PoDrugiej StronieOkładki 
status: Czytelnik, dodał: 4 książki, ostatnio widziany 3 tygodnie temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-24 03:35:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/drogi-martinie-nic-stone.html

„Drogi Martinie” to pierwsza książka Nic Stone. Wydawnictwo Niezwykłe po raz kolejny udowodniło, że książki jakie wydaje mają ukryte przesłanie, które można odczytać między wierszami lektury, a przy okazji szerzej pomyśleć o dzisiejszym świecie.



Zanim jednak przejdę do krótkiego opisu fabuły tej pozycji,...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/drogi-martinie-nic-stone.html

„Drogi Martinie” to pierwsza książka Nic Stone. Wydawnictwo Niezwykłe po raz kolejny udowodniło, że książki jakie wydaje mają ukryte przesłanie, które można odczytać między wierszami lektury, a przy okazji szerzej pomyśleć o dzisiejszym świecie.



Zanim jednak przejdę do krótkiego opisu fabuły tej pozycji, chciałam Wam przytoczyć słowa z Wikipedii, kim był tytułowy Martin.



Martin Luther King Jr.(ur. 15 stycznia 1929 w Atlancie, zm. 4 kwietnia 1968 w Memphis) – pastor baptystyczny, lider ruchu praw obywatelskich, działacz na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów i zniesienia dyskryminacji rasowej, laureat pokojowej Nagrody Nobla z roku 1964, człowiek roku 1963 magazynu „Time”. Zamordowany 4 kwietnia 1968 przez przeciwników politycznych.



Pewnej nocy, po ostrej imprezie Melo, była dziewczyna Justyce, zalana w trupa nie może dotrzeć do swojego samochodu, aby wrócić do domu. Co gorsza, chce prowadzić w stanie ogromnej nietrzeźwości. Justyce, mimo że nie powinien interesować się tym, co robi jego ex, próbuje pomóc jej wsiąść do auta oraz zabrać kluczyki, aby sam mógł odwieźć dziewczynę do domu.

Kiedy Melo podnosi krzyk, zza rogu wyjeżdża radiowóz policji i Jus zostaje skuty, bez praw do obrony. On jest czarny, ona jest biała. Policjanci szybko wyciągają wnioski, bez zadawania pytań. Albo chciał ją okraść, albo chciał ją zgwałcić.

Kilkanaście godzin później i interwencji wielu osób, Jus zostaje zwolniony z aresztu i wypuszczony na wolność. Chłopak będący w głębokiej traumie zastanawia się, dlaczego policja bez słowa skuła go i zaprowadziła do aresztu. Podejmuje się eksperymentu „Być jak Martin”. Zaczyna pisać listy do Luthera Kinga Jr., których ten nigdy nie odczyta i zachowywać się, zadając sobie pytanie „co zrobiłby Martin?”.

Po incydencie z policjantami, kilka dni później okazuje się, że Castillo, jeden z policjantów zostaje zabity. Cień podejrzeń pada na czarnych, mieszkających w ciemnej dzielnicy miasta.

Między białymi, a czarnymi rozpoczyna się wojna.

O równouprawnienie.

O władzę.

O prawdę.



„Minęły czasy osobnych kraników z wodą dla „kolorowych”, a dyskryminacja jest ponoć bezprawna, lecz skoro ktoś może zmusić mnie do siedzenia na betonie w za ciasnych kajdankach, pomimo że nie zrobiłem nic złego, to najwidoczniej jednak coś jest na rzeczy. Ta równość, o której wszyscy mówią, wcale nie obowiązuje.”



Sama nie wiem, co mam napisać.

„Drogi Martinie” to książka pełna ukrytej prawdy, którą możemy do dzisiaj spotkać na ulicach. To pozycja, która pobudza myślenie o dzisiejszym świecie i zabiera w podróż do świata, gdzie nic nie jest sprawiedliwe, a biały ma władzę nad czarnym.

A przecież każdy z nas jest równy.



Tę książkę się je. Tak po prostu. Pożera się ją w kilka godzin.

Mająca raptem dwieście stron książka wydaje się być po skończeniu za krótka, bo chciałoby się czytać o Justyce dalej i więcej.

Poznać go bardziej, jego osobowość, dalsze życie i to, czy pogodził się z prawdą, albo czy walczył o lepsze jutro.



„Drogi Martinie” porusza bardzo ważny problem różnic między rasowych i dyskryminacji.

Pokazuje jak wygląda wyciąganie konsekwencji z czynów u białych i u czarnych.

Jaka różnica jest między tymi pierwszymi, którym uchodzi na sucho nawet najgorsze przestępstwo, a tymi drugimi, którzy za drobną kradzież otrzymują najwyższą karę.

W dzisiejszym świecie także możemy to zauważyć. Wystarczy popatrzeć na naszych zachodnich sąsiadów, którzy wpuścili arabskich imigrantów.

Nie chce tu poruszać kwestii politycznych, bo nie o to tutaj chodzi, ale popatrzcie na masowe gwałty, bądź ataki z nożami.

Czy niemiecki sąd wyciąga konsekwencje?

Czy sprawy cichną i życie toczy się dalej, jak gdyby nigdy nic?



Niezależnie od koloru skóry, każdy z nas jest człowiekiem. Zbudowanym z krwi i kości, pokrytych skórą. Każdy z nas ma swoje zainteresowania i pasje. Wszyscy jesteśmy wobec siebie równi i ludzie, odpowiedzialni za wystawianie wyroków, nie powinni patrzeć na kolor skóry podczas ich obwieszczania. Każdy z nas jest równy wobec prawa i każdy haniebny czyn, powinien zostać osądzony identycznie, czy popełni go czarny, biały, czy żółty.

„Drogi Martinie” to książka, która obudzi wiele kontrowersji i mam nadzieję, że pobudzi do rozmów na ten temat, albo chociaż do własnych przemyśleń.

pokaż więcej

 
2018-10-23 17:23:34
Został fanem autorki: J.B Salsbury
 
2018-10-23 15:11:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/mae-licho-i-tajemnica-niebozatka-marta.html

O Marcie Kisiel, słyszałam cały ogrom opinii. Wszystkie pozytywne, albo jeszcze bardziej pozytywne. Przyznam szczerze, że zawsze podchodzę do polskich autorów ze sceptycyzmem, co zresztą wiecie, ale ryzykować też lubię.
Zaryzykowałam i sięgnęłam po tę „ałtorkę”.
I odleciałam na inną planetę,...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/mae-licho-i-tajemnica-niebozatka-marta.html

O Marcie Kisiel, słyszałam cały ogrom opinii. Wszystkie pozytywne, albo jeszcze bardziej pozytywne. Przyznam szczerze, że zawsze podchodzę do polskich autorów ze sceptycyzmem, co zresztą wiecie, ale ryzykować też lubię.
Zaryzykowałam i sięgnęłam po tę „ałtorkę”.
I odleciałam na inną planetę, razem z tytułowym Niebożątkiem.

Przy pewnej ulicy stoi sobie pusty dom. Zniszczony, zaniedbany i całkowicie opuszczony.
Dorośli mijają go nie patrząc na niego, przyzwyczajeni do jego lokacji. Gdyby jednak, choć jeden z nich zaglądnął do środka, zdziwienie wzięłoby go przeogromne.
Bowiem w domu żyje rodzina.
Nie do końca normalna, ale za to, jak najbardziej prawdziwa.
Wujek Konrad, Tutu, dwa anioły, mama, nawet potwór spod łóżka.
A w tym wszystkim Bożek (tylko taki bez wiernych).
Bożydar Jakiełłek, dla którego nadszedł czas iść do szkoły i spotkać się z prawdziwym światem twarzą w twarz.

Kiedy zobaczyłam okładkę tej pozycji miałam dziwny wyraz na twarzy, a w mojej głowie pokazało się pytanie „ Książka dla dzieci? Serio?”.
Wszystko zmieniło się, kiedy zaczęłam czytać tę cienką książeczkę, bowiem zostałam pochłonięta bez reszty. Dosłownie poczułam, jak wpadam w ciemną dziurę, z której nie mogę wyjść dopóki nie skończę tej lektury.
Po własnych doświadczeniach z „Małym Lichem...” wiem, że komputer pójdzie w odstawkę, jeżeli dacie swojemu brzdącowi tę książkę.

Z tego, co się dowiedziałam historia, która toczy się w tej pozycji jest jakimś dalszym ciągiem do poprzednich dzieł Marty Kisiel. Jednak, jeżeli chcielibyście wiedzieć, jakich i o co w nich chodzi, to nie do mnie, gdyż twórczość tej autorki jeszcze przede mną.
Koniecznie muszę to nadrobić!
Mogę szczerze napisać, że Marta Kisiel rozbudziła moją wiarę w polskich autorów na nowo.
Aczkolwiek z następnymi pozycjami i tak będę obchodzić się ostrożnie, bo w imię przysłowia „jedna jaskółka wiosny nie czyni” tak samo jest z polskimi pisarzami.



„[...] Świat byłby niepełny, gdyby byli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrząc godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów... albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki.”



„Małe Licho i tajemnica Niebożątka” pochłonęła mnie swoją prostotą i sympatycznością. Autentycznie.
Miałam wrażenie, że ta książka wyciąga do mnie ramiona, aby mnie najzwyczajniej w świecie przytulić do siebie. Zdarzyło mi się coś takiego pierwszy raz, toteż zapamiętam to na długi, długi czas.

Bohaterowie są wymyśleni z prawdziwym kunsztem i każdego z nich, jaki by nie był polubiłam od pierwszych stron. Co ciekawe, można by pomyśleć, że ta historyjka ma być tylko rozrywką podczas czasu wolnego. Prawda jest jednak inna. W tych dwustu stronach Marta Kisiel, przekazuje nam cały ogrom wartości. Pokazuje jak wkraczanie dziecka w kolejne etapy może być dla niego stresujące, bądź to, że dobra materialne rozdawane na prawo i lewo naszym brzdącom nie pomogą, jeżeli nie damy im swojej uwagi i towarzystwa, czyli coś, na co dzisiejszy świat cierpi, każdego dnia.

To było moje pierwsze spotkanie z Ałtorką i niemalże od razu zauważyłam wygodny i niebywale plastyczny język pisarski. Zdania dosłownie „lepiły” się podczas czytania do mnie. Cała ta książka kleiła się między sobą, a wtrącenia sprawiały, że z pozycji z morałem, otrzymaliśmy świetną historię dla dzieci i dorosłych, która przekazuje każdemu inne wartości. Wszystko zależy od daty urodzenia.

Na pochwałę zasługuje też oprawa graficzna. Poza piękną okładką, w środku książki mam też przepiękne ilustracje. Niestety nie stwierdzę, jak barwnie one wyszły, gdyż „Małe Licho...” czytałam na czytniku, a jak wiadomo tam wszystko jest w barwach czarnych... i białych.

Jestem totalnie zakochana w Marcie Kisiel. Już wiem, skąd ta autorka ma tyle pozytywnych opinii. Sama dodaję do tego stosu swoją.
Chce więcej.
Zdecydowanie.
Marta Kisiel poza świetnym poczuciem humoru w swoich książkach, potrafi pokazać drugie dno, które nie jest ukryte za milionem porównań i metafor. Jest ono na wyciągnięcie ręki, wystarczy jedynie chcieć je zauważyć.
„Małe Licho i tajemnica Niebożątka” to pozycja, którą polecam Wam z całego serca.
Nie wahajcie się ani chwili i czytajcie tę lekturę od razu, ja zaś udam się w kolejną przygodę z tą autorką.

pokaż więcej

 
2018-10-21 19:01:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/pozwol-mi-zostac-tijan.html

Seria „Fallen Crest” ma tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Osobiście jestem w tym pierwszym obozie i nie zamierzam zmieniać zdania. Wielu z Was, po przeczytaniu pierwszej części przygód Sam, Masona i Logana, zrezygnowało z czytania Tijan.

Mam jednak nadzieję, że dacie jej szansę jeszcze raz.

Przy...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/pozwol-mi-zostac-tijan.html

Seria „Fallen Crest” ma tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Osobiście jestem w tym pierwszym obozie i nie zamierzam zmieniać zdania. Wielu z Was, po przeczytaniu pierwszej części przygód Sam, Masona i Logana, zrezygnowało z czytania Tijan.

Mam jednak nadzieję, że dacie jej szansę jeszcze raz.

Przy „Pozwól mi zostać”, które jest książką inną, niż wszystkie.



Mackenzie Malcolm pierwszy raz znalazła się w łóżku Ryana, przez przypadek. Dziewczyna przeprowadziła się z całą rodziną do stanu Oregon, gdyż jej ojciec otrzymał lepszą propozycję pracy.

Dzień później Mackenzie, razem ze swoją siostrą Willow miały skończyć osiemnaście lat.

Willow, nigdy ich nie skończyła.

Rodzina pogrążyła się w żałobie, ale każdy z jej członków przechodził ją zupełnie inaczej.

Mackenzie znalazła schronienie w ramionach Ryana, który stał się jej latarnią podczas tego sztormu. Dziewczyna wypierała z głowy informację o śmierci swojej siostry i starała się żyć, tak jakby ona dalej była blisko niej.

Bo była.

Ale tylko w głowie Mackenzie.

Życie dziewczyny zmieniło się o 180 stopni. Nie tylko, z powodu utraty siostry. Razem z Willow, straciła całą swoją rodzinę, którą uporczywie stara się na nowo połączyć.



„Nasze oczy się spotkały i natychmiast poczułam z nim jakąś więź. Byliśmy tylko my. Żadnych problemów z siostrami. Żadnych byłych. Żadnego dręczenia. Nic. Tylko on i ja.”





„Pozwól mi zostać” nie należy do lekkich książek.

Specjalnie napisałam w akapicie wyżej tak malutko, choć to i tak za dużo.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać, bo każdy z Nas zrozumie ją inaczej.

A posłowie, po przeczytaniu historii Mac i Ryana ponownie zmieni Wasze postrzeganie tej pozycji.



Jeżeli odrzuciliście Tijan po przeczytaniu pierwszego tomu „Fallen Crest” to proszę Was, przeproście się z nią jeszcze raz i sięgnijcie po „Pozwól mi zostać”.

Gwarantuję, że ta pozycja zdecydowanie Wam się spodoba.



Każdy z Nas przeżywa żałobę po bliskiej osobie inaczej. Jedni zamykają się na świat i są otępiali, inni chcą imprezować do nieprzytomności, żeby nie pamiętać o rzeczywistości.

W „Pozwól mi zostać” śmierć Willow, poróżniła całą rodzinę i każdy jej członek poszedł w swoją stronę. Mackenzie z początku interesowała się tylko Ryanem, który dawał jej spokój i zapomnienie. Łączyła ich głęboka przyjaźń, która w pewnym momencie zaczęła przeradzać się w znacznie głębsze uczucie, gdyż Ryan okazał się rozumieć Mac, bo przeszedł bardzo podobną historię.

Potem jednak, dziewczyna zrozumiała, że musi wykonać konkretny i stanowczy krok, aby nie doprowadzić do całkowitego rozpadu rodziny.

To w niej była ukryta siła, która musiała zostać obudzona.



Muszę Wam napisać, że ciężko pisze mi się tę opinię. Choć piszę ją „na świeżo” nie zmienia to faktu, że im dłużej myślę o tej pozycji, tym dziwniejsze myśli przychodzą mi do głowy.

„Pozwól mi zostać” mocno siada na psychikę, a serce boli bardziej z każdym kolejnym rozdziałem. Nawet jeżeli jest on szczęśliwy to i tak wydaje się być smutny.



„Gdybym spojrzała w dół, zobaczyłabym moje bijące serce leżące u stóp. On znowu otworzył dziurę w mojej piersi.”



Nie jest do dołująca książka.

Nie.

To raczej pozycja, która ma na celu włączenie myślenia.

Zastanowienie się nad swoim życiem.

Nad tym, jakie jest ono kruche i tym, że żaden człowiek nie jest sam na tym świecie.



„Pozwól mi zostać” to pozycja warta przeczytania. Po jej skończeniu, książka zostanie z Wami na dłużej, tak jak została ze mną. Będziecie myśleć o niej i starać się zmienić treść, którą przeczytaliście.

To Tijan, której nie znaliśmy.

Poważniejsza.

Silniejsza.

Inna.

pokaż więcej

 
2018-10-20 11:07:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Vincent Boys (tom 1) | Seria: Young

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/vincent-boys-abbi-glines.html

Muszę słuchać „polecajek”. Zdecydowanie.
„Vincent Boys” miałam wiele razy polecane i nawet mam obie książki na czytniku, ale jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby zabrać się za te pozycje.
Teraz żałuję, chociaż już nadrabiam zaległości.





„Położyłem dłonie na jej talii i przyciągnąłem ją do siebie. W tej...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/vincent-boys-abbi-glines.html

Muszę słuchać „polecajek”. Zdecydowanie.
„Vincent Boys” miałam wiele razy polecane i nawet mam obie książki na czytniku, ale jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby zabrać się za te pozycje.
Teraz żałuję, chociaż już nadrabiam zaległości.





„Położyłem dłonie na jej talii i przyciągnąłem ją do siebie. W tej chwili nie obchodziło mnie, do kogo należała. Pragnąłem jej i to odbierało mi rozum.”



Ashton Gray jest córką pastora, która tak, jak jej cała rodzina, świeci przykładem dobrego dziecka i człowieka.
Jednak nie zawsze tak było. Kiedy Ash była mała, razem ze swoimi przyjaciółmi – kuzynami Vincent, była rozrabiaką. Głównie z Beau, który mając ciężkie dzieciństwo, został czarną owcą miasteczka Grove w stanie Alabama i to z nim dziewczyna dokazywała, przy psotach. Sawyer – drugi chłopiec, który był synem porządnego starszego Vincenta, zawsze stopował tę dwójkę i próbował im wyperswadować głupoty z głowy.
To Sawyer też pierwszy odważył się zauważyć różnice w wyglądzie Ash, kiedy wszyscy weszli w okres dojrzewania i to on poprosił ją o bycie jego dziewczyną.
Chociaż tak naprawdę, nigdy nie powinna się na to zgodzić.
Zaczęła zmieniać się, aby stać się godną bycia dziewczyną Sawyera, który był poważnym człowiekiem, ale czuła, że to nie to, czego oczekiwała od życia.
Wszystko zmieniło się, kiedy Ash została sama w miasteczku.
A jej jedynym rówieśnikiem, był Beau, z którym stosunki zniszczyły się przez rzekomy związek z Sawyerem.





„– Nie ma idealnych mężczyzn, maleńka. Nie występują w przyrodzie.”


Przeczytałam „Vincent Boys” w jeden dzień. Nie, nie przeczytałam. Ja pożarłam tę książkę dosłownie, ze smakiem i radością, że mogę ją przeczytać.
Ta historia, choć przewidywalna, jest tak świetna, że czyta się ją z czystą przyjemnością.
W sumie to nie czyta.
Pochłania.

Beau skradł moje serce od pierwszego rozdziału, w którym się pojawił i to jego upatrzyłam sobie do samego końca książki. Jest najlepszy z całej trójki głównych bohaterów.
W końcu każda z nas, gdzieś tam w głębi lubi tych niegrzecznych chłopców.
Sawyer jest dla mnie zbyt poważny, za sztywny i honorowy do bólu. Nie lubię takiego „ą, ę przez bibułkę”, bo ani w tym żadnej zabawy, ani korzystania z życia, póki człowiek młody.
Co do dylematu Ash i jej samej... no w sumie to mam obojętny stosunek do tej bohaterki, aczkolwiek uważam że jest głupia. Gdybym miała do wyboru mężczyznę, u którego wszystko musi być jak w szwajcarskim zegarku i takiego, który żyje każdym dniem i korzysta z niego, to wolałabym tego drugiego.
Tutaj wynik równania jest prosty jak przysłowiowa „budowa cepa”.
Choć rozumiem rozmyślania Ashton, szczególnie, że w małym miastach plotki rozchodzą się szybciej, niż zostają tworzone to i tak uważam że za długo myślała nad swoim wyborem.
Nawet jeżeli chciała, aby wszyscy byli zadowoleni.

Poza Beau, najlepszą postacią w „Vincent Boys” jest nikt inny, jak Babcia Grana. Szkoda, że było jej tak mało w tej pozycji, bo bardzo przypominała mi Babcię Mazurową z serii o Stephanie Plum, która też jest zdecydowanie bardziej rozrywkowa, niż młodsze pokolenie. Jednak coś w tym jest, że na starość człowiek chce bardziej szaleć, niż za młodu, bo już ma głęboko, co ludzie pomyślą.
I dobrze.





„Czekałem, aż wpadnę w panikę po tym, co zrobiłem, ale trzymanie Ashton w objęciach nie sprzyjało wyrzutom sumienia. Przeciwnie. Czułem, jakbym wreszcie wrócił do życia.”




„Vincent Boys” to lekka i ciekawie napisana książka o prawdziwej miłości, która nie rdzewieje, nawet jeżeli z góry widać rdzawy nalot. To pozycja, która pokazuje, że nie warto udawać kogoś innego, bo szczęście przechodzi, wtedy koło nosa każdego dnia. Historia Ash, Sawyera i Beau jest piękną opowieścią o przyjaźni między kobietami i mężczyznami, ale też uczuciu, które nieśmiało tę przyjaźń zastępuje i niesie ze sobą wiele cierpienia, ale też radości.

pokaż więcej

 
2018-10-18 03:41:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/gliniarz-laurelin-paige-sierra-simone.html

W Polsce mieliśmy okazję czytać już duet Paige i Simone. Z tego, co pamiętam wielu z Was się spodobał, ale też dużo głosów było na nie. Wydawnictwo Kobiece ponownie serwuje nam książkę tego duetu, do której przymierzałam się w oryginalne. Z moim zbieraniem się, okazało się, że szybciej przeczytam...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/gliniarz-laurelin-paige-sierra-simone.html

W Polsce mieliśmy okazję czytać już duet Paige i Simone. Z tego, co pamiętam wielu z Was się spodobał, ale też dużo głosów było na nie. Wydawnictwo Kobiece ponownie serwuje nam książkę tego duetu, do której przymierzałam się w oryginalne. Z moim zbieraniem się, okazało się, że szybciej przeczytam ją po polsku i tak też się stało.
Czy „Gliniarz” okazał się być lepszy od „Twardziela”?

Livia Ward jest bibliotekarką, która została przeniesiona z centralnej biblioteki do małej filii w Corinth. Dziewczyna jest zadowolona z tej zmiany, bo lubi spokój. Ma czternastoletnią przyjaciółkę Ryan, która od najmłodszych lat jest prawdziwą aktywistką, walczącą o dobro kobiet. Livia każdego dnia budzi się myśląc o zbliżającej się starości (trzydziestych urodzinach) i ten dzień, wcale nie jest inny niż poprzednie. Przynajmniej z rana. Bowiem chwile później po przebudzeniu i ogarnięciu się, Livia dostaje smsa od Ryan z wołaniem o pomoc.
Kiedy dziewczyna przyjeżdża na miejsce „wypadku” okazuje się, że Ryan ubrana w stój cheerleaderki przywiązała się do dwóch drzew łańcuchami i strajkuje, aby dziewczyny w szkole mogły nosić strój cheerleaderki, kiedy tylko chcą, a nie podczas meczów. Rodzice nie mogą odwieźć swoich pociech do szkoły i zostaje wezwana policja, a wraz z nią przyjeżdża seksowny posterunkowy Chase, który stara się opanować sytuację. Okazuje się być jednak nieskuteczny i dopiero Livia uspokaja tłum i uwalnia Ryan. Gdy puszcza czternastolatkę do szkoły, sama udaje się do biblioteki, w której pracuje razem z Megan, kobietą po przejściach i jej kolejną dobrą koleżanką.
Chwilę później, na przerwie w bibliotece pojawia się, nikt inny jak Chase.
Który okazuje się być bratem Megan.
I który upatrzył sobie Livię na dłużej.
Problem w tym, że ona widzi go przy sobie tylko w jednym celu.





„Czy nie znudziło mi się jeszcze być Funkcjonariuszem Bawidamkiem? Jasne, że nie. Na pewno?

Po raz pierwszy w życiu nie jestem pewien, czy mogę wierzyć sobie samemu.”


Doskonale wiem, co pomyśleliście po tym zdaniu wyżej i muszę Wam przyznać rację, chociaż znowu, tak nie do końca o to chodzi. Nie zdradzę Wam głównej tajemnicy tej książki, ale propozycja, jaka padła z ust Livii w kierunku Chase otworzyła mi szeroko buzię. Mimo że, gdzieś w głębi serca przeczuwałam, że tak to właśnie ma być.

Laurelin Paige nie zawiodła mnie po raz kolejny. Podczas czytania „Gliniarza” doskonale wiedziałam, które fragmenty są od Paige, a które zaś od Simone.
Do tej drugiej mam więcej zastrzeżeń, bo mam wrażenie, że nie do końca wie, kiedy należy powiedzieć basta niektórym określeniom części intymnych bohaterów.
I to skłania mnie do napisania, że w tej pozycji znajduje się naprawdę dużo zbliżeń i seksu. Zostaliście ostrzeżeni, więc potem nie płaczcie.

Zastanawia mnie też fakt, dlaczego w każdej książce z tego gatunku faceci muszą pachnieć piżmem? To jakiś tajny zapach, który zarezerwowany jest tylko dla mężczyzn z książek?
Przecież jest tyle zapachów na świecie, a co nuż widzę słowo piżmo w lekturach, które czytam.
Nie czepiam się tego w „Gliniarzu”, ale tak ogólnie.
Naszło mnie po prostu zastanowienie na ten temat.

Jak znacie odpowiedź to piszcie!






„Ja jestem wariatką, która ni stąd, ni zowąd unosi wysoko w górę tabliczkę kwestionującą tę reputację.”


Historia Livii i Chase'a jest podobna do wielu innych, ale końcówka zaskakuje i wywołuje ogromny i szczery uśmiech na twarzy Czytającego. Możecie mi wierzyć. Jak siedziałam i czytałam, wiedząc, co będzie dalej, bo trochę już podobnego rodzaju książek mam za sobą, tak na końcu byłam naprawdę zaskoczona i w sumie szczęśliwa. Wy też będziecie.

Nie wiem, co mam Wam napisać w podsumowaniu. „Twardziel” podobał mi się za humor i pomysł wrzucenia bohaterów do filmu od kulis. „Gliniarz” podoba mi się, za pokazanie wzlotów i upadków w pracy, a także poświęcenie, które codziennie każdy z nas musi podejmować. Od rana do wieczora. Jeżeli lubicie policjantów, albo znacie ich prywatnie to wraz z tą lekturą przeżyjecie ciekawą przygodę. Jeżeli zaś nie lubicie policjantów, to dzięki osobie Chase'a, polubicie ich na pewno, gdyż ten „Gliniarz” skradnie Wasze serca.

pokaż więcej

 
2018-10-16 16:53:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Sponsor (tom 1) | Seria: Editio Red

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/sponsor-kn-haner.html

Na każdą książkę Kasi czekam z niecierpliwością, a wiele z nich (wszystkie) czytam szybciej, niż są wydane w papierowej wersji. I za każdym razem otrzymuję solidną dawkę emocji i szoku.

Tym razem nie było inaczej.



Kalina jest dwudziestojednoletnią dziewczyną, która studiuje fizjoterapię w Londynie. Mieszka razem...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/sponsor-kn-haner.html

Na każdą książkę Kasi czekam z niecierpliwością, a wiele z nich (wszystkie) czytam szybciej, niż są wydane w papierowej wersji. I za każdym razem otrzymuję solidną dawkę emocji i szoku.

Tym razem nie było inaczej.



Kalina jest dwudziestojednoletnią dziewczyną, która studiuje fizjoterapię w Londynie. Mieszka razem z rodzicami i młodszą siostrą Sabriną, na obrzeżach miasta. Każdego dnia jeździ do domu busem, jednak tego ranka postanawia wybrać się rowerem na uczelnię, aby zaliczyć ostatni egzamin w semestrze. Podczas jazdy do szkoły, zamyślona nie zauważa samochodu, a kiedy rozlega się trąbienie, jest już za późno. Dziewczyna wpada pod samochód, a ostatnim co widzi przed swoim omdleniem jest przystojny mężczyzna, który ją potrącił. Albo raczej, pod którego samochód wjechała.

W szpitalu poznaje Nathana Collinsa, który zaprasza ją na kolację, kiedy ta wyzdrowieje. Ta jednak okazuje się być totalnym nieporozumieniem i dziewczyna wraca do domu załamana, z nieudanej randki.

Kilka dni później, egzamin na który końcem końców nie dojechała przez wypadek, specjalnie dla niej odbywa się jeszcze raz i Kalina bez większych problemów zalicza go z najwyższą oceną. Kiedy wraca do domu widzi wiele zastępów straży pożarnej, a serce przestaje jej bić, gdy pożar unosi się z jej doszczętnie spalonego domu.

Rodzice dziewczyny giną w pożarze, razem z całym dobytkiem, a Kalina zostaje na lodzie, bez dachu nad głową, ze swoją czteroletnią siostrą.

Ich tułaczka, od domu do domu, rozpoczyna się, a brak pieniędzy szybko zaczyna doskwierać.

Pewnego dnia, po kilku miesiącach, w sklepie spotyka Nathana, który przyjechał do Londynu do chorej matki.

Ich znajomość zaczyna się ponownie, ale w całkowicie inny sposób.

Nathan pragnie poznać Kalinę, inaczej niż dotychczas poznawał dziewczyny.

Ta zaś, podchodzi do starszego mężczyzny z dystansem, gdyż ciągle pamięta o tej feralnej randce.

Uczucie między nimi rodzi się samo.

Niespodziewanie.

Nie jest ono jednak proste, a przeszłość Nathana, nie raz ma w nich uderzyć z podwójną siłą.



Wcale nie napisałam Wam dużo, jeżeli chodzi o fabułę. To, co macie wyżej, to tylko pierwsze kilka stron, na których już dużo się dzieje. Z każdą kolejną stroną, następnym rozdziałem K.N. Haner rozkręca akcję coraz bardziej, a atmosfera robi się raz napięta, a raz wyluzowana. Podczas lektury niemalże czuć wszystkie emocje, jakie odczuwają bohaterowie.



O dziwo, Kalinę polubiłam. Jest rozsądną dziewczyną, która try razy pomyśli, zanim zgodzi się na coś, co może mieć tragiczne skutki. Jak wiecie, nie jest u mnie często spotykana przyjaźń do głównych bohaterek, zatem coś jest na rzeczy.

Za Nathanem stoję murem. Owszem, popełnił kilka błędów, które ciężko wybaczyć, ale za każdym razem szczerze żałował i przepraszał. Najważniejsze jest to, że wiedział, co zrobił źle i pragnął to naprawić.

Najbardziej irytującą postacią, którą z chęcią bym odstrzeliła (albo spaliła w tym pożarze) jest młodsza siostra Kaliny, czyli Sabrina. Boże, nóż mi się w kieszeni otwierał, jak tylko widziałam jej imię w książce. Przysięgam, zabiłabym własnymi rękami, gdybym spotkała. Ta mała gówniara, jest tak wkurwiająca, że wiele razy miałam ochotę odłożyć czytnik.



Cała historia jest ciekawa i trzyma w napięciu od samego początku. Zaskoczyło mnie to, że Kasia od razu zaczęła z przytupem. Miałam chwilę zwątpienia, bo bałam się, że to BUM skończy się, tak szybko, jak się zaczęło, ale jednak zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona, gdyż fabuła trzymała poziom do samego końca, a akcja nie zwalniała ani na chwilę.



„Sponsor” jest zaskakującą książką. Już sam tytuł, mówi nam coś innego, niż środek pozycji. Nie bądźcie zatem uprzedzeni, bo historia Nathana i Kaliny jest ciekawa, wciągająca i napisana z rozmachem. W sumie Kasia za każdym razem zaskakuje mnie coraz bardziej. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy napisze książkę, która rozwali mnie psychicznie i sponiewiera. Kiedyś taki czas nastąpi i wiem o tym doskonale. Zakończenie tej pozycji jest nieoczekiwane i napędza chęć na drugi tom. Kończy się cliffhangerem, ale wierzcie mi, warto czekać na drugi tom. Choćby czekanie było piekłem.

pokaż więcej

 
2018-10-15 20:14:50
Ma nowego znajomego: savine
 
2018-10-13 19:30:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Święci Grzesznicy (tom 3)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/skandal-lj-shen.html

Vicious nie, Ruckus nie, to może Scandalous?



Kiedy „Intryga” z moim książkowym mężem numer jeden weszła na polski rynek, okazało się, że postać Barona Spencera ma więcej przeciwników, niż zwolenników (nie żebym narzekała, z tego powodu). Dean Cole, będący kolejnym HotHolsem miał więcej fanek, od poprzednika, Jamiego...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/skandal-lj-shen.html

Vicious nie, Ruckus nie, to może Scandalous?



Kiedy „Intryga” z moim książkowym mężem numer jeden weszła na polski rynek, okazało się, że postać Barona Spencera ma więcej przeciwników, niż zwolenników (nie żebym narzekała, z tego powodu). Dean Cole, będący kolejnym HotHolsem miał więcej fanek, od poprzednika, Jamiego dużo z Was nie zna, a wydawnictwo Edipresse na razie nie wspomina o wydaniu nowelki „Defy”, która rozpoczyna całych „ Świętych Grzeszników”. Na koniec został nam Trent Rexroth i Roman Protsenko, czyli „Bane”.








Edie Van der Zee jest córką Jordana Van der Zee, który jest też posiadaczem największej ilości udziałów firmy, w której resztę wpływów mają HotHolesi. Dziewczyna unika swojego ojca, jak tylko może, gdyż po prostu go nie cierpi. Za to, co zrobił jej i jej rodzinie. Za to, że musi opiekować się nie do końca zdrową psychicznie matką i Theodorem, który stanowi dla ojca jedynie kartę przetargową do szantażu nad córką. Edie oddaje się w wolnych chwilach surfowaniu z Romanem Prostsenko, co więcej kilka razy zdarzyło im się pójść na całość, ale mimo tego dalej są najlepszymi przyjaciółmi.
Pewnego dnia dziewczyna od ojca dostaje rozkaz, który ma udawać propozycję pracy w jego firmie. Edie, która zdecydowała się nie iść na studia, niekoniecznie też chce pracować dla ojca. Jednak końcem końców zgadza się na tę robotę, gdyż zwyczajnie nie ma innej opcji.
Tam spotyka Trenta Rexrotha, który okazuje się być starszy od niej o całe piętnaście lat.
Mężczyzna, choć zwraca uwagę na małolatę i córkę swojego wspólnika, bardziej zajmuje się swoją kilkuletnią córką Luną, której matka odeszła od nich. Trent chce odnaleźć Vanessę i przedstawić jej Lunę, która przez incydent z innymi dziećmi przestała się odzywać.
Między Trentem, a Edie ciągle dochodzi do sprzeczek, a oboje mają nieuległe charaktery.
Wszystko się jednak zmienia, kiedy okazuje się, że Luna, mówi do Edie i pragnie jej uwagi.
Trent postanawia rzucić wszystko i spełnić każde marzenie swojej córki.








Czytałam „Skandal” w oryginale dwa razy i muszę przyznać, że moje zdanie na temat tej książki się nie zmieniło. Jest to najsłabsza część „Świętych Grzeszników”. L.J. Shen wraz z historią Barona Spencera, zaczęła całą serię z przytupem, którą delikatnie uspokoiła podczas „Chaosu”. „Skandal” jest dla mnie typowym wypełniaczem, który w zasadzie jest też dość słaby. Cała ta historia jest podobna do poprzedniczek, ale generalnie każda pozycja z „Sinners of Saint” jest na tym samym schemacie. Tutaj jednak zagrało mi to wszystko najmniej.
Kiedy w „Intrydze” i „Chaosie” mamy naprawdę ogromną różnicę, między bohaterami. Kiedy chłopaki tam, naprawdę wywyższają się nad dziewczynami, zanim zrozumieją, że je kochają, wiele razy ma się ochotę rzucić książką przez pokój, albo wyrzucić ją przez ścianę. To właśnie, dlatego „Brutal” ma tak mało zwolenniczek. Bo jest prawdziwym, rasowym chamem. Między Edie, a Trentem nie czuć tej dominacji i walki, którą wyczuwa się w poprzednich tomach. Akcja skupia się głównie na Lunie i jej powrocie do rzeczywistości i normalnego życia, a mało jest prawdziwego przerzucania się mięsem między córką Jordana, a Rexrothem.
Trent stracił na wartości i jest dla mnie najłagodniejszym „Grzesznikiem”.








Za każdym czytaniem, cieszył mnie jednak fakt , że autorka nie zapomniała o Deanie, Baronie i Jamiem i umieściła ich mimochodem w tej pozycji. Co więcej, w „Skandalu” pojawia się Bane, którego mam nadzieję w Polsce też będziemy mogli postawić na półce. Jest to najnowsza i prawdopodobnie ostatnia część „Sinners of Saint”. Dlaczego?
Bo L.J. Shen chce nas wciągnąć w świat niegrzecznych, bogatych i młodych gniewnych dzieciaków HotHolesów. A Vaughn Spencer i Knight Cole są na moim celowniku od baaaardzo dawna, (ale spokojnie, Knighta pewnie Wam zostawię).
„Skandal” to pozycja, którą warto przeczytać, jeżeli czytało się dwie poprzednie książki i planuje się przeczytać „Bane'a”. Jednak, jako książka do czytania „od czapy”, bez znajomości poprzednich tomów nie jest warta sięgnięcia. Ani nie będziecie wiedzieć, o co w niej chodzi, ani nie sprawi Wam większej przyjemności. Jak chcecie czytać „Świętych Grzeszników” wyrywkowo to „Intryga”, „Chaos”, a po angielsku „ Defy” i „Bane” są zdecydowanie lepszymi wyborami.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:44:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Święci Grzesznicy (tom 2)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/dean-ruckuscole-chaos-lj-shen.html

„Sinners of Saint”, czyli po naszemu „Święci Grzesznicy” są moimi gośćmi na czytniku od bardzo dawna. Wiecie, że pałam miłością do Brutala, z „Intrygi”, ale resztę z pozostałej czwórki HotHoles uwielbiam. W sumie Bane'a, który do nich nie należy też. Cóż mogę poradzić, skoro L.J. Shen pisze książki, dla...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/dean-ruckuscole-chaos-lj-shen.html

„Sinners of Saint”, czyli po naszemu „Święci Grzesznicy” są moimi gośćmi na czytniku od bardzo dawna. Wiecie, że pałam miłością do Brutala, z „Intrygi”, ale resztę z pozostałej czwórki HotHoles uwielbiam. W sumie Bane'a, który do nich nie należy też. Cóż mogę poradzić, skoro L.J. Shen pisze książki, dla których jestem w stanie rzucić wszystko, co robię?

No właśnie... nic.



Dean Cole jest jednym z należących do najprzystojniejszych i najbogatszych dzieciaków w Todos Santos. Razem z kumplami tworzy grupę HotHoles, a ich głównym zajęciem jest wylegiwanie się w łóżkach z milionami kobiet naraz, jaraniem trawki i piciem na umór. Cole, kiedyś chodził z Emily, którą znamy z „Intrygi”, jednak pewnego dnia, drzwi otworzyła mu jej młodsza siostra Rosie.

A strzała amora uderzyła w punkt.

Z chłopca stał się mężczyzną, prowadzącym wraz z przyjaciółmi jedną z najdroższych firm w kraju, ale upodobań odnośnie seksu, alkoholu i narkotyków nie zmienił.

Odpuścił sobie Rosie i zajął się swoim życiem, do czasu, aż szykujący się do ślubu Brutal poprosił go, aby przyleciał razem z Rosie na ich przedślubną kolację.

Dean widząc Rosie zaczął się z nią użerać i lekko szantażować, ale dziewczyna była zabójczo nieugięta.

Nie tylko w kwestii wyjazdu, ale też przespania się z „męską dziwką”.

„Szatan” (bo taką ma ksywę) obiecał jej, że będzie jego.

Czy dotrzymał obietnicy?



Jeżeli miałabym porównywać Barona i Deana, to stwierdzam, że Dean jest tym spokojnym (do czasu), który próbuje powstrzymać swoje emocje, aby nie ponosić za nie konsekwencji. Baron jest narwany i szalony, a do tego brutalny. L.J. Shen zaczęła swoją serię z przytupem, ale przy drugiej książce wyciszyła lekko historię. Oczywiście nie mam jej tego za złe! Wręcz przeciwnie, każdy z tych chłopaków musi być inny, bo byłoby nudno.

Dean Cole jest typowym luzakiem, który kiedy coś musi być zrobione, to ma to ogarnięte jako pierwszy. Co więcej, za jego zachowaniem kryje się całe mnóstwo syfu, które nie powinno być wyciągane na światło dzienne. Co udaje mu się przez 28 lat. Do czasu...



„Dean Cole nie był człowiekiem, za którego uważali go inni. Był najgorszym diabłem. Takim, który chował się za uprzejmym uśmiechem, gustownymi ubraniami i dobrymi manierami”



Rosie jest bardzo podobna do Emily, ale jednocześnie różna. Kiedy Emily była delikatną duszą, która zawsze grzecznie i posłusznie wykonywała wszystkie zadania, Rosie potrafi zbuntować się i postawić na swoim. Do tego pragnie być niezależna i mimo sprzeciwu rodziców, udaje jej się mieszkać w NY i pracować w kawiarni. Nie zmienia to faktu, że i tak wolę Emily.



Historia Deana i Rosie jest pełna prawdy, cierpienia i bólu. Mimo że powinno ich to zniszczyć, oni wychodzą z tego silniejsi i pewniejsi siebie. „Chaos” jest zwolnieniem akcji w serii i rozluźnieniem, w stosunku do „Intrygi”, ale jest tak samo dobry, jak pierwszy tom serii.



Jeżeli Brutal okazał się dla Was, za mocny i drapieżny, to przy Deanie poczujecie się jak z księciem z bajki (książki). No, ale zostają nam jeszcze Trent i Bane, także będzie w czym wybierać, do samego końca.



„Nigdy nie przestałam kochać Deana Cole'a. Ani na sekundę. Po prostu kiedyś sobie wmawiałam, że przestało mi na nim zależeć.



Aż do teraz”




Swoją drogą, po raz kolejny żałuję, że wydawnictwo nie chce wydać „Defy”, które opowiada historię Melody i Jamiego. Postaci te pojawiają się tutaj na porządku dziennym i podejrzewam, że jak ktoś nie czytał właśnie tej nowelki, to nie do końca może ogarniać, o co chodzi. Teraz już raczej nie dostaniemy „Defy”, ale ciągle liczę na mały cud i może jednak?

Warto by było.



„Typowy członek HotHoles.



Uprzywilejowany, nietrzymający się zasad egoista z Todos Santos, który uważał, że zasługuje na wszystko i nic nie musi”




„Chaos” to kolejna udana książka L.J.Shen. Nie mogę też niczego zarzucić tłumaczowi, gdyż książka oddaje każdą emocję, jaką chciała przekazać autorka. Zdecydowanie warto tę pozycję przeczytać, nawet jeżeli „Intryga” odrzuciła. Jest to oddzielna historia o dwóch duszach, a to że pojawiają się tam postaci ze wcześniejszych i późniejszego tomu, nie jest żadną przeszkodą.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:44:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dirty Games Duet (tom 1)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/dirty-sexy-player-laurelin-paige.html

Już od dawna mam tę pozycję na czytniku, ale nie mogłam się za nią zabrać. W końcu nie mając kompletnie nic na oku do czytania, przeprosiłam się z czytnikiem i zasiadłam do historii, nazwijmy to pobocznej od „Dirty Filthy Rich Men”, która opowiada o samym Westonie Kingu.



Zanim zacznę... przyznam...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/dirty-sexy-player-laurelin-paige.html

Już od dawna mam tę pozycję na czytniku, ale nie mogłam się za nią zabrać. W końcu nie mając kompletnie nic na oku do czytania, przeprosiłam się z czytnikiem i zasiadłam do historii, nazwijmy to pobocznej od „Dirty Filthy Rich Men”, która opowiada o samym Westonie Kingu.



Zanim zacznę... przyznam szczerze, że nie wiem, jak mam Wam to opisać. Zapewne wielu z Was nie czytało tej serii, bo nie ma jej jeszcze w Polsce, a nie chce zepsuć Wam radości z czytania. Może zróbmy tak, podlinkuje Wam poprzednie części:

„Dirty Filthy Rich Boys”

„Dirty Filthy Rich Men”

„Dirty Filthy Love”

Jak przeczytacie, to wróćcie tutaj.

Będziecie bardziej w temacie.



Weston King jest jednym z założycieli Reach.inc razem z Donovanem Kincaidem, który wiedząc, że w firmie Dyson Media władza została przekazana do rąk córki, zmarłego prezesa, która, aby móc sprawować rządy w fimie musi... wyjść za mąż.

Donovan wpada na przebiegły plan i proponuje jej małżeństwo. Oczywiście nie ze sobą samym, bo jak twierdzi „nikt w to nie uwierzy”, ale ze swoim wspólnikiem Westonem.

Spotykają się w gabinecie w firmie i Nate razem z Donovanem stawiają młodego Kinga przed faktem dokonanym rzucając mu pierścionek na stół i dyktując wytyczne.

King z początku nie chce się zgodzić na ten chory układ, ale kiedy poznaje Elizabeth, jego zdanie zaczyna się zmieniać. Ponadto Donovan też ma na niego haka, którego lekkim szantażem wykorzystuje i końcem końców związek Westona i Elizabeth zaczyna istnieć, a młodzi przygotowują się do ślubu.

Fałszywego ślubu.

W pewnym momencie gubią się w kłamstwach i prawdzie, a na Westona spada wiadomość, której nawet nie mógł przewidzieć wcześniej.



Już na facebooku napisałam Wam, jaka byłam zła.

Myślałam, że „Dirty Sexy Player” to książka jednotomowa, a czytając zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno. Moje wątpliwości zostały rozwiane samą końcówką, przez którą byłam wściekła, a dzień później zobaczyłam okładkę drugiego tomu tej historii. Także macie wiedzę na przyszłość – „Dirty Sexy Player” ma kontynuację.

Ja tej wiedzy nie miałam, a szkoda.







Laurelin Paige nie wychodzi z formy. Nie od dziś uważam, że seria „Dirty” (to nie jest cała nazwa, ale główny jej człon, więc tak będę wołać) jest lepsza, niż „Uwikłani”, którzy przecież też są świetni.



W tej pozycji mamy dominacje Westona, który nie jest moją ulubioną postacią. Ale mój głód Donovana także został nasycony i po raz kolejny zakochałam się w nim bardziej, niż dotychczas.

Dodatkowo autorka ponownie połączyła całość swoich książek, gdyż bohaterowie spotykają się w sławnym już The Sky Launch, gdzie mamy okazję spotkać Gwen. Jest także wzmianka o Alaynie, która siedzi w domu (nie napiszę dlaczego), co od razu zwróciło moją uwagę, że ta historia dzieje się po „Fixed Forever”, ale gdzieś pomiędzy „Dirty Filthy Men”, a „Dirty Filthy Love”. W każdym razie za umiejscowienie i ogarnięcie tych wszystkich niuansów, które wprawne oko fana zauważy, Laurelin Paige zasługuje na złoty medal.







„Dirty Sexy Player” to historia, w której główni bohaterowie pokazują rogi i robią sobie na złość, mimo że nie powinni – ku dobra misji. Ciekawą rolę odgrywa tu Sabrina, znana z „Dirty Duet”, a zakończenie jest okrutne, kiedy nie ma się kolejnej części.

Mam nadzieję, że autorka zrobiła mi taką niespodziankę ostatni raz, bo nie wytrzymam.



Kończąc, fanom oczywiście polecam. Ci, którzy nie mogą się przekonać do „Uwikłanych” niech czekając na cud i polskie wydanie, bo cała seria „Dirty” warta jest przeczytania.

A jak pokochacie Donovana, to możecie od razu go odkochać, bo jest zajęty na amen przeze mnie.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:43:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Mercy [J.B. Salsbury] (tom 1)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/ghostgirl-jb-salsbury.html

Amo Jones i Tillie Cole w jednym?



Mając tylko czytnik do dyspozycji, każdego dnia wyciągam z jego odmętów kolejną książkę do przeczytania. Tym razem, padło na „Ghostgirl”, której okładka mnie wręcz hipnotyzuje. Nie znałam autorki, bo ani nie czytałam żadnej jej wcześniejszej książki, ani nawet nie przeplotła...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/ghostgirl-jb-salsbury.html

Amo Jones i Tillie Cole w jednym?



Mając tylko czytnik do dyspozycji, każdego dnia wyciągam z jego odmętów kolejną książkę do przeczytania. Tym razem, padło na „Ghostgirl”, której okładka mnie wręcz hipnotyzuje. Nie znałam autorki, bo ani nie czytałam żadnej jej wcześniejszej książki, ani nawet nie przeplotła mi się na goodreads. Zatem kiedy zaczęłam czytać historię Mercy, byłam szczerze zaskoczona. Nie tylko książką, ale też warsztatem pisarskim JB Salsbury.



Emilio Vega jest zwykłym dwudziestoparolatkiem, który przeżył w swoim krótkim życiu więcej, niż niejeden dorosły. Jest on, bowiem synem El Jefe, gangu o nazwie Latino Saints. Milo, bo tak na niego wołają ma dwóch młodszych braci, a sam ma objąć przywództwo nad gangiem, kiedy jego ojciec tak zadecyduje. Problem w tym, że ten siedzi w więzieniu, a Milo wychowuje swoich braci. Całą trójką są w rodzinie zastępczej, a Milo dodatkowo pracuje w szkole, w której się uczy jako dozorca. Dziewczyny pragną go mieć tylko dla siebie, a on nie przywiązuje do nich żadnej wagi.

Pewnego dnia, przybrani rodzice proszą ich o decyzję, o przyjęcie nowego członka rodziny. Chłopcy zgadzają się bez problemu, ale kiedy pierwszy raz widzą nową osobę w domu, są w szoku.

Mercy jest dziewczyną.

Do tego albinoską.

Od czubka głowy po palce u stóp jest niemalże biała.

Jedynie jej oczy są krystalicznie niebieskie.

Milo nie potrafi się przyzwyczaić do dziewczyny, a widząc jej dziwne zachowanie i rytuały, zaczyna się zastanawiać, czy Mercy nie była w sekcie.

Kiedy pomaga dziewczynie wydostać się z jej skorupy, zaczyna dowiadywać się rzeczy, które skutecznie spędzają mu sen z powiek.

Co więcej, zaczyna do niej czuć coś więcej, niż przyjaźń.

A niebezpieczeństwo jest tuż za rogiem.

Czy Vega wstąpi do piekła, aby uratować anioła?



Wiecie co?

Wzięłam tę książkę, bo jak pisałam na początku okładka z tą dziewczyną w kapturze mnie hipnotyzowała.

Nie sprawdzałam opinii, bo nie mam takiego internetu, a kiedy kupowałam tę pozycję, było albo ledwo po premierze, albo przed premierą (okładki działają, niczym płachta na byka).



„Ghostgirl” jest FENOMENALNĄ pozycją!

Dam się pokroić, za to żeby mieć to w kraju (żartuję), ale tak na poważnie, bardzo bym chciała, żeby jakieś wydawnictwo przyuważyło tę książkę.

Cała historia jest napisana z pomysłem i ogromem tajemniczości.

Autorka dawkuje nam przeszłość Mercy do tego stopnia, że czytałam każdy rozdział coraz szybciej, żeby tylko móc dowiedzieć się prawdy o tej niewinnej dziewczynie.

Momentami miałam wrażenie, że czytam coś podobnego do „Katów Hadesa” Tillie Cole, tylko bez klubu motocyklowego, ale chwilę później stwierdzałam, że jednak bliżej jest JB Salsbury do Amo Jones i jej pełnych sekretów książek.

„Ghostgirl” w jakiś sposób pierze mózg. Nie do końca, jeszcze wiem w jaki, ale wiem że to robi.

Nie mogłam się oderwać od lektury, a kiedy odrywałam się od niej, bo musiałam to chodziłam taka półprzytomna przez jakiś czas. Zamyślona i nieogarnięta. Pewnie przez to, że zastanawiałam się o co chodzi z Mercy. Jej zachowaniem i przeszłością.

Autorka dawkuje nam rozdziały, w których narratorką jest dziewczyna, co pobudza ciekawość.

Przez całą książkę mamy głównie perspektywę Emilio, co wyszło znakomicie.

Chylę czoła autorce, za tak poprowadzoną narrację, a przede wszystkim za pomysł na całą fabułę.

Tak, jak pisałam Wam na facebooku, kiedy zaczynałam tę pozycję, myślałam, że jest ona jednotomową historią. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na samym końcu był dopisek, że powstaje druga część o tytule „Saint”.



„Ghostgirl” jednocześnie kończy się cliffhangerem i nie. Mamy rozwiązanie jednego głównego wątku, które jest bardzo satysfakcjonujące, ale problem w tym, że tutaj są jakby DWA wątki główne. I ten drugi właśnie jest nakierowany na kolejną część.

Szczerze mówiąc, nie narzekam, że autorka w ten sposób to rozwiązała. Gdyby zamknęła tę historię w jednym tomie to byłoby za dużo „naciapane” i natłokiem informacji, można byłoby się nieźle zmęczyć. Cała pozycja, już od samego początku pokazuje dobry warsztat autorki.

Ci, którzy czytają książki w oryginale wiedzą, co oznaczy „dobra lektura po angielsku”.

Czasami język użyty w książce jest zwyczajnie niewygodny do czytania. Tutaj jest przyjemny język i świetny sposób pisania.



Mercy jest tajemniczą postacią, w dodatku bardzo nieśmiałą i cichą. Polubiłam ją od samego początku. Dosłownie oczarowała mnie. Emilio zaś to idealny kandydat na przyjaciela. Facet „do rany przyłóż”, który kiedy trzeba to obroni przed całym światem. Pomijam fakt, że ma zajebiste imię.

„Ghostgirl” jest jedną z książek, do których wrócę i którą będę polecać każdemu, kto szuka ciekawej fabuły, z delikatnym wątkiem miłosnym, a także całego mnóstwa sekretów.
Chciałabym mieć tę pozycję na półce po polsku. Z niecierpliwością czekam na drugi tom. Mam nadzieję, że będzie tak samo dobry, jak pierwszy. Wam zaś polecam sięgnięcie po tę książkę.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:42:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/flip-trick-amo-jones.html

Maddox „Destroyer” Stone.



Jest zaklepany, przeze mnie (nie żartuję).



Na „Flip Truck'a” czekałam od kiedy Amo zapowiedziała tę pozycję. Kiedy zobaczyłam okładkę, moja niecierpliwość urosła do gigantycznych rozmiarów. Po czym, jak wiecie okazało się, że płynę w rejs, a na czytnik zawitał „Flip Truck”. Dlatego,...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/flip-trick-amo-jones.html

Maddox „Destroyer” Stone.



Jest zaklepany, przeze mnie (nie żartuję).



Na „Flip Truck'a” czekałam od kiedy Amo zapowiedziała tę pozycję. Kiedy zobaczyłam okładkę, moja niecierpliwość urosła do gigantycznych rozmiarów. Po czym, jak wiecie okazało się, że płynę w rejs, a na czytnik zawitał „Flip Truck”. Dlatego, z góry przepraszam, za tak późną recenzję tej pozycji, bo wiem, jak wielu z Was na nią czekało.



Amethyst jes nietypową dziewczyną. Lubi jeździć na deskorolce i od dłuższego czasu farbuje swoje blond włosy na różowo. Jej matka wiązała z córką karierę modelki, ale końcem końców Ame poszła na studia filmowe. Choć nie do końca o tym marzyła.

Pewnego wieczora, jej przyjaciółka Leila namówiła ją na imprezę i leczenie złamanego serca po poprzedniej miłości, kolejną imprezą. Co więcej, powiedziała, aby Ame odważyła się na jedno nocną przygodę z tajemniczym osobnikiem z klubu, który wpadnie jej w oko. Amethyst z początku nie była przekonana, co do tego pomysłu, ale chcąc się wyluzować stwierdziła, że może spróbuje. Jak ktoś wpadnie jej w oko.

Poczuła jego wzrok na sobie, jak tylko pierwszy raz na nią spojrzał.

Kiedy zaczął się do niej zbliżać jej ciało zareagowało, jakby byli dla siebie stworzeni.

Maddox „Destroyer” Stone.

Szatan w ubraniu anioła.

Przygoda na jedną noc, okazała się być przygodą pełną cierpienia i smutku na całe życie.







Teraz się pewnie zastanawiacie, dlaczego napisałam Wam tak mało z fabuły tej książki.

Dlatego, że „Flip Truck” trzeba przeżyć samemu.

Dać się porwać emocjom, jakie panują w tej książce, przeżywać wydarzenia z bohaterami i czuć tę historię, niczym własną.

Tą niepozorną pozycją Amo Jones dosłownie zmiażdżyła system i do tej pory nie jestem w stanie się po niej pozbierać.







Maddox Stone skradł moje serce swoim pierwszym pojawieniem się w książce. Ten bohater będzie chłopakiem, w którym kochałyście się, kiedy byłyście w szkole/na studiach. Takie zbója z dobrym serduszkiem to jeszcze w żadnej wcześniejszej książce nie spotkałam. I dobrze!

Destroyer zawładnął moim sercem i ani trochę nie żałuję.



Ale nie tylko o nim jest „Flip Truck”. Amethyst należy do grona nielicznych bohaterek, które są typowymi chłopczycami, aczkolwiek mają w sobie nutkę kobiecości. Amo Jones stworzyła postać, która jest bardzo podobna do większości dziewczyn, jakie chodzą po tej ziemi. No bo przyznajcie się, która z Was ciągle interesowała się typowo „kobiecymi rzeczami”?

Pewnie żadna.



Ich miłość jest jak chodzenie po rozżarzonych węglach. Boli, jak cholera, ale raniąc, jednocześnie leczy.

I wiem, że te porównania, czasami nie mają kompletnie sensu, ale uwierzcie mi, jak przeczytacie tę książkę to sami nie będziecie wiedzieć, co macie w głowie.

Bo ja też nie wiem. Mimo że minęło już kilka dni, jak skończyłam tę książkę.



Czy „Flip Truck” jest lepszy od „Srebrnego Łabędzia”?

Po pierwsze nie porównywałabym tych dwóch książek ze sobą, bo są w całkiem innych klimatach.

Po drugie, jeżeli musiałabym je porównać to powiem, że są na tym samym poziomie, jeżeli chodzi o styl autorki. Jeżeli chodzi o fabułę... nie ma porównania.”Flip Truck” jest całkiem inny, niż „Silver Swan”.



Kończąc, bo nie chce napisać za dużo, z ręką na sercu mogę polecić Wam najnowszą książkę Amo Jones. Jeżeli polubiliście „Srebrnego Łabędzia” mimo okropnie irytującej głównej bohaterki, to tutaj będziecie wielbić Ame, a Maddoxa kochać. Pamiętajcie jednak, że byłam pierwsza i możecie ustawić się w kolejce po mnie do niego.

„Flip Truck” to pozycja, która zrobi Wam papkę z mózgu. Będziecie mieli ochotę rzucać czytnikiem po ścianach (ja chciałam wyrzucić go za burtę), ale jednocześnie będziecie chcieli wiedzieć, co dzieje się dalej. Cóż, niezdecydowanie to podobno domena kobiet.

Książki są tego potwierdzeniem.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:41:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Manwhore (tom 5)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/playboy-katy-evans.html

Nie od dzisiaj jestem fanką Katy Evans, a Wy wiecie to doskonale. „Playboy” ostatnim rzutem na taśmę dostał się na mój czytnik i nie mając nic cięższego do roboty, zaczęłam go czytać.

W sumie zupełnie przypadkiem, bo chciałam go sobie zostawić na później.

Wyszło, jak zwykle.







Wszystkie przyjaciółki Wynn...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/07/playboy-katy-evans.html

Nie od dzisiaj jestem fanką Katy Evans, a Wy wiecie to doskonale. „Playboy” ostatnim rzutem na taśmę dostał się na mój czytnik i nie mając nic cięższego do roboty, zaczęłam go czytać.

W sumie zupełnie przypadkiem, bo chciałam go sobie zostawić na później.

Wyszło, jak zwykle.







Wszystkie przyjaciółki Wynn są już, albo mężatkami, albo szykują się do zamążpójścia. Ona sama, mając swoją galerię właśnie rozstała się ze swoim długoletnim chłopakiem i rozpoczęła randkowanie z przypadkowymi mężczyznami, aby po prostu się czymś zająć i być może, z małą nadzieją na poznanie kogoś ciekawego. Emmett był jednym z tych mężczyzn. Za miejsce randki obrali kasyno, gdyż jej partner chciał pokazać Wynn swoje doświadczenie w wygrywaniu. Problem w tym, że przegrywał każdą możliwą rundę, a kiedy nie miał już co postawić, pewien przystojny jegomość z iście pokerową twarzą zaproponował mu postawienie swojej randki, czyli Wynn.

Emmett za pozwoleniem, zgodził się na ten układ i tym sposobem nieudany wieczór Wynn, przerodził się w interesującą przygodę, gdyż w taki oto sposób poznała Cullena Carmichaela.

Słynnego „Playboya”, znanego w kasynach, a przy okazji starszego brata Callana.

Cullen zaproponował jej wyjazd do Vegas, aby poznać się bliżej, a Wynn, nie chcąc ryzykować szansy, po namyśle zgodziła się na tę wycieczkę.

Tak oto zaczęła się ich historia.

Dopóki nie okazało się, że była ona tylko grą.



Jeżeli podobał Wam się Callan z „Womanizera” to już na starcie, mogę Wam zapowiedzieć, że rzucicie go w kąt dla jego starszego brata Cullena.



Katy Evans zrobiła naprawdę dobrego męskiego bohatera, który nie boi się przebierać w słowach, aby osiągnąć swój cel. W dodatku, już od samego początku było czuć, jakąś dziwną tajemnicę w Cullenie, która rozwiązała się w dalszej części książki. Polubiłam starszego Carmichaela, ale nie do tego stopnia, żeby skradł moje serce. Jest... okej. Lepszy od Callana i Tahoe, ale nie sięga do pięt Malcolmowi Saintowi.

Wynn znaliśmy już z poprzednich książek i tutaj w sumie nie poznaliśmy jej bardziej, niż w tamtych częściach.







Autorka za to nie zapomniała o starych bohaterach. Callan z Livvy biorą ślub, a Malcolm z Rachel pojawiają się nie raz w tej pozycji. W dodatku bardzo dużą rolę w historii Wynn odgrywają właśnie przyjaciółki, także duży plus za pamięć do dawnych bohaterów. Wielu autorów pisząc kolejne części, zapomina o tych, na których zaczęli całą historię. Tutaj też się tego obawiałam, jak widać niepotrzebnie. Byłam miło zaskoczona.



Przez całą lekturę miałam dziwnego „banana” na twarzy, ale jak tak teraz sobie myślę, czy ta książka była potrzebna to mam coraz mocniejsze wrażenie, że nie.

Może nie nazwałabym „Playboya” odgrzewanym kotletem, bo nim nie jest, ale książką potrzebną do życia też nie. Jest to pozycja do przeczytania, dla fanów autorki i serii, którzy są ciekawi, jak toczą się losy bohaterów pobocznych do „Manwhore”.

Jako fanka, przeczytałam, ale raczej do niej nie wrócę. Historia pierwotna, czyli wspomniany wyżej „Manwhore” jest zdecydowanie lepszy.







Bardzo wielki plus dla Katy za ograniczenie seksu w tej pozycji. Zbliżeń jest mało, a jak są, to krótkie i treściwe. Nie ma ich dużo, przez co nie przewracałam oczami widząc, wzdychanie Wynn, kiedy ta widziała penisa Cullena.

Dodatkowym plusem jest historia, nazwijmy to poboczna, która zainteresowała mnie bardziej, niż główny wątek. Została ona rozwinięta, choć czuję lekki niedosyt, ale mimo wszystko, autorka miała bardzo dobry pomysł na tę ścieżkę w książce, którą w jakiś sposób wykorzystała, chociaż nie do końca tak, jak oczekiwałam. No, ale to już moje osobiste marudzenie i Wy możecie uznać, że wszystko wyszło ciekawie.



Kończąc „Playboy” to pozycja, która można przeczytać, jeżeli lubi się książki Katy Evans, a także jeżeli chce się dowiedzieć, jak potoczyło się życie bohaterów drugoplanowych. Nie jest to jednak mus czytelniczy. Zatem jeżeli jesteście fanami autorki i zwyczajnie lubicie jej pióro, to polecam. Jeżeli jednak „Ladies Man” i „Womanizer” był dla Was nudnawy to wydaje mi się, że „Playboya” możecie sobie odpuścić.

pokaż więcej

 
2018-10-12 03:40:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/08/dran-z-manhattanu-vi-keeland-penelope.html

Vi Keeland i Penelope Ward już nie raz pokazały, że razem potrafią napisać świetną książkę, w której podczas lektury zacznie nas boleć brzuch od śmiechu. „Drań z Manhattanu”, który został wydany w Polsce, za pośrednictwem wydawnictwa EditioRed, rozpoczyna napisaną wspólnie z Ward serię książek...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/08/dran-z-manhattanu-vi-keeland-penelope.html

Vi Keeland i Penelope Ward już nie raz pokazały, że razem potrafią napisać świetną książkę, w której podczas lektury zacznie nas boleć brzuch od śmiechu. „Drań z Manhattanu”, który został wydany w Polsce, za pośrednictwem wydawnictwa EditioRed, rozpoczyna napisaną wspólnie z Ward serię książek jednotomowych, ale w podobnych klimatach.



Soraya jest nietypową dziewczyną. Każdego dnia wedle swojego nastroju farbuje końcówki swoich czarnych włosów i tylko osoby bliżej z nią zaprzyjaźnione wiedzą, co też dany kolor oznacza. Dziewczyna pracuje w małej redakcji, gdzie jedyną rzeczą jaką się zajmuje jest odpowiadanie na listy i mejle czytelników, do kolumny „Zapytaj Idę”. Praca nie jest fascynująca, a Soraya kompletnie się do niej nie nadaje, ze swoją bezpośredniością, jednak aby utrzymać się i żyć z dachem nad głową codziennie rano wykonuje przejazd metrem do miejsca zatrudnienia.

Pewnego dnia, po długim szukaniu wolnego miejsca, dziewczyna wpada do przedziału z nadętym bufonem, który od samego rana gani swojego pracownika przez telefon. Mimo że mężczyzna wygląda apetycznie, kiedy otwiera usta wychodzi z niego rasowy gnojek. Soraya stara się nie zwracać na tego typka uwagi, ale kiedy metro zatrzymuje się na jego stacji ten wysiada i gubi telefon.

Pod nogami dziewczyny z kolorowymi włosami.

Soraya ma dylemat. Oddać telefon, czy nie, a w międzyczasie przeglądając go zaczyna dowiadywać się o niejakim Grahamie Morganie wielu ciekawych rzeczy.



„Drań z Manhattanu” wciągnął mnie od samego początku. Niebanalna główna bohaterka, oczarowała mnie swoim charakterem i zachowaniem, a główny bohater, choć cham jakich mało okazał się mieć dobre serce. Wkręciłam się w tę książkę i nie mogłam się oderwać, aż... żarło i zdechło.

A wiecie dlaczego zdechło?

Bo autorki na siłę starały się wydłużyć książkę.

„Drań z Manhattanu” powinien mieć maksymalnie 250-270 stron. Ma za to całe 320, z czego ostatnie 50 to męczarnia podczas lektury. Autorki wymyśliły sobie powód w całej fabule, który miał mieć rozwiązanie dopiero przy końcówce książki i twardo drążyły go do znudzenia. Choć sama książka do 3/4 swojej objętości była naprawdę świetna i ciekawa, a przy okazji wywoływała salwy śmiechu, tak końcówka męczyła totalnie mój mózg i spowodowała ziewanie.



Na to ziewanie, najlepsza była oryginalna okładka z Dusanem Sunsjarem, który jest jednym z moich ulubionych modeli (idźcie zobaczyć jego konto na instagramie!). Chociaż pod koniec, nawet okładka przestała pomagać.



Biegnę sprostować. „Drań z Manhattanu” nie jest złą książką. Można się przy nim uśmiać do bólu brzucha i naprawdę świetnie bawić. Autorki mimo prostej fabuły, stworzyły fantastycznych bohaterów, które ten fabularny schemat rozjaśniają. Szczególnie Soraya, będąca typową „kobietą z jajami” jest jedną z lepszych bohaterek, jakie miałam okazję spotkać w książkach.

Poza tym usilnym wydłużeniem całej historii nie można się do niczego przyczepić w tej pozycji.



Zatem jeżeli przełkniecie, podobnie jak i ja to zrobiłam końcówkę, która napisana została powiedzmy „lekko na siłę”, to całą książkę zaliczycie do bardzo udanych i pełnych humoru. Autorki nie straciły rezonu z dawkowaniem śmiechu w odpowiednich momentach, co później w sumie potwierdziły w „Simon, I want You”. Mam też nadzieję, że i ten tytuł pokaże się u nas w Polsce, z tą cudną okładką. To tak na marginesie.

„Drań z Manhattanu” to pozycja warta przeczytania. Idealnie was odstresuje po męczącym dniu i sprawi, że mięśnie brzucha też trochę popracują. Polecam!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
637 267 1567
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (18)

Ulubieni autorzy (15)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd