i równie tajemniczy jeździec na koniu, a w tle strach miejscowych. Widzę świetny film, na który chętnie bym poszła. Aha, zapomniałam o Bursztynowej Komnacie! Jak mogłam?! Wstyd! Ale wszystko to współgrało, tworząc niezłą przygodę z dreszczykiem. Gdyby tylko autor odrywał się co jakiś czas od motywu przewodniego i skupiał na jakichś przyziemnych sprawach… Ale i tak udało mu się stworzyć historię, która zapada w pamięci.

Podobał mi się również wątek „złych” ludzi, z którymi musiał się mierzyć Michał. Co prawda nieco naiwny, ale moja wyobraźnia odpowiednio sobie wszystko poukładała, powodując szybsze bicie serca. Cofnęłam się w czasie do czasów, kiedy przepadałam za tego typu opowieściami… nieco bardziej jak teraz. Tomasz Michałowski uderzył w czułą strunę, za co jestem mu strasznie wdzięczna! Coś czuję, że szybko byśmy się dogadali (^_^)

„Tajemnica bursztynowej komnaty” to sensacyjno-przygodowa powieść dla młodzieży, ale i nie tylko. Z pewnością odnajdą się w niej również czytelnicy znacznie dojrzalsi. Zwłaszcza ci, którzy lubią sekrety, niebezpieczeństwo, a także klimatyczne miejsca, które coraz częściej skrada nam cywilizacja. Ta książka to akcja pędząca niczym Pendolino. Wciąga szybciej niż się człowiek spodziewa, dając radość, którą dawały książki czytane w dzieciństwie przy latarce pod kołdrą. POLECAM!

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-10-26 23:36:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Ladyjanistki

Pisarskie trio powraca!
Cynthia Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows zasłynęły z „Mojej Lady Jane”, która była dla mnie ciekawą przygodą i wspominam ją z uśmiechem na ustach – nie sposób odmówić jej barwnego wnętrza i wciągającej fabuły. I dlatego, gdy tylko pojawiła się „Moja Jane Eyre”, sięgnęłam po nią z nadzieją na super zabawę, która skutecznie odseparowałaby mnie od prawdziwego życia.

...
Pisarskie trio powraca!
Cynthia Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows zasłynęły z „Mojej Lady Jane”, która była dla mnie ciekawą przygodą i wspominam ją z uśmiechem na ustach – nie sposób odmówić jej barwnego wnętrza i wciągającej fabuły. I dlatego, gdy tylko pojawiła się „Moja Jane Eyre”, sięgnęłam po nią z nadzieją na super zabawę, która skutecznie odseparowałaby mnie od prawdziwego życia.

Tytułowa Jane Eyre to tak naprawdę główna bohaterka powieści „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë. Być może odbieracie to jako lekkie masło maślane, ale tak właśnie jest.
Pisarskie trio przedstawiło historię Jane Eyre w nowej odsłonie, dodając sporo od siebie, choćby poprzez samo słownictwo. Dla niewtajemniczonych – Jane jest sierotą, która podejmuje pracę jako guwernantka Adele w Thornfield Hall. To właśnie tam poznaje pełnego tajemnic Rochestera, na którego zaczyna patrzeć zupełnie inaczej niż na pozostałych mężczyzn. Czy zabiły dla nich kościelne dzwony?

Przede wszystkim nie mam porównania z pierwowzorem, zatem moje spojrzenie jest świeże. Co najbardziej rzuciło mi się w oczy? Przede wszystkim słownictwo. Jak na XIX-wieczną Anglię, bohaterowie wyrażali się chwilami nieco za współcześnie. Psuło mi to trochę zabawę, choć w końcu przestałam zwracać na to uwagę. Zapewne miało to dodać powieści lekkości, niemniej niekiedy raziło niczym długie światła kierowców po zmroku. Drugie, co rzuciło mi się w oczy, to element fantastyki, który objawiał się poprzez bohaterów niematerialnych… innymi słowy, duchy. Musicie przyznać, że to nietypowe jak na czasy Charlotte Brontë. Dobre wychowanie, jak najbardziej. Szykowne stroje, owszem. Ale duchy? To element szalenie egzotyczny, ale bardzo przyjemny. Bohaterowie widoczni dla nielicznych byli kreatywni, kłopotliwi, a czasami przeuroczy. Ożywili fabułę, nadając jej bardzo przyjemne dla czytelnika oblicze. To było dla mnie coś nowego, co bardzo przypadło mi do gustu.

Bardzo cieszyły mnie emocje, które towarzyszyły mi podczas czytania. Przede wszystkim ciekawość. Najzwyczajniej w świecie, byłam zainteresowana, co wydarzy się dalej. Przepełniała mnie też radość, gdy śledziłam losy niektórych bohaterów. Nie zdradzę, o kogo chodzi, gdyż mogłabym zepsuć Wam zabawę. Ale najbardziej cieszyłam się z braku irytacji, która często ujawnia się podczas czytelniczych wojaży. W tym przypadku przebrnęłam przez powieść z uśmiechem na ustach i będę ją wspominać na pewno przez dłuższy czas.

„Moja Jane Eyre” to książka, przy której najlepiej będą się bawić panie, choć panowie również powinni się w niej odnaleźć. Są duchy, niebezpieczeństwo, element niepewności, ale i dobre maniery, szybsze bicie serca i humor. Zdarza się, dość często, że autorki zwracają się do nas bezpośrednio, w pewien sposób czyniąc nas wyjątkowymi. To zabieg bardzo przyjemny, który w jakiś sposób wpływa na odbiór książki. Przeczytajcie, bo to naprawdę kawał ciekawej historii.

PS Ciekawe, jak oceniłaby ją Charlotte Brontë (^_^)

pokaż więcej

 
2018-10-19 20:22:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Dotarła do mnie niedawno kolejna, bogato ilustrowana książka Grażyny Bąkiewicz. Jest to szósty tom serii „Ale historia…”, z którą mam same pozytywne wspomnienia. Zabawa, w której ukrytych jest mnóstwo cennych informacji. Gdzie tym razem wylądowała klasa pana Cebuli?

Tym razem narracja przedstawiona jest z perspektywy 12-nastoletniej Oli, która podejrzewa się o przypadłość związaną z wysokim...
Dotarła do mnie niedawno kolejna, bogato ilustrowana książka Grażyny Bąkiewicz. Jest to szósty tom serii „Ale historia…”, z którą mam same pozytywne wspomnienia. Zabawa, w której ukrytych jest mnóstwo cennych informacji. Gdzie tym razem wylądowała klasa pana Cebuli?

Tym razem narracja przedstawiona jest z perspektywy 12-nastoletniej Oli, która podejrzewa się o przypadłość związaną z wysokim poziomem hormonów szczęścia – cieszy ją absolutnie wszystko, od wstawania do szkoły po deszcz. Ola wraz ze swą klasą przenosi się do Polski z XIX i XX wieku. Poznaje między innymi: bohaterów, spiskowców, 3 typy ludzi, powstania oraz generała Józefa Piłsudskiego. Ale najważniejsza misja, to znaleźć monety, na które przetopione zostały korony i berła polskich królów. Nie ma szans na nudę!

Grażyna Bąkiewicz po raz kolejny zachwyciła mnie lekkością przekazywania wiedzy. Wkręciłam się, choć nie tak bardzo, jak przy poprzednich częściach. Tym przysłowiowym kamieniem w bucie jest najpewniej zbyt krótki przeskok w czasie. Ponadto nie przemówili do mnie niektórzy bohaterowie. Byli jacyś tacy nijacy. Niby bohaterowie ważni dla Polski, ale… tacy trochę ważniacy z importu :D

Jednak niezmiennie na mej twarzy gościł uśmiech, gdy spoglądałam na nowe ilustracje, których było od groma. Raz mniejsze, raz większe, ale prawie na każdej stronie. Jestem przekonana, że młodzi czytelnicy docenią je po stokroć bardziej! Bohaterowie zostaną z nimi na długo po lekturze i chętnie będą spotykać się z nimi ponownie. To taka fajna relacja, której jestem pewna. I wiedza! Dla mnie to powtórka ze szkoły, ale też mnóstwo ciekawostek, o których nie miałam pojęcia. Wiecie... w szkole rzadko kiedy dochodzi się do okresu XX wieku. Taka klątwa.

„Ale historia… Mamy niepodległość!” to fakty przedstawione w przystępny i ciekawy sposób. Zainteresują nie tylko młodych, ale tych znacznie starszych. Nie ma się czego bać, warto sięgnąć i odświeżyć sobie niektóre fakty. Zwłaszcza teraz, gdy lada moment obchodzić będziemy kolejną rocznicę odzyskania niepodległości. Warto też dać ją dziecku do przeczytania lub przeczytać ją wspólnie. Niech nasze pociechy zrozumieją znaczenie 11 listopada. Niech wiedzą, że to nie jest zwykły dzień wolny od szkoły, ale też coś więcej.

Po lekturze naszła mnie pewna refleksja. Dwie. Może znacznie więcej. Ta niepozorna książeczka dla dzieci skłoniła mnie do dłuższej chwili refleksji, za co jestem jej wdzięczna. Mam nadzieję, iż takich osób jest/będzie znacznie więcej. Bo warto czasem „zatrzymać się w miejscu” i spojrzeć na wszystko inaczej.

Polecam, polecam, i jeszcze raz polecam. Jeśli spodobały Wam się poprzednie tomy, ten również omota Was swoją magią. A gdy poczujecie przypływ weny, możecie nawet chwycić za kredki i dać upust emocjom. Taka dodatkowa zaleta tej cieniutkiej książeczki.

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-10-16 22:22:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Wietrzne katedry (tom 2)

Alice Rosalie Reystone ponownie zaprasza do świata, który ludzie odbudowali z pomocą elfów. Moje oczekiwania były ogromne, gdyż ostatnie kilkadziesiąt stron pierwszego tomu dały mi nadzieję na kawał dobrej historii. Niestety nie było tak kolorowo.

Richard ponownie stawia czoła licznym niebezpieczeństwom, igrając z niebezpiecznymi ludźmi, elfami, a także zwierzętami. Podejmuje się misji, która...
Alice Rosalie Reystone ponownie zaprasza do świata, który ludzie odbudowali z pomocą elfów. Moje oczekiwania były ogromne, gdyż ostatnie kilkadziesiąt stron pierwszego tomu dały mi nadzieję na kawał dobrej historii. Niestety nie było tak kolorowo.

Richard ponownie stawia czoła licznym niebezpieczeństwom, igrając z niebezpiecznymi ludźmi, elfami, a także zwierzętami. Podejmuje się misji, która wydaje się nie do spełnienia. Oczywiście nic nie idzie tak jak powinno, a czas nagle zdaje się przyśpieszać. Richard musi zmierzyć się nie tylko z wrogami, ale także z prawdą, na którą może nie być gotowy.

„Wietrzne katedry. Tom 2” to kontynuacja, która nie do końca do mnie przemówiła. Spodziewałam się znacznie więcej akcji, tajemnic i ogólnie pojętego szaleństwa. Niestety autorka ponownie poprowadziła akcję niezwykle wolno, zwalniając czas, gdy bohaterowie znajdywali się w nowym miejscu albo w nowej sytuacji. Dużo rozmów, debat i tak dalej. Do tego wymyślne stworzenia, których opisy wywoływały niepokój, ale i znużenie. Męczyły mnie. W dodatku bohaterowie bardzo często przebywali stadnie, spowalniając lekturę. Musiałam zwalniać, by nie pogubić się, kto z kim akurat rozmawiał, a kto się do rozmowy tylko wtrącał.

Poza wolno płynącą akcją, brakowało mi tego czegoś, co przykułoby moją uwagę. Czegoś, co zmusiłoby mnie do porzucenia życia i zatraceniu się w lekturze. Z początku czytałam nawet z zainteresowaniem, ale im dalej, tym częściej zerkałam na pozostałą mi ilość stron. I początek! Potrzebowałam naprawdę dłuższej chwili, by skumać, o czym właściwie czytam. Pamiętałam mniej więcej, jak skoczył się tom pierwszy, ale nie było łatwo. Jeśli ktoś z Was planuje zacząć czytać tę książkę, lepiej wróćcie do poprzedniego tomu. Dla własnego dobra.

Dużo negatywów, więc zastanawiacie się pewnie, czy jest jakiś plus. Otóż jest. Czego by o fabule nie mówić, świat jest bardzo dobrze wykreowany. Autorka zadbała o detale, a jej słownictwo jest naprawdę bogate. Chętnie przeczytałabym coś innego, może w innym gatunku. Mam wrażenie, że cykl „Wietrzne katedry” to pomysł średnio trafiony, ale autorka bazowała na innym swoim cyklu, który jest znacznie przyjemniejszy… wręcz świetny. Według mnie powinna pójść inną ścieżką, spróbować czegoś innego. Może niebawem tak zrobi?

Wspomniałam o fabule, moich odczuciach, ale nie wspomniałam nic o zakończeniu. Było… gorsze niż w tomie pierwszym. Niby powinno mną wstrząsnąć, tak jak bohaterami, ale jakoś nie poczułam za wiele. Znowu się zawiodłam. Nie wciągnęła mnie historia i pewnie stąd nieco obojętne podejście do zakończenia. Jest mi przykro, ponieważ Alice Rosalie Reystone – nasza rodaczka – była niegdyś autorką, która mnie zachwyciła. Ale tłumaczę sobie, że to kwestia fabuły, która nie do końca jest przeznaczona dla mnie. Prościej mówiąc – kwestia gustu. Tak to sobie tłumaczę i chętnie dam autorce jeszcze jedną szansę. Jeśli jeszcze coś napisze.

„Wietrzne katedry. Tom 2” to przygoda, o której najpewniej szybko zapomnę, ale na pewno znajdą się tacy, którzy będą ją zachwalać pod niebiosa. Jeśli więc podobała Wam się część pierwsza, ta również przypadnie Wam do gustu. Jest w takim samym klimacie, choć z większą dawką emocji. A to nie koniec… Autorka planuje trzeci tom!

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-10-14 19:18:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Czytałam wiele książek i ciężko mnie zaskoczyć, ale ostatnio moje oczy otworzyły się nieco szerzej. Otwierając książkę „Podniebny” Kerstin Gier, ujrzałam pewną kartkę. Wyciągnęłam ją, rozłożyłam i przeczytałam. A był to list od właściciela hotelu Château Janvier – właśnie on jest miejscem akcji. Poznałam ofertę, atrakcje, a także pokrótce pracowników, z którymi być może mogłam mieć okazję... Czytałam wiele książek i ciężko mnie zaskoczyć, ale ostatnio moje oczy otworzyły się nieco szerzej. Otwierając książkę „Podniebny” Kerstin Gier, ujrzałam pewną kartkę. Wyciągnęłam ją, rozłożyłam i przeczytałam. A był to list od właściciela hotelu Château Janvier – właśnie on jest miejscem akcji. Poznałam ofertę, atrakcje, a także pokrótce pracowników, z którymi być może mogłam mieć okazję obcować. A wszystko to w kolorze i na ładnym papierze. Poczułam się przez to wyjątkowo. Miałam ochotę jak najszybciej „zajrzeć” do hotelu, aby zajrzeć tu i tam… tak też zrobiłam. Rozpoczęłam lekturę!

Fanny to 17-latka, która rzuciła szkołę i odbywa praktykę w szwajcarskim hotelu Château Janvier, zwanym również Podniebny. Dlaczego Podniebny? Wszystko przez gęstą mgłę, która zalega niżej, w dolinie. Co należy do obowiązków Fanny? Jako praktykantka zajmować się może właściwie wszystkim. Od opieki nad dziećmi hotelowych gości aż po pomoc innym. Nie jest jej łatwo, a los postanowił dorzucić jej jeszcze więcej zmartwień. Fanny niespodziewanie znajduje się w centrum niezłej afery i nawet nie przypuszcza, jak wielkie może mieć kłopoty.

„Podniebny” to książka, która przykuwa wzrok, a okładkowej sroce ciężko będzie przejść obok niej obojętnie. Wydanie jest po prostu nieziemskie. Nie dość, że super okładka to jeszcze twarde wydanie… ach! A w środku? Wszystko się elegancko trzyma, czcionka jest przyjazna dla oka, a rozdziały są o długości do zaakceptowania. Nie wspomnę o wklejce, która… uczta dla oka!

Wracając jednak do najważniejszego, czyli treści, nie mogę nie wspomnieć ponownie o liście od właściciela Podniebnego, który był dołączony do książki. Jego lekka treść zachęciła mnie do lektury, ale pomyślałam sobie, że gdybym naprawdę taki otrzymała, byłabym zaintrygowana i gotowa do podróży. Lekki, żartobliwy, a jednocześnie kuszący atrakcjami. Jak się miał do oferty książkowego hotelu? Sporo. Tytułowy Podniebny ukazał mi się jako hotel z tych lepszych. Z dala od cywilizacji, w otoczeniu drzew, ze służbą chodzącą jak w zegarku i bogatą ofertą, choć w niektórych przypadkach, co niektórzy goście mogliby kręcić nosem. Wyczuwałam jednocześnie jakąś specyficzną aurę oraz mnóstwo tajemnic. To jedno z tych miejsc, gdzie czas się zatrzymał, a niektóre sprzęty pamiętają lepsze czasy. Ja bym się tam odnalazła, ale ktoś uwielbiający nowoczesność już niekoniecznie. O tym także jest książka. Opowiada o codziennym życiu hotelowych pracowników, tylko że z perspektywy praktykantki. Autorka przedstawia plusy i minusy pracy w Podniebnym, wplatając nieśpiesznie wątek kryminalno-sensacyjny. I robi to, według mnie, zgrabnie.

Dałam się wciągnąć w tę historię, choć niektórzy mogliby powiedzieć, że długo nic się nie dzieje. Poznajemy Fanny i jej współpracowników, a także niektórych gości hotelu. Wielu powie, że nuda. Ale ja bawiłam się naprawdę fajnie. A kiedy zaczęło się robić nieco mrocznie, książka zyskała jeszcze więcej. Autorce udało się również sprawić, że zrobiłam wielkie oczy, pytając głośno: „ŻE JAK?!”. Chętnie odwiedziłabym takie miejsce, stąd też poniekąd moja pozytywna opinia. Podniebny ma coś w sobie… jakby duszę. Nie jest to miejsce jedno z tysiąca, a szczególne.

Chętnie przeczytałabym coś jeszcze, ponieważ mam spory niedosyt. Chciałabym, by ta historia trwała dalej. Chciałabym sięgnąć po kontynuację, tym razem z innym wątkiem kryminalno-sensacyjnym, albo z perspektywy kogoś innego. Zżyłam się z niektórymi i teraz mi trochę smutno, że wszystko się skończyło. Ale cóż poradzić. Takie życie.

„Podniebny” to przyjemna młodzieżówka, która owiana jest aurą tajemnicy i wieloma obietnicami. Choć długo nie dzieje się nic szczególnego, to jej klimat działa jak magnes, kusząc na wielu płaszczyznach – od sekretnych przejść po skomplikowane relacje międzyludzkie. Ta książka to gwarancja przyjemnie spędzonego czasu, ale tylko wtedy, gdy nie będzie się oczekiwać przysłowiowych gruszek na wierzbie.

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
2018-10-07 20:47:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bądź przy mnie zawsze (tom 3)
 
2018-10-05 22:01:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Pozwólcie, iż zaprezentuję Wam dzisiaj książkę nietypową pod wieloma względami. Pozycję przesiąkniętą okrucieństwem, ale i nadzieją. Połączenie dwóch światów, których raczej bym nie łączyła.

Kraków, 1939 rok
Cyryl Brzezik żyje i pracuje samotnie, dając radość dzieciom poprzez cudownie wykonane lalki. Pewnego dnia dokonuje czegoś, o co by się nie podejrzewał – jedna z lalek ożywa. Karolina...
Pozwólcie, iż zaprezentuję Wam dzisiaj książkę nietypową pod wieloma względami. Pozycję przesiąkniętą okrucieństwem, ale i nadzieją. Połączenie dwóch światów, których raczej bym nie łączyła.

Kraków, 1939 rok
Cyryl Brzezik żyje i pracuje samotnie, dając radość dzieciom poprzez cudownie wykonane lalki. Pewnego dnia dokonuje czegoś, o co by się nie podejrzewał – jedna z lalek ożywa. Karolina staje się przyjaciółką lalkarza, ale jej zadanie jest znacznie poważniejsze. Właśnie wtedy do Krakowa przychodzi nieproszona wojna.

„Lalkarz z Krakowa” R.M. Romero to historia tak specyficzna, że ciężko będzie trafić na podobną. Dlaczego? Przede wszystkim dzięki połączeniu II wojny światowej i magii. Historia jest bardzo przejmująca, natomiast ta odrobina magii jakoś mi nie pasuje. Jest takim dodatkiem, który bardziej przeszkadza jak cieszy. Domyślam się jej funkcji, natomiast nie potrafię jej jakoś przełknąć.

Warto wspomnieć o tym, że książka skrywa dwie historie, nie jedną! O czym jest ta druga? To fragmenty ze świata lalek, z którego przybyła Karolina. Autorka dała się ponieść fantazji, ale nie jest to szaleństwo na miarę ufoludków, smoków czy technologii. Świat Karoliny można śmiało porównać do bajki, którą babcia może opowiedzieć na dobranoc. To historia prosta, z małą ilością bohaterów, ale przede wszystkim z przesłaniem. Gdzie są źli, są dobrzy, a morał uderza w głowę i zostaje w niej na lata. Podobała mi się ta druga opowieść, niemniej nie łączyłabym jej z wojennym Krakowem.

Wracając jeszcze do lalkarza i samego Krakowa… autorka wbiła mi nóż w serce. Sposób, w jaki opisała wojnę trafił do mnie tak mocno, że chodzę cały czas smutna. Jeśli się czymś zajmę, zapomnę, ale gdy usiądę… Autorka oszczędza nam rozlewu krwi, ale to nic nie daje, ponieważ uruchamia się wyobraźnia, która jest znacznie brutalniejsza. Wiele sytuacji zostaje zarysowanych i łatwo się domyślić, jakie są dalsze losy bohaterów. A koniec… bardzo rzadko zdarza mi się coś czytać z takim przejęciem!!! Jestem pewna, że wielu z Was będzie mieć podobne odczucia. Czułam się trochę jak Bóg… ale nie zdradzę dlaczego.

A wszystko to okraszone jest przepiękną oprawą. Na każdej stronie znajdzie się coś więcej niż jej numer i treść. Każdy rozdział rozpoczynany jest od niewielkiej ilustracji, która ma być symbolem i zapowiedzią nadchodzących słów. Nie mówiąc już o wątku ze świata Karoliny, gdzie każda strona oprawiona jest w ramkę. A sama okładka… przejmujące połączenie okrucieństwa i piękna.

Według pewnej księgarni internetowej, książka ta przeznaczona jest dla dzieci (9-12 lat), ale według mnie z powodzeniem przeczyta ją również dorosły. Nie wiem, jak odbierze tę książkę młody czytelnik, ale mną wstrząsnęła, poruszyła wyobraźnię i boleśnie przypomniała, że od II wojny światowej nie upłynęło przecież aż tak dużo czasu!

„Lalkarz z Krakowa” zajmie w mojej domowej biblioteczce szczególne miejsce, ponieważ jest to książka wyjątkowa. Autorce udało się uchwycić okrucieństwo, nie wdając się w zbędne szczegóły. Przeżywałam razem z bohaterami, dzieląc radości i smutki. Imponowali mi, co rzadko się zdarza. Często żałowałam, że nie mogę „wejść” w książkę i z nimi porozmawiać. Jakby byli za szybą, pozostawiając mi niemą rolę.

Polecam absolutnie każdemu! Znajdźcie chwilę, zatrzymajcie się, usiądźcie i przeczytajcie tę książkę w skupieniu, bo naprawdę na to zasługuje. Jeśli skupicie się na niej należycie, odwdzięczy się Wam mądrością, przesłaniem, a także porządną dawką smutku, który Wami wstrząśnie i da do myślenia. Bo „Lalkarz z Krakowa” to nie tylko ładna okładka, ale również historia, jakich podczas wojny było naprawdę wiele.

Zapraszam również do przeczytania innych recenzji... https://naszerecenzje.wordpress.com/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
601 142 989
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (6)

zgłoś błąd zgłoś błąd