Katarzyna 
pani-ka-czyta.blogspot.com
kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 1 ksiązkę i 10 cytatów, ostatnio widziana 1 godzinę temu
Teraz czytam
  • Nielegalni
    Nielegalni
    Autor:
    Sensacyjna powieść o tajnikach polskiego wywiadu. „Bycie podwójnym agentem to kontrolowana schizofrenia.” ...
    czytelników: 6020 | opinie: 365 | ocena: 7,54 (2951 głosów)
  • Patrick Melrose
    Patrick Melrose
    Autor:
    Serial na podstawie książki już od 14 maja 2018 w HBO GO! W roli głównej Benedict Cumberbatch! Połączenie wykwintnej prozy, błyskotliwej satyry społecznej i opisów szokującego okrucieństwa. Oto świat...
    czytelników: 623 | opinie: 9 | ocena: 7,36 (45 głosów)
  • Radość życia
    Radość życia
    Autor:
    Książka pisana życiem. Mądra i refleksyjna, radosna i zmysłowa, z odrobiną… showbiznesu i pysznego gotowania! Roma Ligocka z każdą nową książką wchodzi w coraz bliższy i bardziej intymny kontakt z c...
    czytelników: 161 | opinie: 17 | ocena: 6,97 (59 głosów)
  • Wielka samotność
    Wielka samotność
    Autor:
    Alaska, 1974. Nieobliczalna. Bezlitosna. Dzika. Dla rodziny w kryzysie jest to ostateczny test na przetrwanie. Ernt Allbright, były jeniec wojenny, wraca do domu po wojnie w Wietnamie całkowicie. K...
    czytelników: 1614 | opinie: 72 | ocena: 8,4 (342 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-21 15:43:58

14 maj 1944

Wiem, że moja mała córeczka dochowa tajemnicy. Chcę, aby jej i jej dzieciom było lepiej. Wojna się skończy i wreszcie będziemy mogły odetchnąć, zacząć wszystko od nowa. Na razie muszę ukryć dwie rzeczy. Pierwsza to złoto, które da mojej Ani chleb i wolność. Drugie to fakt, że mój tatuś był z TYCH Lubomirskich. Jak dobrze, że jestem kobietą i mogę udawać, że jedyne nazwisko jakie...
14 maj 1944

Wiem, że moja mała córeczka dochowa tajemnicy. Chcę, aby jej i jej dzieciom było lepiej. Wojna się skończy i wreszcie będziemy mogły odetchnąć, zacząć wszystko od nowa. Na razie muszę ukryć dwie rzeczy. Pierwsza to złoto, które da mojej Ani chleb i wolność. Drugie to fakt, że mój tatuś był z TYCH Lubomirskich. Jak dobrze, że jestem kobietą i mogę udawać, że jedyne nazwisko jakie nosiłam to to pospolite - mężowskie. Ten Niemiec, który przyszedł w tamtym roku z wyrwaną kartką z księgi parafialnej - on był mądry, on potrafił przewracać kartki setek dokumentów i szukać. Było strasznie, nie miałabym dla mojej malutkiej nic, to cud że uwierzył, że żyjemy... Ale wiem, że wrócą, zaraz jak odejdą Rosjanie. A ja mam na rękach córeczkę i mały tobołek z jedzeniem. Trzeba uciekać. Złoto jest takie ciężkie... Zaszyłam z spódnicy cztery monety, reszta poczeka na lepsze czasy. Przecież to się kiedyś skończy, Ania dorośnie. Ona też Lubomirska, wróci i znajdzie swoją przyszłość, swoją szansę, swoje bogactwo należne przecież z urodzenia. Znajdzie je w........

pokaż więcej

więcej...
 
2018-08-21 15:20:45

W tych niebezpiecznych czasach każda elektroniczna wiadomość może zostać przechwycona. Zatem ja - tłumaczka i nauczycielka, oferuję dziesiątki długopisów w różnych kolorach i sterty papieru. Listy, informacje, tajna korespondencja między agentami i rządami znów wraca do papieru. W razie zagrożenia połykamy. Papier, nie długopisy ;) A długopis po rozkręceniu to znakomita broń, schowek ma... W tych niebezpiecznych czasach każda elektroniczna wiadomość może zostać przechwycona. Zatem ja - tłumaczka i nauczycielka, oferuję dziesiątki długopisów w różnych kolorach i sterty papieru. Listy, informacje, tajna korespondencja między agentami i rządami znów wraca do papieru. W razie zagrożenia połykamy. Papier, nie długopisy ;) A długopis po rozkręceniu to znakomita broń, schowek ma mililitry leku (np. insuliny lub zabójczego cyjanku potasu).
Mój najmilszy w tym czasie chwyta w dłoń swoje dłutka rzeźbiarskie i z półek, półeczek, biurek, foteli rzeźbi łyżki, noże do smarowania, grzebienie, pałeczki - wszystko to co drewniane i codziennego użytku. Wszak drzewa to już rzadkość. Choć nie w moim ogrodzie. Właśnie patrz.e w lewo przez okno. Sporo jedzenia i moich ukochanych książek zapewni mi Najmilszy swoimi łyżeczkami... Damy sobie radę. Ach, oczywiście gdyby ktoś potrzebował tłumacza... Wszak wiedza to też towar barterowy ;)

pokaż więcej

więcej...
 
2018-08-18 23:15:52
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane, Polskim językiem, Posiadane

Dziwne drogi wskazuje czasem religia swoim wyznawcom. Dziwne też bywają czasem historie tych, którzy owe religie pragną krzewić. O ile można upierać się, że wybrane przez nas wierzenie jest jedynie słuszne, o tyle warto też umieć przyznać, że i jej wyznawcy wątpią, popełniają błędy, dokonują czynów niepojętych dla ludzi na te konkretną wiarę obojętnych. Dzięki Ałbenie Grabowskiej mamy szansę... Dziwne drogi wskazuje czasem religia swoim wyznawcom. Dziwne też bywają czasem historie tych, którzy owe religie pragną krzewić. O ile można upierać się, że wybrane przez nas wierzenie jest jedynie słuszne, o tyle warto też umieć przyznać, że i jej wyznawcy wątpią, popełniają błędy, dokonują czynów niepojętych dla ludzi na te konkretną wiarę obojętnych. Dzięki Ałbenie Grabowskiej mamy szansę zadumać się nad tym, jak dziwne sploty wydarzeń mogą doprowadzić do spotkania ludzi o kompletnie innych przekonaniach, wręcz przeczących sobie nawzajem, lub też zaledwie oceniających owe przekonania po latach. Spotkania nad pewną księgą, w której zawierają się dwie prawdy i nad kośćmi, które mogłyby i może są bezcennymi "Kośćmi proroka". A gdy okazuje się, że i jedno i drugie prowadzić może do pieniędzy, machina ukrywania, odkrywania, zapobiegania, oszukiwania i pozbywania się rusza w prawdziwie szalony pęd.

Wiedziona trzema torami akcja prowadzi nas przez pozornie niepowiązane ze sobą opowieści. Wiek XXI - współczesność, bliską nam i zrozumiałą, osadzoną na bazie typowego kryminału. Jest ciało, w tym przypadku niewątpliwie obrazujące swego rodzaju mord na tle religijnym, jest dzielny bułgarski policjant - Dymityr oraz, aby dodać romansowego smaczku, jest jego przyjaciółka z dzieciństwa, polska konsultantka Margarita. I to właśnie Margarita będzie dla nas głównym źródłem zniecierpliwienia, niedowierzania ale tez wiedzy o otaczającej nas pięknej Bułgarii oraz o niej samej - o kobiecie, której przyszło wejść drugi raz do tej samej rzeki po to by NIE utonąć.

Bohaterka, w swoich wypowiedziach na temat historii Bułgarii, jej architektury, badań archeologicznych, przemian religijnych, wykazuje się ogromną wiedzą., Mówi o symbolach, przeróżnych wierzeniach, nie tylko wielkich wiarach światach ale też odłamach, które poznałam dzięki Margarecie i internetowi właśnie w trakcie czytania powieści Pani Grabowskiej. Poznajemy z jej ust Bułgarię jako część Bizancjum, jako samodzielne imperium i jako, jak to bywa w historii, nic nieznaczące państewko na skraju świata. Ale nie samymi opowieściami człowiek żyje. Wszak to trup jest powodem podróży i dociekań, kości zaś będą uzupełnieniem policyjnej sprawy. Czyżby kości proroka?

Bizancjum będzie dla nas bazą dla zatopienia się w wierzeniach wieku XII, w opowieść drogi prowadzącą przedstawicieli chrześcijańskiego odłamu - bogomiłów - ku pragnieniu uznania ich wiary za dominującą i jedynie słuszna przez współcześnie im panującego cesarza. Cesarz uwierzyć ma Księdze, to ona stanowić będzie dowód, cel, objawienie. Podróżować będą i kości. Proroka? Czas pokaże... Jest w drodze i u jej kresu miejsce na zadumę, za zwątpienia, na niezwykłej mocy wiarę. Ale jest też miejsce na zawirowania, nagłe zaskoczenia, zabójstwa i oskarżenia - czyli na wszystko to, co pozwala Ałbenie Grabowskiej na kontynuowanie osadzania swej powieści w ramach historyczno-sensacyjnych.

Jeszcze dalej wstecz wyruszymy z uczniami Jana Chrzciciela, którzy zmierzają na spotkanie z Jezusem w Jeruzalem. Będziemy im ufali, będziemy im kibicowali i doskonale zrozumiemy ich zawahania i wątpliwości. Także te, które zrodzą się ze zwykłej ludzkiej zazdrości, chęci dominacji ale i ze strachu i zwątpienia. I tutaj, jak w poprzednich wątkach będzie czas na miłość, także tę zakazaną, będzie czas na utratę zdrowia a nawet życia, będzie czas na uwielbienie boga i zaparcie się go. Wreszcie, będzie czas na śmierć i pozostałe po niej kości, które jako kolejne pisane świadectwo znajda się na kartach (a raczej drewnach i skórach) pewnej księgi.

Gdzieniegdzie słychać głosy jakoby owa powieść była napisana na wzór, bądź pod wielkim wpływem pomysłów Dona Browna. Dla mnie, tego typu porównania to wielkie spłycenie, oparte jedynie na jednym, absolutnie nie kluczowym aspekcie - na fakcie, ze znalezione zwłoki byłego polskiego parlamentarzysty zostały zbezczeszczone malunkami, w których doszukiwać się można, jak się okaże słusznie, symboli religijnych. Tu jednak podobieństwa się kończą. Dan Brown, którego nota bene lubię, prowadzi nas przez labirynt zagadek, przygód, ucieczek i pościgów. Z punktu A do Z prowadzą nas znaki, tropy, niekoniecznie poparte jakąkolwiek prawdą historyczną. W przypadku Ałbeny Grabowskiej mamy zaś do czynienia z bardzo drobiazgowymi badaniami, które ubrane w literacką fantazję autorki, prowadzą nas przez świat barwny, kojarzący się z mitami i legendami ale jednak wsparty istniejącymi dokumentami, opracowaniami, które mogą dać jeśli nie stuprocentowe świadectwo, to choćby świadomość prawdziwości wydarzeń, opisanych osób czy miejsc.
Tego typu płytkie porównania kojarzą mi się z wypowiedzią bohaterki, komentującą podobną niezgodę na uogólnienia: "Nazywanie Sozopola 'tylko kurortem', to jak twierdzenie, że Rzym jest pełny pomazanych ścian albo, ze budowle w Egipcie są obtłuczone" (str.294)

Wszystkie wątki autorka wiąże ze sobą niezwykle subtelnie. Zanim w końcowej części powieści otrzymamy oczywiste powiązanie, zaledwie cieniutkie niteczki, dostrzegane dzięki wnikliwości i uważnemu czytaniu, będą nam ukazywały ślady, dzięki którym można snuć przypuszczenia lub stawiać pierwsze wnioski. I znów, inaczej niż u Browna, kolejny przypadek nie jest oczywisty. Tu nie ma nakazów skrętu, tutaj są delikatne sugestie, wtrącone słowa, które podpowiadają ale nie zmuszają nas do obrania wskazanej mimochodem drogi.

Ogromnie podoba mi się konwencja w jakiej powstała ta powieść. Określenie jej gatunku sprawia niejaką trudność i to, moim zdaniem, stanowi o jej wyjątkowości. Można utyskiwać, że daleko "Kościom proroka" do prawdziwego kryminału, można powtarzać, że za dużo obyczajowości, że mało prawdziwej policyjnej pracy. A do tego, o zgrozo, Margarita, poszarpana emocjonalnie bułgarskim życiem sprzed ucieczki do Polski, rozmawia sama ze sobą i rozwiązuje w trakcie śledztwa rodzinne problemy! Ależ dzięki tym wewnętrznym dialogom, roztrzepaniu bohaterki, nieprzemyślanym decyzjom i ich skutkom autorka pozwala nam łapać oddech. Dzięki nim unikamy przeciążenia faktami, niełagodzonych słowami trudnych i cierpkich dróg wiary i zwątpienia.

Ta subtelność, to rozłożenie ciężaru na bardzo różne wątki historyczne, różne sposoby snucia opowieści, żonglowanie gatunkami i nastrojami ogromnie mi odpowiada. Podobnie jak język, pozornie przez cała opowieść współczesny ale jednak składniowo wpasowany w opisywane czasy. Bez popadania w skrajności, które wymagałyby nauki aramejskiego i przygotowania z dziedziny wiedzy o religiach świata, lecz z szacunkiem dla czytelnika, który spodziewa się z równą siła zapaść w wiek I i XII, jak i wrócić w czasy mu współczesne.

pokaż więcej

 
2018-08-14 19:42:09
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane, Posiadane
Autor:

Osoby takie jak Jane Robins, określamy w lektorskiej nomenklaturze jako "false beginners". Wprawdzie książka promowana jest jako debiut powieściowy, jednak podchodzimy do niej z komfortem świadomości, że autorka jest osobą doskonale zaznajomioną ze światem literackim. Ma za sobą ogromne doświadczenie dziennikarskie oraz trzy dobrze przyjęte pozycje z gatunku literatury faktu. Wcale zatem mnie... Osoby takie jak Jane Robins, określamy w lektorskiej nomenklaturze jako "false beginners". Wprawdzie książka promowana jest jako debiut powieściowy, jednak podchodzimy do niej z komfortem świadomości, że autorka jest osobą doskonale zaznajomioną ze światem literackim. Ma za sobą ogromne doświadczenie dziennikarskie oraz trzy dobrze przyjęte pozycje z gatunku literatury faktu. Wcale zatem mnie nie dziwi, że "Białe ciała" spotkały się z zainteresowaniem wydawnictwa Czarna Owca, jak i nie mam pretensji do siebie, że wybrałam ów tytuł i z własnej woli zasiadłam do czytania, z chęcią oddania się literackiej uczcie.

Pomysł na fabułę bardzo zachęca. Bliźniaczki, niczym w bajkach - jedna śliczna, wiotka i powabna, druga cóż, ta gorsza. Jako, że nie w bajce przychodzi nam żyć, ta gorsza owszem, jest miła i kochająca, lecz niestety także ogarnięta tak wielką obsesją doścignięcia siostry, tak wielkim kompleksem szarej myszki tkwiącej w cieniu mającej wielkie aspiracje aktoreczki, że w pokonaniu owego fatalnego zdania na swój temat mają jej pomóc połykane mleczne zęby czy włosy siostry, zjadane kawałki jej pamiętnika, wyssane ze szczoteczki resztki śliny. Wchłanianie "fragmentów" Tildy ma bowiem przyczynić się do ujednolicenia ciał, umysłów i atrakcyjności obu kobiet. Brzmi obrzydliwie? Ależ oczywiście, że tak! I to jest ten rewelacyjny pomysł, który nas magicznie przyciąga do thrillera. Co więcej, ta nieomylna, zdolna siostra zakochuje się w mężczyźnie, który należy do "drapieżników" - mężczyzn kontrolującym swoje partnerki w sposób często usprawiedliwiający według nich przemoc, zastraszanie czy nieustanne narzucanie własnej woli. Jest więc zatem szansa, by mniej zauważana, mniej doceniana Callie ruszyła z odsieczą swej pięknej siostrze. Tyle, że ani owa siostra, ani jej nowy partner nie przyznają się do zarzutów, a nawet oskarżają wybawczynię o obłąkańczy wzrost dawnych obsesji. Aż się chce czytać.

Czytać się owszem chce, nawet może, bez problemu, bo język powieści jest łatwy, gładki i przystępny. Nie ma tutaj wydumanych analiz psychologicznych (a szkoda), nie ma dyskusji wspartych śledzeniem podobnych przypadków (a szkoda). Owszem, autorka podaje nam mnóstwo faktów, ubarwia opowieść konkretnymi przykładami okrucieństwa kontrolujących partnerów, tyle, że w tych momentach wypadamy ze świata opowieści, by trafić w ręce autorki-reporterki, przytłaczającej nas ogromem suchych faktów, podanych w sposób, który nagle z płynnej epiki wrzuca nas w gazetowy świat faktów. Powracamy do świata akcji zawartej w dialogach z lekkim szarpnięciem, po niezbyt udanych próbach stopienia ze sobą tych dwóch odrębnych języków. Po prostu nie klei się to w interesującą, a zarazem porywająca całość.

Autorka teoretycznie pragnie rozpocząć opowieść tonem spokojnym i wyważonym, ale nagromadzenie bohaterów, z których chyba żaden prócz miłującego spokój, pracę w ogrodach i dobre książki Wilfa, nie daje się lubić, powoduje tylko nieustanne odskakiwanie od meritum opowieści, marszczenie brwi nad nieporadnością przepychania winy na kolejne, nic nie znaczące dla życia bohaterek osoby. Przy tym, albo zachowują się one infantylnie, jak matka kojąca niepokój dorosłych (!!!) córek daleko odległym od uroku: 'Cip, cip...', albo wprowadzają na strony nerwową, nie niepokojącą, lecz budzącą zniecierpliwienie atmosferę chaosu i niekonsekwencji.

Mimo, że zaciekawia nas oparta na filmie intryga dwóch niszczonych kobiet, autorka z jakiegoś powodu znalazła i tutaj miejsce dla dygresji, które budzą dalszą niechęć. Nie służą one bowiem niczemu, rozpraszają, a krój sukienki czy nowe zainteresowania matki nie przydają książce niczego, prócz obszerności i postępującego znudzenia, co jak wiemy, nigdy nie służy thrillerom, także tym psychologicznym.

Moje zniecierpliwione, marudne nieco wrażenie nie oznacza, że należy lekturę wyrzucić do kosza jeszcze przed jej przeczytaniem. To, co może się spodobać, to gmatwanina związków pomiędzy bohaterami, stabilne utrzymywanie opowieści w rytmie życia Callie, podążanie za jej niepokojem. I choć autorka do znudzenia każe bohaterce zmieniać zdanie, przekonania i serwuje nam całe strony drobnych zdarzeń, które raz każą myśleć o niej jako o zatroskanej, bystrej, dążącej do celu siostrze, raz jako o skończonej wariatce tworzącej kolejne teorie spiskowe, może to właśnie stanowiłoby wartość dodaną powieści, gdyby nieco obniżyć częstotliwość ich występowania?
Na korzyść działają też opinie, pochodzące z innych źródeł niż rozemocjonowana głowa bohaterki: elementy zapisanego na tajemniczym pendrivie, ciągle modyfikowanego listu od siostry czy maile i rozmowy toczone na forum krzywdzonych i życzliwych krzywdzonym.

Różnorodność sposobów prowadzenia akcji, zawirowania, powroty do przeszłości szkolnej i tej sprzed kilku dni powodują, że "Białe ciała" czyta się bardzo szybko. Niestety, mam wrażenie, ze równie pobieżnie. Gdzieś, w plątaninie złych i dobrych, w niepewności kto zabił, kogo, dlaczego i czy to w ogóle miał to być ten ktoś, ginie nam ważny przekaz dotyczący przemocy, obsesyjnej miłości i zazdrości, dążenia do celu po trupach (dosłownie). W chaosie nieznaczących zdarzeń autorka wprawdzie przemyca te jakże ważkie tematy, niemniej mam wrażenie, że poprzez taki a nie inny sposób ich podania, tracą one swą moc i znikają z pamięci zanim na dobre odłożymy książkę na półkę.

za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca
pani-ka-czyta.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-08-10 14:54:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Posiadane

Bez względu na to, ile osób postawimy twarzą w twarz z sytuacją wymagającą wydania opinii, zareagowania, podjęcia decyzji, każdy będzie miał swoją prawdę. Wynikła gdzieś z głębi naszego wychowania, wpajanych latami wierzeń, nabytych doświadczeń i przekonań, będzie decydowała o momentach, które mogą nasze czyny uczynić szlachetnymi bądź wstrząsająco okrutnymi. Dla kogo będą dobre a dla kogo... Bez względu na to, ile osób postawimy twarzą w twarz z sytuacją wymagającą wydania opinii, zareagowania, podjęcia decyzji, każdy będzie miał swoją prawdę. Wynikła gdzieś z głębi naszego wychowania, wpajanych latami wierzeń, nabytych doświadczeń i przekonań, będzie decydowała o momentach, które mogą nasze czyny uczynić szlachetnymi bądź wstrząsająco okrutnymi. Dla kogo będą dobre a dla kogo złe? Nie wiadomo, wszak każdy ma swoją prawdę, swoja rację.

Wszyscy bohaterowie, których stworzyła Hillary Jordan niosą ze sobą dany typ zachowania, upór w zmierzaniu ku temu, co ich zadowoli, będzie napawało dumą. Dobrze urodzone ale silna, stawiająca czoło każdej przeszkodzie Laura, przebiegnie od pogodzenia się ze staropanieństwem, przez wdzięczność zamiast miłości, przez poczucie beznadziei i brudu, przez braku akceptacji i zniesmaczenie aż do zawierzenia, pokochania w doli i niedoli, docenienie.
Jej mąż, Henry, miłujący ziemię ponad wszystko, stoickim spokojem zażegna niejedną awanturę, uspokoi niejedno spanikowane serce i niejedno ciało pełne agresji. Ale i sprawi, że niedoceniona żona, opuszczona w swojej wrażliwości, będzie szukała uwagi poza jego ramionami.
Wspaniały, kolorowy Jamie z życia rozbawionego bawidamka wpadnie w koszmar wojny, w świadomość mordowania, w traumę, którą będzie leczył kolejnym, pozornie beztroskim okresem, w swej woli przeżycia i uporania się z demonami zapominając chwilami o tym, że gdy on walczy i przywdziewa zbroję rycerza, na placu boju pozostają ciała jego najbliższych.
I jest w tej rodzinie miejsce dla Papy, ojca tych dwóch mężczyzn, postaci, której polubić nie sposób, która budzi agresję, złość, którą niejednokrotnie w myślach zabijamy, wyrzucamy poza nawias rodziny i społeczeństwa i której się nie wybacza, bo i po cóż?

Za polem bawełny, za błotem, mieszka rodzina Jacksonów, kolorowych najemców. Dumna i niezwykle mądra życiowo Florence, jej zatroskamy mąż i małe, ale już ciężko pracujące w polu dzieci. Jest i Ronsel, ukochany syn, który wraca z wojny odmieniony. Niesie ze sobą brzemię tego, co wojenne, tego co straszne, ale i wspomnienie zakazanej miłości a wreszcie dumę z bycia amerykańskim żołnierzem, docenionym, traktowanym na równi ze wszystkimi innymi podoficerami. Wraca przesiąknięty przekonaniem, że już wie, jak powinno wyglądać życie, nieskory do ponownego zginania karku. Tyle, że Ronsel wraca do Delty, do tego zakątka Ameryki, który jest najbardziej rasistowski, najbardziej "południowy". Gdzie nadal święci się segregację rasową, gdzie Ko Klux Klan jest oczywistością czuwającą nad czystością rasy, gdzie nieposłuszeństwo Murzynów kara się tak samo, jak w czasach poprzedzających wojnę secesyjną. A mamy lata 40te XX wieku.
"Czarnuch, smoluch, murzaj, bambus. Pojechałem walczyć za swój kraj i wróciłem, żeby się dowiedzieć, że nic się nie zmieniło. Czarni ludzie dalej jeżdżą na końcu autobusu, wchodzą tylnymi drzwiami, zbierają bawełnę białych i proszą ich o wybaczenie. Nieważne, ze odpowiedzieliśmy na ich wezwanie i walczyliśmy na ich wojnie, dla nich zawsze będziemy czarnuchami." (str.159)

Powieść "Błoto" ma tyle warstw, ilu bohaterów. Autorka prowadzi nas przez zazębiające się opowieści w niewiarygodny sposób nadając im tożsamość potwierdzającą ich pochodzenie, sposób życia, stosunek do pracy, wiary i miłości. Arystokratyczne maniery Laury przewijają się pomiędzy rozbawionym ale i nadwrażliwym językiem i zachowaniem Jamiego. Wreszcie, czarni południowcy są właśnie tacy, jakich znamy lub sobie wyobrażamy, ze specyficznym językiem, odpowiednią leksyką i stylistyką, wreszcie, z przekonaniami, które po prostu są ICH - wiemy to i czujemy. Jak wspomina sama autorka w zamieszczonym przy końcu powieści wywiadzie: (...) czarni bohaterowie powinni móc wypowiedzieć się o brzydocie tamtego miejsca i czasu osobiście, swoimi słowami. (str.357)

Warstwy sklejają się ostatecznie w jedną mocną, grubą, niewzruszoną skałę. W opowieść o rasizmie. O różnych postawach względem niego. O zakorzenionych nawykach, których nie sposób wyplenić, o chęci walki z nim dla siebie samego, swych bliskich i przyszłych pokoleń, o niemożności pokonania go mocnymi lecz niestety skazanymi w swej indywidualności ideałami, o neutralności, którą pojmować można jako tchórzostwo, ale tez jako lęk przed zemstą, w której rasistowska ręka dopadnie najbliższych. I o tym, że nawet bohater wojenny, nawet młody ojciec pozostanie czarnuchem, przedstawicielem gorszej rasy.

I jeszcze drobna uwaga. Autorka nie osądza, ona jedynie opisuje. Ze szczegółami. Z batonikiem czekoladowym, językiem i poszewkami. A jeśli chcemy przekonać samych siebie, że ów problem ukazany przez Hillary Jordan na tle lat powojennych, całkowicie już we współczesnym świecie zanikł, warto zanurzyć się w socjologiczne opracowania dotyczące południa USA, owego pięknego, płaskiego Missisipi, owych pól, które zalewało i bywa, że nadal rok po roku zalewa błoto. To rzeczne, niosące smród, zniszczenie i niechęć, i to moralne, które owszem, zaschło. Cieniutką wierzchnią warstwą.

pokaż więcej

 
2018-08-07 16:52:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane
Autor:

Trauma kieruje życiem ludzkim, ubezwłasnowalnia ofiarę, kreuje w jej umyśle obrazy, które nie maja prawa istnieć, nakazują zachowania wybiegające poza jakiekolwiek ramy normalności. Czasem trzeba lat, by być gotowym do podjęcia kolejnej próby życia lub, jak w przypadku Marka, do stworzenia kolejnej rodziny, związania się z kobietą, która nie jest byłą żoną i do sprowadzenia na świat córeczki,... Trauma kieruje życiem ludzkim, ubezwłasnowalnia ofiarę, kreuje w jej umyśle obrazy, które nie maja prawa istnieć, nakazują zachowania wybiegające poza jakiekolwiek ramy normalności. Czasem trzeba lat, by być gotowym do podjęcia kolejnej próby życia lub, jak w przypadku Marka, do stworzenia kolejnej rodziny, związania się z kobietą, która nie jest byłą żoną i do sprowadzenia na świat córeczki, która nie jest utraconą przed laty Zoe.

Po traumie utraty Mark otrzymuje od losu kolejną. W pozornie uładzony już świat typowej kapsztadzkiej rodziny wkraczają włamywacze, wkracza przystawiony do szyi nóż, wkracza niemoc ochrony ukochanych kobiet. I gdy uporanie się z kolejnymi tragicznymi wydarzeniami, nawarstwiającymi niepokoje i bezwolną agresję staje na drodze dalszej spokojnej egzystencji rodziny, zasugerowane przez przyjaciółkę rozwiązanie wydaje się idealne. Pora wyjechać, zafundować sobie tanie, acz romantyczne wakacje z dala od domu, który przywodzi tylko skojarzenia z tamtą koszmarną nocą i jak się okazuje w trakcie planowania, także z dala od córeczki, którą pozostawiają pod opieką babci. Wyruszamy zatem wraz z bohaterami do pięknego Paryża, by dzięki zamianie domów, spędzić tam chwile, które przywrócą nadwątloną równowagę emocjonalną małżonków. Co dostajemy w zamian, to przeżycia, myśli i sytuacje, które zadziwiają, odpychają a bywają momenty, gdy stawiają włosy na głowie.

Powiedzieć o "Apartamencie", że to bardzo dobra książka, to mało. Ona jest niczym magnes, przyciąga nas czarną, mroczną okładką, bo z pomocą krótkich, czasem celowo szarpanych zdań, zamknąć nasze myśli w myślach i przeżyciach bohaterów. Dialogi, które seriami mocnych zdań oddają napiętą atmosferę panującą w przedziwnym, opuszczonym miejscu, pobudzają nasz układ nerwowy i nie pozwalają mu odpocząć. Opisy, które łagodzą atmosferę obrazami przepięknego miasta, jego mieszkańców czy choćby potraw, służą jedynie gwałtownemu spuszczeniu nas w przepaść sytuacji lub zachowań, od których chętnie ucieklibyśmy lub przynajmniej odwrócilibyśmy wzrok. Przy czym plastyczność języka, którym raczą nas autorzy powoduje, że przed oczami stają nam wspomniane miejsca, zjawy i dramatyczne, drgające niepokojem zdarzenia. Widzimy trampki ze Scooby Doo, odczuwamy bezczelne istnienie zjawy, mrożą nam krew dobywające się znikąd dźwięki. Mnie, dość odpornej na strach, opisy owe nie przyprawiały o stany lekowe czy bezsenne noce, ale z cała pewnością muszę przyznać, że poczucie dyskomfortu, niejakiej niepewności i niepokoju, towarzyszą czytelnikowi przez cały czas, gdy podróżuje, myśli i działa wraz z bohaterami.

Bardzo podoba mi się podanie opowieści z dwóch perspektyw. Silna, niezwykle ale i zwyczajnie ludzka, skłonna do złości ale i oczarowań młoda mama Steph, skonfrontowana jest tutaj ze sporo starszym mężem, któremu dawne przeżycia, pourazowy stres, mniejsza odporność psychiczna a może po prostu większa wrażliwość na lęki, nie pozwalają pozbyć się natrętnych, wyniszczających i prowadzących do obłędu przeżyć. Obydwoje walczą, obydwoje we wszystkim czynnie uczestniczą, ale zupełnie inaczej zmagają się z niesamowitością "Apartamentu" i tym co następuje po nim.

Zakończenie jest dla mnie majstersztykiem. Autorzy zupełnie nie dali szansy nawet na szczyptę zgodnych z prawdą domysłów na temat ostatniego rozdziału, który prowadzi historię do końca. Do końca??? Nie uczynili ostatnich zdań ani happy endem ani dramatycznym finalnym pożegnaniem. Zawiesili nas w znakomitym niedopowiedzeniu i nie zgadzam się z opiniami, że owo zakończenie odbiera książce wartości. Jest wręcz przeciwnie.

Nad wszystkim zaś, we wszystkim i poprzez wszystko fruwają włosy. Cięte, szarpane, wyrywane, zakręcane na palcu, gromadzone, wyrzucane, zwinięte na poduszce. Włosy, dużo włosów...
Uważajmy na włosy. I na apartamenty, które mogą okazać się tak huśtające układem nerwowym jak ten, stworzony pod wdzięcznym pseudonimem S.L. Grey przez parę pisarzy - autorkę thrillów Sarah Lotz i twórcę fikcji Louisa Greenberga. Polecam. Zdecydowanie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

pokaż więcej

 
2018-08-03 21:11:38
Dodała cytat z książki: Patrick Melrose
Serce miał ciężkie od niewypowiedzianych przeprosin.
 
2018-08-03 16:31:11
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Z obcych regałów

Książka wpadła mi w ręce zupełnie niespodziewanie, przebiegłam przez nią niczym burza i muszę przyznać, że owa letnia burza była całkiem miłym doświadczeniem. Miłym, może nie porywającym, ale pozostawiającym wrażenie, że nazwisko Renaty Czelny - Kawy może się wkrótce okazać rozpoznawalne w świecie powieści obyczajowych. A skoro już o gatunku mowa, jest on dla mnie jednym z rzadziej czytanych,... Książka wpadła mi w ręce zupełnie niespodziewanie, przebiegłam przez nią niczym burza i muszę przyznać, że owa letnia burza była całkiem miłym doświadczeniem. Miłym, może nie porywającym, ale pozostawiającym wrażenie, że nazwisko Renaty Czelny - Kawy może się wkrótce okazać rozpoznawalne w świecie powieści obyczajowych. A skoro już o gatunku mowa, jest on dla mnie jednym z rzadziej czytanych, zatem jedynie wybitne pozycje określam jako bardzo dobre, godne zapamiętania i powrotów. W przypadku "Nieba nad lasem" najwłaściwszym określeniem wrażenia jakie pozostawiło, wydaje mi się poczucie krótkotrwałej acz intensywnej przyjemności, zatem i moja nadzwyczaj subiektywna, z racji nieco węższej skali porównawczej ocena, oscyluje w okolicach stanów średnich.

Jak na lekką, przyjemną, typowo letnią opowieść, "Niebo nad lasem" ma wiele zalet, w tym takie, które zaskoczyły mnie swoją niebanalnością. Autorka, znana już wielbicielom gotowania z pysznej sernikowej książki kucharskiej, nie uciekła, i słusznie, od swoich zainteresowań. Lecz też, co bardzo słuszne, nie skonstruowała rozdziałów wokół opisów działań kuchennych czy wypisywania peanów na cześć smakołyków. Subtelnie wrzuciła nazwy potraw w opisy codziennych czynności, nie zakłócając płynnie prowadzonej akcji. Zainteresowani znajdą przepisy na końcach niektórych rozdziałów, a osoby mniej chętne do przegryzania w trakcie czytania, mogą swobodnie owe przepisy-przypisy ominąć, bez jakiejkolwiek szkody dla urody snutej opowieści.

Innym walorem książki jest bardzo sprawne posługiwanie się polszczyzną, która jest lekka, dowcipna ale nie infantylna. Co więcej, została znakomicie zróżnicowana w zależności od opisywanych czasów, form czy bohaterów. Może jedynie Róża, wdzięczna, subtelna dziewczynka, zdaje się czasem przemawiać językiem zbyt poetyckim jak na kilkuletnie dziecko. Ja sama rzadko spotykam się z małymi dziećmi o tak wyszukanym sposobie komentowania rzeczywistości, stąd poczucie zbyt mocno ubarwionej niezwykłości małej bohaterki.
Wspomniane zróżnicowanie językowe daje nam niezwykłą łatwość przenoszenia się w czasie. Jest bowiem w tej pozornie współczesnej powieści, miejsce na opis całego niemal życia Kazi-Rózi, który wymaga sięgania w lata wojenne, potem zaś 50te dwudziestego wieku. Zarówno w sposobie opisu zachowań, jak i wspomnianym słownictwie, autorka pięknie prześlizguje się od współczesnej "kurtki wodnej" do matuli, córuchny i żoninych oczu. Aż serce się kraje, gdy nadziewamy się na korektorskie niedoróbki, które zrzucić chyba trzeba na karb pośpiechu i stresu debiutantki. Szukając usprawiedliwień czy nie, warto na nie zwrócić uwagę przy kolejnych powieściach, bo przecież za staranność, płynność i redaktorsko-korektorską dokładność zdobywa się szacunek i podziw czytelników. Tutaj niewątpliwie jest co podziwiać w kwestii treści, formy i samego stylu, zatem szkoda by zakłócały je zgrzyty i złośliwe wypominki w stylu moich, wyżej wystukanych ;)

Pani Czelny - Kawa wita nas w swoim literackim świecie pozycją lekką, przyjemną ale też nie pozbawioną tajemnicy, osłody humorem i nietypowymi wtrętami kulinarnymi. Dwieście stron szybkiej, spontanicznej, pełnej niezwykłych kobiet przygody, w której wraz z bohaterkami poszukujemy dawno zaginionej, wręcz uznanej za zmarłą Różyczki, po której pozostało przypadkiem odnalezione zdjęcie i dwa przedziwnie ukryte listy, skłania do samych pochwał. Tym bardziej, że autorka przetyka je emocjami wyjętymi z czasów, gdy dziewczynki zabrakło w domu ojczystym.
"każdy z osobna dusił w sobie tęsknotę za wesołą dzierlatką, wnoszącą w ich chłopięcą rzeczywistość pewną dawkę delikatności, subtelności i niewysłowionej radości. Jej nieobecność była w domu dojmująca. Wisiała jak ciężka mgła, w której błądzi się po omacku." (str. 124)
Kolejne sto stron jednak, moim zdaniem, można było zmieścić w połowie mniejszym formacie, gdyż to, co następuje tak naprawdę już PO szczęśliwym zakończeniu, zbyt mocno zdaje się skręcać w kierunku pochwał innowacji kulinarno-dekoracyjnych. Odniosłam wrażenie, że tak naprawdę ta ostatnia część książki mogłaby stać się przyczynkiem do kolejnego tomu lub odrębnie snutej opowieści, w której naczelnym tematem stałaby się realizacja życiowych zmian. A może, po prostu inaczej zredagowana, owa kawiarniana opowieść mogłaby stać się bardziej wtopioną w całość częścią powieści?

To były dwa przyjemne popołudnia. Popołudnia spędzone z niezwykłymi kobietami, które autorka opisała w sposób barwny i niezwykle sympatyczny. W miejscu, które łatwo sobie zwizualizować jako niezwykle spokojne, pachnące podkarpacką łąką i babeczkami, podkarpackie wyobrażenie raju na ziemi. Oraz z rodziną, której tylko pozazdrościć ciepła, dobroci i wzajemnego szacunku. Aż łatwo poczuć zazdrość i niedowierzanie. Ale czy nie o to chodzi w lecie, by schronić się w krainie baśni, miłości i koniecznie zakończonych szczęśliwie opowieści o szczęściu?
(Dziękuję Joasi Ł.)

pani-ka-czyta.blogspot.com

pokaż więcej

 
2018-07-31 00:50:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane, Posiadane
Autor:
Cykl: Robert Hunter (tom 8) | Seria: Kryminał

Zemsta. Popleczniczka chcących odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Wspomożenie szukających wyjścia z sytuacji, gdy wahamy się pomiędzy samobójstwem a życiem w szaleństwie i nicości. Czy potrzeba jej dokonania to psychopatyczne myślenie czy też naturalny ludzki odruch? Być może potrafimy wybaczyć pielęgnowanie jej w głowie. Lecz czy potrafimy wybaczyć jej dokonanie? Na końcu tej powieści doszłam... Zemsta. Popleczniczka chcących odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Wspomożenie szukających wyjścia z sytuacji, gdy wahamy się pomiędzy samobójstwem a życiem w szaleństwie i nicości. Czy potrzeba jej dokonania to psychopatyczne myślenie czy też naturalny ludzki odruch? Być może potrafimy wybaczyć pielęgnowanie jej w głowie. Lecz czy potrafimy wybaczyć jej dokonanie? Na końcu tej powieści doszłam do wniosku, że tak samo łatwo jest nam oburzyć się na działanie pod jej wpływem, jak i odwrócić od niej wzrok w przyzwoleniu.

Detektywi Hunter i Garcia mają niełatwe zadanie. Morderstwa są bowiem dokonywane w sposób niezrozumiały, nie tylko ze szczególnym okrucieństwem, ale też z zaangażowaniem osób najbliższych ofiarom. Z jednej strony, to wyjątkowo perfidny sposób pozbawiania życia w jakby "emocjonalnym duecie", z drugiej, mimochodem kpiący z przyjaciółki, męża czy siostry zadawanymi im pytaniami. Od tego bowiem, czy podczas wideo rozmowy ukochana osoba odpowie na dwa, zdawałoby się banalne pytania, zależy dalszy los więzionej osoby. I co niezwykle zaskakujące, owe pytania, które w większości przypadków wyśmialibyśmy, nagle okazują się być podstawą do zatrzymania oddechu i przerażenia świadomością, że przecież także MY, wszyscy, jak jeden mąż, moglibyśmy na nie nie odpowiedzieć, lub się w odpowiedzi pomylić. Bo któż od nas w dzisiejszych czasach wymaga kojarzenia tego typu szczegółów? I kogo dziwi niechlujność w zapamiętywaniu przy jednoczesnej powszechnej dostępności takich informacji?
Świat technologicznie ułatwiający zmaganie się z zapamiętywaniem otaczających nas cyfr, kodów, dat, pozbawił nas jednocześnie umiejętności szybkiego kojarzenia, intensywnego myślenia czy przywoływania z pamięci istotnych informacji. Wszystko magazynujemy w mniejszych i większych, myślących za nas pudełeczkach, które stają się zrośnięte z naszymi dłońmi, oczami, a co za tym idzie, zachowaniami. Czasem można mieć wrażenie, że owe wynalazki działają nawet niczym odrębne, sterujące nami organizmy, zmuszając nas do stereotypowych zachowań, prowadząc do sytuacji, które jak się okazuje w "Rozmówcy", mogą mieć katastrofalne konsekwencje.

Tajemniczy "Rozmówca" zdaje się wybierać swe ofiary przypadkowo, przeraża bliskich, uczynionych obserwatorami tragedii, na ich oczach dokonuje czynów niewyobrażalnych. Trzeba przyznać Chrisowi Carterowi, że w dziedzinie plastyczności drastycznych opisów ma niewielu równych sobie. Co przy tym zaskakujące, autor snuje śledztwo bez zbytniego rozbuchania, nie przekrzykuje ani swych bohaterów ani protagonisty, wprowadza dla większego jeszcze zaangażowania czytelnika tajemniczą postać szukającego zemsty Pana J, współpracując z mordercą, wiedzie nas na manowce pozornych motywów zbrodni.

Jest jeszcze jeden ogromny walor tej powieści. Chris Carter, ze świadomością wrażenia jakie zrobią na czytelniku suche fakty, podaje idealnie wkomponowane w akcję informacje o stalkingu, o seryjnych mordercach, o mediach społecznościowych - zatem o wszystkim tym, co steruje naszym postrzeganiem możliwych rozwiązań, co zmienia nasze tropy wraz z kolejnymi skojarzeniami detektywa Huntera. Co zaś do samego bohatera serii, autor nie przytłacza czytelnika doskonałością, wybitnością czy po prostu nadmierną obecnością policjanta. Po cichu, z miejscem na osobiste wtręty, zauroczenia i dowcipy, ze spokojem, który nie pozwala nam wpadać w niepotrzebnie serwowane w kryminałach drżączki i galopady, autor i bohater prowadzą nas ku rozwiązaniu. Zaś owo rozwiązanie może nie szokuje, może nie jest trzymające w napięciu na tyle, by z niecierpliwością ocierać pot z czoła z niepokoju o życie detektywa, ale rozpisane jest bardzo zgrabnie. Nie tylko nie jest to zakończenie błahe czy też stereotypowe, lecz, co bardzo lubię, pozostawiło mnie z pewnym dylematem moralnym, którym pozwoliłam sobie rozpocząć tę recenzję. Warto przeczytać, podążyć zarówno za bohaterami, jak i za każdym maleńkim śladem drugoplanowych postaci, i poszukać drugiego dna.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi granice.pl

pokaż więcej

 
2018-07-29 00:55:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadane, Ulubione

Za każdym razem, kiedy sięgam po powieść Jakuba Małeckiego, by ją przeczytać i ocenić, czuję się nieco niekompetentna. Nie dlatego, że pisanie recenzji stanowi dla mnie trudność czy nowość, i nie dlatego, ze mam zaburzoną skale porównawczą, wynikająca ze zbyt małej liczby przeczytanych książek, bądź niewielkiej ich różnorodności. Bynajmniej też nie zasiadam do czytania z nastawieniem na odbiór... Za każdym razem, kiedy sięgam po powieść Jakuba Małeckiego, by ją przeczytać i ocenić, czuję się nieco niekompetentna. Nie dlatego, że pisanie recenzji stanowi dla mnie trudność czy nowość, i nie dlatego, ze mam zaburzoną skale porównawczą, wynikająca ze zbyt małej liczby przeczytanych książek, bądź niewielkiej ich różnorodności. Bynajmniej też nie zasiadam do czytania z nastawieniem na odbiór idealny (choć przyznaję, taka myśl budzi się wraz z pierwszym akapitami). Problem leży zupełnie gdzie indziej. Jak do tej pory bowiem, w każdej powieści, po kilku pierwszych zdaniach wiem, że prawdopodobnie znowu nie będę umiała znaleźć odpowiednich słów, by oddać w tej krótkiej ocenie wszystko, co owa książka we mnie wzbudza: każdy moment wzruszenia, zawahanie nad zrozumieniem zachowań, współczucie rozrywające serce, brak oddechu przy scenach, które zupełnie zwyczajnie kogoś lub coś niezwykle cennego mi odbierają.

Także i tutaj, w "Dżozefie", który przecież powstał wcześniej niż ukochane przeze mnie "Rdza" i "Dygot", a zatem mógł ucierpieć z powodu pewnych niedociągnięć, tak często zdarzających się młodym literatom u początku drogi, zadziałał ten sam syndrom: odwróciła się okładka, minęła strona, dwie, trzy... i przepadło moje życie, stałam się czytaniem.

Gdyby przyszło mi stworzyć definicję słowa Dżozef według Jakuba Małeckiego, miałoby ono trzy znaczenia:
1. Dżozef Konrad - po naszemu, po "polskiemu" spisane fonetycznie nazwisko wielkiego Josepha Conrada, w Anglii tworzącego, zatem i z angielska się piszącego. Polskiego chłopca, który na morzu i w nowej ojczyźnie stworzył dzieła, których walory nie podlegają dyskusji ani dla nas ani dla jednego, a potem wszystkich bohaterów książki.
2. Dżozef - alter ego Pana Staszka, zwanego Czwartym, jednego z pacjentów zajmujących salę szpitalną, która staje się scenografią zmieniającą się w takt snutej przez niego opowieści. Opowieści będącej powieścią wpisaną w powieść i stanowiącej jednocześnie podświadomy sposób na odzyskanie wolności. Przy czym wolność ową widzimy w znaczeniu tak szerokim, że jej brak obrazują i zbliżające się do siebie ściany jak i wypowiadane w malignie słowa, wyrzucające na świat noszone dotąd w sobie demony.
" Jeśli czytelnik, który wsiąka w lekturę, zapomina o wszystkim, co znajduje się wokół niego, to nas dotknęło to w sensie dosłownym: wszystko poza naszą całkowicie zniknęło." (str.288)
3. No i jest przecież jeszcze umieszczony na okładce kozioł. Dżozef! wykrzykniemy podświadomie nadając mu imię. A gdy okazuje się że ów kozioł to po prostu Kozioł o zupełnie niepodbarwionym skojarzeniami imieniu Drewniak, to i tak nasz zawód okaże się przedwczesny, bowiem Drewniak będzie w sposób niewiarygodnie mocno, wręcz sprawczo związany zarówno z Dżozefem Konradem jak i Dżozefem Staszkiem.
"Ja jestem tylko narzędziem, jestem jak strzała spuszczona z cięciwy. Kogo chciałbyś ukarać, znajdując człowieka z bełtem w sercu? Strzałę czy łucznika? " (str.262)

Jakub Małecki zaczyna prosto, wrzuca w szpitalne łózka trzy postacie zabawne w swej prostocie. Narratora Grześka, który ani typowym dresiarzem ani prostakiem, jak wynikałoby z dyskusji z kumplami, nie jest. "Nie miałem pojęcia, kiedy ja właściwie jestem sobą. jak gadam pod blokiem z chłopakami? Przy rodzicach? W sali szpitalnej z obcymi facetami w średnim wieku?" (str.37) Leszka - Kurza (ochrzczonego tak przez Grzesia od włosów na klacie), który jest biznesmenem mniej zuchwałym, mniej odważnym ale też bardziej uczciwym, bardziej szlachetnym i wrażliwym niż wynikałoby z bardzo stereotypowego początkowo stylu bycia. I Henia Jagiełło, marudę na marudami, który jest dokładnie takim chodzącym nieszczęściem jakim się wydaje. I może dlatego, że w tej swojej oczywistości jest nudny, autor wyrzuca go poza nawias opowieści i poza mury szpitalnej sali zaraz, gdy objawia nam się odpowiedź na pytania: kto, dlaczego i po co właśnie tutaj i właśnie teraz. Na scenę wkracza Czwarty - dojrzały Pan Staszek z kartonem powieści Josepha Conrada , który nada powieści inny wymiar, inne znaczenie a także, poprzez pretekst do wprowadzenia w szpitalną opowieść odrębnej biograficznej prozy, pozwoli Jakubowi Małeckiemu pokazać, jak bliskie jest mu pojmowanie świata, sposób przekazu, malowanie słowem, zachwyt opisową stylistyką Josepha Conrada.
Sam autor zresztą przed często spotykanym w artykułach czy recenzjach twierdzeniem o owym zachwycie (może i inspiracji?) Conradem nie wzbrania. I czemuż miałoby to służyć skoro z owego zachwytu otrzymujemy wpisane w polskie małomiasteczkowe, mało-społecznościowe a nawet mało-salo-szpitalne opowieści nie mające sobie równych?

Powieść, którą pisze swa opowieścią Staszek jest sednem odpowiedzi na pytania, które każdy mógłby sobie postawić stojąc przed lustrem. O własną tożsamość, o samostanowienie, o zgodę na działanie pod dyktando wewnętrznych podszeptów, o sposoby walki ze złem, które możemy w sobie bezwiednie nosić, o ucieczki i powroty. I o Drewniaka. Bo chyba każdy z nas ma swojego Drewniaka. I swoje powieści trzymające Kozła na dystans. I swoją opowieść, która może uratować jeśli jeszcze na to czas. I swój szpital, w którym musi pojawić się Grzesiek, Kurz, Najpiękniejsza Pielęgniarka Świata, abyśmy mogli nie wyskoczyć przez okno w ramiona kuriozalnych drewnianych stworów.

"Pomyślałem jeszcze tylko, że być może cała ta historia tak bardzo mnie intryguje, bo i ja mam swojego demona. Nigdy, przenigdy w siebie nie wierzyłem, uważam, że skończę kiepsko (...). Sam jestem swoim pierdolonym Kozłem Drewniakiem. Nikogo innego tak się nie boje jak siebie." (str.209)

Brzmi zupełnie nielogicznie? Nie daje rozwiązań i łatwych odpowiedzi? Ależ oczywiście. Musi tak brzmieć. Bo tutaj symbol goni symbol, metafory mnożą się zdanie po zdaniu, drewno nie jest drewnem a Kozioł kozłem. Bo tutaj świat to ściany, bo tutaj życie to uleganie lękom lub ich zwalczanie, bo tutaj życie to wola mniej nasza niż tych, którzy ją skierowali na inną ścieżkę. Bo to Jakub Małecki przecież, bo to jego Kozioł Drewniak, jego "Dżozef" i nasz zachwyt, który pozostanie na długo. Nie mogę wziąć powieści w cudzysłów, nie mogę wyjaśnić tego, co mnie samej zostanie na długo w głowie w zastanowieniach, sprzeciwach, realiach i wyobrażeniach. W jawie i śnie.
Poza tym, przecież "Żyjemy tak, jak śnimy. Samotnie". (str.139)

pokaż więcej

 
2018-07-25 02:52:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane

Scena, na której widzimy wtopione w światło gwiazdy, osoby będące źródłem płynących z ust emocjonalnych słów, energiczne wulkany wzruszeń i złości skrywanych za choreografią, postacie patrzące na nas oczami pełnymi zachwytu spełnianiem egocentrycznego marzenia o sławie, często zasłania nam prawdziwe oblicze stojących na niej ludzi. Bo największym z "zapomnień" wydaje się tutaj to, że oni w... Scena, na której widzimy wtopione w światło gwiazdy, osoby będące źródłem płynących z ust emocjonalnych słów, energiczne wulkany wzruszeń i złości skrywanych za choreografią, postacie patrzące na nas oczami pełnymi zachwytu spełnianiem egocentrycznego marzenia o sławie, często zasłania nam prawdziwe oblicze stojących na niej ludzi. Bo największym z "zapomnień" wydaje się tutaj to, że oni w ogóle SĄ ludźmi. Że targają nimi rozterki, że często mają za sobą wyboiste drogi, że ich serca są łamane a ich uczucia wystawiane na próbę. I o tym, kim mogłaby być i co mogłaby dźwigać w bagażu przeszłych doświadczeń folkowa piosenkarka, dziś już w dojrzałym wieku, właściwie u schyłku kariery, opowiada nowa powieść Laury Barnett "Największe przeboje".

O tym, że Pani Barnett pisze bardzo obrazowo, snuje opowieści z pozorną łagodnością lecz i mocno podkreślając momenty, które bolą czytelnika współodczuwającego udręki i rozterki bohaterów, przekonaliśmy się już w poprzedniej, dobrze przyjętej powieści "Wersje nas samych". O tym zaś, że z łatwością wierzymy w realne istnienie Cassandry Wheeler, folkowej/popowej piosenkarki, która właśnie w tym, wybranym dla niej przez autorkę momencie życia, decyduje się na powrót w świat muzyki z pewnego rodzaju muzyczną i życiową retrospekcją, przekonujemy się w fikcyjnej biografii serwowanej nam tutaj.

Świat muzyki to świat ludzi wrażliwych. Nadwrażliwych. Słyszących w głębi siebie melodie i słowa, które niosą ich przez życie, które stanowią jedyną możliwą drogę, i od których nie ma ucieczki, nawet gdy konkurencję stanowić będą najbliżsi, dzieci, partnerzy, rodzina.
"Nie ma nic prócz tego miejsca, nic prócz tej chwili, a ona jest wszędzie i nigdzie, nurkuje i pływa w tym basenie dźwięków. Fale, wiry i prądy ciągnąca ją w dół. (...) na koniec piosenki wynurza się i łapie oddech, po czym następuje chwila ciszy i bezruchu, tak krótka, że Cass niemal jej nie zauważa, bo teraz już klaszczą, krzyczą, wybijają własne rytmy pierwotnym uderzeniem dłoni w dłoń." (str.189)

Maria Cassandra, po dość dramatycznym okresie dzieciństwa trafia na próg artystycznego domu swojej ciotki. Wraz z bardzo jeszcze młodziutką dziewczynką przekonujemy się o nietypowości życia w takiej rodzinie, o dostrzeganiu w sobie talentu, a z wiekiem i o swojej wyjątkowości. Ta ostatnia świadomość prowadzi czasem do popełniania błędów, dokonywania wyborów, które latami będą ją prześladowały swoja niedoskonałością i konsekwencjami. Owa wyjątkowość poprowadzi ją też jednak na sceny brytyjskie i amerykańskie, w światła jupiterów, do studiów nagraniowych, na salony gwiazd niezwykłego formatu. Tutaj autorka wspiera domniemaną realność swej opowieści nazwiskami artystów i producentów jak i nazwami zespołów, które każdemu fanowi ówczesnej muzyki są nie tyle znane, co wręcz wzbudzają poczucie zachwytu i niemałej zazdrości wobec spotykającej ich na swojej drodze bohaterki.

Poprzez plątaninę owego rodzinnego, choć mocno zagmatwanego i artystycznego, trudnego do zdefiniowania życia, poprzez narkotykowe i alkoholowe zachłyśnięcia oraz wielkie wybuchy uczuć i namiętności, skrywanych głęboko tęsknot i bólu nie do pojęcia, Cassandra poznaje obie strony tego innego od naszej codzienności życia. Jasne strony, które niesie za sobą sława, miłość i macierzyństwo i te ciemne strony, które artysta nosi gdzieś poza sobą, gdzieś ponad trasami, koncertami i nagrodami. Nosi je dlatego, że jest artystą, wolnym ptakiem, odrębnym bytem ale i dlatego, że ów artysta sam często zdaje się zapominać, że jest człowiekiem, tyleż wielkim, co nieodpornym na ból i straty, niezdolnym zapomnieć, niezdolnym się otrząsnąć i czasem niezdolnym nie upaść.
"Bo Cass ciągle zadawała sobie pytania, jaką była matką, jaką żoną, jaką kobietą. Samolubną, targana konfliktami, pełną złości, niedoskonałą. Kobietą, która nie zasługiwała na miłość. Której na pewno lepiej będzie w samotności." (str.499)

Fantastyczna konstrukcja "Największych przebojów" pozwala nam nieustannie stapiać się z opisywanym na jej kartach życiorysem. Opowieść przeplata bowiem czas obecny, gdy Cassandra, po latach walki z wewnętrzną ciszą, pojawia się w studiu by nagrać płytę opowiadającą dawnymi piosenkami o tym, co przyniosło jej życie, z czasem przeszłym. Ów przeszły czas autorka wkomponowuje w rozdziały nazwane tytułami piosenek, po czym każdy z nich rozpoczyna od tekstu owej piosenki. Tekstu, który prowadził nas będzie przez wydarzenie idealnie stopione ze słowami, które w danym czasie Cassandra dokładała do grającej jej w duszy muzyki.

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie oprawa artystyczna powieści Laury Barnett. Brytyjska piosenkarka Kathryn Williams, nawiązując współpracę z pisarką, swój czternasty album postanowiła poświęcić połączeniu tekstów stanowiących zawarte w powieści piosenki i własnych kompozycji. Tak więc, nie do wiary!, autorka, piosenkarka i sami wydawcy pomagają nam odpłynąć wraz z subtelną Cassandrą w świat muzyki, zagrany i zaśpiewany specjalnie ku naszemu współodczuwaniu. Każdy rozdział okrasić możemy wysłuchaniem śpiewanej opowieści. Tutaj fikcja się kończy, ta płyta naprawdę istnieje, a posłuchamy jej na przykład pod adresem: https://open.spotify.com/album/7lFzJlwJZoMxRRsIdStApH, a sama autorka w notce kończącej książkę pokieruje nas także do sklepu.
Ktoś może uznać za godne pożałowania, że tak piękne wsparcie wokalne nie pojawiło się bezpośrednio w powieści jako dołączona płyta lub w innej formie gwarantującej do niej dostęp, ale czy nie bywa tak, że wolimy sobie wyobrażać? Tworzyć własne wersje? Własne interpretacje i wizje twórczości bohaterki? A jeśli nawet tak nie jest, to racjonalnie patrząc, cena powieści musiałaby wzrosnąć dość drastycznie. Zatem komu wyobraźnia, temu dusza zagra. A komu wersja Kathryn Williams temu niezawodny świat internetu.

Pięknie podana przez wydawnictwo, z okładką w formie płyty, zupełnie zaskakująco ubrana w rozdziały opisujące fragmenty życia wsparte tekstami odpowiadających im utworów, barwnie i opisowe skonstruowana opowieść pełna artyzmu, szaleństwa ale też cierpienia, traum i rozpaczy. Wszystko to podane subtelnym, bardzo kobiecym językiem sprawia, że z przyjemnością przechodzi się przez opowieść, która nie jest przecież jakimś wyjątkowo wciągającym thrillerem czy kryminałem, która jest tak zwyczajna w swym prawdopodobieństwie, że w opisie może wydać się komuś nudna. Ale tutaj nie ma nudy, tutaj jest życie. Życie dziewczynki, kobiety, matki, gwiazdy. Życie utkane z radości i smutków. Zwyczajne życie pewnej artystki, życie, które tak często dla obserwatorów wydaje się być niezwyczajne.

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za możliwość zapoznania się z powieścią w przeddzień premiery.

pokaż więcej

 
2018-07-23 00:55:44
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Wysłuchane

Bywa tak, że w trasę wyrusza się nagle. Trasa dość długa, samotna, zawodowa... wiadomo. Radio to dobry towarzysz podróży, no ale książka!... Proszę Państwa!... książka towarzyszem jest idealnym. A gdy dłonie na kierownicy, wtedy moja dusza czytelnicza łaskawie zgadza się na audiobooka.
Jeffrey Archer to jeden z tych autorów, których znam i lubię od dawna, i za którego (niestety pochopnie)...
Bywa tak, że w trasę wyrusza się nagle. Trasa dość długa, samotna, zawodowa... wiadomo. Radio to dobry towarzysz podróży, no ale książka!... Proszę Państwa!... książka towarzyszem jest idealnym. A gdy dłonie na kierownicy, wtedy moja dusza czytelnicza łaskawie zgadza się na audiobooka.
Jeffrey Archer to jeden z tych autorów, których znam i lubię od dawna, i za którego (niestety pochopnie) poręczyłabym, gdyby ktoś zapytał czy warto po niego sięgnąć. Wprawdzie nie obdarowuje nas dziełami na miarę klasyków poetyckich opisów i rozrywających serce emocjonalnych bitew, niemniej służy wyśmienitej rozrywce, bez zbędnych obciążeń, potrzeby nadmiernego skupienia - zdawać by się mogło, ideał nieobecnego pasażera w podróży. Niestety nie w tym konktetnym przypadku.

A skoro o przypadkach mowa... "Za dużo przypadków" to niedługie opowiadanie, 60 minut opowiastki czytanej przyjemnie, acz moim zdaniem nieco zbyt słodko, przez Dorotę Pomykałę. Choć może Pani Dorota, okraszając dialogi westchnieniami i naiwną słodyczą w głosie, ratowała tekst, który według mnie na papierze nie obroniłby się przed odłożeniem. Bohaterka - naiwna acz sympatyczna Ruth, przeskakuje w trakcie ledwie godzinki przez trzy związki, trzy największe miłości życia, trzy oczarowania i jeden solidny upadek na cztery litery. Na szczęście słuchacz nie omdlewa z rozpaczy, gdyż nie ma ku temu powodów po szybkim ekonomicznym ocenieniu zysków i strat bohaterki. Bo przecież od początku jest jasnym, że całe opowiadanie rozpisał nam autor według znanego, niekoniecznie lubianego wzoru: "jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze". Jedyna osoba, która o tym nie wiedziała, to otumaniona męskimi zalotami Pani Ruth.

Jest (powiedzmy) romantycznie, ale cóż ma w sobie z romansu trzykrotne wpadanie po uszy w miłostki? Chyba tylko naiwność i beztroskę typową raczej dla nastolatek a nie matek dwóch, uczęszczających już do szkoły synów. Zatem może mamy tu suspens i niecierpliwe oczekiwanie na kolejne zaskakujące akapity, co przecież przychodzi Panu Archerowi bez trudu? Nic z tego, niestety.
A zatem, czy cokolwiek pozytywnego wynika z przesłuchania owego audiobooka? Otóż, dostajemy lekcję wartą zapamiętania. Nawet gdy ma to być umilacz drogi, nawet gdy nie zależy nam na rozpamiętywaniu rozterek bohaterów długo po ukończeniu słuchania, poświęćmy jednak więcej niż chwilę na wybór odpowiedniej słuchanej lektury. I jednak nie oceniajmy po okładce, ups, przepraszam, po nazwisku. Bo miało być pięknie, a niestety nie było.

pokaż więcej

 
2018-07-19 01:59:10
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadane, Ulubione

"Jest czas na zabijanie i czas na miłość. Wszystkie historie są o miłości i śmierci, i ta też będzie właśnie o tym" (str.347). A w owym czasie na śmierć straszna jest wojna. Albo ta chwila, gdy znękana, niekochana, odrzucona dusza tylko w śmierci odnajduje wyzwolenie. Swojej lub cudzej. Ale zawsze tej, która da szansę na dalsze życie. Swoje lub cudze. A najstraszniejsza ze śmierci niesionych... "Jest czas na zabijanie i czas na miłość. Wszystkie historie są o miłości i śmierci, i ta też będzie właśnie o tym" (str.347). A w owym czasie na śmierć straszna jest wojna. Albo ta chwila, gdy znękana, niekochana, odrzucona dusza tylko w śmierci odnajduje wyzwolenie. Swojej lub cudzej. Ale zawsze tej, która da szansę na dalsze życie. Swoje lub cudze. A najstraszniejsza ze śmierci niesionych wielkimi bitwami i małymi potyczkami jest nie ta, którą za sobą niosą wydający rozkazy i dzierżący karabiny. Najstraszniejsza to ta, która każe zostać i czekać, ból znosić i cierpienie, i pogardę zarówno wroga jak i swoich. I niekoniecznie wojną światową niesionych ale wojną z zabobonami lub za ich przyzwoleniem, przeciw rudym i Żydom, przeciw innym. I ten wielki strach, który każe podejmować decyzje, które nigdy już naszego życia nie opuszczą. A jeśli się zdarzy, to tylko by przenieść uczynione zło na pokolenia następne i następne. Bo te decyzje okażą się lata, wieki później silniejsze niż czas na miłość. Będą zmuszały do walki z chęcią zemsty bądź do walki by mścić. A ci, którzy te straszne lata wojenne, powojenne, złe czasy poddania się woli innych, czasy wybierania mniejszego zła przeżyją, będą ciągnęli za sobą bagażem zbyt ciężkim, bo go unieść w próbach zapominania.

Katarzyna Zyskowska nie bawi się w ocenianie, daje nam zdanie, dwa i wiemy. "Wszystko płynie, wszystko się toczy. Łzy po policzkach, rude głowy po mchu. I los..."(str.501). Daje nam autorka Felicję, która pokocha dwa razy i dwa razy pokocha źle. Felicje, która w swej codzienności ucieka od spojrzen mogących sprostać jej niezwykłości i wyjątkowości. "Za dnia taka eteryczna, spokojna i introwertyczna, delikatna jak porcelanowa lalka, a pośród splatanych leśnych cieni, przy akompaniamencie spadających gwiazd, wstępuje w nią nieznana energia." (str.83)
I Bronka nam daje, który przed swymi miłościami będzie uciekał ani nie umiejąc ich docenić, ani im sprostać, wreszcie nie mogąc żyć ani z nimi ani bez nich. Bronek będzie ze sobą niósł raz żydowską duszę, raz polskie wychowanie, będzie arystokratycznym sobą cierpiał w pozbawionej światła piwnicy i z owej piwniczej niedoli wyrażał będzie niemą zgodę na coś, co jemu samemu wydawało się będzie zbytnia naiwnością. Będzie wybierał pomiędzy gorącym, rodzącym mu córkę żydowskim życiem dalekim od kabaretu a między idealizowaną latami Królową Śniegu, która wreszcie okaże się niespełnieniem i kłamstwem. Fela, ów młodzieńczy miraż, z owego pozornie zimnego serca wydobędzie wiele zła, lecz będzie to zło, które ma posłużyć obronie tego, co najcenniejsze i czego, prócz niej, nie ocalił się ocalić nikt.
I rudowłosa, pięknie śpiewająca Estera, pojawiająca się u boku Bronka i Felicji na moment zaledwie. Ta Estera Żydówka pozostanie wyrzutem sumienia do końca życia obojga. A także daleko poza nie. Ku następnym pokoleniom, które owym torem zła w imię dobra, będą już podążały wiedzione przez niekoniecznie ślepy los.
Na kolejne lata, na dzieci i wnuki tych trojga, na rozsupłanie ich poplątanych jedną nicią losu autorka każe nam czekać do ostatnich stu stron. Tu wychowają się dzieci, tu zmierzą się z demonami przeszłości, okiełznując je bądź im ulegając. Wcześniej zaś będzie ciekawie i przerażająco, poważnie i oburzająco, pięknie i strasznie a przede wszystkim obezwładniająco.

Zaczynając czytać tę powieść miałam wrażenie brania w dłonie lekkiej, przyjemnej historyjki. Począwszy od dziewczyny, która wyrywa się z małego miasteczka by w Warszawie w mieszkaniu ojca, o którym dotychczas wiedziała niewiele, spędzała będzie czasy studiów. Poprzez miesiące, gdy tam mieszkając pozna swojego wykładowcę, zostanie jego kochanką, potem partnerką. Kochanką nietypową, bo żyjącą w związku niepozbawionym brutalności, agresji. I czytając te pierwsze strony miałam wrażenie, że przyjdzie mi odłożyć "Historię złych uczynków" na półkę z zalewającymi rynek thrillerami, ciut erotycznymi, ciut psychologicznymi, rozszarpującymi kolejne rany chorych związków. Ot Nina I Miłosz, prosta historia o toksycznej miłości.
"Obrażona i zarazem tęskniąca jak pies za panem, skomląca o ostatni czuły gest, o wybaczenie, sprzątałam pobojowisko, które zrobiliśmy wspólnie w mieszkaniu." (str.153)
Tylko czy Miłosz, ten ze światka przestępczego, ten, który nagle znika bez śladu bezlitośnie pozostawiając na pastwę losu osamotnioną, ciężarną Ninę, to ten Miłosz, który tkwi w naszej wyobraźni dzięki pierwszemu wrażeniu? Czy Nina to ta ścigana pechem i własną chora bezwładnością to Nina, która niesie ze sobą świadectwo poprzednich pokoleń? To co przygotowała nam w odpowiedzi Pani Zyskowska to rozwiązanie wręcz niewiarygodne.

Gdyby owa trudna miłość nie pojawiła się w naszej teoretycznie prostej i zwyczajnej opowieści z początku książki, nigdy nie doszłoby do poznania faktów z przeszłości, Nina nigdy nie poznałaby matki Miłosza, nigdy nie odbyłaby ze swoją matką rozmów, powodujących zachłyśnięcie się straszną prawdą, nigdy nie doprowadziłaby nas wreszcie do finału, który jest tak szokujący, że wszystkie głoszone czy dopiero tkane teorie kompletnie tracą sens. Wszak jest czas miłości i czas śmierci...

Od drugiego rozdziału już nie jesteśmy w Warszawie, albo troszkę tylko, gdy getto stanie się faktem dla Bronka i jego ojca. Bardziej zaś jesteśmy w Aninie, w "domku dla lalek", przez który przewiną się postacie czasem szybko znikające z kart życia, czasem wulgarne, czasem nieumiejące kochać własnych dzieci, czasem pałającą żądzą do młodych dziewczynek. Ale i te siejące dobro, pokutujące za winy, zostające pośród ruin, gdy nie zostaje nikt, uciekające tylko dlatego, że przyszło im ratować własne dzieci.

Dwutorowość czasowa, historyczna to dla autorki także dwutorowość językowa. "Historia ..." łączy owe odległe czasy i miejsca w sposób wybitny. To co szybkie, związane ze współczesną Warszawa i jej stylem istnienia, także z ciemnymi sprawkami, światem gangsterskim, autorka podaje nam językiem współczesności - krótkim, niemal reporterskim, przetykanym przekleństwami nadającymi moc reakcjom, złości, brutalność. Druga zaś opowieść - ta sprzed lat, z innych traum i przeżyć, z innych salonów, lśniących lakierków, letnisk, potem zaś wojny i jej szaleństwa, napisana jest niezwykle poetycko, jest niczym opowieść snuta przez wybitnych klasycznych pisarzy pieszczących czytelnika inwersjami, formami biernymi, smakowitą polszczyzną. Zmieszanie owych języków powoduje, że wydarzenie się przenikają ale nie stapiają w jedno. Że nie tylko opisowo, ale i duchowo przenosimy się wraz ze stylem i formą w odrębne czasy, że szybko otrząsamy się z tego co zaszłe, by zmierzać dzisiejszymi torami w wulgarność PRLu i kolejnych dekad. I znów wracamy w łagodny, przejmujący styl, który tym bardziej wszystko co straszne, wojenne, czyni przenikliwym, co budzi naszą empatię i niemoc.

Przepiękna książka. W roli głównej kobiety. Silne, wytrwałe, chroniące swoje dzieci wszelkimi sposobami. Kobiety, dla których kłamstwo, upodlenie, nawet zabójstwo staje się dozwolonym środkiem, gdy chodzi o ochronę miłości - tej partnerskiej lub matczynej. Póki nie stanie się jasne, że za krzywdy, także te, które same w sobie usprawiedliwiały, muszą mieć swoje konsekwencje, muszą zostać ukarane. Jak decyduje się je karać Katarzyna Zyskowska? W sposób, któremu dają wyraz stare wierzenia, zabobony, biblijne cytaty, symboliczne wydarzenia i stworzenia. I to owe złe uczynki, które autorka uczyniła bohaterami "Historii..." i nasze subiektywne ich odbieranie powodują, że owa, rozpoczynająca się od zwyczajności powieść, prowadzi nas w zakątki niezwykłe, tak ludzkie i tak jednocześnie zależne o pohukującej w raz z sową, prastarej sprawiedliwości.

pokaż więcej

 
2018-07-16 18:36:31
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Darowane, Posiadane

Powieść opisów, barw, egzotycznego ptactwa. Powieść podróży poza horyzont. Powieść miłości, poświęcenia, matczynych dramatów i rozterek. Taką właśnie książkę podarowała nam Melissa Ashley, przelewając na karty "Malarki ptaków" życie, emocje, wahania niezwykłej artystki, a jednocześnie wkładając w nią w sposób widoczny swoje własne serce, miłość do natury i podziw dla bohaterki.

Bardzo trudno...
Powieść opisów, barw, egzotycznego ptactwa. Powieść podróży poza horyzont. Powieść miłości, poświęcenia, matczynych dramatów i rozterek. Taką właśnie książkę podarowała nam Melissa Ashley, przelewając na karty "Malarki ptaków" życie, emocje, wahania niezwykłej artystki, a jednocześnie wkładając w nią w sposób widoczny swoje własne serce, miłość do natury i podziw dla bohaterki.

Bardzo trudno jest stworzyć biografię osoby, która tak naprawdę nie może nas zachwycić niebywałymi przygodami, czy też poruszającymi w nieustannej gonitwie emocjonalnymi rozterkami (choć rozterki jako takie, także dramatyczne, jednak się zdarzają) tak, aby owa biografia nie stała się zbiorem suchych informacji, które przerodzą się w listę dat, odwiedzonych miejsc i związanych z nimi osiągnięć naukowych. Co więcej, to co czyniło życie Elizabeth niesamowitym w czasach jej współczesnych, jak łączenie ze sobą opieki nad dziećmi, życia rodzinnego i pracy zawodowej, czasem również wymagającej długich i dalekich podróży, dzisiaj nie jest niczym niezwykłym, nie jest niczym, co powodowałoby odczucia z pogranicza wielkiego poklasku. Niemniej jednak, trzeba zdać sobie sprawę o jakim czasie czytamy. Pamiętajmy, że początek XIX wieku to czas nietypowy dla rozdzielania rodzin przez względy zawodowe, dla podróży zamorskich, dla asymilowania się z australijską, niezwykłą, bo kolonialną formą życia. To czas, gdy kobiety prawie nieustannie były w ciąży, połogu lub właśnie goiła rany po kolejnym poronieniu bądź pochowaniu niemowlęcia. Elisabeth nie odstawała od tego typu przyjętej za właściwą, roli kobiety. To, co stanowi o jej wyjątkowości to fakt, że postanowiła połączyć macierzyństwo z wielką pasją, którą stanowiła, inaczej niż obecnie pojęta praca zawodowa u boku męża. To połączenie czyni Elizę kobietą niezwykłą nawet dziś. Bo czyż nie jest prawdą, że rzadko się zdarza, by kobieta, która poświęca się tak dużej rodzinie, znajdowała także czas i ochotę na to, by rozwijać swoje zainteresowania w dziedzinie wymagającej tak wiele czasu, tak długich podróży a przede wszystkim, tak drastycznych decyzji?

Ogromną walkę staczają ze sobą matka i malarka, żona, bez której mąż nie wyobraża sobie dalekiej wyprawy i kobieta, która w związku z owym faktem musi swoje, maleńkie jeszcze dzieci, pozostawić pod opieka matki i kuzynki, która musi odchodzić od zmysłów, nie mogąc być przy chorej córce w momencie, gdy jej dalsze życie pozostaje niepewne. Wreszcie, wielka walkę prowadzi przeciwna zabijaniu, ubolewająca nad polowaniami i kradzieżami gniazd dusza i mieszkający w głowie naukowiec.
"Kim byłam, żeby oceniać śmierć naszych chwostek? Nawet gdyby udało nam się utrzymać przy życiu pierwsze schwytane okazy, byłoby to fałszywym zawieszeniem wyroku. Nie da się zliczyć, ile zwierząt poświęcimy my i inni w służbie nauce, jak też uciec przed prawdą, że to my decydowaliśmy o tym, czy stworzenie, bez względu na to, jak piękne lub rzadkie, przeżyje." (str.229)
Są to momenty, które spotykają się także z moim sprzeciwem. Nie jest dla mnie zrozumiała, pomimo świadomości walorów naukowych, fascynacja preparowaniem, wypychaniem, cóż.. zabijaniem zwierząt dla celów badawczych. Wiem jednak i rozumiem, że w ówczesnych czasach nie dysponowano technologią pozwalającą na to, by śledzić życie, migrację, zwyczaje ptaków, i że był to właściwie jedyny sposób na to, by zapoznawać współczesnych z egzotyką świata ptaków, szczególnie tych reprezentujących faunę odległych kontynentów. Może gdyby nie tacy pionierzy jak Elizabeth i John, nie bylibyśmy w stanie nigdy dowiedzieć się tak wiele. Poza tym, ilustracje jakie tworzyła bohaterka, były wtedy bardzo pożądane, stanowiły "ówczesne fotografie", wstęp do zachwycających nas obecnie zdjęć czy filmów przyrodniczych. To sprawność malarki, jej dokładność, szczegółowość tworzonych przez nią portretów ptaków, sprawiały, że osoby zafascynowane światem ornitologii mogły spełnić swe marzenia, nawet jeśli nieosiągalnym było zgłębianie ich poprzez własne naoczne obserwacje. Dlatego czytając "Malarkę ptaków" rozdział po rozdziale budujemy w sobie ogromny szacunek dla pracy Elizy.

Opisy ptaków, związanych z nimi badań, podróży, także samego ich zdobywania - polowań na nie, procesu ich przechowywania i zachowywania dla współczesnych i potomnych, jak i samej ilustratorskiej pracy bohaterki, są pisane językiem niezwykle plastycznym, z podkreśleniem nie tyle naukowych informacji o stricte gatunkowej przynależności, klasyfikacji, miejscu w tabelach i wykresach, co skupiające się na kolorystyce, sposobie układania skrzydeł, kończyn, barwności upierzenia i innych niezwykłych cech. Pozwala nam to przechodzić przez nie łagodnie, z głową pełną kolorowego, egzotycznego ptactwa, bez wrażenia czytania rozprawy naukowej. Kreują one przed naszymi oczami wizje danego okazu, pozwalają nam wyobrazić go sobie i zrozumieć dlaczego zafascynował zarówno kolekcjonerów, w tym męża Elizy - Johna, jak również ją samą, przelewającą swój malarski talent na ilustracje, które miały w przyszłości służyć poszerzeniu wiedzy o faunie, głównie australijskiej.
"Rdzenni mieszkańcy i Europejczycy nadawali rajskim ptakom swego rodzaju magiczny status, nazywając je ptakami aniołami, ptakami duchami lub bogami. Ich urzekająca uroda obudziła przekonanie, że są nie z tego świata."
Przyznać jednak muszę, że w którymś momencie złapałam się na tym, że owe opisy nie tyle stały się dla mnie nudne, co niejako zapętlone, powtarzające ten sam temat podany innymi słowy, bo też inne dzioby, stopy i trele dostajemy z kolejnym zoologicznym opisem. Nie oznacza to, że sama opowieść jest nudna, bo tak nie jest. Niemniej, zdecydowanie odpowiednim odbiorca tej książki będzie ktoś, kto w sposób bardzo subtelny, nieprzesadnie naukowy ale jednak chce poznać charakterystykę ptaków, zapoznać się z nowymi europejskimi, potem zaś austalijskimi gatunkami.

Melissa Ashley spowodowała, ze jej książka trafia nie tylko do osób zainteresowanych ptactwem. Dzieje się tak dlatego, że ów dziennik, pamiętnik, w który została ubrana biografia niezwykłej kobiety, napisana jest językiem, który przeprowadza nas przez opowieść niczym przez połączenie powieść obyczajowej, wspartej na przemyśleniach i odczuciach, z przygodowymi wtrętami, dyskursami na temat niezwykłych dla nas czasów, sposobów zarządzania kolonią, niewiarygodnych morskich podróży, zagłębianiem się w nieznane rejony. Jest tutaj więcej pięknych opisów niż niszczących płynność, suchych faktów. Tyle samo miejsca poświęcone zostało matczynym obowiązkom i rozterkom, poznawaniu i opisywaniu ludzi, których bohaterka poznała w swych podróżach, a także tych, którzy dzielą jej pasje. I nie są to opisy skupiające się jedynie na ich umiejętnościach i wykorzystywaniu ich w pracy ale opisy, które czynią z nich zwykłych ludzi, stawiających czoła problemom. Nawet kiedy poznajemy zafascynowanego światem zwierząt, młodego Karola Darwina, to jest to postać ciekawa, ale jednocześnie omylna, postać kreująca pewne poglądy ale jednocześnie nie wstydząca się prosić o pomoc, kiedy uważa się za mniej kompetentnego w danej dziedzinie.

Tę płynną, bardzo obrazową książkę czyta się z przyjemnością. Jest opowieścią, która ma pośród dziennika z życia ilustratorki przemycić pewne informacje, które być może podane w inny sposób okazałyby się dla nas nudne. Przez całą powieść odczuwa się bardzo mocno, że Melissa Ashley to nie tylko pisarka, ale też poetka i wielka miłośniczka ptaków. Pisze bardzo subtelnie, a jednocześnie fakty, które mieści pomiędzy linijkami delikatnie tkanej powieści, są naukowo sprawdzone, interesujące w swej dokładności. Zaś dzięki wydawnictwu, na okładkach możemy dodatkowo zobaczyć przedruki oryginalnych ilustracji spod piór i ołówków Elisabeth Gould. Niezwykle uprzyjemniają one przechodzenie do kolejnych rozdziałów, nazwanych przez autorkę gatunkami ptaków. Wydarzenia opisane w danym rozdziale odpowiadają zarówno opisom ludzi jak i ptaków wiodących nas przez wydarzenia.
Tutaj muszę bardzo subiektywnie dodać, że prócz atrakcji oferowanych przez samą autorkę i sposób wydania jej powieści, wydawnictwo dodatkowo zaoferowało mi egzemplarz recenzencki w sposób, w jaki nigdy nie zostałam obdarowana książką. Z burzy kolorowych piórek wyjrzała ku mnie subtelna opowieść, niepozbawiona walorów naukowych, dająca kojące wrażenie i mogąca stanowić doskonały, pięknie podany prezent dla miłośników ptaków.

pokaż więcej

 
2018-07-13 17:45:41
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, 2018, Polskim językiem, Posiadane
Cykl: Komisarz Forst (tom 5)

Przy wybujałej wyobraźni i produktywności Remigiusza Mroza, znalazłam się w którymś momencie w przestrzeni pomiędzy niecierpliwą sympatią, każącą automatycznie ściągać z półek kolejną powieść sygnowaną jego nazwiskiem, a zniechęceniem wynikłym z ilości wydanych książek oraz tak różnej ich jakości, że zawsze otwiera się je z niepewnością otrzymania sycącego pożywienia dla umysłu. W wypadku... Przy wybujałej wyobraźni i produktywności Remigiusza Mroza, znalazłam się w którymś momencie w przestrzeni pomiędzy niecierpliwą sympatią, każącą automatycznie ściągać z półek kolejną powieść sygnowaną jego nazwiskiem, a zniechęceniem wynikłym z ilości wydanych książek oraz tak różnej ich jakości, że zawsze otwiera się je z niepewnością otrzymania sycącego pożywienia dla umysłu. W wypadku "Zerwy", która zamyka mój ulubiony cykl Pana Mroza, niestety czuję się jednocześnie przejedzona i nadal głodna. Jak w przypadku dziecka, które oszukało głód słodyczami.

Wiktor Forst jest bohaterem sprawy kryminalnej rozbitej na pięć tomów. Początkowo planowany jako trylogia, cykl rozrósł się do rozmiarów pentalogi z nieco niejasnych dla mnie powodów. Powody owe zdają się być jednak oczywiste dla autora, który z Posłowiu obiecuje zakończenie serii, choć nie ostateczne rozstanie z bohaterem. Dla mnie owa deklaracja brzmi równie wiarygodnie jak ta składana po trzecim tomie, niemniej być może faktycznie pewna, warta opisania sprawa, została dla Pana Mroza zakończona, zamknięta, rozwiązana. Mam szczerą nadzieję, że tak jest, gdyż jak powiadają zorientowani w skutkach nadmiernego dobrobytu ludzie: "co za dużo to niezdrowo".
Opowieść, jako całość jest dobra, ciekawa, niepozbawiona momentów ekscytacji. Porusza sprawy ważkie, piętnuje pewne zachowania - od psychopatycznych po bardziej zwykłe, odruchowe a jednak kończące się fatalnie dla innych i samego sprawcy. W "Zerwie" nie brakuje osądów wkładanych w usta bohaterów bądź podawanych w formie komentarza do wydarzeń. Po raz kolejny utwierdzamy się tu w przekonaniu, że najgorszym typem człowieka jest fanatyk. O ile w przypadku przestępców niesionych agresją, gwałtownymi reakcjami, chęcią zemsty, możemy spodziewać się jakiegokolwiek prześwitu zdrowego rozsądku, o tyle owej racjonalności nie da się przypisać osobom ślepo wierzącym w ideę dyktującą jedynie słuszna prawdę oraz prawo do wymierzania sprawiedliwości za czyny dokonane w niezgodzie z owa prawdą.
"Każdym z nas targają takie same złe emocje. Każdy z nas kiedyś w duchu powiedział sobie, że pozabija tych i owych za to czy tamto. Każdy kiedyś rzucił do siebie samego, że się powiesi. Tyle, że mamy granice, tamy, bariery(...)" (str.373)
Przekonania polityczno-historyczne są tu w stanie zagłuszyć jakiekolwiek chęci dążenia do kompromisu, poddania się sile przeciwnej argumentacji, zdają się zaś usprawiedliwiać każde postępowanie, włącznie z wyjątkowo brutalnymi morderstwami, często popełnianymi na ludziach, którzy w żaden sposób za owe piętnowane fakty historyczne nie mogą ponosić odpowiedzialności. Tymi właśnie zagadnieniami zdaje się najmocniej zajmować Remigiusz Mróz w "Zerwie".

Cyl o Wiktorze Forście, ścigającym tego właśnie typu opętanego żądzą zemsty na narodzie oprawcę, zaczynaliśmy od wysokiego C. Z zaangażowaniem towarzyszyliśmy pokiereszowanemu psychicznie i moralnie komisarzowi, który w swojej szorstkiej męskości pociągał nas zarówno jako człowiek jak i policjant mimo obaw o jego zdrowie fizyczne i psychiczne, zniesmaczenie nałogiem czy uniesienie brwi przy postępowaniu i wątpliwej zgodności z prawem.
"Nie znała nikogo, kto dźwigałby tak duży bagaż doświadczeń.Ani nikogo, kto potrafiłby go unieść. Być może ciężar w końcu złamał mu kręgosłup, nie tylko moralny, ale także mentalny" (str.350) Pogrążaliśmy się w kryminalne zagadki, ścigaliśmy wraz z nim Bestię z Tatr i kibicowaliśmy każdemu działaniu, które mogło bohaterów, z którymi łatwo było się utożsamić, ostatecznie ocalić. Z tomu na tom seria stawała się bardziej płynna, bardziej zaangażowana w szukanie podłoża postępowania mordercy i , tak jak lubię, przenosiła nas z czysto policyjnego spojrzenia na śledztwo w głąb umysłów osób bezpośrednio zaangażowanych w akcję jak i tych, którzy asystowali pierwszoplanowym postaciom.

W ostatnim tomie -"Zerwa"- konsekwentnie zatytułowanym wedle górskiego nazewnictwa, otrzymujemy rozwiązania zagadek stawianych nas poprzez strony poprzednich tomów, następują zmiany akcji zmierzające ku wyjaśnieniu zachowań pozytywnych, szczególnie zaś tych negatywnych bohaterów, a co za tym idzie, pojawiają się cóż... zmartwychwstania, dziwne, niepoparte faktami zachowania, niewytłumaczalne przemiany bohaterów. Mam wrażenie, że w swoim pędzie do zadziwienia zakończeniem, Remigiusz Mróz nieco się zapomniał. Niektóre akcje pojawiają się absolutnie znikąd, nie są poparte jakimkolwiek ciągiem przyczynowo-skutkowym, jakimikolwiek wydarzeniami przedstawionymi w poprzednich tomach czy nawet na początku samej "Zerwy". Pojawia się wrażenie braku zdecydowania samego autora, który niczym małe dziecko bawi się z nami w ciuciubabkę, żongluje życiem i śmiercią. Jakby sam sobie przyklaskiwał kilkukrotnie zmieniając zdanie na temat ewentualnego zakończenia bądź ciągnięcia wątku danego bohatera. (w głowie roiły mi się hasła typu: Ha, mam was, on żyje! A nie, właściwie to nie żyje. Albo dobra, żyje... Litości...). Autor tak bardzo chce uatrakcyjnić nasze poszukiwania winnego, że namnożenie podobnych akcji prowadzi do zniechęcenia, a czasem nawet śmieszności.

Można się zgodzić, że książka napisana jest sprawnie, czyta się ją szybko, nie ma potrzeby zatrzymywać się czy wracać do poprzednich rozdziałów, by systematycznie podążać za akcją ale owa sprawność pisarska niestety nie idzie w tym przypadku w parze z jakością. Odnosiłam wrażenie, że książkę piszą dwa odmienne pióra. Jedno, które tworzy niezwykle kulawe dialogi, przy których moja miłość do polszczyzny przeżywała katusze, bo czy nie warto przekonać się przed zleceniem druku czy słownikowo, składniowo, redakcyjnie książka nie razi niechlujstwem? Zbyt pobieżna korekta pozwoliła bowiem na: "finlandzkie ciasteczka", "alarmistyczne działanie słonego zapachu", "przerywanie mi w spotkaniu z podwładnymi", "jeśli co do czegokolwiek była przekonana" i inne lapsusy z pogranicza niedbałości i stylistyki zgodnej z tłumaczeniem angielskich zdań za pomocą powszechnego internetowego tłumacza. Należy przyznać, że książka została poparta dokładnym badaniem faktów historycznych, że na kartach odbywają się ciekawe spory dotyczące poglądów na kontrowersyjne wydarzenie z życia Polaków i ich sąsiadów, ale to wszystko ginie w owym, naprawdę nieatrakcyjnym sposobie ich podania.

"Zerwa" nie jest złą książką, niemniej jest to powieść, w której przeskoki od nadmiernie prostego języka dialogów do wybuchów patriotycznych uniesień i emocjonalnych skrajności nie zostały skomponowane w sposób, który pozwalałby na swobodne, pozbawione gwałtowności podążanie za jednymi i drugimi. Dialogi, rozpisane na krótkie, urwane, często niezgrabne językowo zdania pokrywające cała stronę, następują po górnolotnych sformułowaniach, gdzie wykrzyknienie "Na Boga!" włożone kilkakrotnie w usta policjantów jest jednym z mniej patetycznych. Nie jest przyjemnie zapadać się w plastyczne opisy sytuacji i wydarzeń, po czym przez kolejne strony przedzierać się przez rozmowy na siłę prowadzone w stronę dowcipu, z powtórzeniami i brakiem lekkości stylistycznej, która dotychczas w powieściach Remigiusza Mroza, udanie chroniła nas przed językowymi zgrzytami.

Czytanie serii o Wiktorze Forście było przyjemne. Rozumiem, że większość z nas niesionych popularnością, podobnie jak Pan Mróz dopisywałoby kolejne tomy do pierwotnie planowanej trylogii, ale nie jestem pewna czy ten pomysł przyniósł spodziewane efekty. Być może był on dobrze przemyślany ale, odnoszę wrażenie, że o wiele mniej dopracowany. Bo "Zerwę" czyta się do końca tylko po to, żeby dowiedzieć się jak, wcześniej faktycznie niosąca nas przez tomy opowieść, zostanie zakończona, jak autor zamknie losy bohaterów, jakimi ludźmi okażą się postacie, które zdążyliśmy polubić. Niestety, nie czyta się w tej samej mierze dla samej literackiej przyjemności. Miło mi było przebywać w towarzystwie Wiktora Forsta, zapałałam do niego autentyczną sympatią. Niemniej, po przeczytaniu "Zerwy" jeszcze milej jest mi się z nim pożegnać. Dalszy ciąg, podany w podobnym stylu, nie byłby moim zdaniem wart przeżywania kolejnych obaw o rozczarowanie. Pozostaje mi przyglądać się kolejnym pojedynczym powieściom, w których autor eksperymentuje z wieloma gatunkami, i jeśli nawet jedna z nich wydaje się być próbą nieudaną, o tyle kolejna pozwala na określenie czasu a nią spędzonego jako fascynującego. Mnie samą zadziwia owa sinusoida odczuć przy kolejnych powieściach Remigiusza Mroza, ale jest ona faktem.

pani-ka-czyta.blogspot.com Zapraszam

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
422 77 4772
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (201)

Ulubieni autorzy (9)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (73)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd