Gracjan Triglav 
gracjantriglav.blogspot.com
Za pośrednictwem serwisu zaspakajam potrzebę wymiany wrażeń po lekturze.
31 lat, mężczyzna, Warszawa, status: Czytelnik, dodał: 7 książek, ostatnio widziany 9 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-12 12:25:36
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

Lud. Z grenlandzkiej wyspy (2018)

Wiosna na skalistej Ummannaq. Trzy miesiące (marzec-kwiecień-maj 2017) w środkowo-zachodniej Grenlandii, za kołem podbiegunowym*.

Autorka pisze że Kalaallit Nunaat jest ogromna „i głupotą byłaby próba opisania całej” a osadę Ummannaq, liczącą nieco ponad tysiąc dusz, polecono jej w północnej Norwegii.
„Grenlandia jest tak zróżnicowana, że każda osada to...
Lud. Z grenlandzkiej wyspy (2018)

Wiosna na skalistej Ummannaq. Trzy miesiące (marzec-kwiecień-maj 2017) w środkowo-zachodniej Grenlandii, za kołem podbiegunowym*.

Autorka pisze że Kalaallit Nunaat jest ogromna „i głupotą byłaby próba opisania całej” a osadę Ummannaq, liczącą nieco ponad tysiąc dusz, polecono jej w północnej Norwegii.
„Grenlandia jest tak zróżnicowana, że każda osada to osobny kosmos” – konstatuje – dlatego nie mając wiele czasu, nie czując też zapewne że dłuższy pobyt w tych stronach to coś czemu powinna poświecić kolejne lata, zdecydowała się na zatopienie w małej, reprezentatywnej społeczności**. I choć ten pobyt jest bardzo krótki, choć sylwetki bohaterów zarysowane są raptem szkicowo – dobry reporterski warsztat pozwala autorce dotrzeć do sedna i odmalować przed czytelnikiem główne problemy, nadzieje i marzenia Grenlandczyków.

Przy drugiej książce autorka odeszła od rozbudowanych zachwytów nad pięknem chwili, zredukowała poetyckość do elementów które mają nadać tekstowi charakter, dodać mu literackich walorów, głębi; zmysłowe opisy i gra świateł nie były tam już celem samym w sobie, i tutaj utrzymuje te proporcje. Narracja jest jasna, tekst bardzo przystępny, napisany w interesujący sposób, z wyczuciem i empatią. Jednak tak szeroka galeria postaci, aby być lepiej zapamiętana – musiałaby być opisana szerzej, na większej liczbie stron (a to wymuszałoby dłuższy pobyt).

Garść flashbacków w których hurtem i ekspresowo powracamy do bohaterów z poprzednich części, podkreśla osobisty charakter reportaży Wiśniewskiej. Patrzymy na Grenlandię i Grenlandczyków poprzez jej emocjonalność, jej styl odbioru rzeczywistości, i można się tylko cieszyć że jest taki a nie inny. (Tj. nieinwazyjny, pełen dystansu, niepochopny, nastawiony na refleksję). Niekiedy można odnieść wrażenie że czytamy pamiętnik albo blog, przeznaczony dla bardzo wąskiego grona odbiorców, ale liczne fakty historyczne regularnie oddalają te myśli. To bardzo udane połączenie.
Choć czuć tu wyraźną kreację literacką, to jednak nie sposób się bez niej obejść, a w akcentowaniu i podkreślaniu tego co nam lube, miłe naszemu sercu, co akceptujemy i chcemy pielęgnować, nie ma chyba nic złego, poza tym autorka jest bardzo szczera. Jest to kolejna część cyklu, tak samo dobra jak wcześniejsze. Miejmy nadzieję że nie ostatnia***.

Czego w reportażu brakuje?
Za mało o skałach (Kim Stanley Robinson pewnie obszernie rozpisałby się o ukształtowani powierzchni i rzucił kilka zdań o przeszłości geologicznej – dla pełnego obrazu bardzo by się to przydało). Brakuje informacji o prozie życia związanej z udogodnieniami cywilizacyjnymi – skąd bierze się tam prąd, woda, co z odpadami, itd. Nawet jeśli część kwestii jest jasna, lub można się ich domyślać, warto by dla pełniejszego opisu to i owo czytelnikowi wyłożyć. Na Grenlandii używa się koron innych niż w Danii, o tym też warto by napisać.

Gdyby książkę omawiano w radio, tytułowy lud byłby pewnie odebrany jako zamarznięta woda, lód. Użycie takiego homofonu to w zasadzie to samo zagranie co w przypadku „Hen”, pokrewne „Białemu”. Wymusza to utrzymanie tej praktyki przy kolejnych tomach cyklu, a to może być niełatwe.

* Książkę wzbogaca dodatkowo kilka rozmów odbytych parę miesięcy po trzymiesięcznym pobycie na największej wyspie świata.
** Grenlandia jest duża, ale zamieszkane są tam tylko wybrzeża, osady są niewielkie i żyje w nich raptem garstka ludzi (łącznie jakieś 56 tysięcy, z czego 17 przypada na stolicę). Zrobienie obszerniejszego reportażu o ludności całej wyspy, jakiegoś studium socjologiczno-historycznego, jest całkowicie wykonalne, po prostu trzeba na to trochę więcej niż trzech miesięcy.

Eskimosi pozostawieni sami sobie, żyliby zapewne tak jak przed tysiącleciami, dzięki naturze i w zgodzie z jej corocznym cyklem oraz brutalnymi zasadami, dodatkowo zdobywając pewne dobra poprzez wymianę skór czy mięsa – nie mieliby takich udogodnień jak teraz: szczodrego zachodnioeuropejskiego socjalu, gorącej wody, plastiku i licznych używek. Nie byliby częścią globalnej wioski. Kiedyś całe dnie spędzali na walce o byt, o przetrwanie, szyli, polowali, przemieszczali się, a teraz mają zbyt wiele wolnego czasu – to główny problem tego kraju. Warto by wyłożyć kawę na ławę.
*** Był już Spitsbergen, był Finnmark, teraz Grenlandia. Co dalej? Islandia? Wyspy Owcze? Rosyjska Daleka Północ (Półwysep Kolski, Polarny Ural i Nowa Ziemia, Jamał, Tajmyr, ujście Leny, sjewiernaja Jakucja, Czukotka? Kanadyjska Arktyka? Alaska? Wydaje mi się że Federacja Rosyjska odpada. Ale reszta nie.

Polecam „Teatr ryb”, „81:1”, „Błękitne przestrzenie” (część o Wyspach Aleuckich i Alasce), oraz „Syberię” Pałkiewicza i „Jakuck” Książka – gdzie można znaleźć podobne klimaty (dosłownie i w przenośni).

Uwagi:
Na stronie 109 przeczytamy że „Grenlandia jest wielkości Europy” (!). To trochę szokując stwierdzenie. Na dużych, ogólnych mapach, gdzie siatka kartograficzna zniekształca północne i południowe obszary, wyolbrzymiając całą Daleką Północ i Antarktydę, czyniąc z niej mistyczną Terra Australis (Incognita), może to tak wyglądać, ale wystarczy wziąć do ręki globus albo znaleźć w atlasie stronę z basenem Oceanu Arktycznego, gdzie proporcje są już zachowane.
Powierzchnia Europy to dziesięć milionów metrów kwadratowych (10 180 000), powierzchnia Grenlandii i towarzyszących jej wysp to jakieś dwa miliony z hakiem (2 166 000).

10 180 000 – 2 166 00 = 801 4000

No chyba że liczyć to wedle antycznych standardów, tj. że Europa to tylko od Słupów Heraklesa do rzeki Vistuli, a Skandynawia to wyspa...

Autorka jest bardzo inteligentną osobą, o szerokim spojrzeniu na świat, i nie wierzę aby doszło tu do aż tak wielkiej pomyłki, prędzej można by to zwalić na literacką przesadę, ale pisze to cholernie serio (i w wywiadzie umieszczonym w sieci powiela tę informację)... z drugiej strony nobody’s perfect – moim zdaniem warto by to poprawić, bo jest to straszny błąd.

Gdyby Grenlandia była wielkości Europy, byłaby kontynentem!

Str. 120 – nachalna poprawność polityczna, obawiam się umieszczona w książce fotografia dobitnie podkreśla spory dysonans, tj. żaden mężczyzna z orientacją hetero nie zaklasyfikuje opisywanego transseksualisty (transseksualistki?) za jednostkę atrakcyjną, pociągającą. Nie te proporcje. Owszem, problem dyskryminacji jest żywy, warto go poruszyć, każdemu należy się szacunek – ale trzymajmy się faktów.

Str. 159 – dwu (dwóm?).

Str. 194 – olej który prezentuje letnią panoramę Ummannaq na stronie 198 staje się już pejzażem jesiennym... a może idzie o inny obraz? Z narracji jednak to nie wynika.

+

Historie ludzi z północy, czyli Ilona Wiśniewska w Radiu Książki (21 sierpnia 2018):
http://wyborcza.pl/ksiazki/7,163351,23807420,historie-ludzi-z-polnocy-czyli-ilona-wisniewska-w-radiu-ksiazki.html

pokaż więcej

 
2018-10-02 18:06:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Lata ryżu i soli (2002)

Prawie 700 stron drobnym makiem, alternatywna wizja dziejów. „Autor maluje panoramę siedmiu wieków [...] historii świata [od epidemii Czarnej Śmierci która uśmierca prawie wszystkich mieszkańców Europy,] aż po czasy współczesne, widziane oczami różnych bohaterów – żołnierzy, niewolników, filozofów, władców. Pisarz porusza kwestie sensu życia i śmierci, wieczności,...
Lata ryżu i soli (2002)

Prawie 700 stron drobnym makiem, alternatywna wizja dziejów. „Autor maluje panoramę siedmiu wieków [...] historii świata [od epidemii Czarnej Śmierci która uśmierca prawie wszystkich mieszkańców Europy,] aż po czasy współczesne, widziane oczami różnych bohaterów – żołnierzy, niewolników, filozofów, władców. Pisarz porusza kwestie sensu życia i śmierci, wieczności, ludzkich wyborów”. Przybliża czytelnikowi orientalne cywilizacje, ich złożoność, charakter i perspektyw przed jakimi stoją, rolę jednostek i społeczeństw, wbrew temu co stoi na Wikipedii, to właśnie to, nie zaś kwestie egzystencjalne w wymiarze duchowym, mistycznym, stanowią istotę jego dzieła (choć tworzą rdzeń fabularny).

Książka wciąga. Język jasny, zdania nie są przesadnie rozbudowane, dość sugestywne, literacko wysmakowane. Raz na jakiś czas zdarzy się jakaś misterna konstrukcja albo poetycka metafora. W tłumaczeniu urok wypowiedzi i opisów niekiedy niknie, ale nie jest źle. To i owo trzeba by doszlifować, sporo poprawić, ale to potknięcia które powinien wyłapać sprawny redaktor, osoba czuwająca nad ostateczną formą tekstu. Czemu tego nie zrobił – to już inna para kaloszy. Ogólnie jest dobrze, i książki tłumaczyć na nowo raczej nie trzeba. Co zaskakujące, jak na prozę Kima mamy tutaj wyjątkowo mało opisów geologicznych, a przecież gór na Jedwabnym Szlaku czy na Zachodnim Wybrzeżu nie brakuje.

Dzięki powieści można zatopić się w cywilizacji Bliskiego i Dalekiego Wschodu, w świecie Orientu: realistyczne sceny, wiernie oddane wierzenia, popularne przekonania, poglądy typowe dla epoki oraz określonych warstw społecznych, tworzą wiarygodny obraz alternatywnej rzeczywistości.

Odbiór tekstu będzie tym lepszy im szerszą wiedzę ma czytelnik – wtedy można w pełni docenić misterną konstrukcję, ilość odniesień oraz realizm, przedstawione koncepcje filozoficzne, mity i wierzenia. Będzie też sprawniej kojarzył fakty. (Np. autor rzuca kilka słów, i już wiemy że Chińczycy są w Zatoce San Francisco, że dotarli do Imperium Inków, itd.). Paradoksalnie, najwięcej mogą wyciągnąć z niego ci którzy mają małą lub średnią wiedzę o świecie.

Mogłoby się wydawać że każdy rozdział będzie traktował o jednym wcieleniu, i będzie mieć taka samą konstrukcję – ale autor mile nas zaskakuje. Czytając nie popadamy w rutynę, i całkiem dobrze się bawimy.
Pośmiertne losy bohaterów, sądy bóstw i demonów, są odbiciem otoczki kulturowo-religijnej w jakiej bytowali za życia. Te w kolejnych etapach samsary zaczynają się ze sobą mieszać albo funkcjonować równolegle (!). Autor nie ma ambicji tworzenia jakiejś synkretycznej wizji religijnej, kreowania pseudo-filozofii w duchu new age, godzącej wszystkie wyznania. Wykorzystuje wędrówkę dusz jako sposób by pokazać kolejne społeczności, w kolejnych wiekach, i nadać książce formę powieści, z określonym rdzeniem, nie zbioru opowiadań. Jego pomysł na jati (grupę dusz) może kojarzyć się z francuskim serialem edukacyjnym z serii „Był sobie.../Byli sobie...” – który swego czasu bezboleśnie zapoznawał dzieciaki z historią naturalną, historią nauki, odkryć, biologią.
Trzy dusze których wcieleniom przyglądamy się w kolejnych inkarnacjach mają imiona zawsze na B (mądra, dobra, ciepła), I (inteligentna i opanowana) oraz K (impulsywna, odważna), i jest to jedynie ukłon w stronę czytelnika, aby ten mógł łatwiej zidentyfikować who is who, nie przekłada się to na prawidła fabuły. (Wychwytujemy to praktycznie od razu, a na str. 650 autor wykłada to już łopatologicznie).

Jeśli ktoś czytał „Roma Eterna” Silverberga, która realizuje podobny koncept (alternatywna wizja dziejów, Imperium Rzymskie trwa, kolejne rozdziały przesuwają nas w czasie i prezentują nowych bohaterów), i trochę się nudził – to tu nudy nie uświadczy! A przynajmniej z rzadka.

To nie jest książka idealna, doskonała – ale tak jak w przypadku innych dzieł Robisona, czytelnika uwodzi rozmach jego wizji, wielowymiarowość, szerokie spojrzenie i spora liczba detali, która pozwala uwierzyć w to co pisze. Tych ostatnich pod koniec trochę niestety brakuje.
Etapy rozwoju rodzaju ludzkiego zubożonego o całe rzesze rozmodlonych, ciemnych Europejczyków przebiegają tymi samymi torami co u nas (no, prawie) – zmieniają się tylko aktorzy i miejsca, czas jest jednak ten sam. Wyjątkiem jest końcówka – mamy tu spory dysonans spowodowany jak się zdaje częściowo prawie 70-letnim ogólnoświatowym konfliktem. Kiedy wybucha, w tym samym czasie w którym w naszej rzeczywistości kończy się II wojna światowa, prowadzona jest tak, jakby działo się to w pierwszych dekadach XX wieku...

Sporo mankamentów polskiej wersji wynika z kiepskiej redakcji i drobnych potknięć tłumacza, jeśli zaś idzie o błędy samego Robinsona, niekiedy wypowiedzi jego bohaterów mogą brzmieć nieco idealistycznie, papierowo, jakby w oderwaniu od rzeczywistości. Czasami akcja przeskakuje o kilka lat naprzód, odbijając ujemnie na tempie powieści. Przydałoby się więcej tematów pobocznych, tworzących tło. I rozbudowa wątku mistycznego – ale wymusiłoby napisanie całego cyklu książek, z przynajmniej dwoma-trzema żywotem na tom. Tutaj niestety książka jest na gorsze pozycji niż film, który może w kilku kadrach pokazać to czemu psiarz musi poświecić całe akapity i strony. To że o czymś autor nie wspomina, nie oznacza że tego nie ma – jednak w przypadki tego typu książki autor nie powinien sobie pozwalać na takie niejasności.

Na str. 341 – pojawia się sformułowanie „dni ryżu i soli” – czyli metaforyczne określenie prozy życia, codziennego znoju, na str. 378 pada już w formie tytułowej („lata ryżu i soli” – „The Years of Rise and Salt”).



TREŚĆ KSIĄŻKI (bez spoilerów):

Ksiega I – początek piętnastego stulecia. Tamerlan żyję trochę dłużej niż w rzeczywistości*, ale ginie rażony piorunem, a czarna śmierć wiek wcześniej doprowadza do niemalże całkowitej depopulacji Europy. Wraz z bohaterem z Azji Środkowej trafiamy do wymarłych Węgier, stamtąd na Bliski Wschód, do wschodniej Afryki (późniejszy Sułtanatu Zanzibaru), na chińskich okrętach przemieszczamy się na Sri Lankę, i przez Cieśninę Malakka udajemy się do południowych Chin, a potem na północ, do Pekinu.

* Na osi czasu zamieszczonej na początku książki śmierć Tamerlana przypada na rok 783 po hidżrze. Wedle naszej rachuby ucieczka proroka miała miejsce w roku 622.

Księga II – Indie pod panowaniem Wielkich Mogołów (XVI wiek po Joszua Ben Josefie), realia prowincjonalnych północnych Indii, tradycje hinduistyczne ustępują islamowi. Opuszczamy subkontynent i udajemy się do Persji, przez Bliski Wschód do Kairu, do Maghrebu, tam gdzie Słupy Herkulesa bohater przeprawia się do Al-Andalus, pokonuje Pireneje i osiada nad Zatoką Biskajską, w dawnym królestwie Franków. Początek kolonizacji wymarłej Europy. Refleksje o „prawdziwej” naturze nauk islamu.

Księga III – druga połowa XVII wieku – chiński cesarz Wanli przeżywa swojego odpowiednika z naszej rzeczywistości o trzy dekady i planuje zajęcie Japonii – flota inwazyjna traci jednak sterowność i trafia wraz z silnym prądem morskim do wschodnich wybrzeży Ameryki, do Zatoki San Francisco, a stamtąd wzdłuż wybrzeża dociera do Imperium Inków, nie robi tam aż tyle złego co Pizzaro, i wraca przez środkowy Pacyfik do Chin. (Według osi czasu ma to miejsce w 1030 r.p.h. – czyli 1652 r.n.e.).

Księga IV – XVII stulecie (rok 1020 po hidżrze) Azja Centralna, Turkiestan, lokalny rozkwit empirii (początek tamtejszego Oświecenia). Chiny zajmują Tybet, Junan oraz inne obszary na południe i wschód od swoich granic, ostrzą sobie zęby na Taszkient, Bucharę i Samarkandę, ale ich plany niweczy zaraza.

Księga V – koniec XVII albo początek XVIII wieku, Ameryka Północna – nieśpiesznie kolonizowana na zachodnim wybrzeżu przez Chińczyków, a na wschodnim i na południu –przez muzułmanów. Większość terenów pozostaje we władaniu autochtonów (górskie pasma zachodu, Wielkie Równiny, Wielka Kotlina, obszar Wielkich Jezior, Subarktyka i środkowy Meksyk), ale narracja sugeruje że ten czas dobiega kresu. Zbiegły z ojczyzny samuraj snuje plany rozwoju rzemieślnictwa, kopiowania technicznych zdobyczy Azji i budowy sprawnego organizmu państwowego w oparciu o lokalne tradycje.

Księga VI – środkowe Chiny, południowe Gansu i wschodni Tybet, okres panowania cesarza Qianlong z mandżurskiej dynastii Qing (1711-1799 r., rządy w latach 1735–1796 – w książce mowa jest o 43 i 44 roku panowania cesarza, pytanie czy u Robinsona te daty byłby zbieżne, pada też że mija ponad 1000 lat od objawienia Mahometa). Niepokój na zachodnich rubieżach Zhonghua, migracja ludności muzułmańskiej i sporo refleksji nt. cywilizacji, społeczeństw oraz praw rządzących światem.

Księga VII – podróż ze Stambułu (który pozostał w książce z niejasnych powodów Konstantynopolem) do Indii, później akcja toczy w chińskiej kolonii na zachodnim wybrzeżu Ameryki (rok 1903 wedle naszej rachuby), mowa jest o pociągach, tramwajach i telegrafach, parowcach oraz balonach na ogrzane powietrze – nasze XIX stulecie i początek XX-tego, wiek postępu.

Księga VIII – akcja toczy się w czasie Długiej Wojny, która trwa w różnych miejscach globu już czwartą dekadę (bliższych szczegółów nie poznajemy). Jest odpowiednikiem naszej Wielkiej Wojny (I wojny światowej) – żadne konkretne daty nie padają, ale analogie są oczywiste (np. walka w okopach, straceńcze szturmy; w użyciu są gazy bojowe, karabiny maszynowe, szrapnele, samochody, samoloty, transport szynowy, radio). Konflikt toczy się między Chińskim Imperium (które nie jest już cesarstwem, a dyktaturą wojskową) a cywilizacją islamu, potem dołączają Indie. Miejsce akcji to Korytarz Gansu oraz pogranicze Tybetu i subkontynentu indyjskiego (Himalaje).

Wedle osi czasu zamieszczonej na początku książki Wielka Wojna trwała między rokiem 1333 a 1400, czyli 1955-2022 n.e. – 67 lat. Narrator wskazuje że zachodzi w tym czasie jakiś postęp techniczny, wymuszony wojną, ale czytelnik ma wrażenie że czas stanął w miejscu, i rozwój cywilizacji drepta w martwym punkcie, co zresztą potwierdza Księga IX.

Księga IX – Wschódazja i Oceania pokonują Eurazję... nie, to nie ta książka... połączone siły Chin, Ligi Indyjskiej i Ludzi Długich Domów (Haudenosaunee/Houdenosaunee) niszczą wojska Dar al-Islam, który zostaje obłożony kontrybucjami, wycieńczona gospodarka ledwo zipie, nastroje społeczne są kiepskie. Przenosimy się do Europy (Firanii), na wiele lat po tych wydarzeniach, a kilka przed światową konferencją naukową w Isfahanie (1423 p.h. – 2045 n.e.) – autor chce nam chyba dość jednoznacznie przekazać że konflikty zbrojne nie służą rodzajowi ludzkiemu: wiele miast jest zniszczonych, wiele się odbudowuje, w użyciu są wszystkie wymienione wyżej zdobycze techniki (a więc między innymi transport szynowy), są telefony, prowadzi się teoretyczne prace nad rozszczepianiem atomu i myśli o stworzeniu bomby wodorowej, ale transport powietrzny obsługują nie samoloty, a sterowce. Nie ma ani słowa o komputerach, komórkach, datowanie radiowęglowe jest nowością, archeologia funkcjonuje na poziomie naszego XIX stulecia, wiele obiektów nadal jest pod ziemią lub skrywa je dżungla, na terenie Europy dochodzi właśnie do liberalizacji stosunków społecznych, tj. małej rewolucji obyczajowej, obserwujemy raczkujący feminizm i rozkwit tamtejszej bohemy, co kojarzy się z psychodelicznymi latami 70-tymi. Protesty, muzyka i seks.
Na osi czasu stoi że 1423 p.h. to 2002 n.e (data wydania amerykańskiego oryginału, pisanego jeszcze przed 11 września 2001) – ale kłóci się to kompletnie z matematyką, bo 2002 to musiałby być 1380...

Księga X – Chiny i „chińska Kalifornia”, Birma i Hawaje, narracja rozpoczyna się w roku 29 po konferencji w Isfahanie, czyli przypada na lata 70-te XIX wieku, potem padają jeszcze daty 31, 33, 35, 36, 87. Kiedy dzieci głównego bohatera są już dorosłe, ludzie korzystają z „kombinacji sterowca i samolotu, poduszkowca i katamaranu” (?), a w latach wcześniejszych (tak samo jak w „Człowieku z Wysokiego Zamku”) lata się z jednego krańca Ziemi na drugi kosmicznymi rakietami. Mowa jest o pulpitach z klawiaturami, które obsługują wiadomości tekstowe – a więc wreszcie wspomniane są jakieś komputery! Wieżowce w stylu tych z Hongkongu, wielkich miast USA i nowych Chin pną się w górę i tworzą wielkie śródmiejskie kaniony. Bomby atomowej jeszcze nikt nie zbudował, przynajmniej oficjalnie, a o eksploracji kosmosu nic nie wiadomo (jedna linijka sugeruje że lot na Księżyc jest póki co w sferze planów, marzeń, bliższych lub dalszych).



Jeśli na lekcji historii w podstawce intrygowały Cię świadectwa żydowskich i arabskich kupców podróżujących do kraju Mieszka i na dzikie ziemie Rusi, jeśli znasz takie nazwiska jak Ibn Batuta, Ibn Sina (Awicenna), Abulcasis, fascynowała cię wielka chińska flota i mity jakie wokół niej narosły, arabskie kolonie we wschodniej Afryce, brodaci zabijacy, baśnie z „Księgi tysiąca i jeden nocy”, Timurydzi, Abbasydzi i inne dynastie spod znaku półksiężyca, wschodnie wierzenia, mity i filozofie, nauki Konfucjusza oraz chińska technika wyprzedzająca dokonania europejskie, jeśli czytałeś „Opisanie Świata” Marco Polo i książki Davida Mitchella, to ta publikacja powinna przypaść ci do gustu.



UWAGI (wydanie z 2007 – póki co w Lechistanie pierwsze i ostatnie): str. 12 – lecz (!?); str. 19 – zastawiał (zasadzał); str. 44 – mowa jest o ciastkach z mąki kukurydzianej, ale w czasach Timura nie było jej w Chinach (?!); str. 47 – kumis (kumys); str. 64 – częścią (część); str. 67 – „ludzie muszą czuć sprawiedliwość swoich decyzji” – tłumaczenie jak z komputerowego translatora; str. 90 – indyjska chłopka na stulecia przed przybyciem Brytyjczyków i nastaniem XIX wieku używa terminu „medycyna naturalna” – z jednej strony można to odbierać jako oczywisty błąd, bo medycyna była wtedy po prostu medycyną, w ramach tej sztuki zaliczyć można było dawniej i okłady z błota, i chleb z pajęczyną, ale z drugiej strony, jeśli podmienić ten termin na zielarstwo, to nabiera to sensu, bo obok tego mamy alchemię i magię – które przecież też mogły leczyć; str. 99 – kolczatka w Indiach (?!), dobrze że nie dziobak... może tłumacz pomylił to zwierzę z jeżozwierzem?; str. 130 – „kanibalistyczną” – skąd ten termin?!; str. 134 – Etiopia czy Abisynia? + sufiowie zamiast sufi (co brzmi lepiej, i przyjęło się szerzej niż wariant używany na kartach tłumaczenia), w dalszych partiach powieści to nazewnictwo jest kontynuowane (tekst powinien przepatrzeć arabista, sinolog, iranista i ktoś obeznany z kulturą Indii – albo licealista z dostępem do sieci, ktokolwiek) + bohater mówi dwa razy pod rząd że Al-Andalus jest opustoszała... z drugiej strony mowa potoczna daleka jest od poprawność, ale takiego hiper-realizmu pisarze zazwyczaj nam oszczędzają; str. 136 – sprzeczne info – Umajadzi zostali rzekomo pokonani przez chrześcijan, ale zaraz potem dowiadujemy się że to muzułmanie samie ze sobą wzięli się za łby – spory błąd narracyjny; str. 150 – królestwa taifa (taify?); str. 152 – ostatnie linijki nie mają sensu; str. 162 – „zabiła go na śnie” (we śnie); str. 162 – Katima CZARNOSKÓRA (?!) – wcześniej czytelnik był informowany że jest krwi tubylczej, tj. ibero-celtyckiej + coś za szybko poszła im budowa tego miasta za Pirenejami (to jest częste w prozie autora, kolonizacja Czerwonej Planety w trylogii marsjańskiej też przebiega błyskawicznie); w księdze III pojawia się dziewczynka z ludu Miwok, która chińscy marynarze „przechrzcili” wedle naszego tłumacza na Bagatelkę... w amerykańskim oryginale nosi imię Butterfly – gdyby przetłumaczono to dosłownie, jako Motyl, albo w formie zdrobniałej – Motylek – uszanowano by zamysł autora, i wszystko byłoby OK – drobiazg/głupstwo/pierdółka to nie to samo co motyl (coś małego, kruchego i pięknego), oczywiście wedle zamysłu autora główni bohaterowie w kolejnych wcieleniach noszą zawsze imiona na K, B i I, ale po chińsku motyl też nie jest na B, wystarczyłoby dać gwiazdkę i wyjaśnić; str. 169 – „Pozostając wierny własnym postanowieniom, cesarz upierał się przy swoim” – masło maślane, wcześniej w tekście też jest coś podobnego; str. 175 – Przyjezdni (Przybysze – wziąwszy pod uwagę że przypłynęli na statkach); str. 178 – dziwno (dziwnie); str. 181 – „Rozległy się bębny” – rozlec to się mógł chyba ich dźwięk (???); str. 210 – Zerawszan (Zarafszan), kalka z angielskiego Zeravshan River, w dalszych partiach tekstu błąd jest konsekwentnie powielany; str. 253 – całej grań (grani); str. 260 – podatek od niewierzących jako cena za niepewność ludzi sprawujących władzę – tłumacz się tu pogubił; str. 277 – „Uług-- Bega”; str. 283 – w czwartej linijce od końca pada zbędne „choćby”; str. 287 – opowieść (opowieścią); str. 306 – jeden-jednego – powtórzenie, błąd stylistyczny; str. 313 – mowa jest o „długich zimowych dniach” (!); akcja księgi V idzie w błyskawicznym tempie, wydarzenia z jednego dnia mógłby być rozciągnięte na całe tygodnie, albo i miesiące (24 godziny z hakiem, w czasie których wygrywa się mecz, zostaje wodzem, zażywa środki halucynogenne, wygłasza motywujący speech zawierający plany na kolejne dekady dla całego kontynentu i zyskuje małżonkę... to... trochę sporo); w Księdze V mamy bohaterów B oraz I, ale brakuje K – narracja wskazuje że jest nim Strażnik, co było w oryginalne nie wiemy, może Keeper?; str. 341 – to że wdowa Kang pisze wiersze narrator zasygnalizował już na stronie 337; str. 380 – nie prawda (nieprawda); str. 383 – Kazahami (Kazachami) – mocno bezsensowna kalka z angielskiego, podobnie jak padający wcześniej Yemen (Jemen); str. 391 – kampanii prześladowczej (kampanii represyjnej?); str. 395 – Asoka (Aśoka); str. 396 – energią rzek (siłą?); str. 397 – druga linijka tekstu po wierszu – błąd interpunkcyjny; str. 398 – w szóstej linijce brak znaku interpunkcyjnego; str. 423 – tym czasem (tymczasem) + zachodni brzeg Indusu pomylono z wschodnim; str. 438 – Siam (Syjam); str. 443 – „powstają nowe stany, nowe religie i kontynenty” – KONTYNENTY?; str. 444 – zdania zaczynające się w 23 linijce nie ma sensu + Long Island, tłumacz powinien to przełożyć na Długą Wyspę, w świecie wykreowanym przez autora Anglicy nigdy nie popłynęli zakładać kolonii w Nowym Świecie, nie ma sensu zostawiać tego w oryginale; str. 447 – zdanie 8 linijce od końca jest źle przetłumaczone, brakuje tu sensu; str. 449 – „na tej części wybrzeża” (w tej); 455 – Black Fort, to samo co w przypadku Long Island, tłumacz powinien to przełożyć jako Czarny Fort; str. 456 – Japantown – jak wyżej, Japońskie Miasteczko, Mały Nippon... nie można tego traktować jak nazwy własnej; str. 469 – na końcu strony mowa jest o tym że dynastia Qing rozrastała się nie tylko na „własnym terytorium”, ale też „na północ”, „na zachód” i w „Nowym Świecie” – zdanie kuleje pod kątem sensowności, jeśli coś jest już częścią terytorium państwa, to można mówić jedynie o zagospodarowywaniu obszaru; str. 470 – „w Dahai” – na Dahai, idzie o ocean; w księdze VIII Benjing (Beijing) jest już określany jako Pekin – nieuzasadniona niekonsekwencja; str. 484 – „Bai spróbował się podnieść i obijał się o Iwa” – próbując się podnieść obijał się o Iwa?; str. 484 – w czwartej linijce od końca zbędne „jej”; str. 499 – „[dłoni] prawej Kuo nadal nie posiadał” – jednak kilkanaście stron wcześniej (485) przeczytamy – „Jego prawe ramię było kompletne, a dłoń na swoim miejscu”; str. 507 – jej i jej + kolejne zdanie – tragiczny pierwszy akapit + wdzieciństwie (w dzieciństwie); str. 510 – Nsara (Nantes) opisywana jest tutaj jako portowe miasto wysunięte najdalej na zachód Europy (Firanii), co wydaje się dziwne i fałszywe, nie powinno przecież brakować innych obszarów zurbanizowanych w Al-Andalus... na str. 512 pada informacja że wiele miast zniszczono, więc pewnie i te, ale wydaje się to być przesadą; str. 513 – też-też; str. 515 – kolejnej-kolejnej; str. 518 – Downbrook, kolejna nazwa własna która ma sens tylko dla anglofonów, z racji braku tychże w opisywanym świecie, logiczne jest że powinno być to przełożone na Dolny Potok; str. 523 – „W Białym Półksiężycu pracowały też inne lekarki” – była już o tym mowa na początku strony; str. 533 – rozwija-rozwija; str. 540 – „nie zaczynaj znów” (znowu); str. 542 – 11 linijka od końca, brak przecinka; str. 549 – Kirkwall (?!); str. 556 – mrugnięcie okiem do czytelników Trylogii Marsjańskiej; str. 561 – „cała rzecz polega to na tym” (?); str. 566 – „wpuszczała się w rozmowę” + określenie „Madame” w rzeczywistości w której język francuski jest martwy i zapomniany wydaje się błędem; str. 578 – sufickum (sufickim); str. 591 – jej (niej); str. 606 – jeden kompleks na dwóch kontynentach + Amazonia (?) – niby ostały się pisma Greków, ich mitologia zapewne także, ale czy muzułmanie nazwaliby tak te ziemie?; str. 616 – „przyszłym świecie” – kojarzy się to z zaświatami, lepiej brzmiałoby tu: świecie jutra, świecie przyszłości, przyszłości; str. 631 – Sechuan (Syczuan); str. 634 – ich-ich; str. 636 – miasto (Miasto, w domyśle Zakazane); str. 637/638 – ludzie-ludzie; str. 638 – trzeci akapit – dziwne ujęcie sprawy, forma narracji nieodpowiednia do komunikowanych treści; str. 642 – ostatnia linijka drugiego akapitu – szyk zdania; 643 – alkatalana (Alkatalana?); 654 – brak kropki na końcu zdania; 665 – Shark Point – kolejny przykład tego co powinno być przełożone, a co zostało w oryginale; str. 668 – czsem (czasem).

Można by wspomnieć że eunuch-admirał był muzułmaninem, to by dodało głębi wizji autora.

Niekiedy jest tak, że kiedy kończy się wypowiedź postaci a zaczyna opis narratora nie ma myślnika ani akapitu.

Błędów zapewne jest więcej, to tylko te które rzuciły mi się w oczy. Tłumacz (Łukasz Tabaka) – niestety zaliczył sporo wpadek, i nie miał szczęści do redakcji. Do korekty zresztą chyba też. To że książki szły w takiej formie do druku w latach 90-tych było normą, i każdy przymykał na to oko, na początku lat dwutysięcznych też się jeszcze niestety takie wydawnictwa zdarzały, zwłaszcza w przypadku czytadeł, ale w 2007 tak niechlujne wydanie to już skaza na wizerunku Dolnośląskiego.

pokaż więcej

 
2018-09-22 15:04:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Prawda i fikcja w Kodzie Leonarda da Vinci (2004)

To nie jest kolejna* książka napisana tylko po to by zarobić na popularności thrillera Dana Browna, choć powstała między innymi dlatego że mogła liczyć na komercyjny sukces**. Jej autorem jest amerykański biblista i agnostyk, wykładowca który nie oferuje nam żadnej „wiedzy alternatywnej” (pseudonaukowego bełkotu), ani grania na emocjach, po...
Prawda i fikcja w Kodzie Leonarda da Vinci (2004)

To nie jest kolejna* książka napisana tylko po to by zarobić na popularności thrillera Dana Browna, choć powstała między innymi dlatego że mogła liczyć na komercyjny sukces**. Jej autorem jest amerykański biblista i agnostyk, wykładowca który nie oferuje nam żadnej „wiedzy alternatywnej” (pseudonaukowego bełkotu), ani grania na emocjach, po prostu – rzeczowo analizuje święte pisma chrześcijaństwa, i robi to zawodowo od lat, co zaowocowało dziesiątkami poczytnych publikacji. Jest to dla niego kolejne spojrzenie na omawiane już zganienia, tym razem pod kątem treści zawartych w „Kodzie Leonarda da Vinci”:

„Czy to prawda, że Konstantyn zniszczył ewangelie, które nie pasowały do kanonu, i nadał obecny kształt Nowemu Testamentowi? Że wyklął święty pierwiastek żeński, wyniósł Jezusa, mężczyznę, w sferę boskości i w ten sposób na zawsze odmienił oblicze chrześcijaństwa? Tymi kwestiami zajmę się w kolejnych rozdziałach. [...] Nie będę się wypowiadał o żadnym z zawartych w niej twierdzeń na temat Opus Dei, Zakonu Syjonu albo roli Watykanu. Ani też nie będę analizował dzieł i przekonań Leonarda da Vinci. [...] skupię się na »historycznym« Jezusie, »historycznej« Marii Magdalenie, starożytnych dziejach Kościoła chrześcijańskiego, treści wczesnochrześcijańskich ewangelii oraz roli odegranej przez cesarza Konstantyna w formie obecnej postaci wierzeń i świętych pism chrześcijaństwa. Jak wiele informacji zawartych w historycznym tle tej powieści jest faktem, a jak wiele jest fikcją?” (str. 21).

Książka jest bardzo rzetelna, sensowna i lekka w odbiorze, dobrze się ją czyta. Nie przytłacza swą objętością, i jest w sam raz dla osób zainteresowanych korzeniami chrześcijaństwa, ale nie nastawionymi na dogłębne studia historyczno-teologiczne. Sympatycy teorii zawartych w „Kodzie Leonarda da Vinci” mogą być po lekturze nieco zawiedzeni, a wierzący czytelnicy poczują wewnętrzny dyskomfort, bo autor pokazuje że proces kształtowania się chrześcijaństwa nie różnił się znacząco od innych wyznań, opierając raczej na wymysłach i pragnieniach, a nie faktach.

Minusem stylu Barta D. Ehrmana są liczne powtórzenia, które mają na celu pokreślenie kluczowych kwestii. Niestety, co wypada dobrze na wykładzie, prelekcji – w wypowiedzi pisemnej jest zbędne. Książka ogranicza się jedynie do kwestii stanowiących oś fabularną bestsellera Dana Browna, nie jest to więc to pozycja która w szerszym stopniu omawiałaby wszystkie kurioza, przeinaczenia i zafałszowania, jakie składają się na wizerunek biblijnego Chrystusa.




Kryminał Browna powstał dzięki publikacji autorstwa Michaela Baigenta, Richarda Leighta i Henry’ego Lincolna „Święty Graal, święta krew” (The Holy Blood and the Holy Grail/Holy Blood, Holy Grail, 1982), która w założeniu autorów miała być historyczno-dziennikarskim śledztwem. Dzięki temu że uparcie podtrzymywali to zapatrywanie, przegrali proces z Danem Brownem w którym oskarżyli go o plagiat. Cytowany tak często na łamach książki Sir Leigh Teabing jest hołdem dla twórców „Świętego Graal, świętej krwi” – imię to nazwisko Richarda pozbawione literki T na końcu, a nazwisko jest anagramem (Teabing – Baigent).




* Np. Największe tajemnice Kodu da Vinci, Amy Welborn
Prawdziwa historia w Kodzie Leonarda da Vinci, Sharan Newman
Kod Leonarda. Śledztwo dziennikarskie, Frederic Lenoir, Marie-France Etchegoin
Złamany Kod Leonarda da Vinci, Simon Cox
Kod ewangelii, Ben Witherington III
Kod Leonarda da Vinci – fakt czy fikcja?, Alfred J. Palla
Pomiędzy Leonardem da Vinci a Lucyferem, Rene Chandelle
Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci Carl E. Olson, Sandra Miesel
+ różne powieści w stylu „Kod Adolfa Hitlera” i książki rozwijające tezy zawarte w „Święty Graal, święta krew” – podstawy i inspiracji dla thrillera Browna („Archiwum Jezusa”, „W mrocznym świecie tajemnic Syjonu” itd.).

Jeśli ktoś chciałby przeczytać coś rzetelnego i lekkiego, co obala popularne mity kreowane przez Kościół, powinien sięgnąć po „Tajemnice Nowego Testamentu” (2011) Kiełbasińskiego. Mała książeczka, a daje do myślenia. Dla oczytanej osoby nie będą to żadne rewelacje, ale powinna docenić zgrabne zebranie wszystkiego do kupy i klarowny styl. Jednak typowa „potulna owieczka” – praktykująca-niemyśląca – może dzięki niej przeżyć krytyczne zachwianie wiary, i kto wie, jeśli nie zostanie urobiona przez fałszywego kapłana, nie ulegnie presji otoczenia – być może przejdzie na jasną stronę mocy?

Ciekawa prelekcja autora „Truth and Fiction in the Da Vinci Code”:
Bart Ehrman - Wiarygodność Ewangelii oraz Zmartwychwstanie Jezusa / Napisy PL
https://www.youtube.com/watch?v=4vpsrIVWunc

Garść moich refleksji:

Biblia jest sprzeczna, nie trzyma się konsekwentnie jednej wykładni ideologicznej (co można uświadczyć na kartach obu części – ST i NT – oraz konfrontując ze sobą te dwa zestawy „świętych ksiąg”).

Jest kuriozalna i fałszywa, a obraz Boga jaki się z niej wyłania nie wychodzi poza znane nam wzorce gwałtownych, kapryśnych bóstw Międzyrzecza, bogów olimpijskich i wszystkich innych, jakich wymyślili sobie ludzie, na swój obraz i podobieństwo. Co kluczowe, ani Jahwe ani Jezus nie są wolni od megalomanii, a już na pewno nie są etyczni, tak jak sądzą ich zwolennicy.

Jej konstrukcja i wymowa zdradza że jest jedynie kompilacją napisaną przez jednych ludzi by manipulować innymi, konkretnie przez kapłanów i religijnych zapaleńców (będących nie zawsze przy zdrowych zmysłach, nie zawsze kierowanych czystymi intencjami).

Nie zawiera tajemnic nt. otaczającego nas świata – wręcz przeciwnie, obrazuje jak wąski i błędne było zapatrywanie tworzących ją ludzi, którzy głęboko wierzyli że nad nimi, między obłokami, bytuje Bóg i anieli, a w czeluściach ziemi znajduje się kraina umarłych, biblijny szeol, z czasem zastąpiony dzisiejszymi wyobrażeniami piekieł. (Nie ma tam nic o tym że żyjemy na peryferiach galaktyki, jednej z milionów, na małej planecie która musi mieć swoje błękitne odpowiedniki, gdzie też rozwinęło się życie, gdzieś w wszechświecie; że gwiazdy i planety to inne ciała niebieskie, itd.).

Jezus kreśli przed nami apokaliptyczną wizję czasu końca – od momentu kiedy trafił go szlag, przeszło 2000 lat temu, świat nadal się kręci...

Przeciętny ateista ma o wiele większe pojęcie o nauce Kościoła i jego świętych pismach niż szeregowy „wierzący”. Wystarczy przeczytać „Biblię”, a wszelkie złudzenia o cudowności i głębokiej mądrości tej księgi prysną jak bańki mydlane. Kto nie był indoktrynowany od dziecka, ten ma do tego zdrowy dystans – inni muszą odważyć się aby spojrzeć na świat takim jaki jest.




** Pozornie jest w tym pewna sprzeczność, bo książka powstała na zamówienie redaktora Ehrmana, Roberta Millera, i w sposób oczywisty korzysta z popularności wydanej zaledwie rok wcześniej sensacyjnej opowieści Browna, jednak autor jako wykładowca akademicki ma stałą pensję, stałe dochody, i to co publikuje jest sukcesywnym i konsekwentnym zapoznawaniem opinii publicznej z wieloletnimi analizami, a nie jak w przypadku zawodowych pisarzy przemyślnie skalkulowaną wizją, której przelanie na papier zależy od tego czy zapewni określony zysk. „Problem polega na tym, że ludzie czytający taką powieść nie mają żadnych możliwości oddzielenia faktów od fikcji. Autor im w tym nie pomoże, informując, które wypowiedzi na temat historii są równie fikcyjne jak bohaterowie i fabuła. A częstokroć sam tego nie wie. [...] z tego właśnie powodu postanowiłem napisać tę książkę. [...] Kod Leonarda da Vinci odniósł olbrzymi sukces tam, gdzie zawodowi historycy ponieśli samotną klęskę: wzbudził w ludziach zainteresowania początkami chrześcijaństwa [...]”. To był po prostu dobry czas.




Uwagi odnośnie wydania polskiego: str. 12 – nie uznawane (nieuznawane); str. 52 – wskrzeszony ze zmarłych (z martwych?); str. nie związani (niezwiązani); str. 100 – opada (dopada); str. 130 – nie kończących (niekończących); str. 139 – z przeciwka (naprzeciwka); str. 161 – nie narodzonego (nienarodzonego) – cytat; str. 171 – upamiętajcie się (opamiętajcie się) – cytat, Biblia; str. 200 – wiarę Chrystusową (chrystusową); str. 205 – nie wymienioną (niewymienioną); przekład Norberta Radomskiego jest bardzo zgrabny.

wrzesień 2018

pokaż więcej

 
2018-07-31 14:18:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Dryland (2014)

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza skupia się na historii Abdulcadira Gabeire Faraha*, somalijskiego uchodźcy, który zginął tragicznie rok po publikacji tego reportażu, w eksplozji samochodu-pułapki. Człowieka zaradnego i bez wątpienia mocno doświadczonego przez życie, którego szczere świadectwo ma szczególną wartość.
Druga przybliża obecną (2012-2014) sytuację...
Dryland (2014)

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza skupia się na historii Abdulcadira Gabeire Faraha*, somalijskiego uchodźcy, który zginął tragicznie rok po publikacji tego reportażu, w eksplozji samochodu-pułapki. Człowieka zaradnego i bez wątpienia mocno doświadczonego przez życie, którego szczere świadectwo ma szczególną wartość.
Druga przybliża obecną (2012-2014) sytuację polityczną podzielonym kraju – autor opisuje realia nadzwyczaj dobrze radzącego sobie separatystycznego Somalilandu i życie zniszczonej stolicy, pomija niestety Puntland i ziemie zamieszkałe przez Somalijczyków, ale leżące poza granicami administracyjnymi Somalii (kreślonymi od linijki, jeszcze w XIX stuleciu – bez udziału samych Somalijczyków).

Styl Konrada Piskały może się podobać, jest przystępny, miejscami nieco poetycki, ale klarowny. Autor lubi od czasu do czasu posłużyć się jakimś porównaniem, skupić na określonym kadrze, przedstawić kombinację wrażeń zmysłowych, ale zaraz potem wraca do rzeczowej narracji, w której na pierwszym miejscu jest człowiek. W swojej pracy wymienia kilku czołowych polskich reportażystów, a także Tiziano Terzaniego, co można odczytywać jako obranie pewnej ścieżki pisarskiej.
Niestety, autor stroni od podawania dat – co pomogłoby lepiej zrozumieć opisywane sytuację, tak na tle wydarzeń w regionie jak i w świecie. Nawet jeśli te padały w gawędzie Abdulcadira Gabeire Faraha dokładnie tak jak je przedstawiono (ograniczając się do dekad), i z rzadka – dziennikarz powinien dla porządku i lepszego oddania historii dodać chociaż przypisy. Jeśli ktoś nie ma rozeznania w lokalnej polityce, nie jest wiekowym tubylcem z warstwy uprzywilejowanej – będzie czuł potrzebę doczytania. Dryland opisywany przez autora wydaje się być krainą opanowaną totalnym chaosem, pogrążoną w anarchii, z nielicznymi reliktami porządku. Oczywiście Piskała na siłę nie dramatyzuje, ale pokazuje za mało normalności. A ta tam jest. Czytając „Dryland” można odnieść wrażenie że Mogadiszu to morze ruin, poprzetykane obozowiskami namiotów, z nielicznymi ocalałymi budynkami, „twierdzami cywilizacji”, tymczasem jego własne zdjęcia umieszczone na YouTube, czy fotografie z Google’a pokazują normalne życie. Że to nie sceneria rodem z „Mad Maxa” pożeniona z obrazami ze zrównanego z ziemią warszawskiego Muranowa, Starego Miasta czy Śródmieścia. Sam o tym wspomina, pisząc o plaży, barach, firmach – ale za słabo to akcentuje, jakby to były jakieś anomalie, dodatek do tego całego niszczycielskiego zamętu. Warto dla zachowania właściwych proporcji opowiedzieć o tym szerzej***.

Kilkakrotnie mowa jest o ugandyjskich wojskowych, o oddziałach Unii Afrykańskiej – ale nie pada żadne wyjaśnienie co oni robią w Somalii. Oczywiście można się tego domyślać, ale warto by odnotować że dane kraje/organizacje biorą udział w działaniach stabilizacyjnych na terenie państwa, wyłożyć kawę na ławę.

Kolejna uwaga, tym razem pod adresem wydawcy: brak mapy. Wziąwszy pod uwagę charakter opisywanego zagadnienia, a także niewielką znajomość tematu wśród Europejczyków – warto by umieścić co najmniej trzy: populacji Somalijczyków na tle wszystkich państw Rogu Afryki, z oznaczeniem głównych miast, obecnego podziału kraju, z naniesieniem sfer wpływów poszczególnych frakcji, oraz zdjęcie satelitarne półwyspu.

Półwysep Somalijski to obszar w którym Czarna Afryka styka się z kulturą arabską (co ma odbicie w tradycjach krajowców, architekturze, aspiracjach politycznych). Jest to niezwykle ciekawe, złożone i wielopoziomowe, warto by o tym szerzej opowiedzieć, wgryzając się jeszcze przy okazji w czasy „biblijne”. Na pewno nie zaszkodziłoby to postrzeganiu współczesnych problemów, i pomogło zrozumieć sytuację Somalijczyków. Górecki by to zrobił. Dodanie jeszcze perspektywy stricte arabskiej byłoby wisienką na torcie.

.


Str. 141 – mieszkać samej (mieszkać samotnie/mieszkać solo/żyć samodzielnie); str. 163 – Dopiłem Jerzego (jerzego); str. 243/244 – starą suzuki (starym suzuki); str. 247 – dwojgu Brytyjczykom (lepiej: dwojga Brytyjczyków); str. 270 – napisano MNICHÓW, ale lepiej pasowałoby MISTYKÓW; str. 281 – resztki schodów otaczają wewnątrz mury jak skorupa ślimaka – zamiast OTACZAJĄ powinno być WYPEŁNIAJĄ; str. 298 – Burhani ciągle mają – brak przecinka po imieniu; str. 335-336 – tutaj wypowiedz kobiety jest nieco niejasna, pierw dostajemy informacje że jest „rozcięta”, dalej przytaczana jest jej wypowiedź, komunikuje że była obrzezana jako mała dziewczynka, a potem musiała operacyjnie poszerzyć zbyt ciasno zrośniętą pochwę (celem zachowania zdrowia i higieny) – kiedy jednak takie same poszerzenie chciała zorganizować swojej córce jej siostra, ta zareagowała z oburzeniem... To nie ma sensu... a) jeśli ta dziewczynka nie była wcześniej obrzezana, kobieta mogła protestować przeciwko okaleczeniu, b) jeśli nie była obrzezana, po co rozszerzać pochwę – ? – to miałoby sens później, przy porodzie... historia wymaga poprawienia; poza tym w tekście można natknąć się na jeszcze 2-3 dziwne sformułowania, we wcześniejszych partiach tekstu.

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Abdulcadir_Gabeire_Farah
** Na dzisiejszą Somalię składają się dawne Somali Brytyjskie (Somaliland) i Somali Włoskie. Tylko.
Somali Francuskie przemianowano najpierw na Francuskie Terytorium Afarów i Issów, a finalnie na Dżibuti. Jest to mały kraik, wielkości województwa śląskiego, ale 60 procent tamtejszych obywateli to Somalijczycy. Cała wschodnia Etiopia to prowincja Somali, czyli Ogaden – ludność Somalijska stanowi tam jakieś 96% populacji (stamtąd pochodzi główny bohater pierwszej części – Abdulcadir Gabeire Farah); Somalijczycy żyją także we wschodniej Kenii i w diasporze, rozsiani po całym świecie.
Podsumowując:
w Federalnej Republice Somalii żyje 12 milionów etnicznych Somalijczyków (Kuszytów)
w Dżibuti 524 tysiące
w Etiopii 4.6 miliona
w Kenii 2.4 miliona
200 tysięcy mieszka w Jemenie
To jak podzielono ten naród (który wprawdzie regularnie bierze się za łby, i różni się nieco etniczne w różnych częściach Półwyspu) przypomina rozbiory Rzeczypospolitej.
*** Na pewno jest to trochę szukanie dziury w całym, ale dostajemy za mało informacji.


.


MATERIAŁY DODATKOWE:

Konrad Piskała - Nagroda im. Beaty Pawlak 2015
https://www.youtube.com/watch?v=CwWbUJ_WYgM
(Autor opowiada o swojej książce).

Dryland - Somalia
https://www.youtube.com/watch?v=rvMzr2fdY74
(„Filmy i zdjęcia z Somalii 2012-2014 rok”)

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
191 189 2079
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd