Katarzyna 
pani-ka-czyta.blogspot.com
kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 1 ksiązkę i 19 cytatów, ostatnio widziana 39 minut temu
Teraz czytam
  • Dokąd odchodzą parasolki
    Dokąd odchodzą parasolki
    Autor:
    Tłem tej powieści o zniewalającym wręcz uroku jest Orient - ze wszystkim, co ma w sobie magicznego, innego i przewrotnego. Równie niezwykli są zaludniający ją bohaterowie, a wśród nich człowiek, który...
    czytelników: 300 | opinie: 5 | ocena: 8,26 (23 głosy)
  • Zgadnij kto
    Zgadnij kto
    Autor:
    W wieku jedenastu lat Morgan Sheppard rozwiązuje zagadkę niespodziewanej śmierci swojego nauczyciela matematyki. Mimo że wyglądała na samobójstwo, Morgan odnajduje zabójcę i zyskuje przydomek „małolet...
    czytelników: 1078 | opinie: 101 | ocena: 6,56 (240 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-08 00:14:54
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Opowiadania, Polskim językiem, Posiadam

"(...)ludzie są doskonali w przeoczaniu, jeśli tylko chcą." (str.136)

Opowiadania niczym okrągłe, cięte w kliny ciasto. Bardzo pospolite ciasto, z tych niedekorowanych, niedosładzanych, nie zmuszanych do wzrostu polepszaczami. Każdy kawałek inny. Zdaje się, że zapach taki sam, no, może podobny. Ale smak... Próbujesz jednego - dziwny, nawet niesmaczny, wreszcie, pod koniec, gdy już mija...
"(...)ludzie są doskonali w przeoczaniu, jeśli tylko chcą." (str.136)

Opowiadania niczym okrągłe, cięte w kliny ciasto. Bardzo pospolite ciasto, z tych niedekorowanych, niedosładzanych, nie zmuszanych do wzrostu polepszaczami. Każdy kawałek inny. Zdaje się, że zapach taki sam, no, może podobny. Ale smak... Próbujesz jednego - dziwny, nawet niesmaczny, wreszcie, pod koniec, gdy już mija ciekawość, zdaje się być wręcz odrzucający. Ale gdy odchodzisz od stołu, działa jak narkotyk. Nie można o nim nie myśleć, cały czas budzi dziwne skojarzenia, i pozostawia ten niedający się określić smak - niby zwyczajny jak chleb powszedni ale inny, zaskakujący. Wracasz więc do stołu i sięgasz po następną porcję. I po następną. Aż do momentu, gdy za "Kijankami i kretowiskami" zamyka się okładka. I wiecie... ten smak mam nadal gdzieś pod powierzchnią, w wyobraźni. Nie do odsunięcia.

Recenzje opowiadań są dla mnie najtrudniejsze. Niby stanowią one całość, wyszły spod tego samego pióra. Niby - jak w przypadku Aleksandry Zielińskiej - styl i język jest niezmiennie prosty, surowy i bezlitosny w opisach, pozbawionych prób ubarwienia, historii. Ale to jednak odrębne dzieła. Odrębne opowieści, historie, tragedie. Osobne życie bohaterów, osobne cierpienie, zdumienie, niedowierzanie. Wszystkie razem i każde z osobna są zadziwiające, straszne, odbierające w końcowych linijkach dech.

To nie są opowieści zrodzone z fantazji, to nawet nie są próby deformowania rzeczywistości. Czasem zdarzy się autorce uskok w stronę baśni po to by Bullerbyn było wioską z realnymi problemami, a Kay i Gerda staczali wojny o codzienność. W sprowadzaniu na ziemię Pani Aleksandra jest bezlitosną mistrzynią.
To opowieści o życiu tak zwykłym, że nie ma zwyklejszego. I o tym, że bywa, iż to życie kończy się nie tyle nagle, nie tyle też tragicznie, co przypadkiem. Czasem przez pomyłkę, częściej niechcący. Zbiegiem okoliczności, niedopatrzeniem, myślą i zaniedbaniem. Albo niewinnością, rakiem, depresją, bólem niemożliwym do zniesienia. Tak jak potykamy się o kamień, tak jak wpadamy w dołek w drodze, tak też umieramy. Albo zabijamy. Tak wyszło. Przez pomyłkę, niechcący. A po drodze w owym życiu zdarza się szare. Albo i czarne. Ktoś molestuje, dręczy, zniewala. Ktoś komuś w fanatycznym uniesieniu podkłada pod życie ogień. Ktoś kogoś wysyła do spalonego domu, na spotkanie z brodą zamieszkała przez owady, nawet ptaki. Tylko, że tutaj samo się to dzieje, nikt nie chce, nie zamierza i nawet w myślach nie obraca. A pozostali tkwią w swoich rytmach, tuż obok, i nic.

Postacie z "Kijanek i kretowisk" same są jakby niewyrosłe z ziemi. Jakby nieprawdziwe w swojej zwyczajności, która pod wierzchnim naskórkiem kryje pokłady skóry nie do opisania. Albo zbyt delikatnej, pergaminowej, nieodpornej na świat, myśli, innych ludzi, albo grubej, poranionej, naznaczonej bliznami, z sączącym się z nich bólem i zarazą. Czytając po wierzchu uśmiechniemy się do przedziwnych zabaw, zmian, wyjazdów, kłótni i nieporozumień, do spokojnego, nudnego wręcz życia w polach, nad stawami pełnymi kijanek i rzekami z pluszczącymi japońcami, w blokach szarego miasta, w szpitalu i naszym i szwajcarskim. Podzielimy się z bohaterami chlebem powszednim, codziennym zmęczeniem, pamięcią o porażkach, nie przestając pielęgnować zrozumienia i spokoju drobnych radości. A potem przyjdzie Aleksandra Zielińska i nam ten uśmiech z twarzy zetrze. Jednym ruchem, jednym słowem, zdaniem, opisem. I zostaniemy tak w pół kroku, w pół linijki. I nic już nie będzie takie samo.

W opowiadaniach pojawiają się rzeczy spoza codziennego spostrzegania. Ale nie mamy odczucie, że ktoś wykreował dla nas inny świat. Jeśli dziewczynka boi się guzików, to tak po prostu ma. Inni boja się dziwniejszych rzeczy. Jeśli są dzieci ze swoja niewinnością to przecież wszystkie takie są. A jeśli porzucona kobieta nie umie uciec od "pustego brzucha" ani w siebie ani w świat, to dzieli tę tragedię z innymi 'niematkami'. Tylko że Pani Zielińska nadaje tym oczywistościom inne nazwy i obrazy. Nie tłumaczy bólu, nie tłumaczy tez tych, którzy ból zadają. U niej po prostu tak jest. Coś jest, a zaraz potem nie ma. Ktoś żyje, a za chwile już nie. Ktoś bawi się lalkami, kijankami i konwaliami, a potem okazuje się, że popchnął lekko, że zmieszał ze sobą, że wszedł tam głębiej. Przecież to nic wielkiego, przecież tak się robi.

Zabolała mnie ta książka. Zabolała świadomością, że przecież autorka nic nie dodała od siebie prócz talentu, wyobraźni, postrzegania nieporównywalnego ze zwyczajnym i niezwykłych umiejętności literackiego podania na dłoni najbardziej codziennych z codzienności. I świadomością, że jeśli odjąć duszę artysty i wkład autorki w sposób kreowania opowieści, to to wszystko jest. Tutaj, obok. Pomiędzy stawem pełnym kijanek i świeżo wzniesionym u progu domu kretowiskiem.

Ps. Te opowiadania są doskonałe, znakomite. Ale przeczytajcie je w ciepłe, jasne dni. Zostawiają po sobie wstrząsający ślad w takie dni jak dzisiejszy. Szare, grudniowe, zwyczajne przecież...

Pani_Ka Czyta

pokaż więcej

 
2018-12-06 23:42:27
Wypowiedziała się w dyskusji: 10 rocznica śmierci Williama Whartona

Ja zakochałam się w Werniks Werniks. Od tamtego, dawnego czasu przeczytałam bardzo wiele Jego książek, mnóstwo polubiłam, doceniłam, do wielu wracam. Ale "Werniks" ze mną mieszka cały czas, nie wiem dlaczego. Po prostu jest, pomiędzy innymi, zawsze na wierzchu.

więcej...
 
2018-12-01 23:12:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Polskim językiem

Bez baśni, bajek, opowieści, nie ma dzieciństwa. Nie ma dzieciństwa bez opisanej w nich ufności, wiary, że zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co otrze nasze wielkie jak grochy łzy, kto przytuli i zapewni o miłości, wreszcie, kto obroni nas przed złem, przed strachami, przed wielkimi czarnymi buciorami. A najpiękniej o tej bezpiecznej części życia, o stałym wsparciu i mocnym oparciu, przekonuje... Bez baśni, bajek, opowieści, nie ma dzieciństwa. Nie ma dzieciństwa bez opisanej w nich ufności, wiary, że zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co otrze nasze wielkie jak grochy łzy, kto przytuli i zapewni o miłości, wreszcie, kto obroni nas przed złem, przed strachami, przed wielkimi czarnymi buciorami. A najpiękniej o tej bezpiecznej części życia, o stałym wsparciu i mocnym oparciu, przekonuje się dzieciaki w Święta, w Mikołajki, w dni, w których powtarzamy wielkie słowa, wielkie nauki, a wielkie uczucia każą nam częściej spoglądać na innych z uśmiechem - szczerym i wzruszonym, czasem nieco wymuszonym i lekko udawanym, ale jednak uśmiechem.

Puk, puk. Już grudzień. A jak grudzień to Mikołajki. I te co za tydzień, i te wigilijne... A jak Mikołajki to oczywiście bajki. Z myślą o dzieciaczkach, które obdarzone są szczęściem wiary w mówiące zwierzaki, w cuda ponad prawdą, w miłość ponad gatunkami, rodzajami i rasami, wydawnictwo Wilga wznowiła śliczną opowieść Małgorzaty Domagalik - "Serce na sznurku".

W niewielkim, urokliwym opakowaniu dostajemy od autorki polarne tereny zamieszkałe przez dobre z natury zwierzęta i, mniej już godne pochwał, grupy myśliwych. Tych ostatnich autorka przedstawia jako pozbawionych współczucia, mordujących dla zysku, stanowiących przeciwieństwo instynktownych, zgodnych z naturą zachowań zwierząt. Zwierzęta zaś... ach, cóż to za cudowna menażeria!
Jest nasz bohater Ksawery, niedźwiedź tyleż polarny co groźny. I jak się okazuje powoli obejmujący zrozumieniem pojęcia takie jak przyjaźń, współczucie, a przede wszystkim wdzięczność.
Mała foczka, wyrwana nagle z objęć matki ucieczką przed (znowu!) okrutnymi zamiarami myśliwskich czarnych buciorów, okazuje się być nadzwyczaj rezolutną, szybko uczącą się, choć niezmiennie naiwna istotką, słodką niczym torcik bezowy ale i odważną, gdy serce i instynkt podpowiadają jej takie właśnie rozwiązania.
Ewelinka, misiaczek polarny, to dokładnie taka rozkoszna kulka, jaką wyobrażamy sobie myśląc o młodym niedźwiedziątku, wzór beztroski dzieciństwa.
Wilki, groźne z natury, autorka łagodzi ironią, bawiąc małych czytelników dodawaniem zwierzakom cech zupełnie nieprzystających do wilczej natury.
Takie przykłady można mnożyć poprzez wszystkie bajkowe postacie. Ach! Jest pingwinia drużyna odziana w zielone getry i białe czpeczki, która kompletnie mnie uwiodła :)

Pozwalając zwierzętom komunikować się ze sobą, wyrażać skrajne emocje, przechodzić od jednego nastroju do kolejnego, autorka czyni je przyjaciółmi dzieci. Mówiące zwierzaki (przecież to oczywiste, że ze sobą rozmawiają!) są dla dzieci powiernikami, mają te same co dzieci problemy i troski, są po prostu takimi samymi dziećmi, tyle, ze w innej skórze, w innym futrze. Zwierzęta nie mają tutaj cech i uczuć, których nie mogłoby doświadczyć czytające książeczkę dziecko. A jeśli ich nie mają, to na pewno może im ich dostarczyć fantazja. Dlatego nauczanie, propagowanie dobrych zachowań, wytykanie nietolerancji, niezrozumienia i innych bezwartościowych odczuć przychodzi Małgorzacie Domagalik w łatwością. Dziecięcy świat to świat, w którym często zwierzak wie i rozumie więcej niż dorosły, niewiele mający z małymi ludźmi wspólnego. Zatem to, co powie niedźwiedź Ksawery, czego nauczy foka, może trafić głębiej w dziecięce serca pełne fantazji i wyobraźni.

Bajka nie zaskakuje innowacjami, opowiada prostą ale piękna historię, którą i dorosły człowiek czyta z przyjemnością. Nie zaprowadzi nas w odległe światy ale wglądnie w serca, każe dzieciom zrozumieć dobro, a dorosłym zastanowić się, jak zobrazowane zwierzęcą opowieścią cechy, mają się do ich faktycznego życia i postępowania. I stawiają na koniec zasadnicze pytanie: Czy zasługujemy na to, by stać się członkami Ruchu Kryształowego Serca na Sznurku? Nie wiemy? Zatem przeczytajmy, najlepiej we dwoje, z maluchem u boku i zdecydujmy, czy biec do kufra, pudełka, szkatułki, w poszukiwaniu czerwonego sznureczka, na którym zawiesimy owo serduszko. Bo to właśnie ono, położone pod choinką obok urokliwie napisanej opowieści Małgorzaty Domagalik, wspieranej przepięknymi ilustracjami Marcina Piwowarskiego, może stać się najpiękniejszym podarunkiem tych Świąt.

Pani_Ka Czyta

Dziękuję wydawnictwu Wilga (GW Foksal) za recenzencki egzemplarz książki.

pokaż więcej

 
2018-11-30 23:35:26
Wypowiedziała się w dyskusji: Czytamy w weekend

Nie jest to dla mnie wolny weekend, zatem przeplatam rozpoczęte w tygodniu trzy pozycje - każda z innej beczki.
Znakomite opowiadania z elementem bezlitosnego wstrząsu Kijanki i kretowiska Kijanki i kretowiska Cudowny, pachnący wbrew zimie, Orientem Dokąd odchodzą parasolki Dokąd...
Nie jest to dla mnie wolny weekend, zatem przeplatam rozpoczęte w tygodniu trzy pozycje - każda z innej beczki.
Znakomite opowiadania z elementem bezlitosnego wstrząsu Kijanki i kretowiska Kijanki i kretowiska Cudowny, pachnący wbrew zimie, Orientem Dokąd odchodzą parasolki Dokąd odchodzą parasolki. A do podusi dużej i małej urocza opowieść Serce na sznurku Serce na sznurku

pokaż więcej

więcej...
 
2018-11-27 21:20:42
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Polskim językiem, Premierowe

W małych miastach pies śpi z kotem, sąsiad z narzeczoną brata, a złodziej z żoną obrabowanego. I rzecz jasna, wszyscy o tym wiedzą. W małym mieście są baraki biedoty i pałace domniemanych lub rzeczywistych milionerów. I jest na tę społeczną skrajność ogólnomiasteczkowa zgoda. Są zdarzenia mało i mniej moralne, są zachowania cudownie anielskie. Jest po prostu średnio. To akceptowalna, ba,... W małych miastach pies śpi z kotem, sąsiad z narzeczoną brata, a złodziej z żoną obrabowanego. I rzecz jasna, wszyscy o tym wiedzą. W małym mieście są baraki biedoty i pałace domniemanych lub rzeczywistych milionerów. I jest na tę społeczną skrajność ogólnomiasteczkowa zgoda. Są zdarzenia mało i mniej moralne, są zachowania cudownie anielskie. Jest po prostu średnio. To akceptowalna, ba, lubiana średniość, której stałość wynika z tego, że wróg jest wrogowi przyjacielem, zaś przyjaciel to najczęściej tylko partner od czyściutkich jak łza i od brudnych podmiejskim błockiem interesów. Proszę Państwa, Mariusz Zielke z ironią otwiera szeroko drzwi, byśmy ujrzeli i doświadczyli zjawiska o jakże urokliwej nazwie - "Dobre miasto".
"Szare, zmrożone, pełne krzywych bloków o ziemistych barwach, z kolorami zawsze wpadającymi w brudną zieleń i rozmyty błękit, jakby w powietrzu rozpylono jakiś barwnik obrzydzający ludziom nawet najbardziej słoneczne dni" (str.30)

W Dobrym Mieście przebywamy wraz z dziennikarką Małgosią, dla której to miejsce nie jest ani obce, ani dobre. Nie będzie obiektywizmu w ocenie wszystkich postaci, nie będzie jedynie świeżego oka i wrażeń nieskażonych skojarzeniami czy wspomnieniami. Małgorzata bowiem stąd wyrosła i stąd uciekła najszybciej jak mogła. I nawet nie przez rozmyte szarości i błękity, także nie dlatego, że młodzież perspektyw i szans szuka z daleka od miasteczek, dla których nawet kropki nie przewidziano na mapie. Uciekła, bo tutaj była "tą dziewczynką", "tą córką". I tutaj się wydarzyło. I zapomnieć się nie mogło. Nigdzie. Zwłaszcza tutaj.

Nie tylko Małgosia jest żywym świadectwem ukrytej w nazwie "dobroci" miasteczka. Są jeszcze sprawcy powodu, dla którego się tutaj znów pojawiła. Rafał - chłopak z baraków, bokser, sława i niesława w jednym, poeta i wyznawca przedziwnej teorii, że miłość istnieje - ta prawdziwa, ta wierna miłość. Jego przyjaciel Mirek - nerwowy mąż i ojciec, fantasta, teoretyk przedziwnych pomysłów, sprawca zaistnienia możliwości szybkiego, mało legalnego, ale w jego mniemaniu jakby nieco usprawiedliwionego moralnie pomysłu na szybki zarobek. Są dwaj krezusi - Krynicki i Dąbek-Dąbrowski - bogaci, szastający pieniędzmi i łaską, dający pracę (legalną lub nie) i wiarę w mniej czy bardziej uczciwe możliwości (ważne, że intratne). I cała personalna obudowa, podbudowa, nadbudowa małomiasteczkowego życia. Wszyscy razem na codzień, wszyscy zgodni w razie zagrożenia, wszyscy zamykający szczelnie drzwi przed ciekawością obcych. Taki mały polski kraj zamknięty między tablicami wjazdu i wyjazdu.

Mariusz Zielke rozpoczyna od postawienia prostej tezy. Porwano i zamordowano żonę Krynickiego - potentata, twórcy i szefa przynoszącego krocie nowoczesnego browaru. Ona - anioł wcielony. On - czysty jak łza. Wielki żal i wielki ból. Winnych złapano, wsadzono do aresztu, czekają na proces. Rafał, Mirek i ich katastrofalnie prymitywny kompan - winni morderstwa, jeszcze przed procesem, winni i już. Tak miało być, jest, wszyscy są zadowoleni.
Do Dobrego Miasta wraca Małgorzata, po latach, w innej roli. Ale oni wiedza, przecież to Dobre Miasto. Dlaczego wróciła, dlaczego pyta, sieje jakieś wydumane wątpliwości, wciąga w prostą przecież, choć tragiczną historię inne, postronne, niezaangażowane osoby, biedne matki, zawiedzione żony, wreszcie, cierpiącego katusze wdowca? Od początku zawisa nad nią widmo tak modnego w małych społecznościach stwierdzenia - nieważne: prawda czy nieprawda, z dobrym wynikiem czy złym, ważne że zrobione.

Językiem prostym, stanowczym, i tym bandyckim, prześmiewczym i mającym często za nic życie ludzkie, ale także językiem uczuć zakazanych, spisanych w wiersze i uniesienia, autor zabiera nas w teoretycznie prostą historię. Jest wina i kara, są winni i ofiary. Gapie i oskarżyciele. Tylko kto jest kim? I dlaczego dziennikarka i zainteresowany nią policjant w ogóle robią coś więcej niż oddanie się romansowi? Przecież wszystko zostało ustalone i omalże udowodnione na pierwszej stronie powieści. Czyżby?

Dzieje się nam "Dobre miasto" tu i teraz, w rozpaczy krystalicznie czystego biznesmena i wszystkim, co pozostało po anielsko dobrej zonie; dzieje się w myślach przykutych do zostawionej przez Małgorzatę w Warszawie 'niemiłości'; dzieje się w powrotach baraków i ulicznych wojenek; dzieje się w gangsterskim uśmieszku; w zakochaniach, odkochaniach, życiowych prostych historiach i tych dramatycznych, okrutnych, niszczących psychicznie, ściągających na dno. Poszatkowane na lata, dekady, okresy szkolne, zawodowe, złe i dobre, wspólne i osobne, życie bohaterów prowadzi nas przez przypuszczenia, samokreujące się w głowie oskarżenia i uniewinnienia. Autor lawiruje, poddaje w wątpliwość, puszcza oko do naszej pewności, każe zmieniać zdanie o bohaterach, złościć się na kłamstwo, które przyjęliśmy za prawdę - jednym słowem tworzy dobrą, interesującą powieść kryminalną.

Nie jest to kryminał napisany dla zabawy. Nie jest też łatwy, nie omija polityki, nie ucieka od osądów zabarwionych wewnętrzną złością lub przynajmniej kąśliwa ironią. To gęsta, mroczna opowieść, wymagająca czasu i cierpliwości. Jest tutaj dokładna analiza środowisk miejskich. Jest wskazanie palcem na przyzwolenie na bandytyzm, korupcję, kłamstwa. Jest piętnowanie milczenia. Jest zgroza nieprzemijających traum z dzieciństwa czy młodości. Jest bałagan w głowach, osądach, kpina z ufności i sprawiedliwości. To książka do czytania i myślenia. A zakończenie i tak zaskoczy. Konkludując... czyż nie tak właśnie wygląda dobry, ambitny kryminał z Polską i Polakami w tle? Polecam. Warto.

Pani_Ka Czyta

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

pokaż więcej

 
2018-11-23 22:30:16
Wypowiedziała się w dyskusji: Czytamy w weekend

W środku nocy skończyłam Nikt nie idzie Nikt nie idzie. Oczarowana i niewyspana wolniej niż zwykle kontynuuję Dobre miasto Dobre miasto, zaś jeśli wyszarpię jeszcze kilka krótkich chwil to powrzucam w nie kolejne przejmujące opowiadania ze zbioruKijanki i kretowiska W środku nocy skończyłam Nikt nie idzie Nikt nie idzie. Oczarowana i niewyspana wolniej niż zwykle kontynuuję Dobre miasto Dobre miasto, zaś jeśli wyszarpię jeszcze kilka krótkich chwil to powrzucam w nie kolejne przejmujące opowiadania ze zbioruKijanki i kretowiska Kijanki i kretowiska

pokaż więcej

więcej...
 
2018-11-23 19:12:38
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadam, Premierowe, Ulubione

"(...) ona też jest tylko przecenionym produktem w bogatej ofercie mniej lub bardziej samotnych ludzi udających ludzi mniej lub bardziej szczęśliwych." (str.38)

Wyszorowałam starą łódkę, pomalowałam, odnowiłam, i wyruszyłam na morze, którego kolor, zmarszczenie fal, ciepłotę, miałam znać wyjątkowo dobrze. Tymczasem od samego wypłynięcia z portu morze okazało się inne, inaczej pachnące,...
"(...) ona też jest tylko przecenionym produktem w bogatej ofercie mniej lub bardziej samotnych ludzi udających ludzi mniej lub bardziej szczęśliwych." (str.38)

Wyszorowałam starą łódkę, pomalowałam, odnowiłam, i wyruszyłam na morze, którego kolor, zmarszczenie fal, ciepłotę, miałam znać wyjątkowo dobrze. Tymczasem od samego wypłynięcia z portu morze okazało się inne, inaczej pachnące, zaskakujące innymi wodnymi stworzeniami, wysuwające zdradliwe skały w zupełnie innych miejscach. Przygotowałam stary, ciepły koc, utkany z rdzawych dygotów i śladów małomiasteczkowych urzeczeń, a ten pled okazał się inny - szaro miejski, poszarpany ulicami, brukami, tramwajowymi torami. Pociągnęłam za nitkę by spruć opowieść słowo po słowie i snuła się ona pięknie jak dotychczas... ale inna nić zostawała mi w dłoni, inny kłębek uzbierałam przy jej zakończeniu. "Nikt nie idzie" jest inne. Piękne, kojące, dojrzałe, niby spokojne a niepokojące, niby oderwane od świata a mocno w nim osadzone - inne.

Na przystankach stoją ludzie w ubraniach z różnych tkanin, epok, mód i preferencji, Niektórzy mają na sobie dwie kurtki, rozpięte, pod nimi kamizelka.
Ściskają w dłoniach teczki, torebki, walizki. Mają w plecakach grube zeszyty z wycinkami i wiele różnobarwnych balonów wypełnionych helem.
Wtulają twarze w kołnierze i szaliki albo wystawiają na słońce. Czekają na inny kawałek świata, który pokaże się na "odwrotnym" przystanku.
Rozmawiają, milczą, śmieją się, telefonują. Umierają.
Na przystankach ludzie umierają a ich dzieci, duże dzieci, dzieci-dorośli, "chłopcy-mężczyźni" odchodzą w świat z podaną im ręką. Na przystanku może zniknąć życie.

Olga mówi do mnie całymi zdaniami. Nie, mówi do mnie stronami całymi. Swoim życiem, wyborami, decyzjami, odczuciami.
Mówi do mnie tym, że bierze za rękę tego ni mężczyznę ni dzieciaka. Tym, że ciąża nie może być obciążeniem. Tym, że brak ciąży też tym obciążeniem nie może być. Tym, że kocha niby tylko chwilę ale gdy uczucie jest tym właśnie przypomnianym z dzieciństwa, wyczytanym z haiku, wypatrzonym w japońskich drzeworytach, wybieganym wokół osiedla bo gdzieś wewnątrz walczy duma, niepewność i żal...to wtedy to uczucie warto poprosić by zostało, by pojechało z nią i z Klemensem-chłopcem-mężczyzną i patrzyło w górę na jego lot, na jego niespotkanie z ojcem lotnikiem.

Treść najnowszej książki Jakuba Małeckiego to nie jest olśnienie. Żadnej tu niesamowitości, żadnej magii. Szara ta treść jak życie. I jak w życiu, rozbłyskuje bólem częściej niż szczęściem.
Jest Marzena, dziewczyna, kochanka, matka. Kobieta pozbawiona losem okrutnym męża młodego i przystojnego jak z obrazka. Matka, która syna innego trochę, dziwnego nieco, chroni przed światem, otula nadzieją, że przecież coś się zmieni, że ta niemoc mówienia i wielka głowa, ciało całe wielkie kiedyś będzie zwykłe, zwyczajne, najzwyklejsze. Bo kiedyś sam żyć musi i na pewno zdoła.
Jest mała Olga i dorosła Olga. Ona i jej niekochania, życie dziwne i urodzajne w zabawę, przygody, kaliskie wspomnienie długich palców ojca pianisty, który nie gra. Bo przecież "prawdziwy pianista nigdy nie gra" (str.36). I Olga przy ojcu starszym, nieporadnym, który Rachmaninowa kołysał będzie w pamięci lub niepamięci po kres. Niedaleki.
Jest Igor, który trwa. Pomimo wszystko, dla niej. darowuje fragmenty siebie, uczucia darowuje, nie przedmioty. I fascynacje, które w głowie Olgi żyją nieustannie nawet wtedy, gdy Igor jest tylko elementem innego świata.
"Ponad sto stron wierszy, grafik, obrazów. najważniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostała. (...) Zdjęcie wnętrza Igora. Jego największe marzenia i lęki, obwiązane wstążką i wręczone jej z okazji urodzin." (str.80)
Jest Klemens. Syn lotnika, dzierżyciel balonów, łyżek, szczotek do kurzu. zauważony, zaopiekowany, niezdarny i nieświadomie groźny. Syn-dar, syn-przekleństwo, którego można, trzeba bronić własną piersią do ostatniej chwili. Nawet jeśli jest obcym, pochylonym nad ciałem niezrozumieniem, nie synem.
Jest Kalisz i Warszawa, przejazdy, przebieżki i myśli ciągnące się miedzy dwoma miastami. Ucieczki we wspanialszy warszawski świat, powroty w ramiona rozumiejącego, stabilnego Kalisza.

"Nikt nie idzie" to kolejna dawka zwyczajności, która podana została tak pięknie, że ból boli w dwójnasób, a radość cieszy do łez. Gdzie wzrusza balon ulatujący w niebo a serce łamie się w literach opisujących zwrot przez skrzydło. Inna książka, inne, japońskie, poetyckie inspiracje. Inna narracja, może surowsza, może bardziej wybrukowana, mniej miękka niż trawiaste poprzedniczki. A emocje i uczucia nadal te same, nadal zostawiające po sobie westchnienie. Pustkę ścieżki, po której "nikt nie idzie". Ścieżki zamkniętej w krótkich wierszach pisanych przed śmiercią. A może ścieżki, która otworzy się w wielki, pełen kwiatów łan pośrodku kalisko-warszawskiej szarości? Piękna, warta każdej chwili, subtelna... A przy tym piękna grafiką, rozpisanie nie niedługie, medytacyjne rozdziały, na urywki opowieść, urywki czucia. Taka sama a jednak inna.

Pani_Ka Czyta

pokaż więcej

 
2018-11-19 16:19:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Posiadam
Autor:

"Virginia Woolf powiedziała kiedyś, że upiora trudniej pokonać niż rzeczywistość." (str.393)
Nad lunaparkiem próżności, codziennie rano rozbłyskuje wielki biało-czerwony neon - "DIETOLAND", zapraszający pięknych, młodych, szczupłych ludzi na pokaz dziwów, które wzbudzą śmiech lub politowanie. Na podwyższeniu po lewej cuda nie z tej Ziemi - pies na trzech łapach, kot o dwóch głowach, o! i...
"Virginia Woolf powiedziała kiedyś, że upiora trudniej pokonać niż rzeczywistość." (str.393)
Nad lunaparkiem próżności, codziennie rano rozbłyskuje wielki biało-czerwony neon - "DIETOLAND", zapraszający pięknych, młodych, szczupłych ludzi na pokaz dziwów, które wzbudzą śmiech lub politowanie. Na podwyższeniu po lewej cuda nie z tej Ziemi - pies na trzech łapach, kot o dwóch głowach, o! i jeszcze ta strasznie gruba baba, której ciężko wstać z krzesła. Cha, cha, cha! A po prawej na okrągło pokazują pełne rozbłysków, wygiętych ciał, silikonowych biustów reklamy wszystkiego. I prawda, jak to ładnie, gdy śliczna panienka wydyma usta nad oponami, a inna uśmiecha się wybielonymi równiutkimi ząbkami do sosu pomidorowego? Ach! W głębi, za napisem 'Tylko dla dorosłych', w szczelnie zamkniętym i wygłuszonym pomieszczeniu, można obejrzeć, coraz częściej określano jako normalne, filmy porno, w których mężczyzna, dwóch, trzech upokarza kobietę w każdy możliwy sposób, mową i uczynkiem, na myśli nie ma czasu. Ale co to, nie do wiary, na tamtym kobieta bije i obraża mężczyznę. Zboczenie, ohyda, fuj!

Wieczorem obsługa zauważa, że w neonie zgasły dwie litery: T i O. Ale przecież nie warto się tym przejmować. Bo rzadko kto przystanie, by przeczytać jaśniejący na wiele kilometrów napis "DIE LAND". I o tym niewidzeniu, przejrzeniu lub nie, stadnym widzeniu lub ze stada odpadaniu, jest książka Sarai Walker.

Plum ma na imię Alice ale nikt tak do niej nie mówi. Nie mówi, nawet nie myśli tak o sobie, sama Plum. Alice bowiem to alter ego, do którego dąży bohaterka. To kobieta idealna, pożądana czy też, nie owijając w bawełnę, ujmując rzecz w stylu autorki, "ruchalna". Kobieta akceptowana, podziwiana, przebierająca w mężczyznach jak w ulęgałkach i podążająca za modą. Alice to marzenie, które Plum ma doścignąć już niedługo, kiedy tylko, po operacji żołądka, jej 135-kilogramowe ciało skurczy się do rozmiarów noszonych przez modelki, gwiazdy ekranu, ściśnięte wyszczuplającą odzieżą zjadaczki sałaty z musztardą.

Plum wykonuje pracę dla pisemka dla nastolatek, pisze odpowiedzi na listy ZA kogoś, jest w tym, i innych aspektach życia schematyczna, pozbawiona chęci do jakichkolwiek zmian, ukierunkowana na to, by przetrwać, przebiec niezauważona przez kolejne miesiące po to, by wreszcie zacząć prawdziwe życie.

Szereg dziwnych wypadków, związanych z tajemniczą Leetą i działalnością jeszcze bardziej zagadkowej Jennifer, doprowadzi bohaterkę do pytania postawionego przez jedną z nowo poznanych kobiet: A jeśli to jest Twoje prawdziwe życie? A jeśli właśnie teraz je przeżywasz? I szukając wraz z bohaterką odpowiedzi na takie właśnie pytanie, Sarai Walker napędzi opowieść, w której nie ma haseł, nawoływań i obraźliwego opluwania przeciwników. Jest sporo faktów wprost z amerykańskich gazet, równie dużo stawiających włosy na głowie relacji z życia, i często śmierci kobiet. Jest raport z gwałtu na czternastolatce, są dane o wykorzystywaniu seksualnym kobiet żołnierzy i inne dramatyczne przykłady zamiatanych pod dywan spraw. Jest rozprawka o tym, czy cokolwiek może usprawiedliwiać samosądy. Jest stopowanie za daleko idących ocen, które prowadzą do skrajności i obwinianie całych grup, tak odległego od karania jednostki. I jest opowieść o Plum, o dziewczynie, której treść życia stanowić ma staranie się o to, by sprostać postawionym jej przez żyjące stereotypami społeczeństwo wymaganiom.

"Dietoland" nie jest o dietach. O przepraszam, trochę jest, nawet bardziej niż trochę. Ale o dietach jako przemyśle, sterowanym w sposób mający nas przekonać o naszej własnej wierze w potrzebę ich stosowania, chwalenia i wyśmiewania tych, którzy ich unikają lub nie są w stanie im sprostać. Ale przecież diety są dla zdrowia! Dieta wzmacniająca, odsysająca, wsysająca, rozluźniająca, spinająca, kiełbasiana, jajeczna i truskawkowa, na uda, na oczy, na serce. Oczywiście, mnóstwo z nich zapewnia długie życie, a reszta? Tylko jaka reszta?

Po dietach czas na kobiece ciało, bo przecież dzięki dietom staje się ono doskonałe. Ciało do pokazywania, do chwalenia się, do używania, do nadużywania, do obrażania i do pielęgnowania, do moczenia i wysuszania, do silikonu, do sztucznych rzęs, do tipsów, do operacji plastycznych, do wypełniania staników z V...S..., do reklamowania na autobusach, do filmów. No dobrze, część sprawia nam samym wielką przyjemność, a reszta? Ale jaka reszta?

Żyjemy w świecie konsumpcji, idealnego wyglądu, wiecznej młodości a każdą kobietę, która się temu sprzeciwia, antagoniści bohaterki nazywają wojującą feministką, brzydką babą, lesbą. I nie tylko te, często niezgodne z faktycznym obrazem określenia piętnuje autorka "Dietolandu". Czyni to w sposób przekonujący, bardzo obrazowy, przetykając smutne, fantastycznie zrelacjonowane historie opowieścią o Alice, która całe życia spędziła jako Plum po to, by... stać się Plum? Tutaj trzeba już dotrzeć wraz z bohaterką.

Cała opowieść Sarai Walker bazuje na spokojnym, ciekawie opisanym i zbeletryzowanym dążeniu do przekazania nam, a następnie przekonania nas do kobiecej, feministycznej wizji problemu. Naprzeciw Programowi Odchudzającemu Baptistów (od nazwiska, nie kościoła), autorka stawia Nowy Program Baptist, który wyrósł na zgliszczach pozostałych po zbijaniu majątków na sterowaniu przekonaniami, na wykorzystywaniu niepewności i naiwności kobiet. Nowy Program składa się z myśli, na które brakowało czasu w starym. Składa się z odwrócenia ról, z samostanowienia, wreszcie z samoakceptacji. Tyle, że pewnych przekonań nie da się zmienić. Tyle, że w okna czerwonego domu nadal będą leciały cegły owinięte w strzępy starego przekonania o potrzebie sprostania ideałom. Tyle, że wiara w atrakcyjność Dietolandu będzie żyła w niektórych (większości?) z nas, bez względu na to, czy będziemy się uśmiechały zachęcone jaskrawością neonu, czy zauważymy w porę przepalone kłamstwem i wykorzystywaniem moralnym, seksualnym, materialnym, dwie litery o wadze większej niż może się wydawać - litery T i O.

Pani_Ka Czyta
ze egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

pokaż więcej

 
2018-11-17 15:45:34
Wypowiedziała się w dyskusji: Czytamy w weekend

Przedwczoraj zaczęłam zaległą a bardzo się o siebie upominającą Manhattan Beach Manhattan Beach. Dzisiaj, przeziębiona i skłębiona pod kocem sięgnęłam na stosik po, jak się okazało, niezły Dietoland Dietoland. Czytają się obie, pozdrawiam.

więcej...
 
2018-11-14 20:51:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadam
Cykl: Bernard Gross (tom 1)

Suma przeżyć, problemów, traum i tragedii tworzy dojrzałego człowieka o charakterze twardym jak stal. Pozbawionego zbędnych, osłabiających siłę woli nadziei i marzeń, upartego i stanowczego w swoich decyzjach, godzącego się z niewiadomą ale i niezłomnie dążącego do jej wyjaśnienia. I choć zdarza się, że ukryta w dłoniach twarz zmoknie od wewnętrznych trosk, choć kąciki ust na chwile uniesie... Suma przeżyć, problemów, traum i tragedii tworzy dojrzałego człowieka o charakterze twardym jak stal. Pozbawionego zbędnych, osłabiających siłę woli nadziei i marzeń, upartego i stanowczego w swoich decyzjach, godzącego się z niewiadomą ale i niezłomnie dążącego do jej wyjaśnienia. I choć zdarza się, że ukryta w dłoniach twarz zmoknie od wewnętrznych trosk, choć kąciki ust na chwile uniesie wiara w odrodzenie uczuć dawno już przykrytych kurzem, to głowa stojąca na straży dającego opanowanie porządku, natychmiast nawróci te ulotne chwile na ustalone wcześniej tory. Takie jest życie Grossa według Roberta Małeckiego. Życie złamanego tragedią ojca i męża, żyjącego w poczuciu winy policjanta - życie bohatera nowego cyklu, który rozpoczyna "Skaza".

Bernarda Grossa poznajemy w tym momencie życia, w którym to co radosne, co kojarzące się ze śmiechem, nadzieją, szczęściem zostawił za sobą. Konsekwencją niektórych wydarzeń są sytuacje, w stosunku do których pozostaje bezsilny. Niezmienny stan zdrowia żony jak i ciągle narastający problem braku akceptacji ze strony syna powodują, że Bernard z dnia na dzień staje się człowiekiem coraz bardziej pozbawionym nadziei, coraz mniej zabiegający o zmianę istniejącego stanu rzeczy, coraz głębiej zanurzającym się w smutek, w świat pozwalający na ucieczkę od własnego wnętrza - świat codziennych zmagań ze zbrodnią. Nie pomaga mu także uparte obwiniania się o śmierć świadka pewnego, mocno związanego z jego rodziną przestępstwa.

Szarpany wewnętrzną bezsilnością i rozdzierającym smutkiem, bohater próbuje odzyskać spokój i wewnętrzną równowagę na małym chełmżańskim posterunku. I tam go zastajemy, gdy na zamarzniętym jeziorze odkryte zostają, pozornie zupełnie ze sobą nie powiązane, zwłoki nastolatka i bezdomnego. Jeden tkwi pod lodem, drugi zakończył żywot w czerwonej, uwięzionej przez lód łódce. I powiedzieć trzeba, ze ten czerwony akcent jest chyba jedyną ostrą barwą w czarno-białej, a może raczej szarej, mrocznej, pozbawionej blasku i kolorów "Skazie".

Bernard Gross nie jest policjantem zgadzającym się na zakończenie działań dla odfajkowania statystyk. To policjant poważny, ambitny, nie pozwalający, by prowadząca go intuicja zmarnowała swoje szanse na odpowiedzi. Uparty, pozbawiony skrupułów jeśli chodzi o sprzeciwienie się przełożonym, konkretny i stanowczy wobec podwładnych, nie pozwoli by jakakolwiek poszlaka pozostała po stronie - do sprawdzenia. Słucha uważnie, wyciąga wnioski, analizuje, nie daje sobie i pracującym z nim ludziom czasu na oddech, nawet jeśli jego własny oddech przychodzi momentami z trudem i bólem w piersiach.

W szarej zimowej Chełmży, miasteczku, które autor opisuje tak drobiazgowo, ze można poczuć się się jego stałym bywalcem, o ile nie mieszkańcem, dzieją się rzeczy o znaczeniu równie niewielkim jak samo miasto. Ludzie znają się nawzajem, znają swoje tajemnice a każdy przekręt i lewy układ, w tym związek, jest tajemnicą poliszynela. Ot, małomiasteczkowa prawda o życiu. Falbany, wysokie kozaki, kościół, wieżowiec aspirujący do miana apartamentowca, przystań, szkoła, bar, posterunek policji, domy pozostawione pod opieką krewnych, opuszczone altanki, noclegownia. Miasto i jego mieszkańcy. Jest też zaginiony dziesięć lat temu wraz właściciel hurtowni budowlanej. Są dzieci z małżeńskiego i nieprawego łoża. To, co dostajemy w każdej niewielkiej miejscowości. Atmosfera jak u braci Cohen.
Może potrzeba doświadczonego toruńskiego oka, by dojrzeć skazy na tym prowincjonalnym obrazku? A może trzeba samemu nosić w sercu skazę by wiedzieć, że i tutaj może czaić się zło?

Dwutorowa opowieść gwarantuje nam dziesięcioletni przeskok od motywów do zbrodni, od problemów do ich śmiertelnego rozwiązania, od tych, którzy zapoczątkowali ciąg dramatycznych wydarzeń po ich spadkobierców i kontynuatorów.
Nie ma w "Skazie" miejsca na litość. Jest suchy, drobiazgowy raport ze śledztwa. A my bierzemy w nim czynny udział. Równie wchłonięci przez mgły i mróz, równie przytłoczeni swoimi własnym, srogim życiem, równie drobiazgowi, uparci, prący do prawdy.
Powoli, konsekwentnie, bez zbędnych fajerwerków i modnego ostatnio histerycznego zmieniania wątków, Robert Małecki serwuje nam solidną porcje policyjnej pracy. Ubranej w gesty, słowa i czyny bohatera, którego bardzo chce się spotkać kolejny raz mimo faktu, że ta powieść mrozi serca, wpędza w depresję i mówi: takie jest życie... i taki bywa jego dramatyczny koniec - szary i brzydki.

Pani_Ka Czyta

pokaż więcej

 
2018-11-11 00:49:08
Wypowiedziała się w dyskusji: Czytamy w weekend

Właśnie skończyłam napisane przepiękną polszczyzną Poste restante Poste restante a jako, że stosuję płodozmian gatunkowy teraz pora na Skaza Skaza

więcej...
 
2018-11-10 15:15:05
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Polskim językiem, Premierowe
Seria: Salamandra

"W każdym tkwi jego dawka szczęścia i jego dawka nieszczęścia. Pytanie, jak z proporcjami."
Życie nie zawsze zakotwicza nas w miejscu urodzenia czy miejscu, w które zawiodła nas wola i dający szczęście wybór. Czasami nasze życie miota nami po kraju lub świecie, nakazując porzucić stare przyzwyczajenia na rzecz nowego, nieznanego i niekoniecznie pokochanego. Bywa, że te zmiany, łączące inne...
"W każdym tkwi jego dawka szczęścia i jego dawka nieszczęścia. Pytanie, jak z proporcjami."
Życie nie zawsze zakotwicza nas w miejscu urodzenia czy miejscu, w które zawiodła nas wola i dający szczęście wybór. Czasami nasze życie miota nami po kraju lub świecie, nakazując porzucić stare przyzwyczajenia na rzecz nowego, nieznanego i niekoniecznie pokochanego. Bywa, że te zmiany, łączące inne domy z nowymi emocjami, przeżyciami, innym spojrzeniem na nasze życie, jak i na życie wokół powoduje, że czujemy się bezdomni, że mamy wrażenie, że właściwie nie mamy swojego jednego, domowego, ciepłego adresu. Czujemy, że wszystkie listy do nas powinny być adresowane na "Post restante". I tak właśnie nazwał swoją debiutancką powieść Wojsław Brydak.

Autor, od lat związany z kulturą, zarówno tą wysoką jak i popularną, fotograf, dziennikarz, redaktor naczelny, a przede wszystkim tłumacz literatury z najwyższych półek, pokazał swój wyśmienity warsztat w powieści, która zachwyca językiem, która różnorodność wyjętą z chaosu życia zmienia w ogromny atut. Jest to powieść o życiu, z jego blaskami i cieniami, z momentami zachwytu i wzruszenia, z chwilami dramatycznymi i pozostawiającymi za sobą niegojące się rany. Bo takie właśnie jest życie. A autor składając ze sobą różne jego skrawki, tworzy zdania o niezwykłym pięknie, by zaraz zamienić je w język oczywistej nonszalancji czy brutalności. Brydak bawi się tu językiem i najwyraźniej czerpie z tego niezwykłą przyjemność.

Rodzina, w której zmieszała się krew krakowska i rzeszowska, ma przed sobą życie pełne przeprowadzek, zmian, poszukiwań. Mama, Krakowianka z urodzenia a przede wszystkim z miłości, żyje słonecznością rodzinnego miasta, nie pozwalającą na złapanie oddechu w jakimkolwiek miejscu, w którym oddycha się innym powietrzem. Nostalgia układa w jej głowie obrazy idealne, które zweryfikuje dopiero wizyta, którą po latach złoży w ukochanym mieście.
Bardziej racjonalny ojciec będzie szukał dla swej żony i syna miejsc, które zapewnią im godne życie. Nim nie będzie kierowała dusza czy potrzeba zakorzenienia się w jednym ukochanym miejscu. On, przy całym dobrym sercu, będzie dbał o to, by wspomnienia wojenne nie były ważniejsze niż powszedni chleb i o to, by kolejne poronienie czy wylew nie zabrało mu niezwykłej żony, o to, by syn spełniał muzyczne marzenia i by miał do czego wrócić.

Miejsca, które walczą w miano najważniejszego, najbardziej stanowiącego o tożsamości rodziny są od siebie odległe o miliony uczuć, wspomnień, ideałów. Kraków, Rzeszów i Sopot stanowią odrębne małe ojczyzny, małe światy pełne nowych przyzwyczajeń, walki z tęsknotą za starym, już dobrze poznanym. Pan Brydak jednak, wglądając w umysły swoich bohaterów pokazuje, że żadne ze wspomnianych miejsc nie mogłoby istnieć bez pozostałych. Mama zamknięta w Rzeszowie, płacząca tęsknie nad śniadaniem, nie byłaby ową delikatną a jednocześnie wielką osobą bez krakowskich lat. Zaś nasz narrator, syn Jarek, nie oddawałby się sopockiemu życiu z takim podziwem, zapamiętaniem i młodzieńczą zapalczywością, gdyby gdzieś z tyłu głowy nie mieszkał obraz rodziny pełnej ciotek, stryjów, także gosposi Marcysi, świni Muni (ach, co to za świnia Proszę Państwa!) pozostawionych w Rzeszowie.

To nie jest powieść, przy której każdy czytelnik poczuje się komfortowo. Wojsław Brydak ujął bowiem w jej ramy także dobrze znany jemu samemu świat kultury. Muzyka to pianina i fortepiany stanowiące późniejszą sferę wymarzonego życia Jarka. W tle rozbrzmiewają utwory wielkich kompozytorów, które autor zgrabnie miesza z jam sessions, na które biegiem rusza sopocka młodzież. na ścianach wiszą reprodukcje wielkich mistrzów, jak i obrazy bardziej nam współczesnych. Ach, a między nimi wisi nieodzowny dla pełnego obrazu lep na muchy. Ojczyzną mamy jest skrawek stołu z koronkowym obrusem, na którym spoczywa książka i to Książka nie byle jaka, zawsze romantyczna, zawsze historyczna, zawsze z czasów, które sławić będą miejsca i ludzi z najpiękniejszych polskich czasów. A gdy mamie przyjdzie poszukiwać pracy redaktorskiej to z 'underwoodem' w dłoni, wszak wszystko co Brydak umieścił w tle tego rozbieganego życia ma smak, ma wysoki poziom, ma styl. A jaki styl maja opowieści o sopockim "tłumie z rodzynkami", a jakże pięknie brzmi maminy szał w dniu świniobicia! To opisy z dolnych partii życia, a jakże stylowe, jak bardzo smakowite.

"Poste restante" to powieść niezwykła. Przepiękną polszczyzną pełną ozdobników, synonimów i wielokrotnie złożonych zdań, prowadzi nas Wojsław Brydak przez złożone z przeprowadzek i tęsknot życie pewnej rodziny. Życie, w którym trzy miasta rywalizują o miano gniazda, gdzie nostalgia za przeszłym prowadzi do obłędu, gdzie czasem jedynym ratunkiem jest ucieczka przed samym sobą. Gdzie Polska mierzy się z Zachodem, gdzie wysoka kultura chłonie też ze świata jazzu i eksperymentu, gdzie uniesienia religijne, z wszechobecnym Janem z Dukli, walczą z niewiarą w jakąkolwiek odmianę losu, gdzie śmiejemy się z samych siebie i nad sobą płaczemy... A na post restante przychodzą do Jarka listy od Dominiki. One tworzą świat, który nie potrzebuje wspólnych miejsc.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Rebis.
Pani_Ka Czyta

pokaż więcej

 
2018-11-05 19:09:14
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadam, Premierowe, Ulubione
Cykl: Aleksander Gall (tom 2)

Kiedy w porcie zbiera się mgła, gdy poły płaszczów rozrywa huragan Christina, gdy na niewinnym z pozoru Bałtyku, siedmiometrowe fale przypominają o gniewnym charakterze żywiołu, w pobudzonych mroczną naturą ludziach budzą się demony. Zdarzają się katastrofy, objawiają się czyny niepojęte dla maluczkich, przetaczają się zakotwiczone w przeszłości historie, których finał rwie sumienia nawet... Kiedy w porcie zbiera się mgła, gdy poły płaszczów rozrywa huragan Christina, gdy na niewinnym z pozoru Bałtyku, siedmiometrowe fale przypominają o gniewnym charakterze żywiołu, w pobudzonych mroczną naturą ludziach budzą się demony. Zdarzają się katastrofy, objawiają się czyny niepojęte dla maluczkich, przetaczają się zakotwiczone w przeszłości historie, których finał rwie sumienia nawet najbardziej odpornych, panujących nad emocjami świadków, śledczych, ba, nawet byłych żołnierzy jednostek specjalnych. W ten świat, pełen nieprzyjaznych wichrów i lodowatej wody, w świat pełen fałszywych przyjaciół, spisków i żądzy pieniądza większej niż szacunek dla ludzkiego życia, zabiera nas w swojej drugiej powieści Grzegorz Brudnik.

Moje pierwsze spotkanie z autorem, przy okazji wydanego rok wcześniej "Mayday", stało się niespodziewanym zderzeniem z objawieniem. Zachłyśnięta stylem, formą opowieści, niezwykłą mieszaniną faktów i doskonale z nimi zgranej fikcji, Świetnie budowanych postaci pierwszo- i drugoplanowych, dokonałam czynu, który zdarza mi się nader rzadko. Oceniłam debiut na 9 w dziesięciostopniowej skali. Dzisiaj wiem, że nie popełniłam błędu, nawet się o ów błąd nie otarłam. Druga powieść Pana Brudnika, "Fracht", okazała się bowiem doskonałym rozwinięciem skrzydeł jeszcze szerzej, jeszcze dalej ponad przeciętność i w jeszcze pewniejszej gotowości do lotu. Proszę Państwa, polska literatura wzbogaciła się o postać nieprzeciętną. Bo jakże ten Brudnik potrafi opowiadać!

Katastrofa promu na Bałtyku to pierwsza iskra, zarzewie, trzeba przyznać niezwykle efektowne i na pewno w bardzo 'hitchcockowskim' stylu. Bo gdy przemierzymy pierwsze rozdziały, chcąc niemal fizycznie wtargnąć na karty książki by ratować, podtrzymywać, wyławiać bohaterów, by użyć własnej siły dla zmienienia nieodwracalnego, to okazuje się, że ten opis, to szarpanie emocjami, to gwałtowne wciągnięcie nas pod wodę, to jedynie preludium. Z rozdziału na rozdział staje się oczywiste, że autor nie przewidział wynurzeń dla zaczerpnięcia oddechu. Od nurkowania w Bałtyku, poprzez spacery po lodzie w arktycznych temperaturach, od walki na dźwigach o niebotycznej wysokości po staczanie się po oblodzonym trapie, od przystawionego do skroni pistoletu po domniemane samobójstwa - przemierzamy nieprzyjazny świat, mierzymy się ze złymi ludźmi, by czynić dobro. Bo jak twierdzi sam autor, człowiek z natury nie jest zły. Zatem o cóż innego może walczyć jego bohater, wraz z niezwykle różnorodnymi współtowarzyszami o nieposkromionym uroku osobistym, jeśli nie o to, by świat pozbył się zła i mógł na powrót zanurzyć się w dobrych uczuciach - w miłości, zaufaniu, podziwie.

Bohaterowie "Frachtu" to postacie nietuzinkowe. Zauważyłam też, że ową nietuzinkowość autor stale pogłębia zmieniając nieco, w stosunku do wcześniejszego "Mayday" styl zachowania, poziom zaangażowania czy reakcje osób, które w pierwszej powieści mieliśmy już przyjemność poznać. O ile Aleksander Gall dotąd jawił mi się jako postać mroczna, stworzona głównie z pozbawionych emocji, bardzo opanowanych, czasem srogich zachowań, o tyle tutaj staje się on człowiekiem z krwi i kości. I choć nadal okazywanie emocji to rzecz dla niego bardziej wymuszona niż naturalna, to jednak autor serwuje nam pęknięcia skorupy - dla przyjaźni, dla nadal odległej ale jednak odzyskanej miłości, dla łagodnego zrozumienia zachowań niekoniecznie zgodnych z prawem, niemniej bardzo ludzkich. Nie byłoby Aleksa w wydaniu, jakie zaplanował dla niego autor, gdyby nie fenomenalnie rozbudowana postać Baldura, człowieka wszelkich talentów, wszelkich koneksji i wszelkich ciepłych uczuć jakie postać może budzić w czytelniku. Jest i wszechobecny, spadający z nieba i wyrastający spod ziemi Nate.
Znakomita trzyosobowa forma wybawienia, rozbawiająca do łez, denerwująca, budząca wściekłość do czerwoności. Kochana przez przyjaciół, znajomych, współpracowników, nienawidzona przez przeciwników - przez nas, czytelników, uwielbiana.

"Fracht" to nie tylko idealna ekipa na tropie spraw niewykrywalnych, to nie tylko grupa mężczyzn doskonałych, niezatapialnych, niezniszczalnych, postawionych naprzeciw nieprawości. To także całe plejady drugoplanowych bohaterów, którzy dodają powieści niespotykanego smaku. To postacie, które wyrwane z wielkiej polityki okazującą się być szumowinami, to naukowcy, którzy kryją tajemnice wzbudzające mordercze instynkty nawet u osób o niezwykle łagodnym usposobieniu. To znów, jak w poprzedniej powieści, przyjaciele, którzy nimi nie są i nieprzyjaciele, które zadziwią szlachetnością i pomocą. To wzbudzający moją niezwykłą sympatię ludzie mrocznego świata - Książę i Venom, to kobiety o niezwykłych zdolnościach i czasem zupełnie niezwykłej urodzie, jak w przypadku Lodowej Carycy, to szereg maleńkich "statystów", zawsze traktowanych przez autora z szacunkiem i dbałością o szczegóły.

Zapomnijmy o jednowątkowości, zapomnijmy, że to powieść o katastrofie, zapomnijmy, że podstawę sensacji stanowi rozwiązanie zagadki w sposób brutalny i jednoznacznie prowadzący do niewątpliwej sprawiedliwości. Grzegorz Brudnik zburzy bowiem każdy stereotyp. Podaruje nam dziesiątki wątków pobocznych, z których każdy okaże się równie ciekawy jak główny. Podaruje nam opisy ściśle techniczne czy medyczne, które mimo specjalistycznych nazw i znaczących liczb, czyta się niczym opowieść w bliskim nam, potocznym języku, zatroszczy się o to, byśmy nie poczuli się mniej zorientowani od bohatera, zapyta w naszym imieniu o niejasności. Rozbawi nas przekomarzaniem się bohaterów w sytuacjach zagrażających życiu ale i zmrozi krew prowadząc ich w stronę śmierci z taką pewnością literacką, że nie potrafimy się nie bać, że to już jednak koniec.
Brudnik prostuje drogi nie do przejechania, konstruuje maszyny nie do wykonania, znajduje ratunek tam, gdzie nie ma prawa go być. Wreszcie, gmatwa nawet te sprawy, których zagmatwać się zwyczajnie nie da (no przecież się nie da!).

Dodatkowo, autor w swej niesłychanej sympatii dla kolegów po fachu, wkłada w dłonie Aleksa książkę Wojciecha Chmielarza, a na biurku znajomego armatora kładzie debiutancką powieść Rafała Cichowskiego. Młodego pomocnika bosmana nazywa po znakomitym koledze Kubą Ćwiekiem. Zaś amerykański żandarm o jakże niespotykanym nazwisku - Jack Reacher, to już wisienka na torcie. Ukłon w stronę czytelników został tez złożony poprzez dzielenie się z nami tytułami lubianych powieści, nazwiskami podziwianych artystów (w tym islandzkich! ach, jak bardzo w moim guście) czy tez oper, wielkich dzieł klasycznych czy musicali, które muszą stanowić dla autora ulubioną formę odpłynięcia w artystyczny świat. A ze wszystkiego co opisane, zbadane, po wielokroć przeczytane w źródłach i przełożone na język bliski czytelnikowi, wyziera niesłychana miłość do Bałtyku, oddanie pracy badawczej i pasja, której wypadałoby jedynie pogratulować i pozazdrościć.

W moich rękach znalazła się sensacyjna powieść doskonała. Nie znajduję elementu, który musiałabym skrytykować. Nie znajduję powodu, by jakikolwiek fragment uznać za nieodpowiedni, by zastanowić się nad sposobem ulepszenia tej znakomitej książki. Czytelnik chłonie oczami świat bohaterów wślizgując się leciutko uchylonymi drzwiami w świat autora. A potem odkłada powieść już oczekując kolejnego spotkania z bohaterami i ich przygodami, podanymi w tak znakomitej formie. Bowiem każda chwila spędzona z "Frachtem" była czystą przyjemnością. Polecam z całego serca.

Pani_Ka Czyta.

pokaż więcej

 
2018-11-01 02:10:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Polskim językiem, Premierowe
Autor:

Człowiek to ciało, krew i kości, mózg i oczy, zmysły i realne stąpanie po ziemi. Nauka dokładnie zbadała każdą z tych oczywistości, każdą namacalność, każde realne ziarenko naszych ciał. Ale człowiek to też dusza, duch, nierealny świat wyobraźni. Można szukać nazw i określeń na nieistnienie, odczuwanie, ukrywanie gdzieś poza dotykiem pewnych niemożliwych do zbadania tworów naszego umysłu. I... Człowiek to ciało, krew i kości, mózg i oczy, zmysły i realne stąpanie po ziemi. Nauka dokładnie zbadała każdą z tych oczywistości, każdą namacalność, każde realne ziarenko naszych ciał. Ale człowiek to też dusza, duch, nierealny świat wyobraźni. Można szukać nazw i określeń na nieistnienie, odczuwanie, ukrywanie gdzieś poza dotykiem pewnych niemożliwych do zbadania tworów naszego umysłu. I tutaj wkraczają pisarze, którym talent pozwala na dobór słów dla innych nieosiągalny. Tutaj zaczyna się świat magii, czarów, zaświatów, wiary i zwątpienia, żałoby i miłości, świat nienazwanego - świat Marty Kisiel.

Autorkę poznałam wcześniej w kilku odległych od siebie powieściach - bo i w bajkowej, przesłodkiej opowieści "Małe Licho i tajemnica Niebożątek" i w zupełnie poważnej, dorosłej, meandrującej między realiami i wyobraźnią "Toni". Tak czy owak, sięgając po najnowszy zbiór opowiadań przygotowana byłam na bystry, przesympatyczny humor, na ciepło ludzkich i tych bardziej zesłanych na nas uczuć, na sporą dawkę krążenia po zaułkach fantastyki. Nie byłam natomiast przygotowana na coś jeszcze - na niezwykłą różnorodność.

W zbiorze opowiadań "Pierwsze słowo" Marta Kisiel zaproponowała nam przegląd dokonywanych latami eksperymentów i prób literackich oscylujących wokół szeroko pojętego nurtu fantasy. Pokazała siebie i z tej najbardziej popularnej, najlepiej poznanej strony autorki lekkich, ale bardzo inteligentnych powieści z gatunku fantastyki, jak i z innej, niezwykle poetyckiej ale i mrocznej strony związanej z grozą, horrorem, sięganiem po styl retro dla opisania śmierci, odchodzenia, niezgody, przyciągania nie zawsze przychylnego nam przeznaczenia.

Przez poznane tereny zamieszkałe przez nieco już większe Licho z opowiadania "Dożywocie", czy pokrewne mu stylistycznie opowiadanie "Rozmowa dyskwalifikacyjna" autorka przeprowadza nas teoretycznie znanymi fantastycznymi ścieżkami, tak naprawdę koncentrując nasza uwagę na uczuciach, zmienności życia i poczuciu niesprawiedliwości czy niespełnienia. Mamy tu bowiem niespełnioną od wieków miłość, mamy utratę znaczenia w społeczeństwie, potrzebę naginania poczucia własnej wartości dla potrzeb innych, ba, dla potrzeb tak czy owak mało za to wdzięcznego ogółu.
Świadectwo naszych czasów. Jakże to smutne...

Z towarzystwa miłych i mniej miłych duchów, zjaw i topielców autorka rezygnuje na korzyść nieczystych dusz czy wyobrażeń śmierci w opowiadaniach, które rozszarpującą serce prozą snującą opowieści o naszych ludzkich słabościach. O niedostosowaniu nadwrażliwych jednostek, o reakcjach na zło, które wyzwala reakcje pełne omylności, jak w "Mieście motyli i mgły", czy też o nieumiejętności godzenia się z losem, który jest dla nas nieakceptowalny jak w "Katabasis". Poczucie samotności i obojętność na nie, urasta u Marty Kisiel do granic absurdu, do granic, które wytworzyła nasza nieczuła, lekceważąca współczesność - jak dzieje się to w "Przeżyciu Stanisława Kozika".

Właściwie każde z opowiadań mogłoby tutaj zostać opisane odrębnymi, chwalącymi pióro autorki oraz jej niezwykła wrażliwość na otaczający nas świat epitetami. Każde mogłabym tutaj okrasić zastanowieniem nad głębią, którą autorka zgrabnie, ale też niezwykle poetycko skrywa pod linijkami opisów, pod dialogami, które poprzez prowadzenie ich lekkim, przystępnym językiem pozwalają na złapanie oddechu przed finałowym zdaniem, które bywa, że zawiesza nas w próżni, w niezrozumieniu albo w dłuższym niż spodziewane skupieniu na wywołanych emocjach.

Imponująca różnorodność sięga nawet po znakomicie opanowany styl noir czy mocno do mnie przemawiający język retro. Opowieści cofającą się aż ku arystokratycznemu światu rodem z mrożących krew w żyłach opowieści Allana Edgara Poe. Wyobrażony świat mieczy, szeleszczących halek a nawet buduarowych fatałaszków i zmieszanych z nimi postaci czy mrocznych gości z zaświatów zadziwia niesamowitością opisów, które przerzucają czytelnika od wybuchów śmiechu po brak tchu powodowany współczuciem i trwogą. W żadnym z opowiadań styl nie miota się pomiędzy gatunkami, zawsze odpowiada ramom obranego gatunku. Niemniej gdzieś na końcu, zbiór pozostawia wrażenie chaosu, niezdecydowania czy niedopełnienia opowieści.

Powtarzam po wielokroć, że moje serce zawsze pobiegnie w kierunku dłuższych form, że opowiadania to dla mnie zbyt krótkie przebłyski, zbyt mocno zrywane opowieści. Może dlatego, czytając niektóre z opowiadań miałam poczucie niespełnienia, rozszalenia się we współdzieleniu emocji, które ktoś nagle przygasił. I o ile w niektórych historiach, zawartych w zbiorze "Pierwsze słowo", efekt gwałtownego zakończenia wywołuje poczucie fenomenalnego uderzenia obuchem w najdelikatniejsze, odsłonięte partie ciała i duszy, a nagły zwrot prowadzi do zaskoczenia, którego kontynuowanie mijałoby się z celem, o tyle w innych opowiadaniach miałam poczucie niedosytu, nieco sztucznie wywołanego zerwania opowieści, niedopowiedzenia, braku pointy która spinałaby je klamrą.

Jeśli miałabym zatem polecić komuś (z niemała przyjemnością) zbiór "Pierwsze słowo" to uczyniłabym to wraz z radą, by każde opowiadanie okrasić darowanym mu czasem. Nie czytać ich jako całości, potraktować książkę jako zbiór, po który warto sięgać z przerwami. Ja, po pierwszych kilku opowiadaniach, postanowiłam uczynić z pozostałych odrębne "mini książeczki". I śmiem stwierdzić, że rozdzielenie opowieści inną literatura, innym stylem, innym piórem, ogromnie im służy. Bo wtedy właśnie wraca się do nich z niecierpliwością i ponowną chęcią wniknięcia na chwilę (!) w świat Marty Kisiel, wyciągającej rękę w stronę różnie pojętej fantastyki i różnie pojętej czytelniczej wyobraźni. Warto w niego uciec, warto mu ulec. Partiami. Pojedynczo. Dla rozsmakowania się w odrębności i wyjątkowości każdego z opowiadań.

Dziękuję wydawnictwu Uroboros za egzemplarz recenzencki.

pokaż więcej

 
2018-10-26 12:46:27
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Egz. recenzencki, Posiadam
Autor:

Bez względu na to, jak bardzo chwalimy świadomość teraźniejszości, jak bardzo staramy się żyć dniem dzisiejszym, zrzucając na margines czas przeszły i przyszły, nasze zachowania i tak kształtować będzie suma przeżytych doświadczeń. Nie żyjemy zawieszeni w czasie, nie żyjemy z dala od wspomnień i rzadko udaje nam się żyć nie planując przyszłości. A gdyby jednak dane nam było opierać wspomnienia... Bez względu na to, jak bardzo chwalimy świadomość teraźniejszości, jak bardzo staramy się żyć dniem dzisiejszym, zrzucając na margines czas przeszły i przyszły, nasze zachowania i tak kształtować będzie suma przeżytych doświadczeń. Nie żyjemy zawieszeni w czasie, nie żyjemy z dala od wspomnień i rzadko udaje nam się żyć nie planując przyszłości. A gdyby jednak dane nam było opierać wspomnienia tylko na własnych zapiskach i na dziennikach innych ludzi? A gdybyśmy pamiętali to co zapisane, bez pewności, że owe zapisy są stuprocentowo szczere? A gdybyśmy mieli rozwiązywać problemy, szukać wyjść z przedziwnych sytuacji, ba, rozwiązywać zagadki kryminalne w oparciu tylko o Wczoraj?
"Dziennik podpowiada ci to, co chcesz, żeby podpowiadał. Pamięć to fakty, które zdecydujesz się zachować. Każdy z nas jest niewolnikiem takiej przeszłości, jaką sobie wybierze." (str.337)

Felicia Yap stworzyła dla nas świat alternatywnej pamięci. Mieszkańców Cambridge przedstawiła nam jako społeczność pamiętających jedynie wczorajszy dzień monosów, oraz obdarzonych stuprocentowo dłuższą, bo dwudniowa pamięcią duosów. Ci drudzy, stojąc rzecz jasna wyżej na drabinie społecznej i politycznej, stanowią klasę wyższą. Jak Mark Evans, poczytny pisarz, który, o zgrozo, dawno temu wybrał na swą żonę monoskę. I jak, wydawałoby się na początku, prowadzący śledztwo w sprawie śmierci pewnej duoski Hans, który całe zdolności, wiedzę i chęci wkłada w rozwiązanie spraw w zaledwie jeden dzień.
Współżycie obu typów ludzi podlega pewnym niezmiennym prawom, mieszane małżeństwa, pomimo bardzo postępowych ustaleń rządów, nadal budzą zdziwienie lub wręcz zniesmaczenie. W przypadku Marka, doprowadziło to nawet do wydziedziczenia przez bogatych, konserwatywnych rodziców. Zresztą w opisach stworzonych przez autorkę niejednokrotnie przekonujemy się, że w większości przypadków owe dwie odmienne nieco grupy dzieli jeśli nie przepaść, to na pewno spora szczelina intelektualna.
"Okazuje się, że towarzystwo niewyrobionych monosek o odświeżająco prostych poglądach na życie jednak nie jest takie złe, nie oceniają one bowiem człowieka na podstawie tego, czego ten (jeszcze) nie osiągnął." (str.225)

Na tak przedstawionym tle społecznym, Felicia Yap umiejscawia intrygę kryminalną. Książka zaczyna się bowiem od znalezienia zwłok pewnej duoski - Sophii - wyrzuconych na brzeg rzeki Cam. Obciążone kamieniami kieszenie jej zbyt dużego płaszcza wprowadzają wątek niejasności w pierwotnie orzeczony powód śmierci - samobójstwo budzące skojarzenie z podobnym końcem życia Wirginii Woolf. Czy zbyt obszerny płaszcz to jedynie fanaberia denatki? Czy jej śmierć faktycznie była samobójstwem? Czy systematycznie pracujący, niejasny "pamięciowo" detektyw zdoła odkryć prawdę w jeden dzień? I dlaczego tak bardzo polega tylko na tym co zapamiętał z wczoraj? I wreszcie... co łączy niebieskooką martwą blondynkę z mieszanym małżeństwem Claire i Marka Evansów? Wszystkie te pytania składają się na dość pospolity, prowadzony jednotorowo kryminał, w którym godzina po godzinie pojawiają się lub umacniają dowodami kolejne etapy śledztwa.

Czy na pewno autorka pozwoliłaby sobie na na powielanie schematów znanych ale i drażniących powtarzalnością? Otóż nie, Felicja Yap podaje nam ową opowieść w formie, która rekompensuje dość prosto zarysowana akcję.
"Wczoraj" mogłoby być, jak wspomniałam, prostym, schematycznym kryminałem jednego dnia jakich znamy wiele. Niemniej, sposób prowadzenia narracji nie pozwala nam na nudę, wręcz przeciwnie, czyni lekturę książki bardzo przyjemną a sam kryminał nieodkładalnym. Opis akcji włożony jest bowiem w usta czwórki bohaterów, bardzo różnych w sposobie traktowania sprawy, bardzo odległych od siebie emocjonalnie i dzięki świetnej pracy literackiej autorki, zupełnie różniących się językiem wypowiadanych zdań. Nerwowości i wulgarności Sophii przeciwstawiony jest spokój, płaczliwość, niepewność Claire. Atrakcyjnego w literacko-politycznym stylu Marka, z jego paniką, niewiernością i przedziwnymi wyborami, autorka stawia naprzeciw sztywnego, tłumiącego emocje, bardzo profesjonalnego Hansa. Dostajemy zlepek wypowiedzi, które prowadzą nas lata wstecz (dzięki wyrywkom z dzienników bohaterów) oraz godzina po godzinie przez ostatnie chwile zamordowanej bohaterki. Wszystko to podane jest w wyśmienicie skomponowanym, nakładającym się na siebie porządku zdarzeń, który nie pozwala nam się zgubić w stale zmieniających się wypowiedziach czwórki bohatertów.

W swojej książce, Patricia Yap znajduje miejsce na pochwałę miłości, na kontrastowanie bardzo silnych emocji ze spokojem, na cytowanie przed każdym fragmentem wyrywków z dzienników, które stanowią swego rodzaju lejtmotyw kolejnych wypowiedzi.
"Kto pamięta więcej, niż gotów jest się przyznać? Co się dzieje, gdy nie sposób przypomnieć sobie prawdy? Czy możemy powiedzieć, że naprawdę znamy siebie bądź innych? Mark Henry Evans, szkic di 'Szczęśliwego trafu istnienia'" (str.293)
Są tu fikcyjne dokumenty, raporty z sekcji zwłok, zmiany i poprawki prawne. Wszystko powiązane ze sobą w niezwykle zgrabny sposób, który prowadząc nas przez zaledwie jeden dzień z życia bohaterów, rozwijają się z opowieść dziejącą się na przestrzeni wielu lat, które powodują, że ani na moment nie ulegamy nudzie. Co więcej, owo zmieszanie bohaterów i wynikła z niego elastyczność akcji, prowadzą do zakończenia, które okazuje się być kompletnym zaskoczeniem. I o ile wcześniej można domyślić się wielu powiązań między bohaterami, można też łatwo odgadnąć powody ich zachowań, o tyle końcowe rozwiązania, gwałtowne zmiany powodujące przerzucanie podejrzeń z jednej postaci na drugą, wreszcie zakończenie godne doświadczonego literata, nie zaś debiutującej młodej autorki powodują, że jest to książka zdecydowanie godna polecenia jako wyśmienita rozrywka na długie jesienne wieczory. Dwa. Może trzy.

za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
496 104 8334
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (268)

Ulubieni autorzy (7)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (115)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd