Gracjan Triglav 
gracjantriglav.blogspot.com
Za pośrednictwem serwisu zaspakajam potrzebę wymiany wrażeń po lekturze.
31 lat, mężczyzna, Warszawa, status: Czytelnik, dodał: 7 książek, ostatnio widziany 1 godzinę temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-06 23:42:59
Wypowiedział się w dyskusji: Ile klasy w klasyku: „Ziemiomorze”

Idzie mi oczywiście o "Czarnoksiężnika z archipelagu". Zresztą zostawiłem w ty serwisie obszerną, niezbyt pozytywną opinię o tym gniocie.

więcej...
 
2018-08-05 21:43:15
Wypowiedział się w dyskusji: Ile klasy w klasyku: „Ziemiomorze”

To jest wręcz bardzo słaba książka, która jedzie na opinii klasyka fantasy. Pisząc o niej takie peany, to tak samo jakby wystukać że pierwszy Conan to głęboka psychologiczna nowela...

więcej...
 
2018-07-31 14:18:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Dryland (2014)

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza skupia się na historii Abdulcadira Gabeire Faraha*, somalijskiego uchodźcy, który zginął tragicznie rok po publikacji tego reportażu, w eksplozji samochodu-pułapki. Człowieka zaradnego i bez wątpienia mocno doświadczonego przez życie, którego szczere świadectwo ma szczególną wartość.
Druga przybliża obecną (2012-2014) sytuację...
Dryland (2014)

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza skupia się na historii Abdulcadira Gabeire Faraha*, somalijskiego uchodźcy, który zginął tragicznie rok po publikacji tego reportażu, w eksplozji samochodu-pułapki. Człowieka zaradnego i bez wątpienia mocno doświadczonego przez życie, którego szczere świadectwo ma szczególną wartość.
Druga przybliża obecną (2012-2014) sytuację polityczną podzielonym kraju – autor opisuje realia nadzwyczaj dobrze radzącego sobie separatystycznego Somalilandu i życie zniszczonej stolicy, pomija niestety Puntland i ziemie zamieszkałe przez Somalijczyków, ale leżące poza granicami administracyjnymi Somalii (kreślonymi od linijki, jeszcze w XIX stuleciu – bez udziału samych Somalijczyków).

Styl Konrada Piskały może się podobać, jest przystępny, miejscami nieco poetycki, ale klarowny. Autor lubi od czasu do czasu posłużyć się jakimś porównaniem, skupić na określonym kadrze, przedstawić kombinację wrażeń zmysłowych, ale zaraz potem wraca do rzeczowej narracji, w której na pierwszym miejscu jest człowiek. W swojej pracy wymienia kilku czołowych polskich reportażystów, a także Tiziano Terzaniego, co można odczytywać jako obranie pewnej ścieżki pisarskiej.
Niestety, autor stroni od podawania dat – co pomogłoby lepiej zrozumieć opisywane sytuację, tak na tle wydarzeń w regionie jak i w świecie. Nawet jeśli te padały w gawędzie Abdulcadira Gabeire Faraha dokładnie tak jak je przedstawiono (ograniczając się do dekad), i z rzadka – dziennikarz powinien dla porządku i lepszego oddania historii dodać chociaż przypisy. Jeśli ktoś nie ma rozeznania w lokalnej polityce, nie jest wiekowym tubylcem z warstwy uprzywilejowanej – będzie czuł potrzebę doczytania. Dryland opisywany przez autora wydaje się być krainą opanowaną totalnym chaosem, pogrążoną w anarchii, z nielicznymi reliktami porządku. Oczywiście Piskała na siłę nie dramatyzuje, ale pokazuje za mało normalności. A ta tam jest. Czytając „Dryland” można odnieść wrażenie że Mogadiszu to morze ruin, poprzetykane obozowiskami namiotów, z nielicznymi ocalałymi budynkami, „twierdzami cywilizacji”, tymczasem jego własne zdjęcia umieszczone na YouTube, czy fotografie z Google’a pokazują normalne życie. Że to nie sceneria rodem z „Mad Maxa” pożeniona z obrazami ze zrównanego z ziemią warszawskiego Muranowa, Starego Miasta czy Śródmieścia. Sam o tym wspomina, pisząc o plaży, barach, firmach – ale za słabo to akcentuje, jakby to były jakieś anomalie, dodatek do tego całego niszczycielskiego zamętu. Warto dla zachowania właściwych proporcji opowiedzieć o tym szerzej***.

Kilkakrotnie mowa jest o ugandyjskich wojskowych, o oddziałach Unii Afrykańskiej – ale nie pada żadne wyjaśnienie co oni robią w Somalii. Oczywiście można się tego domyślać, ale warto by odnotować że dane kraje/organizacje biorą udział w działaniach stabilizacyjnych na terenie państwa, wyłożyć kawę na ławę.

Kolejna uwaga, tym razem pod adresem wydawcy: brak mapy. Wziąwszy pod uwagę charakter opisywanego zagadnienia, a także niewielką znajomość tematu wśród Europejczyków – warto by umieścić co najmniej trzy: populacji Somalijczyków na tle wszystkich państw Rogu Afryki, z oznaczeniem głównych miast, obecnego podziału kraju, z naniesieniem sfer wpływów poszczególnych frakcji, oraz zdjęcie satelitarne półwyspu.

Półwysep Somalijski to obszar w którym Czarna Afryka styka się z kulturą arabską (co ma odbicie w tradycjach krajowców, architekturze, aspiracjach politycznych). Jest to niezwykle ciekawe, złożone i wielopoziomowe, warto by o tym szerzej opowiedzieć, wgryzając się jeszcze przy okazji w czasy „biblijne”. Na pewno nie zaszkodziłoby to postrzeganiu współczesnych problemów, i pomogło zrozumieć sytuację Somalijczyków. Górecki by to zrobił. Dodanie jeszcze perspektywy stricte arabskiej byłoby wisienką na torcie.

.


Str. 141 – mieszkać samej (mieszkać samotnie/mieszkać solo/żyć samodzielnie); str. 163 – Dopiłem Jerzego (jerzego); str. 243/244 – starą suzuki (starym suzuki); str. 247 – dwojgu Brytyjczykom (lepiej: dwojga Brytyjczyków); str. 270 – napisano MNICHÓW, ale lepiej pasowałoby MISTYKÓW; str. 281 – resztki schodów otaczają wewnątrz mury jak skorupa ślimaka – zamiast OTACZAJĄ powinno być WYPEŁNIAJĄ; str. 298 – Burhani ciągle mają – brak przecinka po imieniu; str. 335-336 – tutaj wypowiedz kobiety jest nieco niejasna, pierw dostajemy informacje że jest „rozcięta”, dalej przytaczana jest jej wypowiedź, komunikuje że była obrzezana jako mała dziewczynka, a potem musiała operacyjnie poszerzyć zbyt ciasno zrośniętą pochwę (celem zachowania zdrowia i higieny) – kiedy jednak takie same poszerzenie chciała zorganizować swojej córce jej siostra, ta zareagowała z oburzeniem... To nie ma sensu... a) jeśli ta dziewczynka nie była wcześniej obrzezana, kobieta mogła protestować przeciwko okaleczeniu, b) jeśli nie była obrzezana, po co rozszerzać pochwę – ? – to miałoby sens później, przy porodzie... historia wymaga poprawienia; poza tym w tekście można natknąć się na jeszcze 2-3 dziwne sformułowania, we wcześniejszych partiach tekstu.

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Abdulcadir_Gabeire_Farah
** Na dzisiejszą Somalię składają się dawne Somali Brytyjskie (Somaliland) i Somali Włoskie. Tylko.
Somali Francuskie przemianowano najpierw na Francuskie Terytorium Afarów i Issów, a finalnie na Dżibuti. Jest to mały kraik, wielkości województwa śląskiego, ale 60 procent tamtejszych obywateli to Somalijczycy. Cała wschodnia Etiopia to prowincja Somali, czyli Ogaden – ludność Somalijska stanowi tam jakieś 96% populacji (stamtąd pochodzi główny bohater pierwszej części – Abdulcadir Gabeire Farah); Somalijczycy żyją także we wschodniej Kenii i w diasporze, rozsiani po całym świecie.
Podsumowując:
w Federalnej Republice Somalii żyje 12 milionów etnicznych Somalijczyków (Kuszytów)
w Dżibuti 524 tysiące
w Etiopii 4.6 miliona
w Kenii 2.4 miliona
200 tysięcy mieszka w Jemenie
To jak podzielono ten naród (który wprawdzie regularnie bierze się za łby, i różni się nieco etniczne w różnych częściach Półwyspu) przypomina rozbiory Rzeczypospolitej.
*** Na pewno jest to trochę szukanie dziury w całym, ale dostajemy za mało informacji.


.


MATERIAŁY DODATKOWE:

Konrad Piskała - Nagroda im. Beaty Pawlak 2015
https://www.youtube.com/watch?v=CwWbUJ_WYgM
(Autor opowiada o swojej książce).

Dryland - Somalia
https://www.youtube.com/watch?v=rvMzr2fdY74
(„Filmy i zdjęcia z Somalii 2012-2014 rok.”)

pokaż więcej

 
2018-07-18 12:02:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Mag. Stefan Ossowiecki (2018)

Pobieżna biografia. Fakt faktem że nie bardzo jest z czego uzupełnić luki w życiorysie sławnego jasnowidza, ale w takim wypadku warto wzbogacić książkę o jakieś analizy, spekulacje, domysły, zgłębić nieco dziedzinę w której się specjalizował, szerzej opisać realia w jakich działał, ludzi i czasy, tak żeby publikacja nie była jedynie rozdętą notką encyklopedyczną....
Mag. Stefan Ossowiecki (2018)

Pobieżna biografia. Fakt faktem że nie bardzo jest z czego uzupełnić luki w życiorysie sławnego jasnowidza, ale w takim wypadku warto wzbogacić książkę o jakieś analizy, spekulacje, domysły, zgłębić nieco dziedzinę w której się specjalizował, szerzej opisać realia w jakich działał, ludzi i czasy, tak żeby publikacja nie była jedynie rozdętą notką encyklopedyczną. Tutaj niestety tego nie ma. Owszem, są próby kreślenia barw przełomu wieków oraz pierwszej połowy XX stulecia, nie wykorzystano tego jednak by w pełni pokazać, że Ossowiecki, jak każdy, był dzieckiem swojej epoki, kształtowanym przez ówczesne prądy myślowe, warunki gospodarcze, politykę. W dodatku wszystkie sensacyjne historie składające się na jego legendę przedstawione są całkiem bezkrytycznie. Rzekome epizodyczne bilokacje czy popisy telekinezy przedkładane są jako niepodważalne fakty. Podobnie z anegdotami*.

Pierwsze kilkanaście stron to pośpieszna narracja prowadzona na jednym wdechu, zdania krótkie i egzaltowane, w których kropki zastąpiły przecinki. Potem tekst się nieco uspokaja, i da się to czytać, ale autorka nie porzuca obranej konwencji.
W podobnie tonie pisywane są wspominkowe artykuły o podstarzałych gwiazdorach, ich życiowych miłościach, krótkich romansach, uzależnieniach i upadkach. Chyba każdemu, choćby w poczekalni, u dentysty, coś takiego kiedyś wpadło w ręce. Jest to jakiś popis rzemieślniczego warsztatu – sprowadzania ludzkiej egzystencji do określonych ram, umiejętnie korzystanie z sugestii, co należałoby myśleć o X, Y, jak, dlaczego – który może docenić osoba jakoś zainteresowana procesem twórczym i sposobami na uprawianie literatury, ale to wszystko. Powiedziałbym że targetem tej pozycji są gospodynie domowe, takie którym potrzeba wzruszeń, emocji, pasjonujących historii...

Zdecydowanie brakuje tu mocnych akcentów, jeśli nie odkrycia prawdy o dawnych zdarzeniach, to choć podjęcia próby docieczenia co tak naprawdę miało miejsce. To były czasy gdy informacje roznosiły się inaczej niż teraz, często z dużym opóźnieniem, a wiele z nich statystyczny obywatel musiał brać na wiarę. Wiele zależało od autorytetu informatora.
Nad tym wszystkim warto by się zastanowić na kartach biografii Ossowieckiego – niestety, tego typu refleksji tu nie uświadczymy.

Karolina Prewęcka sprzedaje nam legendę. To nie jest realistyczny portret Ossowieckiego, to tylko zlepek tego co dotrwało do naszych czasów, co do niego przylgnęło w czasie jego 67-letniego życia, i już po tragicznej śmierci w pierwszych dniach powstania.

Tu powinny gęsto pojawiać się takie zwroty jak:
był uważany za...
podobno odznaczał się/praktykował...
X/Y zaświadczają że....
tzw.
uchodził za...
miał opinię...
ludzie wierzyli że...
itd.

A tymczasem mamy coś niemalże w rodzaju hagiografii. Gdzie prawda, gdzie legenda, gdzie autokracja – autorka nawet nie próbuje dociekać.

Poza wymienionymi mankamentami, do tekstu wkradło się trochę błędów: str. 10 – „Śródmieście południowe” – niby drobiazg, który dużo łatwiej byłoby zaklasyfikować jako małą omyłkę, brak wciśniętego shifta, i nic o tym nie wstukiwać (bo po co wychodzić na małostkowego?), ale że nie w tym tkwi przyczyna, że nie o zwykłe roztargnienie idzie, dodatkowo przeoczone przez korektę, warto się do tego odnieść szerzej – w tekście nie stoi południowe Śródmieście ani śródmieście południowe (pisane z małej litery), ale dokładnie tak jak zacytowano, idzie więc o obszar miejskiego systemu informacji (Śródmieście Południowe), który przed wojna nie istniał, co logiczne, bo nie było też wtedy zniszczeń które wyraźnie dzieliły Śródmieście na obszar starej zabudowy, w której dominują kamienice z czasów carskich, międzywojnia i monumentalny MDM (Śródmieście Pd.), oraz część pokrytą modernistycznymi klockami, wielkimi szafami OZŻB, z nielicznymi reliktami dawnej zabudowy, nad którą góruje Pałac Kultury (Śródmieście Pn.), dopiero po upowszechnieniu MSI Śródmieście Południowe zaczęło funkcjonować jako nazwa własna, a także pojawiać się na mapach – i tym samym w masowej świadomości; str. 69 – co prawda autorka bierze słowo „otczestwo” w cudzysłów, ale i tak używa go jako określenia nazwiska, a „de la Carriere” nie jest rodzajem nazwiska patronimicznego, samo „de la” to tyle co „von”; str. 73 – „urokliwą uliczkę Kanonią” – w zasadzie to placyk, ale tu powinno być uliczkę Kanonię (na końcu Ę nią Ą), tak jak Wilcza nie upamiętnia żadnego profesora Wilcza, a Nefrytowa żadnego carskiego generała... tak Kanonia to Kanonia; str. 76 – „miał zginąć niechcący” (omyłkowo, przypadkiem) – humor z zeszytów szkolnych; str. 78 i 117 – w Warszawie nie ma Pól Mokotowskich, jest Pole Mokotowskie, jedno – niektórzy ludzie mówią tak chyba dlatego że kiedyś obiły się im o uszy takie nazwy jak paryskie Pola Elizejskie czy Pola Marsowe; str. 86 – oficyna nie stoi od ulicy (!); str. 111 – „jedyna kobieta – ofiara zbrodni katyńskiej” (kobieta-ofiara); str. 151 – „księgi” – „Świat mego ducha i wizje przyszłości” nie jest wielką cegłą, to zdecydowanie książka**; str. 199 – „pierwsze miejsce” – pierwsze PIĘTRO.

Duży minus za europocentryczny początek, nadęty, grafomański i trochę błędny.

Około 30 stron tej niewielkiej książeczki to przedruk sprawozdań z pokazów zdolności Ossowieckiego, eksperymentów itp. Zamieszczonych w autobiograficznym „Świecie mego ducha”. Czy jest sens dodawanie takiego materiału dodatkowego? Lepiej byłoby to wpleść w narrację.


* „Glejt z podpisem Fuhrera” – mający zapewniać Ossowieckiemu nietykalność – to chyba część pośmiertnej legendy. Poważny biograf wyraźnie by to zaznaczył. Np. Max Cegielski, który nie miał za wielu materiałów by dokładnie opisać życie Bronisława Grąbczewskiego ograniczył się do faktów, a informacje niepewne, dyskusyjne opatrywał komentarzem. W tej „wspominkowej” książeczce nie ma na to miejsca.
** Jego książka „Świat mego ducha i wizje przyszłości” to synteza myśli chrześcijańskiej (w tej łagodnej, nieco naiwnej odsłonie) i zapatrywań w stylu new age z własnym oglądem na naturę wszechrzeczy, nieodgadnioną dla niego w równym stopniu co dla każdego z nas. Mamy tam pewne założenia, ale nic ponad to co można by samemu wydumać (mając rzecz jasna głębokie przekonanie o tym że materialistyczny ogląd na świat jest błędny).

.

BONUS:
Pocałuj mnie w d...". Jasnowidz, który odgadł treść listu Piłsudskiego - AleHistoria odc. 85
https://www.youtube.com/watch?v=chvuBR008p0


.


Osobiście po raz pierwszy usłyszałem o Ossowieckim na antenie TOK FM, w programie Roberta Bernatowicza. Książkę „Świat mego ducha i wizje przyszłości” czytałem nieco później, na studiach, na pewno po 2008 (taką mam datę wydania), i byłem nieco rozczarowany. Wątek autobiograficzny był ciekawy, choć świadomość że jasnowidz mówi tylko to co chce powiedzieć, i uprawia w ten sposób klasyczną autokrację, sprawiał że traktowałem to z rezerwą. Dziwił mnie bardzo słaby język inżyniera, często wręcz zbyt prosty, schematyczny, pełen powtórzeń, jakby faktycznie czuł się swobodniej w rosyjskim (choć zaznaczał że chce być dobrze zrozumiany przez wszystkich, także ludzi prostych – ale to chyba asekuracja). Jego poglądy na świat i prawidła według których funkcjonuje to nic odkrywczego. Nieciekawe ogólniki. Najważniejsza częścią książki są eksperymenty które miały dowodzić realności czynnika psi. Kiedy czyta się sprawozdania z tych praktyk, jedno za drugim – można się wynudzić jak mops, ale jeśli dać im wiarę, to sugerowałaby że nasz świat ma jednak pewne niedostrzegalne płaszczyzny, których nie widać pod mikroskopem ani za pomocą lunety, setek klatek na sekundę ani podczerwieni. W książce niejakiego Romana Bugaja z lat 90-tych, pt. „Fenomeny paranormalne” jest obszerny rozdział o Ossowieckim, w którym zebrano wszystkie ważne informacje.

pokaż więcej

 
2018-07-09 16:14:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata (2015)

Reporterska książka o losach Bronisława Grąbczewskiego, carskiego żołnierza i Polaka ze Żmudzi, w której narracja biograficzna splata się z aktualnym spojrzeniem na współczesne republiki Azji Środkowej, Kaszmir i chiński Sinciang. Podobnie jak w „Pijanych Bogiem” czy „Oku świata” mamy tu głębokie, wnikliwe spojrzenie, próbę zrozumienia poprzez...
Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata (2015)

Reporterska książka o losach Bronisława Grąbczewskiego, carskiego żołnierza i Polaka ze Żmudzi, w której narracja biograficzna splata się z aktualnym spojrzeniem na współczesne republiki Azji Środkowej, Kaszmir i chiński Sinciang. Podobnie jak w „Pijanych Bogiem” czy „Oku świata” mamy tu głębokie, wnikliwe spojrzenie, próbę zrozumienia poprzez zanurzenie się w codzienności i historii – nie zaś udowadnianie z góry przyjętych tez. Cegielski jako reportażysta jest bardzo zaangażowany, rzetelny, pisze z pasją, z czystą głową i bez uprzedzeń. Całość ma bardzo przystępną formę, prosty styl bez udziwnień i literackich popisów znakomicie się tu sprawdza.

Choć w książce nie ma eksplozji, powalających na kolana zwrotów akcji, a upływ czasu sprawił że zawarte w niej informacje nie są już tak sensacyjne jak byłby chociażby w międzywojniu, to jest to kawał porządnej roboty. Wyjątkowo czasochłonnej i wymagającej uporządkowania wielu faktów.

Na okładce obok nazwiska autora, jest także nazwisko fotografa – ale to nieporozumienie, bo Cegielski nie odnosi się do zdjęć które grają tu jedynie rolę dodatku.

Z tego co pada w tekście można wywnioskować że Cegielski podróżuje z Długoszem śladami Grąbczewskiego w latach 2013-2015, wspomagając się jednocześnie wiedzą zdobytą w latach wcześniejszych (np. roku 2001). Brakuje w książce jakiegoś otwartego wyłożenia faktów, uporządkowania – ile tych wypraw było, jak długo trwały i na jaki czas przypadły – byłoby to bardzo przydatne przy analizie wstawek reporterskich, bo teraz jest teraz, ale za kilka-kilkanaście lat kontekst niektórych spraw może nie być już jasny.

Można by rzec że książka jest obszernym dopełnieniem zbiorczego wydania „Kaszgarji” (1924), „Przez Pamir i Hindukusz do źródeł rzeki Indus” (1924) i „W pustyniach Raskemu i Tybetu” (1925) – „Podróży po Azji Środkowej 1885-1890”, które należy czytać z dystansem, bo o ile zawarte tam informacje przyrodnicze oraz etnograficzne są wyjątkowo cenne i drobiazgowe, to już poruszane wątki osobiste mogą być mniej wiarygodne.
Sporo o Grąbczewskim nie wiemy. Niestety są to informacje nie do pozyskania – minęło zbyt wiele czasu, dobrze więc że Cegielski zadał sobie sporo trudu by zebrać do kupy to co się ostało. W większości po rosyjsku.

Podsumowując: charyzmatyczny dziennikarz, zaangażowany radiowiec, pasjonat tematyki bliskowschodniej, Azji, podróżnik. Człowiek twardo stąpający po ziemi, rzeczowy i racjonalny, jednocześnie humanista. Świetnie się go słucha, dobrze się czyta – nie inaczej jest tym razem. Do całości wkradło się trochę błędów – ale na tle całości to drobiazgi.

.

Co do tytułu: Wielki Gracz – czyli uczestnik Wielkiej Gry, tj. rywalizacji między Imperium Brytyjskim a carską Rosją o prymat w Azji Środkowej. Mająca już swoje lata „Wyprawa do Chiwy” (1876) Burnaby’ego, brytyjskiego oficera który pojechał do tego rejonu dla uciechy i na przeszpiegi, mówi co nieco o charakterze tych zmagań (czy też prężenia muskułów, bo brytyjscy żołnierze z Rosjanami nigdy się tam otwarcie nie starli). Peter Hopkirk napisał o tym w 1990 dobrze przyjętą książkę, przetłumaczoną także na polski.
„Ze Żmudzi na Dach Świata”, czyli górzysty Pamir, który nosił to miano nim w powszechnej świadomości przejął je Tybet. Ale nie tylko, bo Grąbczewski zwiedził wiele innych krajów, pracował także na Dalekim Wschodzie i Powołżu, a ostatecznie osiadł w Polsce.

.

Zbiorcze wydanie relacji ze środkowoazjatyckich eskapad Grąbczewskiego kupiłem za pośrednictwem internetowego antykwariatu lata temu (analizując obecne ceny – okrutnie przepłaciłem). Stoi na półce i czekają na swój czas – raz że grube to, ciężkie, dwa że drobnym makiem – wymaga więc jednocześnie i zaangażowania intelektualnego i mocnych nadgarstków, oraz sprawnych oczu. Ostatnio (2018) zacząłem się zastanawiać czy Max Cegielski nie napisał czegoś nowego, i z czego on w ogóle teraz żyje. Okazało się że w 2015 przegapiłem jego książkę o Grąbczewskim. Dobrze wyszło, bo przed lekturą liczących sobie już prawie sto lat tekstów, opartych na wojskowych notatkach i prywatnych zapiskach z XIX stulecia, można uzyskać lepsze rozeznanie w tym co niejasne lub celowo zniekształcone. Zwłaszcza że już we wstępie narzuca się czytelnikowi niewłaściwe spojrzenie i mylny ogląd sytuacji.

Cegielski szuka śladów jego domu na Żmudzi jak Książek zabudowań po Sieroszewskim na Dalekim Wschodzie w „Jakucku”, a całość przywodzi na myśl tematykę poruszaną w pisarstwie Ossendowskiego (który zresztą się w książce pojawia, jako wyrobnik-hurtownik oraz kanciarz), „Przez płonący Wschód” Goetela czy „Przez Urianchaj i Mongolię” Giżyckiego, i wielu innych autorów, którzy również zasługują na przypomnienie, jeśli nie w takiej obszernej książce to chociaż w sporym artykule.

.

Grąbczewski. Polak, który został rosyjskim szpiegiem (Dwójka):
https://www.youtube.com/watch?v=DrSQe4I0f-Y
.

UWAGI: str. 21 – „wojska imperium cezarów podbiły przed wiekami Anglię” – zajęły południową część Brytanii, a działo się to w czasach kiedy Anglowie i Sasi siedzieli u siebie, w północnej Germanii i na Jutlandii, więc tworu o nazwie Anglia wtedy jeszcze nie było, podobnie jak nie było Polski, Stanów Zjednoczonych i Peru; str. 34-35 – „Na ziemiach znajdujących się pod zwierzchnictwem carskim nadal obowiązuje system niewolniczy” – identyczne zdanie pojawią się na sąsiadujących stronach, nie usunięto w redakcji; str. 46 – „tylko parokrotnie” (zaledwie kilka razy) – słowo parokrotnie sugeruje jakąś niespodziewaną wielość (choćby i znikomą, ale jednak), i wydaje się sprzeczne w zestawieniu z TYLKO; str. 145 – Jarkend i Hotan są na wschód o Kaszgaru (w zasadzie na pd-wsch), nie na zachód; str. 197 – całkiem zbędna powtórka informacji o słonej wodzie; str. 207 – „[dolina rzeki Wachan] Tworzy długi korytarz wbijający się klinem między Pakistan a Chiny” – raczej między Tadżykistan a Pakistan; str. 240 – „Karelii, krainy leżącej przy granicy z Finlandią” – ruska Republika Karelii faktycznie znajduje się właśnie tam, ale historyczna KRAINA (o której mowa) obejmuje także tereny na terytorium Finlandii oraz ziemie na północ od Ingrii; str. 303 – „Okazuje się, że mity o podziemnym królestwie, z których czerpał Ossendowski i inni, nie są tylko wymysłem Europejczyków, lecz opierają się na dawnych wierzeniach azjatyckich górali” – wtedy byłby to łże-mity, zmyślenia... z jednej strony faktycznie, informacji o Agharcie czy Szambali nie ma w popularnonaukowych czy akademickich książkach, ale w literaturze pseudonaukowej i tyczącej się szeroko rozumianych zjawisk niewyjaśnionych – owszem*.
Zwykłe omyłki, ale w kolejnym wydaniu powinny zostać usunięte.


* Warto przeczytać „Zaginiony świat Agharti” Aleca Maclellana, przy odpowiednio krytycznym nastawieniu możemy dzięki niej z dużą przyjemnością chłonąć ogrom tego co narosło wokół tego tematu, a trochę tego jest. Gorzej jeśli ktoś doszukuje się tradycji podziemnych światów głęboko tajonej prawdy czy szczątków jakiejś pradawnej wiedzy... z kronik Atlantydy czy kryształów Nibiru... Książka nie była przez lata wznawiana, osobiście przepłaciłem za wymięty egzemplarz w Empiku, jakby to nie był Empik a antykwariat. I to było dziwne, ale nie narzekałem. Miało to miejsce w czasach kiedy nie słuchałem jeszcze starej Radiostacji, ani Radia Jazz czy Biski* (które kolejno trafiał szlag), a komercyjnej Zetki. Przypadkowo trafiłem na drugą połowę króciutkiej audycji „Nautilus Radia Zet”, prowadzonej przez Roberta Bernatowicza. Pięć minut gadania. Pięć minut pop-papki, kompletnie niezwiązanej tematycznie z omawianym zagadnieniem. Kiedy się skończyło, czułem ogromny niedosyt i żal że wstrzeliłem się tak późno**. Wstawki lektora, z klimatycznym podkładem i interesująca narracja Bernatowicza zrobiły na mnie duże wrażenie i mocno podziałały na wyobraźnię. Cholernie chciałem dorwać książkę która posłużyła za podstawę dla audycji, ale wtedy ani ja nie byłem szczególnie zaradny, ani przedinternetowe czasy sprawy nie ułatwiały. Dzięki obszernym fragmentom z bestselleru Ossendowskiego („Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”), często cytowanym na jej łamach, przekonałem się do literatury podróżniczej, historycznej i reportażu. Przed tym uznawałem tylko pozycje popularnonaukowe i fantastykę. Kiedy na studiach zacząłem czytać lepsze i gorsze książki Ossendowskiego, które przez całe swoje życie produkował w ilościach hurtowych – zaskoczyło mnie że bawi go to jak jest postrzegany na Zachodzie, tj. jako zdobywca sekretnej wiedzy, atrakcyjnej dla wszelakich maści kółek teozoficznych czy spirytystów, oraz fakt że wersja angielska jego bestselleru wyraźnie różni się od polskiej, że jest bardziej udziwniona (przynajmniej fragmentarycznie – bo całości nie porównywałem). Maclellan, podobnie jak „uduchowieni poszukiwacze prawdy”, w swojej książce konsekwentnie przeinacza to co komunikuje mniej skłonny do mistycyzmu Ossendowski, ale mimo to pozwala zapoznać się z masą inspirujących informacji. Jeśli ktoś lubi krytyczne zapoznawanie się z pseudonaukowymi książeczkami ocierającymi się o New Age, jeśli kogoś taka intelektualna zabawa pociąga – to tu się nie zawiedzie.

* „Masala” Maxa Cegielskiego wędrowała wraz z nim po tych radiach, a to sporo mówi o jej renomie. Obecnie internet oferuje muzykę z całego świata, w czasach kiedy Cegielski puszczał na antenie turecki pop, pieśni qawwali, banghry i hity z Bollywood, sugerował by w poszukiwaniu wschodnich brzmień odwiedzić najbliższy kebab, i tam rozpytać pracowników o ich prywatną płytotekę, tudzież to co leci na sali... Sporo się od tego czasu zmieniło.
** Potem czekałem z niecierpliwością na każdego nowego „Nautilusa”, nagrałem nawet kilka audycji na kasety, i nie byłem w tym hobby odosobniony. Część audycji dzięki taśmom spragnionych tego typu treści obywateli się zachowała, i po latach, po przeniesieniu na formaty cyfrowe trafiła do sieci. Można to wygrzebać! Kiedy Bernatowicz skończył nadawać w Zetce, miał co sobotę około 40-45 minut w Tok FM. Słuchanie tego było najprzyjemniejszym punktem tygodnia, kiedy radio zadecydowało że szkoda czasu antenowego na takie bzdury, byłem niepocieszony. Oczywiście poziom merytoryczny tych audycji był raczej niski, trafiał gównie do potłuczonych, młokosów, gospodyń domowych i prostaczków... ale było to ciekawe. Wtedy nie funkcjonował YouTube, nie było podcastów i możliwości regularnego produkowania podobnych treści chałupniczo, więc każda audycja była wyczekiwana. Każdy odbierał te informacje inaczej – ja na przykład bardzo chciałem wyłowić z tego ziarnko prawdy, coś co bezsprzecznie potwierdzi że nie wszystko jest takie jak się wydaje, co doda codzienności głębi.

pokaż więcej

 
2018-06-16 01:03:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (2018)

Bezpretensjonalny styl, sporo danych statystycznych, duże zaangażowanie osobiste oraz poważne podejście do tematu czynią tę pozycję wyjątkowo atrakcyjną, śmiało można rzec że wręcz ważną, tak na tle innych polskich książek o Kraju Kwitnącej Wiśni, których trochę już wyszło, jak i literatury faktu w ogóle.

Reportaże skupiają się na negatywnych...
Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (2018)

Bezpretensjonalny styl, sporo danych statystycznych, duże zaangażowanie osobiste oraz poważne podejście do tematu czynią tę pozycję wyjątkowo atrakcyjną, śmiało można rzec że wręcz ważną, tak na tle innych polskich książek o Kraju Kwitnącej Wiśni, których trochę już wyszło, jak i literatury faktu w ogóle.

Reportaże skupiają się na negatywnych stronach bycia kobietą w Japonii, na przypadkach utajonej przemocy, napastowania, społecznej stygmatyzacji, ostracyzmu, na trudnościach codziennych, wpisanych w prozę życia, dramatach rozgrywających się w każdej rodzinie, również w tzw. dobrych domach, problemach przemilczanych, wstydliwych, kuriozach. Zagadnieniach z przeszłości, wieku XX i czasów obecnych. W drugiej połowie książki znajdziemy teksty które wprawdzie opowiadają historie widziane oczami kobiet, ale mają szerszy kontekst i nie opierają się wyłącznie na dyskryminacji płci.

Metaforyczny tytuł dość łatwo odszyfrować, bo uogólniając, status kobiet w świecie wszędzie był i jest zbliżony, co wynika z naszych biologicznych uwarunkowań (niejako niezbywalnych), oraz kultury jaką wypracowaliśmy (w odpowiedzi na nasze oczekiwania, lęki i przekonania). Oczywiście inna jest pozycją społeczna pani Jones z Chicago, inna Azar z Teheranu, inna Marii znad Amazonki, ale punktów wspólnych jest więcej niż różnic. Idzie o trzymane pod kloszem kobiety, których życie sprowadza się zaledwie do roli dodatku, dekoracji, źródła uciech lub służki*.

Teksty składające się na „Kwiaty w pudełku” powstały w duchu feministycznym, w nurcie systematycznego i zdecydowanego rozkruszenia panującego statusu quo, w ramach którego wciąż nie może być mowy o symetrycznych relacjach pomiędzy płciami (zwłaszcza w patriarchalnej Japonii). Dobrze że takie książki powstają.

Spojrzenie Karoliny Bednarz jest bardzo wnikliwe. Inteligentnie identyfikuje genezę poruszanych zagadnień, niuanse i powiązania. Pisze o wszystkim nie jak osoba z zewnątrz, zadziwiony, irytujący gaijin, który sporo przeinacza, to i owo sobie dopowiadając, ale osoba wrośnięta w tamtejsze społeczeństwo, nie tyle szukająca sensacji, co dokumentująca zastaną rzeczywistość. Wprawdzie spędziła tam tylko dwa lata, ale zamieszczona w książce bibliografia zaświadcza jak bardzo poważnie podeszła do analizowanego tematu. Można by te reportaże śmiało przełożyć na japoński, z korzyścią dla samych Japończyków. I Japonek.

Tak jak w przypadku książki Jacka Adelsteina („Tokio Vice. An American Reporter on the Police Beat in Japan”, w Porando wydanej jako „Zemsta yakuzy. Mroczne kulisy japońskiego półświatka”), mamy tu do czynienia z bardzo solidną literaturą. Mającą ręce i nogi – ciekawą stylistyczne i istotną pod kątem informacyjnym, i co kluczowe – nie traktującą Japonii jak obcego podwórka (!).

Podsumowując: zbiór porządnych reportaży.


* Połączenie dwóch porównań, kawę na ławę wyłożono tutaj: str. 19, 20, 254-256.

.


Uwagi: str. 40 – pożera (zabiera?); str. 60 – karoshi kojarzy się jednak zdecydowanie ze śmiercią bezpośrednio z przepracowania (w wyniku intensywnej eksploatacji własnego organizmu i długotrwałego zaniedbania podstawowych potrzeb, stresu itd.), nie zaś z samobójstwem wynikającym z przytłoczenia obowiązkami i depresją; str. 196 nietykalni czy niedotykalni (?) (nietykalni, czyli poza zasięgiem, ponad normą, osoby jakoś wywyższone, o specjalnym statusie, nie zaś dyskryminowane, słowo nacechowane pozytywnie); str. 200 – „Nie udało mu się jednak cofnąć tego, co już raz poszło w świat”, kilka linijek dalej: „I również on wycofał się szybko” – niby sens zachowany, ale to powtórzenie i brak klarowności warto by usunąć. Choćby poprzez jakiś synonim (np. odżegnał się?); str. 238 – „[Holendrzy i Chińczycy] mogli zawijać do portu Dejima w Nagasaki” – cholernie nieszczęśliwe sformułowanie... Dejima to zaledwie niewielka sztuczna wyspa, na której stało kilka domów i magazynów, a Chińczycy jak się zdaje mieli okazje realizować swe interesy w innych częściach portowego nabrzeża... czym była Dejima i jak się tam żyło garstce Europejczyków realistycznie opowiada „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”.
Niektóre dość kategoryczne sformułowania nt. określonych zagadnień, relacji społecznych, choć przekonywające i zapewne słuszne, zasługują na szersze omówienie i odmalowanie w pełnej palecie barw. Być może w jakimś procencie są błędne.

pokaż więcej

 
2018-06-06 03:21:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Inny Świat

W stronę światła (1988)

Nowe lepsze „Życie po życiu” – rozszerzone i zgrabniejsze opracowanie tematu NDE (near-death experience) z drugiej połowy lat 80-tych.

Autor wielokrotnie deklaruje że opisywane przypadki nie mogą stanowić naukowego dowodu na kontynuację egzystencji po śmierci, ale osobiście – jako osoba wierząca – tak właśnie je postrzega; jego zdaniem przemawia za tym towarzyszący...
W stronę światła (1988)

Nowe lepsze „Życie po życiu” – rozszerzone i zgrabniejsze opracowanie tematu NDE (near-death experience) z drugiej połowy lat 80-tych.

Autor wielokrotnie deklaruje że opisywane przypadki nie mogą stanowić naukowego dowodu na kontynuację egzystencji po śmierci, ale osobiście – jako osoba wierząca – tak właśnie je postrzega; jego zdaniem przemawia za tym towarzyszący NDE fenomen przebywania poza ciałem, eksterioryzacji (OBE), w czasie którego świadomość może swobodnie przemieszczać po miejscu w którym znajduje się przynależne do niej ciało, obserwować wysiłki zaangażowanych w reanimacje ratowników, przeprowadzających zabieg chirurgów, krzątające się pielęgniarki, innych pacjentów, czy też rodzinę rozpaczającą w pomieszczeniu obok.

Czy to książka New Age, pseudonaukowy bełkot, ezoteryka w wydaniu POP? Zdecydowanie nie. Zbiór dowodów na istnienie duszy, wyższego porządku, zaświatów, Boga? Także nie. To tekst z bardzo szerokim targetem (każdy w końcu kiedyś umrze, i każdy o tym czasem myśli), napisany trochę dla otuchy, ku pokrzepieniu serc, tak przystępnie jak to tylko możliwe, by dać nadzieję że ta druga strona istnieje, że życie tu i teraz ma swój ciąg dalszy, gdzieś, w innym wymiarze. Cel i sens. Ma też na celu uporządkowanie dotychczas zgromadzonych informacji, pokazanie że doświadczenia z pogranicza śmierci mają pozytywny wpływ na ludzi, pomagają spojrzeć na codzienność w szerszej perspektywie, dokonywać lepszych wyborów, lepiej wykorzystywać każdy dzień.

„W stronę światła” („The Light Beyond”) powstawało przy udziale niejakiego Paula Perry, jak podaje Wikipedia: „współautora kilku bestsellerów Newy York Times’a*”, ciężko powiedzieć czy jego praca ograniczyła się do zaawansowanej redakcji, czy też był kimś w rodzaju jawnego ghostwritera, niemniej książce wyszło to na dobre. Jest napisana zdecydowanie lepiej niż dwie poprzednie, trzyma się kupy i po lekturze krótkich rozdziałów czytelnik jest intelektualnie bardziej syty – tj. za poszczególnymi wątkami idą konkretne informacje. (Choć oczywiście mamy tu więcej pytań niż odpowiedzi). Translacja pana Sławomira Studniarza zdaje się dobrze oddawać przekaz oryginału, choć kilka razy można odczuć że tłumacz ma kłopoty z przełożeniem wypowiedzi Moodego na polski. Niemniej jest OK. Perry ani razu nie zajmuje w książce żadnego stanowiska – gdyby nie jego nazwisko na stronie tytułowej można by pomyśleć że całość napisał pan doktor.

.


Limbus w 1992 wydał „trzy części Życia po życiu”. Dziś, kiedy internet pełen jest tego typu historii, nie mają już tej „siły rażenia”, nie wzbudzą też większej sensacji, ale jeśli szukamy korzeni tego typu materiałów, to warto do prac Moody’ego zajrzeć. Choćby po to by zrozumieć czym de facto są, o co było tyle szumu.


* „co-author of several New York Times bestsellers” – notka biograficzna.

.

Błędy wydania z 1992: okładka: nie publikowana (niepublikowana); str. 30 – czymiałeś (czy miałeś); str. 34 – go (ich); str. 35 – Zaduszki (Halloween); str. 50 – nie potrzebne (niepotrzebne); str. 52 – in ych (innych); str. 58 – „ma za sobą przeżycia na granicy śmierci” (z pogranicza śmierci); str. 59 – osoowości (osobowości); str. 69 – nie uwarunkowaną (nieuwarunkowaną); str. 86 – kropka powinna być za cudzysłowem; str. 92 – zbędne LECZ w czwartej linijce; str. 93 – nie zmącona (niezmącona); str. 107 – kropka przed cudzysłowem; str. 112 – nie związanej (niezwiązanej); str. 121 – siebie samego (samego siebie?); str. 127 – nie poddane (niepoddane); str. 175 – powziętym (tu powinno być przyswojonym); str. 189 – nie oparte (nieoparte).

pokaż więcej

 
2018-05-27 18:19:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Refleksje nad życiem po życiu (1977)

Lektura kompletnie niesatysfakcjonująca. Książeczkę podzielono na rozdziały, ale są one tak groteskowo krótkie, nierozbudowane, a zawarte w nich informacje tak skąpe... że wydawanie tego jako samodzielnej publikacji wydaje się kompletnym niedostosowaniem formy do oferowanych treści. Zwykłe przytoczenie obszerniejszych fragmentów z relacji, jakichś...
Refleksje nad życiem po życiu (1977)

Lektura kompletnie niesatysfakcjonująca. Książeczkę podzielono na rozdziały, ale są one tak groteskowo krótkie, nierozbudowane, a zawarte w nich informacje tak skąpe... że wydawanie tego jako samodzielnej publikacji wydaje się kompletnym niedostosowaniem formy do oferowanych treści. Zwykłe przytoczenie obszerniejszych fragmentów z relacji, jakichś szczegółów biograficznych, szersze odmalowanie emocji – uratowałoby tę publikację, a tak... mamy raptem szkic.

Na zaledwie 130 stronach znajdziemy informacje o nowych elementach jakie Moody wyodrębnił w relacjach swoich rozmówców (doświadczenie wszechwiedzy, rzekome interakcje z bytami z zaświatów, duchami, wizje „świetlistych miast”), o czymś co można określić mianem sądu duszy, samobójstwie w kontekście NDE, oraz odczuciach chrześcijańskiego duchowieństwa odnośnie ustaleń opublikowanych w „Życiu po życiu”, poznamy też kilka historycznych czy też legendarnych NDE, przeczytamy FAQ*, a na koniec poznamy metodologię badań doktora.

Informacje jakie zawierają „Refleksje nad życiem po życiu” mogłyby posłużyć do napisania dłuższego artykułu, świetnie wybrzmiałby w wywiadzie... ale jak na książkę to zdecydowanie za mało.

Tłumaczenie znacznie lepsze niż wydanego w tym samym roku „Życia po życiu” (1992) – również nie bez drobnych błędów, jednak wolne od wpadek stylistycznych, bardzo sensowne (Marian Młynarczyk).

.

Str. 60 – kół (kręgów?); str. 65/66 – Bede z Bretanii to jak się zdaje Czcigodny Beda, z Brytanii (tej Wielkiej); str. 75 – Carl Gustaw Jung (Carl Gustav Jung); str. 96 – nawiedzone pisane (pismo automatyczne); str. 102 – brak kropki po cudzysłowie; str. 123 – antorpologów (antropologów).

Str. 6 – nie publikowane (niepublikowane); str. 27 – nie zupełnie (niezupełnie); str. 72 – nie narodzonych (nienarodzonych); str. 74 – nie znających (nieznających); str. 90 – nie rozwiązane (nierozwiązane)

* Frequently Asked Questions – często zadawane pytania.

pokaż więcej

 
2018-05-23 22:47:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Życie po życiu (1975)

Klasyka i jak się zdaje na swój sposób książka pionierska. Garść podstawowych informacji z zakresu zjawiska NDE (near-death-experience): refleksje, wątpliwości i spekulacje. Wbrew tytułowi („Life After Life”) autor nie skupia się opisach zaświatów czy reinkarnacji, a tym co zdaje się być elementami momentu przejścia, zjawiskami towarzyszącymi duszy u progu „drugiej...
Życie po życiu (1975)

Klasyka i jak się zdaje na swój sposób książka pionierska. Garść podstawowych informacji z zakresu zjawiska NDE (near-death-experience): refleksje, wątpliwości i spekulacje. Wbrew tytułowi („Life After Life”) autor nie skupia się opisach zaświatów czy reinkarnacji, a tym co zdaje się być elementami momentu przejścia, zjawiskami towarzyszącymi duszy u progu „drugiej strony” – progu którego ostatecznie żaden z bohaterów publikacji nie przekracza, dzięki czemu (jeśli dawać im wiarę) – mogą przedłożyć nam swoje świadectwa. Moody nie upiera się że tak jest w istocie, po prostu pisze o tym czym się stykał, jak do tego doszło, i jak się na to zapatruje. Zdecydowanie nie jest to pseudonaukowy bełkot, pseudo-ezoteryka w duchu New Age, ani klucz do prawdy o sensie egzystencji. Nie jest to też materiał ściśle naukowy, ot – przemyślenia przelane na papier. Ciekawostka.

Nawet jeśli uznać opisywane w niej doświadczenia za figiel gasnącego umysłu*, stek niedorzeczności i zwykły efekt myślenia życzeniowego, naszej ogólnoludzkiej słabości, a jej fenomen tłumaczyć zapotrzebowaniem na tego typu treści u prostego zjadacza chleba (chcącego się jakoś oswoić z tym co nieuniknione, najchętniej w prostej formie i możliwe szybko), to jednak nie sposób wszystkiego zanegować.

Materiału w niej mało, tyle że starczyłoby na jeden obszerniejszy artykuł w jakimś kwartalniku, albo jeden rozbudowany rozdział. Jak na samodzielną publikację to zdecydowanie za mało, książeczka na jedną noc, góra dwa wieczory.

Moody starał się by całość była jak najprzystępniejsza, lekka w odbiorze, zrozumiała dla każdego. Niestety jest przez to bardzo skrótowa, nierozbudowana. Tłumaczenie ma sporo mankamentów, choć nie jest tragiczne.

.

Uwagi do wydania z 1992 (Limbus): kiepsko spolszczona przedmowa, tytuł podrozdziału Słyszenie – tłumaczenia dosłowne (brzmi b. dziwnie); „dolina cieni śmierci” – tj. dolina cienia śmierci (!). Str. 40 – całym spokojem (pełnym spokojem); str. 45 – tego (o tym); str. 52 – tak mówi (mówi tak/mówi); str. 55 – „osieroceni rodzice” – w angielskim oryginale jest to ujęte zapewne inaczej (tj. fakt że stracili potomstwo nie czyni ich sierotami); str. 60 – nie dającego (niedającego); str. 72 – nie spotykaną (niespotykaną); str. 76 – nie spełnione (niespełnione); str. 78 – wyciągnie się (wyjdzie); str. 82 – było ich udziałem (zaszło z ich udziałem); str. 86 – mowa jest o piłce nożnej, ale w USA jest to mało popularne... w oryginale zapewne nie było soccer a football (w domyśle amerykański); str. 97 – nie spotykany (niespotykany); str. 106 – Szaweł/Paweł nie tyle stał się orędownikiem chrześcijaństwa, co je wykreował – zrywając z tradycją żydowską stał się jednym z bardziej aktywnych popularyzatorów New Age tamtych czasów; str. 107 – nie uszkodzone (nieuszkodzone); str. 111, 113, 117, 118, 129 – „Tybetańska księga zmarłych” – UMARŁYCH; str. 147 – brakuje w wypowiedzi chorego spójnika „a”, ewentualnie można by w odpowiednim miejscu zamiast przecinka postawić myślnik + nie zmienione (niezmienione); str. 158 – nie znanych (nieznanych); + miejscami styl nieadekwatny do narracji oraz nieco dziwne wyrażenia (kilka przykładów). Tłumaczenie b. pośpieszne, robione pod presją czasu, nieco niestaranne (Irena Doleżal-Nowicka).

.

Codziennie tracę świadomość – nigdy nie jestem w stanie wychwycić momentu kiedy wszystko gaśnie, kiedy przychodzi sen. Jak każdy. Dwa razy w szpitalu anestezjolodzy usypiali mnie do zabiegu. Również wtedy nie zauważyłem momentu przejścia z jawy do groty Hypnosa.
Po wybudzeniu z narkozy pierwsze co przyszło mi na myśl to to że przez chwilę byłem martwy, że tak wygląda śmierć i umieranie: nicość, niebyt, NIC... i niemożliwy do uchwycenia moment kiedy znikamy. Stan sprzed narodzin. Byłoby miło gdyby to o czym czytamy w „Życiu po życiu” było prawdą.



* „Efekty tego typu są prawdopodobnie związane z zaburzeniami funkcjonowania mózgu, mającymi miejsce m.in. w stanie śmierci klinicznej, a wynikającymi z niedokrwienia kory mózgowej (w tym ośrodka snu i układu limbicznego odpowiedzialnego za emocje), niedotlenienia (na które wrażliwy jest ślimak odpowiedzialny za wrażenia słuchowe), zatrucia, zaburzeń poziomu neurotransmiterów, a więc naruszenia normalnej fizjologii mózgu. W momencie śmierci klinicznej szyszynka prawdopodobnie produkuje duże ilości DMT, jednej z najsilniejszych substancji psychoaktywnych. Za taką interpretacją przemawiają badania neuropsychologiczne, w których udaje się wywoływać podobne efekty poprzez stymulację magnetyczną (TMS) niektórych rejonów kory, głównie płatów skroniowych. Prawdopodobnie również do płynu mózgowo-rdzeniowego uwalniane są endorfiny co blokuje ból i daje radość.

Inne wyjaśnienie o charakterze biologicznym zostało zaproponowane przez George'a Wettacha. Opiera się ono na rozróżnieniu dwóch części mózgu: mózgu gadziego (reptilian brain), starszego ewolucyjnie, który może funkcjonować w niższej temperaturze i przy mniejszych dostępnych źródłach energetycznych oraz mózgu ssaczego (mammalian brain), reprezentowanego przez korę mózgową, bardziej złożonego, ale też bardziej delikatnego. Mózg ssaczy odpowiada za całościową świadomość i w normalnych warunkach dominuje nad mózgiem gadzim. W sytuacjach ekstremalnych (jak doświadczenie z pogranicza śmierci), gdy funkcjonowanie mózgu ssaczego jest ograniczone, tendencja ta odwraca się i zaczyna dominować mózg gadzi. Wszystkie doświadczenia z pogranicza śmierci da się wyjaśnić jako interakcję między mózgiem gadzim i ssaczym.

Inny model o charakterze biologicznym stworzyła Susan Blackmore. Według niej całość przeżyć związanych ze śmiercią kliniczną można wytłumaczyć nadmiernym wydzielaniem endorfin w sytuacjach kryzysowych (takich jak uszkodzenie lub niedotlenienie mózgu). Substancje te powodują zmniejszenie bólu, ale przy okazji wywołują wizje i euforię. Propozycję tę autorka przedstawiła w latach 80. XX wieku. W latach dziewięćdziesiątych zaś wyjaśnienie doświadczeń z pogranicza śmierci oparła na pojęciu modeli mentalnych. Jej zdaniem wszystko czego doświadczamy jest wynikiem modeli mentalnych – wpływają one na obraz i poczucie rzeczywistości. Bazując na informacjach odbieranych przez zmysły system wybiera do reprezentacji rzeczywistości taki model mentalny, na podstawie którego można najlepiej przewidywać zachowanie i który zapewnia najlepsze funkcjonowanie. Niestabilne i chaotyczne modele rzeczywistości są postrzegane przez jednostkę jako halucynacje lub fantazje. Przeżycia składające się na doświadczenia z pogranicza śmierci wydają się występować naprawdę, gdyż w trakcie osłabienia funkcjonowania mózgu reprezentują najbardziej stabilny z możliwych modeli ja.

Do świadomości, w wyjaśnieniu doświadczeń z pogranicza śmierci, odwoływał się także Todd Murphy. Według niego doświadczenie to działa niczym algorytm bazujący na procesach biologicznych, który zmienia stany świadomości. Murphy odwoływał się do teorii ewolucyjnych – jego zdaniem mechanizm selekcji naturalnej ułatwia powtórne narodziny, zaś panoramiczny przegląd życia jest procesem uczenia, w trakcie którego jednostka dokonuje przeglądu własnego życia i nabywa wiedzy, która zostanie wykorzystana po powrocie do życia, w celu lepszej adaptacji.

Również psychoanalitycy zaproponowali wyjaśnienie doświadczeń z pogranicza śmierci. Ich zdaniem przeżycia składające się na nie (np. wizje) pełnią funkcję mechanizmów obronnych, które mają zapobiegać nadmiernej traumie emocjonalnej. Kiedy świadomość niebezpieczeństwa utraty życia jest nie do uniknięcia, fantazje i marzenia pozwalają zapanować nad faktami, a więc dochodzi do triumfu złudzeń nad rzeczywistością. Pojawiają się fantazje regresywne w postaci panoramicznego przeglądu życia oraz fantazje o raju, jako metafora powrotu do stanu prenatalnej, oceanicznej rozkoszy. Wszystko to ma służyć obronie przed lękiem.

Większość badaczy jest zdania, że klasyfikowanie tego typu zjawisk jako paranormalne jest nieuzasadnione. Wątpliwości budzą jednak m.in. odczucia zmysłowe związane z obserwowaniem i zapamiętywaniem otoczenia przez osobę nieprzytomną. We wrześniu 2008 uruchomiono międzynarodowy projekt AWARE. Naukowcy z University of Southampton, wspólnie z zespołem ponad 30 lekarzy i naukowców, chcą dokładnie zbadać etiologię tych zjawisk. Badacze umieścili w salach na oddziałach ratunkowych obrazki, które można zobaczyć jedynie spod sufitu. Następnie mają zamiar przepytać osoby, które przeżyły zatrzymanie akcji serca o swoje wspomnienia z tego wydarzenia. Osoby, które będą twierdzić, że widziały z góry swoje ciało, będą pytane, czy pamiętają, co było na obrazkach. Badanie to ma rozstrzygnąć, czy świadomość istnieje niezależnie od mózgu, czy też wrażenia takie są jedynie »wytworem« mózgu”.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Do%C5%9Bwiadczenie_%C5%9Bmierci

+

„Śmierć kliniczna – stan zaniku widocznych oznak życia organizmu, takich jak bicie serca, akcja oddechowa czy krążenie krwi. Od stanu śmierci biologicznej różni się nieprzerwanym występowaniem aktywności mózgu, możliwej do stwierdzenia za pomocą badania elektroencefalograficznego (EEG). W niektórych sytuacjach u pacjenta znajdującego się w stanie śmierci klinicznej mogą zostać przywrócone oznaki życia.

Na skutek zatrzymania akcji układu krążenia i oddechowego zostaje zatrzymany dopływ tlenu do układu nerwowego, który jest najbardziej wrażliwy na jego niedobór. W takiej sytuacji już po upływie 3-5 minut zaczynają obumierać komórki kory mózgowej.

Przyjmuje się, że przywrócenie oznak życia poprzez reanimację jest możliwe jedynie przez pierwsze 4 minuty (wyjątkiem jest stan hipotermii, wtedy ten czas może sięgać nawet 20 minut, co wiąże się ze spowolnieniem metabolizmu) od wystąpienia śmierci klinicznej. Dłuższa przerwa w dostawie tlenu do komórek układu nerwowego kończy się częściowym lub całkowitym zanikiem funkcji kory mózgowej. Przywrócenie po tym czasie akcji układów krążeniowego i oddechowego może prowadzić do trwałego (nieuleczalnego) stanu wegetatywnego (Persistent Vegetative State – PVS), czasami mylnie utożsamianego ze śmiercią mózgu”.

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Amier%C4%87_kliniczna

pokaż więcej

 
2018-05-19 16:23:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tybet. Zarys historii kultury (1968)

„Książka [...] Snellgrove’a i [...] Richardsona stanowi pierwsze w światowej tybetanistyce monograficzne opracowanie dziejów kultury tybetańskiej. [...] przedstawia rozwój kultury i cywilizacji tybetańskiej na tle dziejów narodu i warunków naturalnych” (ze wstępu tłumacza, Stanisława Godzińskiego).

Polski tytuł zdecydowanie lepiej oddaje treść publikacji...
Tybet. Zarys historii kultury (1968)

„Książka [...] Snellgrove’a i [...] Richardsona stanowi pierwsze w światowej tybetanistyce monograficzne opracowanie dziejów kultury tybetańskiej. [...] przedstawia rozwój kultury i cywilizacji tybetańskiej na tle dziejów narodu i warunków naturalnych” (ze wstępu tłumacza, Stanisława Godzińskiego).

Polski tytuł zdecydowanie lepiej oddaje treść publikacji („A Cultural History of Tibet”), rozbudowanej ale niepełnej, muskającej zaledwie zagadnienia zasługujące na obszerne rozdziały. Kultura to między innymi kuchnia – tymczasem poza wspomnieniem o słonej herbacie z masłem, wpływie wzorców chińskich i kilku przykładach tego co stanowiło codzienną strawę Tybetańczyków, nie ma w tekście nic co dałoby szersze wyobrażenie o tradycyjnym menu, sposobie przygotowania, przechowywania, porcjach, narzędziach, „zastawie”, rozdziale na produkty luksusowe i codzienne, gustach i smakach. Tego co świąteczne, typowe zwykłych rodzin, mnichów, szlachty – etc. Nie znajdziemy w monografii także żadnych opisów tybetańskiej fizjonomii, wartościowych rozważań odnośnie etnogenezy ani wyraźnej odrębności od sąsiednich nacji (co w przypadku chińskich urojeń nie jest bez znaczenia). Brakuje wyraźnego zarysowania tutejszego folkloru, mitologii, a także obyczajowości, życia codziennego. O muzyce padło raptem kilka zdań. To za mało.

Zapisy tybetańskich imion i nazw miejscowych, dla polskiego ucha bardzo egzotyczne i przynajmniej w formie pisemnej wyjątkowo rozbudowane (transliteracja Wyliego), utrudniają śledzenie narracji. Zdecydowanie lepszy byłby zapis fonetyczny, a ten pojawia się w książce rzadko (np. bKra-szis-lhun-po zaleca się wymawiać jako Taszlihunpo). Jest tego bardzo dużo, i siłą rzeczy nazwy te nie zapadają w pamięć. Przydałby się dodatek zawierający tybetański alfabet, brzmienia poszczególnych dźwięków i jakiś „samouczek” – jak o wymawiać. Prócz tego brak mapy. Dziś można odszukać je w internecie, skorzystać z Google Maps, ale pod koniec lat 70-tych polski odbiorca nie miał takich możliwości.

Szkicowy opis historycznych postaci, stronnictw, organizacji, dziejowych zawieruch, będzie na pewno pomocny w dalszym zgłębianiu dziejów Tybetu, ale w takiej formie jest niesatysfakcjonujący. Przydałoby się go rozbudować, dać czytelnikowi coś więcej.

Mimo wzmiankowanych wad, nie jest to rzecz zła, w opracowaniu można znaleźć wiele wartościowych informacji, rzeczowych analiz i trafnych skonstatowań. Jeśli ktoś nie ma podstawowych informacji nt. tybetańskiej kultury, nie orientuje się w tym jak proste i dalekie od legendarnych opowieści są procesy kulturotwórcze, religijne, może to być dla niego wyjątkowo ciekawe. Książkę czyta się bardzo lekko, całość nie nuży i daje sensowny ogląd na dzieje tamtejszej społeczności, która prędzej czy później rozpłynie się w morzu chińskich genów i gospodarczego cudu zainicjowanego przez Den Xiaopinga. W epilogu przedstawiono sprawę jasno, z tybetańskiej kultury pozostanie tylko wydmuszka. Dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, znajdujemy potwierdzenie tych słów*.

Do tekstu wkradło się trochę błędów**, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości. Mimo iż skierowany jest do osób zainteresowanych tematem na poziome zaawansowanym, tj. chcących pozyskać konkretne, uporządkowane informacje, to jednocześnie celuje w gusta laików, amatorów – nie zaś zawodowych historyków czy antropologów kultury. Dwa razy autorzy odnoszą się do własnej (tj. brytyjskiej) historii – przy tych analogiach przydałby się przypisy.

(Nie pamiętam już dobrze „Siedmiu lat w Tybecie” Harerra, ale odnoszę wrażenie że zawarto tam wiele z tego czego nie poruszono książce Snellgrove’a i Richardsona, przez lata była białym krukiem, a teraz ma nowe, ładne wydanie; zdecydowanie polecam tom „Tybetańczycy” z serii Mitologie Świata, który można kupić za śmieszne pieniądze, album „Tybet” z cyklu Podróże marzeń, a gniot Kędzierskiej zatytułowany„Dziennik tybetański” zdecydowanie odradzam; na mojej półce czeka cierpliwe na swój czas „Tybetańska księga umarłych”, czeka już od lat i musze się za to w końcu wziąć; jako laik wiele więcej wymienić nie mogę).

* Tybetańczyków jest nieco ponad 5 milionów, a zatem niewielu, powierzchnia historycznego Tybetu to jakieś 2,5 miliona kilometrów kwadratowych, czyli prawie osiem razy tyle ile liczy sobie terytorium Polski, peryferyjność tych ziem przez długi czas umożliwiała tubylcom życie po swojemu, teraz ta sama peryferyjność sprawia że nikt się nimi nie interesuje... Dalajlama mówi oficjalnie że na jego osobie tradycja urzędu który sprawuje powinna się zakończyć, ma bowiem świadomość że obecny Panczenlama, odpowiedzialny za poszukiwania jego przyszłej inkarnacji, jest w pełni posłuszny chińskiej Partii i „rozpoznanie” kolejnego wcielenia będzie działaniem czysto politycznym (ale czy wcześniej było inaczej?). Wszystkie wspomniane w książce procesy doprowadziły do tego że tybetańscy mnisi są już tylko turystyczną atrakcją, a na Wyżynie Tybetańskiej dominują Chińczycy Han, język mandżurski i plastikowa tandeta. Nie można jednak jednoznacznie powiedzieć że zacofany Tybet byłby lepszy, że wszystko co jest teraz robione w Tybecie jest złe. Najlepiej byłoby gdyby Tybetańczycy sami się zlaicyzowali, nie dano im jednak takiej szansy.

** UWAGI:
Posłowie Heleny Majskiej to kiepsko napisany propagandowy bełkot, brzmiący trochę jak wypracowanie sklecone pod gusta reżimowego edukatora-politruka, w którym obowiązkowo należy wspomnieć o amerykańskim imperializmie i duchu myśli leninowskiej, ale niepozbawiony wielu racji. Pomimo tego tonu, bardzo rzeczowo i trafnie krytykuje politykę KPCh wobec Tybetu i Tybetańczyków. W zasadzie wyjąwszy styl w jakim to napisano, oraz mniej i bardziej poważne przytyki skierowane do państw kapitalistycznych, jest to zaskakująco śmiała, szczera i trafna analiza, nijak nie różniąca się od zapatrywań zachodnich.

Str. 147 – ostatni akapit: masło maślane... finezja ironii zaginęła w przekładzie; str. 151 – „tej” czyli jakiej?; str. 170 – Muzułmani (muzułmanie); str. 182 – kolegę (kolegi); str. 215 – ostatni akapit: błędna interpunkcja; str. 218 – 6 linijka, błędny szyk zdania; str. 223 – Cromwella-Cromwella, tragiczne powtórzenie, marna stylistyka; znalazło by się jeszcze kilka innych przykładów w których dane myśli można by wyrazić zgrabniej, ale niewiele.

W tekście przeczytamy o „Ułanbatorze” (a nie Ułanbator), Gorkhach (Gurkah), Kathmandu (Katmandu), a Kamasutra zapisywana jest jako Karmasutra, tłumacz używa też nieco już archaicznego słowa India zamiast Indii (tj. np. w Indii, nie w Indiach), powielanego później w propagandowym posłowiu. Nie można tu mówić o błędach, język się zmienia, a używane formy są jedynie kwestią umowną (w przypadku żargonu naukowego często kompromisu wąskiej grupy użytkowników), ale warto przytoczyć w ramach ciekawostki.

Królestwo Sikkim dołączyło do Indii w 1975, a więc już po wydaniu książki, polskie tłumaczenie jest o dziesięć lat starsze (1978) – ale nie zadano sobie trudu zrobienia przypisu i poinformowania o tym czytelnika. (Zapewne nikt pracujący przy książce o tym nie wiedział).

Wielokrotnie w tekście napotkamy błędny zapis wyrazów z NIE: str. 25 – nie zamieszkanych (niezamieszkanych); str. 63 – nie ograniczeni (nieograniczeni); str. 95 – nie istniejących (nieistniejących); str. 109 – nie kończących (niekończących); str. 118 – nie słabnącym (niesłabnącym); str. 130 – nie kończących (niekończących); str. 143 – nie popieranych (niepopieranych); str. 144 – nie wyjaśniona (niewyjaśniona); str.152 – nie skrępowani (nieskrępowani); str. 171 – nie znany (nieznany), nie kwestionowany (niekwestionowany); str. 173 – nie spełnione (niespełnione); str. 215 – nie zauważane (niezauważane); str. 216 – nie znanego (nieznanego); str. 225 – nie znane (nieznane); str. 226 – nie pokonany (niepokonany).

+

W książce używa się transliteracji Wyliego. Tenzin Gjaco wygląda w niej tak: bstan ‘dzin rgya mtsho, w tybetańskim Pinyin będzie to Dainzin Gyaco, a w angielskim Tenzing Gyatso.
To co w książce robi za formę podstawową powinno być w nawiasie, zaraz za wersją przystosowaną dla zachodniego ucha. Wpłynęłoby to znacząco na atrakcyjność tekstu i lepszą przyswajalność.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Transliteracja_Wyliego
https://pl.wikipedia.org/wiki/Dalajlama

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
188 186 2022
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd