Pisacja 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-07-27 18:32:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Poza serią

Jest w tej książce zapach łąki i świeżo skoszonego siana. Wzrok przyciąga czerwona wstążka zawiązana na dziecięcej rączce celem odpędzenia uroków. Muszle winniczków chrzęszczą pod butami, słychać szept babki odmawiającej litanię, czuć swąd resztek pierza kury opalanej nad odsuniętą fajerką węglowej kuchni. Kot wożony w wózku dla lalek śpi spokojnie, po wsi „chodzi” święty obraz, a kuleczki... Jest w tej książce zapach łąki i świeżo skoszonego siana. Wzrok przyciąga czerwona wstążka zawiązana na dziecięcej rączce celem odpędzenia uroków. Muszle winniczków chrzęszczą pod butami, słychać szept babki odmawiającej litanię, czuć swąd resztek pierza kury opalanej nad odsuniętą fajerką węglowej kuchni. Kot wożony w wózku dla lalek śpi spokojnie, po wsi „chodzi” święty obraz, a kuleczki rozbieganej rtęci z pękniętego termometru suną po kołdrze kilkuletniej Wioletki ze wsi Hektary. Kapliczka z Maryjką tkwi na granicy pola pełnego traktorów, chroniona przez święte pająki z Jerozolimy, a magia i realizm idą w tej książce zgodnie pod rękę przez świat widziany oczami dziecka, podglądany zza kuchennej, koronkowej zazdrostki.

Wioletta Grzegorzywska stworzyła opowiadania przesycone szczegółami, zapachami, kolorami, światłem - przepiękne ballady o byciu małym, dorastaniu i dojrzewaniu. Ot, kawałki, krótkie historie, przesycone poezją, erotyzmem, ale i śmiechem, sentymentalne opowieści o dzieciństwie spędzonym na wsi z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Boleśnie uświadamiające, jak nieubłagany jest upływ czasu, że ten świat, idylliczny choć, PRL -owski, siermiężny, zwyczajnie biedny – bezpowrotnie minął. I nie tylko on. Obecny też pędzi, gna na łeb, na szyję, na złamanie karku, życie przecieka między palcami nie tylko ojcu dziewczynki:

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu dziupli gniazdo kuny. Chciałby zamienić się na życie z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”

Czytając „Guguły” Grzegorzewskiej przysiadłam na moment, zatrzymałam się dosłownie na chwilę w tym codziennym, szaleńczym pędzie, właśnie na tym zdaniu, na zapisie chwili nagłego, smutnego olśnienia:

„Minęło dwadzieścia lat. Jechaliśmy razem autobusem do Myszkowa: ojciec do papierni, ja do księgarni po lekturę. Tata przysypiał na tylnym siedzeniu autobusu, postawił kołnierz katany, bo chłodno było o świcie.
- Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił w Piłsudskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

Ta książką poruszyła coś we mnie bardzo mocno, uruchomiła lawinę wspomnień z własnego dzieciństwa, refleksji i przemyśleń. Nagle zorientowałam się, że mam prawie czterdzieści lat i ciągle nie wiem, kim chcę zostać, jak już będę dorosła.

Piękna książka. Dla każdego, kto ciągle jest jak te guguły

pokaż więcej

 
2018-07-16 22:23:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

W podupadającej agroturystyce "Żmijowisko" pewnego letniego dnia pojawia się ojciec piętnastoletniej dziewczyny, która dokładnie rok temu zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Arek, z niejasnych przyczyn, zamiast współczucia, budzi ludzką niechęć, choć wraca do letniska, by podjąć kolejną próbę odnalezienia córki. Znajomi patrzą na niego wilkiem, jest delikatnie mówiąc – niemile... W podupadającej agroturystyce "Żmijowisko" pewnego letniego dnia pojawia się ojciec piętnastoletniej dziewczyny, która dokładnie rok temu zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Arek, z niejasnych przyczyn, zamiast współczucia, budzi ludzką niechęć, choć wraca do letniska, by podjąć kolejną próbę odnalezienia córki. Znajomi patrzą na niego wilkiem, jest delikatnie mówiąc – niemile widziany. Brzmi ciekawie, prawda?

Rok wcześniej, w "Żmijowisku" spotkali się przyjaciele ze studiów, z rodzinami i dziećmi. Cofając się do Wtedy poznajemy: małżeństwo Kamili i Arka właśnie, niezbyt udane, pełne napięć i niesnasek, Roberta i Adaomy, producenta telewizyjnego i ciemnoskórej modelki, gospodarzy Żmijowiska i ich małomównego syna, oraz lokalnego biznesmena, który ma żonę alkoholiczkę, sprawiającą problemy córkę i swój własny pomysł na modernizację sielskiej posiadłości. W cichej agroturystyce, w otoczeniu malowniczych jezior i lasów szybko ujawniają się wzajemne animozje, problemy zamiecione pod dywan wychodzą na jaw, a trupy wypadają z szafy. Wątki się plączą, portrety psychologiczne bohaterów mnożą, a historia wciąga, nie da się ukryć.

Warto wspomnieć, że akcja książki rozgrywa się w trzech płaszczyznach czasowych: Teraz, Wtedy i Pomiędzy, zaś autor sprawnie między nimi lawiruje, prowadząc swoją opowieść; choć są momenty, gdy staje się to męczące.

Chmielarz w swojej książce sprawnie połączył kryminał z powieścią psychologiczno – obyczajową, przeplatając wątek zaginięcia dziewczyny z opowieścią o współczesnym pokoleniu trzydzieści plus; dość wnikliwym studium ludzkich charakterów, relacji i emocji. Niestety, mimo to dość schematycznym. Nie da się ukryć – pachniało miejscami telenowelą. Wrażenie potęgują niektóre dialogi, żywcem wyjęte z seriali; jakby się bał autor żywego, potocznego języka (jest taki moment w tej książce, gdy z zapchanej toalety wypływa, nie, nie żadne śmierdzące gówno, ale elegancki kał/stolec :-))

Mimo tych niedociągnięć, kilku niekoniecznie wiarygodnych wątków i szczegółów, "Żmijowisko" czyta się bardzo dobrze, akcja wciąga, a za zakończenie autor faktycznie powinien dostać order – rewelacyjne. Idealna lektura na lato, na wakacje... na przykłada w agroturystyce :-D Żarcik. Ale i tak polecam, choć nie w moim typie, to jednak kawał dobrej literatury popularnej.

pokaż więcej

 
2018-07-12 13:02:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Mała, niepozorna książeczka, wznowiona ostatnio przez Dowody na Istnienie. Niewielki format, wielka treść. Dziewięć esejów filozoficznych, dłuższych i krótszych: Wiśnia i zrozumienie, Otwarcie, Krzątactwo, Świat jako tło, Święte zło, Nietykalność, Powaga ścierek, Wniknięcie, Metafizyka mięsa. Jolanta Brach – Czaina pochyla się w nich nad podstawowymi sytuacjami egzystencjalnymi: miłością,... Mała, niepozorna książeczka, wznowiona ostatnio przez Dowody na Istnienie. Niewielki format, wielka treść. Dziewięć esejów filozoficznych, dłuższych i krótszych: Wiśnia i zrozumienie, Otwarcie, Krzątactwo, Świat jako tło, Święte zło, Nietykalność, Powaga ścierek, Wniknięcie, Metafizyka mięsa. Jolanta Brach – Czaina pochyla się w nich nad podstawowymi sytuacjami egzystencjalnymi: miłością, cierpieniem, umieraniem i narodzinami – na każdą z nich proponuje spojrzeć z perspektywy codzienności. Ot, moja ulubiona filozofia konkretu w pigułce, sugestia, by spojrzeć na to, co nas otacza nieco inaczej, zacząć od szczegółu, konkretu. Uświadomić sobie, że:

„Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach”.

Jolanta Brach – Czaina zwraca uwagę na rzeczy tylko z pozoru prozaiczne, przywraca wartość codzienności, a jednocześnie pokazuje, jakie niesie z sobą zagrożenia; bo jak słusznie zauważa, ma ona swoje sposoby, by uczynić nas bezrefleksyjnymi, a siebie – niezauważalną. Mimochodem pozbawić sił. Ta jej powtarzalność. To jej zawłaszczanie. Wchłaniane. Zastawia na nas pułapkę i sprowadza życie do paradoksu: istniejemy w codzienności, dzięki codzienności, ale jednocześnie – ma ona ogromną siłę destrukcyjną. Autorka próbuje przekierować uwagę czytelnika na sensualność i zmysłowość otaczającego świata. Pokazać, że życie przejawia się w rzeczach małych; namawia do zgody na różnorodność doświadczeń, które niesie; także tak trudnych jak cierpienie i umieranie.

Bardzo lubię przesłanie zawarte w tej niewielkiej książce, to namawianie, by przyjrzeć się drobiazgom codzienności, prośby autorki, ciągle ponawiane: skup się, rozejrzyj, weź do ręki, poczuj. Wszystko, co Cię otacza, ma wartość. Obłość kulistego kształtu wiśni, porowatą skórkę obieranego ziemniaka, zauważ wszechobecność ziemi, mięsność istnienia:

„Trzeba dotknąć surowego mięsa. Trzymać je w ręku. Ściskać. Pozwolić , by przedostało się między naszymi palcami. I trzeba dotknąć ciała zmarłego człowieka.

Trzeba. Codzienność jest wartością, nie tylko tłem. Miłość otwarciem. Krzątactwo to sposób na obecność w świecie przez ponawianie, przez walkę z chaosem, przez próby porządkowania i odwracania naturalnego biegu życia; którego de facto – nie zauważamy:

„A ziemia zasypuje mieszkanie. Nic gwałtownego. Przecież nie mieszkam pod obrywającym się urwiskiem. Niepostrzeżenie. Wnoszona po odrobinie na butach, spadająca z powietrza, nie wiadomo skąd. (…) Kto sprząta dom na wsi, może się z tego śmiać, bo tam ziemia atakuje otwarcie, ale mnie właśnie zastanawia jej nieustępliwa obecność w miastach, w opancerzonych betonem mieszkaniach. Tu dopiero się możemy przekonać, że nie ma ucieczki od ziemi. Mimo uporczywej krzątaniny zasypuje nas wraz z domami, choć nie słychać padających grudek, które przecież, mimo naszych protestów, uderzają w wieko”.

Nie tylko na to zwraca uwagę autorka. Generalnie sensem tej książki jest namawianie do skupienia na konkretach, ale także stawianie pytań. Małych i dużych. Czym jest zło? Jak znieść krzywdę? Jaki sens ma niezawinione cierpienie?Ale i takich jak: dlaczego ściera do podłogi może budzić nadzieję? Długo można pisać o tych esejach. Każdy z czytających znajdzie w nich coś, co zapada głęboko w pamięć; choć na pewno nie jest to książka dla każdego.
Ale warto. Ja osobiście jedno zdanie ze „Szczelin istnienia” noszę w sobie od kilkunastu lat. Razem ze wspomnieniem tamtych miesięcy, gdy siedzieli razem w fotelu, mój umierający tata i ból.

„Tylko we własnym bólu można być. O cudzym – zaledwie myśleć”

pokaż więcej

 
2018-07-11 14:54:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Piękna okładka. I to by było na tyle z pozytywów. A tak dobrze się zaczynało – bardzo mocnym akcentem, świadectwem włoskich ratowników otwierających kadłub statku, którym płynęli imigranci. Zatopionego statku, którego wnętrze po rozcięciu poszycia nożycami hydraulicznymi odsłoniło „Szkielety dorosłe obejmujące szkielety małe, w geście obrony przed tym co się działo. Szkielety zupełnie małe,... Piękna okładka. I to by było na tyle z pozytywów. A tak dobrze się zaczynało – bardzo mocnym akcentem, świadectwem włoskich ratowników otwierających kadłub statku, którym płynęli imigranci. Zatopionego statku, którego wnętrze po rozcięciu poszycia nożycami hydraulicznymi odsłoniło „Szkielety dorosłe obejmujące szkielety małe, w geście obrony przed tym co się działo. Szkielety zupełnie małe, niemowlęce”.

A potem było już tylko gorzej. Napaliłam się, za przeproszeniem, jak szczerbaty na suchary, widząc na okładce dopisek "Seria reporterska". Oczekiwałam więc, że „Terremoto” będzie lirycznym, ale reportażem o nawracających trzęsieniach ziemi we Włoszech. W 2017 roku ich seria obróciła w gruzy wsie i miasteczka w rejonach Umbria, Lacjum, Marche, runęły domy, kościoły, m.in. Katedra pod wezwaniem świętego Benedykta, jednego z patronów Europy. Miasteczka takie jak Amatrice, Nursja de facto przestały istnieć. Po zniszczonych terenach oprowadza autora Luca Cari, strażak koordynujący od lat akcje ratunkowe. Idealny główny bohater reportażu.

Nie dla Jarosława Mikołajewskiego niestety, który postanowił osią książki uczynić swoje poetycko – filozoficzne rozważania, napuszone do granic możliwości, patetyczne i przede wszystkim nude. Zdarzenia skrótowo naszkicowane, ledwie zarysowani bohaterowie i ledwie muśnięte historie Włochów, którzy stracili podczas trzęsień ziemi wszystko; rodziny, domy, całe swoje dotychczasowe życia. Słowem, treści w tej książce jak na lekarstwo, za to banalnych, nużących poetycko - filozoficznych konstatacji całe strony. Niestety po świetnym początku, dość szybko wyłania się z tekstu, dosłownie z niego wychodzi (cały na biało) autor, erudyta, jakby ktoś nie zauważył i zaczyna prezentować swój pretensjonalny autoportret i snuć refleksje tego typu:

"A dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiam?/ Przecież nie jestem chrześcijaninem/ A może to nieprawda? / Może przestałem nim być, ale tragedia tego, co najlepsze, pokory Apeninów pomiędzy Asyżem a Norcią, jest tym, czego w chrześcijaństwie tak długo szukałem, nie znajdując, aż w końcu znalazłem i byłbym gotowy szukać na nowo wszystkiego, co wyższe ode mnie? / Nie wiem / Ale czy się mylę, że to nie tylko moje pytanie? / I może to wcale nie chrześcijaństwo odrzucam, lecz to, co jest falsyfikatem chrześcijaństwa, bo chrześcijaństwo prawdziwe to krzyże powalone na ludzi powalonych na ich ranne cienie?"

Serio? Aż zacytuje jeszcze raz - „Chrześcijaństwo prawdziwe to krzyże powalone na ludzi powalonych na ich ranne cienie”? I tak dalej, aż chciałby się zanucić „i nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca”. Książki, ma się rozumieć. Rozepchniętej cytatami z Szekspira, Woltera, fragmentami Biblii i przypowieścią, dopisaną mam wrażenie, żeby „dobić” do 100 stron. Nadprogramowe 30 załatwiły puste, pól-stronicowe akapity zaczynające kolejne fragmenty eseju. Bo to poetycki esej, który obok reportażu nawet nie leżał. Wielkie rozczarowanie, na dodatek nominowane do nagrody Nike. No lipa, niestety, lipa.

pokaż więcej

 
2018-06-29 00:50:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Życie jest pełne wszystkiego” - przypadków, zgubionych i znalezionych spinaczy biurowych, kłamstw, zawistnych koleżanek, ulotek wetkniętych za wycieraczki, rozczarowań, tęsknot, kotów, straconych szans, nieodebranych połączeń, wyplutych gum, zdrad, dzieci, nieudanych małżeństw, sufitów spadających na głowę, zaskoczeń, złych wyborów. W „Splocie słonecznym”, najnowszym zbiorze opowiadań... „Życie jest pełne wszystkiego” - przypadków, zgubionych i znalezionych spinaczy biurowych, kłamstw, zawistnych koleżanek, ulotek wetkniętych za wycieraczki, rozczarowań, tęsknot, kotów, straconych szans, nieodebranych połączeń, wyplutych gum, zdrad, dzieci, nieudanych małżeństw, sufitów spadających na głowę, zaskoczeń, złych wyborów. W „Splocie słonecznym”, najnowszym zbiorze opowiadań Tomasza Jastruna tłoczą się ludzie: mężowie, żony, kochankowie i kochanki, znajomi, dzieci, często bezimienni; mnożą się scenki z życia, przeplatają z urwanymi opowieściami, absurdalnymi sytuacjami, zdarzeniami wykrojonymi z codzienności.

Ludzkie historie autor rozmienia na na drobne, prozaiczne formy i w przenośni, i dosłownie, kreując mikroświaty nieskończone, przenikające się wzajemnie, zamknięte puentą, a nierzadko – porzucone w pół słowa. Opowiada o życiu i świecie widzianym oczami dziecka, nastolatki, kobiety, dojrzałego mężczyzny, po mistrzowsku żonglując punktami widzenia. Zmienia je jak rękawiczki, kreując historie niecodzienne, i jak najbardziej codzienne, budzi śmiech, poczucie absurdu, zadziwia, zaskakuje i zachwyca.

Eugenia znajduje w gazecie swój własny nekrolog; co gorsze, grabarze próbują ją oszukać metodą „na ciało”. Pewien farciarz chodzi pod parasolem nawet w słoneczny dzień, gdyż nadmiar „szczęścia” spadającego z nieba zaczyna go nieco dziwić i przytłaczać. Zakochany pisarz musi pożyczyć młodej dziewczynie dwieście złotych w zaskakujących okolicznościach. Zdradzani zdradzający, równie zdziwieni, tak bardzo, że już ich „głowa nie boli”. Numer zapisany na serwetce, zbiór ulotek w starym pudełku, kolega alkoholik na wycieraczce, martwy kot upchnięty w zamrażarce, wcześniejszy powrót do domu, przypadki, drobne zdarzenia, pojedyncze sytuacje zmieniają nagle i nieodwołalnie nie tylko perspektywę widzenia. Czasem cale życie.

Bolały mnie te opowiadania. Czytałam, śmiałam się krótko i gorzko, bo śmiech utykał mi w gardle. Brnęłam przez historie o poszukiwaniu bliskości, psujących się żonach, sypiących się małżeństwach z dziwnym niepokojem. Ci wszyscy ludzie, którzy pojawiają się i znikają, bohaterowie, którzy gdzieś idą, jadą, czegoś chcą, za czymś tęskną, czegoś szukają, potrzebują, wydawali mi się znajomi. Ten świat, pełen dojmującej samotności, kobiet niewystarczających, krzyczących głosami swoich matek niedomówień i nieporozumień, starości, która zachodzi od tyłu,po cichu, na palcach – tak niepokojąco nieobcy. Te stracone momenty, zmarnowane szanse. To przeżyte życie i ta nagła świadomość racji, jaką ma bohater ostatniej historii, gdy uświadamia sobie:

„W oknach jego dawnego rodzinnego mieszkania paliły się światła. Ludzie toczą swoje życie jak gnojne żuki czarne kulki. Ciekawe? Czy na pewno ciekawe? Jacyś ludzie, czyli tacy jak on, tylko nieco inni. Nawet jeśli nam się zdaje, że bardzo różnimy się od siebie, to w rzeczywistości różnimy się bardzo niewiele. (…) A w życiu zwykle nie dzieje się nic niezwykłego, niezwykłe zdarza się bardzo rzadko, czasami nigdy”.

„Splot słoneczny” - zarówno zbiór, jak i ostatnie opowiadanie pod tym tytułem – rewelacyjne, mocne, niezwykle celne, bolesne jak... cios w splot słoneczny. Ten, który sprawia, że w jednej chwili świat nagle ciemnieje przed oczami, gdy uświadamiasz sobie że …

„Nie igra się bezkarnie z czasem”. Pamiętajcie o tym. I przeczytajcie. Koniecznie.

pokaż więcej

 
2018-06-26 10:20:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Właściwie to wszyscy mężczyźni powinni spędzić trochę czasu w celach śmierci. Byliby o wiele bardziej przyjaźni dla kobiet”, mówi Hester, tuż po ślubie, który został zawarty „z rękawiczką”; per procura. Ukochanego na ślubie reprezentował pełnomocnik, gdyż on sam nigdy już nie opuści więzienia. Z Hester i z innymi kobietami, które zdecydowały się na związki z mieszkańcami cel śmierci rozmawia... Właściwie to wszyscy mężczyźni powinni spędzić trochę czasu w celach śmierci. Byliby o wiele bardziej przyjaźni dla kobiet”, mówi Hester, tuż po ślubie, który został zawarty „z rękawiczką”; per procura. Ukochanego na ślubie reprezentował pełnomocnik, gdyż on sam nigdy już nie opuści więzienia. Z Hester i z innymi kobietami, które zdecydowały się na związki z mieszkańcami cel śmierci rozmawia Linda Polman; towarzyszy im w widzeniach, publikuje fragmenty korespondencji, zapisy z czatów internetowych. Sprawia, że razem z nią czytelnik zaczyna się zastanawiać, co powoduje, że kobiety z całych Stanów Zjednoczonych, ale i z Europy szukają kontaktu akurat ze skazanymi na śmierć?

Czy to syndrom Pięknej i Bestii, ekscytująca świadomość bliskości potwora popycha je do związku ze skazanymi za gwałty i morderstwa? A może cierpią po prostu na hybrysofilię; rodzaj zaburzenia osobowości, które cechuje m.in fascynacja i pociąg do kryminalistów ? Czy objawia się w ten sposób syndrom matkowania; kobiety widzą w mordercy dziecko i czują potrzebę zajmowania się nim i chronienia go? Czy kieruje nimi może zwykła potrzeba, by stać się dla kogoś najważniejszą osobą w życiu? W pustym życiu, kiedy nie sposób już odpowiedzieć na pytanie, które zadaje narratorka: „Czy mąż i dzieci unikali jej, bo ciągle gderała, czy gderała dlatego, że mąż i dzieci jej unikali?”
„Nawet Dziewicę Maryję skłoniliby do zdjęcia majtek swoim gadaniem” – tak władze Arizony podsumowały badania dotyczące odpowiedzi i reakcji więźniów na ogłoszenia więźniów”, więc może tak działał ich urok?

Kobiety i ich historie to jednak tylko niewielki fragment książki, wbrew temu, co sugeruje tytuł. Książka Lindy Polman to publikacja de facto poświęcona karze śmierci. Opisuje ją całościowo: metody uśmiercania - powieszenie, krzesło elektryczne, rozstrzelanie, śmiertelny zastrzyk, ostatnie posiłki więźniów, ostatnie słowa, przebieg konkretnej egzekucji, którą obserwują zarówno bliscy skazanego jak i ofiary. Co najciekawsze, autorka kreśli w swoim reportażu bardzo ciekawy i miejscami przerażający obraz amerykańskiego systemu sądownictwa, zwracając uwagę przede wszystkim na fakt, że karę śmierci otrzymują nie najgroźniejsi przestępcy, ale Ci, którzy mają najgorszych adwokatów. A zdarzają się tacy przydzieleni „z urzędu”, jak pewien 72 – latek, który przespał całą rozprawę, informując sąd i swojego klienta, że to pora w której on zawsze ucina sobie drzemkę, a konstytucja tego nie zabrania.

Piętnuje sytuacje, kiedy karę śmierci orzeka się w stosunku do osób chorych psychicznie, jak Andre Thomas, który zamordował swoją żonę i dwójkę dzieci za namową Boga; następnie wyciął im serca i zabrał je w kieszeni do domu, żeby je oczyścić. Po aresztowaniu, już w więzieniu, wydłubał sobie oko, także za namową Boga. Został skazany na śmierć, kilka lat później wydłubał sobie drugie oko, które zjadł. Personel oddziału na którym przebywa Andre Thomas twardo tkwi jednak na stanowisku, że jego rozsądek i zdolność oceny sytuacji są w normie

Wytyka, że są stany, takie jak Teksas, Dakota, Oklahoma, Wirginia, które „chętnie” stosują karę śmierci, pokazuje, że na jej orzeczenie bardzo często wpływa… sytuacja finansowa danego hrabstwa. Ponoć prokuratorzy okręgowi tych najmniejszych modlą się, żeby los oszczędził im trzech rzeczy: pożaru lasów, tornada i spraw sądowych zakończonych skazaniem na śmierć; ciągną się one miesiącami, a procedury apelacyjne – latami i wiążą się z ogromnymi nakładami finansowymi. Albowiem „Nieżądanie kary śmierci jest tańsze. Wiem, że sprawiedliwość nie jest na sprzedaż, ale jeśli hrabstwo zbankrutuje…” mówi wprost jeden z bohaterów książki Lindy Polman.

Ona sama także nie ukrywa swojego stosunku do opisywanego tematu, narracja, którą prowadzi jest mocno subiektywna, Polman próbuje utrzymać dystans, jednak bez powodzenia - w pewnym momencie, pisząc o mieszkańcach cel śmierci stwierdza wprost: . „Jednak ja jestem europejskim mięczakiem i jest mi ich po cichu żal”. Zaraża tym współczuciem, wciąga w opowieść i sprawia niestety, że ofiary giną po raz drugi, tym razem w książce.

Skoda, że tak mało pisze o ludziach, których zabili, poćwiartowali, zgwałcili, udusili jakoś malutko. Ot, ofiary, skutek uboczny działań, które sprawiły, że mordercy zostali skazani na śmierć.

pokaż więcej

 
2018-06-19 13:06:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Jako dwuipółlatka dorwałam się do apteczki i rozdzieliłam między siebie i kuzyna tabletki sprawiedliwie, w systemie „Jedna dla mnie, jedna dla Ciebie”. Dla mnie duża tabletka wapnia, bo byłam duża, dla niego małe relanium, bo był mały. Odratowano”.

Dajcie się odratować Nosowskiej. Terapia śmiechem ponoć czyni cuda.

Szerokousta baba z Instagrama przemówiła już dawno. Napisała – po pierwszy i...
„Jako dwuipółlatka dorwałam się do apteczki i rozdzieliłam między siebie i kuzyna tabletki sprawiedliwie, w systemie „Jedna dla mnie, jedna dla Ciebie”. Dla mnie duża tabletka wapnia, bo byłam duża, dla niego małe relanium, bo był mały. Odratowano”.

Dajcie się odratować Nosowskiej. Terapia śmiechem ponoć czyni cuda.

Szerokousta baba z Instagrama przemówiła już dawno. Napisała – po pierwszy i pokazała, że ma dystans do samej siebie, jak stąd do Ameryki, a poza tym: kompleksy, nadwagę, intuicję, szafę pełną czarnych ubrań, nałóg i poczucie humoru. Prochu ani nowego kontynentu nie odkrywa, ale czyta się to doskonale. „A ja żem jej powiedziała” to zbiór krótkich felietonów o związkach, dietach, szołbiznesie, nadwadze, mechanizmach funkcjonowania internetu, kobiecych przyjaźniach, dietach, telewizji śniadaniowej ,paleniu, wychowaniu dzieci, byciu seksownym i noszeniu plandeki. Tekstów mogłoby być więcej, pozostawiają niedosyt; nie niweluje tego poczucia szata graficzna udająca oryginalną, a de facto rozpychające sztucznie objętość tej niezbyt długiej książki.Mimo to warto, bo Katarzyna Nosowska wie, co mówi, a raczej – o czym opowiada.

O wszystkim i o niczym; aż chciałoby się napisać – lektura lekka, łatwa i przyjemna. Nie zawsze. O najważniejszych sprawach, najtrudniejszych doświadczeniach autorka wspomina mimochodem, niejako przy okazji. Uważny czytelnik znajdzie między wierszami tej książki, pod płaszczykiem kpiących, ironicznych i zabawnych historyjek, boleśnie szczerą opowieść w odcinkach. Tu pojawia się akapit o przemocy w związku, tam kilka słów o odrzuceniu, gdzieś cytat z rozmowy:
„Kiedyś spytałam Jakuba Żulczyka, czy frajerstwem jest dać drugą szansę. Odpowiedział: „Nie. Frajerstwem jest dać trzecią”. Trwam przy tym”.

Nosowska w swoich felietonach boleśnie uświadamia, że każdy idzie przez życie z bagażem doświadczeń; mówi o swoich szczere, dojrzałe, z dystansem do samej siebie i całego świata, czasem bardzo gorzko. Opowiada, jak w życiu doszła do punktu zwrotnego, a raczej pytania – kim jestem i co lubię/ czego nie lubię i dlaczego akurat siebie; że można pieknie żyć kompletnie nieswoim życiem. Pokazuje, że można zgubić i znaleźć; lepiej późno niż później, że pisanie to bezustanne poszukiwanie zrozumienia:

„Najszcześliwsza jestem wtedy, gdy drugi człowiek mówi: „Mam tak samo”, „Czytam Cię”, w znaczeniu „Rozumiem”. Wtedy gubię poczucie osamotnienia, a przeświadczenie, że jesteśmy tak bardzo podobni, przechodzi w pewność”.

Czytanie to bezustanne poszukiwanie kogoś, kto ma tak samo jak ja.
Dlatego czytam. Dlatego piszę.
Czytajcie Nosowską. Szukajcie kogoś, kto zrozumie. Kto ma tak samo jak wy.

pokaż więcej

 
2018-06-19 13:03:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

U Masłowskiej jak na Zachodzie – bez zmian. „Inni ludzie” to kolejna książka o na ten sam temat.
powieść/utwór/potwór/poemat hip - hopowy zmiksowany z dramatem antycznym, gdzie głównym bohaterem staje się język. To on określa, charakteryzuje, buduje, a jednocześnie stygmatyzuje poszczególne postacie. Komiksowo uproszczone, sprowadzone do statusu błędów językowych i życiowych. Nieważne i...
U Masłowskiej jak na Zachodzie – bez zmian. „Inni ludzie” to kolejna książka o na ten sam temat.
powieść/utwór/potwór/poemat hip - hopowy zmiksowany z dramatem antycznym, gdzie głównym bohaterem staje się język. To on określa, charakteryzuje, buduje, a jednocześnie stygmatyzuje poszczególne postacie. Komiksowo uproszczone, sprowadzone do statusu błędów językowych i życiowych. Nieważne i nieistotne, jak i sama fabuła książki, proste, żeby nie powiedzieć prostackie.
To okropnie dobra książka; myślę, że warto doprecyzować – i okropna, i dobra jednocześnie.

Z hip - hopowej nawijki wyłania się opowieść o ludziach, którym wszystko się sypie jak ta cholerna choinka, której nie ma komu wynieść, głównemu bohaterowi wydaje się, że może wydać płytę, więc szuka bitu, seksu i sposobu na opłacenie zaległych. I tak słowa się leją strumieniem, Warszawa tonie w smogu i olśniewa brzydotą, „Cuda Jana Pawła” nie mają szans na zaistnienie, a jej mieszkańcy w dziurawych adidasach, mokrych w środku jak cipka, w dizajnerskich chatach, w duszącym smogu walczą z glutenem, Himalajami prania, niezapłaconymi rachunkami, ortografią, samotnością, spożywają kebaby i xanax, pracują w Rossmanach, kują w kółko do kół. Powietrze pachnie palonym tapczanem, bohaterów toczy nuda z przesytu, dręczy życie z kredytem i życie bez szans na kredyt, a Masłowska z językowym i stylistycznym rozmachem maluje świat jednoznaczny, czarno – czarny, choć de facto szary; obraz wszechogarniającej pustki, powszechnego pustostanu umysłowego, z którego nawet sami bohaterowie nie zdają sobie sprawy, bez względu status materialny i społeczny. W tle oczywiście miasto, które przytłacza, dusi, wciska w brudny chodnik; zła, zła Warszawa, niedobra, okropna jak mięso mielone z marketu.

Całą opowieść, niczym w greckiej tragedii, która jak (nie) powszechnie wiadomo, nie może skończyć się dobrze, komentuje chór złożony z Sąsiadek, Wujka, Polaków a nawet Jezusa Chrystusa:

„Stary, też kiedyś taki byłem, pilnuj bo Ci wszystko zeżrą
Chleby pomnożyłem, wino, niby wszystko fajnie, tego,
To brali pod dwa, po trzy na łeb, już dawno nic nie ma, już wszystko wystawione na Allegro
Więcej dla mnie, to mniej dal Ciebie, Polak potrafi
Ty nie weźmiesz, kto inny weźnie, we łbie genetyczny zapis”.

I wszystko pięknie ładnie, słowem jak nie zachwyca jak zachwyca, w końcu to Masłowska w swojej najwyższej, wirtuozerskiej formie, a jednak - trąci banałem. Tę niebywale utalentowaną pisarkę dosłownie niesie, a czasem niestety także porywa, żywioł mowy potocznej. Perfekcyjnie odtwarza język uliczny, kaleki, nie da się ukryć, ona ma genialny słuch, a raczej „podsłuch”, który powoduje, że „jadąc na frazesach” cytując je, wpychając w usta bohaterów, niestety sama wpada w banał konstatacji oczywistych, uproszczonych, w stylu „Samotność jest wielkiego miasta traumą”.

W „Innych ludziach” po raz kolejny wybrana forma obraca się przeciwko niej, może jednowymiarowe postacie i prosta historia lepiej wybrzmiałyby na scenie, bo jakby nie patrzeć, „Inni ludzie” to… dramat. Dosłownie i w przenośni. Mam męczące poczucie, że autorka kręci się w kółko i zaczyna zjadać własny ogon, nie mając nic nowego zarówno do powiedzenia, jak i do opowiedzenia. Moja polonistka z liceum napisałaby krótko: „Przerost formy nad treścią”.

pokaż więcej

 
2018-06-07 22:37:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Trzech proboszczów miało problem z nietoperzami w wieży kościelnej. Pierwszy mówi: „Złapałem je wszystkie do wora i wywiozłem poza wieś. I wyobraźcie sobie, że znów wróciły na wieżę. Drugi na to: „Ja zrobiłem to samo, tylko wywiozłem je dwadzieścia kilometrów dalej, ale po dwóch dniach i tak wróciły”. Trzeci zaś się chwali: „A ja je przejrzałem. Złapałem wszystkie do worka i udzieliłem im... „Trzech proboszczów miało problem z nietoperzami w wieży kościelnej. Pierwszy mówi: „Złapałem je wszystkie do wora i wywiozłem poza wieś. I wyobraźcie sobie, że znów wróciły na wieżę. Drugi na to: „Ja zrobiłem to samo, tylko wywiozłem je dwadzieścia kilometrów dalej, ale po dwóch dniach i tak wróciły”. Trzeci zaś się chwali: „A ja je przejrzałem. Złapałem wszystkie do worka i udzieliłem im chrztu. Od tamtej pory żaden w kościele się nie pojawił” - tak o potrzebie świadomego przyjmowania sakramentów opowiada Zbigniew Czendlik, najpopularniejszy polski ksiądz w ateistycznych Czechach, który od lat posługę kapłańską pełni w Lanskorun.

Ksiądz, który na drzwiach sypialni powiesił tabliczkę „Budzić w razie pożaru lub zniesienia celibatu”. Ksiądz, który nie nosi sutanny, uparcie twierdząc, że świecić trzeba przykładem, a nie koloratką, za to bez problemu włożył czerwone szpilki do sesji zdjęciowej promującej równość kobiet i mężczyzn. Ksiądz, który poranną mszę przeniósł na dziewiątą trzydzieści, twierdząc, że jest pamiątką Ostatniej Wieczerzy, a nie pierwszego śniadania. Ksiądz, który uwielbia francuskie sery, ale nie jest wybredny i nawet psim żarciem nie pogardzi, zwłaszcza tak dobrym, jak rogale grubo posmarowane masłem i obłożone plastrami kiełbasy. Ksiądz, który ma własny tok – show w telewizji, a wywiad z nim, wydany pod tytułem „Łóżko, knajpa, kościoł” stał się w Czechach bestsellerem.

W sumie nie dziwię się, bo z rozmowy z Marketą Zahradnikovą wyłania się obraz człowieka wymykającego się schematom, otwartego, życzliwego, który nie tyle opowiada o Bogu, co o swoim codziennym życiu z nim. Skusiła mnie świetna okładka i niebanalny tytuł: "Bóg nie jest automatem do kawy". Wywiad rozpoczyna się tradycyjnie, wspomnieniami z domu rodzinnego, szkoły, seminarium, opowieścią o pierwszej parafii i decyzjach zwierzchników kościelnych, które sprawiły, że młody ksiądz trafił do Czech. Do bezbożnego państwa, gdzie ludzie masowo odrzucają zarówno wiarę jak i Kościół jako instytucję, a mimo to – on znalazł sposób, by dotrzeć zarówno do wierzących i niewierzących. Trochę egocentryk, trochę gawędziarz, ale przede wszystkim – życzliwy, dobry, prostolinijny człowiek, który ze swoim podejściem do życia i wiary jest po prostu, po ludzku, mało ortodoksyjny i mało… katolicki. Nie bez powodu kardynał Duka powiedział kiedyś, że jeden Czendlik w czeskim kościele to jeszcze nie problem, ale dziesięciu takich Czendlików oznaczałoby spore kłopoty. Trudno się dziwić.

Ksiądz, który wierzy w horoskopy, bezpośredni, otwarty, który mówi, że w kościele powinno się znaleźć miejsce dla homoseksualistów, a na dodatek ceni niewierzących. Ba! Prowokuje pytaniami: „Wiesz dlaczego Pan Bóg lubi ateistów? Bo Mu dupy nie zawracają!”, rozśmiesza, pokazując czym są szczyty hipokryzji: „Napisać książkę o ateizmie, a potem modlić się, żeby się dobrze sprzedawała”, ale i skłania do refleksji. "Szczęście jest naprawdę bardzo proste” mówi Czendlik, zachęcając jednocześnie – „Nie odkładaj niczego na później, wyjątkowa jest każda chwila” – tak, trąci to banałem i nawet by mnie raziło, gdyby nie fakt, że już dawno uświadomiłam sobie, że życie naprawdę jest… przerażająco banalne. Czendlik też już tą prawdę odkrył i mówi o niej otwarcie:

„Innymi słowy, nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Wszystko, co wiem, wiadomo nie od dziś. Jestem pewien, że doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co trzeba robić, by osiągnąć szczęście. Miliony razy wbijano nam to do głowy. Problem raczej w tym, że nie potrafimy wprowadzić teorii w praktykę. Stare mądrości i prawdy wywołują na naszych twarzach ironiczny uśmiech, często zbywamy je lekceważącym machnięciem ręki. Wydają nam się banalne, wyświechtane, bezużyteczne”.

„Bóg nie jest automatem do kawy” to ciepła opowieść o dobrym życiu, o tym, że jest za krótkie, żeby marnować je na wojenki, że dobre relacje z ludźmi, światem i samym sobą są bezcenne. Liczy się bowiem to, co zrobiłeś dobrego, a nie czy byłeś wierzący. Bo de facto każdy w coś wierzy – jeden w to, że Bóg istnieje, drugi – że go nie ma

pokaż więcej

 
2018-05-24 12:34:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Chciałbyś mieć brata czy siostrę? A może i brata, i siostrę? Dwóch braci? Trzy siostry? Piętnaście? Pięćdziesiąt? A może dwieście? Bjorna, jednego z bohaterów książki „Wszystkie dzieci Louisa” nikt nie zapytał.

Kamil Bałuk w swoim debiutanckim reportażu wraca do głośnej sprawy „mafii spermowej”, która w latach osiemdziesiątych wstrząsnęła Holandią. Tak media nazwały doktora Jana...
Chciałbyś mieć brata czy siostrę? A może i brata, i siostrę? Dwóch braci? Trzy siostry? Piętnaście? Pięćdziesiąt? A może dwieście? Bjorna, jednego z bohaterów książki „Wszystkie dzieci Louisa” nikt nie zapytał.

Kamil Bałuk w swoim debiutanckim reportażu wraca do głośnej sprawy „mafii spermowej”, która w latach osiemdziesiątych wstrząsnęła Holandią. Tak media nazwały doktora Jana Karbaata i personel kliniki Barendrechcie, którzy przeprowadzili tysiące inseminacji nasieniem dawcy, bez żadnego nadzoru i instytucjonalnej kontroli. W ramach innowacyjnej metody, której celem było zwiększenie skuteczności zapłodnienia mieszano nasienie od różnych dawców i nie tylko to - zmienianie, a wręcz fałszowanie ich danych osobowych było stałą praktyką lekarza.

Sprawą zainteresowały się media, gdy zaczęły się rodzić dzieci, inne niż „zamówione”. Jedną z zaskoczonych matek była Sonja, której obiecywano, że biologicznym ojcem jej potomstwa zostanie dyrektor banku, biały, zdrowy, żonaty, posiadający dzieci. Kobieta rodzi dziewczynkę, potem chłopca. Po kilku latach skóra rodzeństwa zaczyna ciemnieć. W wyniku śledztwa dziennikarskiego ustalono, że dawca S, biologiczny ojciec dzieci co prawda jest Holendrem, ale surinamskiego pochodzenia, pracuje w banku, ale na szeregowym stanowisku, zaś żony nigdy nie miał, miał natomiast zespół Aspergera, charakteryzujący się obniżoną empatią i specyficznymi, obsesyjnymi pragnieniami. Jednym z nich stało się dla dawcy S, spłodzenie jak największej ilości dzieci, zostanie nadczłowiekiem, super- ojcem.

Kamil Bałuk relacjonuje historie Bjorna, Maaike i Matthijasa, Henrika, Amandy, Boya i innych „połówek”, dociera do tytułowego Louisa, a nawet, po wielu nieudanych próbach, nawet do samego doktora Karbataa – zmienia perspektywy, buduje wielowątkową opowieść o potrzebie odkrywania własnej tożsamości. Stawia pytania i poddaje redefinicji takie pojęcia jak bycie ojcem, ojcem biologicznym, dawcą nasienia, pokazując, że granice pomiędzy nimi mogą być de facto płynne. Przy okazji uświadamia jak silna jest tęsknota za szeroko rozumianym ojcem, idąca w parze z potrzebą posiadania wiedzy o własnych korzeniach. Jak mówi jedna z bohaterek książki:

„Słyszała czasem od innych dzieci, że przecież nie tęskni się za kimś, kogo nigdy się nie poznało. Nie tęskni się za kimś, kto nigdy nie istniał.
Ale to nieprawda. Za kimś takim tęskni się nawet bardziej”

Kamil Bałuk napisał bardzo dobry reportaż, doskonale łącząc opowiadanie historii z zadawaniem pytań, na które właściwie etyka nie znalazła jeszcze odpowiedzi: czy dawca nasienia musi/powinien pozostać anonimowy? Czy dzieci, które zostały powołane na świat przy użyciu tej metody mają prawo poznać swojego biologicznego ojca i przyrodnie rodzeństwo? Czy dawca ma prawo poznać swoje dzieci? Każda kwestia automatycznie wywołuje kolejną, pokazując jak skomplikowane są meandry dawstwa i jakim tabu wciąż pozostaje kwestia niepłodności. Brak jednoznacznych odpowiedzi, wielość perspektyw i bohaterów decyduje o sile tego reportażu - to naprawdę znakomita książka. Wciągająca, niejednoznaczna, pozostawiająca czytelnikowi duże pole do popisu przy interpretacji faktów i wydarzeń, pokazująca jednocześnie jak wiele złego można uczynić człowiekowi powołując go egoistycznie na świat i nie biorąc za niego żadnej odpowiedzialności: jednego człowieka, dwóch, dziesięciu, trzydziestu, dwustu. Jednemu człowiekowi, dwóm, dziesięciorgu…

pokaż więcej

 
2018-05-15 23:53:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Agnieszka Szpila nie boi się języka i umie go używać, jakkolwiek by to dwuznacznie nie brzmiało. Widać to było już na blogu, z którego „wyrosła” jej debiutancka książka „Łebki od szpilki”. W opowieściach z życia matki niepełnosprawnych bliźniaczek, mylnie diagnozowanych jako autystyczne, można znaleźć wiele genialnych historii, barokowo przesyconych treścią i znaczeniami, opowiedzianych ze... Agnieszka Szpila nie boi się języka i umie go używać, jakkolwiek by to dwuznacznie nie brzmiało. Widać to było już na blogu, z którego „wyrosła” jej debiutancka książka „Łebki od szpilki”. W opowieściach z życia matki niepełnosprawnych bliźniaczek, mylnie diagnozowanych jako autystyczne, można znaleźć wiele genialnych historii, barokowo przesyconych treścią i znaczeniami, opowiedzianych ze stylistycznym rozmachem, poczuciem humoru i ironią.

„Bardo” to jej druga książka, ale powieściowy debiut, w którym jedzie (ze zgrzytem) po bandzie stereotypów jak autokar, w który wsadza finalnie swoich bohaterów, by wysłać ich w pielgrzymkę do śląskiego sanktuarium Matki Boskiej Płaczącej. Z żalu podejrzewam – nad Bogu ducha winnymi bohaterami tej historii. Dosłownie.

W pielgrzymce do Bardo biorą bowiem indywidua takie jak Jeremi Knot, prawdziwy Polak, który w swej polskości pragnie wyprzedzić wszystkich, więc święta państwowe celebruje w ich wigilię. Razem z nim pielgrzymuje małżeństwo Tarasów z córką Anetką, co zaciążyła na wakacjach olinkluziw z Arabem, w intencji wybielenia albo chociaż cudownego poronienia wnuka - brudasa. Dwa siedzenia zajmuje Wojtuś, nazywany Piłatem w związku z trapiącą go nerwicą natręctw, objawiającą się kompulsywnym umywaniem rąk. Towarzyszy mu świnka morska, przechrzczona z Ruty na Rotę, gdyż słysząc „Nie rzucim ziemi” staje na baczność. Do Bardo jedzie też babcia Wojtusia i jej koleżanki, kuchenne diwo – Madonny, właścicielki i założycielki firmy „Rydzykowe babki” z zapałem haftujące na transparentach hasła typu: „Nasz Bóg jest większy” czy „Jezus na Prezydenta! Razem z nimi Henryk, malarz obrazów Żyda z pieniążkiem, opętany przez Dybuka, kibol Waldi i jego dziewczyna Sandra, zdrobniale Sendi, tipsiara z brokatowymi orzełkami na czerwono – białych paznokciach. Autokarem kieruje Marek, który postanowił swego czasu być jak Freddie, ale za symulowaną gejozę został zgwałcony drzewcem, jakby nie było, polskiej flagi. Duchowy przewodnik pielgrzymki to z kolei lubieżny biskup fetyszysta, który kompletnie sfiksował na punkcie poranionych stóp nieletnich „komunistek” wepchniętych w przyciasne, białe pantofelki. Towarzyszy mu siostra Małgorzata, której misję ROK (Radyklanego Odnowienia Kościoła) powierzył sam Chrystus.

Tak, Jezus też tam jest, choć chwilami nie opuszczało mnie męczące wrażenie, że opuścił nie tylko bohaterów tej książki. Jezus Rambo, Jezus, który się nie pierdoli w tańcu, Jezus - piękny szarlatan, wyglądający jak młody bóg. Z kocią skórką na krzyżu. Swoim własnym, osobistym. Jezus nawiedzający siostrę Małgorzatę i postulujący natychmiastowe wprowadzenie Lucky Seven (m.in. garnitur zamiast sutanny, mała czarna zamiast habitu, koniec dziaddingu, ekskomunika za blasfemię).

Słowem - do Bardo udaje się prawdziwa galeria osobliwości, kreatur wykreowanych z poczuciem humoru, choć nakreślonych grubą kreską. Agnieszka Szpila bardzo sprawnie tworzy swoich bohaterów, korzystając z najpospolitszych stereotypów, ale niestety na tym kończy, mam wrażenie – nie bardzo mając pomysł, co z nimi dalej zrobić. Tworzy portret Polaków celowo uproszczony, przejaskrawiony i wykrzywiony, przez co wychodzi płaski, pozostawia... niesmak. Całą tą zgraję ma się ochotę wystrzelić w kosmos, albo chociaż zepchnąć ze skarpy. Niestety autorka nie opiera się tej pokusie - a szkoda. Wszystko kończy się wielką katastrofą, w której ginie czterdziestu ( i czterech ) pielgrzymów i budzi niedosyt.

Wiadomo to w sumie od pierwszych kart książki, antycypację rozwoju akcji autorka dusi w zarodku. /W sumie samą akcję też. Zamiast rozwijać wątki i budować fabułę, Agnieszka Szpila bawi się (i czytelnika) kliszami językowymi, nawiązaniami do popkultury, szafuje bardzo szczodrze kiczem i groteską, co sprawia, że stężenie absurdu zaczyna w pewnym momencie przekraczać wszelkie normy i niestety także – granice wytrzymałości czytającego. Popychanie akcji gwałtem do przodu sprawia, że robi się straszno i śmieszno, śmieszno i straszno, zwłaszcza gdy dochodzi do zabójstwa, a trupidełko dziecka nienarodzonego zaczyna "robić" za monstrancję.

Niemniej w finale autorka bierze ostry zakręt i wychodzi z opresji zwycięsko, ratując koniec powieści i.. warto sprawdzić, co/kogo jeszcze.

www.facebook.com/pisacja/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
30 30 221
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd