Pisacja 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 2 tygodnie temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-28 01:33:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

„Ta książka jest opowieścią o wierze we współczesnym Meksyku” uprzejmie informuje już na drugiej stronie swojego reportażu autorka. Serio? Trzeba o tym pisać? Tytuł nie był wystarczająco mówiący? Potrzebny jest jeszcze najwyraźniej wstęp ze streszczeniem i szczegółową informacją: „Każdy z rozdziałów opowiada o jednym z nowych fenomenów w tutejszych wierzeniach i sygnalizuje ogromne bogactwo... „Ta książka jest opowieścią o wierze we współczesnym Meksyku” uprzejmie informuje już na drugiej stronie swojego reportażu autorka. Serio? Trzeba o tym pisać? Tytuł nie był wystarczająco mówiący? Potrzebny jest jeszcze najwyraźniej wstęp ze streszczeniem i szczegółową informacją: „Każdy z rozdziałów opowiada o jednym z nowych fenomenów w tutejszych wierzeniach i sygnalizuje ogromne bogactwo świata religijnego Meksyku XXI wieku”. Naprawdę, nie zorientowałabym się...

Toporny podział na wstęp, rozwiniecie i zakończenie, zwieńczone podziękowaniami i bogatą bibliografią sprawia, ze reportaż Oli Synowiec czyta się jak …pracę magisterską. Rzetelnie udokumentowaną, solidną, prezentującą ogrom wiedzy na temat kraju, w którym autorka mieszka od 2011 roku, jednak niestety – nudną jak przysłowiowe flaki z olejem. W natłoku pojęć, informacji, terminów, historycznych odniesień, szczegółowych, wręcz akademickich opisów giną zupełnie bohaterowie, jak i ich relacje.
Siedem tekstów opowiada kolejno o historii meksykańskiego Dia De Los Muertos, „ruchu mexianidad” wskrzeszającym dawne azteckie wierzenia i tradycje, także taneczne, a kolejny – o jego odłamie, korelującym z New Age kulcie świętej Reginy. Ola Synowiec pisze także o konfliktach między katolikami a ewangelikami czy meksykańskich czarownikach; jednak tak naprawdę warte uwagi są zaledwie dwa teksty: o Huautla, „stolicy” grzybów halucynogennych oraz o postępującej coca- colonizacji Meksyku.

Ten ostatni, najciekawszy z całego zbioru, w fascynujący sposób wyjaśnia genzę i opisuje fenomen napoju, który jest w Meksyku tańszy i często łatwiej dostępny niż... woda. W kraju, w którym siedmiu na dziesięciu obywateli ma nadwagę, lawinowo rośnie ilość zachorowań na cukrzycę odnotowuje się jednocześnie największe spożycie coca – coli na świecie; podaje się ją nawet niemowlętom. Jednak także ten tekst pozostawia niedosyt, wiele jest w „Dzieciach szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” niewykorzystanych, porzuconych, ledwo „liźniętych” wątków. Santa Muerte, patronka homoseksualistów, prostytutek i przestępców, Juana Soldado, pedofil i zabójca oraz ...święty, czuwający nad nielegalnie przekraczającymi granicę czy Pachita wykonująca (ponoć) operacje gołymi rękami to tylko kilka postaci, które nie doczekały się szczególnej uwagi autorki. A szkoda.

Wielka szkoda.
Szkoda tematu, który został zwyczajnie zmarnowany – zabrakło polotu, umiejętności opowiadania, budowania wciągającej historii, szerszego kontekstu, bohaterów. Niestety sama fascynacja duchowością i szeroko rozumianą religijnością Meksyku nawet w połączeniu z olbrzymią wiedzą to zbyt mało na dobry reportaż. Trzeba jeszcze o nich umieć opowiedzieć; akademicki ton tej książki w połączeniu z banalnymi, uduchowionymi konstatacjami („Wszyscy kochamy, cierpimy, boimy się. I wszyscy w coś wierzymy. Nieważne, co to jest”) serwowanymi w finale nudzi i wywołuje zwyczajną irytację.

Ps. Po lekturze mam ochotę powiedzieć to, co rzekł swego czasu mój historyk z LO po wysłuchaniu długiego, zawiłego i potwornie nudnego referatu:

„Bardzo dobrze. Siadaj. Mierny”.

pokaż więcej

 
2018-11-25 14:47:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Niedoparki (tom 1) | Seria: Czeska Bajka

Ciągle giną Ci skarpetki? Nigdy nie możesz znaleźć drugiej do pary? Nie przejmuj się, istnieje logiczne wytłumaczenie tej sytuacji! To ich wina! To one je kradną! Niedoparki!
Niewielkie stworki, żywiące się tylko i wyłącznie pojedynczymi egzemplarzami skarpetek. Preferują bawełniane, nylony i inne sztuczne tworzywa mając w pogardzie; najbardziej zaś cenią dziecięce śpioszki ze względu na...
Ciągle giną Ci skarpetki? Nigdy nie możesz znaleźć drugiej do pary? Nie przejmuj się, istnieje logiczne wytłumaczenie tej sytuacji! To ich wina! To one je kradną! Niedoparki!
Niewielkie stworki, żywiące się tylko i wyłącznie pojedynczymi egzemplarzami skarpetek. Preferują bawełniane, nylony i inne sztuczne tworzywa mając w pogardzie; najbardziej zaś cenią dziecięce śpioszki ze względu na szczególne bogactwo substancji odżywczych. Mieszkają kątem u ludzi, kryjąc się przed nimi; no poza nierozważnym Hihlikiem, który razem z dziadkiem rezyduje u Pana Wawrzyńca, nieco roztargnionego, samotnego trębacza (któremu zdarzyło się pomylić wesele z pogrzebem). Młodziutki niedoparek nie dość, że ujawnia swoje istnienie i tożsamość, to jeszcze się zaprzyjaźnia z człowiekiem! Wizyta niesfornych kuzynów, Tulamora i Ramzesa wywołuje ciąg tragikomicznych zdarzeń, które ułożą się w fascynującą, wielowątkową historię.

W tej książce znajdziecie wszystko, co kochają dzieci i rodzice. Zabawne epizody, ciekawie nakreślone postacie jak chociażby Profesor Longin Kędziorek, gangster Kudła Dederon czy chiński sprzedawca skarpetek, ale przede wszystkim, wciągającą opowieść podzieloną na krótkie rozdziały, idealną do czytania na dobranoc lub na raty. Są gangsterskie porachunki, nieposłuszni synowie, wielkie miłości i małe tęsknoty; „Niedoparki” to piękna opowieść o przyjaźni, popełnianiu błędów, złych i dobrych wyborach, zaufaniu, zdradzie, odchodzeniu i umieraniu. To jest dokładnie – znikaniu, nie tylko skarpetek.

Naprawdę świetna książka, nie pozbawiona tak zwanego „drugiego dna” - przezabawnych aluzji, żartów słownych i sytuacyjnych zrozumiałych tylko dla dorosłych. Ot, mrugnięcie co jakiś czas okiem do rodzica, żeby się nie nudził podczas lektury; osobiście uwielbiam. Warto wspomnieć o szacie graficznej - książka przepięknie wydana, na grubym papierze, z zachwycającymi ilustracjami Galiny Miklinowej.

Książka i dla małych, i dla dużych, uśmieją się i jedni, i drudzy, choć niekoniecznie w tych samych momentach :-D

pokaż więcej

 
2018-11-18 23:54:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Kto to jest ksiądz? To taki człowiek, do którego wszyscy mówią „ojcze”, a tylko własne dzieci „wujku”

To jeden z wielu żartów, które usłyszała Marta Abramowicz, próbując znaleźć i namówić na rozmowę bohaterów swojej najnowszej książki. Bez większego powodzenia niestety; niby każdy słyszał, znał kogoś, kto zna, niby każdy wie, ale gdy przychodziło do rozmowy, większość nabrała przysłowiowej...
„Kto to jest ksiądz? To taki człowiek, do którego wszyscy mówią „ojcze”, a tylko własne dzieci „wujku”

To jeden z wielu żartów, które usłyszała Marta Abramowicz, próbując znaleźć i namówić na rozmowę bohaterów swojej najnowszej książki. Bez większego powodzenia niestety; niby każdy słyszał, znał kogoś, kto zna, niby każdy wie, ale gdy przychodziło do rozmowy, większość nabrała przysłowiowej wody w usta.
O tym, że „Jak suka nie da, to pies nie weźmie”, o tych, co uwiodły, sprowadziły na złą drogę, zmarnowały życie księdzu, włażąc mu do łóżka, nikt nie chce mówić, choć de facto – gadają wszyscy. Zaledwie kilka historii rodzin i dzieci księży, sześć emocjonalnych, lecz ledwie zarysowanych osobistych opowieści o samotnym macierzyństwie, o miłości i czekaniu, aż on dokona wyboru, o dzieciństwie bez ojca lub z ojcem stojącym w rozkroku pomiędzy rodzicielstwem a kapłaństwem. O wstydzie, wyśmiewaniu, wyobcowaniu, złości i żalu, a przede wszystkim o zmowie milczenia i zamiataniu pod dywan istnienia „owoców grzechu” zbłąkanych pasterzy przez zwierzchników kościoła. O tęsknocie , poczuciu winy i hipokryzji:

„Pamiętasz jak kiedyś przyjechaliśmy na Twoje urodziny? Skarżyłeś się, że jesteś ciągle sam, więc wpadliśmy na pomysł, że zrobimy Ci niespodziankę. Wchodzimy: mama, ja, brat. A u ciebie stół, dziesięć osób. Konsternacja. Przedstawiłeś nas jako znajomych. Tak, pamiętam, dostajesz listy z pogróżkami, że ludzie doniosą, gdzie trzeba. Strasznie się tam zachowywałam, wiem. Mówiłam do Ciebie na ty, a nie „proszę księdza”. Byłam nieprzyjemna”.

Nowa parafia, kolejna gosposia, romans, tam wpadka, tu dziecko, tam zaprzyjaźniona Pani, tu podejrzenie, że może ojcem jest właśnie on, ten, do którego wszyscy mówią ojcze. Niestety, dobrze zapowiadający się reportaż i opowieści dzieci i partnerek księży urywają się w okolicach setnej strony pozostawiając niedosyt i poczucie zmarnowanego tematu. Sama autorka z rozbrajającą szczerością oznajmia: „To już wszystkie historie, które mogłam opisać. Niewiele jak na dwa lata poszukiwań”.

Dokładnie w połowie książki kończy się literatura faktu, a zaczyna... publicystyka; m.in. trzy rozmowy na temat celibatu, dyskryminacji kobiet w katolicyzmie i historycznych uwarunkowaniach pozycji Kościoła w Polsce. Wywiady z Joanną Tokarską – Bakir, historykiem Tomaszem Stryjkiem i byłym księdzem, profesorem teologii Tomaszem Polakiem niestety nie przynoszą żadnych odkrywczych konstatacji, podobnie jak kolejne rozdziały, ot, wątki wciśnięte na siłę, tylko i wyłącznie po to, żeby „rozepchać” książkę objętościowo. Badania przeprowadzone wśród studentów i ich opinie na temat zniesienia celibatu i dzieci księży czy biografia Uty Ranke – Heinemann, niemieckiej teolog, mają się do tematu książki … nijak, najdelikatniej mówiąc. Pojawiające się pomiędzy rozdziałami „Kartki z kalendarza”, na których autorka cytuje wielkich teologów i tak zwanych „Ojców Kościoła” trącą niestety demagogią, podobne jak całość „Dzieci księży”; to książka obliczona na wywołanie kontrowersji

Niestety kompletnie nieudana, ot, zmarnowany temat: zabrakło materiału i wielogłosowości. Brak choćby historii opowiedzianych z perspektywy księdza – ojca czy księdza, który porzucił Kościół, by założyć rodzinę; jest tylko opowieść duszpasterza ewangelickiego, przedstawiona jako kontrapunkt, doklejony z braku innych. Miało być łamanie tabu, zmowy milczenia i wstydu, wyszedł nieudany reportaż z nieudolnie doklejoną częścią publicystyczną i banalnymi konstatacjami, jak ta poniżej.

„Bo ludzie rzadko mówiąc coś w oczy, częściej za plecami”.

Eureka. No naprawdę, eureka.

pokaż więcej

 
2018-11-15 21:02:43
Ma nowego znajomego: Barbara Bereżańska
 
2018-11-15 21:02:34
Ma nowego znajomego: yoanka
 
2018-11-11 18:31:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Szczotka do czyszczenia toalet niemal w całości wepchnięta do jelita grubego (włosiem do przodu). Butelka z moczem i piankowa głowa Strażaka Sama tkwiąca w pochwie; ta ostatnia kilka miesięcy. Pilot od telewizora wyjęty z odbytu (obciągnięty prezerwatywą).To tylko kilka odkryć Adama Kay, byłego lekarza położnika, który po kilku latach pracy postanowił porzucić wykonywany zawód.

„Będzie...
Szczotka do czyszczenia toalet niemal w całości wepchnięta do jelita grubego (włosiem do przodu). Butelka z moczem i piankowa głowa Strażaka Sama tkwiąca w pochwie; ta ostatnia kilka miesięcy. Pilot od telewizora wyjęty z odbytu (obciągnięty prezerwatywą).To tylko kilka odkryć Adama Kay, byłego lekarza położnika, który po kilku latach pracy postanowił porzucić wykonywany zawód.

„Będzie bolało” to pamiętnik, który powstał podczas wielogodzinnych, bezsennych dyżurów. Notatki ułożone chronologicznie, według dni, kolejnych miejsc pracy i etapów rozwoju zawodowego: stażysta, starszy starszy stażysta, rezydent, starszy rezydent. Wśród nich opisy przypadków klinicznych i nietypowych, anegdoty, historie zabawne i zastraszająco smutne, osobiste refleksje. Całość uzupełniają przypisy, w których autor w przystępny sposób wyjaśnia terminy medyczne pojawiające się w tekście głównym, najczęściej żartobliwie: „Stopień czwarty pęknięcia krocza oznacza, że odpadają Wam nogi albo coś w tym rodzaju”. To książka przesycona ironią, pełna absurdalnych sytuacji, napisana z dużym dystansem do samego siebie, opisywanych zdarzeń i typowego brytyjskiego, czarnego poczucia humoru:

„16 listopada 2005, środa
Zanim w trakcie obchodu poszedłem zbadać starszą pacjentkę leżącą na oddziale ginekologicznym, zerknąlem do jej karty. Dobra wiadomość: w końcu przyszedł do niej fizjoterapeuta. Zła wiadomość: „Pacjentka śpi. Nie ma z nią kontaktu”. Kiedy składam jej wizytę, okazuje się, że nie żyje”

Lekka, zabawna lektura, a jednocześnie – przygnębiająca ze względu na wyłaniający się z niej smutny obraz brytyjskiej służby zdrowia. Wielogodzinne dyżury, podczas których decyzje ratujące życie podejmują lekarze zarabiający mniej na godzinę niż szpitalny parkometr, zasypiający ze zmęczenia w aucie pod szpitalem. Dramatyczne braki kadrowe sprawiające, że pacjentów przyjmuje lekarka w ślubnym makijażu i fryzurze, na kilka godzin przed swoim własnym weselem. Do tego olbrzymia odpowiedzialność przy jednoczesnym braku wsparcia psychicznego, wielogodzinne dyżury, samotność i praca ponad siły, obracająca w ruinę życie osobiste, poświęcenie, by chory... system mógł funkcjonować.

Kolejne historie pokazują, jak marnuje się zaangażowanie, empatię, wrażliwość i potencjał ludzi, ktrych praca jest równoznaczna z odpowiedzialnością za cudze zdrowie i życie:

„Pewna świetna lekarka specjalistka powiedziała kiedyś swoim stażystom, że zanim przejdą na emeryturę, każdy z nich będzie miał swój własny autobus pełen martwych noworodków i dzieci z porażeniem mózgowym (…) I dodała, że jeśli nie będą potrafili sobie z tym poradzić, źle wybrali zawód”.

Szybko się okazuje, że śmiech, który wywołuje „Będzie bolało” jest tak naprawdę śmiechem przez łzy. I mimo że książkę czyta się naprawdę lekko i szybko, to z pozory typ niezobowiązującej lektury, ot, czytadło, to mimo wszystko - odkłada się ją ciężko. „Będzie bolało” - zapowiadał autor w tytule. Powiem Wam, że miał rację

pokaż więcej

 
2018-10-30 15:52:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Poza serią

„Odpowiedz bez namysłu – czego nie ma w Twoim życiu ?”

Ojca. Spokoju i ciszy. Przyjaciela. Wolnego czasu. Wiary. Snu. Kota.
Drugiej takiej książki.

„Nie ma” to zbiór reportaży, esejów, opowiadań, wspomnień, intymnych refleksji, drobnych form. Wśród nich „Najkrótszy wykład o NIE MA Hanny Krall”, jednozdaniowy „Reportaż” oraz historia ukryta pod zaskakującym zabiegiem edytorskim, płynąca poza...
„Odpowiedz bez namysłu – czego nie ma w Twoim życiu ?”

Ojca. Spokoju i ciszy. Przyjaciela. Wolnego czasu. Wiary. Snu. Kota.
Drugiej takiej książki.

„Nie ma” to zbiór reportaży, esejów, opowiadań, wspomnień, intymnych refleksji, drobnych form. Wśród nich „Najkrótszy wykład o NIE MA Hanny Krall”, jednozdaniowy „Reportaż” oraz historia ukryta pod zaskakującym zabiegiem edytorskim, płynąca poza słowami; fragmenty rozmów, urywki snów. Pomiędzy szereg mikropowieści, zachwycających detali, szczegółów i fraz.
Coś przepięknego – obrazy i obrazki ze słów. Widelce do sera zgubione podczas kanonady szczęśliwie odnalezione. Czarny pies, którego trzeba przekroczyć przed wejściem do sklepu z rzeczami po zmarłych. Nieotwarta koperta ze zdjęciami skatowanego dziecka wśród akt sądowych. Życie w tabelce Excel ze śmiercią wpisaną w rubrykę „sukcesy”. Kompot z końca świata lodówki; z dwóch jabłek i kilku śliwek. Niebieskie tulipany pod sosnami, posadzone teatralnie i chaotycznie.

Mariusz Szczygieł jest mistrzem słowa i detalu, uważnym obserwatorem szczegółu, niezwykle cierpliwym rozmówcą i jeszcze lepszym słuchaczem. Pokazuje, że

„Z ludzkiego zamętu, z kolorowych napisów na ścianach wagonu, właściwie z chaosu miasta tak łatwo może się wyłonić konkretny człowiek”

Gromadzi w „Nie ma” sprawy zapadające w pamięć, spotkania i rozmowy z różnorodnymi ludźmi: z czeską poetką, Violą Fischerową, z Jerzym Szczygłem, z rzeźbiarzem Tomaszem Górnickim, z „fałszywą” kuzynką Milady Millerowej, z Jackiem M, z Karolem, z ukraińskim żołnierzem, z artystą przeczuwającym nadejście wojen arktycznych. Tworzy galerię zdarzeń i wspomnień, których wspólnym mianownikiem jest doświadczenie braku. Paradoksalnie jednak po każdym NIE MA zostaje COŚ. Pustka, która okazuje się wartością. Brak ojca, który brzydził się rzeczy używanych, a zwłaszcza ludzi i kobiet. Samobójcza śmierć męża, przerywająca milczenie Violi Fischerowej. Brak grobu, który pozwala spędzić kolejne siedem lat razem. Koniec świata, który się nie wydarzył i okazał się początkiem nowego. Nagła świadomość, że z każdym dniem coraz bardziej nas nie ma, że „Żyjąc, tracimy życie”, że obecność jest rzeczą najcenniejszą, bo

„(…) na końcu okazuje się, że najważniejsza ze wszystkiego jest herbata. I że potem jej brak najbardziej”

Jedyne co zostanie, to buty pod otwartym oknem. Kartka pocztowa wysłana do kogoś przed laty. Rodzinne zdjęcia przekazane do adopcji. Maskotka krecika na lodówce i … pamięć. A dokładnie: „Pamięć to kurwa. Lub. Kurwa. Pamięć”. Zwodnicza, kreacyjna, w którą zapada się nieistniejąca teraźniejszość, z każdą chwilą, z każdym momentem. Pamięć, której nie można ufać, sprzymierzona z czasem; dlatego należy pisać „pamiętam” i stawiać znaki zapytania. I pytania, zarówno sobie, jak i innym. Mariusz Szczygieł w „Nie ma” razem ze swoimi bohaterami nadaje historiom ton, rytm, chronologię, pokazując je z odmiennych perspektyw. Mówiąc słowami innych, realizuje swój prywatny „Projekt Prawda”. Różne perspektywy opowiadania: Człowieka, Kierowcy, Pasażera, Syna, sprawiają, że „Nie ma” staje się historią o kreowaniu opowieści, o zasłanianiu się słowem, tekstem, bohaterem, paradoksalnie Mężczyzną, żeby finalnie obnażyć siebie, te miękkie miejsca, to co … niemęskie, osobiste, bardzo intymne.

Tak jak w życiu, także w książce najtrudniejsze przychodzi znienacka, zaskakuje, podobnie jak najciekawsze; nie anonsuje się, że już jest, tak to teraz, już zaraz nastąpi. Ściska za gardło i sprawia, że „Nie ma” czyta się z bolesnym, wewnętrznym smutkiem, na wstrzymanym oddechu. Nie ma słów, żeby opisać zachwyt tą książką, nie ma słów, żeby „Nie ma” podsumować. Poza jednym.

Dziękuję.

pokaż więcej

 
2018-10-19 00:17:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Na wąskich, stromych schodach prowadzących do dzikiej, zielonej doliny ma miejsce zaskakujące spotkanie po latach. Spotkanie z samym sobą. Stojąc przed Uchem Igielnym, on z młodości poznaje siebie ze starości, choć zmienił się nie do poznania, choć udaje, że się nie poznał. Obaj liczą, że się pojawi, że będzie przechodziła, obaj ciągle na nią czekają, ciągle kochają. Stary zawadza o laskę …

...
Na wąskich, stromych schodach prowadzących do dzikiej, zielonej doliny ma miejsce zaskakujące spotkanie po latach. Spotkanie z samym sobą. Stojąc przed Uchem Igielnym, on z młodości poznaje siebie ze starości, choć zmienił się nie do poznania, choć udaje, że się nie poznał. Obaj liczą, że się pojawi, że będzie przechodziła, obaj ciągle na nią czekają, ciągle kochają. Stary zawadza o laskę …

Tak rozpoczyna się opowieść o życiu utkanym ze złudzeń, nieporozumień, przeinaczeń, historii drobnych, z pozoru nic nie znaczących i opowieści, z których wyrastają kolejne, a rozgałęziając się dzielą na wątki, anegdoty, rozpadają na oderwane wspomnienia. Trzeba w nie uwierzyć na słowo - „Było jak mówię”, zarzeka się on, rozpoczynając snucie opowieści.

O domu rodzinnym i ojcu, który nosił skarpety na staromodnych podwiązkach i matce, która piekła najlepszego „topielca” na świecie. O czasach studenckich, wynajmowanych mieszkaniach, spaniu w trójkę w jednym łóżku, śmierdzących stopach sublokatora, pisaniu doktoratu na stolnicy, przy akompaniamencie pijanego akordeonisty za ścianą, pod czują obserwacją drzemiącego na fotelu psa Mieszka. O niej, na którą wołali Żydówka, choć nią nie była, ale tak napisała szkolne wypracowanie o likwidacji getta, jakby tam była. O wojnie, która zabrała młodość i z której się nie wychodzi wraz z jej końcem. O starości, która idzie pod rękę z młodością, goni ją, wymija, a w końcu zostawia w tyle. O drogach, z których każda prowadzi do śmierci, a czy dalej – nikt nie wie.

O tym, jak prze – żyć własne życie, bo „Życie człowiek nosi w sobie. Nie opowie, to go nie ma”. To słowa mają moc stwarzania; de facto istniejemy w słowach i poprzez słowa. Swoje własne, cudze, w opowieściach postronnych obserwatorów. Nic nie ma jednoczesnej mocy stwarzania i ocalania, nic poza słowem. Jesteś, dopóki opowiadasz. A co najciekawsze, istniejesz nie tyle w historii, co w historiach, w wielu wersjach samego siebie. Ta wariantowość życia, jego pozorność, iluzoryczność, płynność i nietrwałość, bezustanne zanikanie przesyca całą opowieść Myśliwskiego:

„Uwierzyć w życie, jaka to trudna wiara, jeśli się nad tym zastanowić. Może dlatego, że z pozoru prosta, zwyczajna, pospolita. A jednak to najtrudniejsza z wiar. Tym bardziej, że są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy, że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody”

"Ucho igielne” to przepiękna gawęda o ludzkim losie: alegoryczna, dygresyjna, oniryczna, wielowątkową, wieloznaczna. Myśliwski ma dar snucia opowieści o życiu. „Prawdę mówiąc, każde życie jest powtarzaniem życia po kimś” mówi i powtarza się, ale w jego powieści nie ma ani jednego zbędnego zdania.
Jest za to ciepły humor, ironia, genialnie wykreowane postacie i wątki poboczne (np. pisarza, którego władza usilnie próbuje podnieść z kolan poprzez przemalowanie obrazu, czy fryzjera, który strzygąc klienta opowiada historie prosto z jego głowy; do czasu, aż popada w obłęd, bojąc się przejść na prawą stronę... głowy oczywiście)

Ta powieść to majstersztyk – narracyjny, stylistyczny, konstrukcyjny, choć zmienne perspektywy narracyjne, skoki w czasie i przestrzeni, liczne dygresje i wątki nie ułatwiają lektury. To książka, której trzeba dać się ponieść, temu potokowi słów, rzece wspomnień, trzeba się dać pochłonąć tej opowieści.

„Ucho igielne” Myśliwskiego to proza magiczna i metaforyczna – arcydzieło. Zachwyca erudycją, kunsztem i poetyką. To powieść totalna, absolutna. Majstersztyk. Jest w niej wszystko. Gorzka ironia. Polska historia ze swoimi wojnami, dramatami i przemilczeniami. Miłość i przejmująca mądrość. Ludzki los. Ciepłe poczucia humoru. Kolory, zapachy i smaki – domowego ciasta i nalewki z przemarzniętych śliwek. Świadomość, że równie ważne jak pamiętanie jest zapominanie. Świadomość, że:

„Upływa szybko życie,
Jak potok płynie czas,
Za rok, za dzień, za chwilę,
Razem nie będzie nas"

pokaż więcej

 
2018-10-14 10:36:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

"Mam tu sto pięćdziesięcioro dzieci, przecież ich nie zostawię. Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż"

To one ocalały godność. Ubierały, zaplatały warkocze, poprawiały kołnierzyki, dopinały guziczki przed wyjściem, ustawiały w czwórki, w kolumny, [przytulały, odprowadzały za rękę – żeby się nie bały, żeby nie musiały iść same. Do innego sierocińca, do getta, do obozu, do...
"Mam tu sto pięćdziesięcioro dzieci, przecież ich nie zostawię. Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż"

To one ocalały godność. Ubierały, zaplatały warkocze, poprawiały kołnierzyki, dopinały guziczki przed wyjściem, ustawiały w czwórki, w kolumny, [przytulały, odprowadzały za rękę – żeby się nie bały, żeby nie musiały iść same. Do innego sierocińca, do getta, do obozu, do komory gazowej. Czasem musiały wybierać, rozdawać numerki, wskazywać dzieci, którym dane będzie przeżyć. Zapewniały im opiekę w szpitalach, ochronkach, w gettcie, na koloniach, w ostatniej drodze. Kobiety bez nazwisk, bez twarzy uwiecznionej na fotografii – Pani Lusia, Pani Wisia, Pani Róża. Nie wiadomo dokładnie, jak wyglądały, kim były – mijający czas i niepamięć zagarnęły ich heroizm i ciche bohaterstwo, pozbawione patosu, takie pozornie oczywiste w sytuacji granicznej.

Osiem kobiet próbuje odtworzyć ich losy po latach, przywrócić im miejsce w historii i pamięci zbiorowej. Pod redakcją Magdaleny Kicińskiej i Moniki Sznajderman; z posłowiem Hanny Krall powstał tom reportaży historycznych rekonstruujących losy opiekunek żydowskich dzieci w czasie wojny; często na podstawie szczątkowych, fragmentarycznych informacji. Publikacja niezwykle ważna, nie podlegająca ocenom; rekonstruująca nie tylko losy Luby Bielickiej, Anny Reginy Feuerstein, Zofii Zamenhof, Anny Braude Heller, ale przede wszystkim – opowiadająca o zapominaniu, o wymazywaniu, o znikaniu z historii... kobiet.

O strzępach informacji, które po nich zostały pisze Patrycja Dołowy:
„ Nie jest tego wiele. Tylko tyle zostało po ludziach, którzy nie są ani szczątkami, ani popiołem. Ani już nawet bladym dymem z kominów. Są tylko tym, co opowiemy. Dopasowuję te kawałki jak puzzle, bez pewności, że uda się je poskładać w całość. W historię, którą da się opowiedzieć. I najpierw czuję frustrację, że wciąż za mało. Później frustracja zamienia się w złość, gdy orientuję się, że nawet w tych wybrakowanych świstkach mężczyźni mają imiona i nazwiska, a kobiety tylko imiona”

To reportaże pełne luk, złożone z fragmentów historii, niedopowiedzeń, niestety także o bardzo nierównym poziomie. Każda z autorek przyjmuje inną strategię narracyjną, nie każda radzi sobie z „zadanym tematem”; Sylwia Chutnik wspaniale pisze o Lubie Bielickiej z pasją, z poruszającym subiektywizmem, Monika Sznejderman w unikatowy sposób odtwarza atmosferę dziecięcego sanatorium, ale już Karolina Sulej i Karolina Przewrocka – Arendt utykają w lukach biograficznych i historycznych, w nie do końca udanych próbach rekonstrukcji losów swoich bohaterek. Choć de facto każdy reportaż z tego tomu jest sumą braków i niedopowiedzeń.

Po co więc wydawać takie książki? Doskonale na to pytanie odpowiada posłowie Hanny Krall pod wiele mówiącym tytułem „Strzępy nie na temat”, w którym przypomina:

"To nieprawda, że zło jest banalne. Zło jest kunsztowne i wyszukane. Pyszni się, kryguje. Dba o pointy (...) To dobro jest banalne. Niepozorne, niepokaźne. Czasem nazwiska pozbawione, czasem imienia”

A tylko pamięć ma zdolność ocalania.

pokaż więcej

 
2018-10-05 23:50:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Podobno popłaca. Podobno szuka człowieka, a nie pracuje tylko ten, kto nie chce. Podobno leży na ulicy. Podobno nie hańbi, bezrobocie właściwie nie istnieje, a rynek jest rynkiem pracownika. Podobno.

Olga Gitkiewicz w swoim reporterskim debiucie bierze na warsztat temat pracy w Polsce. Zestawia wątki historyczne ze obrazem współczesnego rynku pracy, rozpoczynając swoją opowieść od rodzinnych...
Podobno popłaca. Podobno szuka człowieka, a nie pracuje tylko ten, kto nie chce. Podobno leży na ulicy. Podobno nie hańbi, bezrobocie właściwie nie istnieje, a rynek jest rynkiem pracownika. Podobno.

Olga Gitkiewicz w swoim reporterskim debiucie bierze na warsztat temat pracy w Polsce. Zestawia wątki historyczne ze obrazem współczesnego rynku pracy, rozpoczynając swoją opowieść od rodzinnych wspomnień. Historia i obraz lniarskiego imperium w Żyrardowie to jednak tylko wstęp, który paradoksalnie pokazuje... jak niewiele się zmieniło.

Autorka bezlitośnie weryfikuje obiegowe opinie i obala mity na temat warunków zatrudnienia w Polsce. Pokazuje, jak grubymi nićmi szyte są opowieści o pracy, bez której nie ma kołaczy. W rzeczywistości jedno wcale nie wynika z drugiego, a historie o tym, że praca popłaca prują się na szwach.
Tak naprawdę Olga Gitkiewicz napisała książkę …o nas.
O mnie, o tobie. O ludziach, którzy w bardzo bolesny sposób zetknęli się z rynkiem pracy w Polsce, a kontakt ten nierzadko przypominał zderzenie. Czołowe. Wielokrotne. Kto nie miał umowy zlecenia, kto nie otarł się mobbing, kto nie dostał na czas pensji, za to otrzymał nagłe wypowiedzenie – palec pod budkę, bo za minutkę, tak, tak, zamykam budkę...

Wszyscy to znamy, każdy pamięta likwidację sieci marketów Alma. O jej pracownicach, przesuwających pojedyncze produkty na pustych półkach między innymi opowiada Olga Gitkiewicz. Ale nie tylko. Przywołuje prywatne wspomnienia, historie rodzinne, zasłyszane, problemy , o które każdy się otarł:.
Asapy, kejsy i dress code. Grillowanie pracowników. Brać czy nie brać (oto jest pytanie) dzień wolny na opiekę, a może kombinować, komu podrzucić kukułcze jajo pod postacią chorego dziecka. Jak znaleźć lukę w systemie rekrutacyjnym do przedszkola, dla którego rodzic bez umowy o pracę po prostu nie istnieje. Co z tą szarą strefą; dlaczego w Szydłowcu, mieście o najwyższym bezrobociu w Polsce, paradoksalnie nie ma ludzi do pracy. Czym jest zakres obowiązków i dlaczego praca w charakterze kierowcy ciężarówki wiąże się z łapaniem świń na lasso i wycinaniem kłów knurom. Czym jest mobbing i jak naprawdę było z pracownicą zakładów Amica, która powiesiła się, ale „Nie ustalono jakichkolwiek wiarygodnych informacji wskazujących na związek śmierci Ilony Pujanek z jej pracą”. Taka fajna, wesoła dziewczyna. A mobbing to tylko słowo, wielu zatrudnionym nieznane. Teoretycznie. Opowieść o prezesie Kwiecińskim, którego pracownice tańczyły, tak, jak im zagrał (dosłownie) to wisienka na torcie. Taki żart to ponoć był. Prawie tak śmieszny jak jedno ze stwierdzeń, które przytacza autorka w książce:

„Tu, w Wielkopolsce, jest rynek pracownika – usłyszałam w fabryce Amiki we Wronkach. – A ile płacicie ? – Minimalną”.

Gorzka to książka, a jej wielowątkowość to równocześnie wada i zaleta. Pozostawia niedosyt, brakuje rozwinięcia części historii, pokazania perspektywy pracodawcy, gubią się gdzieś po drodze nitki i wątki żyrardowskie. Jednocześnie ten reportaż pokazuje i uświadamia, jak niejednorodny, skomplikowany, trudny jest rynek pracy w Polsce; tak jak pisanie o nim. I tu wielki plus dla autorki, za celność spostrzeżeń, spójność stylistyczną i narracyjną, nieskrywany subiektywizm, świeżość spojrzenia, porównań i zestawień. Tak, ten debiut nie jest idealny, ale czyta się go doskonale, bo Olga Gitkiewicz ma dar pisania, opowiadania i przekonywania. Kiedy mówi: „W ogóle to jest ciekawe, co praca robi z ludźmi” zaczynam się zastanawiać, razem z nią...

pokaż więcej

 
2018-10-03 19:17:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

Pięć przejmujących historii. Beaty i jej córki, dwunastoletniej Justynki, u której stwierdzono zespół Retta. Agnieszki, matki Pawełka i Michała, chorych na stwardnienie guzowate. Niepełnosprawna Ewy i jej córki Jagody, której choroba genetyczna jest tak rzadka, że nawet nie ma nazwy. Agnieszki, której syn Kacper urodził się z hipoplazją ciała modzelowatego. Oraz mamy Hani, niepełnosprawnej po... Pięć przejmujących historii. Beaty i jej córki, dwunastoletniej Justynki, u której stwierdzono zespół Retta. Agnieszki, matki Pawełka i Michała, chorych na stwardnienie guzowate. Niepełnosprawna Ewy i jej córki Jagody, której choroba genetyczna jest tak rzadka, że nawet nie ma nazwy. Agnieszki, której syn Kacper urodził się z hipoplazją ciała modzelowatego. Oraz mamy Hani, niepełnosprawnej po przebyciu ciężkiej choroby nowotworowej.

Matki i ich dzieci, które nigdy nie dorosną, nigdy się nie wyprowadzą, nigdy nie założą własnej rodziny. Matki i ich opowieści o tym, jak nagle wszystko się kończy; całe dotychczasowe życie, związek, często także praca. Nieuleczalna choroba, upośledzenie umysłowe, wada genetyczna to paradoksalnie wyrok nie tylko dla dziecka; przede wszystkim – dla matki. Bez prawa do odwołania się, do obrony. W tych reportażach wypowiadają się tylko one: matki; Jacek Hołub daje im prawo głosu, pozwala w końcu mówić. W tej książce instytucje, fundacje, politycy, lekarze pozostają decyzją autora zupełnie niemi. Jest to i wadą i równocześnie wielką zaletą tej książki. Jednostronność relacji pozostawia niedosyt, ale z kolei jej subiektywizm powoduje, że ładunek emocjonalny tej publikacji jest porażający.

Z opowieści o losach jednostkowych wyłania się przerażający obraz służby zdrowia w Polsce, znieczulicy, zaniedbań, błędnych diagnoz, nieczułości lekarzy, którzy o dziecku mówią: „(...) z tego już nic nie będzie”.
Do tego dochodzi brak jakiejkolwiek systemowej pomocy ze strony państwa: finansowej, instytucjonalnej, psychologicznej, medycznej, często także zwykłej społecznej akceptacji. Zamiast wsparcia – litość. Na dodatek - bezsilność, wszechobecna biurokracja, system, który nie działa, albo działa źle. W tle codzienna walka o to, żeby było lepiej, albo żeby chociaż nie było gorzej.

Brak mi słów, by pisać o tej książce. O tym, jak smutne są polskie realia, wszechobecna biurokracja, ignorancja, znieczulica. Lektura obowiązkowa dla polityków, ale nie tylko, także dla wszystkich, którzy odwracają wzrok, widząc niepełnosprawne dziecko. I dla tych, którzy się na nie gapią. Pokazująca los kobiet, które muszą, choć niekoniecznie tak wybrały i de facto nie mają już żadnego wyboru. W tym kraju jedyne co ma rodzic niepełnosprawnego dziecka to to tą myśl, gdzieś z tyłu głowy, o której mówi jedna z bohaterek książki:

„Kiedyś, na urodzinach babci Adama, wypłynął temat Jusi. Rodzina opowiadała takie pierdoły, że nie wytrzymałam i wypaliłam przy stole, że chciałabym, żeby umarła przede mną. Wszyscy spojrzeli po sobie, jakbym chciała ją zaraz udusić albo utopić. Zapadła taka cisza, że gdyby przeleciała mucha, to by było słychać z kilometra. Po jakimś czasie ktoś zaczął gadać coś bez sensu, żeby tylko zmienić temat. Wyszłam bo chciało mi się płakać”.

pokaż więcej

 
2018-09-19 10:57:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Na oddziale śmierdzi bąkami. Co za gadownia. Ciepłe wydechy i smród i pot. Jak w tropikalnych pawilonach ogrodu zoologicznego” – pisze w swojej pierwszej książce Olga Hund, malując miikroświat szpitala psychiatrycznego, groteskowy, przygnębiający, momentami śmieszny, a jednocześnie - odrażająco ludzki.

Odważny to debiut, osobisty, intymny; zaskakująco dobry; opowieść przepuszczona przez...
„Na oddziale śmierdzi bąkami. Co za gadownia. Ciepłe wydechy i smród i pot. Jak w tropikalnych pawilonach ogrodu zoologicznego” – pisze w swojej pierwszej książce Olga Hund, malując miikroświat szpitala psychiatrycznego, groteskowy, przygnębiający, momentami śmieszny, a jednocześnie - odrażająco ludzki.

Odważny to debiut, osobisty, intymny; zaskakująco dobry; opowieść przepuszczona przez filtr pamięci indywidualnej, pocięta na fragmenty. Zachwyciła mnie ta filigranowa książka złożona z urywków, zdań, charakterystyk zamkniętych w jednym akapicie. Świetna proza poetycka, mocno introwertyczna, opowiadająca w drobnych obrazach, w krótkich impresjach jak działa system w systemie, a w nim mniejsze systemy. Pokoje, piętra, dolne i górne, pokłady tej antyarki załadowanej po brzegi ludźmi, którzy sobie nie poradzili. Z rozczarowaniami, z innymi ludźmi, z życiem.

„Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przysz na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to jest zdrowy, a jak pokaże, że jest rozczarowany przykładowo, wyjebie we wiatę przystanka, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność”.

Wśród „psychicznych” jest Halinka, która ciągle pierze swoje zapocone, góralskie mokasyny, a i tak pełznie uporczywy, kapciany smrodek. Jest Ewa słodka i potulna jak cukrowy baranek. Jest Kasia w siódmym miesiącu ciąży, do której przychodzi codziennie matka, żeby zjeść za nią obiad (to nie literówka – tak, za nią). Na tych „koloniach dla smutnych dzieci” w ciasnej przestrzeni zgromadzenie ludzie zbędni, pokaleczeni, nieradzący sobie, nieudani. Oni i ich decyzje nieracjonalne, urojenia, majaki i to, co się wydaje, choroby nabyte z lenistwa, tak intensywnego, że wymagało odcięcia od paska. Kobiety wychodzące, wracające przeprane i zaopatrzone po przepustkach. Do tego wszechogarniająca nuda, marazm, zaparcia, siostry zobojeniałe, malujące paznokcie w trakcie terapii i podsuwające pacjentkom jednozdaniowe testy na depresję.

Olga Hund jest spostrzegawczym, wnikliwym obserwatorem. Nie wartościuje, nie diagnozuje, nie ocenia - opisuje miejsce, które jest jeszcze bardziej chore niż pacjentki, gdzie prowadzi się terapie kolażem, wieczorkami muzycznymi i czytaniem „Granicy” Zofii Nałkowskiej. Gdzie „Zdrowi psychicznie, czyli personel, wierzą za to, że kiedy spadnie na podłogę karta chorobowa, należy ją przydeptać, żeby pacjentka nie leżała zbyt długo”.
Pokazuje, jak wygląda od środka nienormalny/normalny świat, nomen omen – w pigułce, że to tylko jedna z wersji rzeczywistości, daleka od powszechnych, utartych wyobrażeń:

„Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne, albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawicę i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewcząt na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy”.

Mała, wielka książka. Boleśnie, choć mimochodem, uświadomiła mi jedną rzecz. Życie ma coraz większe wymagania, którym coraz trudniej sprostać. Każdego coś szarpie, mocniej, lub słabiej. Jednych podgryzają psy raz drobnych, drudzy całe życie spędzają z wielkim, łagodnym labradorem.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
46 46 389
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (4)

zgłoś błąd zgłoś błąd