Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Amelie 
status: Czytelnik, dodał: 2 cytaty, ostatnio widziany 37 minut temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-02-22 21:16:18
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-02-20 09:43:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Jak na debiut nieźle, ale z twórczości tego autora i tak zdecydowanie wolę "Zazdrość i medycynę", którą napisał w zaledwie rok po "Białych braciach". Byłam zaskoczona, kiedy sprawdziłam, że powstała w tak krótkim odstępie czasu. Ze względu na walory artystyczne tej drugiej (chronologicznie) powieści wydawało mi się, że talent pisarza potrzebował nieco więcej czasu, aby wyewoluować do takiego... Jak na debiut nieźle, ale z twórczości tego autora i tak zdecydowanie wolę "Zazdrość i medycynę", którą napisał w zaledwie rok po "Białych braciach". Byłam zaskoczona, kiedy sprawdziłam, że powstała w tak krótkim odstępie czasu. Ze względu na walory artystyczne tej drugiej (chronologicznie) powieści wydawało mi się, że talent pisarza potrzebował nieco więcej czasu, aby wyewoluować do takiego poziomu, ale nie. Według mnie jego kunszt literacki eksplodował właśnie w "Zazdrości i medycynie", no ale być może to tylko moje subiektywne odczucie...

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że Choromański był meteopatą, bo w jego książkach wszelkie zjawiska atmosferyczne momentalnie przekładają się na zachowania i stany psychiczne bohaterów, którzy są niczym chodzące stacje pogodowe. W "Białych braciach" pretekstem do analizy psychologicznej i opisu zachowań ludzi w sytacji ekstremalnej stała się zamieć i siarczysty mróz. Choromański w niezwykle plastyczny i sugestywny sposób przedstawił tutaj walkę człowieka z siłami natury, gdzie stawką było nie tylko przeżycie za wszelką cenę, ale również coś więcej...*

Ostatnio synoptycy straszą nas potężnymi mrozami, więc lektura "Białych braci" świetnie wpisze się w klimat nadchodzących dni. Myślę, że skłoni również do refleksji, czy mimo tych wszystkich cywilizacyjnych zdobyczy, które odróżniają nas od opisywanych tutaj ludzi i wcale nie tak odległych czasów, natura ludzka choć trochę się zmieniła?

* Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-02-16 20:51:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Ze wzruszenia popłakałam się... ze śmiechu. I natychmiast zaznaczam, że nie dostrzegłam niczego zabawnego w opisywanych zdarzeniach, ale do łez doprowadziły mnie tłumaczenia i przytaczane powody napisania omawianej książki. Autor występuje tutaj w roli skruszonego grzesznika, posypującego sobie głowę popiołem i kajającego się za wykonywaną w latach 70-tych pracę EBR-owca, czyli ekonomisty od... Ze wzruszenia popłakałam się... ze śmiechu. I natychmiast zaznaczam, że nie dostrzegłam niczego zabawnego w opisywanych zdarzeniach, ale do łez doprowadziły mnie tłumaczenia i przytaczane powody napisania omawianej książki. Autor występuje tutaj w roli skruszonego grzesznika, posypującego sobie głowę popiołem i kajającego się za wykonywaną w latach 70-tych pracę EBR-owca, czyli ekonomisty od brudnej roboty. Biorąc pod uwagę fakt, że książkę wydał w 2004 r., to trochę późno ruszyły go wyrzuty sumienia, no ale cóż, lepiej późno niż później albo wcale...

W skrócie można powiedzieć, że praca Perkinsa jako EBR-owca polegała na przekonywaniu krajów trzeciego świata do zaciągania olbrzymich kredytów przeznaczonych na budowę infrastruktury, których wielkość przekraczała ich rzeczywiste potrzeby oraz dopilnowywanie, aby wszelkie kontrakty budowlane przypadały amerykańskim korporacjom. Ukrytą intencją takiego postępowania zawsze było wpędzanie krajów-kredytobiorców w spiralę zadłużenia tak, aby rząd USA wspierany przez międzynarodowe agencje pomocowe (jak: Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy) mógł kontrolować ich gospodarki, a także by zasoby naturalne (głównie ropa naftowa) tych krajów można było wykorzystać do wzbogacania i budowy globalnego imperium.

Opisane są tutaj takie wydarzenia jak: kontrakt z Arabią Saudyjską, upadek szacha Iranu, okoliczności śmierci prezydenta Panamy Omara Torrijosa oraz następująca po niej inwazja na Panamę czy inwazja na Irak z 2003 r.

Perkins swoją błyskotliwą karierę zawdzięczał "wujkowi Frankowi" swojej żony - zatrudnionemu w National Security Agency. Co znaczą dobre koneksje, dość powiedzieć, że w wieku dwudziestu sześciu lat, zaledwie po licencjacie z ekonomii został zatrudniony w MAIN jako ekonomista i do wykonania swojego pierwszego zadania oddelegowany do Indonezji, aby tam opracowywać modele ekonometryczne dla Indonezji i Jawy. Zaznaczam - po licencjacie! Nawet samemu naszemu bohaterowi wydawało się to chyba niewystarczające, więc zapisał się na kursy dokształcające, a wreszcie otrzymał też wsparcie prywatnej "nauczycielki", tajemniczej pani Claudine.

Niemniej jednak wszystkie plany i prognozy i tak miały wskazywać na boom dla "rozpracowywanego" kraju, więc poziom wykształcenia i wiedzy i tak był tutaj mało istotny. Perkins natomiast okazał się bardzo pojętnym uczniem i przyswoił sobie najważniejszą lekcję - dopasowywać się do oczekiwań swoich mocodawców. Poza tym ma świetne rozeznanie w światowych trendach gospodarczych i wie gdzie i na czym można zarobić.

Na początku lat 80-tych założył Independent Power Systems, firmę zajmującą się produkcją energii z alternatywnych źródeł, natomiast w latch 90-tych stał się ekowojownikiem walczącym o prawa rdzennych kultur i gorliwie wspierającym ruchy ekologiczne. Szczególnie angażował się w pomoc plemionom Amazonii walczącym o ocalenie lasów tropikalnych, wykładał też na forach New Age.
Teraz z kolei, na emeryturze pan Perkins prowadzi proekologiczną organizację non-profit i pisze książki, w których zdradza rzekome sekrety rządu USA, które już od dawna są tajemnicą poliszynela.

Perkins z racji wykonywanego zawodu był świetnym manipulatorem i myślę, że do tej pory nie wyszedł z powierzonej mu roli. Trend światowy się zmienił, owce, które były do ostrzyżenia, ostrzyżono, przepis na amerykański sukces nieco się zdezaktualizował, a były EBR-owiec nie niepokojony przez nikogo, a wręcz nachalnie promowany przez wiele osobistości, popijając kawę w zaciszu swego gabinetu, reklamuje swoje książki. I poucza jak żyć w zgodzie z naturą, do zniszczenia której wcześniej bardzo się przyczynił.

I jak tu nie posłuchać takiego fachowca? Chyba na wiosnę założę plantację arbuzów. Warzywa te (czy raczej owoce?) mają to do siebie, że są zielone, nawet gdy są czerwone...;)

Książka taka sobie. Odejmuję trzy gwiazdki za wydłużający się nos Pinokia. Z tego typu kolorystów zdecydowanie wolę Songa Hongbinga.*

* Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-02-09 14:00:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Choć wstęp był obiecujący, to w ostatecznym rozrachunku niestety książka mnie rozczarowała. O ile bowiem Pierwszą część rzeczywiście można podciągnąć pod tytułową "Niesamowitą Słowiańszczyznę", to eseje z Części drugiej (może pomijając tylko dwa pierwsze) niebezpiecznie i w sposób mało estetyczny zahaczają o współczesną politykę Polski (do 2007 r.) i jej miejsce w Europie - do tego bez... Choć wstęp był obiecujący, to w ostatecznym rozrachunku niestety książka mnie rozczarowała. O ile bowiem Pierwszą część rzeczywiście można podciągnąć pod tytułową "Niesamowitą Słowiańszczyznę", to eseje z Części drugiej (może pomijając tylko dwa pierwsze) niebezpiecznie i w sposób mało estetyczny zahaczają o współczesną politykę Polski (do 2007 r.) i jej miejsce w Europie - do tego bez szerszego kontekstu w rzeczonej pozostałej Słowiańszczyźnie.

Na początku Autorka wskazuje na szczególne położenie naszego kraju, jak ironicznie określał je Sławomir Mrożek: na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu i jakie wiązały się z tym faktem konsekwencje. Stawia też pytanie, dlaczego tak niewiele wiemy o wierzeniach naszych słowiańskich pogańskich przodków. Świadczyć to może o brutalnym rugowaniu ich wiary i bezpardonowym wprowadzaniu chrześcijaństwa. Janion, podobnie zresztą jak Zdzisław Skrok i wielu innych historyków, uważa, że Mieszko I nie miał alternatywy i musiał przyjąć chrzest, inaczej skazałby swoich pobratymców na zagładę. A dowodem na to, że tak by się stało miały być losy Słowian Połabskich. Słowiańszczyzna stała się terenem kolonizowania, a chrystianizacja pretekstem do inwazji.

"Pogarda dla pogańskiej niższości i ciemnoty utrzymywała się długo i skutecznie. "List arcybiskupa magdeburskiego Adelgoza z r. 1108 wzywał do zdobywania ziem słowiańskich pogan, stwierdzając, że są to obszary zaludnione przez "najgorsze ludy", a zajmowanie ich może przynieść korzyść podwójną: "Sasi, Frankowie, Flandryjczycy - przesławni zwycięscy - tam będziecie mogli i zbawić wasze dusze, i jeśli się wam spodoba, zdobyć na osiedlenie bardzo dobrą ziemię".*

Janion przypomina również hipotezę dwutorowości polskiego chrześcijaństwa, z perspektywy której nieco inaczej wygląda bunt Masława. Za Kmietowiczem powtarza, że "obrządek łaciński nie zapuścił korzeni, cyrylo-metodianizm nie miał opozycji, a Masław nie chciał w swej dzielnicy dwuobrzędowości, która mogła doprowadzić do wojny domowej. [...] Jeszcze radykalniejszy pogląd reprezentuje Zbigniew Dobrzyński. Sądził on, że kłamliwi kronikarze zmienili prawowitemu władcy Mieszkowi III imię na Masław, by ukryć jego piastowską genealogię i nie dopuścić "do utrzymania się w pamięci narodu, jak wielkie wpływy posiadał w Polsce Kościół słowiański za panowania Mieszka III - Masława i jego poprzedników [...] chciano udowodnić, że Polska od samego początku chrześcijaństwa przyjęła obrządek łaciński, zaś Masław, uzurpator niewiadomego pochodzenia, był poganinem".*

Dowodem na to według Klingera miała być też wypowiedź króla Jana III Sobieskiego:

"Dziś wiemy, że prześladowanie i zniesienie Kościoła słowiańskiego w Europie środkowej w IX wieku nie było legendą [...] lecz było prawdą i że wygnanie tego Kościoła ze społeczności rzymsko-katolickiej miało bardzo ciężkie następstwa. Współcześni historycy specjalizujący się w omawianym zagadnieniu coraz bardziej skłaniają się do wniosku, że zniszczenie Kościoła słowiańskiego oznaczało zniszczenie więzów między Wschodem i Zachodem".*

Przytoczyłam najbardziej interesujące według mnie zagadnienia i fragmenty. Dalej jest wiele również na temat polskiego romantyzmu, orientalizmu, wampirów i kolonizowania terenów Ukrainy.

Pomijam milczeniem liczne odwołania do sztuki współczesnej, publikacji i wypowiedzi z "GW" różnych literatów, na które powołuje się Autorka wylewając przy tym dyskretnie kubeł pomyj na Polskę. Nie będę tych końcowych esejów komentować. Pozostał mi po nich potężny niesmak i dlatego też niestety tak niska ocena.**

* Źródła cytatów: M. Janion - "Niesamowita Słowiańszczyzna. Fantazmaty literatury", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

** Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-26 17:04:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale zdaje się, że książka "Bogowie Słowian" Stanisława Jakubowskiego wydana w 1933 r. w nakładzie 3000 egzemplarzy nigdy później już po raz kolejny nie ukazała się w druku. Zadziwiające!!!

Przeciętny Polak, który ukończył przynajmniej szkołę średnią, doskonale zna mitologię starożytnych Greków i Rzymian, a o wierzeniach swoich przedchrześcijańskich...
Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale zdaje się, że książka "Bogowie Słowian" Stanisława Jakubowskiego wydana w 1933 r. w nakładzie 3000 egzemplarzy nigdy później już po raz kolejny nie ukazała się w druku. Zadziwiające!!!

Przeciętny Polak, który ukończył przynajmniej szkołę średnią, doskonale zna mitologię starożytnych Greków i Rzymian, a o wierzeniach swoich przedchrześcijańskich przodków wie tyle co nic. Szkoła też jakoś ten temat traktuje po macoszemu...

Chociaż prawdą jest, że tych źródeł jest niewiele, to jednak, jak się okazuje, książki, które przedstawiają ten temat istnieją, ale są lekceważone i spychane na margines. Tym bardziej zachęcam do zapoznania się z tą niewielką książeczką, w której Autor na podstawie dawnych kronik usiłuje odtworzyć słowiański panteon i co ważne, podaje, gdzie dokładnie zlokalizowane były słowiańskie "kościoły".

"Bogów Słowian" rozpoczyna opis świątyni Światowita:

"Kątyna Światowita stała na Rugii w Arkonie, tam, gdzie dziś rozłożyła się wioska Altkirchen. Arkona wznosiła się na szczycie wyniosłego przylądka i była naturalnym grodziskiem, otoczonym z trzech stron urwiskami skalnymi staczającymi się do morza, z czwartej strony zaś chronił je wał mający około 15 metrów wysokości. (...)

Bogaty skarbiec Światowita, w którym były nagromadzone całe stosy drogocennych przedmiotów był źródłem pożądań dla wszystkich sąsiadów. Waldemar II, król duński wiedziony chciwością najechał Rugię i zdobył ją 15. czerwca 1168 r., skarbiec złupił, a posąg Światowita kazał swoim dwom rycerzom Esbernusowi i Sunie zwalić na ziemię, a żołdacy porąbany posąg użyli na opał".*

Drugim bóstwem był Swarożyc - bóg Słońca - jego świątynia swym położeniem przypominała ateński Akropol.

"Bardzo długie wieki dzierżyli kapłani Swarożyca władzę nad Odrą, Łabą i Wisłą i dopiero w r. 1069 biskup Burchhardt z Halberstadtu, na czele potężnych oddziałów rycerzy niemieckich ogniem i mieczem zniszczył cały kraj Lutyków i Redarów, zdobył Retrę, złupił skarbiec i na świętym koniu Swarożyca wrócił do Niemiec".*

Następnie Jakubowski wymienia Białoboha i Czarnoboha:

"Oba te bogi, tak Biały, jak też Czarny, miały mieć swe kątyny w Budziszynie na Łużycach, na dwóch przeciwległych górach, które dotychczas noszą nazwę Bielboh i Czarnoboh.

Nazwy tych bóstw znikły z pamięci ludu, lecz ślady ich kultu pozostały w nazwach osad ludzkich i gór, bo Słowianin poświęcał swym bóstwom miejsca wyniosłe; stąd u nas w Polsce mamy nazwy miejscowości Białoboże, Białobożnica, a w Czechach Belbozica".*

Z kolei kątyny Trigława znajdowały się w: Szczecinie, druga w Braniborze (dzisiejszy Brandenburg) - w kraju Obodrytów i tu ją zniszczono około połowy XII w., trzecia w Wolinie.

"Po zburzeniu świątyni w Szczecinie w r. 1125 św. Otto zabrał posążek Trigława jako trofea, tułów zniszczył, a te trzy głowy posłał do Rzymu papieżowi Kalikstowi, jako świadectwo nawrócenia Pomorzan".*

Oprócz tego Autor wymienia jeszcze takich słowiańskich bogów i boginie jak: Rugiewit, Jarowit, Prowie, Żywie, Porenut, Perun, Łada, Marzana, Dażboh, Kupało, Stryboh, Wełes, Chors, Mokosz, Perepłut, Jesse, Nija, Lelum, Polelum, Dziewana, Pogada.

Zachęcam do przeczytania książki, bo oprócz przybliżenia wierzeń naszych przedchrześcijańskich przodków, pozwala ona również lepiej zrozumieć niektóre nasze zwyczaje (np.: topienie marzanny, Noc Kupały, itp.). Polecam.**

* Źródła cytatów: Stanisław Jakubowski - Bogowie Słowian, Drukarnia "Powściągliwość i Praca", Kraków 1933 r.

** Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-20 21:48:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Przy czytaniu tej książki kilka razy zdarzało mi się zmieniać opinię o niej i jej autorze. Na początku denerwowało mnie cwaniactwo i "kozakowanie" młodego Grzesiuka, a tzw. kodeks honorowy chłopców z Czerniakowa i powtarzana niczym mantra zasada "kapować nie wolno, skarżyć nie wolno, odegrać się wolno" trochę przywodziła mi na myśl sycylijską wendetę. Zasada, nawiasem mówiąc, dość wybiórczo... Przy czytaniu tej książki kilka razy zdarzało mi się zmieniać opinię o niej i jej autorze. Na początku denerwowało mnie cwaniactwo i "kozakowanie" młodego Grzesiuka, a tzw. kodeks honorowy chłopców z Czerniakowa i powtarzana niczym mantra zasada "kapować nie wolno, skarżyć nie wolno, odegrać się wolno" trochę przywodziła mi na myśl sycylijską wendetę. Zasada, nawiasem mówiąc, dość wybiórczo traktowana (vide: zaprowadzenie chłopca na komisariat, gdy zginął zegarek - jakoś wtedy zapomniano o tym "przykazaniu").

W tej autobiograficznej powieści Grzesiuk bez zażenowania wspomina swoje zakapiorskie ekscesy z takimi samymi jak i on łobuzami w przedwojennej Warszawie. Irytował mnie właśnie ów brak zażenowania przy opowiadaniu o bójkach, gdzie nawet w ruch szli tzw. "pomocnicy" (czytaj: noże, scyzoryki), a odmowa do tańca przez dziewczynę traktowana była jak ujma na honorze i również powód do odegrania się (tzw. robienie balona) - muszę przyznać jakaś dziwna zawziętość, małostkowość i upodobanie do zemsty. Powodów i słów do tzw. draki zresztą było bardzo wiele... Z drugiej strony główny bohater odznaczał się też godnym podziwu zapałem do nauki i uporem w dążeniu do wydobycia się z nizin społecznych, tak jakby podskórnie czuł, że ta bieda, w której tkwi, deprawuje.

Nie jest to jednoznaczna postać łatwa do oceny, niekiedy bowiem spod maski szydercy i chojraka daje się ujrzeć miękkie serce (np. wzruszający moment wsypywania do koszyka chleba staremu człowiekowi, organizacja dożywiania tzw. trzeciej kompanii, zawożenie matce pieniędzy rowerem z Warszawy do Lublina).

Dużym atutem książki jest bez wątpienia żywy, gawędziarski, pełen ówczesnego miejskiego żargonu język. Choć nie brak w niej momentów humorystycznych (jak np. relacja z pechowej podróży na rowerze, nocleg u bogobojnych wieśniaków), to jednak zakończenie ze sceną z tramwaju z 1958 r. (słowa "nie ma życia" pijanego młodzieńca), a także poprzedzająca je część opisująca czasy wojny pozostawiają mimo wszystko bardzo przygnębiające wrażenie.

Myślę, że warto przeczytać "Boso, ale w ostrogach", bo to bardzo oryginalna lektura, a jej autor to samorodny talent literacki, który pozostawił nam niezwykle ciekawy zapis naocznego świadka bezpowrotnie minionych dni przedwojennej i okupowanej Warszawy, wraz z całym jej klimatycznym miejskim folklorem.*

* Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-13 10:18:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

Niezwykle interesująca książka i bardzo potrzebna. Statystyczny Polak bowiem, pomimo takiej bliskości terytorialnej, tak naprawdę o Czechach wie bardzo niewiele. Przyczyna jest prozaiczna: najpierw - do 1989 roku, w zasadzie wszystkie media i światła jupiterów skierowane były na Wschód, a później nastąpiła wolta i "dla równowagi" mamy monotematyczny przekaz z tego, co "na Zachodzie".... Niezwykle interesująca książka i bardzo potrzebna. Statystyczny Polak bowiem, pomimo takiej bliskości terytorialnej, tak naprawdę o Czechach wie bardzo niewiele. Przyczyna jest prozaiczna: najpierw - do 1989 roku, w zasadzie wszystkie media i światła jupiterów skierowane były na Wschód, a później nastąpiła wolta i "dla równowagi" mamy monotematyczny przekaz z tego, co "na Zachodzie". Południowy kierunek jakoś nigdy nie był szczególnie interesujący medialnie. Może przyczyną jest naturalna bariera w postaci gór? ;)

Cieszę się, że powstała ta książka, gdyż przybliża nam naszych południowych sąsiadów w bardziej realnym świetle. "Gottland" łamie bowiem stereotyp Czecha jako zabawnego Pepika z kuflem w ręku - wszyscy, którzy mieli do tej pory takie powierzchowne "szwejkowo-fejkowe" wyobrażenie, zderzą się z masą przygnębiających faktów z historii tego kraju - niczym z twardą ścianą, bo nie ma tutaj tak naprawdę niczego zabawnego. Jeżeli nawet gdzieś jest choć trochę śmiesznie, to i zarazem strasznie... Ukryta jest też więc sugestia, że warto byłoby przeanalizować "Przygody dobrego wojaka Szwejka" trochę bardziej wnikliwie...

"Gottland" to w zasadzie zbiór reportaży (lub utworów reporatażopodobnych) obejmujących czasy od końca XIX w., poprzez komunizm i delikatnie zahaczające o współczesność. Mamy więc historię budowania kapitalistycznego imperium rodziny Batów i niezwykłe pomysły jednego z jego założycieli:

"Brytyjski pisarz Orwell dopiero za jedenaście lat ogłosi drukiem zasady życia pod okiem Wielkiego Brata, ale Jan wyprzedza światową literaturę. Wpada na pomysł, aby stworzyć coś, czego jeszcze nie było: ruchome, śledzące pracowników biuro. Swoją kancelarię umieszcza w przeszklonej windzie, która sunie wzdłuż wieżowca".*

Drugi pomysł Jana Baty jest jeszcze bardziej radykalny. W 1938 r. w przededniu wybuchu II WŚ, niejako przeczuwając przebieg wydarzeń:

"We własnej gazecie "Zlin" Jan Antonin Bata ogłasza pomysł, z którym się obudził - przenieść Czechosłowację do Ameryki Południowej".*

Ciekawe, że później, kilka lat po wojnie (w 1957 r.) za ten pomysł przesiedlenia Czechosłowacji do Patagonii, czyli nowoczesną ideę migracji, Bata był kandydatem do pokojowej Nagrody Nobla.
Nie jestem pewna, czy i dzisiaj Bata nie stał się inspiracją dla co niektórych współczesnych polityków. ;)P

Dalej mamy historię pięknej aktorki Lidy Baarovej i jej niebezpieczny flirt (przez wielu uznanych za kolaborację) z Goebbelsem. Dla mnie zaskakujący był tutaj fakt, że ten późniejszy minister propagandy w rządzie Hitlera, będąc zakochany w Czeszce, dla której gotów był rozwieść się i wyjechać do Japonii, w tym samym czasie potrafił pisać o Czechach w ten sposób:

"To sezonowe państwo musi zniknąć!"*
"Z Wiednia trzeba szybko wyrzucić wszystkich Żydów i Czechów"*

Jakaś schizofreniczna logika rządziła najwyraźniej tym człowiekiem...

Czasy powojenne otwiera pewnego rodzaju sprawozdanie z budowy, a następnie wyburzenia pomnika Stalina, opisany jest też rok 1968, Karta 77, Antykarta, trochę jest również o lokalnych ówczesnych celebrytach takich jak: K. Gott, H. Vondrackova, M. Kubisova. Znajdziemy też pewne informacje o V. Havlu.

Dla mnie osobiście bardzo interesujące jest tłumaczenie konformizmu czeskiego społeczeństwa w kontekście komunizmu (i nie tylko) i odpowiedzi, dlaczego Czesi nie znoszą bohaterów, a jeżeli już, to ich symbolem narodowym jest Szwejk:

"Bo wiemy, że heroizm jest możliwy, ale w filmach. A nikt nie żyje w próżni"*

"Szwejk niczego nie szanuje, oprócz samego życia. Ewentualnie jeszcze oprócz tego, co życie czyni wygodniejszym, przyjemniejszym i bezpiecznym". Istotą tej postawy jest całkowity brak szacunku dla ludzkich poczynań czy instytucji. Taki człowiek zupełnie nie dba o to, jak wypadnie przed innymi. "Dlatego dla Szwejka żadna cena, jakiej od niego zażądają za możliwą do przyjęcia, nie będzie zbyt wielka".*

"Szwejk - filozof przebiegłej uległości.
Jednocześnie - wzorzec przystosowania".*

Wydaje się zresztą, że Czesi przeciwnie do polskiego mesjanizmu, za bohaterstwo tak małego narodu uważają przetrwanie przy jak najmniejszych kosztach własnych. Czysty pragmatyzm...

I kolejna moja uwaga po dalszej lekturze. Najbardziej zszokowała mnie informacja, że od lutego 1948 r. do 1958 r. w Czechosłowacji trwała tzw. "Operacja wykluczenia, operacja zastąpienia" - swoista inkwizycja XX w. Na ówczesnym indeksie "ksiąg zakazanych' skazanych na zniszczenie pojawiły się wszystkie powieści przygodowe, kryminalne, miłosne, szpiegowskie, science fiction oraz horrory. Zostały uznane za bezwartościowe.

"Po przejęciu władzy przez komunistów w Czechosłowacji uda się przemielić na makulaturę prawie 70 procent szmiry".*

Jednak, że natura nie znosi próżni:

"Tandetę zastępuje tandeta socrealistyczna pisana przez nowych autorów".*

Książka ma genialne zakończenie zatytułowane, nomen omen, "Przemiana". Jest bardzo krótkie, więc zacytuję je w całości, bo myślę, że warto:

"27 marca 2003 roku.
Teatr Komedia w Pradze (z kawiarnią Tragedia w środku) wystawia "Przemianę" Franza Kafki w reżyserii Arnosta Goldflama.

W tej inscenizacji problemem bohatera nie jest to, że zamienił się w robaka, tylko jak on w tym stanie dojedzie do pracy".*

I śmieszno i straszno... i bardzo celnie w nawiązaniu do współczesności. ;) Bardzo polecam.**

* Źródła cytatów: M. Szczygieł - "Gottland", Czarne, Wołowiec 2006 r.
** Recenzja pierwotnie zamieszczona była na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-08 20:02:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Antyczna Europa i Scytia w "Dziejach" Herodota

Jeśli Scytowie mieliby być naszymi mniej lub bardziej odległymi przodkami, jak utrzymują niektórzy, to warto przy czytaniu "Dziejów" Herodota zwrócić uwagę również na fragmenty, które właśnie do nich się odnoszą.

W księdze tej znaleźć można informacje na temat najdalszych krańców Europy. Jednak widać, że wyobrażenia Greków i samego Autora o tych...
Antyczna Europa i Scytia w "Dziejach" Herodota

Jeśli Scytowie mieliby być naszymi mniej lub bardziej odległymi przodkami, jak utrzymują niektórzy, to warto przy czytaniu "Dziejów" Herodota zwrócić uwagę również na fragmenty, które właśnie do nich się odnoszą.

W księdze tej znaleźć można informacje na temat najdalszych krańców Europy. Jednak widać, że wyobrażenia Greków i samego Autora o tych terenach były raczej "mgliste", żeby nie powiedzieć wręcz baśniowe. Oto co pisze na ten temat (Ks. III 115-116):

"O krańcach zaś Europy na zachód nie umiem nic pewnego powiedzieć. Ani bowiem osobiście nie przypuszczam, żeby barbarzyńcy nazywali Eridanem jakąś rzekę, uchodzącą do morza północnego, skąd, jak niesie wieść, bursztyn pochodzi, ani też nie wiem o istnieniu wysp Kassytered, skąd do nas cyna przybywa. Naprzód bowiem sama już nazwa Eridanos dowodzi, że jest nie barbarzyńska, lecz helleńska, stworzona przez jakiegoś poetę; po wtóre choć usilnie się o to starałem, nie mogę dowiedzieć się od żadnego naocznego świadka, czy poza Europą na północ istnieje morze. W każdym razie z krańca ziemi przybywa do nas cyna i bursztyn.

Jest znaną rzeczą, że w północnej części Europy znajduje się bezspornie najwięcej złota. Ale jak się je uzyskuje, tego także nie potrafię dokładnie podać; opowiadają, że jednoocy ludzie, Arimaspowie, podkradają je gryfom. Nie mogę nawet w to uwierzyć, że istnieją ludzie o jednym oku, którzy poza tym mają podobny do innych wygląd. A zatem krańce świata, które resztę ziemi otaczają i w sobie zamykają, widocznie same tylko są w posiadaniu tych rzeczy, które my uważamy za najpiękniejsze i najrzadsze".*

Warto tutaj też wyjaśnić znaczenie i pochodzenie słowa "barbarzyńca", które jak się zdaje Grecy, jak wiele innych nazw, przejęli od Egipcjan. Herodot mówi o tym tak (Ks. II, 158):

"Barbarzyńcami zaś nazywają Egipcjanie tych wszystkich, którzy nie mówią tym samym co oni językiem".*

Wynika z tego, że określenie to, przynajmniej na początku, nie nosiło żadnej negatywnej konotacji.

Interesująca jest też genealogia Scytów, jaką podaje Herodot (Ks. IV, 5):

" Jak powiadają Scytowie, lud ich jest najmłodszy ze wszystkich ludów i tak miał powstać. Pierwszy człowiek w tym kraju, wówczas pustynnym, nazywał się Targitaos. Rodzicami tego Targitaosa byli, jak opowiadają - w co ja wprawdzie nie wierzę, ale tak mówią - Zeus i córka rzeki Borystenes. Takie więc było pochodzenie Targitaosa. A miał on trzech synów: Lipoksaisa, Apoksaisa i najmłodszego Kalaksaisa. Za ich panowania spadły z nieba złote sprzęty do kraju Scytów: pług, jarzmo, topór i czara".*

Dalej Herodot opowiada, który z nich i dlaczego objął we władanie całe królestwo. Wyjaśnia też, że tak naprawdę nazwy "Scytowie" i "Skoloci" to wymiennie używane nazwy na to samo plemię (Ks. IV, 6):

"Otóż od Lipoksaisa mają pochodzić ci Scytowie, którzy zwą się plemieniem Auchatów, od średniego brata, Arpoksaisa, ci, którzy są Katiarami i Traspiami, a od najmłodszego z nich - ród królewski, zwany Paralatami. Wszyscy zaś noszą wspólną nazwę Skolotów od imienia króla; Scytami nazwali ich Hellenowie. Takie pochodzenie przypisują sobie Scytowie".*

W Księdze IV (7-10) zamieszczona jest również opowieść o związkach genealogicznych Scytów z Heraklesem (od Skytesa, syna Heraklesa mieli pochodzić wszyscy późniejsi (po przybyciu Heraklesa) królowie Scytów).

Zachęcam do tej fascynującej lektury.** :)

Moja recenzja pozostałej treści "Dziejów" Herodota - przy innym wydaniu tej książki.

* Źródła cytatów: Herodot - "Dzieje", Biblioteka Narodowa, Wrocław 2005
** Opracowanie pierwotnie zamieszone było 01.12.2016 r. na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-05 17:39:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Dla mnie osobiście teorie głoszone w tej książce są genialne. Autor z powodzeniem połączył coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się niemożliwe: zastosował metodę analogii fizyczno-matematycznych do nauk humanistycznych, w tym w głównej mierze do psychologii. Człowiek jest tutaj przedstawiony jako jeden z wielu systemów autonomicznych, do których można zastosować prawa fizyczne i matematyczne... Dla mnie osobiście teorie głoszone w tej książce są genialne. Autor z powodzeniem połączył coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się niemożliwe: zastosował metodę analogii fizyczno-matematycznych do nauk humanistycznych, w tym w głównej mierze do psychologii. Człowiek jest tutaj przedstawiony jako jeden z wielu systemów autonomicznych, do których można zastosować prawa fizyczne i matematyczne - podobnie jak i do innych organizmów żywych, społeczności (ekosystemów) czy maszyn autonomicznych. Jest więc niejako zrzucony z piedestału i odarty ze swej wyjątkowości. Jeśli zaś chodzi o ludzkie charaktery, to Mazur udowadnia, że nie są one wcale tak bardzo skomplikowane, są bardziej przewidywalne, niżby się wydawało.

O ile pierwsza część pracy jest wprowadzeniem do cybernetyki, która aż roi się od przeróżnych wzorów i definicji i ma zapoznać nas z konwencjami terminologicznymi (czym jest system, sprzężenie, sterowanie, informacja, itd.), to dalsze rozdziały są już rozwinięciem właściwego tematu, tj. poświęcone zachowaniom i ludzkim charakterom. I chociaż od drugiej połowy książkę czyta się zdecydowanie łatwiej, gdyż nie wymaga takiego skupienia, jak przy początkowych partiach, to jednak te pierwsze rozdziały są bardzo ważne do zrozumienia dalszych teorii.

Bardzo interesujący jest rozdział "Dynamizm charakteru", w którym zamieszczona jest tabelka obrazująca szczegółowe przejawy dynamizmu charakteru. W bardzo zwięzły sposób przedstawia cechy poszczególnych klas charakteru oraz rodzaje dynamizmu (egzodynamizm, egzostatyzm, statyzm, endostatyzm, endodynamizm). Wyjaśnia też w jaki sposób znajomość aktualnej klasy charakteru określonego człowieka pozwala przewidzieć, jak będzie się przejawiał dynamizm jego zachowań wraz z upływem czasu.

Pozostaje mi jedynie wyrazić ubolewanie, że książka ta jest tak mało znana, a nieżyjący już niestety Autor nie został należycie doceniony w Polsce. To już taki paradoks tamtych czasów, ale prof. M. Mazur, podobnie jak wielu innych wybitnych polskich naukowców, był bardziej podziwiany za swoje teorie zagranicą niż we własnym kraju.

*Recenzja po raz pierwszy zamieszczona 19.04.2017 r. na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2018-01-01 20:54:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Sam pomysł na książkę bardzo dobry, niestety wykonanie już nieco gorsze.
Kiedy zaczęłam czytać pierwszy rozdział "Z Galileusza też się śmiali" zatytułowany "Nauka i technika", a w nim już na samym początku napotkałam peany na cześć Marconiego i jego radia i nie znalazłam ani słowa przy tym wynalazku o Nikoli Tesli, miałam zamiar wyrzucić owo "dzieło" przez okno. Takie podejście do tematu...
Sam pomysł na książkę bardzo dobry, niestety wykonanie już nieco gorsze.
Kiedy zaczęłam czytać pierwszy rozdział "Z Galileusza też się śmiali" zatytułowany "Nauka i technika", a w nim już na samym początku napotkałam peany na cześć Marconiego i jego radia i nie znalazłam ani słowa przy tym wynalazku o Nikoli Tesli, miałam zamiar wyrzucić owo "dzieło" przez okno. Takie podejście do tematu według mnie jest zwyczajnie albo świadomym ukrywaniem niezaprzeczalnych faktów, że patent na radio w ostateczności (co prawda pośmiertnie) otrzymał właśnie Serb, a nie Marconi albo potraktowanie bardzo pobieżnie zagadnienia, niesprawdzenie wnikliwie tematu i powtarzanie komunałów. Jakakolwiek byłaby tego przyczyna, w obydwu przypadkach niezbyt dobrze świadczy to o autorze. Skoro już na wstępie wykryłam takie przekłamanie, włączyła mi się czerwona lampka i zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens czytać dalej i czy to wystarczająco nie dyskredytuje reszty?

Przebrnęłam jednak przez całość i muszę powiedzieć, że jest to książka z tezą. Autor postanowił za wszelką cenę udowodnić, że właściwie prawie wszyscy wynalazcy, innowatorzy i wszelcy inni kreatorzy lepszej rzeczywistości mieli jak ten przysłowiowy koń pod górę i tylko własnemu uporowi zawdzięczali swoje osiągnięcia (choć rzeczywiście często to też była prawda). Jednak Albert Jack prześlizguje się w sposób bardzo powierzchowny po poszczególnych wynalazkach i upraszcza nieco bardziej złożoną rzeczywistość, a temat, skądinąd bardzo ciekawy, niezmiernie trywializuje. Jeśli chodzi o fakty, to w wielu punktach są mniej więcej tak samo rzetelne, jak i na początku, ale co tam - najważniejsze, że A. Jack udowodnił, co miał do udowodnienia. ;)

Sam podział tematyczny na rozdziały nie jest zły, natomiast cytaty pt. "Jak bardzo można się mylić" są powklejane na chybił trafił i w żaden sposób nie wiążą się z omawianym w danym miejscu wynalazkiem. Zabieg ten w zamierzeniu, jak przypuszczam, miał być dodatkową zabawną atrakcją, a w rzeczywistości stał się irytujący niczym mucha w upalny dzień.

Wydaje mi się, że w zamyśle A. Jacka miała powstać lektura "lekka, łatwa i przyjemna" i skierowana do jak najszerszego grona czytelników. Jednak autor chyba za bardzo poszedł na skróty i w rezultacie wyszła książka popularnonaukowa, ale w moim odczuciu, dla nastolatków. Nie jestem pewna, czy na pewno o to chodziło...
Fajny pomysł, niestety, nie do końca dobrze przemyślany, a szkoda...
Ale przecież to tylko moja subiektywna opinia. Przeczytajcie i oceńcie sami...* ;)


* Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2017-12-29 21:10:39
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

"Są na świecie ludzie, którzy mają władzę nad słowami oraz ludzie, którzy mają władzę nad faktami. Musisz zrozumieć, kto rządzi faktami i udawać, że wierzysz tym, którzy rządzą słowami. I nigdy nie zapominaj tej prawdy. Prawdziwą władzę ma tylko ten, kto rządzi faktami".*


Książka jest przerażająca i przygnębiająca, porażająca wręcz, gdyż niestety, ale opisuje fakty. Wolałabym, aby obraz jaki...
"Są na świecie ludzie, którzy mają władzę nad słowami oraz ludzie, którzy mają władzę nad faktami. Musisz zrozumieć, kto rządzi faktami i udawać, że wierzysz tym, którzy rządzą słowami. I nigdy nie zapominaj tej prawdy. Prawdziwą władzę ma tylko ten, kto rządzi faktami".*


Książka jest przerażająca i przygnębiająca, porażająca wręcz, gdyż niestety, ale opisuje fakty. Wolałabym, aby obraz jaki przedstawił Saviano, był jedynie fikcją literacką i wytworem wybujałej wyobraźni autora. Ale nie jest, jest relacją prawdziwych zdarzeń i opisem funkcjonowania mechanizmów neapolitańskiej mafii. Gommora rządzi już nie tylko lokalnie, ona oplata swymi mackami cały świat. Saviano przedstawia świat włoskiej mafii jako system naczyń połączonych, współpracujących ze sobą w każdym praktycznie sektorze życia gospodarczego i niemal w każdym zakątku świata, przenikających do najbardziej lukratywnych sfer biznesu i polityki.

Saviano krok po kroku wtajemnicza nas jak neapolitańskie klany zbudowały swoją potęgę (współpraca z Chinami przy tekstyliach, produkcja cementu, handel bronią i narkotykami). Pokazuje, że Gomorra dociera praktycznie wszędzie: kontroluje świat tekstylny, wielkich kreatorów mody, produkcję cementu, firmy budowlane, restauracje, hotele, sklepy, magazyny, kopalnie, rafinerie cukrowe, a nawet catering. Właściwie trudno znaleźć miejsce, gdzie jej nie ma. Polski czytelnik zdziwi się pewnie, bo w książce są również akcenty polskie (jako źródło dostarczania broni dla mafii Saviano wymienia m.in. partie komunistyczne krajów dawnych demoludów, w tym wspomina o dostawie z Krakowa).

Nie ma dla mnie w tej książce niczego fascynującego, bo zło w najgorszej, zorganizowanej postaci, nie może zachwycać. Ono przygnębia i budzi refleksje co do natury ludzkiej i kondycji naszej cywilizacji. Relacja Saviano jest bardzo wiarygodna, gdyż operuje szczegółowymi danymi, podaje konkretne nazwiska, nazwy firm, statystyki, adresy. O ile taka drobiazgowość może irytować czytelników dość oddalonych geograficznie od Włoch, to jednak dla rodaków Saviano, wyobrażam sobie, że jest to dodatkowy atut.

Jeśli macie jeszcze w pamięci obraz sycylijskiej mafii z "Ojca chrzestnego", to ta książka Was zaskoczy, gdyż mafia neapolitańska w niczym nie przypomina tej przedstawionej przez Mario Puzo. Nie ma tu żadnego kodeksu honorowego, don Corleone zaś przy neapolitańskich bosach jawi się niczym dystyngowany i staroświecki gentelman. W tym świecie "no limits, no fear, no rules", a raczej reguła jest tylko jedna - najważniejszy jest pieniądz, poza tym - brak zasad. Chciałoby się powiedzieć, że to walka na szpony i pazury - o wpływy pomiędzy poszczególnymi klanami i zwalczanie konkurencji w najbardziej brutalny sposób.

"Gomorra..." nie wyrwała mnie z miękkiego kokonu odrealnionego wyobrażenia o świecie jako szczęśliwej Arkadii, bo nigdy w takowym nie tkwiłam, raczej zadziałała jak uderzenie obuchem w głowę i sole trzeźwiące jednocześnie - takie dwa w jednym.

Niestety, chol***e dobra książka, ale po jej lekturze traci się wszelkie złudzenia.**

* źródło cytatu: "Gomorra. Podróż po imperium kamorry" - R. Saviano, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 2009

** Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
2017-12-26 11:11:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Tak naprawdę to bardzo dobry podręcznik do historii, w którym autor w szczegółowy sposób opisuje jak powstawały i bogaciły się imperia. D.S.Landes daje też odpowiedź, jakie znaczenie w tym procesie miały uwarunkowania geograficzne i klimatyczne oraz dlaczego w pewnym momencie Europa prześcignęła w rozwoju gospodarczym, podbojach oraz innowacyjności taką potęgę jaką były Chiny. Landes zwraca... Tak naprawdę to bardzo dobry podręcznik do historii, w którym autor w szczegółowy sposób opisuje jak powstawały i bogaciły się imperia. D.S.Landes daje też odpowiedź, jakie znaczenie w tym procesie miały uwarunkowania geograficzne i klimatyczne oraz dlaczego w pewnym momencie Europa prześcignęła w rozwoju gospodarczym, podbojach oraz innowacyjności taką potęgę jaką były Chiny. Landes zwraca też uwagę na szereg wynalazków, które odmieniły bieg historii, w tym na jeden bardzo niepozorny z punktu widzenia dzisiejszych mieszkańców Ziemi, a który tak naprawdę zrewolucjonizował pracę i relacje międzyludzkie, tj. zegar.

David S. Landes śledząc historię bogacenia się poszczególnych narodów powołuje się na bardzo wiele źródeł, w tym często na pracę A. Smitha "Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów". W rzeczywistości jednak Landes nie gloryfikuje imperialnych zapędów krajów Europy Zachodniej, w tym Anglii, Holandii, Portugalii i Hiszpanii. Należy odróżnić więc cytaty od opinii samego Landesa, bo ten niczego nie tuszuje i nie koloryzuje. Nie faworyzuje też w jakiś szczególny sposób Anglosasów, jeżeli już, to można odnieść wrażenie pewnej kryptosympatii do innej nacji (jakiej? - odpowiedź w książce ;P). Natomiast z pewnością autor nie kryje niechęci do kolonialnej Hiszpanii. Dlaczego właśnie szczególnie do niej? - chyba łatwo zgadnąć i bez lektury tej książki. Jeśli jednak chcecie potwierdzić swoje przypuszczenia i zapoznać się z opinią Landesa na ten temat oraz prześledzić, jak niektóre kraje budowały swoje bogactwo, a dlaczego inne pozostały biedne, dlaczego pierwsza rewolucja przemysłowa miała miejsce właśnie w Anglii, na czym polegał fenomen Japonii, no i wreszcie dowiedzieć się, w jakim kierunku według autora zmierza świat - musicie koniecznie przeczytać książkę "Bogactwo i nędza narodów". Naprawdę warto!* :)

* Recenzja pierwotnie zamieszczona na stronie: www.bookfreak.pl

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
78 77 911
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (17)

Ulubione cytaty (6)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd