Alicya Oss 
alicya.pl, , Zapraszamy, również, na, facebooka, :)
status: Czytelnik, dodał: 16 książek, ostatnio widziany 4 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-09 16:00:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zanim przystąpiłam do lektury "Jak wytresować kota? 3" miałam co do niej małe obawy. Koniec końców to już trzecia część opisów zmagań człowieka z małą, futrzaną bestią, których efekt zawsze jest taki sam i znany nam już na wylot, a mianowicie: kota nie da się wytresować. Zastawiałam się więc czy Dawid Ratajczak płynie po prostu na fali sukcesu i chce wycisnąć z niego jak najwięcej, czy... Zanim przystąpiłam do lektury "Jak wytresować kota? 3" miałam co do niej małe obawy. Koniec końców to już trzecia część opisów zmagań człowieka z małą, futrzaną bestią, których efekt zawsze jest taki sam i znany nam już na wylot, a mianowicie: kota nie da się wytresować. Zastawiałam się więc czy Dawid Ratajczak płynie po prostu na fali sukcesu i chce wycisnąć z niego jak najwięcej, czy rzeczywiście posiada „wiedzę tajemną” i dzieląc się nią z nami, da radę wprowadzić nas na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia w arkana kociego świata. Gdy przeczytałam wstęp moje wątpliwości zniknęły jak kamfora. Poczułam się nawet winna, że śmiałam mieć obawy! Jak mogłam sądzić, że jakikolwiek temat związany z kotami mógłby się wyczerpać? Chyba powinnam za karę klęczeć w kącie kilka godzin na grochu…

Całość na: http://alicya.pl/jak-wytresowac-kota-3-dawid-ratajczak/

pokaż więcej

 
2018-09-03 22:28:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bartosz Konecki (tom 2)

„Kręgi” należą do tych książek od których nie sposób się oderwać. Dlatego, gdy tylko zaczęłam ją czytać od razu zrozumiałam, że odkurzanie, pranie i naczynia będą musiały poczekać. Powieść skupiła na sobie całą moją uwagę. I chociaż podczas lektury kilka spraw mnie w niej podirytowało, nie czułam szczególnej potrzeby by robić sobie od niej przerwę. Do świata żywych (i niestety także do nudnych... „Kręgi” należą do tych książek od których nie sposób się oderwać. Dlatego, gdy tylko zaczęłam ją czytać od razu zrozumiałam, że odkurzanie, pranie i naczynia będą musiały poczekać. Powieść skupiła na sobie całą moją uwagę. I chociaż podczas lektury kilka spraw mnie w niej podirytowało, nie czułam szczególnej potrzeby by robić sobie od niej przerwę. Do świata żywych (i niestety także do nudnych obowiązków) wróciłam dopiero, gdy odkładałam przeczytany już kryminał na półkę. To, że sięgnę po inne książki pisarza jest tylko kwestią czasu i nikt mnie nie będzie musiał do tego jakoś specjalnie zachęcać. Zborowski trafił już na moją listę.

W „Kręgach” Zbigniew Zborowski po raz drugi już uczynił głównym bohaterem Bartka Koneckiego, znanego niektórym fanom kryminałów ze „Skazy”. Po tym jak po nieudanej akcji zostaje wydalony z policji postanawia zostać, bez większego przekonania ani chęci, prywatnym detektywem. Interes kuleje. Dlatego, gdy trafia się okazja na przyjęcie nie do końca legalnego zlecenia, Bartek szybko tłumi w sobie moralny opór i decyduje się śledzić niejaką Stokrocką. Z początku Konecki przypuszcza, że podstarzały opiekun atrakcyjnej gwiazdki chce się po prostu upewnić, że ta jest mu wierna. Szybko jednak okazuje się, że sprawa ma drugie dno. Najwyraźniej bogatemu producentowi nie spodobał się fakt, że dziewczyna interesuje się głośnym morderstwem sprzed lat. W 1992 roku ofiarą brutalnego gwałciciela i mordercy padła piętnastoletnia Krysia. Po wszystkim zwyrodnialec obciął dziewczynce dłonie. Podążając tropem tamtej zbrodni, detektyw odkrywa, że od pewnego momentu ówczesnemu dochodzeniu daleko było do wzorcowej policyjnej roboty. Ktoś ewidentnie uciął sprawie łeb. Śledztwo detektywa dodatkowo komplikuje fakt, że właśnie odnaleziono ciało kolejnej zamordowanej dziewczyny. Jej też ktoś obciął dłonie. Zaczynają pojawiać się kolejne, niebezpieczne pytania. Czy teraz zaatakował ten sam morderca? Kto jeszcze jest zamieszany w zbrodnie? Co ma do tego pogodynka i polujące na detektywa zbiry? Mimo grożącego mu niebezpieczeństwa Konecki nie odpuszcza, chce dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, a rozwiązanie zagadki wprawi go w osłupienie. Zresztą nie tylko jego, ale czytelnika również.

Autor od samego początku odkrywa przed nami część kart. Nie zataja wszystkich faktów, szybko wskazuje nam podejrzanych, obnażając przed nami potęgę układów, przekrętów i cwaniactwa. Pozwala nam myśleć, że odpowiedzi kryją się tuż pod powierzchnią i niewiele trzeba by połączyć wszystkie dostępne elementy w całość. Tym bardziej jesteśmy zaskoczeni, gdy okazuje się, że nic w tej sprawie nie jest aż tak oczywiste jak nam się wydawało, a autor przygotował dla nas kilka „niespodzianek”. Co prawda Zborowski zapętlił się w paru momentach, maglując z uporem ten sam wątek, i niestety trzeba przyznać, że niektóre fragmenty powieści, bez szkody dla treści, mogły by z niej wylecieć, ale i tak nie zmienia to faktu, że "Kręgi" to kawał dobrej, rozrywkowej literatury. Takiej z ciekawą intrygą, autentycznymi bohaterami, zwrotami akcji, dobrym warsztatem i zaskakującym zakończeniem. Tylko raz miałam ochotę rzucić książką o ścianę. W momencie, gdy dobrnęliśmy do sceny z damą w opałach i ruszającym jej z pomocą niezłomnym rycerzem. Mam nadzieję, że ten banał, to tylko wypadek przy pracy…

Zborowski z wyraźną przyjemnością trzyma czytelnika w napięciu, a nam powolne przedzieranie się przez intrygę i odkrywanie jej kolejnych poziomów sprawia sporo frajdy. Zwłaszcza, że towarzyszy nam szorstki i uparty jak diabli, rozbijający się po stolicy rozpadającym się golfem bohater. Bartka, mimo jego toporności, naprawdę trudno nie polubić. Jeśli więc nadal nie macie dosyć pełnych retrospekcji wielogłosowych fabuł, których głównym bohaterem jest dostający co chwilę po gębie były policjant z problemami, to jak najbardziej kryminał dla was.

pokaż więcej

 
2018-08-26 21:34:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Czy kobiety powinny nurkować? Dziś nie dostrzegamy powodów dla których w ogóle trzeba by zadawać takie pytanie. Jednak w czasach, gdy, bohaterka książki Jennifer Egan, Anna Kerrigan, zapragnęła zejść pod wodę, jej cel wydawał się niemożliwy do osiągnięcia, tylko dlatego, że nie była mężczyzną. Nie bez powodu mówi się jednak, że „gdzie diabeł nie może tam babę pośle”. Anna okazała się bowiem na... Czy kobiety powinny nurkować? Dziś nie dostrzegamy powodów dla których w ogóle trzeba by zadawać takie pytanie. Jednak w czasach, gdy, bohaterka książki Jennifer Egan, Anna Kerrigan, zapragnęła zejść pod wodę, jej cel wydawał się niemożliwy do osiągnięcia, tylko dlatego, że nie była mężczyzną. Nie bez powodu mówi się jednak, że „gdzie diabeł nie może tam babę pośle”. Anna okazała się bowiem na tyle inteligentną, twardą, silną i upartą osóbką, że dopięła swego: założyła dziewięćdziesięciokilogramowy kombinezon i zdobyła licencję. Oznaczało to, że została pierwszą kobietą-nurkiem pracującą ramię w ramię z mężczyznami przy naprawianiu statków marynarki wojennej. Osiągnęła cel, dzięki temu, że bardzo szybko zrozumiała, że jeśli chce cokolwiek osiągnąć musi wymknąć się standardom i wyjść z przeznaczonej jej płci roli. Na przekór wszystkim.

„Anna podjęła decyzję, doskonale wiedząc, że postępuje źle. Trzymając się zasad, do niczego nie doszła. Zdając sprawdziany, do niczego nie doszła. A nie doszedłszy do niczego, porzuciła ogólną filozofię, zgodnie z którą należało być grzeczną dziewczynką i starać się zadowolić innych. Dlaczego nie brać tego, co się da, dopóki jest okazja?”

Zanim Anna dokona niemożliwego, poznajemy ją jako małą, wyjątkowo bystrą, dziewczynkę, która towarzyszy ojcu podczas wyprawy do nadmorskiej posiadłości opływającego w luksusy gangstera Dextera Stylesa. Eddie Kerrigan postanawia dla niego pracować by zapewnić byt swojej rodzinie w pełni świadomy zagrożeń jakie się z tym wiążą. Bo nie dość, że miesza się w sprawy, o których lepiej nie mieć pojęcia, to jeszcze zamierza współpracować z makaroniarzem, w tajemnicy przed swoimi irlandzkimi „pracodawcami”. Zdaje sobie sprawę, że gra w którą się wplątał rządzi się bezlitosnymi i brutalnymi zasadami, wystarczy tylko jeden błąd by komuś podpaść, a ludzie zamieszani w szemrane interesy dosyć często znikają i świat szybko o nich zapomina. Niestety podobny los czeka także na Eddiego, który pewnego dnia po prostu nie wraca do domu. Jego ukochana córeczka najpierw była zbyt mała, później – jak każda nastolatka - zbyt pochłonięta sobą, żeby zrozumieć co się działo z jej ojcem i czym ten się zajmował. Dopiero, gdy jako dziewiętnastolatka powtórnie spotyka Dextera, jak przez mgłę przypomina sobie tamto szczególne spotkanie na plaży i zaczyna zastanawiać się, czy ten mężczyzna miał jakiś związek z tym, że jej ojciec rozpłynął się nagle w powietrzu. Dziewczyna i w tej kwestii (tak jak i z nurkowaniem) uparcie dąży do celu, chce poznać prawdę i póki tego nie zrobi, nie odpuści. Chociaż jej relacja z gangsterem nabiera nieoczekiwanego kształtu, w końcu dopina swego. Okazuje się, że jabłko spadło niedaleko od jabłoni i Anna najwyraźniej po ojcu odziedziczyła hart ducha i waleczną osobowość.

„Dexter Styles czuł piasek wdzierający się do jego oksfordów, gdy mozolnie wracał na ścieżkę. Tak jak się spodziewał, uśpiona twardość, którą wyczuł w Edzie Kerringanie, wspaniale rozkwitła w jego ciemnookiej córce. Dowód na to, w co zawsze wierzył: mężczyzn zdradzają ich dzieci. To dlatego Dexter rzadko robił z kimś interesy, zanim poznał jego rodzinę.”

„Manhattan Beach” to nie tylko opowieść o losach niezwykłej kobiety, która postanowiła wytyczyć nowe granice tego, co mogą robić przedstawicielki płci pięknej, ale także wspaniale nakreślona panorama Nowego Jorku lat 30 i 40. Ameryka nie podniosła się jeszcze po wielkim kryzysie, a załamanie rynku i prohibicja sprzyjały powstawaniu gangów oraz przyczyniły się do rozkwitu przestępczości. Ludzie, którym się do tej pory powodziło, jak Eddie i jego rodzina, nagle znaleźli się na dnie i zostali zmuszeni do walki o przetrwanie. Ich rzeczywistość, pełna rozczarowania i niepewności, skontrastowana została z przepychem i władzą, jakimi cieszyli się wyjęci spod prawa bossowie i współpracujące z nimi „szychy”. Na i tak już trudną sytuację społeczną nałożyła się jeszcze II wojna światowa. W tle opowieści o Annie zauważyć możemy więc wszystkie możliwe problemy społeczne, które odciskały piętno na mieszkańcach większych amerykańskich miast, i przemiany, które musiały się w nich dokonać. Chociaż kontekst historyczny nie jest najważniejszym elementem powieści, bo są nimi ludzkie rozterki, sprawił on, że miasto stało się jednym z najciekawszych bohaterów powieści.

„To był wielonarodowościowy budynek w wielonarodowościowym kwartale – Włosi, Polacy, Żydzi, wszyscy oprócz czarnych – lecz taka scena równie dobrze mogłaby się rozgrywać w katolickim sierocińcu na Bronksie, gdzie się wychował. Gdziekolwiek, dokąd mógłby pójść, wszędzie zgraja chłopaków.”

Sposób przedstawienia kolejnych postaci, tych standardowych, niestandardowych, pobocznych i głównych stanowi jeden z dwóch największych atutów „Manhattan Beach”. Przede wszystkim występujący w powieści bohaterowie nie są jednowymiarowi i płascy. Wymykając się jednoznacznej ocenie są niezwykle ludzcy i autentyczni. Dlatego potrafimy się z nimi identyfikować i zrozumieć o co walczą. Poza tym nie odnajdujemy tu ani krystalicznie czystych, ani skrajnie mrocznych osobowości. Każda postać jest zdolna do dokonywania złych i dobrych czynów. Zależnie od motywacji dokonują lepszych lub gorszych wyborów walcząc o swoją przyszłość. I tak Anna, obdarzona wyjątkowo niezłomnym charakterem i inteligencją, potrafi być niezwykle podstępna, miewa także chwile słabości. Bywa niepewna, miękka, stłamszona i antypatyczna. Nie jest nieustraszoną heroiną, tylko zwyczajną dziewczyną z ambicjami. Im mniej jest doskonała, tym bardziej doceniamy jej siłę i odwagę. Dexter Styles, bezwzględny gangster, jawi nam się jako łagodny człowiek ze skłonnościami do głębokich refleksji. Chociaż dorobił się na przemycie alkoholu i ma krew na rękach, trudno go nie polubić. To on zapewnił mi podczas lektury najwięcej emocji, wciąż nie mogłam się zdecydować czy potępić go za wyrachowanie czy współczuć mu tego, że ma mimo wszystko sumienie. Eddie znowuż, to ojciec zdecydowanie inny niż byśmy tego po nim oczekiwali. Potrafi dostosować się do potrzeb chwili przybierając co rusz nową maskę. Nie może udawać jednak sam przed sobą, a twarz którą przychodzi obserwować mu w lustrze, często budzi w nim rozczarowanie, smutek i pogardę…Mimo to nie potrafi się poddać, to nie leży w jego naturze.

„Dunellen żarliwie wierzył, że za oczywistymi celami w postaci zysku i przetrwania makaroniarskiego syndykatu, jak lubił go nazywać, kryje się plan eksterminacji Irlandczyków.”

Drugi z atutów „Manhattan Beach” to warsztat pisarki i jej nasączony melancholią styl. W wykreowanej przez Egan barwnej rzeczywistości, euforia niezauważalnie miesza się z przygnębieniem, słony posmak morskiej bryzy ze słodyczą buzujących na języku bąbelków szampana. Pośród kłębów drażniącego, papierosowego dymu, skrupulatnie, dbając o najmniejsze detale, wskrzesza ona specyficznego ducha czasów prohibicji i majaczącej się gdzieś daleko za oceanem wojennej gorączki. Tekst wiele zawdzięcza także fachowej terminologii, która zgrabnie wkomponowana w opowieść nie utrudnia jej odbioru. A uzyskanie takiego efektu, co trzeba przyznać, to niełatwa sztuka.

„Noc była wszędzie zachłanna i czarna. Wypełniła samochód i otoczyła Annę. Ale jej strach przed ciemnością zniknął. Nie wiedząc kiedy ani jak, poddała się jej – prześlizgnęła się przez szczelinę nocy. Nikt nie byłby w stanie jej teraz znaleźć.”

Autorka dodając kolejne wątki i zatapiając się w retrospekcji wciąż rozcieńcza główną oś fabularną, która skupia się wokół nurkowania Anny i jej głębokiej potrzebie dowiedzenia się dlaczego jej ojciec odszedł. Chociaż akcja rozwija się niezwykle powoli, opowieść od pierwszych stron wciąga. Gdy w końcu drogi bohaterki i Dextera ponownie się krzyżują napięcie sięga zenitu. Czytelnik, z wypiekami na twarzy, pragnie poznać prawdę tak samo mocno jak Anna. Potem przychodzi niestety męczące znużenie lekturą i rozczarowujące zakończenie. Niestety koniec, który zaoferowała nam Egan okazał się dość jałowy. Zgubił się w nim cierpki wydźwięk powieści i wszechobecna gorycz, a rozdzierającą melancholię zastąpiła banalna poprawność i tendencyjność. Pisarka zupełnie niepotrzebnie wygładziła postrzępione krawędzie opowiadanej historii, sprawiając, że jej czar prysł. Wielowarstwowe i wielowątkowe powieści mają na szczęście to do siebie, że każdy może z nich wydobyć coś innego. Zwrócić uwagę na inny sens, przekaz, przyjrzeć się bliżej ukrytym w tle elementom. Pod tym względem „Manhattan Beach” obfituje w możliwości. Gdy poczujemy, że główny wątek zaczyna nas mierzić i nie spełnia naszych oczekiwań, możemy przecież skupić się na dopełniających go historiach, przechadzać się z bohaterami po Nowym Jorku, zwiedzić stocznię marynarki wojennej i zanurzyć się w zimnym oceanie. Możemy też wczytać się w silnie zarysowany wątek feministyczny, pochylić się nad tematem niepełnosprawności albo poznać blaski i cienie rodzinnego życia gangsterów.

pokaż więcej

 
2018-08-17 21:31:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Alex Perry o Lei Garofalo, Giuseppinie Pesce i Marii Concetti Caccioli usłyszał przy okazji swojej pierwszej dziennikarskiej podróży do Włoch. Od tamtej pory, historia trzech kobiet, które miały odwagę przeciwstawić się najpotężniejszej organizacji przestępczej na świecie, o której praktycznie nikt wcześniej nie słyszał (!), nie dawała mu spokoju. Jednak, mimo iż ‘nrangheta dzięki zeznaniom... Alex Perry o Lei Garofalo, Giuseppinie Pesce i Marii Concetti Caccioli usłyszał przy okazji swojej pierwszej dziennikarskiej podróży do Włoch. Od tamtej pory, historia trzech kobiet, które miały odwagę przeciwstawić się najpotężniejszej organizacji przestępczej na świecie, o której praktycznie nikt wcześniej nie słyszał (!), nie dawała mu spokoju. Jednak, mimo iż ‘nrangheta dzięki zeznaniom bohaterek została osłabiona, wciąż była wystarczająco silna by próbować zablokować powstanie książki. Wielu z uczestników opisywanych w reportażu zdarzeń nie zdecydowało się na spotkanie z dziennikarzem, a ci którzy to zrobili, grozili mu, lub „tylko” przekazywali ostrzeżenia. Na przekór wszystkiemu, dzięki ogromnej determinacji nielicznego grona osób, ostatecznie ujrzała ona światło dzienne. Sięgając po „Dobre matki” możemy więc bezkarnie, z bezpiecznej odległości, zajrzeć w struktury mafii kalabryjskiej, poznać mechanizmy, jakie nią kierują i zrozumieć dlaczego jest tak skuteczna i groźna.
Postrzegając włoską mafię przez pryzmat filmów i literatury, traktujemy ją jak romantyczną legendę lub baśń rodem z minionej epoki. Niestety ta bezwzględna organizacja, zwłaszcza teraz, w erze globalizacji, ma niewiele wspólnego z naszymi naiwnymi wyobrażeniami. I, w co trudno nam uwierzyć, jej wpływy sięgają nie tylko poza granice Włoch, ale także Europy. Najgroźniejsza okazała się pozostająca w cieniu swojej sycylijskiej siostry, mafia kalabryjska, której imperium, jeszcze w 2009 roku, obejmowało 50 krajów, od Albanii po Togo. Jej roczne dochody, w granicach 50-100 miliardów euro, uczyniły ją najpotężniejszą, napędzaną bezwzględną przemocą organizację przestępczą, zdolną nawet do szantażowania rządów i mającą wpływ na sytuację polityczną na świecie. Pieniądze, którymi dysponowała, pochodziły nie tylko z haraczy, wymuszeń i handlu bronią, ale także ze szmuglowania narkotyków. Pod tym względem ‘ndrangheta zmonopolizowała praktycznie cały europejski rynek.
Co stanowiło o sile kalabryjskiej mafii i pozwoliło jej pozostać tak długo niezauważonej? Swoich członków rekrutowała tylko pośród rodziny. Praktycznie wszyscy członkowie danej ‘ndrina byli połączeni więzami krwi albo więzami małżeńskimi. ‘Ndrangheta była więc rodziną w skali makro i w takim sensie stanowiła doskonałą organizację przestępczą. Każde dziecko, które przyszło w niej na świat było „tresowane” do swojej przyszłej roli i pozbawione świadomości istnienia jakiejkolwiek alternatywy. Całkowicie wypaczone pojęcie lojalności i brutalny kodeks honorowy pozwalał eliminować każdego, kto mógłby w jakikolwiek sposób zagrozić strukturze. Utrzymywana dzięki temu, spowijająca organizację mgła tajemnicy, stanowiła jej najcenniejszą broń. Mafia popełniła jednak jeden zasadniczy błąd: zignorowała kobiety.
Kobiety mafii kalabryjskiej w XXI wieku, pod wieloma względami żyły tak, jakby utknęły w średniowieczu. Miały ograniczony dostęp do edukacji, ich małżeństwa aranżowano, karano je śmiercią za zdradę, bito za nieposłuszeństwo, niejednokrotnie nie mogły nawet wychodzić z domów bez „opieki”. Dla mężczyzn nie stanowiły większej wartości i według nich nie były zdolne do samodzielnego kierowania własnym życiem. Tym bardziej rozwścieczyło ich to, z której strony przyszedł cios, który zachwiał ich doskonale działającym imperium. Wojnę kalabryjskiej mafii wytoczyły bowiem, przez pokolenia zastraszane i tłamszone, pozornie słabe przedstawicielki płci pięknej. Ku zaskoczeniu patriarchalnego społeczeństwa, ignorowany i niedoceniany feminizm okazał się najskuteczniejszą bronią w walce ze zdominowaną przez mężczyzn przestępczością zorganizowaną.
Jak już wiemy, Alex Perry podjął się niebezpiecznego zadania i postanowił obnażyć przed czytelnikiem prawdę o ‘ndranghecie. Pokazać rządzącą nią skrajną perfidię, zakłamanie i zdeformowane wartości rodzinne, którym nadano iście diabelski charakter. Przede wszystkim przybliżył nam tragiczne losy trzech „dobrych matek”, które zapragnęły dla swoich dzieci innego życia. Nie chciały by ich synowie stali się mordercami i spędzili życie w więzieniach lub bezsensownie ginęli w klanowych walkach o władzę. Nie chciały dla swoich córek tak podłego życia, jakie same wiodły. Każda z nich swoją heroiczną walkę stoczyła samotnie, z mniej lub bardziej wydajną pomocą państwa. W momencie powstawania książki, dwie z nich już nie żyły: Lea i Maria zostały brutalnie zamordowane przez członków własnych rodzin. Tylko trzecia z nich - Giuseppinie – nadal żyje objęta programem ochrony świadków. Te odosobnione akty buntu, stały się symbolami walki o wolność. Pokazały, że niezwyciężoną mafię można jednak pokonać, bo wcale nie jest tak potężna i doskonała, jak się powszechnie wydawało. Dały więc siłę do działania wszystkim, którzy nie chcieli by odbierała im tożsamość, jak np. córka Lei Denise, która idąc w ślady matki, wystąpiła w sądzie przeciwko ojcu, oskarżając go o zabicie żony. W efekcie ‘ndrangheta zaczęła rozpadać się od środka.
Wielu z bohaterów „Dobrych matek” już nie żyje, również, jak już zresztą pisałam, niewielu w ogóle chciało z dziennikarzem rozmawiać. Skąd więc autor zdobył tak wiele szczegółowych informacji? Na szczęście we Włoszech funkcjonuje jawność wymiaru sprawiedliwości oraz tradycja prezentowania przez prokuratorów całego przebiegu dochodzenia. Dzięki temu Perry zyskał dostęp do zapisów podsłuchów, a nawet protokołów przesłuchań. Informacje do których dotarł okazały się wstrząsające, a kulisty wojny z mafią kalabryjską przerażają bezwzględnością. Nic dziwnego więc, że jej członkowie nie chcieli dopuścić by świat poznał ich brudne sekrety i by jeszcze więcej osób dowiedziało się o ich hańbie.
Dziennikarz ma bardzo dobry warsztat i z ogromne wyczucie. Od pierwszych stron przenosi czytelnika do samego serca świata, którego ten nigdy nie miałby szansy zobaczyć z tak bliska. Podczas lektury wciąż przecierałam oczy ze zdumienia. Miałam wrażenie, że nie czytam reportażu, tylko sprawnie napisaną powieść sensacyjną. Bo jak to możliwe by w XXI wieku, tuż pod naszym nosem rozgrywały się koszmary na jawie? Jak to możliwe, że nikt nie potrafił tak długo przebić się przez fasadę organizacji? Niestety, „Dobre matki” to nie fikcja literacka, tę historię napisało życie. Kobiety, o których mowa nie są wytworami niczyjej wyobraźni. To co je spotkało i to czego były świadkami wydarzyło się naprawdę. Niesamowite więc, jak wiele znalazły w sobie odwagi, jak bardzo były zdeterminowane, żeby powiedzieć „dosyć tego!”. Ich bunt stanowił iskrę, która rozpaliła serca, dała nadzieję i obudziła wiele sumień. I chociaż mafia zrobi wszystko by wymazać zdrajczynie z historii, mam nadzieję, że świat o nich nie zapomni. Że prawda stawi opór kłamstwu.

pokaż więcej

 
2018-08-06 21:40:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Książka stanowi przede wszystkim intrygujący „wstępniak” dla tych którzy historią kotów i ich obecnością w tekstach kultury zaczynają się dopiero interesować. Wszystko jest więc dla nich nowością. Dla tych którzy już dawno mają ten etap za sobą, będzie ona pięknie wydaną ciekawostką o słodko-gorzkim posmaku. Bo z jednej strony ta lekka lektura bawi, z drugiej jednak skłania do smutnej... Książka stanowi przede wszystkim intrygujący „wstępniak” dla tych którzy historią kotów i ich obecnością w tekstach kultury zaczynają się dopiero interesować. Wszystko jest więc dla nich nowością. Dla tych którzy już dawno mają ten etap za sobą, będzie ona pięknie wydaną ciekawostką o słodko-gorzkim posmaku. Bo z jednej strony ta lekka lektura bawi, z drugiej jednak skłania do smutnej refleksji nad ludzką naturą i cechującą ją skłonnością do przemocy. "Tajemniczy czarny kot", mimo, iż niewielkich rozmiarów powinien zadowolić więc każdego kociarza, który kolekcjonuje (lub dopiero zamierza) literaturę o mruczkach.

Całość na: http://alicya.pl/tajemniczy-czarny-kot/

pokaż więcej

 
2018-08-03 20:22:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

O istnieniu obozów śmierci wiemy wszyscy. Uczymy się o nich na lekcjach historii, jeździmy do nich w ramach szkolnych wycieczek, oglądamy filmy i czytamy książki. Za każdym razem jednak, gdy przychodzi nam się zetknąć z ogromem cierpienia, na które skazywano w nich ludzi, doznajemy takiego samego wstrząsu. Bez względu na to ile już wiemy i ile widzieliśmy, każdorazowo skala bestialstwa,... O istnieniu obozów śmierci wiemy wszyscy. Uczymy się o nich na lekcjach historii, jeździmy do nich w ramach szkolnych wycieczek, oglądamy filmy i czytamy książki. Za każdym razem jednak, gdy przychodzi nam się zetknąć z ogromem cierpienia, na które skazywano w nich ludzi, doznajemy takiego samego wstrząsu. Bez względu na to ile już wiemy i ile widzieliśmy, każdorazowo skala bestialstwa, znieczulicy i zdemoralizowania przeraża nas tak samo, budząc zarazem niedowierzanie i obrzydzenie. Dlatego lektura najnowszej książki Michała Wójcika pt. "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci" do łatwych nie należy. Bo nie dość, że historyk nie szczędząc nam bolesnych faktów wzbudza w nas skrajnie nieprzyjemne uczucia, to jeszcze zabiera nas do samego serca piekła, gdzie każe obserwować jak doskonale działała machina zagłady w Treblince.

Morderczy fenomen tego obozu polegał na tym, że wszystko działało w nim perfekcyjnie. Oczywiście nie bez powodu. Ta konkretna „fabryka” musiała pozostawać w nieustannym ruchu, by jej zarządcy mogli zrealizować cel: dokonać eksterminacji żydowskiej elity. Ludobójstwu towarzyszyła grabież dóbr na niespotykaną skalę. I nie chodziło tylko o kosztowności. Niemcy to bardzo praktyczny naród, nic nie mogło się zmarnować. Wszystko oczywiście ku chwale III Rzeszy.

Czesław Niemen śpiewał: Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Jego słowa zamiast krzepić, napawają mnie dziś jednak smutkiem, bo jak się okazuje to właśnie niewielu może doprowadzić świat do zguby. Codziennie w Treblince mordowano około 15 000 ludzi, w przeciągu roku unicestwiono w niej blisko milion istnień. Więźniów, których rotacyjnie wymieniano na nowych (ci którzy nie poszli na dzień dobry do gazu i po tym, gdy zorientowali się co się w obozie wyrabia, nie popełnili samobójstwa, przeżywali maksymalnie kilka tygodni) było w obozie około dziewięciuset. Jak wam się wydaje, ilu ludzi było potrzebnych do „obsługi” ludobójstwa i utrzymania żyjących póki co więźniów w ryzach? Starannie wyselekcjonowanych (nie każdy się do takiej pracy nadawał), pozbawionych dylematów moralnych esesmanów, było zaledwie trzydziestu/czterdziestu, wspierała ich setka przekupnych, nigdy nie trzeźwiejących i zdemoralizowanych Ukraińców. W jaki sposób garstka była w stanie dokonać tak niewyobrażalnej rzezi? Wydaje się przecież, że wystarczyłoby by chociaż jeden transport stawił opór. Niestety, to wcale nie było tak łatwe, jak nam się wydaje.

Nauczeni doświadczeniem z Bełżca i Sobiboru esesmani zorganizowali Treblinkę tak by działała bez zarzutu, minimalizując przy tym możliwość wybuchu buntu praktycznie do zera. Wielu ludzi, ściśniętych w wagonach nie przeżywało transportu, ci którzy nie umarli z wycieńczenia byli spragnieni i głodni. Gdy siłą wywlekano ich z wagonów, na wpółżywi nie zdawali sobie sprawy z tego co się wokół nich dzieje. Zwłaszcza, że trafiali do dziwnej rzeczywistości, która pośród krzyków, szarpaniny i bicia dawała im fałszywą nadzieję. Naziści wybudowali bowiem peron atrapę z kasą biletową, zegarem i rozkładem jazdy. Zapewniali „przesiedlanych”, że ci którzy tutaj zostaną znajdą w obozie pracę, reszta miała jechać dalej. Przed podróżą trzeba się było jednak rozebrać, oddać dobra na przechowanie i pójść wykąpać do „łaźni”. Opornych zabijano na miejscu. To niesamowite jak pośród tego chaosu perfekcyjnie manipulowano ofiarami, na przemian uspokajano i terroryzowano.

Biorąc pod uwagę to, jak traktowano tych, których pozostawiano przy życiu, z cudem graniczy fakt, że udało im się zorganizować jakąkolwiek skoordynowaną akcję. Trudno było komuś zaufać, zwłaszcza, że codziennie losowo zabijano niewolników, zastępując ich nowymi. W obozie roiło się także od donosicieli, esesmani wielu więźniów złamali i upodlili. Wystarczył więc jeden błąd by zniweczyć dotychczasowe przygotowania. Wystarczył jeden niepotrzebnie wtajemniczony człowiek i mogli zostać zdekonspirowani. Mimo to, w tak upiornym miejscu udało się dokonać niemożliwego: wywołać zbrojny bunt. Co niesamowite w akcji wzięło udział około 700 więźniów, około stu nie przystąpiło do walki (potem zginęli, chociaż liczyli na łaskę, za to, że nie uciekli). Plus minus czterystu wydostało się z obozu, wojnę przeżyło około stu.

Michał Wójciki skupiając się na zachowanych dokumentach, relacjach i zeznaniach tych, którzy przeżyli stara się odtworzyć dla czytelnika Treblinkę w całej jej potworności. Dowiadujemy się kim byli jej zarządcy, jakie esesmani mili upodobania, jakie preferowali rozrywki i jak najczęściej torturowali więźniów. Dowiadujemy się na czym polegała tutejsza praca i czym tak naprawdę był słynny „lazaret”. Poznajemy krążące po obozie opowieści o śmierci Korczaka i o tym jak komendant Franz Stangl zakpił z siostry Freuda. Poznajemy także psa należącego do zastępcy komendanta obozu, Kurta Franza, bernardyn był wytresowany tak by odgryzać genitalia. Autor próbuje odtworzyć także to co działo się w głowach więźniów. Dostrzec iskrę, która podpaliła lont, czyniąc myśl o zemście siłą napędową i motywacją do działania na przekór wszystkiemu. Dlaczego o zemście a nie o wolności? Co trzeba podkreślić: ucieczka nie była nadrzędnym celem powstania. W tych ludziach dawno już zabito nadzieję. Wiedzieli, że zginą tak czy siak, od nich tylko zależało czy z bronią w ręku. Sterroryzowani, posłuszni i obolali podjęli więc decyzję: trzeba to piekło zrównać z ziemią. Treblinka musi zostać zniszczona.

Jak już wiemy niektórym udało się wydostać za mury. Niestety nie oznaczało to końca męczarni. Większość została wyłapana i zabita przez oddziały niemieckie i ukraińskie. Wielu zginęło z rąk Polaków. Na tych którzy się ukrywali często donoszono. Nielicznym udało się trafić do dobrych ludzi, którzy zechcieli im pomóc, nawet, gdy ocaleli nie mieli już czym płacić za opiekę. Tułaczka trwała miesiącami. Niektórzy uciekali jak najdalej stąd, inni przyłączali się do jednostek stawiających opór faszystom. Ale i tutaj niestety spotykali się niekiedy z antysemickimi nastrojami, mimo iż chcieli ramię w ramię walczyć ze wspólnym wrogiem. To jak niektórzy Polacy zachowywali się w stosunku do Żydów, rzuca cień na nasz wizerunek. Każdy jednak indywidualnie musi wyciągnąć na podstawie lektury odpowiednie wnioski. Zwłaszcza, gdy zapoznamy się z rewelacjami o AK jakimi podziel się z nami autor. Otóż rozprawia się on z powstałym w 1969 roku mitem, jakoby AK pomogło w organizacji powstania i zryw był wspólną, polsko-żydowską akcją. Analiza historycznych dokumentów, zeznania i relacje świadków temu niestety przeczą. Raporty i dokumentację sfałszowano tylko po to by nie zostać oskarżonymi o antysemityzm. Bunt Żydów politycznie był wyjątkowo niewygodny, zwłaszcza po tym, gdy wyszło na jaw, że dobrze wiedziano, co dzieje się w Treblince. Koszmar rozgrywał się bowiem tuż pod nosem dowódców AK. Z naszego punktu widzenia wydaje się, że kłamstwa były niepotrzebne, gdyż ogólnie wiadomo, że AK nie miało wtedy jeszcze środków ani szans na to by podjąć jakiekolwiek działania. Musimy jednak zrozumieć, że w momencie, gdy podejmowano decyzję o przekłamywaniu historii mieliśmy inny ustrój polityczny i inne nastroje społeczne.

Michał Wójcik, bez dwóch zdań pasjonat o ogromnej wiedzy, odkrywa przed nami historię na nowo. Dotyka trudnych tematów, nie boi się drążyć i wyciągać na światło dzienne niewygodnych faktów. Szuka, zestawia, analizuje. Co ważne, nie idzie na łatwiznę i nie stygmatyzuje, zamiast tego próbuje przede wszystkim zrozumieć działanie mechanizmu, przyglądając mu się z różnych punktów widzenia. Książki, takie jak "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci", chociaż podejmują niezwykle trudne i bolesne tematy są potrzebne, nawet bardzo. Wymiera pokolenie, które pamięta, które zrobiło by wszystko by koszmar się nie powtórzył, a nowe się niestety niebezpiecznie radykalizuje i zamyka na odmienność. Tylko wyedukowane i świadome społeczeństwo jest wstanie nie dopuścić do powtórki, stawić opór chorej ideologii i ślepej nienawiści.

Mimo iż widzę w edukacji i świadomości promyk nadziei, to obozowa literatura faktu, znacznie bardziej przerażająca od literackiej fikcji, budzi we mnie głęboką niechęć do ludzi. Każe zastanawiać się nad sensem naszego istnienia, które jest jakimś okrutnym żartem losu. W ilu miejscach na świecie właśnie w tej chwili toczą się wojny i dzieje się podobne zło? Jak dużo jeszcze zostało nam czasu zanim znów ktoś nam (lub my komuś) zgotuje podobny, krwawy los? Ile godzin, dni, miesięcy…? Wystarczy przecież tylko stworzyć dogodne warunki, a zamieniamy się w bezrefleksyjne potwory. Wystarczy dać nam powód i pozwolenie a zapomnimy o kręgosłupie moralnym, wątpliwościach i wstydzie.

http://alicya.pl/treblinka-bunt-w-fabryce-smierci/

pokaż więcej

 
2018-07-30 22:19:04
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-07-30 22:14:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Przełom lipca i sierpnia w tym roku mamy bardzo upalny. Stojące w miejscu powietrze jest tak gęste, że spowalnia nawet czas, który przedzierając się z ledwością przez tę zasłonę gorąca, mozolnie człapie od wschodu do zachodu słońca. Zresztą podobnie jak my, chwilkę ukojenia znajduje tylko nocą. Równe trzydzieści lat temu wakacyjna pogoda, chociaż nie tak piekielna, również nie rozczarowywała.... Przełom lipca i sierpnia w tym roku mamy bardzo upalny. Stojące w miejscu powietrze jest tak gęste, że spowalnia nawet czas, który przedzierając się z ledwością przez tę zasłonę gorąca, mozolnie człapie od wschodu do zachodu słońca. Zresztą podobnie jak my, chwilkę ukojenia znajduje tylko nocą. Równe trzydzieści lat temu wakacyjna pogoda, chociaż nie tak piekielna, również nie rozczarowywała. Niestety, to nie lipcowe ani sierpniowe, złocące skórę, słońce sprawiło, że lato 1988 roku w szczególny sposób zapisało się w zbiorowej pamięci Polaków…

29 lipca 1988 trzech chłopców: Tomasz, Artur i Krzysztof wybrało się popluskać nad wodę. To był ostatni raz, gdy beztrosko się bawiąc, poczuli kojący chłód wody na rozgrzanej skórze. Po raz ostatni również widzieli najbliższych, wesoło żartowali i snuli plany na bliższą i dalszą przyszłość. Dlaczego? Dlatego, że kierując się najzwyczajniejszą w świecie dziecięcą ufnością i ciekawością, posłuchali obietnic obcego mężczyzny i poszli z nim do jego domu. Klika dni później ich nadpalone ciała znaleziono porzucone w pobliskim lesie. Ktoś w brutalny sposób odebrał tym chłopcem przyszłość, zniszczył życie ich rodzicom i zarazem odebrał na długie lata spokój mieszkańcom Piotrkowa Trybunalskiego.

Chociaż w latach 1988-1989 nazwisko pedofila-mordercy powtarzały wszystkie media w Polsce, nie pamiętam go z tego okresu. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdy go złapano miałam trochę ponad pięć lat, więc to całkiem naturalne, że taka „sprawa” mnie ominęła. Słynnego Trynkiewicza pamiętam za to ze szkoły podstawowej. Przewijał się on dosyć często rozmowach, najczęściej przy okazji straszenia siebie nawzajem satanistami (stanowili oni w tym okresie miejską legendę, tak jak wcześniej Żyd lub Czarna Wołga). No cóż, jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jakie głupoty pleciemy obracając tak poważną sprawę w żart. Nie rozumieliśmy jeszcze także, że świat znacznie różni się od naszych o nim wyobrażeń. Skojarzenia Trynkiewicza z wyznawcami szatana nie wyssaliśmy sobie oczywiście z palca. Wielu dorosłych było wtedy przekonanych – i mówiło o tym wprost - że był jednym z nich. Zresztą do dziś niewiarygodne wydaje się, że Mariusz działał sam, w całej sprawie bowiem nadal jest zbyt wiele niewiadomych. Nie wiadomo jednak czy faktycznie stanowią one tajemnicę, którą morderca zabierze ze sobą do grobu, czy to to tylko efekt zbiorowej histerii i niedowierzania, że śmierć chłopców była przypadkowa i bezcelowa.

Nie tylko ewentualne powiązania z mordującymi dzieci satanistami sprawiły, że sprawa Trynkiewicza zapadła ludziom głęboko w pamięć, przez długie lata elektryzując i napawając strachem. Zanim wykonano zasądzoną karę śmierci, zmienił się ustrój polityczny i w efekcie zamieniono mu wyrok na dwadzieścia pięć lat więzienia. Chociaż wydawało się to wtedy wiecznością i wiele osób liczyło na to, że nie dożyje on do końca odsiadki, zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jednak wyjdzie na wolność w 2014 roku. I stało się: wyszedł. Swobodą jednak się nie nacieszył, dzięki ustawie o bestiach został zamknięty w specjalnym ośrodku w Gostyninie. Nie chodziło tylko o to by ochronić jego przyszłe ofiary, na które w dobie internetu o wiele łatwiej byłoby mu polować, ale przede wszystkim by nie dopuścić do samosądu. Poza tym w niebezpieczeństwie były także osoby podobne do tego najbardziej znienawidzonego człowieka w Polsce. Odkąd wyszedł z więzienia policjanci dostawali wciąż zgłoszenia, że ktoś gdzieś widział Trynkiewicza, że to był na pewno on. Nieszczęście mogło więc wydarzyć się w każdej chwili.

Ewa Żarska w swoim reportażu pt. Łowca. Sprawa Trynkiewicza nie próbuje odpowiedzieć nam na żadne pytania, snuć teorii spiskowych ani rozwiewać wątpliwości. Nie zaciemnia przekazu, nie manipuluje czytelnikiem ani nie narzuca mu swojego punktu widzenia. Trzyma się przede wszystkim faktów (jedynie wstęp i zakończenie zdradzają cień emocji). Co warto podkreślić, w tej książce nie chodzi o epatowanie przemocą ani niezdrową fascynację złem, to nie jest także laurka dla mordercy, sporządzona z okazji trzydziestolecia zbrodni. Głównym z realizowanych w tym reportażu założeń jest bowiem przekazanie nam najważniejszych dostępnych informacji o sprawie Trynkiewicza w jednym miejscu. Kolejnym, przedstawienie działań służb śledczych - milicji, patologów i psychologów - w latach osiemdziesiątych oraz zrelacjonowanie postępów w dochodzeniu. Następnym, najmniej według mnie udanym, celem było ukazanie „wydźwięku” tej historii trzydzieści lat później.

O ile raporty, notatki z wizji lokalnych, zeznania itp., w ciekawy sposób przybliżają nam przebieg śledztwa, o tyle końcowa część książki z przeprowadzonymi współcześnie wywiadami, sprawia wrażenie doklejonej tutaj na siłę. Wyjątkiem są rozmowy z Januszem Sielskim, który prowadził sprawę morderstw i Grzegorzem Gałasińskim, który jako jedyny fotoreporter uczestniczył w wizji lokalnej z Trynkiewiczem. Te stanowią bowiem ciekawe dopełnienie treści. Reszta (Mariusz Trynkiewicz, Urszula Trynkiewicz, Robert Łojek – brat jednego z chłopów), jak już sygnalizowałam, wydała mi się nieporozumieniem. Wywiad z „pacjentem” z Gostynina nie doszedł do skutku, bo ten nie zgodził się w ogóle na rozmowę. Podobnie zresztą jak i jego matka. Gdy autorka w końcu „złapała” staruszkę, wracającą z zakupów i tak nie dowiedziała się od niej zbyt wiele. Może gdyby pisała reportaże o matkach morderców, wtedy przytaczanie tej rozmowy miałaby większy sens. A tak fragment ten, bez wnikania w to jakie były intencje autorki, wydaje mi się całkowicie zbędny. Zwłaszcza, że kobieta się już dosyć nacierpiała. Podobnie zresztą jak i rodziny zamordowanych dzieci. Wszystkich ich pozostawiono przecież bez pomocy finansowej i psychologicznej. Tak bardzo skupiono się na mordercy, że zapomniano o tym, że ofiar takich zbrodni jest więcej. Ofiar, które, o ile to w ogóle możliwe, chciałyby normalnie funkcjonować, z dala od ludzi, którzy próbują z butami wejść w ich życie.

Jeśli wcześniej śledziliście sprawę Trynkiewicza, z Łowcy nie dowiecie się niczego czego byście już nie wiedzieli. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, stąd dowiecie się wszystkiego co konieczne. Mimo podjętego tematu, dla mnie lektura okazała się przede wszystkim sentymentalną podróżą. Przenosząc czytelników w czasy, w których najpopularniejszymi papierosami były Klubowe, używano dezodorantu Rywal, nie było internetu, a dzieci wychodziły na dwór bez telefonów komórkowych i namierzających je GPSów, bo ich po prostu nie miały (zresztą mało kto miał wtedy telefon stacjonarny), autorka skłoniła mnie bowiem przypomnienia sobie jak to było być dzieckiem w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W efekcie nazwisko mordercy znów zaczęło pojawiać się w moich rozmowach ze znajomymi i rodzicami. Teraz jednak już w zupełnie innym kontekście, dalekim od legend o satanistach. Ciekawiło mnie przede wszystkim ile pamiętają, jaki wpływ miały na nich wydarzenia tamtego lata i czy w ogóle zwrócili uwagę na to, co miało miejsce w 2014 roku.

http://alicya.pl/lowca-sprawa-trynkiewicza/

pokaż więcej

 
2018-07-24 21:55:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Ta historia nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie napisała jej Lindsey Fitzharris. Dzięki niej Joseph Lister stał się dla mnie człowiekiem z krwi i kości. Zamiast tworzyć suchą, naszpikowaną informacjami encyklopedycznymi biografię, tchnęła bowiem w tekst życie, sprawiając, że miałam wrażenie iż czytam emocjonującą powieść. Dzięki niej polubiłam tego nieśmiałego a zarazem charyzmatycznego, bo... Ta historia nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie napisała jej Lindsey Fitzharris. Dzięki niej Joseph Lister stał się dla mnie człowiekiem z krwi i kości. Zamiast tworzyć suchą, naszpikowaną informacjami encyklopedycznymi biografię, tchnęła bowiem w tekst życie, sprawiając, że miałam wrażenie iż czytam emocjonującą powieść. Dzięki niej polubiłam tego nieśmiałego a zarazem charyzmatycznego, bo zarażającego pasją, człowieka. Rozpierała mnie duma, gdy odnosił sukces, kibicowałam mu w jego wytrwałości, rozczulało mnie jego podejście pacjentów, irytowali wrogowie, a jego osobiste straty budziły we mnie głęboki smutek. Bezsprzecznie świetny styl autorki (ukłon w stronę tłumacza), jej ogromna erudycja i niebanalny dowcip sprawiły, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z tą książką.

Nie zrażajcie się tytułem, okładką i blurbem. Szokują, to prawda, ale nie jest to książka tylko dla osób o mocnych nerwach. Owszem, pierwszy rozdział wbija w fotel i sprawia, że przewracają nam się wnętrzności na samą myśl o tym, co działo się w szpitalach, które przypomniały raczej rzeźnie, niż to co dziś nazywamy szpitalami, ale potem szybko ton opowieści się zmienia. Fitzharris nie epatuje drastycznymi opisami. Kilkukrotnie zagłębia się (w przystępny dla laika sposób) w szczegóły przeprowadzanych zabiegów, ale nie wywołuje tym żołądkowych rewolucji, tylko zaciekawienie. W Rzeźnikach i lekarzach głównie śledzimy losy sławnego chirurga, który otworzył przed medycyną nowe możliwości i uratował tym samym życie setkom tysięcy ludzi. Książka odkrywając przed nami sekrety nie tak odległej historii, przede wszystkim zmusza nas do refleksji nad tym, czego nadal nie wiemy i nie rozumiemy, zastanowienia się, ile wciąż świat ma przed nami tajemnic na trop których nawet jeszcze nie wpadliśmy i w ilu kwestiach, niestety nadal bardzo się mylimy.

Całość na: http://alicya.pl/rzeznicy-i-lekarze/

pokaż więcej

 
2018-07-15 20:19:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Pisarz Jacek Dehnel i historyk Piotr Tarczyński zadali sobie pytanie, jakby to było gdyby wścibska i uparta Dulska rozwiązywała zagadki kryminalne. W odpowiedzi powołali do życia Zofię Szczupaczyńską i uczynili ją główną bohaterką serii kryminałów retro. Eksperyment trzeba przyznać nie lada odważny, zważywszy na to, jaką niechęcią reagujemy na kołtuństwo i dulszczyznę. Nie ma się co jednak... Pisarz Jacek Dehnel i historyk Piotr Tarczyński zadali sobie pytanie, jakby to było gdyby wścibska i uparta Dulska rozwiązywała zagadki kryminalne. W odpowiedzi powołali do życia Zofię Szczupaczyńską i uczynili ją główną bohaterką serii kryminałów retro. Eksperyment trzeba przyznać nie lada odważny, zważywszy na to, jaką niechęcią reagujemy na kołtuństwo i dulszczyznę. Nie ma się co jednak martwić, że nasza profesorowa jest tak antypatyczna, że czytelnik nie będzie w stanie przebrnąć przez lekturę, zgrzytając nad nią zębami i rwąc włosy z głowy. Pisarze nie do końca bowiem wykreowali taką postać jaką zamierzali i panią Szczupaczyńską da się mimo wszystko lubić. No może nie w stu procentach, ale jednak.
[...]
Powieść Dehnela i Tarczyńskiego to pocztówka z przeszłości nakreślona z wyraźnym sentymentem i subtelnym dowcipem. I chociaż w tym kryminale retro więcej jest klimatycznej powieści obyczajowo-historycznej niż kryminału, do jakiego przyzwyczailiśmy się w ostatnich latach, to i tak czyta się go z ogromną przyjemnością. Akcja, wolna od dramatów i nagłych zwrotów, toczy się nieśpiesznie pośród licznych historycznych smaczków. Lektura na pewno przypadnie do gustu tym, którzy lubią historię i wszystko co jest z nią związane, nie należy traktować jej jednak jak podręcznika. Nie zapominajmy bowiem, że to fikcja literacka, świat powołany do życia na potrzebę opowieści o losie Szczupaczyńskiej i krakowskich śledztwach. Ci którzy reagują na epokę Młodej Polski alergicznie z powodu zaszczepionej im w szkole niechęci, dzięki serii mają szansę się z tą epoką przeprosić, albo chociaż nieco podreperować nadszarpniętą relację.

Podczas lektury wciąż jedna, pełna nadziei, myśl nie dawała mi spokoju, że może by tak młodopolski Kraków, stał się takim naszym, ukochanym przez pisarzy, wiktoriańskim Londynem?

Całość na: http://alicya.pl/seans-w-domu-egipskim/

pokaż więcej

 
2018-07-11 17:31:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

"Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie" nie ma jasno wytyczonej osi fabularnej. To przede wszystkim zbiór codziennych wzlotów i upadków, których doświadcza bohater. Tekst przypomina posty opisujące przeróżne obserwacje, spostrzeżenia i przypadki, połączone w całość przez kilka motywów przewodnich. Krystian Nowak przyznaje, że niektóre z zastosowanych przez niego nawiązań będą... "Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie" nie ma jasno wytyczonej osi fabularnej. To przede wszystkim zbiór codziennych wzlotów i upadków, których doświadcza bohater. Tekst przypomina posty opisujące przeróżne obserwacje, spostrzeżenia i przypadki, połączone w całość przez kilka motywów przewodnich. Krystian Nowak przyznaje, że niektóre z zastosowanych przez niego nawiązań będą ważne przez krótką chwilę. Zwłaszcza, że dotyczą memów (a te jak wiadomo szybko się dezaktualizują) lub internetowych osobistości. Za jakiś czas część żartów będzie już więc dla czytelników nieodczytywalna i nieśmieszna. Oczywiście nie wszystko przestanie być od razu trudne do rozkodowania, nie każdy element starci bowiem na ważności tak szybko, jak fejsbukowe nowinki. Wygląda jednak na to, że im więcej chcecie z lektury wyciągnąć, tym szybciej powinniście się z nią zapoznać.

W przypadku tej powieści codzienne absurdy podniesione zostały do potęgi entej i okraszone surrealizmem. Pełno w niej satyry i ironii, a szyderstwo wylewa się z każdej strony. Pod względem łatwego w odbiorze stylu autor więc nie zawodzi. Zresztą słynie on przecież z chwytliwych, popularnych i prześmiewczych inicjatyw, takich jak "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty", "Tak trzeba żyć" i "Patriota Mariusz". Jeżeli zaś chodzi o przekaz to po ciekawym i dynamicznym początku, powieść w środkowych partiach „przysiada”, by ożywić się znów pod koniec. Jeśli więc mam ocenić czy to udany debiut, z całą stanowczością powiem, że i owszem, ale fragmentami.

Całość na:http://alicya.pl/wszyscy-ludzie-ktorych-znam-sa-chorzy-psychicznie/

pokaż więcej

 
2018-07-01 14:01:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Debiutancka "Idealna", nie była doskonała, ale i tak zrobiła na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Magda Stachula miała potencjał, więc byłam ciekawa, jak potoczy się jej literacka kariera. Ochoczo przystąpiłam więc do lektury "Trzeciej". Niestety ta okazała się o wiele słabsza od poprzedniczki. Na jej niekorzyść zadziałały pewnie nadmiernie rozdmuchana kampania promocyjna, presja związana z... Debiutancka "Idealna", nie była doskonała, ale i tak zrobiła na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Magda Stachula miała potencjał, więc byłam ciekawa, jak potoczy się jej literacka kariera. Ochoczo przystąpiłam więc do lektury "Trzeciej". Niestety ta okazała się o wiele słabsza od poprzedniczki. Na jej niekorzyść zadziałały pewnie nadmiernie rozdmuchana kampania promocyjna, presja związana z syndromem drugiej książki, a także moje wygórowane oczekiwania. Poza tym powieść wzbudziła we mnie niepokój tym, w jakim kierunku zmierza twórczość pani Magdy, bo thrillera w jej thrillerze było jak na lekarstwo. Ale jak to mawiają: do trzech razy sztuka. Pod koniec czerwca tego roku ukazała się najnowsza powieść pisarki pt. "W pułapce", i muszę przyznać, że nie jest źle. Przede wszystkim mamy tutaj więcej z thrillera psychologicznego niż w poprzednich dwóch powieściach razem wziętych. Nadal jednak promowanie autorki jako mistrzyni gatunku uważam za niewłaściwe. Wiadomo, że „reklama dźwignią handlu”, ale takie określenia powinniśmy zachować dla autorów z naprawdę konkretnym dorobkiem literackim.
(...)
Głównym atutem najnowszej książki Magdy Stachuli jest to, że się ją ekspresowo czyta. "W pułapce" to bowiem dosyć ciekawa, lekko podana i łatwa w odbiorze lektura. Mam wrażenie, że Stachula pisząc swoją najnowszą powieść nie wyszła jednak poza strefę komfortu: wciąż porusza się po sobie dobrze znanym terenie, korzystając z tych samych ścieżek. Książkę można polecić więc tym wszystkim, którzy już Stachulę znają i uwielbiają, a także wszystkim fankom typowo kobiecych thrillerów psychologicznych. Ci, którzy chcieliby sięgnąć po powieść zapewniającą wgniatające w fotel, mocne wrażenia, która będzie się czymś wyróżniała pośród setek innych na rynku, raczej odradzam.

Całość na: http://alicya.pl/w-pulapce-magda-stachula/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
440 392 2134
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (28)

Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd