Maria 
naostrzuksiazki.pl
Książka to moje ikigai - pasja, zawód i misja. Tworzę tutaj osobistą bibliotekę literatury przeczytanej. Chciałabym, żeby każdy taką miał. Jeśli pomogę w doborze tytułów, będę spełniona.
kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 1 godzinę temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-05-25 12:41:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

„Więc może by tak napisać książkę o przyrodzie?”
Zastanawiała się autorka. Miała ku temu doskonałe warunki. Mieszkała „nad Tinker Creek, strumieniem płynącym w dolinie w górach Blue Ridge w Wirginii”, w Appalachach. Dobrze jej się tam żyło, pracowało, pisało i odpoczywało, a otaczająca natura dostarczała obfitego materiału do rozmyślań, medytacji, rozważań i notowań. Jak sama zastrzegła,...
„Więc może by tak napisać książkę o przyrodzie?”
Zastanawiała się autorka. Miała ku temu doskonałe warunki. Mieszkała „nad Tinker Creek, strumieniem płynącym w dolinie w górach Blue Ridge w Wirginii”, w Appalachach. Dobrze jej się tam żyło, pracowało, pisało i odpoczywało, a otaczająca natura dostarczała obfitego materiału do rozmyślań, medytacji, rozważań i notowań. Jak sama zastrzegła, nie była uczoną. Chciała przybrać pozycję niemowlaka z zadziwieniem rozglądającym się wokół ze szczerym i otwartym spojrzeniem. Założyła sobie – „Będę snuć w niej różne opowieści i przedstawiać rozmaite pejzaże tej po trosze ujarzmionej doliny; będę z bojaźnią i drżeniem penetrować jej mroczne zakamarki, których próżno byłoby szukać na mapie, bezbożne warownie, do jakich prowadzą takie opowieści, oraz widoki przyprawiające o zawrót głowy.”
Słowa dotrzymała.
Pulsująca przyroda wypełniała po brzegi każdą stronę książki. Pokazana w rytmie pór roku ukazywała jej urodę w zależności od pory dnia i warunków atmosferycznych. Przyglądała się jej z bardzo bliska, opisując szczegóły oglądanych zjawisk, procesów, zwierząt i roślin, by nagle oddalić się na odległość Księżyca i spojrzeć na Ziemię z jego punktu widzenia, „by nauczyć się patrzeć na świat szerzej, objąć go wzrokiem, zobaczyć go naprawdę i opisać, co się tutaj dzieje”. Realne sceny przetykała licznymi metaforami, w których brała górę jej poetycka natura. Miała świadomość przekładania języka badacza na język emocji, pisząc – „Naukowiec nazywa go drugim prawem termodynamiki. Poeta powiada: „Ta siła, która przez zielony lont prze kwiaty, prze mój zielony wiek”. Miałam wrażenie, że oglądam film przyrodniczy z narracją nawiązującą do ciekawostek, zagadek i zaskoczeń ze świata przyrody.
To bardzo złudne wrażenie.
Każdy rozdział bowiem krył w sobie ogrom treści filozoficznej. To w tytułowym słowie „pielgrzym”, kryło się przesłanie treści. Autorka jednak zaprzeczyła, by nazywać ją eseistką, a jej książkę zbiorem esejów. Dla niej to coś w rodzaju teodycei. Rozważań, w których próbuje pogodzić dwa sprzeczne ze sobą poglądy w teologii – atrybuty dobrego Boga i zła, które dopuszcza do istnienia.
To wyznaczyło podział treści na dwie części.
Pierwszej zawierającej apoteozę życia, płodności, radości, chwili, tworzenia i prostoty istnienia oraz drugiej, w której poruszyła problem śmierci, złożoności, przemijania, bólu, cierpienia, brutalności i ciemnej strony natury. W ten sposób próbowała odpowiedzieć na pytanie – „Czy świat jest życiotwórczy, czy raczej śmiercionośny?”
To dlatego treść uważa się za trudną w odbiorze. Pełną myśli i cytatów filozoficznych i teologicznych, w których autorka powołuje się na autorytety także ze świata literatury. W cudowny sposób łączyła również kreacjonizm z ewolucjonizmem, powołując się na Biblię i Koran. Tak jakby jeden Bóg wszystkich religii stworzył świat, a potem pozostawił go własnemu rozwojowi.
Nic dziwnego, że pozycja uchodzi za niszową w odbiorze. Wymagającą od czytelnika wysokiego poziomu rozwoju emocjonalnego i intelektualnego, który nie ma nic wspólnego z wiekiem. Autorka napisała ją w wieku dwudziestu siedmiu lat, myśląc, że „przeczyta ją co najwyżej dziewięciu albo dziesięciu mnichów”. Tymczasem doczekała się Nagrody Pulitzera oraz rzeszy czytelników, których liczba rośnie pomimo upływu lat od daty premiery w 1974 roku. Myślę, że nadal będzie rosła w miarę przyśpieszania tempa życia i nasilającego się konsumpcjonizmu i materializmu, ponieważ książka pomaga odnaleźć się w otaczającym nas świecie, odzyskać równowagę w chaosie i ostry punkt widzenia na życie i śmierć w kontekście jednostki i otaczającej ją natury.
Wytłumaczyć świat na nowo, jak zagubionemu dziecku.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 12:07:00
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Zgodziłam się na udział w bardzo ciekawej akcji, której ideą jest dzielenie się otrzymanymi książkami. Bardzo chętnie przystałam na to, bo lubię otrzymywać, a jeszcze bardziej dawać innym. Nawet książki! Chociaż częściej je pożyczam niż daję. Poza tytułem nie wiedziałam o wyczekiwanych pozycjach nic. Nie przeszkadzało mi to, bo równie chętnie zgodziłabym się, gdyby tytuł brzmiał "Silniki... Zgodziłam się na udział w bardzo ciekawej akcji, której ideą jest dzielenie się otrzymanymi książkami. Bardzo chętnie przystałam na to, bo lubię otrzymywać, a jeszcze bardziej dawać innym. Nawet książki! Chociaż częściej je pożyczam niż daję. Poza tytułem nie wiedziałam o wyczekiwanych pozycjach nic. Nie przeszkadzało mi to, bo równie chętnie zgodziłabym się, gdyby tytuł brzmiał "Silniki czterosuwowe wczoraj i dziś", ale tytuł Mistrz wiele obiecywał. Kiedy wiec otworzyłam kopertę, niespodzianką były dla mnie nie tyle dwa identyczne egzemplarze w treści, co różnorodna kolorystycznie obwoluta: czerwona i niebieska. Dodatkowo z dołączoną, odręcznie zapisaną karteczką.
Mądre, mądre – pomyślałam i zabrałam się do czytania, cały czas zastanawiając się, komu mogłabym sprezentować drugą. Na początek wiedziałam tylko, że na pewno musi to być osoba czytająca, która nie odłoży cennego daru serca z jej jeszcze cenniejszym przesłaniem na pastwę kurzu i roztoczy.
Sama książka okazała się być ukrytym poradnikiem psychologicznym pod postacią opowieści, której głównym bohaterem był nastolatek Andy, a potem dorosły już mężczyzna oraz Jones. Tajemniczy staruszek, którego wygląd było bardzo trudno opisać, scharakteryzować. Każdy widział w nim to, co chciał zobaczyć, nadając mu odmienne imię od tego znanego Andiemu. Pojawiający się w życiu wielu mieszkańców miasteczka nagle, niespodziewanie, z nieodłączną walizką, zawsze w sytuacji bez wyjścia, kryzysowej, trudnej, by w trakcie przyjacielskiej rozmowy, za pomocą prostych rad ukazujących inną perspektywę przeżywanego, na pozór nierozwiązywalnego problemu, zmienić kierunek myślenia rozmówcy, a tym samym jego nastawienie i w konsekwencji dalsze, odmienne już postępowanie. Same rady, bardzo proste, znane mi już. Czytając o nich przypominałam sobie ludzi, tytuły książek, obejrzane filmy, szkolenia i wreszcie własne i cudze doświadczenia, lekcje życia, dzięki którym tę wiedzę zdobyłam. Nic nowego – myślałam czytając tę książkę – ale dla mnie. Rozglądając się dookoła widziałam jednak bardzo dużo osób, dla których ten poradnik mógłby być odkrywczy z różnych względów. Nieumiejętności uczenia się na własnych lub błędach innych, braku przewodników wśród najbliższych po krętych ścieżkach życia, niechęć do czerpania wiedzy z książek i wiele, wiele innych. Na dodatek wyposażony w zestaw pytań przyporządkowanych każdemu rozdziałowi, ułatwiających rozmyślanie, medytację, poznawanie siebie, swoich słabych i mocnych stron. Do nauczenia się patrzenia na życie z odmiennej perspektywy, która to myśl jest ideą przewodnią tej książki.
I nagle mnie olśniło!
Nie bez powodu otrzymałam drugą książkę, by się nią podzielić.
Skoro ja już wiem, to najwyższy czas, aby zacząć się tą wiedzą dzielić z innymi. To jedna z niewielu rzeczy, którą dzieląc mnożymy. Ta moja dotychczasowa postawa nie wynikała jednak z egoizmu, ale raczej z nieświadomości jej posiadania (myślenie, że każdy ją gromadzi ucząc się wyciągać wnioski, okazało się błędne) i niepewności czy jestem do tego gotowa w odpowiedzialny sposób. Ale jeśli mogę to robić podsuwając takim zagubionym osobom odpowiednie książki? Dopiero teraz dotarł do mnie sens końcowych słów z dołączonej do książki karteczki – wiedzą też można się dzielić, również w postaci książki, jeśli nie potrafię inaczej. Nie posiadam daru Jonesa otwierającego serce i umysł KAŻDEGO człowieka, zwłaszcza na życiowym zakręcie. Wiedziałam jednak komu podaruję tę drugą, niebieską wersję.
Zaprzyjaźnionemu osiemnastolatkowi, by poczuć się zupełnie jak Jones podsuwający książki Andiemu, w których znalazł mnóstwo odpowiedzi na pytania zadawane w wieku dorastania. Mam nadzieję, że i on znajdzie odpowiedzi na nurtującego go pytania i postawi na swojej półce obok Josepha Gaardera, Anthoniego de Mello czy Paulo Coelho, mając nadzieję, że przekaże zdobytą wiedzę dalej.
P.S.
Przyjął ją z zaskoczeniem, ale i z zachłannością w oczach, którą widzę u pożeraczy książek. Uwielbiam ten widok. Jest tak piękny i nieuchwytny, że bardzo trudno ogarnąć go słowami. To trzeba widzieć i podzielać pasję, by poczuć. Czekam teraz cierpliwie na moment, w którym mi o niej opowie.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 12:03:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Twarda Seria

Przeglądając książkę w poszukiwaniu ilustracji, tłumaczę siebie oficjalnie, że jestem wzrokowcem i lubię widzieć, by lepiej i dokładniej pamiętać. Ale tak naprawdę, w głębi duszy, kryje się we mnie dziecko, które gdy tylko zobaczy odmiennego koloru prążek w trzonie książki, piszczy (oczywiście w duchu) z zachwytu, że będą ilustracje! W tej dostrzegłam aż trzy! Otworzyłam i zamarłam w... Przeglądając książkę w poszukiwaniu ilustracji, tłumaczę siebie oficjalnie, że jestem wzrokowcem i lubię widzieć, by lepiej i dokładniej pamiętać. Ale tak naprawdę, w głębi duszy, kryje się we mnie dziecko, które gdy tylko zobaczy odmiennego koloru prążek w trzonie książki, piszczy (oczywiście w duchu) z zachwytu, że będą ilustracje! W tej dostrzegłam aż trzy! Otworzyłam i zamarłam w półgeście, bo ujrzałam taki oto szkielet człowieka z topografią złamań wszystkich kości, niektórych wielokrotnie, jednego z bohaterów opowieści o twardym życiu, twardych facetów.
Jęknęła we mnie miękka kobieta, bo empatycznie poczułam ból wszystkich zaznaczonych kości jednocześnie i przebijające się przez niego pytanie: jak taka osoba jak ja, która nigdy nie złamała sobie najmniejszej kosteczki, ani nie doświadczyła żadnej operacji z powodu nadmiernej ostrożności i unikania sytuacji ryzykownych, dla której nawet krzyk jest sytuacją traumatyczną, przebrnie przez to masakryczne i miażdżące ciało ekstremum?
Moje obawy okazały się nieuzasadnione, a przynajmniej autor tak zakamuflował humorem wszystkie sytuacje ścinające krew w żyłach, że całość opisanych wypraw i wydarzeń odebrałam jak udział w fascynującej przygodzie. Mimo że uczestniczyłam w arktycznej wyprawie psim zaprzęgiem, tłukłam się w żarze i pyle ponad tysiąc kilometrów przez pustynię Botswany takim samochodem, z którego koledzy autora mieli niezły ubaw.
Moczyłam się w Kanale La Manche (nazywanym przez autora w poczuciu angielskiej dumy i sprawiedliwości Kanałem Angielskim) , to pomimo wszystko, miałam wrażenie uczestniczenia w beztroskiej zabawie dużych chłopców, którym niewiele (poza pomysłem, często zwariowanym) potrzeba, żeby spakować torbę i wyruszyć w świat, stawiając czoło nowym wyzwaniom. A że autor jest jednocześnie prezenterem znanego, brytyjskiego programu Top Gear, pomysłów (zwłaszcza szalonych i niemożliwych do zrealizowania) i chęci nigdy nie brakowało. Bo przecież to nie żaden problem przepłynąć kanał z Anglii do Francji samochodem? "Byłoby super pojeździć sobie samochodem po wodzie, no nie?" – pyta autor. E…?! – tylko tyle wydusiłam z siebie zaskoczona. Otóż dla niego nie! I przepływa! No prawie… Najważniejsze, że przeżył! Ale nie życie i jego ochrona były tym, o czym myślał podczas całego tego survivalu. To miejsce niezmiennie zajmowała troska o najważniejszy męski organ, jakim jest… Tak, tak dokładnie ten! W podbiegunowym mrozie bał się, że mu zamarznie i trzeba będzie go skrócić albo, co gorsza, amputować zupełnie, o ile samoistnie nie odpadnie, a psy pociągowe tylko marzą o tym, aby wgryźć się mu w czułe miejsce. W Afryce, że odparzy się lub ugotuje na winylowej tapicerce rozgrzewanej do stanu płynnego przez tropikalne słońce. W czasie przekraczania afrykańskiej rzeki w bród, przypominał sobie o mini rybkach mogących go wyjeść od środka. O, o! – nie wiedziałam, że życie mężczyzny bez tych klejnotów rodowych traci aż tak na wartości, jeśli nie zupełnie! To ja się martwiłam o życie jego kolegów w tonącej amfibii, pozostawionych na pastwę morskiego żywiołu wśród wzburzonych fal, a on pewnie myślał o ewentualnym przeziębieniu i to na pewno nie gardła!
Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie napisała o jednej z najpiękniejszych scen romantycznych do jakich jest zdolny prawdziwy mężczyzna, z rodzaju tych twardych facetów, który w portfelu, obok fotografii żony i córki, trzyma miłości swojego życia – zdjęcia samochodów, a każdy z osobistym imieniem. O scenie, w której dowodzi czynem, a nie słowem, co tak w życiu naprawdę się liczy i jakie priorytety mu towarzyszą podczas „męskich zabaw”, gdy musi wybierać. Mężczyzna, który zamiast stać w korku, spowodowanym przez falę powodziową zalewającą tereny wokół, przebiera się w dres, ubiera buty sportowe, zakłada słuchawki na uszy, porzuca ukochany samochód i biegnie 30 kilometrów po kostki w wodzie, przez pustkowia spowite nocą do żony i córki, bo tej ostatniej obiecał być, jak tylko rano otworzy oczy. Ten bieg był najpiękniejszym wyznaniem miłości, a każdy krok utwierdzał mnie, że czasami nie potrzeba słów. Wystarczy pokazać. Takiemu jestem w stanie wybaczyć jego ryzykowną pasję, uzależnienie od adrenaliny, ekstremalne pomysły, niebezpieczną pracę, bo wiedziałabym, że odróżnia głupotę od odwagi, której bystrzejszą siostrą jest rozwaga, i który mówi: "kocham samochody, wręcz je uwielbiam. Ale równie dobrze mogę zostawić auto w rowie, i kontynuować drogę do domu, żeby zobaczyć się z rodziną…"
I takich twardych facetów daj nam Panie jak najwięcej.
Proszę.

pokaż więcej

 
2019-05-20 12:01:52
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Uroczysko (tom 2)

Kontynuację "Uroczyska" tym razem określiłabym jako komedię zwariowaną z delikatnym wątkiem romansowym, w której humor skrzy się z każdej strony kartki. To nie znaczy, że Majka miała w Malowniczem rajski żywot.
Otóż nie!
Ciężko było. Momentami bardzo ciężko, a nawet niebezpiecznie. Pensjonat nie przynosił dochodów jakich się spodziewała. Skrzywdzonych przez życie ludzi, miłosiernie...
Kontynuację "Uroczyska" tym razem określiłabym jako komedię zwariowaną z delikatnym wątkiem romansowym, w której humor skrzy się z każdej strony kartki. To nie znaczy, że Majka miała w Malowniczem rajski żywot.
Otóż nie!
Ciężko było. Momentami bardzo ciężko, a nawet niebezpiecznie. Pensjonat nie przynosił dochodów jakich się spodziewała. Skrzywdzonych przez życie ludzi, miłosiernie przygarnianych pod jej opiekuńcze skrzydła i dach domu, przybywało. Zwierząt również. A tym samym kosztów utrzymania całego dobrodziejstwa. Zimowa aura gór z grubą warstwą śniegu dostarczała niespodzianek a to w postaci zerwanych linii przesyłowych prądu, a to zepsutego ogrzewania, a to zaklinowania drzwi wejściowych nawianym śniegiem czy braku przejezdności dróg. W szkole, w której zatrudniła się jako polonistka, toczyła boje z dyrektorką. Godziła zwaśnione strony starych, miejscowych konfliktów, narażając się na nieprzewidziane zachowania wrogich obozów. Jednak radziła sobie z tym zwariowanym światem wykorzystując optymizm, dystans i wiarę w dobro tkwiące w każdym człowieku. To właśnie ci ludzie stali się dla Mai najważniejsi: córka, Czarek (nareszcie był romans!), przyjaciółka Jagoda, życzliwi sąsiedzi, lojalni znajomi, przygarnięci mieszkańcy pensjonatu. I gdyby na okładce książki kobiecą postać zastąpić choinką lub innym podobnym symbolem, stałaby się idealną świąteczną kartką-książką na czas Bożego Narodzenia. Bo oprócz śniegu, miłości, przyjaźni była również Wigilia dla samotnych mieszkańców miasteczka z choinką, bałwanem, gotowaniem potraw wigilijnych, życzeniami, a przede wszystkim najprawdziwszym aniołem Malowniczego, czuwającym nad szczęściem mieszkańców, wierzących w jego coroczne przyjścia pod postacią zwykłego, przeciętnie wyglądającego człowieka, za każdym razem innej profesji, czyniącego dla nich cuda.
Autorka potrafi stworzyć ciepłą opowieść o najważniejszych wartościach, które człowiek gubi, gdy jest mu dobrze, a przypomina sobie o nich, gdy jest mu źle. Ma jednak tendencję do przekraczania granic umiaru. W pierwszej części było to nagminne zdrabnianie imion bohaterów, które w części drugiej przeniosło się na rzeczowniki. Nie bez powodu też na początku użyłam określenia „zwariowana” . Dotyczy to nadmiernego humoru, który w dalszej części opowieści sprawiał wrażenie wymuszonego, a także nadużywania pojęć związanych z głupotą. Nie wytrzymałam ich zalewu i od pięćdziesiątej strony zaczęłam zaznaczać miejsca, w których ktoś jest odsądzany od zdrowych zmysłów, posądzany o głupotę i szaleństwo, nazywany wariatem, kretynem lub idiotą, kierowany na testy badające poziom inteligencji, podejrzanym o niepełnosprawność umysłową lub szwankowanie zdrowia psychicznego i wiele, wiele innych. Pełna paleta pojęć ze słownika języka polskiego, wyrazów obcych, trudnych, ważnych i bliskoznacznych. Na koniec otrzymałam kolorowy pióropusz.
Zawsze powtarzałam, że do głupoty nie wolno przyznawać się nawet w żartach, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto w to uwierzy w myśl zasady – kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą.
I wykrakałam! Znalazł się!
Na dodatek okazał się nim być Czarek, ukochany głównej bohaterki, podsumowujący jej całokształt zachowania takim zdaniem: "Majka, muszę się z tobą zgodzić, rzeczywiście jesteś walnięta."
A nie mówiłam?!
Co za dużo, to niezdrowo.

pokaż więcej

 
2019-05-20 12:00:05
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Uroczysko (tom 1)

Czytając tę powieść, nie wierzyłam, że taka historia, żywcem wyjęta z telenoweli brazylijskiej, jak to ujęła główna bohaterka, może być faktem. Że oto Majkę opuszczoną przez męża dla innej, młodszej, bez domu, bez oszczędności, za to z gigantycznymi długami, spotyka samo dobro tak z siebie, od niechcenia, przypadkiem, chociaż jechała w górzysty koniec Polski, by się tylko i najzwyczajniej z... Czytając tę powieść, nie wierzyłam, że taka historia, żywcem wyjęta z telenoweli brazylijskiej, jak to ujęła główna bohaterka, może być faktem. Że oto Majkę opuszczoną przez męża dla innej, młodszej, bez domu, bez oszczędności, za to z gigantycznymi długami, spotyka samo dobro tak z siebie, od niechcenia, przypadkiem, chociaż jechała w górzysty koniec Polski, by się tylko i najzwyczajniej z żalu upoić alkoholem do nieprzytomności i przez tydzień, przynajmniej jeden tydzień, nic nie czuć, o niczym nie myśleć i o nic się nie martwić.
Ale nie!
Oto nagle zjawili się, realnie łomocząc w drzwi, dobijając się ze swoim sercem na dłoni, ludzie, mieszkańcy Malowniczego, dobro wcielone, którzy jej na chwilowe stoczenie się na to zaplanowane dno nie pozwolili, angażując bohaterkę życiowego dramatu nie na własne życzenie, w małomiasteczkowe, bardzo absorbujące życie. A że obca była to i lżej przychodziło jej nawiązywanie dobrosąsiedzkich kontaktów, skupianie wokół siebie miejscowych, zdobywanie ich zaufania i akceptacji, ratowanie zwierząt oraz wpadanie w kłopoty całkowicie angażujące umysł i ciało. Bo po tych górach trzeba się było niestety nabiegać. Ale to bieganie, a zwłaszcza bieganie pewnego weterynarza za nią, tak bardzo ją zaaklimatyzowało, że postanowiła osiąść w domu, mającym w planach A zostać czasową meliną, a w ziszczonych planach B domem otwartym dla ludzi i ich problemów.
Taka książka-pocieszajka dla kobiet na życiowym zakręcie, opuszczonych nie tylko przez mężczyznę życia, ale i przez szczęście i nadzieję, gdyby nie wywiad z autorką, a w nim zapewnienie o prawdziwości części wydarzeń opisanych w tej powieści.
O! – pomyślałam w dużym skrócie. Jak to życie potrafi być literackie!
Nie nazwałabym jednak tej powieści komedią romantyczną. Humor narastał w niej stopniowo, by pod koniec osiągnąć poziom lekko przekraczający umiar, zwłaszcza w zdrabnianiu imion bohaterów. Nic a nic mnie to nie śmieszyło, zwłaszcza lekceważenie przystojnego weterynarza Czarka. Romantyzmu było… w ogóle go nie było! Bez budowania erotycznego napięcia, bez wewnętrznych rozterek kobiety bojącej się wejść w nowy związek z mężczyzną, nawet bez drobnych gestów-zwiastunów, że oto coś się powolutku rodzi, coś z tego będzie, że mają się ku sobie, by ni z tego, ni z owego w końcowej scenie całej historii, rzucić się sobie w ramiona, pozostawiając mnie w głębokim żalu, że tyle mnie ominęło. Tutaj poczułam się oszukana i lekko urażona. Chciałam się też obrazić, ale jak to tak… na książkę?
Ale jedno mogę przyznać. To na pewno jest książka „domowa”. O budowaniu więzi międzyludzkiej, o stwarzaniu nowego miejsca na ziemi dla siebie i dla córki, a przy okazji innych pogubionych dusz, o przyjaźni między kobietami pomagającymi sobie w trudnych chwilach. Czytałam ją w kuchni, sercu każdego domu, wśród garnków, patelni, ucierania dyni, cukru i gorącej herbaty z cytryną i miodem, by namacalnie, praktycznie poczuć czym jest ciepło domu (nie tylko budynku, ale i osób w nim zamieszkujących), o którym pisze. Nie wprost, nie nazywając go, nie dając prostych rad, ale tworząc klimat, do którego powstania potrzebny jest składnik człowieczego dobra, serca, pomocy, przychylności, bezinteresowności, a przede wszystkim miłości. To ona jest tym, co decyduje o uroku Uroczyska. Nowego życia w nowym miejscu dającego nadzieję na lepsze. Na kreatywne myśli, co mogę jeszcze zrobić zamiast "ile straciłam i jak boli".
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:57:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Z diabłem!
Oto moja odpowiedź na często zadawane pytanie: Z kim chciałabyś porozmawiać ze sławnych i znaczących?
Że co…, że grzech i bluźnierstwo? Że to już lepiej z samym Panem Bogiem?
Z Panem Bogiem rozmawiam codziennie i tę wersję wydarzeń znam aż za dobrze. A nie grzechem jest wysłuchać tylko jednej strony wydarzeń o początku świata i wydawać jednostronne wyroki, subiektywne oceny? Może...
Z diabłem!
Oto moja odpowiedź na często zadawane pytanie: Z kim chciałabyś porozmawiać ze sławnych i znaczących?
Że co…, że grzech i bluźnierstwo? Że to już lepiej z samym Panem Bogiem?
Z Panem Bogiem rozmawiam codziennie i tę wersję wydarzeń znam aż za dobrze. A nie grzechem jest wysłuchać tylko jednej strony wydarzeń o początku świata i wydawać jednostronne wyroki, subiektywne oceny? Może rewers tej historii wygląda trochę inaczej?
Że co mi to da? I że chyba uwierzyłam w poniższy w slogan umieszczony na tylnej okładce?
I tutaj mam cię ty drugie moje bojaźliwe ja, wiecznie sceptyczne alter ego. Wściekałeś się, gdy diabeł Lucian sam, z własnej woli i wyrafinowanej potrzeby, zaprosił na spotkanie Clay’a, a ten głupiec opierał się, uciekał, unikał, wątpił w swoje zmysły. Pragnąłeś jednak tych spotkań, tych opowieści o początkach świata. Chciałeś, żeby Clay również się do nich przekonał. Cieszyłeś się, gdy Lucian przybierając postać kobiety, dopiął swego. A kiedy mu się to udało, razem z Clay’em niecierpliwie wyczekiwałeś na wiadomość z terminem następnego spotkania, na telefon z godziną i miejscem kolejnej rozmowy. I mimo, że bałeś się jego autoagresywnych odruchów, gdy wyrywał sobie w emocjach włosy z głowy lub wbijał paznokcie w skórę do krwi, jego nieprzeniknionej głębi oczu z czającym się ruchomym cieniem za zamglonymi tęczówkami, to jednak słuchałeś go nadal zafascynowany zmiennością ciała, oblekanego w kolejne wcielenia ludzkie, jak w gotowe zestawy ubrań, zaskoczony detaliczną wiedzą o Clay’u, o jego poszukiwaniach sensu dalszego życia bez żony.
Że już to znałeś i upadek Lucyfera, i stworzenie raju, a potem ludzi? Że nihil novi?
Pewnie że tak! Miażdżąca większość ludzi zna tę historię z większymi lub mniejszymi różnicami w szczegółach w zależności od wyznania, ale odłóż na bok wiedzę. Skup się na uczuciach jakie zaczęły się budzić w tobie. Jak zmieniały się proporcje rozumienia i emocji, na korzyść tych ostatnich. Jak otwierałeś umysł na wiedzę przykurzoną rutyną i obciążoną symboliką. Jak zobaczyłeś to, co do tej pory postrzegałeś w innym świetle, z innej perspektywy, z innym ładunkiem emocjonalnym, by wreszcie mogło, zamiast nienawiści do złego diabła, pojawić się uczucie współczucia, niemal litości.
Że na własne życzenie doczekał się wiecznego potępienia?
A przypomnij sobie, ile razy ty na własne życzenie zasłużyłeś na odrzucenie Boga w swoim krótkim życiu? Ile razy ty okazałeś się złym człowiekiem? A diabeł odwrócił się tylko raz. Jeden, jedyny raz! To wtedy pojąłeś w pełni, dzięki temu kontrastowi, bezgraniczną, bezinteresowną miłość Boga do ciebie i pojęcie… piekła. To wtedy uświadomiłeś sobie potęgę i wyjątkowość skarbu jakim zostałeś obdarzony, a którego nie doceniasz w mowie, uczynkach i myślach. To wtedy zrozumiałeś dlaczego diabeł tak ciebie nienawidzi i niszczy twą duszę z taką zaciekłą zawziętością. I jak ludzkimi kieruje się w tej nienawiści motywami. Pamiętasz grozę tych słów podpartych świeżo uświadomioną sobie wiedzą, które wypowiadał patrząc Clay’owi prosto w oczy? Pamiętasz co jeszcze dodał? Że to historia o TOBIE!
Że od którego momentu!?
Nie naśladuj Clay’a w tym zadziwieniu. Od początku! Ale to też zrozumiałeś dopiero na końcu, kiedy Clay został sam na sam ze skończoną opowieścią i z upływającym czasem. A miał go niewiele. I twoje przerażenie, bo nie wiesz ile tobie go zostało. Czy zdążysz naprawić to, co bezmyślnie popsułeś, odbudować to, co beztrosko zburzyłeś, naprawić mosty tak lekkomyślnie spalone? Czy zdążysz powalczyć na tyle długo, by dorównać miłości Boga, jaką ciebie obdarza?
Że to niemożliwe?
Możliwe, przypomnij sobie jak diabeł narzekał na Hioba. Jak ten uparty człowiek psuł mu misternie ułożony plan. Trzeba tylko pamiętać o tym, czego dowiedziałeś się z tej powieści i przywołać emocje, jakie ona w tobie obudziła. Może nie w jedną noc i nie wszystko, ale na pewno zmieniła wiele.
Zaprzeczysz?

Tak też myślałam… Diabeł to bardzo dobry pomysł! Powiem więcej. Nie muszę go zapraszać. Jest wszędzie, nawet jeśli tego nie chcę.
I tak to sobie rozmawiałam z tym moim konserwatywnym alter ego w trakcie i długo jeszcze po przeczytaniu tej powieści, która pod postacią prostej historii przekazała w emocjonalny, niezwykle przystępny sposób podstawowe, a zarazem skomplikowane zagadnienie religijno-filozoficzne jakim jest walka dobra ze złem o duszę człowieka, która okazała się być daleka od tej powszechnie znanej, klasycznej.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:53:08
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Moje czytanie tej powieści uprzedziło swoiste motto-szantaż, którego fragment brzmiał:
"…Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu…"
Jak to? Przede mną więc powieść bez krzywego zwierciadła spojrzenia na rzeczywistość, tak cenionego przeze mnie w prozie tego pisarza? Moja nadzieja, że jednak może być inaczej, pozostała...
Moje czytanie tej powieści uprzedziło swoiste motto-szantaż, którego fragment brzmiał:
"…Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu…"
Jak to? Przede mną więc powieść bez krzywego zwierciadła spojrzenia na rzeczywistość, tak cenionego przeze mnie w prozie tego pisarza? Moja nadzieja, że jednak może być inaczej, pozostała więc w zapewniającej, ale jednocześnie pojemnej treści odpowiedzi – zrobię, co się da.
Autor podjął się więc piekielnie trudnego zadania. Sprostać prośbie kobiety, na której mu zależało, pozbyć się charakterystycznej, nierozerwalnej jak do tej pory cechy swojego stylu, zmierzyć się z kontrowersyjną legendą Jerzego Kosińskiego, mającej tyle samo zwolenników co przeciwników, a którego uczynił najważniejszą postacią tej opowieści oraz przeciwstawić się zniechęcającym pytaniom: co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć? , czy ktoś jeszcze go czyta?, czy ktoś będzie chciał o nim czytać? Przerażona tymi ograniczeniami z lekką obawą zaczęłam wkraczać w polsko-rosyjski świat amerykańskiego Nowego Jorku począwszy od oficjalnych, elitarnych przyjęć poprzez zwykłe, na które zwala się nowojorska hołota po piwnice nieoficjalnych, nocnych seansów sadomaso. Wiedziałam, że opis będzie wiarygodny, bo po pierwsze czytałam jego wcześniejsze książki, a po drugie sam przyznaje: "wiem co piszę, bo przepieprzyłem na takich przyjęciach dobrych parę lat". Dlatego w miarę czytania moje początkowe obawy znikały na rzecz coraz bardziej spójnego obrazu środowiska, w którym próbował odnaleźć się Dżerzi, jak mówili do niego przyjaciele. Na szczęście, nie otrzymałam jego prostego życiorysu, linearnej historii, odpowiedzi wprost na pytania dociekliwych dziennikarzy o tę prawdziwą przeszłość, o fałsz (genialnego dla mnie) "Malowanego ptaka", o plagiat "Wystarczy być", o pisanie pod dyktando CIA, o okoliczności przyjazdu do USA i wiele innych, próbujących dokonać wiwisekcji, prześwietlenia, przejrzenia na wylot człowieka, który nie mieścił się w amerykańskich normach i pojęciach. Nie otrzymałam też jednoznacznych ocen i osądów, bo jak opowiedzieć o osobowości zmiennej, dynamicznej, nieprzewidywalnej jak płomień świecy, wokół którego roją się owady-ludzie, czasami na własną zgubę, z których połowa mu zazdrości, a reszta nienawidzi lub uwielbia? O mężczyźnie, który był "piekielnie brzydki i piękny, dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny, bardzo sprytny i okropnie głupi, który ciągle coś albo kogoś udawał?" Autor pozostawił mnie z faktami, ze zdarzeniami, z relacjami naocznych świadków, z opowieściami w formie wspomnień, skojarzeń i dialogów osób mu bliskich lub mających z nim kontakt zupełnie przypadkowy. Dla mnie mrocznymi, dusznymi, pełnymi koszmarów, lęków, obaw, uzależnień od ludzi, nałogów, wszechobecnego, obsesyjnego? seksu, przygniatającego dziedzictwa przeszłości, wiary w przypadek, pogardy dla pewności zwiastującej nudę i śmierć, płynięcia z nurtem życia i desperackiego szukania w bólu egzystencjalnym swojego miejsca , wartości, tożsamości, sensu życia, "wdrapania się za wszelka cenę na sam szczyt, podpierając się prawdą i nieprawdą, by zaistnieć, rozświetlić NOC. I w życiu, i w pisaniu."
Z takim mrokiem w duszy, ścigającymi go demonami z przeszłości i współczesnym światem biznesu rządzącym się swoimi prawami pozwolił, żeby te prawdziwe i te wymyślone "pewnej nocy otoczyły go w wannie na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy ciasnym kręgiem", nie pozwalając mu żyć dalej.
Z tych skrawków jego życia opowiedzianych przez innych, złożyłam obraz człowieka zagubionego, wielkiego mistyfikatora. Małego chłopca zmuszonego do wyparcia się własnej tożsamości, do kłamstwa, dającego mu szansę na przeżycie Holokaustu, a potem dorosłego człowieka, który tej metody na przeżycie nie potrafił?, nie chciał?, nie mógł? już porzucić, pozwalając tym samym, aby Hitler dokończył to co zaczął piórami dziennikarzy, by wykonali egzekucję z odroczonym wyrokiem skazującym. Obraz nakreślony w mistrzowski sposób, którego tak trudną do uchwycenia dynamikę autor osiągnął nie tylko poprzez prozę, ale i wplecione wstawki fragmentów dramatu oraz elementy charakterystyczne dla scenariusza filmowego. Obiektywizm w ocenie i nieuchwytność osobowości Jerzego Kosińskiego poprzez wielogłos osób opowiadających o nim. Subiektywizm poprzez wewnętrzny monolog bohatera z samym sobą. Pozostając przy tym, ku mojej przyjemności, cynicznym facetem przynajmniej w tych fragmentach dotyczących samego siebie.
Lubię prozę Janusza Głowackiego, ale najwyżej ceniłam sobie do tej pory jego dramat Antygona w Nowym Jorku tak dobrze zagrany przez Jerzego Trelę, Jana Peszka i Annę Dymną. Teraz obok niego stawiam "Good nihgt, Dżerzi".
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:49:41
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Co takiego musiało wydarzyć się w moim życiu, że zaczęłam się zastanawiać nad moim postępowaniem i uczynkami wobec innych ludzi? Ciężka choroba? Tragedia rodzinna? Pewność nadchodzącej śmierci? Zemsta skrzywdzonego? Niechcący podsłuchane opinie na mój temat? Wyrzuty sumienia?
Nie.
To ta książka.
Głównemu bohaterowi nie przydarzyło się nic z wymienionych przeze mnie powodów. Jego spotkała...
Co takiego musiało wydarzyć się w moim życiu, że zaczęłam się zastanawiać nad moim postępowaniem i uczynkami wobec innych ludzi? Ciężka choroba? Tragedia rodzinna? Pewność nadchodzącej śmierci? Zemsta skrzywdzonego? Niechcący podsłuchane opinie na mój temat? Wyrzuty sumienia?
Nie.
To ta książka.
Głównemu bohaterowi nie przydarzyło się nic z wymienionych przeze mnie powodów. Jego spotkała znacznie bardziej szokująca sytuacja. Dowiedział się z gazety, że nie żyje. Przeczytał w niej własny nekrolog, a zaraz potem komentarze w Internecie na swój temat, z których wyłaniał się obraz człowieka jakiego nie znał. Potwora. Zimnego, wyrachowanego drania, "którego obchodziła jedynie forsa. Motywował go wyłącznie zysk, nieważne, jakim czy czyim kosztem", z mottem życiowym: "Pożerasz, albo zostajesz pożarty."
Był w szoku.
Jedyną osobą go broniącą okazała się, jak na ironię, własna żona, „błąd życia” jak posumował ukochaną niegdyś osobę i wspólne lata małżeńskie w trakcie negocjacji rozwodowych.
Chciał to zmienić.
Motyw znany z „Opowieści wigilijnej” Dickensa, czego autor nie ukrywa. Wspomina o tej inspiracji we wstępie: "Chciałem napisać prawdziwie bożonarodzeniową opowieść o odkupieniu, o człowieku, który zamienia się w skruszonego, pełnego pasji człowieka, odkrywającego w swoim sercu miłość do ludzi."
I udało mu się to.
Ale gdyby swoją opowieść ograniczył tylko do tego celu, pozostałaby we mnie słodka historia odstawiona na półkę z napisem „Przeczytane, zapomniane”, dająca poczucie spełnienia, uśpienia sumienia, upewnienia mnie, że tylko ja jestem dobra i dobrze postępuję i na pewno nic złego nikomu nie zrobiłam tak, jak James Kier.
Gdyby nie pewna kartka.
Umieszczona dyskretnie na końcu książki, tuż po ostatniej stronie powieści, z wypunktowanymi, pustymi miejscami.


Taaaak. I już wiem, że nie będzie to takie proste, bo w tej książce autor udowodnił, że są rzeczy, których się nie odkupi, nie naprawi, nie zrekompensuje: nie odda marzeń, życia, czasu, zdrowia, a przede wszystkim wiary w ludzi i zaufania do nich. I że muszę sobie zadać jedno pytanie tak, jak bohater powieści, zanim zacznę układać listę nazwisk: Czy chcę zmienić opinię o sobie czy siebie?
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:47:47
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Upadli [Jaguar] (tom 1)

Lubię przyjemne niespodzianki. Jedną z takich sprawiła mi moja zaprzyjaźniona młodzież. Przyszła, wyjęła z torby i krzyknęła mi nad uchem: niespodzianka!!! Uniosłam głowę, żeby zobaczyć kto się tak wydziera, dlaczego i jak może z samego rana, prosto w ucho i… zamarłam z rozchylonymi ustami, które powoli rozciągnęły się w anielskim uśmiechu. Po tym jak rozczytywałyśmy się w "Szeptem"... Lubię przyjemne niespodzianki. Jedną z takich sprawiła mi moja zaprzyjaźniona młodzież. Przyszła, wyjęła z torby i krzyknęła mi nad uchem: niespodzianka!!! Uniosłam głowę, żeby zobaczyć kto się tak wydziera, dlaczego i jak może z samego rana, prosto w ucho i… zamarłam z rozchylonymi ustami, które powoli rozciągnęły się w anielskim uśmiechu. Po tym jak rozczytywałyśmy się w "Szeptem" Becki Fitzpatrick, w oczekiwaniu na tom drugi Crescendo w styczniu, czekałyśmy również w międzyczasie na Nefilima, odliczałyśmy miesiące, a potem dni uruchamiając kontakty aż w Poznaniu, żeby mieć go w naszym pięknym zakątku kraju, ale zapomnianym przez Empik i nie tylko, już, tuż, natychmiast po premierze.
I oto był! Piękny! Z prawem do pierwszoczytania!
Kochana ustąpiła mi miejsca w czytelniczej kolejce. Z radością przyznała mi ten przywilej. To z jej strony najwyższy akt poświecenia. Odłożyłam książkę na bok, planując rozpoczęcie w późniejszym, spokojniejszym czasie sam na sam. Ale okładka kusiła – przejrzyj mnie tylko… i… dopięła swego. Zaczęłam kartkować i nie wiem kiedy przeczytałam scenę prologu. Oj działo się już na tym początkowym etapie. Głosy w głowie uciekającego nastolatka, gdzieś w lesie, pod ołowianym niebem wieczoru, wśród kakofonii ostrzegających krzyków wokół zdezorientowanego chłopaka – Uciekaj! Ukryj się! Oni nadchodzą! Nadchodzą!! A potem bunt, odrzucenie ostrzeżenia i… śmierć!
Unoszę głowę i napotykam wyczekujące spojrzenie, rozszerzonych ciekawością oczu i natychmiastowe pytanie – I jak?! Ciekawie i śmierrrtelnie – odpowiadam szeptem. I zaraz zatapiam się w świat amerykańskiej szkoły z metalowymi szafkami (moje niespełnione marzenie z lat licealnych) na korytarzu, w Lynn gdzieś w Massachusetts, do której uczęszcza główny bohater Aaron Corbet. Osiemnastolatek wychowywany w rodzinie zastępczej, sprawiający problemy (ciepło, ciepło), wysoki (o!), ponury brunet (oo!), przystojny (ooo!), żyjący we własnym świecie (bardzo dobrze!) z obniżoną samooceną (nie wierzę!), mający koszmarne sny, psa Gabriela i taką jedną brazylijską piękność na horyzoncie uwagi o imieniu Vilma ( niech mu będzie!). Dalej nie dało się czytać, bo od jakiegoś czasu przerywało mi (wrrrr!) monotonne i natarczywe – I jak? I jak!? I jak!!?
Suuuuper! – odpowiedziałam – Jest wszystko co tak lubimy: samotny przystojniak z mroczną przeszłością i trudnym, introwertycznym charakterem, Vilma najładniejsza (e tam, nie widział nas!) i najlepiej ucząca się dziewczyna w szkole, ich nadzieja (nasza też, nasza też!), że coś z tego będzie (no musi!), zarys powoli wykluwającej się tajemnicy i zapowiedź zdarzeń, których finał zastanie nas bladym świtem (ostatecznie o drugiej w nocy), żeby móc potem licytować się, która bardziej jest przez tę „niedobrą” książkę niewyspana i ma z tego powodu wyjątkowo pod górkę z rażącym światłem po oczach w dzień. Po czym zazdrośnie zatrzasnęłam książkę przed jej nosem dodając – Jutro tobie oddam!
Mogłam oddać już po trzech godzinach, gdyby nie chęć napisania o niej paru słów. Już na spokojnie, schowana przed światem i oczywiście z górą słodyczy pod ręką.
Opowieść o Aaronie zaczyna się spokojnie, gdyby nie niepokojące sny o aniołach zabijających dzieci, nocne, męczące wizje tak bardzo kłócące się ze znanymi mu dotychczas wyobrażeniami o nich, oślepiający ból głowy, po którym posiadł umiejętność rozumienia i mowy języków obcych i kloszard (tylko pozornie), który nazwał go niezrozumiałym określeniem – Nefilim. Początkowo szukał pomocy u swojego psychologa. Na jego miejscu też bym pomyślała, że albo mam guza w mózgu, albo zwariowałam. Ale nadprzyrodzone zdolności zaczęły się pojawiać w coraz innych, zaskakujących postaciach i okolicznościach, a psycholog (jedyna osoba mogąca pomóc) zginął w dwuznacznych okolicznościach. Dłużej nie mógł i nie miał siły opierać się faktom, które bombardowały go z każdej strony. Przestając bronić się przed prawdą o sobie, poznał swoją drugą naturę ukrytą w ciele człowieka. Teraz pozostało tylko pozwolić się jej wykluć, wydostać, ujawnić w pełnej postaci. Ale to nie przyniosło mu ani ulgi, ani łatwiejszego życia. Miał wrogów. Potężnych. Chcących zabić jego niebiańską moc skąpaną w smrodzie ludzkich podrobów, a to wiązało się z zagrożeniem bezpieczeństwa również jego przybranych rodziców i młodszego brata oraz ukochanej Vilmy. Życie postawiło go przed egzaminem, od którego wyniku zależało nie tylko jego życie i życie najbliższych, ale losy przymierza Boga, ludzi, Nefilimów i aniołów.
I mimo, że podobnych powieści o podobnym schemacie bohaterów i fabuły pojawiło się wiele, to ich kolejne warianty, wersje i odmiany zdobywają swoich czytelników, którym nigdy nie znudzi się świat istot innych niż ludzie. Ta historia taka właśnie jest. Po raz kolejny pozwala zanurzyć się po czubek głowy w nierealnym świecie magii, aniołów, słabego fizycznie, ale mocnego duchem człowieka i porywającej, trzymającej w napięciu walki dobra ze złem.
Jest jeszcze jedna korzyść. Nie muszę słuchać radia Zet, żeby mieć wspólny temat z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Wystarczy poczytać książkę, która ją ekscytuje, by móc potem zachwycać się, wzruszać, analizować, kłócić, robić sobie niespodzianki, piszczeć z zachwytu tupiąc nogami, czując w sobie, gdzieś głęboko nadal tkwiącą we mnie nastolatkę.
Piękne!
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:45:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Kiedy małemu dziecku jest źle, a wychowujący go świat niezrozumiały i wrogi, zaczyna fantazjować. Tworzyć równoległą rzeczywistość rekompensującą mu niedostatki otoczenia realnego. Dorosła kobieta, która czuje się jak to dziecko, ale w świecie mężczyzn, w którym przyszło jej żyć, zajmująca w nim niższy szczebel społeczny, całkowicie zależna od norm ustanowionych przez ojców, braci i mężów,... Kiedy małemu dziecku jest źle, a wychowujący go świat niezrozumiały i wrogi, zaczyna fantazjować. Tworzyć równoległą rzeczywistość rekompensującą mu niedostatki otoczenia realnego. Dorosła kobieta, która czuje się jak to dziecko, ale w świecie mężczyzn, w którym przyszło jej żyć, zajmująca w nim niższy szczebel społeczny, całkowicie zależna od norm ustanowionych przez ojców, braci i mężów, nieszczęśliwa w swym uzależnieniu i bezwolności, pisze książkę. Nie księgę pretensji, zażaleń, lamentów i skarg na trudne, wręcz niewolnicze życie kobiet w Iranie, ale powieść niezwykłą, w której świat realny przeplata się ze światem magicznym. Baśń dla dorosłych kobiet, sióstr w niedoli, ale również ku uwadze mężczyzn. Jej głównymi bohaterkami czyni kobiety z różnych środowisk: Mahdocht tęskniącą za wolnością, zgwałconą Faezeh rozczarowaną swoją niekorzystną uległością wobec nakazów bez przyszłości na obiecaną nagrodę, Munes zamordowaną przez brata w imię jej cnoty, piękną Farrochlagha żyjącą od ponad 30 lat w znienawidzonym małżeństwie i z przekleństwem urody oraz prostytutkę Zarrinkolah tęskniącą za miłością niekoniecznie męską, ale taką zwykłą, człowieczą. Każda na swój sposób skrzywdzona przez mężczyzn i z uzasadnionym powodem, by chcieć żyć niezależnie, swobodnie, świadomie, z prawem do wiedzy, do miłości, do samostanowienia, do możliwości wyboru własnej drogi zawodowej i osobistej, do bycia obywatelką świata. Każda z nich gotowa wkroczyć w świat magii by iść i szukać wiedzy, samej znaleźć odpowiedź, samej zrozumieć, mając dosyć bycia okłamywaną i traktowaną przez całe życie jak głupią, nierozumną krowę – w ujęciu rozgoryczonej Munes. Na takie zachowanie w świecie rzeczywistym stać niewiele kobiet. Zawsze kończy się to ostracyzmem społecznym, szaleństwem, a nawet samobójstwem. Pozostaje więc tylko świat ułudy i marzeń, świat bez mężczyzn, w którym kobiety realizują płynące prosto z serca pragnienia: bycia drzewem rozsiewającym nasionka poczucia wolności w każdym zakątku ziemi, nieśmiertelności dającej możliwość wymierzenia kary mordercy, niezamierzonego zabójstwa doskonałego uwalniającego z małżeńskich kajdan, doświadczenia miłości tej matczynej i tej ze strony mężczyzny kobiecie upadłej, odnajdującej w sobie światło tworzenia. Bycia po prostu CZŁOWIEKIEM.
I mimo, że opowieść raziła mnie prostotą zachowań bohaterów, zbyt szybkiego zadośćuczynienia, łatwością wymierzania kary oraz brakiem takiej poetyckości magicznej warstwy opowieści jakiej doświadczyłam we "Fruwającej duszy" Yoko Tawady, to mogę postawić ją obok takich tytułów, jak "100 lat samotności" Gabriela Garcii Marqueza, jako kolejnej powieści wykorzystującej realizm magiczny do uczynienia świata znośniejszym, lepszym, przyjaźniejszym dla wszystkich ludzi bez względu na płeć, wiarę, rasę, pochodzenie społeczne czy światopogląd. Zwłaszcza, że odwaga wydania tej książki-krzyku zniewolonych kobiet Iranu kosztowała autorkę pobyt w więzieniu.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:43:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Uwielbiam takie książki!
Wieloaspektowe w swoim przesłaniu, wielopoziomowe w ukazywaniu wyłuskiwanych z szarości życia problemów, zmuszające do kojarzenia i analizowania wątków rozproszonych, a jednak powiązanych ze sobą, do myślenia długo po odłożeniu książki i wreszcie skłaniające do autorefleksji, do osobistego rachunku sumienia. Bo i podstawa, na bazie której powstała ta powieść, chociaż...
Uwielbiam takie książki!
Wieloaspektowe w swoim przesłaniu, wielopoziomowe w ukazywaniu wyłuskiwanych z szarości życia problemów, zmuszające do kojarzenia i analizowania wątków rozproszonych, a jednak powiązanych ze sobą, do myślenia długo po odłożeniu książki i wreszcie skłaniające do autorefleksji, do osobistego rachunku sumienia. Bo i podstawa, na bazie której powstała ta powieść, chociaż można też o niej powiedzieć zbiór opowiadań, jest nie byle jaka. To siedem grzechów głównych, scalających wszystkie opowiadania w jedną całość, tworząc pełen humoru obraz współczesnych Kubańczyków gdzieś w Hawanie przy przekornie brzmiącej ulicy Szczęście między Nadziei i Przyszłości i ich życia w socjalistycznej ojczyźnie.
Brzmi groźnie, ale i ciekawie.
Każde z opowiadań jest kolejno rozrachunkiem sumienia z jednym grzechem: łakomstwem, gniewem, lenistwem, chciwością, rozwiązłością, zazdrością i pychą. Swoistą diagnozą jego przyczyny, sposobem popełnienia i mechanizmem działania ze skutkiem końcowym, czasami ostatecznym w wymiarze życia lub wolności, dla głównego bohatera. I chociaż ukazane od strony jednego, za każdym razem innego bohatera go popełniającego, to jednocześnie wiedziałam, że jest przedstawicielem wielu jemu podobnych, że nie jest odosobnionym przypadkiem, że można go utożsamić z cechą charakterystyczną Kubańczyków. Myliłam się jednak licząc na krytykę, potępienie i samobiczowanie.
Otóż nie!
Autor daleki był od oceniania, podsumowań i samosądów. Wręcz przeciwnie. Nie stawiał gotowych wniosków, nie moralizował, uważając, że "dosadność byłaby największym aktem pychy pisarza, którego nie obchodzi polityka". Pozostawił więc mnie sam na sam z wiedzą, a nawet konkretnymi faktami, w formie anegdot (smutnych w swojej śmieszności) i krótkich historii nawiązujących do grzesznej tematyki, przytaczanymi jako ilustracje z życia wzięte przed każdym rozdziałem.
I dobrze! Jestem mu za to wdzięczna.
Mogłam sama zrozumieć, rozważyć i wybaczyć staruszce Clodmirze śmierć z przejedzenia, bo wiedziałam czym jest niedosyt towarów niedostępnych na Kubie. Lisandrze prostytuowanie się, by móc utrzymać rodzinę. Gniewną wściekłość Eleuterio wynikającą z bezradności i bezsilności wobec egzystencji na granicy wegetacji, bez widoków na stabilną przyszłość, w której stały dostęp do prądu i wody będzie normą. Chciwość przedsiębiorczej Nieves lepszego życia niż to, które oferuje jej socjalistyczna gospodarka. Mogłam też zrozumieć, ale nie wybaczyć zazdrości Glendy, że ktoś może mieć lepiej, więcej, łatwiej nawet jeśli sprawił to ślepy los. Pychy Diega w dążeniu do władzy. Lenistwa Roberta, którego skutki obciążały nie tyle ich sprawcę, co ludzi zupełnie postronnych.
Ale czy można przyczynę skłonności schodzenia na złą drogę narodu kubańskiego upatrywać tylko w ustroju państwa, w którym przyszło im żyć? Z powodzeniem mogłam ten grzeszny szablon przyłożyć do narodu polskiego i zastanowić się nad naszymi polskimi wadami, z których na pierwsze miejsce wysunęłabym zazdrość. Różnica polega tylko na źródłach przyczyn grzesznych zachowań, których usunięcie wcale nie kładzie kresu dalszym wyborom złych dróg postępowania.
Mogę wreszcie ten szablon przyłożyć również do własnego sumienia. Pod każdym tytułem kolejnej historii autor umieścił dyskretną, jednowyrazową, przewrotną dedykację zachęcając czytającego do wyboru, do przyporządkowania jej sobie Ta przeznaczona dla mnie brzmiała: łakomym. Tak, tak… biję się w pierś i przyznaję: mea culpa – jestem łakoma na książki i słodycze. Pierwsze sobie wybaczam, drugiego nie potrafię. Zupełnie jak Clodmira. Tyle, że ona jadła z braku dostępu do słodkiego raju, a ja z łatwej do niego dostępności.
Tak, uwielbiam takie książki, które prowadzą mnie od Kuby do Polski, od jednostki do narodu, od braku do nadmiaru, od grzechu do rachunku sumienia, od świata w książce do świata mojego umysłu i serca.
Ale, ale… czy nie jestem w tym tekście zbyt pyszna?
Mam taką samą nadzieję, jak autor po napisaniu swojej książki, że nie.
Chyba.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:40:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Są takie zawody, o których codzienności się nie opowiada, a jego wykonawcy sami o sobie mówią – cisi słudzy. Cisi dopóty, dopóki nie powstanie taki film jak Kości i nie rozsławi pracy antropologa sądowego. Nie oglądałam żadnego odcinka popularnego obecnie serialu, ale z wagą tej bardzo rzadkiej i ważnej społecznie profesji spotkałam się po raz pierwszy w książce Wojciecha Tochmana "Jakbyś... Są takie zawody, o których codzienności się nie opowiada, a jego wykonawcy sami o sobie mówią – cisi słudzy. Cisi dopóty, dopóki nie powstanie taki film jak Kości i nie rozsławi pracy antropologa sądowego. Nie oglądałam żadnego odcinka popularnego obecnie serialu, ale z wagą tej bardzo rzadkiej i ważnej społecznie profesji spotkałam się po raz pierwszy w książce Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła", która opowiadała o pracy antropolożki doktor Ewy przy ekshumacji zbiorowych mogił pomordowanych Serbów, przywracając im tożsamość, a rodzinom najbliższych oraz możliwość ich godnego pochówku. Potem oglądałam jeszcze film dokumentalny poświęcony jej pracy, którego tytuł niestety uleciał z mojej pamięci. Kiedy więc ze wstępu zorientowałam się , że oto mam w ręku bezpośrednią relację, a potem jak się okazało, ciekawą, ale i wzruszającą (tak, tak!), opowieść o życiowej pasji jednej z czołowych antropolożek w USA, wiedziałam, że dopełni ona mój obraz tego mało znanego zawodu. Zawodu również hermetycznego, o którym się nie mówi, nie pisze, nie promuje w mediach, bo na co dzień obcującego z makabrycznymi wydarzeniami przedśmiertnymi i nie mniej przerażającymi ich skutkami, naruszającego tabu ciała człowieka zmarłego, podważającego jego godność pośmiertną, powszechnie przyjęte w kulturze prawo do nietykalności i spokoju.
Autorka mając tego świadomość, zanim zaczęła opowiadać o swojej pracy, szczególną uwagę poświeciła przełamaniu moich dotychczasowych schematów myślenia. W delikatny sposób oswoiła ze zwłokami, z ludzkimi kośćmi, z podstawowymi procedurami postępowania z martwym ciałem, pozornie dziwnymi i niestosownymi zachowaniami osób pracujących przy zwłokach, by wytłumaczyć ich konieczność i niezbędność do osiągnięcia jednego celu – ustalenie tożsamości znalezionego ciała, szkieletu lub tylko fragmentu tkanek miękkich, a w konsekwencji znalezienie sprawcy przestępstwa. Opowiedziała o trudnej drodze do biegłości w zawodzie, latach mozolnej nauki teoretycznej i praktycznej, pokorze wobec doświadczenia starszych kolegów i zawodów pokrewnych, o cechach osobowości niezbędnych do jego wykonywania. I wreszcie o jednej, bardzo ważnej rzeczy – o pasji. Niezbędnym elemencie scalającym w jedną, pożądaną osobowość: wiedzę, umiejętności i predyspozycje. Czułam ją w jej przepojonych emocjami opowieściach o Farmie Umarłych, jedynym ośrodku na świecie badającym proces rozkładu armii zwłok leżących na ziemi, pod gołym niebem na kilku hektarach powierzchni, naukowej metodzie pozwalającej precyzyjnie określić czas śmierci, o wyczerpującej psychicznie i fizycznie pracy na zgliszczach bliźniaczych wież World Trade Center w Nowym Jorku, o identyfikacji zwłok członków sekty Davida Koresha, o morderstwach i ludziach sprzed kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, spalonych, rozczłonkowanych, utopionych, nadjedzonych przez owady lub większe zwierzęta. I mimo, że opisywane sceny były makabryczne (autorka nie oszczędzała nawet mojego zmysłu powonienia!), to właśnie ta pasja karmiona ciekawością i pragnieniem zadośćuczynienia ofierze, wyrażająca się upartym dociekaniem, szukaniem dróg rozwiązań poprzez logikę rozumowania, podejmowaniem ryzyka w skrajnie trudnych warunkach w terenie, uporze w drobiazgowym zbieraniu materiałów dowodowych przypominających dosłownie pracę Kopciuszka (przesiewanie popiołu i piachu w poszukiwaniu odprysków kostnych i zębów, bo tylko tyle zostało ze spalonego ciała) i wreszcie w cierpliwości w sklejaniu wszystkich elementów układanki w jedną całość, będącą upragnioną odpowiedzią rozwiązywanej zagadki, przynoszącej ulgę rodzinom poszukiwanych, zaginionych lub zamordowanych, porwała mnie całkowicie.
W połowie książki czułam to samo zaangażowanie emocjonalne co autorka, kiedy dostawała miskę pełną zakrwawionej brei ze zmiażdżoną czaszką w środku. Czułam ten sam dreszcz emocji i nieodparty przymus odpowiedzi na pytanie: co znajdziemy w środku, do kogo należała głowa, ile wydobędziemy elementów całości, jak posklejamy poszczególne kawałki tych swoistych, przestrzennych puzzli i najważniejsze – kim jest ofiara? Było mi ciut łatwiej, bo to ona musiała grzebać w mazistych, śmierdzących szczątkach. A kiedy jeszcze odkryłyśmy dziurę po kuli, miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia razem z Emily, bo znalazłyśmy dodatkowo cenną odpowiedź: JAK zginęła ofiara! Porwała mnie ta kobieta! Złapałam bakcyla, zrozumiałam na czym polega wyjątkowość tego zawodu. Mogłabym być w drugim życiu antropolożką sądową.
Mogłabym, gdyby nie… dwa aspekty tego zajęcia.
Pierwszy to aspekt etyczny. Aby zostać bardzo dobrym antropologiem trzeba przejść (przynajmniej w Ameryce) przez etap doświadczeń na zwierzętach. To mnie dyskwalifikuje. Wiem, bo w początkach mojej kariery zawodowej poddałam się już na etapie sekcji żywej dżdżownicy. Poległam.
A drugi to aspekt psychologiczny. Jeśli podczas czytania tej książki kilka razy opowiadane historie zaszkliły mi oczy, to bezpośredni kontakt z tak dużą dozą śmierci, zwłaszcza w przypadku bestialskich morderstw na dzieciach, złamałby mnie psychicznie.
Nie znaczy to, że ludzie wykonujący ten zawód z czasem stają się beznamiętnymi robotami, cyborgami z zamrożonymi uczuciami. Nie. Jak sama autorka mówi: "Za każdym razem gdy mam do czynienia ze zmasakrowanymi ciałami ofiar, zostaję wciągnięta w wir morderczej nienawiści", którą czasami przekuwała na skuteczność działania, a czasami, dając upust nagromadzonym emocjom, wypłakiwała swoją bezsilność w poduszkę. Ale to co odróżnia jej osobowość od mojej, to niezwykła regeneracja psychiczna w permanentnie ekstremalnych warunkach do dalszego działania, umiejętność myślenia po chwili załamania, co zrobi zaraz potem.
Od tej pory antropolodzy dla mnie to nie są brudni, zmęczeni, smętnie grzebiący w ziemi ludzie z miotełkami w ręku, ale bohaterowie. Za każdym razem, kiedy media podadzą tożsamość denata, którego wcześniej nikt nie znał, będę wiedziała, kto jest twórcą tego sukcesu.
Zdejmuję czapkę z głowy i chylę czoło w niskim ukłonie.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:38:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dzieci przemocy (tom 3)

Trzecia część cyklu Dzieci Przemocy nie powinna być dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, że Martha po odejściu od męża i rezygnacji z roli żony i matki, całkowicie odda się polityce. Energicznemu budowaniu wraz z przyjaciółmi komórki partii komunistycznej w miasteczku.
A jednak była i to potrójnym.
Pierwszą niespodzianką był mój opór i niechęć do przełamania własnych, negatywnych doświadczeń z...
Trzecia część cyklu Dzieci Przemocy nie powinna być dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, że Martha po odejściu od męża i rezygnacji z roli żony i matki, całkowicie odda się polityce. Energicznemu budowaniu wraz z przyjaciółmi komórki partii komunistycznej w miasteczku.
A jednak była i to potrójnym.
Pierwszą niespodzianką był mój opór i niechęć do przełamania własnych, negatywnych doświadczeń z ustrojem socjalistycznym. Przykre odczucia pojawiały się za każdym razem na widok wyrazów tak znienawidzonej przeze mnie „czerwonej” nomenklatury języka propagandy: komunizm, komunista, reakcjoniści, partia socjalistyczna, samokrytyka, Armia Czerwona, uciśnione masy pracujące, towarzysze, marksistowska analiza, kapitalistyczny reżim i wielu, wielu podobnych. Opisów socjotechnicznych mechanizmów manipulacyjnych stosowanych w pracy ideologicznej z ludźmi. Tak pusto brzmiących dla mnie haseł politruków i wreszcie ślepotę bezkrytycznie zaangażowanych w ideę ludzi. Chociaż tych ostatnich było mi raczej żal. Miałam wrażenie, że czytam jakąś propagandową książkę z lat 70. Na szczęście zwyciężyła ciekawość. Znałam efekt końcowy życia w państwie socjalistycznym, ale chciałam poznać narodziny ruchu poza Europą, mechanizmy go zaszczepiające w odmiennych warunkach geograficznych (ile razy upał miał wpływ również na temperaturę przebiegu zebrań!), gospodarczych i politycznych, sposoby wpływania na świadomość zróżnicowanej i podzielonej miejscowej społeczności, sposoby forsowania i samą walkę tworzenia partii od podstaw na zupełnie nowym, afrykańskim gruncie. I muszę przyznać, że nie było łatwo. Powieść faktycznie przypominała cierpienie i ból towarzyszący porodowi z jego odpływami-porażkami i ponownymi zrywami-walkami o istnienie i przetrwanie partii. Werbowanie nowych osób, których rotacja wynikająca z sytuacji politycznej kraju i świata, uniemożliwiała stały skład i pracę nad świadomością jej członków. Antagonizmy społeczne na tle rasowym, bo przecież "w Anglii można sobie być socjalistą, ale tu to oznacza podważanie supremacji białych". Rozłamy wewnątrzpartyjne będące echem stalinowskiej, negatywnej polityki przeciwko trockistom. Podziały klasowe i ideologiczne wśród społeczności białych. Osobiste, egoistyczne rozgrywki personalne między przywódcami i członkami partii. Nieadekwatna, niezrozumiała, wręcz wywołująca żarty i śmiech, nieprzystająca polityka Związku Radzieckiego do warunków społeczno-politycznych w afrykańskich krajach kolonialnych. To wszystko przytłaczało mnie, deprymowało, a jednocześnie wzbudzało podziw dla umiejętności pokazania przez autorkę całej złożoności sieci zależności obserwowanego przeze mnie zjawiska, od strony uczestniczących w nim biernie lub czynnie poszczególnych członków.
A w tym politycznym zamęcie, burzy walki ideologicznej o każdy umysł – odsunięta na dalszy plan Martha. I to było dla mnie drugim zaskoczeniem. Miejsce głównej bohaterki całkowicie zajęła grupa polityczna, do której należała. Zawiodłam się na Marcie. Moje oczekiwania, że teraz nareszcie zacznie się realizować, rozwijać, osiągać stawiane cele, podążać wytyczonym szlakiem korzystając w pełni z odzyskanej z takim trudem wolności, zostały niespełnione. Ku mojemu rozżaleniu, a nawet złości, Martha jeden rodzaj niewoli zamieniła na inny. Od tej pory to partia rządziła jej życiem, wypełniając każdą, wolną od pracy zarobkowej, minutę jej życia zgodnie z zasadami dobrego komunisty. To partia określała jej poglądy, nie dopuszczając do umysłu jakiejkolwiek myśli krytycznej, nawet jeśli po drugiej stronie barykady stał jej przyjaciel, mentor myśli socjalistycznej z lat dziewczęcych. A już całkowicie popadłam w rozpacz, kiedy postanowiła z rozsądku, w celu ratowania z opresji partyjnego kolegi, wyjść za niego za mąż! I tak na własne życzenie, znalazła się w punkcie wyjścia, a raczej w jej gorszej wersji – nie tylko w klatce małżeńskiej, ale i partyjnej. Znając Marthę, a zdążyłam się już z nią dosyć blisko zaprzyjaźnić, z łatwością mogłam przewidzieć, z wyprzedzeniem kolejnych 100 stron, jak skończy się ten podwójny mezalians.
Na szczęście trzecie, ostatnie zaskoczenie, efekt porodu trwającego przez całą opowieść, okazało się być słodkim ukojeniem moich skołatanych nerwów skomplikowaną polityką i bezmyślnym, a raczej bezwolnym postępowaniem Marthy. Jakie? Nie napiszę, może tylko tyle, że przyjęte przeze mnie z radością i ulgą. OGROMNĄ ulgą!
A Martha?
Po dwóch latach przygody z komunizmem nadal zadaje sobie pytanie: "dlaczego cały czas słucham echa głosów innych ludzi w tym, co mówię i co robię? Prawda jest taka, że jestem nikim, jeszcze nikim."
Cały czas czekam, aż ta zagubiona kobieta znajdzie „człowieczeństwo”, którego tak usilnie szuka po omacku jak kret. Może w części czwartej?
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:36:07
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dzieci przemocy (tom 2)

Druga część cyklu Dzieci Przemocy to kolejny etap w życiu Marthy – małżeństwo z Douglasem. Miała 19 lat i nadzieję, że zaraz za sformalizowanym związkiem, romantycznym, subtelnym kroczkiem zakradnie się miłość. Zamiast niej, z głośnym tupotem, boleśnie wbijającym się w świadomość, wkroczyły niechęć, rozczarowanie, znudzenie, a z czasem nienawiść do męża. Pojawienie się dziecka, którego nie... Druga część cyklu Dzieci Przemocy to kolejny etap w życiu Marthy – małżeństwo z Douglasem. Miała 19 lat i nadzieję, że zaraz za sformalizowanym związkiem, romantycznym, subtelnym kroczkiem zakradnie się miłość. Zamiast niej, z głośnym tupotem, boleśnie wbijającym się w świadomość, wkroczyły niechęć, rozczarowanie, znudzenie, a z czasem nienawiść do męża. Pojawienie się dziecka, którego nie chciała i próbowała początkowo usunąć, tylko pogłębiło ten stan. Czuła, że zatrzasnęła się w pułapce. Jej żelazny szkielet tworzyły normy społeczne, którym próbowała się podporządkować wbrew sobie, usypiając dawną, zbuntowaną Marthę na dnie świadomości. Próbowała zbagatelizować swoje potrzeby, zdeprecjonować własne pragnienia, przyłączając się do zgodnego chóru mężatek gloryfikujących życie u boku męża, radość posiadania rodziny i dzieci, satysfakcję z prowadzenia domu. I tylko od czasu do czasu, w odruchu desperacji, próbowała coś zmienić, odzyskać wolność, uwolnić się od koszmaru klasy społecznej i pokolenia, przerwać fatalizm dziedziczenia ról, by zaraz potem popaść w poczucie winy, zarzucając sobie egoizm. Szamotała się w tej klatce żony i matki, między lojalnością wobec społeczeństwa a lojalnością wobec zniewolonej osoby, której coraz większe cierpienie czuła w głębi duszy. Jeszcze wierzyła, że musi istnieć "kobieta łącząca w sobie pełną ciepła , pogodną kobiecość i macierzyństwo z czymś, co Martha określała mgliście, ale z zadowoleniem jako „człowieczeństwo”. Jej życiem rządziły cykle poczucia winy i buntu."
Przyglądając się jej wewnętrznej, samotnej walce w bolesnym rozdwojeniu, rozumiałam jej bierność, unoszenie się "z prądem, dopóki coś się nie zdarzy, choć jeszcze nie wiedziała co. W końcu przyjdzie jakiś ratunek." Okazał się nim wybuch II wojny światowej, której konsekwencje zaczęły powoli być widoczne w polityce krajów kolonialnych, a zwłaszcza we wpływie komunizmu na świadomość społeczną. Czując oparcie w rewolucyjnych ideach socjalistycznych podjęła ostateczną decyzję, po której poczułam ogromną ulgę. Nawet przez moment w moim umyśle nie pojawiła się potępiającą ją myśl. A byłoby za co, gdyby nie skutecznie przekonujący kunszt pisarski autorki. Sugestywność szkicowanego obrazu kobiety zniewolonej, jaki nakreśliła autorka, wytrącił mi wszystkie argumenty. Nawet ten, że matka nie powinna porzucać dziecka.
Nawet ten.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
2019-05-20 11:33:17
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dzieci przemocy (tom 1)

Miałam kiedyś naście lat…
Pamiętam siebie z tamtych czasów, tą wewnętrzną, skupioną na sobie, traktującą własne ja, jak filtr przepuszczający i dopuszczający wybiórczo do wewnątrz cały zewnętrzny świat. Koniecznie bezkompromisowo, bardzo krytycznie. I gdyby zmienić kraj, czas i ludzi mnie otaczających, nie różniłabym się niczym od głównej bohaterki Marthy Quest. Okres dorastania, jego...
Miałam kiedyś naście lat…
Pamiętam siebie z tamtych czasów, tą wewnętrzną, skupioną na sobie, traktującą własne ja, jak filtr przepuszczający i dopuszczający wybiórczo do wewnątrz cały zewnętrzny świat. Koniecznie bezkompromisowo, bardzo krytycznie. I gdyby zmienić kraj, czas i ludzi mnie otaczających, nie różniłabym się niczym od głównej bohaterki Marthy Quest. Okres dorastania, jego mechanizmy, stany psychiczne są takie same. Zmieniają się tylko wpływające na nie czynniki.
Martha urodziła się w angielskiej kolonii Rodezja w Afryce Południowej (od 1964 roku Zambia) w latach 30. XX wieku. Poznałam ją, gdy miała 17 lat i dosyć rzeczywistości zastanej.
Bunt.
Tak określiłabym jej etap rozwoju psychospołecznego. Silny, wewnętrzny sprzeciw przeciwko wszystkim. Rodzicom, których normy społeczne, zasady postępowania w procesie wychowania, wyznawany system wartości uważała za zniewalające i krępujące jej rozwój. Społeczeństwu , które rozwarstwione rasowo i politycznie nie pozwalało jej na swobodne kontakty ponad podziałami z wybranymi przez nią przyjaciółmi. Znajomym i sąsiadom rodziców, których potępiała za hipokryzję w każdej dziedzinie życia i hołdowanie konwenansom. Nawet przeciwko literaturze, w której "całe to szlachetne wielkie oburzenie nic nie dało, niczego nie zmieniło, dziewiętnastowieczny krzyk gniewu mógł równie zamilknąć już na początku – bo oto przechodził przed nią oddział więźniów, skutych po dwóch kajdankami". Nie był to jednak bunt (poza aspektem psychologicznym) konstruktywny, tworzący wielość innych dróg wyboru. Martha tej jednej, jedynej drogi nie posiadała. Nie potrafiła jej nawet kreatywnie stworzyć, a cóż dopiero wybrać. Jej nieudolne próby zmiany z góry były skazane na fiasko, tak mało wkładała w nie energii, uporu, chęci i jednoznacznego zdecydowania. Wiedziała tylko, że jest nieszczęśliwa, "w stanie pełnej oszołomienia bierności; w jej uczuciach panował chaos". Przyjmowała więc biernie wszystko to, co nurt płynącego życia jej przynosił. Ochoczo brała i dopasowywała do siebie nie wartościując tego czym los ją obdarzał, nie segregując masy wydarzeń ją spotykających. Nasycała się nimi nawet wtedy, gdy ich nie rozumiała, a co gorsza nie była gotowa ich przyswoić. Wszystko co inne, nowe było lepsze od zastanego, zwłaszcza jeśli mogła swoimi decyzjami przeciwstawić się osobom wywierającym na nią presje. Jej rozchwianie emocjonalne – od sprzeciwu do poczucia winy, niezdecydowanie, przewidywalność zachowań kierujących się zasadą – na przekór wszystkim i wszystkiemu, a nawet wbrew sobie, niemożność określenia celu w życiu, dwoistość myśli i czynów, a przede wszystkim brak rozumienia siebie samej i swojego zachowania, były dla mnie irytujące, a zarazem odkrywcze.
Też byłam taką nieznośną, nie do ogarnięcia dla innych nastolatką?!
Mogłam się przejrzeć w Marcie jak w lustrze. Autorka ma niezwykły dar odtwarzania emocji i uczuć, które kiedyś przeżyłam, nie nazywając ich wprost. Odczytywałam je między wierszami w opisach zdarzeń, niespiesznym rytmie opowieści, zawoalowanych dialogach, ambiwalentnych postawach i myślach. Rozumiałam ją, ale jednocześnie współczułam. Miała dużo trudniej niż ja, w Polsce, kilkadziesiąt lat później. Bez przyjaciółki czy choćby przewodnika (w szerokim rozumieniu) po otaczającym ją świecie, w dobie głębokiego rasizmu i rodzącego się komunizmu, czerpiąca wiedzę tylko z literatury nie zawsze w tym wieku zrozumiałej, sama chętnie poddałabym się ideom socjalistów. Z jej perspektywy były szlachetne, porywające, sprawiedliwe, zaspakajające potrzebę bycia użyteczną, przydatną i robienia czegoś ważnego, zbawczego dla innych. To wystarczy, żeby zbłądzić i do upragnionych zmian wykorzystywać dotychczasowe mechanizmy zachowań, bo innych nie znała. Wyjazd ze wsi do miasta, zamiast na studia, do rozpoczęcia nowego życia. Małżeństwo jako "drzwi prowadzące ją i Douglasa do krainy romantycznej miłości i zamknięcie tego jej miejskiego etapu życia, który już budził w niej niejasną pogardę, a uprawianie seksu kiedy i jak chcieli, było wręcz symbolem niezależności, czerwonym sztandarem, którym wymachiwali starszemu pokoleniu przed oczami".
Bardzo irytujący, ale zarazem bardzo wierny obraz w tej smutniejszej wersji samotnego okresu dorastania, który pragnie, dopomina się i krzyczy o jedno: chcę kochać i być kochanym!
Reszta zależy już tylko od mądrości rodziców.
http://naostrzuksiazki.pl/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
678 678 2423
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (9)

Ulubieni autorzy (6)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd