Zabookowane 
zabookowane.pl
Blog o literaturze. Recenzje, wydarzenia - z miłości do książek!
status: Czytelnik, ostatnio widziany 5 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-08 01:29:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Legendarna postać cesarzowej, z burzą włosów i diamentowymi gwiazdami we włosach – kto nie zna wizerunku Elżbiety Bawarskiej, uwiecznionego przez malarza Winterhaltera? Życie i osobowość Sisi fascynują i przyciągą tłumy do miejsc, gdzie mieszkała. Obowiązkową pamiątka z Wiednia musi zawierać jej portret, choćby to miała być kawa, mydełko czy etui do okularów. Nic dziwnego, że budzi ona... Legendarna postać cesarzowej, z burzą włosów i diamentowymi gwiazdami we włosach – kto nie zna wizerunku Elżbiety Bawarskiej, uwiecznionego przez malarza Winterhaltera? Życie i osobowość Sisi fascynują i przyciągą tłumy do miejsc, gdzie mieszkała. Obowiązkową pamiątka z Wiednia musi zawierać jej portret, choćby to miała być kawa, mydełko czy etui do okularów. Nic dziwnego, że budzi ona zainteresowanie twórców. Film jej poświęcony, ze zjawiskową Romy Schneider, to klasyka. Jest też bohaterką książek, a nawet musicalu, święcącego triumfy w krajach niemieckojęzycznych. Wielu biografów starało się dociec, jaka naprawdę była, rozwikłać jej skomplikowany życiorys i pokazać prawdę o jej życiu. Czy komuś się to udało? Szczerze wątpię, biorąc pod uwagę to, jak niejednoznaczną jest postacią. Nic jednak dziwnego, że zainspirowała również Daisy Goodwin, autorkę poczytnej „Wiktorii”, do stworzenia opowieści, z Sisi w tle. „Łowca posagów” to jednak przede wszystkim ciekawy portret czasów, w których żyła cesarzowa, wartka fabuła, pełnokrwiste postaci i pikantny, zupełnie niewiktoriański romans.

Właściwie za pomysłem napisania powieści, w której można by przyjrzeć się bliżej życiu Elżbiety stoi… obraz. A dokładniej puzzle z obrazem. Autorka, w posłowiu, tak wyjaśnia genezę książki:

"Postacią Sisi zaczęłam interesować się jeszcze jako mała dziewczynka, kiedy dostałam puzzle ze słynnym obrazem Winterhaltera, przedstawiającym cesarzową z gwiazdami we włosach. Kiedy wiele lat później szukałam tematu do swojej powieści, przypomniałam sobie o Sisi, a im więcej dowiadywałam się o jej wyjątkowym, słodko – gorzkim życiu, tym bardziej chciałam o nim napisać."

Nawiasem mówiąc, tych kilkanaście zdań na końcu książki wartych jest przeczytania, Daisy Goodwin wyjaśnia w nich, na ile prawdziwe są zdarzenia, na których oparła swoją historię. Większość postaci i wiele faktów ma swoje umocowanie w rzeczywistych wydarzeniach z drugiej połowy XIX wieku. Pisarka wykorzystała mało znany epizod z życia cesarzowej, podróż do Wielkiej Brytanii i tajemniczy związek z opiekunem na polowaniach, Bayem Middeltonem, nad którym do dziś głowią się biografowie, do stworzenia arcyciekawej opowieści o epoce, w której ludźmi, nawet na najwyższych szczytach władzy, targały wielkie namiętności, nieprzystające do czasów, w jakich przyszło im żyć.

Całość recenzji tutaj:
http://zabookowane.pl/literatura-z-daleka-i-bliska/literatura-angielska/daisy-goodwin-lowca-posagow-recenzja/

pokaż więcej

 
2018-12-08 01:28:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Verlaque i Bonnet (tom 1)

Tajemnicza śmierć hrabiego, pochodzącego z jednej z najbardziej szanowanych lokalnych rodzin, niewielkie francuskie miasteczko, on – przystojny śledczy, i ona – była kochanka, profesor prawa. „Śmierć w Château Bremont” M. L. Longworth wciąga od pierwszej strony, to idealna lektura na koniec lata.

Hrabia de Bremont wypada z okna i choć pozornie wygląda to na samobójstwo, sędziemu śledczemu,...
Tajemnicza śmierć hrabiego, pochodzącego z jednej z najbardziej szanowanych lokalnych rodzin, niewielkie francuskie miasteczko, on – przystojny śledczy, i ona – była kochanka, profesor prawa. „Śmierć w Château Bremont” M. L. Longworth wciąga od pierwszej strony, to idealna lektura na koniec lata.

Hrabia de Bremont wypada z okna i choć pozornie wygląda to na samobójstwo, sędziemu śledczemu, Antoine’owi Verlaque’owi, nie daje spokoju kilka szczegółów. Jak chociażby fakt, że ofiara miała na sobie okulary do czytania – chyba każdy przed skokiem z okna zdjąłby je z nosa? Do tego szlachcic był bardzo sprawny, raczej nie był to zatem nieszczęśliwy wypadek… Przystojny śledczy zaczyna prowadzić śledztwo, potem dołącza do niego była kochanka, seksowna pani profesor prawa na miejscowym uniwersytecie, Marine Bonnet. Usiłują dojść do sedna sprawy, wkrótce – jak to zwykle w kryminale, pytania i wątki zaczynają się mnożyć, a między dawnymi kochankami zaczyna znowu iskrzyć…

"Z tego, co wiem o hrabim, samobójstwo wydaje się mało prawdopodobne, ale będziemy musieli zadać te przykre pytania jego rodzinie. Obaj Bleyowie uważali, że to raczej nie wchodzi w grę. Poza tym przy zwłokach Bremonta znaleziono okulary. Nie zdjąłby pan okularów, gdyby zamierzał Pan skoczyć? – Verlaque wziął do ręki swoje okulary do czytania, które zawsze nosił na szyi, odkąd skończył trzydzieści pięć lat.

Paulik kiwnął głową.

– Tak, rozumiem, co ma pan na myśli. To jak te samobójstwa nad Morzem Śródziemnym. Zrozpaczeni ludzie składają swoje ubrania, zostawiają wszystko ułożone w porządną stertę na plaży, a potem spokojnie wchodzą do morza."

Reszta recenzji tutaj:
http://zabookowane.pl/kryminal/m-l-longworth-smierc-w-chateau-bremont-recenzja/

pokaż więcej

 
2018-12-08 01:26:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Surowy klimat pogranicza austriacko-włosko-szwajcarskiego, góry, zima i zło czające się w mroku. W swojej drugiej powieści, „Lissy””, Luca D’Andrea ponownie zabiera czytelników do regionu znanego z debiutanckiej „Istoty zła”. I znowu snuje opowieść klaustrofobiczną, mroczną i bardzo wciągającą…

22-letnia Marlene jest żoną Herr Wegenera, szefa lokalnej struktury mafijnej, człowieka, który nie...
Surowy klimat pogranicza austriacko-włosko-szwajcarskiego, góry, zima i zło czające się w mroku. W swojej drugiej powieści, „Lissy””, Luca D’Andrea ponownie zabiera czytelników do regionu znanego z debiutanckiej „Istoty zła”. I znowu snuje opowieść klaustrofobiczną, mroczną i bardzo wciągającą…

22-letnia Marlene jest żoną Herr Wegenera, szefa lokalnej struktury mafijnej, człowieka, który nie boi się nikogo i niczego… poza Konsorcjum – tajemniczej i wszechpotężnej organizacji. Dziewczyna postanawia uciec od męża, starannie przygotowany plan komplikuje niefortunny zbieg okoliczności. Najpierw w zdenerwowaniu gubi drogę, a potem wpada w burzę śnieżną i rozbija auto gdzieś na rozległych górskich pustkowiach. Pociągnie to za sobą cały szereg wydarzeń. Nieprzytomną Marlene znajduje Simon Keller i zabiera ją do swojej pustelni, ukrytej wysoko w górach. Tymczasem Wegener odkrywa nieobecność żony, orientuje się, że wraz z nią z sejfu zniknęło coś niezwykle cennego, coś, co nie miało prawa opuścić jego domu, coś, co ściągnie na nich wszystkich śmiertelne zagrożenie. Za uciekinierką wysłany zostaje Zaufany Człowiek – bezwzględny morderca, który ma tylko jedno – nieodwołalne – zadanie. Zabić. Zaczyna się dramatyczny wyścig z czasem…

Luca D’Andrea w swojej drugiej powieści tworzy klimat znacznie bardziej mroczny i niepokojący niż w „Istocie zła”. Pełna niedopowiedzeń narracja krąży i kluczy – a to wokół teraźniejszości, a to wokół przeszłości bohaterów. Wspomnienia przeplatają się z tym, co dzieje się tu i teraz. Im dalej w głąb fabuły, tym bardziej postaci, a wraz z nimi czytelnik, zagłębiają się w mrok i szaleństwo. Każdy skrywa tutaj jakąś tajemnicę, tkwiącą w przeszłości, nikt też nie jest do końca tym, za kogo się podaje.

Akcję autor ponownie lokuje w regionie Górna Adyga, więcej o niełatwej historii tych ziem pisałam przy okazji recenzji „Istoty zła”, którą znajdziecie tutaj. Tłem wydarzeń są lata siedemdziesiąte XX wieku, D’Andrea umieszcza w powieści wiele szczegółów związanych z niezwykle surowym klimatem tych ziem, szczególnie ciekawe są detale dotyczące życia Bau’rów.

"Simon Keller, jak jego ojciec, a przed nim ojciec jego ojca, był Bau’rem.

Bau’r to rolnik, ale też Kräutermandl, myśliwy, leśnik, kucharz, stolarz, hodowca, lekarz, czasem sportowiec i wreszcie kapłan. Przede wszystkim miał być kapłanem. Tam na górze bez wiary umierało się z samotności i ciszy. Wiara pozwalała wypełnić odpowiedziami białe okresy długich, niekończących się zim. Bau’r był panem gór."

Całość recenzji tutaj:
http://zabookowane.pl/kryminal/luca-dandrea-lissy-recenzja/

pokaż więcej

 
2018-12-08 01:24:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

O książkach Magdaleny Witkiewicz mówi się, że są plasterkiem na duszę. W bibliotece wpadła mi w ręce jej powieść „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, postanowiłam zatem sprawdzić, na czym polega fenomen popularności tej pisarki. I… muszę powiedzieć, że przepadłam bez reszty. W tej książce jest wszystko: miłość – szczęśliwa i złamane serca, historia wielkiej przyjaźni, tajemnica z przeszłości, a... O książkach Magdaleny Witkiewicz mówi się, że są plasterkiem na duszę. W bibliotece wpadła mi w ręce jej powieść „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, postanowiłam zatem sprawdzić, na czym polega fenomen popularności tej pisarki. I… muszę powiedzieć, że przepadłam bez reszty. W tej książce jest wszystko: miłość – szczęśliwa i złamane serca, historia wielkiej przyjaźni, tajemnica z przeszłości, a nawet postaci nie z tego świata. Akcja po części dzieje się w moim ukochanym Gdańsku, co okazało się dodatkowym atutem (chociaż nie miałam o tym pojęcia, sięgając po „Czereśnie…”). Jeśli szukacie lektury, która ogrzeje Wasze serca przy tej niesprzyjającej aurze za oknem, to nie mogliście trafić lepiej.

Główną bohaterką powieści jest Zosia Krasnopolska, córka lekarzy, dziewczyna nieco wycofana ze szkolnego towarzystwa i trochę przez nie wyśmiewana. Kiedy raz postanawia być „równą” kumpelką i idzie z klasą na wagary, zostaje – jakże by inaczej – przykładnie ukarana. Przy aprobacie surowych rodziców, w ramach prac społecznych, odwiedzać ma z obiadami starszą panią. Ot, zwykła historia, jakich pełno w życiu każdego ucznia. Ale nie dla Zosi – to pozornie błahe wydarzenie zaważy bowiem na całym jej życiu.

"Gdy dzisiaj myślę o pani Stefanii, uśmiecham się. Wspominam tę drobną kobietę z ogromnym sercem i wielką duszą. Kiedy myślę o moich życiowych wyborach wiem, że za każdym z nich stoi właśnie ona. Nigdy nie narzucała mi niczego, ale umiała zadawać właściwe pytania. Odpowiedź na nie często poszerzała moje horyzonty i otwierała oczy na świat.

Pani Stefania bardzo szybko zauważyła, że jestem uzdolniona artystycznie. Rodzice odkryli moje muzyczne talenty, o innych nie wiedziałam. Nie pamiętam, co było impulsem do tego, że pierwszy raz zaczęłyśmy coś robić wspólnie. Była skarbnicą pomysłów. Tuż pod oknem stał wielki dębowy kufer, w którym trzymała włóczki, tkaniny, dzianiny, równo zwinięte wstążki i przepiękne koronki."

Całość recenzji tutaj:
http://zabookowane.pl/literatura-z-daleka-i-bliska/literatura-polska/magdalena-witkiewicz-czeresnie-zawsze-musza-byc-dwie-recenzja/#more-3084

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:41:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

– O czym myślisz? – zapytała Zuzanna.

– Bardzo lubię ten ogród. Tak, jakby był kimś mi bliskim, żywą istotą. To on powiedział mi o najważniejszych rzeczach w moim życiu – odparł Adam.

Wiedzieliście o tym, że kwiaty mają swoją mowę? Za ich pomocą można przekazać bardzo wiele, właściwie wszystko. W wiktoriańskiej Anglii popularne było przesyłanie bukietów z zaszyfrowaną wiadomością. Kiedy...
– O czym myślisz? – zapytała Zuzanna.

– Bardzo lubię ten ogród. Tak, jakby był kimś mi bliskim, żywą istotą. To on powiedział mi o najważniejszych rzeczach w moim życiu – odparł Adam.

Wiedzieliście o tym, że kwiaty mają swoją mowę? Za ich pomocą można przekazać bardzo wiele, właściwie wszystko. W wiktoriańskiej Anglii popularne było przesyłanie bukietów z zaszyfrowaną wiadomością. Kiedy nieśmiałość albo konwenanse nie pozwalały na wyrażenie uczuć wprost, dzięki różom, irysom, peoniom bądź nawet dzięki bazylii – można było zrobić to w sposób znacznie bardziej subtelny. I oczywiście romantyczny.

Zuzanna, niespełna czterdziestoletnia matka samotnie wychowująca syna, na co dzień zajmuje się ogrodami: projektuje, sadzi, kopie, dogląda… Kocha rośliny, więc robi to z pasją, choć praca jest ciężka, a jej pracodawca – po prostu ją wykorzystuje, obarczając zbyt dużą ilością obowiązków, nie szanując jej wolnego czasu, a przy tym niewiele płacąc. Robert Kozak (właściciel firmy projektującej ogrody i największego sklepu ogrodniczego w Starej Leśnej, a jednocześnie szef Zuzanny) nie ma bowiem ręki do ogrodów, pomimo dyplomu architekta krajobrazu. Dzięki utalentowanej pracownicy (czego rzecz jasna nigdy głośno nie przyznaje) firma Kozak Gardens prosperuje jednak świetnie i w swojej branży jest najbardziej znana w okolicy, a sam Kozak może przychylać nieba swojej żonie, Moniczce. Nawet wówczas jednak, gdy z zapałem realizuje zachcianki kapryśnej małżonki, daje znać o sobie jego skąpstwo, co bywa dramatyczne w skutkach. Taka okazała się chociażby oszczędność na miniaturowej śwince, wymarzonym pupilu Moniczki. Ale o tym przekonacie się sami… Wróćmy do głównych bohaterów powieści.

Kiedy do Starej Leśnej przyjeżdża Adam Przygrodzki – kupuje tu willę, starą i zniszczoną, ale z piękną historią – o urządzenie zapuszczonego ogrodu zwraca się do Kozak Gardens. A Kozak Gardens wysyła do Adama Przygrodzkiego Zuzannę. Pewnie nie byłoby w tym zleceniu nic szczególnego, gdyby nie fakt, że klient jest dawną miłością Zuzanny. I jej wielkim rozczarowaniem. Co więcej, kiedy dochodzi do spotkania, Przygrodzki zachowuje się chyba najgorzej, jak tylko zachować się może mężczyzna wobec kobiety, z którą coś go łączyło – to znaczy nie poznaje jej. A potem, zdaniem Zuzanny, wcale nie jest lepiej. Nic zatem dziwnego, że kochająca kwiaty i zafascynowana ich tajemnym językiem kobieta, postanawia poprzez projektowany przez siebie ogród wyrazić wszystkie emocje, jakie wiążą się z osobą przystojnego Adama. Początkowo więc niemal połowę przestrzeni, jaką ma do zagospodarowania, zamierza obsadzić bazylią („bazylia od bazyliszka, znaczy – nienawiść”), ale z czasem jej projekt zaczyna ewaluować. Zmianie ulega bowiem także relacja Zuzanny i Adama. On, porzucony przez żonę, spragniony bliskości, rodzinnego ciepła, zaprzyjaźnia się z Wojtkiem, synem Zuzanny, a w niej samej zaczyna dostrzegać to, czego do tej pory brakowało mu w kontaktach z kobietami. Ona zaś powoli zaczyna wierzyć, że jest warta miłości. Dlatego w ogrodzie znajduje się miejsce na lewkonie („czuję się związana z tobą emocjonalnie”) czy żółte róże parkowe („rośnie we mnie uczucie”). Niestety rośnie w nim także głóg, w wiktoriańskim języku roślin oznaczający trudności… Jak każda historia miłosna, która ma szansę pochłonąć czytelnika, także i ta ma swoje komplikacje.

„Ogród Zuzanny” to jednakże nie tylko romans, ale także ciepła, pełna uroku i humoru opowieść obyczajowa o mieszkańcach podwarszawskiej miejscowości. Obok pary głównych bohaterów pojawia się w niej cała plejada barwnych postaci. Mamy więc babkę i matkę Zuzanny, przedstawione w powieści jako dwie antagonistki, różniące się od siebie niemal wszystkim. Dziewięćdziesięcioletnia Cecylia jest pełna życia, pomimo podeszłego wieku, przypomina kolorowego ptaka, wierzy w romantyczną miłość, przywiązuje wagę do piękna i drobnych radości życia, kocha ludzi z wzajemnością. Krystyna jest za to praktyczna i zgorzkniała, a jej relacje z Zuzanną są przynajmniej trudne. Mamy w książce także przyjaciółki głównej bohaterki, Wiolę i Kazię, którym życie ułożyło się diametralnie odmiennie, a które mimo to pielęgnują swoją znajomość i wspierają nawzajem. Mamy barwne postaci miejscowego proboszcza – Augusta Fąfary, cukiernika – Stanisława Grzybka, aptekarza – Wiesława Koczocika i zauroczonej nim Irenki Sławińskiej, korpulentnej właścicielki baru oferującego wszelkiego rodzaju kluchy własnej roboty, a także nieco szalonego ekologa – Jacka Wtorka. Co więcej – niebagatelną rolę odgrywają także postaci zwierzęce: pies Aza, kura Kulczyba Wronie Oko (okaz niezwykły, który nawet weterynarza wprawił w osłupienie), a nawet rzekomo miniaturowa świnka Ryjek. Wszyscy ci bohaterowie – i ludzcy, i zwierzęcy – czynią powieść kolorowym, ciekawym, momentami bardzo zabawnym, ale i refleksyjnym obrazkiem z życia prowincji.

Wartością powieści jest bez wątpienia także wielowątkowość. Obok głównego – romansowego, autorki snują całą masę wątków pobocznych, mających funkcję humorystyczną (jak zaloty Irenki wobec Wiesława czy małżeńskie komplikacje Kozaków), ale też poruszające poważniejsze nuty. Wiele mówi się w „Ogrodzie Zuzanny” o międzyludzkich relacjach, o przebaczeniu, o poszukiwaniu szczęścia i swojego miejsca w życiu pomimo czasem tragicznych doświadczeń. Na szczególną uwagę zasługuje obecny w powieści wątek ukraiński. Babka Zuzanny, Cecylia, pochodzi ze wschodu, a elementy narodowo-rodzinnej spuścizny obecne są i w jej życiu, i w drewnianej, skromnej willi przy ulicy Jeża. Cecylia odbywa zresztą wraz z wnuczką sentymentalną podróż do miejsca swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Wspomina się przy tej okazji o rzezi wołyńskiej – jednakże bez tonów oskarżycielskich wobec Ukraińców („Widzisz” – mówi babka do wnuczki – „jedni Ukraińcy zabijali, inni ratowali”). W powieści pojawia się także sympatyczny Jurko, który przybywa do Polski z Ukrainy „za chlebem”, jak wielu jego rodaków. Osiemnastolatek zyskuje sympatię mieszkańców Starej Leśnej, a jako chłopak nastoletniej Malwiny musi zabiegać o akceptację ze strony jej rodziców.

Dość już jednak o bohaterach i ich powieściowych perypetiach. Sięgnijcie po „Ogród Zuzanny” i sami poznajcie się z nimi bliżej. Według mnie – warto, choć oko bardziej srogiego krytyka dostrzegłoby z pewnością i niedostatki książki – być może pewną przewidywalność akcji, nie dość bogaty rysunek niektórych postaci (ach, jakiż ten Adam doskonały…), a przede wszystkim rozwiązania wątków w nieco nierealny – pozytywny sposób (jak w bajce, wszystko ma swoje dobre zakończenie). Ale to – jak powiedziałam – bardziej srogi krytyk. Ja natomiast uważam, że urokliwy „Ogród Zuzanny” spełnia wszystkie najważniejsze wymogi swojego gatunku – porywa wartką akcją, zaciekawia, skłania do refleksji, i bawi, i wzrusza. Czyż nie tego oczekujemy od powieści obyczajowej? Czekam zatem na kolejne części, a Was zachęcam do lektury!

Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:39:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Może się wydawać, że Bela jest całkiem zwyczajną nastolatką. W szkole osiąga przeciętne wyniki, nie jest osobą bardzo popularną, ale ma najbliższego przyjaciela, platonicznie podkochuje się w szkolnym koledze, ma raczej niską samoocenę, a jej rodzina (w składzie: mama, tata, Bela) pozornie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Słowem, można by pomyśleć, że to dziewczyna jakich wiele. Mimo to... Może się wydawać, że Bela jest całkiem zwyczajną nastolatką. W szkole osiąga przeciętne wyniki, nie jest osobą bardzo popularną, ale ma najbliższego przyjaciela, platonicznie podkochuje się w szkolnym koledze, ma raczej niską samoocenę, a jej rodzina (w składzie: mama, tata, Bela) pozornie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Słowem, można by pomyśleć, że to dziewczyna jakich wiele. Mimo to Bela jest wyjątkowa.

Po pierwsze żyje w niedalekiej przyszłości, w której nie tylko papier, ale także stacjonarne komputery i laptopy dawno są przeżytkami. Po drugie jej wygląd wskazuje na ciekawą osobowość – „(…) paraduje w wielobarwnych strojach, obwiesza się wszelkiej maści kolczykami i bransoletkami oraz przykleja sobie kolorowe perełki do spodni, butów, torebek i ogólnie do czego się da. Nawet do tornistra, zasobnika z bezcenną wiedzą”. Dlaczego to robi? Jak mówi, irytują ją „puste przestrzenie, jednokolorowe powierzchnie, wszystkie te rzeczy tak bardzo do siebie podobne, że nie sposób odróżnić jednej od drugiej”. Dlatego prawdopodobnie nie po drodze jej z matematyką, liczby wydają jej się nudne i nie pozwalające rozwijać się wyobraźni. Nic dziwnego, że wzdryga się z niechęcią na słowa nauczycielki: „Matematyka jest rygorystyczna, nie potrzebuje ozdóbek, nie pozostawia przestrzeni na wzloty i upadki”.

Niechęć Beli do królowej nauk ma się jednak odmienić, a co więcej odmienić ma się także jej spostrzeganie własnej osoby i swoich najbliższych. Jak do tego dojdzie? Otóż w dniu swoich trzynastych urodzin Bela odnajdzie ukryty w kanapie stary pendrive (tak, tak, w czasach Beli to też archaiczny przedmiot). Przy pomocy przyjaciela Lea, sympatycznego, choć mało urodziwego matematycznego geniusza, odkryje jego zawartość. W ten sposób oboje zostaną wciągnięci w komputerową grę logiczną, która doprowadzi ich znacznie dalej niż tylko do rozwiązania matematycznych zagadek…

Niedużych rozmiarów powieść włoskiej autorki czyta się znakomicie. Tekst jest inteligentny i zabawny, a przede wszystkim – pochłaniający uwagę. Choć akcja powieści umieszczona jest w przyszłości, „Od jednego do nieskończoności” nie można nazwać typową książką science-fiction. Najistotniejsza jest w niej bowiem interesująca, detektywistyczna fabuła i logiczno-matematyczne zagadki, których rozwiązanie doprowadzi do ujawnienia rodzinnych tajemnic, a nawet – ważnych prawd o życiu. Ciekawa pozycja, którą proponujemy czytelnikom 12+

Tekst publikowany na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:37:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Perskie narzeczone”, debiut Dorit Rabinyan, izraelskiej pisarki (znanej w Polsce z pięknego „Żywopłotu”), to książka tak egzotyczna, tak barwna i porywająca, a jednocześnie szokująca, że doprawdy nie można przejść obok niej obojętnie. Autorka umieszcza akcję tej niewielkiej powieści w fikcyjnej wiosce Omridżan, na początku XX wieku, by snuć opowieść o życiu sefardyjskich Żydów w Persji. Nie o... „Perskie narzeczone”, debiut Dorit Rabinyan, izraelskiej pisarki (znanej w Polsce z pięknego „Żywopłotu”), to książka tak egzotyczna, tak barwna i porywająca, a jednocześnie szokująca, że doprawdy nie można przejść obok niej obojętnie. Autorka umieszcza akcję tej niewielkiej powieści w fikcyjnej wiosce Omridżan, na początku XX wieku, by snuć opowieść o życiu sefardyjskich Żydów w Persji. Nie o ich historii jednak to opowieść, nie o polityce, a o codziennych radościach i tragediach, o narodzinach i śmierci, o smakach, zapachach, kolorach. Jest w niej brutalna prawda o trudnym życiu, przede wszystkim kobiet, ale jest też niezwykła energia i fantazja. Lektura „Perskich narzeczonych” może być dla polskich czytelników trochę jak odkrywanie nieznanego lądu, który jednocześnie przeraża i urzeka oryginalną urodą.

Główne bohaterki to dwie kuzynki: piętnastoletnia Flora i jedenastoletnia Nazie Ratorian. Brzemienna Flora rozpacza – została porzucona przez świeżo poślubionego handlarza tkanin, Szachina. Drobniutka Nazie pociesza kuzynkę, sama marząc o tym, by jak najszybciej stać się kobietą i poślubić kuzyna Musę, któremu została obiecana. Niestety upragniona miesiączka nie pojawia się, co zasmuca dziewczynę i jest powodem drwin ze strony sąsiadek. Tymczasem Flora wykorzystuje wszystkie znane jej środki, by odzyskać męża.

Oczarowana starą legendą i wierząc całym sercem w moc pieśni, mogącej zwrócić jej miodowym piersiom zaginionego Szachina, Flora wzniosła swoje ciężkie ciało na dach rodzicielskiego domu, rozłożyła słomianą matę pod rozciągniętym jak linia horyzontu sznurem do bielizny, przepędziła ptaki i mocnym, żarliwym głosem śpiewała pieśń Golestan od świtu aż po zmierzch. W pierwszych dniach jej głos nadal był pełen namiętności, której echo rozchodziło się zardzewiałą rynną i wszyscy mieszkańcy wsi, przechodzący koło domu Ratorianów, zatrzymywali się zdziwieni płaczem śmieszki Flory, szydząc z jej tęsknoty. Niektórzy zadzierali głowy do góry, dłonią osłaniając oczy przed rażącym słońcem, i besztali ją za to, że sprowadza na wioskę hańbę i gorszy małe dzieci swoją chucią. Flora nie odpowiadała, tylko podnosiła głos aż do wrzasku, wbijając wzrok w daleki horyzont. Wiszące pranie muskało jej włosy, a ona kierowała pieśń prosto do włochatych uszu męża.

Akcja powieści obejmuje zaledwie dwa dni, mnóstwo w niej jednakże retrospekcji i dygresji, dzięki czemu opowiedziane zostają losy dwóch panien Ratorian. Co więcej, nie tylko ich losy – także wielu innych mieszkańców Omridżanu. Portret migdałowego zaułka, części wioski zamieszkałej przez Żydów, tętni życiem. Jest w nim miejsce na wiele barwnie oddanych postaci, wśród nich miejscowej prostytutki, która odkupuje od mieszkańców niechciane córki, dba o nie, karmi, by potem sprzedawać ich ciała, i która podobno jest kochanką wiejskiego demona. Mnóstwo w nim opisów tradycji, legend, rytuałów, jak ulubionego przez kobiety dnia prania i kąpania:

Do późnych godzin wieczornych ciężko pracowały, mocząc, szorując i wykręcając odzież i pościel, a mimo wszystko był to dzień zadowolenia i odpoczynku, cały wypełniony paplaniną, śpiewem i śmiechem. Pociechy wkładały do płytkich wanienek, a pod koniec dnia ich skóra marszczyła się niczym skóra starców albo noworodków. Skryte przed oczami mężczyzn, wszystkie rozbierały się do naga, kołysały piersiami, a para wodna koiła i oczyszczała ich ciała. Na włosy nakładały czarną i czerwoną hennę wraz z łupinami granatów i żółtkiem, a następnie owijały je kawałkiem muślinu, aby przybrały kolor herbacianych fusów i lśniły. Namaszczały się wzajemnie oliwą z oliwek, zmieszaną ze zmielonymi migdałami i orzechami, by ich skóra przesiąkła słodyczą. Dziewka służebna z łaźni chodziła wśród nich i za miedziaka szorowała im plecy gąbką roślinną i smagała je wonnymi gałązkami szałwii. Pocierała im stopy czarnymi kamieniami bazaltowymi, zdzierając twardą jak kopyto skórę. Od czasu do czasu przechodziła wśród nich, sprzedając owoce i szklanki zimnego falude, nitek makaronu polanych syropem.

To portret niezwykle sensualny, wręcz fizyczny. Obok zapachu wonnych przypraw pojawia się zapach krwi, potu, moczu. Obok pięknych pieśni słychać jęki cierpiących i krzyki rodzących kobiet. To na sytuacji kobiet w tym patriarchalnym społeczeństwie autorka zresztą zdaje się skupiać. Po pierwsze czyniąc dwie młode – perskie narzeczone – głównymi bohaterkami opowieści. Po drugie opisując ich uświęconą tradycją – podległą rolę w relacjach z mężczyznami. Nie ma tu jednak miejsca na ocenę, na moralizowanie – nawet wówczas, gdy mowa o przemocy czy nawet gwałcie. Miast tego jest brawurowo prowadzona narracja, z pasją oddająca szczególne połączenie realizmu i magii, przeszłości i teraźniejszości, rzeczywistości i legendy, co zbliża nieco książkę Rabinyan do prozy Gabriela Garcia Marqueza.

„Perskie narzeczone”, wydane w 1995 roku, uznano za wybitny debiut pisarski, książkę przetłumaczono na wiele języków (polska premiera miała miejsce 15. lutego 2018 roku dzięki sopockiemu wydawnictwu Smak Słowa i tłumaczce, Agnieszce Olek). I nic dziwnego. Bo choć kultura sefardyjskich Żydów, zwłaszcza w Europie musi zadziwiać, nawet szokować czy zniesmaczać, trudno odmówić jej urzekającego uroku. Trudno też odmówić tego uroku stylowi Dorit Rabinyan, bujnemu, dygresyjnemu, a jednocześnie lirycznemu. Niezwykle ciekawa i oryginalna pozycja!
A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:36:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Na dnie duszy” Anny Sakowicz to opowieść o trzech kobietach: babce, córce i wnuczce, o wspomnieniach i tajemnicach skrywanych na dnie duszy, o trudnej przeszłości, którą każda z nich widzi w inny sposób. To także opowieść o dniu dzisiejszym, który stawia członków rodziny przed trudnym zadaniem. Czy sprostają mu i pójdą dalej przez życie w rodzinnej zgodzie? Czy też pogrążą się w konfliktach i... „Na dnie duszy” Anny Sakowicz to opowieść o trzech kobietach: babce, córce i wnuczce, o wspomnieniach i tajemnicach skrywanych na dnie duszy, o trudnej przeszłości, którą każda z nich widzi w inny sposób. To także opowieść o dniu dzisiejszym, który stawia członków rodziny przed trudnym zadaniem. Czy sprostają mu i pójdą dalej przez życie w rodzinnej zgodzie? Czy też pogrążą się w konfliktach i niedomówieniach?

Inga wiedzie zwyczajne, poukładane życie: mąż, nastoletnia córka, praca księgowej, przyjaciółka, której się zwierza… Być może coś podszeptuje jej, że wcale nie jest szczęśliwa, że nie wszystko jest tak, jak sobie wymarzyła, ale grzechem byłoby w jej sytuacji narzekać. Ten pozorny spokój przerywa nagła wiadomość: zmarła babka Rozalia. Seniorka rodu nie była wprawdzie ciepłą i miłą staruszką, a wręcz przeciwnie – budziła raczej złe wspomnienia, niemniej informacja o jej śmierci zasmuciła Ingę. W końcu babcia to babcia. Gdy rodzina zbiera się dzień przed pogrzebem, awantura wisi w powietrzu. Inga nie może dogadać się z bratem Pawłem, od kiedy ten się ożenił, a rodzice rodzeństwa nie potrafią załagodzić konfliktów pomiędzy nimi. Zawsze może być jednak gorzej. Gdy ogłoszony zostaje testament Rozalii, rodzinne konflikty osiągają apogeum.

Notariusz skończył czytać. Powoli odłożył kartkę na biurko i powiódł wzrokiem po rodzinie Rozalii Zdunek. Aż żałował, że nie mógł zrobić im w tym momencie zdjęcia. Siedzieli oniemiali i wpatrywali się w niego, jakby kompletnie nic nie rozumieli. Chrząknął więc znacząco, by ich przywrócić do rzeczywistości.
– Nie wierzę – jęknęła Donata. – Nie wierzę.
– Bezczelna baba – syknęła Iwona.
– No, pięknie – zawołał nagle ożywiony Paweł – A teraz, moi drodzy, pocałujcie misia w dupę!
[…] Inga wpatrywała się w człowieka, który odczytywał z listy, co się komu należy, i oddawał kosztowności. Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. Babka zakpiła z nich wszystkich. Jak zwykle potraktowała ich po swojemu!

Przeprowadzona zza grobu intryga babki – o której szczegółach nie będę Wam tu rzecz jasna opowiadać – doprowadzić ma do rozwiązania niejednej rodzinnej tajemnicy. Dzięki dziennikom Rozalii, które zgodnie z testamentem przekazuje wnuczce, Inga pozna jej skomplikowaną przeszłość. Zrozumie dlaczego była tak trudną osobą, nieczułą, krzywdzącą najbliższych, zwłaszcza własną córkę Donatę, matkę Ingi. Perypetie dorosłej Ingi, rozwiązywanie przez kobietę rodzinnych tajemnic, to jednak nie jedyny plan czasowy powieści. Drugi, rozwijający się równolegle, dotyczy przeszłości – dzieciństwa Donaty, dziecka niechcianego, wychowującego się bez ojca, bez miłości. Tym sposobem przed czytelnikiem rysują się historie kobiet z trzech pokoleń. Każda z nich widzi przeszłość inaczej, każdą z nich przeszłość ta ukształtowała w określony sposób.

Wydawać by się mogło, że „Na dnie duszy” to opowieść jakich wiele. Trudne relacje rodzinne, nierzadko traumatyczna przeszłość, która kształtuje charaktery, wpływa na to, co teraz. Wreszcie – zderzenie marzeń z rzeczywistością. Owszem, literatura doskonale zna te tematy. Trzeba jednak przyznać, że Anna Sakowicz snuje swoją historię w ciekawy sposób, potrafi porwać czytelnika, potrafi zaskoczyć i wzruszyć. Polecam miłośnikom dobrej powieści obyczajowej.

A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:34:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Zacznę od wyznania winy: w dzieciństwie nie czytałam „Przygód Tomka Sawyera”. Owszem, oglądałam film, nawet nie jeden, znam tę historię niemal na pamięć, ale książki w ręku nie miałam. Tymczasem… Szanowni Państwo! Jak to się czyta! Jaka to wspaniała literatura, mądra i zabawna, rysująca świat dzieciństwa, jakiego już nie ma, a mimo to wciąż aktualna. Bo kto nie zatęskni czasem za dziecięcym... Zacznę od wyznania winy: w dzieciństwie nie czytałam „Przygód Tomka Sawyera”. Owszem, oglądałam film, nawet nie jeden, znam tę historię niemal na pamięć, ale książki w ręku nie miałam. Tymczasem… Szanowni Państwo! Jak to się czyta! Jaka to wspaniała literatura, mądra i zabawna, rysująca świat dzieciństwa, jakiego już nie ma, a mimo to wciąż aktualna. Bo kto nie zatęskni czasem za dziecięcym urwisowaniem, za niezwykłymi przygodami, za beztroskim moczeniem nóg w rzece…? A takie wartości, jak przyjaźń i lojalność, umiejętność czerpania z życia pełnymi garściami, spryt i zaradność oraz krytyczna ocena rzeczywistości – nigdy nie przestaną być w cenie.

Dzieciństwo nad rzeką Missisipi

Mark Twain to nie jest prawdziwe imię i nazwisko twórcy Tomka Sawyera. W rzeczywistości nazywał się Samuel Langhorne Clemens, a w swojej karierze pisarskiej używał wielu pseudonimów (jak Sierżant Fathom czy Thomas Jefferson Snodgrass). Najsłynniejszy spośród nich ma – jak przystało na autora uznawanego za klasyka amerykańskiego humoru – niezwykle zabawny rodowód. Otóż napis „Mark Twain” wywieszany bywał w knajpach na Terytorium Newady i oznaczał, że picie na kredyt ogranicza się jedynie do dwóch drinków.

Samuel urodził się 30. listopada 1835 r. w stanie Missouri, w mieścinie Florida. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej powstały zaledwie 59 lat wcześniej. Gdy Samuel miał cztery lata, jego rodzina (ojciec – kupiec i sędzia pokoju, matka i rodzeństwo) przeniosła się do niewielkiego miasteczka Hannibal, położonego nad Missisipi, największą rzeką Ameryki Północnej i zarazem głównym szlakiem handlowym tzw. amerykańskiego pogranicza. Dorastanie w tym miejscu musiało być fascynujące. Po pierwsze wyjątkowe były już same warunki krajobrazowe stworzone przez „Ojca wszystkich wód” (tak rzekę nazywali lokalni Indianie), która płynąc przez zalesione, porośnięte gęstą roślinnością obszary, wije się bardzo malowniczo. Po drugie rzeką, a przy okazji przez miasteczko Hannibal, ciągnęły na Zachód rozmaite ciekawe persony: poszukiwacze złota, pionierzy, traperzy i pierwsi osadnicy. Byli wśród nich i awanturnicy, i nawet bandyci. Bujna przyroda okalająca Missisipi, mnóstwo wysepek, rozlewisk i zakoli – wszystko to tworzyło doskonałe warunki nie tylko do dziecięcych zabaw, ale i dawało schronienie przyjezdnym spod ciemnej gwiazdy. Same miasteczko zaś zamieszkiwali bardzo religijni protestanci, wychowujący swoje dzieci (podobnie jak wychowywano Samuela) w purytańskiej atmosferze. Przyznajcie sami, że to szczególna mieszanka społeczna.

Fascynację tym światem znanym jeszcze z lat dziecięcych Samuel wyraził w późniejszej twórczości, przede wszystkim w serii „Epos rzeki Missisipi”, na którą składają się trzy książki: „Przygody Tomka Sawyera” (z 1876 r.), „Przygody Hucka Finna”(z 1884 r.) oraz „Życie na Missisipi” (także z 1884 r.). Miasteczko Hannibal zostało sportretowane w „Przygodach Tomka Sawyera” jako St. Petersburg.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że Mark Twain w dorosłym życiu, poza działalnością literacką, pasjonował się nowymi technologiami i wielokrotnie usiłował zbić fortunę na wynalazkach. Niestety za każdym razem z opłakanym skutkiem. Podobno był pionierem w używaniu maszyny do pisania, a „Przygody Tomka Sawyera” były pierwszym na świecie manuskryptem napisanym właśnie na maszynie.

Nostalgia, humor i obraz społeczny

Zajrzyjmy jednak wreszcie do naszej lektury. To klasyka powieści przygodowej dla dzieci i młodzieży, choć jak sam autor pisze (i czemu ja gorliwie przytakuję):

(…) głównym celem mojej książki jest zabawienie młodzieży męskiej i żeńskiej – spodziewam się jednak, że i dorośli nie będą od niej stronić, drugim bowiem moim zamiarem było w zabawnym stylu przypomnieć dorosłym, jakimi oni sami kiedyś byli, jak czuli, myśleli, mówili i jakie sami płatali figle.

I rzeczywiście, Tomek Sawyer jest typem urwisa, którego nie sposób nie lubić.

Tomek nie był chodzącym wzorem dla chłopców. Znał wprawdzie taki wzór, ale czuł do niego głęboki wstręt i pogardę.

Choć nie najlepiej idzie mu z nauką, choć ciotka Polly załamuje ręce nad jego psotami, chłopak jest bystry i energiczny, w jego życiu nie ma miejsca na nudę! Perypetie tego sympatycznego rozrabiaki (pamiętacie, jak sobie poradził z malowaniem płotu? albo nocną wyprawę na cmentarz?) wciąż fascynują młodszych czytelników, a wśród starszych budzą nostalgię za światem dzieciństwa. Za patrzeniem na rzeczywistość oczami dziecka, dla którego co innego jest ważne i cenne. Swoją drogą, w dzisiejszych czasach ani połamane organki, ani stara rozbita rama okienna, ani kot z jednym okiem, ani inne przedmioty, z których posiadania cieszył się Tomek, nie są już raczej pożądane przez dzieci. Ze współczesnej perspektywy wspaniałe wydaje się takie dzieciństwo, które nie koncentruje się wokół wartości materialnych, które wymaga od dziecka kreowania wyobraźnią własnego świata, tworzenia czegoś z niczego, ach…

To, co nieodmiennie podoba się w powieści Marka Twaina, to nie tylko niezwykłe perypetie Tomka i jego przyjaciół (czasem mrożące krew w żyłach). Autor od lat urzeka czytelników humorem, sarkazmem, celną ironią. Zabawne są pomysły i przygody bohaterów, ale uśmiech na twarzy wywołają także celne obserwacje małomiasteczkowej społeczności...

Cały tekst publikowany na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:29:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„W ciemność”, prozatorski debiut czeskiej autorki Anny Bolavej, to niezwykle przejmująca i oryginalna historia… chciałoby się powiedzieć, że o miłości do ziół. Bo rzeczywiście bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Anna, zbiera zioła od dzieciństwa, przejmując tę tradycję od babci, miejscowej zielarki. Treścią jej życia są zbiory lipy, skrzypu, nagietka, i cowtorkowe wizyty w skupie.... „W ciemność”, prozatorski debiut czeskiej autorki Anny Bolavej, to niezwykle przejmująca i oryginalna historia… chciałoby się powiedzieć, że o miłości do ziół. Bo rzeczywiście bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Anna, zbiera zioła od dzieciństwa, przejmując tę tradycję od babci, miejscowej zielarki. Treścią jej życia są zbiory lipy, skrzypu, nagietka, i cowtorkowe wizyty w skupie. Wszystko pozostałe, jak praca tłumaczki czy nawet spożywanie posiłków, to tylko przykra konieczność. Podobnie jak kontakty z innymi ludźmi. A zatem owa miłość do ziół – jej wielka pasja, to co kocha najbardziej – dawno przekroczyła granicę społecznej normy. Więcej – zdaje się od niej coraz bardziej odchodzić.

Co według mnie najciekawsze w powieści Bolavej, wręcz fascynujące, to fakt, że historię Anny można odczytywać na wielu różnych płaszczyznach. Kim jest ta kobieta, nie tyle szczupła co chorobliwie wychudzona, stroniąca od ludzi, za to nie rozstająca się z nożyczkami do cięcia ziół? Jednostką odrzuconą przez miejscową społeczność, lokalnym dziwadłem, czarownicą? Kimś, czyje zachowanie i priorytety są niezrozumiałe, a przez to kogo się odrzuca, obchodzi szerokim łukiem? Może jest po prostu cierpiącym człowiekiem, chorym nie tylko fizycznie? A może należałoby ją podziwiać jako osobę, która ma odwagę wybrać własną drogę, bez oglądania się na oczekiwania, jakie mają wobec niej inni?

Gdyby odczytywać powieść Bolavej przez pryzmat psychologiczny, pewnie można by było powiedzieć, że to studium osoby popadającej w obłęd. Jakkolwiek należałoby fachowo określić stan Anny, pewne jest, że zamiłowanie do zbierania ziół przeradza się w rodzaj obsesji, która ją niszczy. Skupiona na własnym świecie być może krzywdzi innych, tych, którzy byli kiedyś jej rodziną. Ale nie można wykluczyć także, że sama została skrzywdzona, a obsesyjna miłość do ziół stała się dla niej ucieczką od zła, które ją spotkało. Zagłębiając się w historię Anny, czytelnik musi mieć jednak świadomość, że poznaje ją oczami i słowami bohaterki, która odsłania, to co chce, co dla niej ważne. Rzeczywistość przetwarza przez filtr swojego – być może chorego – umysłu.

Ciekawe może być również odczytanie powieści z perspektywy społecznej. Zobaczylibyśmy wówczas wykształconą kobietę, która świadomie zrezygnowała z takich zdobyczy cywilizacji, jak Internet, telefon, telewizor czy samochód. Kobietę odrzuconą przez ludzi i która po części także sama z tych międzyludzkich relacji rezygnuje. Kobietę, która decyduje się na życie w symbiozie z naturą, bez względu na koszty. Dla innych chora, dziwaczka, a w rzeczywistości – wolna, kreująca swoje życie według własnych kryteriów.

Ja widzę także w książce czeskiej pisarki poetykę i sposób postrzegania świata bliski Leśmianowi. Przyroda u Bolavej żyje swoim odrębnym bytem, czy raczej bytami. Odrębnym bytem żyje strych, na którym bohaterka suszy zioła. Czytelnik zaś – za Anną – spogląda na przyrodę z bliska, obserwuje tworzony przez nią mikroświat. I obserwuje, jak Anna powoli stapia się z tym światem, jakby była coraz mniej człowiekiem. Jakby jej fizyczne wyniszczenie i coraz intensywniejsze skupianie się na ziołach – owo odchodzenie w ciemność – nie oznaczało umierania a stopniowe przechodzenie w inną formę bytu. Zdaje się zresztą, że właśnie o tym marzy. Już na którejś z pierwszych stron powieści czytamy:

Mogłabym zakopać się w stosach kwiatów i tak umrzeć wśród nich. Czy istnieje piękniejsza śmierć? Nikt nigdy by mnie tam nie znalazł. Rozpuściłabym się w tym obezwładniającym zapachu, ususzyła po ciemku na gazetach – przedziwny ludzki kwiat. Jak długo schłaby lipa, a jak długo ja? Jaki jest właściwie wskaźnik usychalności człowieka?…

„W ciemność” Anny Bolavej to nie jest łatwa proza. Podążanie za opowieścią głównej bohaterki może być dla czytelnika wręcz bolesnym doświadczeniem, a ona sama budzić może skrajne emocje: przez zaciekawienie, podziw, fascynację, po niechęć czy nawet odrazę. Niemniej ta lektura pochłania, by potem pozostać na długo w głowie. Świeża i oryginalna, jest jednocześnie doskonale skonstruowana. Pierwszoosobowa narracja, poprzez którą czytelnik otrzymuje bardzo wybiórczą, intymną wizję rzeczywistości, zmienia się w zakończeniu powieści. Wszechwiedzący narrator spogląda na okolicę z lotu ptaka, dostrzegając skomplikowane losy innych postaci powieści (które epizodycznie pojawiały się w opowieści Anny). Daje to zupełnie nową, bardzo ciekawą, perspektywę do interpretacji książki. Ale tej nie będę już Wam nawet sugerować. Spróbujcie to zrobić sami.

A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:26:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Po książki detektywistyczne chętnie sięgają i dorośli, i dzieci. Rozwiązywanie zagadek, podążanie za bohaterem śladem złoczyńcy, uczucie satysfakcji, gdy uda się odkryć tajemnicę… – wszystko to uwielbiają czytelnicy w każdym wieku, także najmłodsi. A gdy jeszcze detektyw przybiera zaskakującą postać – bystrej, odważnej i sprytnej, ale jednak kury (zwierzęcia bądź co bądź nie kojarzonego raczej... Po książki detektywistyczne chętnie sięgają i dorośli, i dzieci. Rozwiązywanie zagadek, podążanie za bohaterem śladem złoczyńcy, uczucie satysfakcji, gdy uda się odkryć tajemnicę… – wszystko to uwielbiają czytelnicy w każdym wieku, także najmłodsi. A gdy jeszcze detektyw przybiera zaskakującą postać – bystrej, odważnej i sprytnej, ale jednak kury (zwierzęcia bądź co bądź nie kojarzonego raczej z tymi cechami) – świetną zabawę przy lekturze mamy gwarantowaną! Co więcej, ta zabawa ma też ważny walor edukacyjny. Kura Melania rozwiązuje bowiem ekozagadkę, dotyczącą nielegalnego wysypiska śmieci. A dzięki prowadzonemu przez nią śledztwu, młodzi czytelnicy uczą się nie tylko samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków, ale także zdobywają wiedzę proekologiczną.

Zajrzyjmy więc do książki. We wsi Koniec Świata mieszka Melania, która wyglądem nie różni się od innych kur z gospodarstwa. A jednak jest wyjątkowa. Marzy o tym, by zostać detektywem. Niestety, jest kurą i żadna agencja detektywistyczna nie chce jej zatrudnić. Jak pewnego dnia, gdy wybrała się z podaniem o pracę do agencji w miejscowości Pyzy Wielkie:

Naprzeciwko Melanii za biurkiem siedziała krzepka blondynka około trzydziestki. Miała wypielęgnowane dłonie i niebieski lakier na paznokciach, który prawdopodobnie położyła niedawno, bo z wielką ostrożnością sięgała po podanie Melanii, jakby bała się uszkodzić wilgotną powierzchnię.
– Imię? – zapytała z rutyną w głosie, nie podnosząc nawet wzroku na kurę.
– Melania.
– Nazwisko?
– Kura.
– Kur nie przyjmujemy – obojętnym głosem skwitowała urzędniczka.
– Ale ja jestem stworzona na to stanowisko! – broniła się Melania. – Mam własną lupę i nie boję się wyzwań!
– Nic na to nie mogę poradzić. Takie mamy przepisy.
– A gdyby tak zrobić wyjątek? – Melania nie dawała za wygraną.
– Przykro mi. – w głosie niesympatycznej kobiety Melania wyczuła zniecierpliwienie. Nie było więc po co przeciągać tej wizyty. No cóż, trzeba będzie szukać dalej, myślała, gdy na jej podaniu urzędniczka przystawiała stempel z napisem „ODRZUCONE”.

Pomimo wielu niepowodzeń, Melania nie poddaje się jednak. Rozwiązuje wiele drobnych spraw z własnego podwórka (dosłownie), aż wreszcie trafia jej się rzecz wielkiej wagi. Ktoś zanieczyszcza rzekę Smętkę, nielegalnie wysypuje śmieci, zatruwając okolicznych mieszkańców. Kura rozpoczyna śledztwo, które będzie wymagało od niej dużego wysiłku, mądrości, ale także poważnych decyzji. Jak się potoczy? – sprawdźcie sami.

Ewa Martyniuk opisała perypetie sympatycznej Melanii z dużym poczuciem humoru, ale pamiętając także o tym, by w przyjemny, ciekawy sposób przekazać najmłodszym czytelnikom ważne treści. O tym, jak chronić przyrodę, jak reagować, gdy inni ją niszczą. Także o tym, jak dążyć do realizacji własnych marzeń – nawet gdy jest się takiej niepozornej postaci, jak nasza kura. Zabawne, świetnie dopełniające treść ilustracje stworzyła Kasia Kołodziej.

Do książki dołączone jest ponadto krótkie i przystępne dla dzieci kompendium wiedzy na temat dzikich wysypisk śmieci, a także to – co najmłodsi uwielbiają – detektywistyczne zagadki i zadania. Dzięki temu każdy mały czytelnik może poczuć się detektywem!

Świetna pozycja, przy której wspaniale czas spędzą i dzieci (najlepiej w wieku 6+), i ich rodzice. Zaręczamy!

Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:24:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

O tej książce mówi się i pisze, że obnaża mit o amerykańskim śnie, że jest świetną syntezą współczesnej białej klasy robotniczej Ameryki. Ba! Nawet, że wyjaśnia fenomen Donalda Trampa, diagnozując niejako jego wyborców. I wszystko to prawda. Ale opowieść, którą snuje J.D. Vance jest też po prostu pasjonującą historią, opowiedzianą z odwagą i pasją – dotyczy bowiem losów rodziny Vance’ów i jego... O tej książce mówi się i pisze, że obnaża mit o amerykańskim śnie, że jest świetną syntezą współczesnej białej klasy robotniczej Ameryki. Ba! Nawet, że wyjaśnia fenomen Donalda Trampa, diagnozując niejako jego wyborców. I wszystko to prawda. Ale opowieść, którą snuje J.D. Vance jest też po prostu pasjonującą historią, opowiedzianą z odwagą i pasją – dotyczy bowiem losów rodziny Vance’ów i jego własnej drogi życiowej. Chłopaka, który przekracza ograniczenia swojego środowiska, osiąga sukces, jako pierwszy w rodzinie zdobywa wyższe wykształcenie, w dodatku na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. A jednak – czy udaje mu się uciec od rodzinnej, klasowej spuścizny? W końcu, „czym skorupka za młodu nasiąknie…”. Jak ma zbudować swoją tożsamość? W tym chyba tkwi przyczyna wielkiej popularności „Elegii dla bidoków”, wykraczającej poza Amerykę – to książka, która opisując konkretne środowisko, konkretny rejon geograficzny, powołując się na statystyki, naukowe opracowania, mówi także o kwestiach uniwersalnych.

J.D. Vance dorastał w miasteczku Ohio, jednym z wielu w tak zwanym Pasie Rdzy, „skąd jak z otwartej rany, od kiedy pamiętam, wyciekały miejsca pracy i nadzieja”. Jako dziecko doświadczył biedy, przemocy, zetknął się z nałogami wśród najbliższych, a jego sytuacja rodzinna była delikatnie rzecz ujmując niestabilna. Miał zatem chyba komplet obciążeń, za sprawą których powinien podzielić los większości swoich kolegów z dzieciństwa. Poszedł inną drogą, dzięki zaangażowaniu w jego wychowanie dziadków (jak ich nazywa, „Mamaw i Papaw, moich osobistych bidoko-Terminatorów”), trochę dzięki szczęściu, a w znacznej mierze – dzięki własnym zaletom, inteligencji i determinacji, których to przez skromność specjalnie nie podkreśla. „Elegia dla bidoków”, opublikowana gdy Vance miał zaledwie trzydzieści jeden lat, jest historią jego rodziny, którą zaczynają powojenne losy wspomnianych dziadków, i jego własną historią o dojrzewaniu i walce o samego siebie.

Jaki cel przyświecał autorowi przy spisywaniu wspomnień w tak młodym wieku? Wyjaśnia wyczerpująco na jednej z pierwszych kart książki:

Chcę, żeby inni dowiedzieli się, jakie to uczucie, kiedy człowiek już prawie jest gotów sam siebie skreślić i co może go do tego skłonić. Chcę, żeby pojęli to, co dzieje się w życiach ludzi biednych, i psychologiczne konsekwencje ubóstwa materialnego oraz duchowego dla ich dzieci. Chcę, żeby ludzie zrozumieli amerykański sen – taki, jakiego doświadczyłem ja i moja rodzina. Chcę, żeby pojęli, co naprawdę oznacza awans społeczny. Chcę też, aby uświadomili sobie to, czego sam nauczyłem się dopiero niedawno: że nawet ci z nas, którym poszczęściło się żyć w amerykańskim śnie, wciąż są ścigani przez upiory życia, które za sobą pozostawili.

Oczywiście jest i próba analizy klasy białych obywateli Ameryki urodzonych w Pasie Rdzy. Klasy biednej, niewykształconej, bez perspektyw. Klasy, której kultura stopniowo i nieubłagalnie ulega degradacji. Nie jestem socjologiem, trudno mi zatem ocenić wartość takiej syntezy z naukowego punktu widzenia. Pewne jest natomiast, że to ujęcie niezwykle ciekawe, napisane z dużym ładunkiem emocji i osobistym zaangażowaniem – spoglądające bowiem na przedmiot rozważań od środka.

Jest wreszcie „Elegia dla bidoków” książką, którą zwyczajnie świetnie się czyta. Wątki osobiste przeplatają ogólniejsze rozważania, nierzadko powołujące się na literaturę i badania naukowe. Proporcje obu autor potrafił jednak dobrze wyważyć – tak że czytelnik nie ma szansy się znudzić. Co więcej – choć powieść traktuje o sprawach trudnych, a przeżycia bohatera bywają wręcz traumatyczne, równoważy je poczucie humoru i autoironia autora. Poza osobą samego Vance’a, bardzo ciekawe są opisywane przez niego postaci bliskich mu osób: siostry, matki, dziadka, a nade wszystko babci – szalonej, rzucającej przekleństwami, twardo stąpającej po ziemi i jednocześnie pełnej ciepłych uczuć i troski o wnuków Mamaw.

Reasumując, to świetna lektura, niekoniecznie dla czytelnika zainteresowanego kwestiami społecznymi, która daje możliwość innego spojrzenia na Amerykę, ale także na wiele zagadnień z naszego rodzimego podwórka.

A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:22:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Czy wiesz, dlaczego lis ma taki duży i puszysty ogon?* Dlaczego zęby bobra są pomarańczowe?** Ile guzów ma guziec?*** Po co jeżozwierzowi kolce?**** Odpowiedzi na te pytania i mnóstwo innych informacji o świecie zwierząt znajdziecie w niesamowicie ciekawej i bogato ilustrowanej „Wielkiej Księdze Ssaków” Yuvala Zommera. To druga pozycja, po świetnej „Wielkiej Księdze Robali”, autorstwa... Czy wiesz, dlaczego lis ma taki duży i puszysty ogon?* Dlaczego zęby bobra są pomarańczowe?** Ile guzów ma guziec?*** Po co jeżozwierzowi kolce?**** Odpowiedzi na te pytania i mnóstwo innych informacji o świecie zwierząt znajdziecie w niesamowicie ciekawej i bogato ilustrowanej „Wielkiej Księdze Ssaków” Yuvala Zommera. To druga pozycja, po świetnej „Wielkiej Księdze Robali”, autorstwa angielskiego ilustratora i twórcy książek dla dzieci wydana w Polsce. Równie ciekawa, równie pięknie wydana i równie interesująca!

Choć wydawca książki kieruje ją do czytelników w wieku 6-12 lat, jestem całkowicie przekonana, że może ona zachwycić także dzieci niepotrafiące samodzielnie czytać. Już pięciolatek (a być może nawet młodsze dziecko) może wspólnie z opiekunem przyglądać się przykładom ssaków zamieszkujących nasz glob, poznawać ich zwyczaje, upodobania, sposób żerowania. Na pewno zainteresuje go, do czego ssakom potrzebne są zęby i pazury, jakie wydają ryki i zapachy, jakie ssaki mieszkają w mieście, które spośród nich wyginęły, a które powinniśmy ratować. Tej wiedzy nie jest za dużo, jak to się często zdarza w podobnych publikacjach – jest jej dokładnie tyle, by zainteresować młodego czytelnika, przykuć na dłużej jego uwagę i sprawić, by sporo zapamiętał.

Oczywiście, lektura książki będzie zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców, także świetną zabawą, do czego przyczynią się oryginalne i zabawne ilustracje. Z pewnością są one tak samo ważne i ciekawe, jak treść książki. Już samo jej przeglądanie może sprawić dużą przyjemność. To informacja sprawdzona – mój osobisty pięciolatek nie może się wprost od niej oderwać!...

Cała recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:19:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Wanda Kronenberg – najgroźniejsza i bodaj najbardziej tajemnicza polska agentka w okupacyjnej Warszawie. Raz brunetka, raz blondynka, raz opisywana jako młodziutka dziewczyna, raz dojrzała kobieta, jako Angielka, Rosjanka, Polka, Włoszka, Żydówka… Kim była? Dla kogo tak naprawdę pracowała? Czyim siłom w rzeczywistości służyła, pracując dla pięciu wywiadów? Dlaczego usiłowano zatrzeć po niej... Wanda Kronenberg – najgroźniejsza i bodaj najbardziej tajemnicza polska agentka w okupacyjnej Warszawie. Raz brunetka, raz blondynka, raz opisywana jako młodziutka dziewczyna, raz dojrzała kobieta, jako Angielka, Rosjanka, Polka, Włoszka, Żydówka… Kim była? Dla kogo tak naprawdę pracowała? Czyim siłom w rzeczywistości służyła, pracując dla pięciu wywiadów? Dlaczego usiłowano zatrzeć po niej ślad? I co sprawiało, że mimo tak młodego wieku (w momencie wybuchu wojny miała zaledwie 17 lat!), miała inteligencję i siłę, by manipulować, budzić strach, by fascynować. Fascynować nawet po upływie wielu lat – Michał Wójcik, historyk i dziennikarz, poświęcił zgłębianiu postaci Wandy cztery lata. Owocem zaś jego pracy, poszukiwań, rozmów, wczytywania się w dawne dokumenty, wspomnienia, jest „Baronówna”. To książka z jednej strony opisująca wyniki pasjonującego dziennikarskiego śledztwa, z drugiej zaś – zmagania autora, którego zaangażowanie w rozszyfrowywanie tajemnic pięknej agentki bliskie jest obsesji.

Autor zainteresował się postacią Wandy przez przypadek. Przygotowując dla jednej z gazet rocznicowy dodatek o Powstaniu Warszawskim, natknął się na wspomnienia powstańca ze Śródmieścia, a w nim na niezwykły opis pewnej kobiety, która „przelazła przez barykadę, szła z pejczem w dłoni”. Co więcej, szła w stroju do konnej jazdy, co w sumie przywodziło na myśl raczej komiksową superbohaterkę, kobietę-kota, a nie powstańczą patriotkę. Kobietą okazała się być Wanda Kronnenberg, córka barona Leopolda Kronnebrega, arystokraty żydowskiego pochodzenia, przedstawiciela jednej z najbogatszych rodzin w przedwojennej Polsce. Z jakiego powodu zaczęła pracę w wywiadzie? Kierowała nią prawdopodobnie wola przetrwania, chęć ochrony najbliższych, a być może także ocalenia przynajmniej części z olbrzymiego rodzinnego majątku. Z czasem rozsmakowuje się w tym zajęciu, jest świetna, pociągająca i piekielnie inteligentna. Zresztą doskonale się do tego nadaje, zna wyższe sfery, mówi płynnie po niemiecku i angielsku (jej matka jest Angielką).

Wanda pracowała tylko i wyłącznie dla siebie. Wszystkich innych oszukiwała. Robiła to, by przetrwać. Trochę szczuła, więcej manipulowała, dużo kłamała. Robiła to niezwykle skutecznie aż do Powstania Warszawskiego. Dopiero wtedy, w okresie chaosu i anarchii straciła kontrolę nad sytuacją. Od początku była na straconej pozycji. Zagrażali jej Niemcy, nie ufali Polacy. Jeśli zatem manewrowała i manipulowała, robiła to w samoobronie. I robiła to naprawdę genialnie. Z wyczuciem, minimalizując ryzyko. Dostarczała haki, donosy, dowody. Wszystkiego tyle, aby zawsze pozostawić niedosyt. To wielka umiejętność tak lawirować. Prawdziwy kunszt, przy którym wygibasy gwiazd Camilli stawały się jedynie cyrkową sztuczką.

Wanda pracuje dla AK, dla Gestapo, w sumie dla pięciu wywiadów i doskonale między nimi lawiruje. Jej postać wyłania się z raportów – jak mówi autor w wywiadzie przeprowadzonym przez Annę Dziewit Meller – jako „wielogłowa hydra”*. Groźna, śmiercionośna, rozkochująca, z trudną do ustalenia tożsamością. W meldunkach kontrwywiadów nie jawi się jako zwykła kobieta, ale jako ktoś więcej. Mężczyźni, nierzadko sami z nieczystym sumieniem, widzą w niej:

Czarownicę, wampirzycę, mroczną femme fatale. Rzeczywiście, Wanda jak mało kto nadaje się na żeńskie wcielenie Vlada Draculi. Wypalone w 1939 roku ruiny domu Kronnenbergów straszą niczym opustoszałe zamczysko. Jako pół Angielka, pół Polka i „cała Żydówka”, w dodatku arystokratka, nie należy do wspólnoty. Funkcjonuje bez własnego narodu i bez wyraźnej tożsamości.

W wywiadzie rzece udzielonym pod koniec życia Władysław Bartoszewski nazwał Wandę „zepsiałą córką przyzwoitej rodziny” (niezwykle elegancko, inni określali ją po prostu słowem na „k”). Wielu widziało w niej zdrajczynię, która wysyłała na śmierć polskich chłopców. Ale i są tacy, którzy mają jej odmienny obraz. Gdzie leży prawda? To nie jest czarno-biała historia. A jednak, choć Michał Wójcik dochodzi do konkluzji, że Wanda pracowała po prostu dla siebie, odsłania fakty, które pozwalają zdecydowanie przechylić szalę jej uczynków na jedną stronę…

Historia Wandy Kronnebreg, której postać Michał Wójcik uratował przed rozpłynięciem się w pomroce dziejów, to jedna warstwa powieści. Mamy w niej także bardzo ciekawe świadectwo konspiracyjnej Warszawy. Autor świetnie pokazuje, jak wiele rozgrywało się na tej płaszczyźnie, jak dużo od niej zależało. Także – jak skomplikowana i wielowymiarowa była działalność konspiracyjna. Poza tym, że opisuje wiele faktów, przytacza nazwiska – pokazuje to środowisko w sposób, do jakiego raczej nie przywykliśmy. Agenci byli rozmaici – bardziej i mniej uczciwi (o ile bycie agentem w ogóle nie wyklucza bycia uczciwym). Ich działalność, jak w przypadku Wandy, często wymyka się jednoznacznej ocenie. Przede wszystkim bowiem byli po prostu ludźmi. Niekoniecznie wielkimi bohaterami – patriotami bądź czarnymi charakterami, a zwykłymi ludźmi. W dodatku na ogół bardzo młodymi, chcącymi czerpać z życia, bawić się, kochać, a przede wszystkim – przeżyć.

Mamy wreszcie w „Baronównie” opowieść o dziennikarskim śledztwie, historię autora, który dał się uwieść postaci agentki. „To był mój świat, mój obłęd” – mówi – „Ta książka to zatem zapis choroby i niech padnie wreszcie to słowo: obsesji”. Według mnie to doskonały zabieg literacki, który sprawia, że czytelnik – w ślad za autorem – podąża za historią Wandy, zatapia się w niej nie jak w książce historycznej, a najlepszym thrillerze czy wojennej sensacji.

A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
2018-11-28 16:17:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Co ukrywa Summer?” to szósty i podobno ostatni tom bardzo popularnej „Sagi o braciach Benedictach” Joss Stirling. Oczywiście, nie trzeba być nastolatką, by zaczytać się w tej książce (choć z myślą przede wszystkim o nastoletniej grupie wiekowej autorka tworzyła swój cykl). Także nieco starsi czytelnicy (mniej lub bardziej „nieco” – kto by się przejmował!), którzy z nostalgią myślą o... „Co ukrywa Summer?” to szósty i podobno ostatni tom bardzo popularnej „Sagi o braciach Benedictach” Joss Stirling. Oczywiście, nie trzeba być nastolatką, by zaczytać się w tej książce (choć z myślą przede wszystkim o nastoletniej grupie wiekowej autorka tworzyła swój cykl). Także nieco starsi czytelnicy (mniej lub bardziej „nieco” – kto by się przejmował!), którzy z nostalgią myślą o pierwszych porywach serca, chętnie zanurzyliby się w świecie romantycznych miłości, okraszonym garścią sił nadprzyrodzonych i sporą dawką przygody – nie będą zawiedzeni perypetiami Summer. Co więcej, zabierając się za lekturę „Co ukrywa Summer”, nie trzeba wcale znać poprzednich części. Każda dotyczy bowiem innej bohaterki: Sky, Phoenix, Crystal, Mysty, Angel i wreszcie Summer. Wszystkie są młode, u progu swojej wielkiej życiowej miłości, a przede wszystkim wszystkie są… niezwykłe. I nie mam wcale na myśli takiej niezwykłości, o której mówi się, gdy ktoś jest szczególnie urodziwy, mądry czy też ma inną wyjątkową cechę. Choć bohaterki Joss Stirling posiadają i takie zalety, łączy je ponadto rzecz szczególna – przynależność do społeczności sawantów.

Sawanci funkcjonują pośród ludzi, pozornie wiodąc zupełnie normalnie życie: mają rodziny, uczą się, pracują. Każdy spośród nich posiada jednak nadprzyrodzony dar – umiejętność, jakiej nie ma z pewnością żaden zwykły człowiek. Może to być umiejętność czytania w myślach, przewidywania przyszłości, łamania szyfrów i wiele innych. Jak mówił Zed, jeden z braci Benedictów:

Dar sawantów jest jak dodatkowy bieg w samochodzie. Sprawia, że możesz jechać szybciej i dalej niż normalni ludzie (Joss Stirling, „Kim jesteś Sky?”, tłum. Julia Chimak, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2013).

Sawanci tworzą społeczność, która dba o to, by jej nie zdekonspirowano, porozumiewają się telepatycznie, dzięki swoim szczególnym właściwościom często podejmują się odpowiedzialnych czy trudnych zadań. A co najciekawsze – w ich życiu spełnia się (a przynajmniej ma szansę się spełnić) marzenie o odnalezieniu miłości, która jest tą drugą połową:

(…) kiedy rodzi się sawant, gdzieś na ziemi, mniej więcej w tym samym czasie, rodzi się jego druga połowa. Może w domu obok, a może tysiąc mil od niego” (Tamże).

Inaczej mówiąc, każdy sawant ma swojego „przeznaczonego” lub „przeznaczoną”, osobę, która swoim darem i osobowością doskonale uzupełnia drugą połowę. Bajka? Pewnie tak, ale jaka piękna i romantyczna.

„Saga o braciach Benedictach” to jednakże nie tylko romanse czy, używając popularnego w ostatnich latach określenia, paranormal romance. To także sprawnie i ciekawie skonstruowane fabuły przygodowe. Mam wrażenie, że pod tym względem „Co ukrywa Summer” wyróżnia się spośród wcześniejszych części. Nieco mniej w tym tomie romansu (choć jest, oczywiście, nie denerwujcie się!), bardzo rozbudowany jest za to wątek przygodowy, a wręcz – sensacyjny.

Nasza bohaterka, bardzo inteligentna i oczytana, a przy tym skromna Summer, żyje w świecie wydawać by się mogło idealnym. Mieszka w zamożnym domu, niczego jej nie brakuje, świetnie się uczy, ma przyjaciół. A jednak jej rodzina daleka jest od ideału. Oj, bardzo daleka… Summer musi na co dzień zmagać się z rodzinną tajemnicą, która ogranicza jej życie i zniewala. Kiedy więc okazuje się, że jej dar może uratować jednego z sawantów, a nawet ocalić całą sawancką społeczność, postanawia pomóc, a przy okazji oderwać się na krótki czas od przygnębiającej codzienności. Wraz z częścią rodziny Benedictów oraz trzema braćmi Robinsonami wyrusza na niezwykle trudną i niebezpieczną misję do Afganistanu.

Akcja powieści rozwija się bardzo ciekawie, wręcz brawurowo. Nie brak w niej zwrotów akcji i zaskoczeń. Pojawiają się służby specjalne Stanów Zjednoczonych, elementy bliskowschodniej kultury, a nawet polityki. Co prawda fabuła nie jest szczególnie nowatorska, a autorka czerpie ze znanych schematów charakterystycznych dla gatunku, niemniej powieść czyta się świetnie. Mało tego – „Co ukrywa Summer” jest jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą częścią sagi! Pomysł Joss Stirling na wykreowanie świata sawantów nie wyeksploatował się, jak to się często zdarza w przypadku wielotomowych cykli, a czytając kolejne części nie ma się wrażenia, że są pisane na siłę. Wręcz przeciwnie – autorka jakby rozwija skrzydła wraz z kolejnymi tomami.

A zatem – jesteście ciekawi, jak potoczą się losy misji? Czy Summer odnajdzie swojego przeznaczonego? Nie odpowiem – przeczytajcie.

A.
Recenzja publikowana na: www.zabookowane.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
117 117 677
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd