Pisacja 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 4 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-19 00:17:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Na wąskich, stromych schodach prowadzących do dzikiej, zielonej doliny ma miejsce zaskakujące spotkanie po latach. Spotkanie z samym sobą. Stojąc przed Uchem Igielnym, on z młodości poznaje siebie ze starości, choć zmienił się nie do poznania, choć udaje, że się nie poznał. Obaj liczą, że się pojawi, że będzie przechodziła, obaj ciągle na nią czekają, ciągle kochają. Stary zawadza o laskę …

...
Na wąskich, stromych schodach prowadzących do dzikiej, zielonej doliny ma miejsce zaskakujące spotkanie po latach. Spotkanie z samym sobą. Stojąc przed Uchem Igielnym, on z młodości poznaje siebie ze starości, choć zmienił się nie do poznania, choć udaje, że się nie poznał. Obaj liczą, że się pojawi, że będzie przechodziła, obaj ciągle na nią czekają, ciągle kochają. Stary zawadza o laskę …

Tak rozpoczyna się opowieść o życiu utkanym ze złudzeń, nieporozumień, przeinaczeń, historii drobnych, z pozoru nic nie znaczących i opowieści, z których wyrastają kolejne, a rozgałęziając się dzielą na wątki, anegdoty, rozpadają na oderwane wspomnienia. Trzeba w nie uwierzyć na słowo - „Było jak mówię”, zarzeka się on, rozpoczynając snucie opowieści.

O domu rodzinnym i ojcu, który nosił skarpety na staromodnych podwiązkach i matce, która piekła najlepszego „topielca” na świecie. O czasach studenckich, wynajmowanych mieszkaniach, spaniu w trójkę w jednym łóżku, śmierdzących stopach sublokatora, pisaniu doktoratu na stolnicy, przy akompaniamencie pijanego akordeonisty za ścianą, pod czują obserwacją drzemiącego na fotelu psa Mieszka. O niej, na którą wołali Żydówka, choć nią nie była, ale tak napisała szkolne wypracowanie o likwidacji getta, jakby tam była. O wojnie, która zabrała młodość i z której się nie wychodzi wraz z jej końcem. O starości, która idzie pod rękę z młodością, goni ją, wymija, a w końcu zostawia w tyle. O drogach, z których każda prowadzi do śmierci, a czy dalej – nikt nie wie.

O tym, jak prze – żyć własne życie, bo „Życie człowiek nosi w sobie. Nie opowie, to go nie ma”. To słowa mają moc stwarzania; de facto istniejemy w słowach i poprzez słowa. Swoje własne, cudze, w opowieściach postronnych obserwatorów. Nic nie ma jednoczesnej mocy stwarzania i ocalania, nic poza słowem. Jesteś, dopóki opowiadasz. A co najciekawsze, istniejesz nie tyle w historii, co w historiach, w wielu wersjach samego siebie. Ta wariantowość życia, jego pozorność, iluzoryczność, płynność i nietrwałość, bezustanne zanikanie przesyca całą opowieść Myśliwskiego:

„Uwierzyć w życie, jaka to trudna wiara, jeśli się nad tym zastanowić. Może dlatego, że z pozoru prosta, zwyczajna, pospolita. A jednak to najtrudniejsza z wiar. Tym bardziej, że są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy, że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody”

"Ucho igielne” to przepiękna gawęda o ludzkim losie: alegoryczna, dygresyjna, oniryczna, wielowątkową, wieloznaczna. Myśliwski ma dar snucia opowieści o życiu. „Prawdę mówiąc, każde życie jest powtarzaniem życia po kimś” mówi i powtarza się, ale w jego powieści nie ma ani jednego zbędnego zdania.
Jest za to ciepły humor, ironia, genialnie wykreowane postacie i wątki poboczne (np. pisarza, którego władza usilnie próbuje podnieść z kolan poprzez przemalowanie obrazu, czy fryzjera, który strzygąc klienta opowiada historie prosto z jego głowy; do czasu, aż popada w obłęd, bojąc się przejść na prawą stronę... głowy oczywiście)

Ta powieść to majstersztyk – narracyjny, stylistyczny, konstrukcyjny, choć zmienne perspektywy narracyjne, skoki w czasie i przestrzeni, liczne dygresje i wątki nie ułatwiają lektury. To książka, której trzeba dać się ponieść, temu potokowi słów, rzece wspomnień, trzeba się dać pochłonąć tej opowieści.

„Ucho igielne” Myśliwskiego to proza magiczna i metaforyczna – arcydzieło. Zachwyca erudycją, kunsztem i poetyką. To powieść totalna, absolutna. Majstersztyk. Jest w niej wszystko. Gorzka ironia. Polska historia ze swoimi wojnami, dramatami i przemilczeniami. Miłość i przejmująca mądrość. Ludzki los. Ciepłe poczucia humoru. Kolory, zapachy i smaki – domowego ciasta i nalewki z przemarzniętych śliwek. Świadomość, że równie ważne jak pamiętanie jest zapominanie. Świadomość, że:

„Upływa szybko życie,
Jak potok płynie czas,
Za rok, za dzień, za chwilę,
Razem nie będzie nas"

pokaż więcej

 
2018-10-14 10:36:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

"Mam tu sto pięćdziesięcioro dzieci, przecież ich nie zostawię. Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż"

To one ocalały godność. Ubierały, zaplatały warkocze, poprawiały kołnierzyki, dopinały guziczki przed wyjściem, ustawiały w czwórki, w kolumny, [przytulały, odprowadzały za rękę – żeby się nie bały, żeby nie musiały iść same. Do innego sierocińca, do getta, do obozu, do...
"Mam tu sto pięćdziesięcioro dzieci, przecież ich nie zostawię. Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż"

To one ocalały godność. Ubierały, zaplatały warkocze, poprawiały kołnierzyki, dopinały guziczki przed wyjściem, ustawiały w czwórki, w kolumny, [przytulały, odprowadzały za rękę – żeby się nie bały, żeby nie musiały iść same. Do innego sierocińca, do getta, do obozu, do komory gazowej. Czasem musiały wybierać, rozdawać numerki, wskazywać dzieci, którym dane będzie przeżyć. Zapewniały im opiekę w szpitalach, ochronkach, w gettcie, na koloniach, w ostatniej drodze. Kobiety bez nazwisk, bez twarzy uwiecznionej na fotografii – Pani Lusia, Pani Wisia, Pani Róża. Nie wiadomo dokładnie, jak wyglądały, kim były – mijający czas i niepamięć zagarnęły ich heroizm i ciche bohaterstwo, pozbawione patosu, takie pozornie oczywiste w sytuacji granicznej.

Osiem kobiet próbuje odtworzyć ich losy po latach, przywrócić im miejsce w historii i pamięci zbiorowej. Pod redakcją Magdaleny Kicińskiej i Moniki Sznajderman; z posłowiem Hanny Krall powstał tom reportaży historycznych rekonstruujących losy opiekunek żydowskich dzieci w czasie wojny; często na podstawie szczątkowych, fragmentarycznych informacji. Publikacja niezwykle ważna, nie podlegająca ocenom; rekonstruująca nie tylko losy Luby Bielickiej, Anny Reginy Feuerstein, Zofii Zamenhof, Anny Braude Heller, ale przede wszystkim – opowiadająca o zapominaniu, o wymazywaniu, o znikaniu z historii... kobiet.

O strzępach informacji, które po nich zostały pisze Patrycja Dołowy:
„ Nie jest tego wiele. Tylko tyle zostało po ludziach, którzy nie są ani szczątkami, ani popiołem. Ani już nawet bladym dymem z kominów. Są tylko tym, co opowiemy. Dopasowuję te kawałki jak puzzle, bez pewności, że uda się je poskładać w całość. W historię, którą da się opowiedzieć. I najpierw czuję frustrację, że wciąż za mało. Później frustracja zamienia się w złość, gdy orientuję się, że nawet w tych wybrakowanych świstkach mężczyźni mają imiona i nazwiska, a kobiety tylko imiona”

To reportaże pełne luk, złożone z fragmentów historii, niedopowiedzeń, niestety także o bardzo nierównym poziomie. Każda z autorek przyjmuje inną strategię narracyjną, nie każda radzi sobie z „zadanym tematem”; Sylwia Chutnik wspaniale pisze o Lubie Bielickiej z pasją, z poruszającym subiektywizmem, Monika Sznejderman w unikatowy sposób odtwarza atmosferę dziecięcego sanatorium, ale już Karolina Sulej i Karolina Przewrocka – Arendt utykają w lukach biograficznych i historycznych, w nie do końca udanych próbach rekonstrukcji losów swoich bohaterek. Choć de facto każdy reportaż z tego tomu jest sumą braków i niedopowiedzeń.

Po co więc wydawać takie książki? Doskonale na to pytanie odpowiada posłowie Hanny Krall pod wiele mówiącym tytułem „Strzępy nie na temat”, w którym przypomina:

"To nieprawda, że zło jest banalne. Zło jest kunsztowne i wyszukane. Pyszni się, kryguje. Dba o pointy (...) To dobro jest banalne. Niepozorne, niepokaźne. Czasem nazwiska pozbawione, czasem imienia”

A tylko pamięć ma zdolność ocalania.

pokaż więcej

 
2018-10-05 23:50:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Podobno popłaca. Podobno szuka człowieka, a nie pracuje tylko ten, kto nie chce. Podobno leży na ulicy. Podobno nie hańbi, bezrobocie właściwie nie istnieje, a rynek jest rynkiem pracownika. Podobno.

Olga Gitkiewicz w swoim reporterskim debiucie bierze na warsztat temat pracy w Polsce. Zestawia wątki historyczne ze obrazem współczesnego rynku pracy, rozpoczynając swoją opowieść od rodzinnych...
Podobno popłaca. Podobno szuka człowieka, a nie pracuje tylko ten, kto nie chce. Podobno leży na ulicy. Podobno nie hańbi, bezrobocie właściwie nie istnieje, a rynek jest rynkiem pracownika. Podobno.

Olga Gitkiewicz w swoim reporterskim debiucie bierze na warsztat temat pracy w Polsce. Zestawia wątki historyczne ze obrazem współczesnego rynku pracy, rozpoczynając swoją opowieść od rodzinnych wspomnień. Historia i obraz lniarskiego imperium w Żyrardowie to jednak tylko wstęp, który paradoksalnie pokazuje... jak niewiele się zmieniło.

Autorka bezlitośnie weryfikuje obiegowe opinie i obala mity na temat warunków zatrudnienia w Polsce. Pokazuje, jak grubymi nićmi szyte są opowieści o pracy, bez której nie ma kołaczy. W rzeczywistości jedno wcale nie wynika z drugiego, a historie o tym, że praca popłaca prują się na szwach.
Tak naprawdę Olga Gitkiewicz napisała książkę …o nas.
O mnie, o tobie. O ludziach, którzy w bardzo bolesny sposób zetknęli się z rynkiem pracy w Polsce, a kontakt ten nierzadko przypominał zderzenie. Czołowe. Wielokrotne. Kto nie miał umowy zlecenia, kto nie otarł się mobbing, kto nie dostał na czas pensji, za to otrzymał nagłe wypowiedzenie – palec pod budkę, bo za minutkę, tak, tak, zamykam budkę...

Wszyscy to znamy, każdy pamięta likwidację sieci marketów Alma. O jej pracownicach, przesuwających pojedyncze produkty na pustych półkach między innymi opowiada Olga Gitkiewicz. Ale nie tylko. Przywołuje prywatne wspomnienia, historie rodzinne, zasłyszane, problemy , o które każdy się otarł:.
Asapy, kejsy i dress code. Grillowanie pracowników. Brać czy nie brać (oto jest pytanie) dzień wolny na opiekę, a może kombinować, komu podrzucić kukułcze jajo pod postacią chorego dziecka. Jak znaleźć lukę w systemie rekrutacyjnym do przedszkola, dla którego rodzic bez umowy o pracę po prostu nie istnieje. Co z tą szarą strefą; dlaczego w Szydłowcu, mieście o najwyższym bezrobociu w Polsce, paradoksalnie nie ma ludzi do pracy. Czym jest zakres obowiązków i dlaczego praca w charakterze kierowcy ciężarówki wiąże się z łapaniem świń na lasso i wycinaniem kłów knurom. Czym jest mobbing i jak naprawdę było z pracownicą zakładów Amica, która powiesiła się, ale „Nie ustalono jakichkolwiek wiarygodnych informacji wskazujących na związek śmierci Ilony Pujanek z jej pracą”. Taka fajna, wesoła dziewczyna. A mobbing to tylko słowo, wielu zatrudnionym nieznane. Teoretycznie. Opowieść o prezesie Kwiecińskim, którego pracownice tańczyły, tak, jak im zagrał (dosłownie) to wisienka na torcie. Taki żart to ponoć był. Prawie tak śmieszny jak jedno ze stwierdzeń, które przytacza autorka w książce:

„Tu, w Wielkopolsce, jest rynek pracownika – usłyszałam w fabryce Amiki we Wronkach. – A ile płacicie ? – Minimalną”.

Gorzka to książka, a jej wielowątkowość to równocześnie wada i zaleta. Pozostawia niedosyt, brakuje rozwinięcia części historii, pokazania perspektywy pracodawcy, gubią się gdzieś po drodze nitki i wątki żyrardowskie. Jednocześnie ten reportaż pokazuje i uświadamia, jak niejednorodny, skomplikowany, trudny jest rynek pracy w Polsce; tak jak pisanie o nim. I tu wielki plus dla autorki, za celność spostrzeżeń, spójność stylistyczną i narracyjną, nieskrywany subiektywizm, świeżość spojrzenia, porównań i zestawień. Tak, ten debiut nie jest idealny, ale czyta się go doskonale, bo Olga Gitkiewicz ma dar pisania, opowiadania i przekonywania. Kiedy mówi: „W ogóle to jest ciekawe, co praca robi z ludźmi” zaczynam się zastanawiać, razem z nią...

pokaż więcej

 
2018-10-03 19:17:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Reportaż

Pięć przejmujących historii. Beaty i jej córki, dwunastoletniej Justynki, u której stwierdzono zespół Retta. Agnieszki, matki Pawełka i Michała, chorych na stwardnienie guzowate. Niepełnosprawna Ewy i jej córki Jagody, której choroba genetyczna jest tak rzadka, że nawet nie ma nazwy. Agnieszki, której syn Kacper urodził się z hipoplazją ciała modzelowatego. Oraz mamy Hani, niepełnosprawnej po... Pięć przejmujących historii. Beaty i jej córki, dwunastoletniej Justynki, u której stwierdzono zespół Retta. Agnieszki, matki Pawełka i Michała, chorych na stwardnienie guzowate. Niepełnosprawna Ewy i jej córki Jagody, której choroba genetyczna jest tak rzadka, że nawet nie ma nazwy. Agnieszki, której syn Kacper urodził się z hipoplazją ciała modzelowatego. Oraz mamy Hani, niepełnosprawnej po przebyciu ciężkiej choroby nowotworowej.

Matki i ich dzieci, które nigdy nie dorosną, nigdy się nie wyprowadzą, nigdy nie założą własnej rodziny. Matki i ich opowieści o tym, jak nagle wszystko się kończy; całe dotychczasowe życie, związek, często także praca. Nieuleczalna choroba, upośledzenie umysłowe, wada genetyczna to paradoksalnie wyrok nie tylko dla dziecka; przede wszystkim – dla matki. Bez prawa do odwołania się, do obrony. W tych reportażach wypowiadają się tylko one: matki; Jacek Hołub daje im prawo głosu, pozwala w końcu mówić. W tej książce instytucje, fundacje, politycy, lekarze pozostają decyzją autora zupełnie niemi. Jest to i wadą i równocześnie wielką zaletą tej książki. Jednostronność relacji pozostawia niedosyt, ale z kolei jej subiektywizm powoduje, że ładunek emocjonalny tej publikacji jest porażający.

Z opowieści o losach jednostkowych wyłania się przerażający obraz służby zdrowia w Polsce, znieczulicy, zaniedbań, błędnych diagnoz, nieczułości lekarzy, którzy o dziecku mówią: „(...) z tego już nic nie będzie”.
Do tego dochodzi brak jakiejkolwiek systemowej pomocy ze strony państwa: finansowej, instytucjonalnej, psychologicznej, medycznej, często także zwykłej społecznej akceptacji. Zamiast wsparcia – litość. Na dodatek - bezsilność, wszechobecna biurokracja, system, który nie działa, albo działa źle. W tle codzienna walka o to, żeby było lepiej, albo żeby chociaż nie było gorzej.

Brak mi słów, by pisać o tej książce. O tym, jak smutne są polskie realia, wszechobecna biurokracja, ignorancja, znieczulica. Lektura obowiązkowa dla polityków, ale nie tylko, także dla wszystkich, którzy odwracają wzrok, widząc niepełnosprawne dziecko. I dla tych, którzy się na nie gapią. Pokazująca los kobiet, które muszą, choć niekoniecznie tak wybrały i de facto nie mają już żadnego wyboru. W tym kraju jedyne co ma rodzic niepełnosprawnego dziecka to to tą myśl, gdzieś z tyłu głowy, o której mówi jedna z bohaterek książki:

„Kiedyś, na urodzinach babci Adama, wypłynął temat Jusi. Rodzina opowiadała takie pierdoły, że nie wytrzymałam i wypaliłam przy stole, że chciałabym, żeby umarła przede mną. Wszyscy spojrzeli po sobie, jakbym chciała ją zaraz udusić albo utopić. Zapadła taka cisza, że gdyby przeleciała mucha, to by było słychać z kilometra. Po jakimś czasie ktoś zaczął gadać coś bez sensu, żeby tylko zmienić temat. Wyszłam bo chciało mi się płakać”.

pokaż więcej

 
2018-09-19 10:57:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

„Na oddziale śmierdzi bąkami. Co za gadownia. Ciepłe wydechy i smród i pot. Jak w tropikalnych pawilonach ogrodu zoologicznego” – pisze w swojej pierwszej książce Olga Hund, malując miikroświat szpitala psychiatrycznego, groteskowy, przygnębiający, momentami śmieszny, a jednocześnie - odrażająco ludzki.

Odważny to debiut, osobisty, intymny; zaskakująco dobry; opowieść przepuszczona przez...
„Na oddziale śmierdzi bąkami. Co za gadownia. Ciepłe wydechy i smród i pot. Jak w tropikalnych pawilonach ogrodu zoologicznego” – pisze w swojej pierwszej książce Olga Hund, malując miikroświat szpitala psychiatrycznego, groteskowy, przygnębiający, momentami śmieszny, a jednocześnie - odrażająco ludzki.

Odważny to debiut, osobisty, intymny; zaskakująco dobry; opowieść przepuszczona przez filtr pamięci indywidualnej, pocięta na fragmenty. Zachwyciła mnie ta filigranowa książka złożona z urywków, zdań, charakterystyk zamkniętych w jednym akapicie. Świetna proza poetycka, mocno introwertyczna, opowiadająca w drobnych obrazach, w krótkich impresjach jak działa system w systemie, a w nim mniejsze systemy. Pokoje, piętra, dolne i górne, pokłady tej antyarki załadowanej po brzegi ludźmi, którzy sobie nie poradzili. Z rozczarowaniami, z innymi ludźmi, z życiem.

„Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przysz na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to jest zdrowy, a jak pokaże, że jest rozczarowany przykładowo, wyjebie we wiatę przystanka, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność”.

Wśród „psychicznych” jest Halinka, która ciągle pierze swoje zapocone, góralskie mokasyny, a i tak pełznie uporczywy, kapciany smrodek. Jest Ewa słodka i potulna jak cukrowy baranek. Jest Kasia w siódmym miesiącu ciąży, do której przychodzi codziennie matka, żeby zjeść za nią obiad (to nie literówka – tak, za nią). Na tych „koloniach dla smutnych dzieci” w ciasnej przestrzeni zgromadzenie ludzie zbędni, pokaleczeni, nieradzący sobie, nieudani. Oni i ich decyzje nieracjonalne, urojenia, majaki i to, co się wydaje, choroby nabyte z lenistwa, tak intensywnego, że wymagało odcięcia od paska. Kobiety wychodzące, wracające przeprane i zaopatrzone po przepustkach. Do tego wszechogarniająca nuda, marazm, zaparcia, siostry zobojeniałe, malujące paznokcie w trakcie terapii i podsuwające pacjentkom jednozdaniowe testy na depresję.

Olga Hund jest spostrzegawczym, wnikliwym obserwatorem. Nie wartościuje, nie diagnozuje, nie ocenia - opisuje miejsce, które jest jeszcze bardziej chore niż pacjentki, gdzie prowadzi się terapie kolażem, wieczorkami muzycznymi i czytaniem „Granicy” Zofii Nałkowskiej. Gdzie „Zdrowi psychicznie, czyli personel, wierzą za to, że kiedy spadnie na podłogę karta chorobowa, należy ją przydeptać, żeby pacjentka nie leżała zbyt długo”.
Pokazuje, jak wygląda od środka nienormalny/normalny świat, nomen omen – w pigułce, że to tylko jedna z wersji rzeczywistości, daleka od powszechnych, utartych wyobrażeń:

„Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne, albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawicę i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewcząt na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy”.

Mała, wielka książka. Boleśnie, choć mimochodem, uświadomiła mi jedną rzecz. Życie ma coraz większe wymagania, którym coraz trudniej sprostać. Każdego coś szarpie, mocniej, lub słabiej. Jednych podgryzają psy raz drobnych, drudzy całe życie spędzają z wielkim, łagodnym labradorem.

pokaż więcej

 
2018-09-13 20:20:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

akie rzeczy po prostu się zdarzają. Ktoś znika bezpowrotnie. Słowo rzucone w złości przez rozczarowanego dziesięciolatka staje się ciałem. Dosłownie. Gdzieś w dalekiej Japonii, choć niczego do końca nie wiadomo. Kobieta zbierająca fontanny spotyka Mężczyznę Uporczywie Oglądającego Komody. Dziecko się rodzi, ale jakieś inne. Ktoś ginie. Nieudany wywrót przez lewe skrzydło przywołuje gdzieś w... akie rzeczy po prostu się zdarzają. Ktoś znika bezpowrotnie. Słowo rzucone w złości przez rozczarowanego dziesięciolatka staje się ciałem. Dosłownie. Gdzieś w dalekiej Japonii, choć niczego do końca nie wiadomo. Kobieta zbierająca fontanny spotyka Mężczyznę Uporczywie Oglądającego Komody. Dziecko się rodzi, ale jakieś inne. Ktoś ginie. Nieudany wywrót przez lewe skrzydło przywołuje gdzieś w pamięci i wyświetla w nagłym błysku słowa wypowiedziane i niewypowiedziane.

Tak, takie rzeczy po prostu się zdarzają. Zostaje syn i palec dźgający nagłym bólem pod sercem. W codzienność wrasta ktoś nowy, choć stary; ze swoimi powiedzeniami i znajomym, miętowym zapachem kremu do golenia. Klemens dostaje w prezencie na urodziny durszlak, szczotkę do butów i lśniącą gałkę od karnisza. Śmierć przychodzi nagle i zastaje zdezorientowanego Dzika i jego matkę na przystanku; z siatami zakupów, z plecakiem wypełnionym balonami.

Tak, takie rzeczy po prostu się zdarzają. Oskarowi pęka pod pachą źle wyprasowana koszula, gdy pada na kolana przed swoją dziewczyną. Olga nie umie odpowiedzieć na żadne pytanie, ani sobie, ani innym. Codziennie przyjeżdżać do kawiarni i czeka. Mikołaj Lipski jak przystało na prawdziwego pianistę – przestaje grać, wybierając swoją własną droga do doskonałości. Starość zamienia go strzęp człowieka. Tak, takie rzeczy...

„Nikt nie idzie” - najnowsza powieść Jakuba Małeckiego to historie kilku przypadkowych osów, które początkowo trudno zrekonstruować; podzielona na rozsypane, niechronologiczne epizody, urwane opowieści, niedokończone wątki. Wspaniała literatura obyczajowa, przenikliwa i nieoczywista; uświadamiająca boleśnie, że każde życie pełne jest przegapionych okazji, zmarnowanych szans, straconych dni. A jednocześnie - że innego nie ma i nie będzie… To książka o niedoskonałości, o codziennym mijaniu się. W kawiarni na rogu, na ulicy, pod domem, a przede wszystkim - w życiu. I o czekaniu, które często jest czekaniem na nikogo, na nic. Przepiękna, przejmująca opowieść o samotności codziennej, która jak pandemia, szerzy się zagarniając Marzenę Mazur, Wichowskiego, Mikołaja Lipskiego. Wszystkich demokratycznie: i starych, i młodych; Oskara i Olgę, choć oferta jest szeroka i można przebierać. Teoretycznie.

„… a teraz palec na kolejnych męskich twarzach w telefonie – aplikacja randkowa jak niekończący się regał w supermarkecie: lewo, prawo, jeszcze tylko dwóch, trzech obejrzy, ale ogląda dalej, próbując nie myśleć o tym, że ją też właśnie teraz ktoś po sekundzie analizy posyła na stertę twarzy po lewej, prawej stronie ekranu, że ona też jest tylko przecenionym produktem w bogatej ofercie mniej luba bardziej samotnych ludzi udających ludzi mniej lub bardziej szczęśliwych”

Opowieść o samotności elementarnej wpisanej w ludzki los. O tym, że w życiu każdy jest tak naprawdę sam. Zawsze sam. Można być obok. Można być blisko, co nie zmienia faktu, że samotność jest podstawowym składnikiem ludzkiego życia, co najboleśniej dotyka w obliczu spraw ostatecznych. Gdy trzeba się zebrać, nagle i niespodziewanie, wyruszyć w drogę bez pakowania i bagażu, nie ruszając się już nigdy z miejsca, okazuje się, że:

„Tą drogą / Nikt nie idzie/ Tego dzisiejszego wieczoru”

Wielka prawda zawarta jest w małym wierszu, w haiku pisanym na łożu śmierci, na ostatnim oddechu, tuż przed osunięciem się w czerń, w dalekiej Japonii, kraju, który podobno w ogóle nie istnieje. Małecki boleśnie uświadamia, że jedyne co zostaje, to słowa. Wypowiedziane i niewypowiedziane, choć oczekiwane; słowa, które mają moc – budowania, ale i niszczenia. Także te, które nigdy nie padły

"Przypomniał sobie, jak podczas turnieju bokserskiego, na który wybrał się z Wichowskim i Szczepanikiem, spotkał jednego z pięściarzy po walce, na parkingu. Mężczyzna siedział na krawężniku i wyglądał, jakby miał już nigdy nie dość do siebie. Antek patrzył na jego pokiereszowaną twarz. Chciał podejść i mu powiedzieć, że wspaniale walczył, ale odwrócił się i nic nie powiedział”

Fenomenalna, przejmująca i smutna opowieść o znikających możliwościach, o tym, że życie nie jest sumą wyborów, że najczęstsza i najprawdziwsza odpowiedź na większość pytań brzmi „nie wiem”, że jedyne, co po nas zostaje to słowa, protokół kasacyjny, wzmianka w prasie, niezrealizowane plany, niewykorzystane vouchery.

I bliscy. I dzieci.

pokaż więcej

 
2018-09-13 20:19:30
Ma nowego znajomego: Wciągam
 
2018-09-13 20:19:17
Ma nowego znajomego: olgaTylko_ja
 
2018-09-04 23:31:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Najbardziej znienawidzony człowiek w Polsce. Pedagog. Nauczyciel wychowania fizycznego, bardzo lubiany przez dzieci. Jedynak. Cichy, zamknięty w sobie. „Wampir z Piotrkowa”. Trynkiewicz ciągle żywy – aż chciałoby się westchnąć – niestety. Do głośnej sprawy sprzed trzydziestu lat powraca Ewa Żarska w swojej najnowszej książce. Pytanie tylko po co?

Czy jest sens cofać się do zdarzeń, o których...
Najbardziej znienawidzony człowiek w Polsce. Pedagog. Nauczyciel wychowania fizycznego, bardzo lubiany przez dzieci. Jedynak. Cichy, zamknięty w sobie. „Wampir z Piotrkowa”. Trynkiewicz ciągle żywy – aż chciałoby się westchnąć – niestety. Do głośnej sprawy sprzed trzydziestu lat powraca Ewa Żarska w swojej najnowszej książce. Pytanie tylko po co?

Czy jest sens cofać się do zdarzeń, o których praktycznie wszystko zostało już powiedziane? W lipcu 1988 roku Mariusz Trynkiewicz bestialsko zamordował trzech chłopców, a ich ciała wywiózł do lasu i spalił. Po zatrzymaniu przyznał się do popełnienia jeszcze jednej zbrodni. Wszystkich dokonał podczas przerwy w odbywaniu kary; do więzienia trafił za seksualne wykorzystanie nieletniego. Skazany na karę śmierci; na mocy amnestii wyrok zamieniono na dwadzieścia pięć lat więzienia.

Ewa Żarska szkicuje sylwetkę Trynkiewicza, odtwarza przebieg zbrodni, na podstawie akt sądowych ponownie relacjonuje jedną z najgłośniejszych spraw kryminalnych ostatnich lat – rzetelnie i bezstronnie, nie da się ukryć; ten reportaż wciąga. Jego autorka dociera do świadków tamtych zdarzeń, m.in do fotoreportera, któremu udało się wykonać zdjęcia z wizji lokalnej, do brata jednego z zamordowanych chłopców, przeprowadza krótką rozmowę z matką Trynkiewicza. Główny bohater książki, skazany na mocy ustawy „o bestiach” na pobyt w zamkniętym ośrodku odmawia prośbie reporterki o spotkanie.

Niestety, reportaż ten praktycznie nie wnosi żadnych nowych informacji do opisanej już wielokrotnie sprawy; no może poza tą, że Trynkiewiiz, który w wieku pięćdziesięciu trzech lat ożenił się, we wspomnianym zakładzie zamkniętym w Gostyninie tworzy, maluje i ponoć jest szczęśliwy. Brzmi to jak zgrzyt metalu o szkło, zwłaszcza w kontekście opowieści rodzin; brata zamordowanego Tomka, którym przez lata nie udzielono żadnej pomocy psychologicznej. Wielki plus za to, że choć w tej książce ktoś się pochylił nad ich losem.

Niemniej reportaż Ewy Żarskiej to powtórzenie faktów już znanych, odgrzewanie starych kotletów i próba dolania oliwy do ognia dawno już wygasłej sensacji. Pomimo upływu lat, a może właśnie dlatego rodziny ofiar nie chcą rozmawiać dłużej z reporterką. Najważniejsze pytania pozostają nadal bez odpowiedzi, m.in. - dlaczego. „Bo ja jestem jakiś inny”, mówi Trynkiewicz, ciągle zmieniając zeznania. Szereg spraw takich jak kwestia ewentualnego współudziału bliżej nieokreślonej osoby w zbrodni, czy przebieg samego zabójstwa pozostają nadal niewyjaśnione. Nie wiadomo, jakie pobudki nim kierowały, czy i w jaki sposób i z kim współpracował Mariusz Trynkiewicz.

Z jednej strony - ot, medialne bicie piany na okrągłą, trzydziestą rocznicę tamtej tragedii. Z drugiej - zapada w pamięć, zwłaszcza wątek rodzin trwale okaleczonych śmiercią dzieci, zgruchotanych, zniszczonych. Sprawia, że w głowie pojawia się i zostaje; utyka myśl o nieprzewidywalnych konsekwencjach dziecięcego nieposłuszeństwa.

Wybrali się mimo zakazu rodziców nad wodę. Gdyby posłuchali, żyliby. Świat czterech rodzin nie zawaliłby się. Wszystko byłoby inaczej. To było słoneczne, wakacyjne popołudnie. Który z nich podjął decyzję, że jednak, że jadą? Mimo zakazu rodziców? Pytania bez odpowiedzi. I tylko ta myśl zostaje w głowie: życie, które mamy, może nam zostać odebrane. W każdej chwili. Banał, wiem. Przerażający.
Trochę polecam, a trochę nie.

pokaż więcej

 
2018-08-30 11:53:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nie, nie i jeszcze raz nie. „Rok na odwyku. Kronika powrotu” Katarzyny T. Nowak to jedna z najgorszych książek, jakie ostatnio przeczytałam. Beznadziejna okładka, jak taniego romansu/kryminału: dama z tapirowanym włosem i wypiętym biustem (z logo Wydawnictwa Literackiego na staniku, żeby było zabawniej ) uzbrojoną w tipsy dłonią rozchyla żaluzję za którymi nic nie ma. Głębię metafory można... Nie, nie i jeszcze raz nie. „Rok na odwyku. Kronika powrotu” Katarzyny T. Nowak to jedna z najgorszych książek, jakie ostatnio przeczytałam. Beznadziejna okładka, jak taniego romansu/kryminału: dama z tapirowanym włosem i wypiętym biustem (z logo Wydawnictwa Literackiego na staniku, żeby było zabawniej ) uzbrojoną w tipsy dłonią rozchyla żaluzję za którymi nic nie ma. Głębię metafory można zmierzyć w milimetrach, a jej subtelność i oddziaływanie porównać chyba tylko z użyciem młota. Udarowego. Zawartość książki niestety niewiele lepsza.

Aż przykro pisać, że Katarzyna T. Nowak to pisarka i dziennikarka, która publikowała artykuły w ,,Przekroju", ,,Twojego Stylu", ,,Gazety Krakowskiej". Jest także autorką powieści: ,,Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej", ,,Kobieta w wynajętych pokojach" i ,,Kasika Mówka".

Autorka opowiada w swojej najnowszej książce o rocznym pobycie na zamkniętym oddziale odwykowym. W sumie to sama nie wie nawet, czemu się zgłosiła na terapię. Teoretycznie nie czuje się ani alkoholiczką, ani lekomanką, kryzysy wydają się jej obce. Co prawda dręczy ją nerwica natręctw, dokucza narastająca apatia, spowolnienie, nie potrafi zasnąć bez leków, ma problem z pisaniem, a nawet świadomość, że ostatnią książka, którą napisała będąc niemal stale pod wpływem alkoholu, jest pozycją kiepską. Niestety ta napisana na trzeźwo lepsza nie jest.

Poziomem literackim książka nie odbiega od pamiętnika pisanego przez dwunastolatkę, aż roi się tam od konstatacji typu: „Właśnie minęły święta. Bardzo lubię Wielkanoc.
W sklepie kupiłam czekoladowego zająca”, „Przyjechała Beata z owocami i słodyczami. Ale będę gruba!!!”, „Nie lubię Basi”.

I nie ma tu co piać z zachwytu, że prostota stylu, suche, oszczędne opisy o rażącej sile oddziaływania, jak to zdarzało mi się czytać, bo pod względem stylistycznym ta książka także leży i kwiczy. Kwiatki w stylu: „Iza, która miała ręce w bliznach, w nocy pocięła sobie brzuch żyletką, którą miała schowaną” wyrastają na niemal każdej stronie. Książkę wypełniają opisy codzienności na zamkniętym oddziale odwykowym: tego wyrzucili, ta śpi, ta nie dała rady i sama odeszła, zrobili przeszukanie w pokoju, dostałam przepustkę, tamten zapił, zmieniła mi się współlokatorka, na terapii omawialiśmy to i to. Plus fragmenty wypracowań innych uzależnionych. Nuuuuda nuda… Nic się nie dzieje, proszę Państwa. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.

A przepraszam, tam nie ma dialogów. Jedyna zaleta tej książki to mówienie wprost, ze uzależnienie od alkoholu, leków, narkotyków trudno sobie uświadomić, co pokazuje na swoim przykładzie sama autorka, a jest częste i może de facto zdarzyć się każdemu. Ale już zafałszowany, uproszczony obraz wychodzenia z nałogu przyprawia o ból zębów, zwłaszcza w świetle hurraoptymistycznych afirmacji typu: „Niedługo kończę odwyk. Nie boję się wyjścia na wolność. Nie boję się używek” czy „Dzięki tej rocznej terapii wiem, że teraz znowu będę aktywnie żyła. A poczucie bliskości zapewniała mi grupa”.

Tylko cztery osoby ukończyły odwyk, w tym jedna kobieta – autorka książki. Gratuluję – zwłaszcza pewności siebie. Książki niekoniecznie, jeśli chcecie przeczytać szczerą do bólu, świetne napisaną, prawdziwą opowieść o tym, jak się wychodzi z nałogu, to sięgnijcie po książkę Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Warto.

pokaż więcej

 
2018-08-21 21:07:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Jedyna w swoim rodzaju. Nietypowa Matka Polka. Rosół gotuje na brukwi i pasternaku. Wyciąga koty spod łóżka, ale tylko wtedy, gdy uciekają. Do lekarza nie pójdzie, chyba że musi (bo się udusi) lub rodzi. Z potwierdzonych źródeł (akty urodzenia) wiadomo, że była minimum cztery razy. Ponoć groziła, że przybędzie z własnym znieczuleniem i żądała cesarskiego cięcia, ekstrakcji i liposukcji.... Jedyna w swoim rodzaju. Nietypowa Matka Polka. Rosół gotuje na brukwi i pasternaku. Wyciąga koty spod łóżka, ale tylko wtedy, gdy uciekają. Do lekarza nie pójdzie, chyba że musi (bo się udusi) lub rodzi. Z potwierdzonych źródeł (akty urodzenia) wiadomo, że była minimum cztery razy. Ponoć groziła, że przybędzie z własnym znieczuleniem i żądała cesarskiego cięcia, ekstrakcji i liposukcji. Najlepiej wykonanych jednocześnie. Niestety nie zezwolono jej na spożywanie alkoholu w szpitalu. Na pewno wszyscy lekarze ją doskonale zapamiętali, zwłaszcza że urządziła ospa party w angielskiej przychodni. Przypadkiem oczywiście. Zaświeciła gołym biustem na przejściu dla pieszych, także przypadkiem, staruszce narysowała na aucie fallusa, czy ktoś wątpi w to, że przypadkiem? Psią kupę oddała właścicielowi. Psa, nie kupy, tym razem celowo, trzeba koniecznie dodać dla jasności Co nie zmienia faktu, że psy bardzo lubi i jak sama wyznaje – łączy się w bólu z właścicielami wszystkich Maksów.

Koty też lubi (ma dwa, nie licząc tych pod łóżkami) ale za długo się gotują ... do wyjścia z chaty. Przy czym określenia "wyjścia" to zdecydowanie eufemizm, żeby nie powiedzieć wprost, używając wymownego skrótu "spier... ". Z badziewiarami wkroczyła do Armaniego. Mogę tak długo wymieniać, ale nie chcę psuć zabawy, tym, którzy jeszcze jej nie znają.

Napiszę więc tylko, że uwielbiam jej poczucie humoru, styl pisania, ironiczne podejście do świata, dystans i mądrość. Kobieta z jajami, ale bez wąsa. Bezkompromisowa, inteligentna, szczera (ale uwaga, kiedy krzyczy "Siara!" to woła męża). Pisze od lat. Najpierw blogowała, potem podbiła serca ludzi na facebooku. Teraz wydała książkę. Zbiór historii, anegdot, felietonów, lekkich zabawnych, po prostu – świetnych. Sięgnijcie po nią koniecznie, kupcie przyjaciółce, matce, teściowej, sąsiadce, koleżance. Jak to mówi autorka - "Życie jest za krótkie, żeby się nie śmiać"

Nietypowa Matka Polka nie szpachluje niczego, poza własną twarzą ( ale tylko do zdjęcia; jak nie ma czasu to nosi maskę Chewbacca), nie podkolorowuje rzeczywistości, nie używa barwnych filtrów. Pisze jak jest. O sobie, o dzieciach, o życiowych perypetiach. Czasem zębem draśnie pseudopolityków (a mamy innych?) i pseudocelebrytów. Używa słów uważanych potocznie za obraźliwe – żeby nie było, że nie uprzedzałam.

Łapie za serce ( jeśli siebie, to znaczy, że szuka piersiówki ) i doprowadza do łez – śmiechu lub rozpaczy, w zależności od tego kim jesteś: czytającym, czy opisywanym.

Płakałam dziś przez nią. Niech to będzie najlepsza rekomendacja.

pokaż więcej

 
2018-08-20 19:27:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Bo nic się na to nie poradzi, że każde życie jest opowieścią, i ten banał wciąż pozostaje oryginalny”.

Uśmiechnęłam się i zatrzymałam nad tym zdaniem Andrzeja Mularczyka, reportera, pisarza, autora tekstów, które wszyscy chyba znają z najpopularniejszych polskich filmów o Kargulu i Pawlaku. Latami tworzył scenariusz słuchowiska radiowego „W Jezioranach” i przez lata był współautorem...
„Bo nic się na to nie poradzi, że każde życie jest opowieścią, i ten banał wciąż pozostaje oryginalny”.

Uśmiechnęłam się i zatrzymałam nad tym zdaniem Andrzeja Mularczyka, reportera, pisarza, autora tekstów, które wszyscy chyba znają z najpopularniejszych polskich filmów o Kargulu i Pawlaku. Latami tworzył scenariusz słuchowiska radiowego „W Jezioranach” i przez lata był współautorem scenariuszy seriali „Dom”, „Rodzina Połanieckich”, „Droga”. Swoją drogą, zastanawiam się, czy ktoś je jeszcze pamięta...

W serii „Faktyczny Dom Kultury” Wydawnictwo Dowody na Istnienie wznowiły po latach jego reportaże -
„Co się komu śni i inne historie” to kilka tekstów, pełnych szczegółów, emocji; jaka szkoda, że już się tak nie pisze.

Każdy z nich: „Dziesięć krzyży dla seledynowo – amarantowych”, „Co się komu śni”, „ Czyim ja żyłem życiem”, „Depozyt”, „Dni radości i pieczali Katarzyny Januszkowej od 1902 do 1977 roku”, „Dożywotni”, „Każdy rodzi się boso”, „Kropka, kreska, kropka”, „Msza św. Huberta” i „Pięć i pół człowieka” to reporterski majstersztyk. Książkę zamyka rozmowa Magdaleny Kicińskiej z Andrzejem Mularczykiem, który mówi wprost:

„Bo w końcu życie składa się tylko z fragmentów, które się pamięta”.

Jest jednocześnie procesem polegającym na nieustannym traceniu: bliskich, miłości, czasu, złudzeń, zachwytów, wspomnień. Wszystko to znajdziecie w tej książce. Ciągle aktualne, ciągle prawdziwe, choć przecież Mularczyk pisze o ludziach dotkniętych przekleństwem wojny. Wyłapuje i opisuje te chwile, w których wszystko zmienia się nieodwołanie, momenty, które zamieniają życie w los. Tło historyczno – obyczajowe tylko z pozoru „trąci myszką”: kolektywizacja, urbanizacja, obozy, przesłuchania... „Co się komu śni i inne historie” to reportaże z końca lat sześćdziesiątych.

Czy możemy się nadal identyfikować w jakikolwiek sposób z ludźmi, którym wojna przetrąciła życia, miłości, rodziny; którym los narzucił życie w takim, a nie innym czasie? Czy chcemy jeszcze pamiętać, jak to jest, kiedy jeden człowiek zabija drugiego człowieka, wykopuje mu stołek spod nóg, gdy po innym zostaje tylko cudem odnaleziona złota papierośnica? Czy chcemy o tym czytać?

Zastanawiałam się nad tym, biorąc tą książkę do ręki. Czy warto wracać do czasów, gdy jedynym ratunkiem przed tym, co się działo była próba opisania tego, ocalenia ku pamięci, ku przestrodze, aby został jakiś ślad. I dochodzę do wniosku, że właśnie dlatego warto. A nawet trzeba, bo Mularczyk jest nie tylko genialnym reportażystą, ale przede wszystkim tropicielem niezwykłych historii, kronikarzem wymierającego pokolenia. Latami szukał nie bohaterów, ale opowieści - i znajdował, tych pierwszych jak gdyby mimochodem, te drugie same go odnajdywały.

Trudno uwierzyć, że wydarzyły się naprawdę. Niesamowite losy „Pszenicznej” , „Sławbora” i alfabetu Morse'a, w którym można całe życie „wystukać” przez ścianę, nota bene – przepowiedziane przez obozową wróżkę, wypatrzone w kartach z chleba. Zapadająca w pamięć powieść o uciekinierze z obozu jenieckiego, który przekonany o zdradzie ukochanej Danuty, szuka jej latami po całej Polsce „z zamiarem dokonania zabójstwa”. Najpiękniejsza, o dniach radości Katarzyny Januszowskiej, do której po czterdziestu sześciu latach wraca ukochany zza morza i nadal kocha, choć poszła za innego jeszcze przed wojną.

To, co najważniejsze w tych reportażach nie
zdezaktualizowało się. Historie o wielkiej miłości, popychającej do zabójstwa, trwającej latami, ponad czasem i przestrzenią. Pytania bez odpowiedzi – jaką straszną rzecz zrobił ojciec, że matka nawet po śmierci nie chciała obok niego w grobie leżeć? O co poszło? O te „pół człowieka?”. W każdej z tych historii jest coś uniwersalnego, coś zapadającego w pamięć, coś co każe zadać samemu sobie pytanie „Czyim ja życiem żyłem?”. A może ciągle żyję? Przeczytajcie. Może to pytanie i do Was

pokaż więcej

 
2018-08-20 18:17:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zwracacie uwagę na pypcie na języku? Swoim lub cudzym? ;-)

Żeby było jasne, nie chodzi tu o dermatologiczne wykwity, ale pewne zjawiska językowe, które w swojej książce opisał Michał Rusinek. W zbiorze felietonów pod tytułem „Pypcie na języku” znajdziecie cztery, luźno zgrupowane kategorie „pypciów” - „z życia (autora) wzięte”, „kulturalne”, „historyczne i nostalgiczne” oraz „współczesne”....
Zwracacie uwagę na pypcie na języku? Swoim lub cudzym? ;-)

Żeby było jasne, nie chodzi tu o dermatologiczne wykwity, ale pewne zjawiska językowe, które w swojej książce opisał Michał Rusinek. W zbiorze felietonów pod tytułem „Pypcie na języku” znajdziecie cztery, luźno zgrupowane kategorie „pypciów” - „z życia (autora) wzięte”, „kulturalne”, „historyczne i nostalgiczne” oraz „współczesne”. Sama nie wiem, które lepsze, o ile można w ten sposób powiedzieć o błędach językowych, które autor tropi z pasją niemalże detektywistyczną. Rusinek jest wytrawnym obserwatorem rzeczywistości lingwistycznej. Przygląda się jej, notuje i opowiada – lekko, ze swadą wytrawnego gawędziarza i ogromnym poczuciem humoru o tym, co „wykwita” na języku (polskim ).

Znajdziecie więc w jego książce opowieści o zapożyczeniach i Marioli, która frontuje na nabiale, o regionalizmach i o tym, że nie należy się wzbraniać, gdy obca i nobliwa dama, zaproponuje prezentacje cipki (zwłaszcza na Kaszubach), o dwuznaczności i wieloznaczności językowej razem z informacja, dlaczego wiadomość „Znaleziono psa. Wiadomość w smażalni” niekoniecznie brzmi optymistycznie. Rusinek z gracją i finezją (choć dyskretnie) jak przystało na doświadczonego tłumacza literatury angielskiej, podśmiewa się kłopotów z przekładem tekstów tak trywialnych jak ulotki domów publicznych, ale i książek Marka Hłaski. „Francuski bez” czy „puścić pawia” to tylko dwie z fraz, na których przysłowiowego orla wywinęli tłumacze nieświadomi wieloznaczności języka polskiego.

Rusinek bawi się doskonale, a przy okazji i czytelnika, płynnie przechodząc od anegdoty od anegdoty:

„To historia dość znana, ale muszę ją przypomnieć. Zadzwoniła kiedyś do mnie pani z banku i zapytała, czy rozmawia z „panem Michałem Rusinek”. Odpowiedziałem uprzejmie, że tak, ale ja się deklinuję. Na co ona „ A to przeprasza. Zadzwonię później”.

I tak razem z autorem wędrujemy od przypadków do profesjolektów, od metafor do skrótów ( czasem niefortunnych), od kolorów farb do ubojni drobiu o nazwie „Exodus”, od ładowarek dedykowanych do określonego modelu telefonu do zdrobnień. Towarzystwo to przednie, przeczytajcie, będziecie się doskonale bawić się razem z Rusinkiem, który tu zażartuje, tam przypomni stary dowcip:

„Przychodzi facet do lekarza i mówi: „Panie doktorze, mam maleńki interesik”. Lekarz: „Niestety nic na to nie poradzę”.

„Pypcie na języku” to lektura lekka, zabawna, przyjemna, ale i skłaniająca do uważnej obserwacji języka, którym mówimy i który słyszymy na co dzień. Osobiście bardzo lubię czytać pomiędzy wierszami, przyglądać się temu, co dzieje się między słowami. Wstyd się przyznać, ale uwielbiam podsłuchiwać ludzi. Język , jakim mówią, potrafi powiedzieć o nich więcej, niż sami by chcieli. Zawsze uparcie twierdziłam, że to, co mówimy, świadczy o nas. Także to, jak mówimy. Przyjrzyjcie się więc uważnie językowi, nie tylko w lusterku. Bardzo szybko traficie na wykwity jeszcze ciekawsze, niż te opisane przez Rusinka. Ja swego czasu trafiłam w menu pewnej restauracji na „babkę ziemniaczaną” przetłumaczoną jako „potatoes grandmother”. Pyszne, prawda?

pokaż więcej

 
2018-07-27 18:32:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Poza serią

Jest w tej książce zapach łąki i świeżo skoszonego siana. Wzrok przyciąga czerwona wstążka zawiązana na dziecięcej rączce celem odpędzenia uroków. Muszle winniczków chrzęszczą pod butami, słychać szept babki odmawiającej litanię, czuć swąd resztek pierza kury opalanej nad odsuniętą fajerką węglowej kuchni. Kot wożony w wózku dla lalek śpi spokojnie, po wsi „chodzi” święty obraz, a kuleczki... Jest w tej książce zapach łąki i świeżo skoszonego siana. Wzrok przyciąga czerwona wstążka zawiązana na dziecięcej rączce celem odpędzenia uroków. Muszle winniczków chrzęszczą pod butami, słychać szept babki odmawiającej litanię, czuć swąd resztek pierza kury opalanej nad odsuniętą fajerką węglowej kuchni. Kot wożony w wózku dla lalek śpi spokojnie, po wsi „chodzi” święty obraz, a kuleczki rozbieganej rtęci z pękniętego termometru suną po kołdrze kilkuletniej Wioletki ze wsi Hektary. Kapliczka z Maryjką tkwi na granicy pola pełnego traktorów, chroniona przez święte pająki z Jerozolimy, a magia i realizm idą w tej książce zgodnie pod rękę przez świat widziany oczami dziecka, podglądany zza kuchennej, koronkowej zazdrostki.

Wioletta Grzegorzywska stworzyła opowiadania przesycone szczegółami, zapachami, kolorami, światłem - przepiękne ballady o byciu małym, dorastaniu i dojrzewaniu. Ot, kawałki, krótkie historie, przesycone poezją, erotyzmem, ale i śmiechem, sentymentalne opowieści o dzieciństwie spędzonym na wsi z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Boleśnie uświadamiające, jak nieubłagany jest upływ czasu, że ten świat, idylliczny choć, PRL -owski, siermiężny, zwyczajnie biedny – bezpowrotnie minął. I nie tylko on. Obecny też pędzi, gna na łeb, na szyję, na złamanie karku, życie przecieka między palcami nie tylko ojcu dziewczynki:

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu dziupli gniazdo kuny. Chciałby zamienić się na życie z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”

Czytając „Guguły” Grzegorzewskiej przysiadłam na moment, zatrzymałam się dosłownie na chwilę w tym codziennym, szaleńczym pędzie, właśnie na tym zdaniu, na zapisie chwili nagłego, smutnego olśnienia:

„Minęło dwadzieścia lat. Jechaliśmy razem autobusem do Myszkowa: ojciec do papierni, ja do księgarni po lekturę. Tata przysypiał na tylnym siedzeniu autobusu, postawił kołnierz katany, bo chłodno było o świcie.
- Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił w Piłsudskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

Ta książką poruszyła coś we mnie bardzo mocno, uruchomiła lawinę wspomnień z własnego dzieciństwa, refleksji i przemyśleń. Nagle zorientowałam się, że mam prawie czterdzieści lat i ciągle nie wiem, kim chcę zostać, jak już będę dorosła.

Piękna książka. Dla każdego, kto ciągle jest jak te guguły

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
41 41 323
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (2)

zgłoś błąd zgłoś błąd