CzytalaElzbieta 
https://czytalaelzbieta.blogspot.com, https://www.facebook.com/CzytalaElzbieta
Nigdy nie ukrywam, że moje recenzje są mocno subiektywne. W literaturze, jak i w życiu, lubię konsekwencję, charakter, ale i absurdalny humor oraz ironię. Najchętniej czytam szeroko rozumianą literaturę kryminalną, choć na niej nie poprzestaję.
kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 17 cytatów, ostatnio widziana 1 dzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-14 12:10:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Zastanawia mnie: jak to się robi? Jak się doprowadza do sytuacji, gdy grafomańska powieść wydana self-publishingiem ma na znanym portalu do oceniania książek (Lubimy Czytać) średnią notę: 7,87, z czego siedmiokrotnie uzyskała najwyższą możliwą liczbę punktów (10) i tylko raz najniższą (1). Teraz drugi raz ode mnie.

Nie ufałam okładce tej książki i gdybym posłuchała swoich przeczuć, w ogóle po...
Zastanawia mnie: jak to się robi? Jak się doprowadza do sytuacji, gdy grafomańska powieść wydana self-publishingiem ma na znanym portalu do oceniania książek (Lubimy Czytać) średnią notę: 7,87, z czego siedmiokrotnie uzyskała najwyższą możliwą liczbę punktów (10) i tylko raz najniższą (1). Teraz drugi raz ode mnie.

Nie ufałam okładce tej książki i gdybym posłuchała swoich przeczuć, w ogóle po Dylematy Laury bym nie sięgnęła. Marta Matulewicz twierdzi, że powieść powstała z tęsknoty za Bridget Jones. Podobieństw między Laurą a Bridget jednak nie ma, poza tym, że Matulewicz na siłę stara się uczynić z wykreowanej przez siebie postaci życiową pierdołę.

Czytelnik, niestety, już od pierwszych stron dostrzega, że Laura jest kretynką. Oczywiście, nie jesteśmy wtedy jeszcze pewni swojej diagnozy, przymykając oko na zachowanie dziewczyny w hali lotniska. Przez pierwszą stronę z łaskawą pobłażliwością uznałam, że może się tak zdarzyć, gdy szesnastoletni podlotek po raz pierwszy korzysta z tego środka transportu. Tymczasem na siódmej stronie ebooka czytam: "W swoim dwudziestopięcioletnim życiu miałam dość mężczyzn, którzy udawali, że mnie kochali, udawali, że są singlami (choć biały pasek na serdecznym palcu mówił sam za siebie), lub udawali, że mają pieniędzy w nadmiarze [...]". Ot, więc swoisty paradoks. Mamy dwudziestopięcioletnie dziewczę, które próbuje nam wmówić, że doświadczeń życiowych ma na karku tyle co czterdziestoletnia kobieta po dwóch rozwodach, a zachowuje się jakby przed chwilą skończyła gimnazjum. Taki zabieg nie może skończyć się dobrze...

Autorka zresztą musi bardzo nie lubić Laury, skoro każe jej robić wszystkie te rzeczy, które każe robić. Dziewczyna podpala atrapę kominka w mieszkaniu wynajmowanym przez swą londyńską przyjaciółkę, zatrzaskuje klucze w mieszkaniu, by uczynić włam przez okno, deklaruje samodzielny remont, nie słuchając, iż wynajmująca nie może dokonywać prac remontowych bez zgody agencji... W związku z pretensjami przyjaciółki na temat wszystkich idiotycznych wyczynów, rodzi się zaskakujący dialog, poświadczający deficyty umysłowe dziewczyny:

"- [...] jeśli to dotrze do właścicieli tego domu bądź agencji, mogą mi podwyższyć czynsz, a nawet wypowiedzieć umowę. [...] W tym momencie nie chodzi już tylko o drzwi, chodzi o to, że pod ten dom przyjechała policja, dodaj do tego wypadek w zeszłym tygodniu i mogę mieć przez to duże nieprzyjemności.
- Rozumiem, jak tylko znajdę pracę, to się od razu wyprowadzę, by zaoszczędzić ci dalszych problemów.
- Nie o to mi chodziło.
- Więc o co? Nic z tego nie rozumiem.
- Chcę, żebyś była ostrożniejsza!
- Czy myślisz, że ja to wszystko planuję?
- Nieważne. Nie rozumiesz albo nie chcesz zrozumieć.
- Skoro nieważne, to po co o tym rozmawiamy?".

... i w ten uroczy sposób Laura przechodzi do rozmowy na temat życia erotycznego przyjaciółki.

Przez większość książki mam wrażenie, że Laura do Londynu przyjechała z kraju trzeciego świata, a nie z Polski. "[...] duża liczba sklepów, duże kasy, mnóstwo maszyn biletowych, restauracje, małe puby, a nad tym wszystkim ogromna tablica, na której widać było godzinę odjazdu pociągu, numer peronu oraz mijane stacje”. Pewnie. W Polsce na tablicach odjazdów nie ma podanych godzin... „Od razu zauważyłam butiki z ciuchami, butami, okularami, drogerię, perfumerię, sklep z rzeczami za jednego funta, piekarnię z grecką flagą na szybie, a do tego dentystę, psychiatrę, pralnię....". Pewnie, w Polsce nie ma ani jednej z tych rzeczy... Mam silne wrażenie, że wspomniany psychiatra akurat naszej bohaterce by się przydał. Niestety, w książce nie ma takiego wątku.

Jest aż zanadto szczegółowych instrukcji, które podpowiedzą wam jak żyć, gdybyście przypadkiem wyjechali do Londynu. Zosia, koleżanka naszej Laury, tłumaczy jej szczegółowo, jak działa londyńskie metro oraz elektroniczne bilety, jak należy pisać CV, a także opisuje, że gdy idzie się do restauracji chińskiej w Londynie, wystrój utrzymany jest w chińskim stylu. Biblioteka w Londynie zaś wygląda całkiem jak biblioteka w Szczecinie... Fascynujące. Dowiedzieć się też możemy, iż oferty pracy znajdują się często w internecie, a praca w sklepie odzieżowym jest trudna. Serio, wybaczyłabym wszystkie te kiksy, gdyby główna bohaterka była młodsza, przynajmniej o jakieś dziesięć lat.

Z drugiej strony, nie ona jedna nie grzeszy inteligencją. Ana, dziewczyna pracująca w siłowni, w której chce pracować Laura, proponuje, że przejrzy CV dziewczyny. Czyta je dokładnie, mówi, że jest napisane poprawnie, po czym pyta Laurę, czy napisała w CV swój numer telefonu... Jeśli je przeczytała przed sekundą, powinna ten numer telefonu widzieć, do klina jasnego!

Zaczynam się zastanawiać, czy wstawienie takich elementów miało na celu rozbudowanie książki czy stanowiło efekt braku pomysłu na wypełnienie luk pomiędzy idiotycznymi wybrykami dziewczyny? Wszak te popisy stanowią tu jedyny element akcji, oprócz scen, w których Zosia przyprowadza do mieszkania nowego chłopaka. Chłopców zaś będzie kilku i wszyscy będą atrakcyjni: strażak Scott, chirurg Paweł i hiszpański krewny sąsiadki, Migiel [sic!].

Reasumując, jeśli książka powstała z tęsknoty za Bridget Jones, to lepiej niech tęsknota została zaspokojona oryginałem i nie płodziła więcej takich wątpliwej jakości dzieł. Koło Bridget Dylematy Laury ani nie stały, ani nawet nie leżały. Humor na siłę, nieśmieszny, koślawy język i bohaterowie, którzy mają problemy z myśleniem. Z mojej strony ogromne „nie”.

pokaż więcej

 
2018-10-06 11:42:19
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Camille Verhoeven (tom 3)

Niestety, ani wydawnictwo nie porzuciło obranej w Alex narracji, ani też Lemaitre nie powrócił do tego, co tak zachwyciło mnie w Koronkowej robocie.

Oprócz opowieści snutej w czasie teraźniejszym, momentami mamy do czynienia również z zastosowaniem narracji pierwszoosobowej - bardzo niekonsekwentnie i nie do końca zrozumiale. Po świetnej pierwszej części trylogii kolejne to już, niestety,...
Niestety, ani wydawnictwo nie porzuciło obranej w Alex narracji, ani też Lemaitre nie powrócił do tego, co tak zachwyciło mnie w Koronkowej robocie.

Oprócz opowieści snutej w czasie teraźniejszym, momentami mamy do czynienia również z zastosowaniem narracji pierwszoosobowej - bardzo niekonsekwentnie i nie do końca zrozumiale. Po świetnej pierwszej części trylogii kolejne to już, niestety, tylko coraz gorsze kontynuacje. Spośród wszystkich trzech pozycji, ta jest zdecydowanie najsłabszą, najmniej zaskakującą, a momentami nawet ciągnącą się na siłę.

Myślę, że spokojnie można podarować sobie tę książkę, choć - na pewno - miłośników pisarza nie przekonam.

pokaż więcej

 
2018-09-30 12:47:42
Ma nowego znajomego: boookster
 
2018-09-30 12:47:32
Ma nowego znajomego: romy
 
2018-09-30 12:10:18
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Ta książka niejednemu może namieszać w głowie. Na ponad 300 stronach tytułowy "wściekły kucharz" rozprawia się z niedorzecznymi modnymi dietami. Otwiera oczy sobie i innym, docierając do kolejnych bajek na temat jedzenia lansowanych przez blogerów i influencerów na Instagramie.

"Ich cechą wspólną jest pewność, z jaką głoszą swój przekaz. Gdy stwierdzają, że woda z cytryną działa na organizm...
Ta książka niejednemu może namieszać w głowie. Na ponad 300 stronach tytułowy "wściekły kucharz" rozprawia się z niedorzecznymi modnymi dietami. Otwiera oczy sobie i innym, docierając do kolejnych bajek na temat jedzenia lansowanych przez blogerów i influencerów na Instagramie.

"Ich cechą wspólną jest pewność, z jaką głoszą swój przekaz. Gdy stwierdzają, że woda z cytryną działa na organizm alkalizująco, ludzie kupują tę brednię, bo zostaje wygłoszona z absolutnym przekonaniem. Spójrzcie w oczy tych samozwańczych guru, a zobaczycie, że naprawdę w to wierzą. Przyjrzymy się ich stwierdzeniom i spróbujemy zrozumieć, co tkwi u podstaw ich fałszywych przekonań, a także, jakim cudem udało im się zdobyć tak wielką popularność".

Aby wszystko było jasne: Warner nie neguje istnienia różnego rodzaju chorób (takich jak wyjątkowo paskudna celiakia) czy nietolerancji pokarmowych. Wręcz przeciwnie, opisuje schemat ich działania, wyjaśniając w czym dokładnie tkwi problem. Staje jednak okoniem wobec bezsensownej mody, polegającej na tym, że z postawą „in jarmuż we trust” na sztandarze, całe rzesze ludzi sądzi, że włączając lub wyłączając konkretny składnik diety, znajdą receptę na wszelakie żywieniowe zło. Pokazuje też, że często podczas zmiany sposobu żywienia ludzie popełniają błąd atrybucji. Decydując się na modną dietę, skutkiem ubocznym zaczynamy unikać np. junk food. Nie myślimy jednak o tym w ten sposób i wówczas wydaje nam się, że wszelkie pozytywy wynikają z konkretnej mody, a nie faktu, że uwzględniamy dane z etykiety czy przygotowujemy posiłki w konkretny sposób. Innymi słowy: przestajemy obżerać się pizzą i hamburgerami, a wydaje nam się, że „tylko odstawiliśmy gluten”. O podobnej „gównoprawdzie” Warner pisze w kontekście modnych detoksów, alkalicznych diet, oleju kokosowego czy monodiet.

"Za cudowny środek oczyszczający uchodzi często kolendra, a przekonanie to opiera się prawdopodobnie na ograniczonych efektach dwóch badań na zwierzętach: jedno dotyczyło obecności kadmu w mięsie łososi tęczowych, drugie zaś ołowiu w organizmie zatrutej myszy. Jeśli chodzi o właściwości detoksykacyjne, kolendra jest bodaj najlepiej przebadanym artykułem spożywczym, a mimo to żadne badania na ludziach nie wskazują, by jej stosowanie przynosiło zamierzony efekt, natomiast jej działanie na ciężko zatrute zwierzęta jest znikome. W przypadku jagód z Maine, imbiru, jarmużu, orzechów włoskich, czosnku, zielonej herbaty i wielu innych produktów, które uchodzą za oczyszczające, nie ma żadnych dowodów na takie ich działanie. Nie oznacza to, że nie są wskazane. Po prostu nie mogą was odtruć, zwłaszcza jeśli wcale nie byliście zatruci.
Ale jeżeli wciąż mi nie wierzycie, proponuję, żebyście zapytali kogokolwiek, kto próbuje wam wcisnąć produkty oczyszczające, jakież to toksyny usuwają. To całkiem proste pytanie i odpowiedź powinna być równie prosta. Jeśli usłyszycie, że wiele różnych, poproście, by wymienił jedną. Kiedy padnie jakaś nazwa, spytajcie, czy istnieje wiarygodny dowód, że po poddaniu się kuracji oczyszczającej zmniejszy się poziom tej toksyny w waszym organizmie, co przecież można zmierzyć".

Warner nie jest wrogiem zdrowego żywienia. Stoi na straży przekonania, że część postulatów miłośników tego typu systemów żywieniowych jest korzystna, a dopóki nie zbzikujemy na punkcie pseudonauki, można nawet odnieść konkretne korzyści. Wściekły kucharz nie jest książką odwodzącą nas od takiego sposobu działania. To bardziej opowieść o tym, jak łatwo zbudować przekonującą teorię (co autor zresztą czyni na bardzo absurdalnym przykładzie diety chromosomowej), nabić w tę butelkę społeczeństwo i zarobić pieniądze. Nie brakuje tu odniesień do Kahnemana czy braci Heathów („przyczepność koncepcji”) oraz nurtów psychologii społecznej. Z czystym sumieniem mogę więc polecić Warnera wszystkim, którzy lubią patrzeć na rzeczywistość z różnych perspektyw.

pokaż więcej

 
2018-09-16 20:05:42
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Camille Verhoeven (tom 2) | Seria: Platforma strachu

Koronkową robotą byłam zachwycona, nic więc dziwnego, że jak najszybciej sięgnęłam po Alex - drugą część cyklu. Tutaj, niestety, już tak pięknie nie było, z czego zamierzam się czym prędzej wytłumaczyć.


Mniej więcej 75% przyjemności z lektury odebrała mi zmiana sposobu narracji. Wydawnictwo to samo, tłumaczka ta sama, języka francuskiego nie znam, więc nie wiem, na ile oryginał uzasadniał...
Koronkową robotą byłam zachwycona, nic więc dziwnego, że jak najszybciej sięgnęłam po Alex - drugą część cyklu. Tutaj, niestety, już tak pięknie nie było, z czego zamierzam się czym prędzej wytłumaczyć.


Mniej więcej 75% przyjemności z lektury odebrała mi zmiana sposobu narracji. Wydawnictwo to samo, tłumaczka ta sama, języka francuskiego nie znam, więc nie wiem, na ile oryginał uzasadniał przejście z czasu przeszłego na czas teraźniejszy. Nienawidzę... „Louis wsuwa głowę przez drzwi, po czym wchodzi. Widząc na biurku inspektora rozrzucone kartki, gestem pyta: mogę? Camille kiwa głową, że tak. Louis odwraca kartki [...]”. Mimo całej mojej niechęci do takiego sposobu opowiadania historii, najbardziej irytujące jednak jest to, że ta narracja nie jest konsekwentna i przeplata się ze standardowym czasem przeszłym.

Druga zmiana, z jaką mamy tu do czynienia i która - moim zdaniem - odebrała książce całe napięcie, z którym mieliśmy do czynienia w Koronkowej robocie to zastosowanie dwóch punktów widzenia. Pierwszy plan to wszystko, co dzieje się w związku z prowadzonym śledztwem, drugi zaś opowiada historię porwania tytułowej Alex oraz jej dalszych losów po porwaniu. Niby w pierwszej części przygód komisarza Verhoevena ten punkt widzenia poszukiwanego mordercy też się pojawił (w formie listów), jednak nie był on wprowadzany naprzemiennie z główną opowieścią. Tutaj od samego początku zastosowano równoległą opowieść Alex, co dla mnie odebrało większość tej tajemnicy i zagadki, która tak zachwycała tom wcześniej. Zamiast zagadkowości mamy chaos, nie odpowiadający mi w ogóle, zabrakło przy tym efektu zaskoczenia. Nawet bardziej brutalne sceny nie wzbudzały takich emocji jak w części poprzedniej. Poważnie spadło także tempo akcji.

Istnieje oczywiście spora szansa, że narracja popsuła mi całą lekturę i najzwyczajniej się do książki uprzedziłam. Nie zmienia to faktu, że oceniam ją znacznie niżej od tomu pierwszego.

pokaż więcej

 
2018-09-13 21:10:49
Wypowiedziała się w dyskusji: Zadaj pytanie Jakubowi Małeckiemu!

Zawsze, gdy Pana czytam, mam poczucie, że jest Pan wyjątkowo "niedzisiejszy", oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Pana książki są zwrócone wstecz, nawet powolne i melancholijne. Czy czuje się Pan outsiderem współczesności?

więcej...
 
2018-09-09 11:48:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Zasadniczo pretensje mogę mieć tylko do siebie... Nie zauważyłam nazwy wydawnictwa na okładce. Harlequin... Ono określa treść książki. Nie rozumiem tylko dlaczego Taniec ze śmiercią Heather Graham został wydany jako kryminał/thriller/suspens.

Podczas konkursu tanecznego umiera Lara Trudeau - mistrzyni w tym fachu. Policja jest zdania, że zgon nastąpił wskutek przedawkowania leków, jednak sama...
Zasadniczo pretensje mogę mieć tylko do siebie... Nie zauważyłam nazwy wydawnictwa na okładce. Harlequin... Ono określa treść książki. Nie rozumiem tylko dlaczego Taniec ze śmiercią Heather Graham został wydany jako kryminał/thriller/suspens.

Podczas konkursu tanecznego umiera Lara Trudeau - mistrzyni w tym fachu. Policja jest zdania, że zgon nastąpił wskutek przedawkowania leków, jednak sama tancerka bardzo dbała o zdrowy tryb życia, dla jej przyjaciół jest to więc wersja niemożliwa. Prywatny detektyw, na prośbę swojego brata, rozpoczyna śledztwo w tej sprawie. Poznaje niebawem Shannon McKey, która stanie się osobą bliższą jego sercu i, nie wiadomo do końca, albo podejrzaną, albo kolejną ofiarą.

Powiedzmy wprost: to romansidło z wątkiem kryminalnym. Bardzo zmęczyłam się, próbując doczytać je do końca. Powieść ma 379 stron, zaś na stronie 230 śledczy nie jest ani o krok bliżej rozwiązania zagadki. Na pocieszenie mogę tylko dodać, że zanim wybije stronica 300, facet jednak ogarnia się w temacie i udzieli ostatecznej odpowiedzi. Roi się tu od postaci niewnoszących nic do sprawy, a absurd chwilami aż paruje.

Dla mnie - strata czasu. Dla miłośników romansideł - prawdopodobnie możliwe do czytania, choć nie znam się na tym gatunku. W każdym razie na żadną inną książkę Graham, przedstawianą jako kryminał, powieść psychologiczną czy suspens nabrać się nie dam.

pokaż więcej

 
2018-09-05 16:37:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Mroczna Seria

Lubię kryminały retro. Lubię też klimat niesamowitości. Z tych właśnie przyczyn Kareta Marty Giziewicz bardzo wpasowała się w moje czytelnicze skłonności, choć nie ukrywam, że pozostał pewien niedosyt. Jest to jednak pierwsza książka Giziewicz, liczę więc na tendencję zwyżkową.

Mamy połowę XIX wieku. Warszawa. Konrad Masternowicz jest jednym z nielicznych Polaków zatrudnionych w rosyjskiej...
Lubię kryminały retro. Lubię też klimat niesamowitości. Z tych właśnie przyczyn Kareta Marty Giziewicz bardzo wpasowała się w moje czytelnicze skłonności, choć nie ukrywam, że pozostał pewien niedosyt. Jest to jednak pierwsza książka Giziewicz, liczę więc na tendencję zwyżkową.

Mamy połowę XIX wieku. Warszawa. Konrad Masternowicz jest jednym z nielicznych Polaków zatrudnionych w rosyjskiej administracji. Z tej przyczyny podejrzewa się go o różnego rodzaju ciemne sprawki, a - przyznać trzeba - jego zachowanie również nie zachęca otoczenia do nawiązania bliższej znajomości. Nieoczekiwanie nasz bohater stanie wobec konieczności rozwiązania zagadki śmierci. Dzień po uroczystym otwarciu Hotelu Europejskiego na ulicy, w wypadku komunikacyjnym, jak byśmy dzisiejszymi słowami powiedzieli, ginie arystokratka znana ze swojej filantropijnej działalności. Informacje na temat wydarzenia dostarczane przez świadków nie ułatwią Masternowiczowi odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się wydarzyło:

"To była taka piękna kareta. Duży powóz, proszę pana, z drzwiami i oknami. Pomalowany na czarno, a na bokach miał czerwone kwiaty. [...] Powóz pędził strasznie, a jak przejeżdżał koło hotelu, to, peoszę pana, zrobiło się tak zimno, że członki drętwiały, a włosy stawały dęba. [...] powóz nie był prawdziwy, to się przeraziłem. [...] On przemieszczał się, ale jego koła stały nieruchomo, a z przodu nie było koni, tylko obłok, który ciągnął powóz. A z okien, proszę pana, lała się krew!".

Kareta stanowi zapis wspomnień samego Masternowicza oraz relacji świadków przez niego przesłuchiwanych oraz osób zaangażowanych w jego działania. Momentami jednak autorka ucieka od czystych relacji, które śledczy tworzył na potrzeby swoich przełożonych, wnikając w uczucia, myśli i analizy samego Konrada. Dla mnie to poważna niekonsekwencja. Stopniowo też coraz więcej zależy od osobistych relacji głównego bohatera, który na początku został nam przedstawiony jako stroniący od tłumów, nieco zdziwaczały introwertyk. Później okazuje się, że jego życie towarzyskie wcale nie jest tak skąpe, jak próbowano nam to wmówić na początku powieści.

Sama lektura, nawet po wkalkulowaniu pewnej nieporadności Masternowicza, jest ciekawa i nie przeszkadzają mi nawet wątki wampiryczne i paranormalne. Wampir nie świeci, stojąc w pełnym słońcu, a informacje na ten temat są bliskie naszej kulturze i obyczajowości, dlatego całość pozostaje spójna. Zakończenie trochę mnie rozczarowało, jednak na pewno sięgnę po kolejną część cyklu Marty Giziewicz.

pokaż więcej

 
2018-09-04 17:31:46
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Dożywocie (tom 1)

Wiele dobrego słyszałam o tej książce. Dożywocie, zdaniem osób, które mi je polecały, miało śmieszyć, bawić, urzekać ciepłem... Niestety, na mnie tak nie podziałało.

Pierwsze wrażenie z lektury było pozytywne. Bardzo podobał mi się język, którym posługuje się Marta Kisiel. W zasadzie tę opinię mogłabym podtrzymać aż do ostatniej kartki książki. Niestety, na tym w zasadzie mogłabym listę...
Wiele dobrego słyszałam o tej książce. Dożywocie, zdaniem osób, które mi je polecały, miało śmieszyć, bawić, urzekać ciepłem... Niestety, na mnie tak nie podziałało.

Pierwsze wrażenie z lektury było pozytywne. Bardzo podobał mi się język, którym posługuje się Marta Kisiel. W zasadzie tę opinię mogłabym podtrzymać aż do ostatniej kartki książki. Niestety, na tym w zasadzie mogłabym listę plusów zakończyć. Ów rzekomo „porażający humor” nie znalazł we mnie swojego odbiorcy. Uśmiechnęłam się parę razy, a i owszem, jednak w żaden sposób nie poczułam się wciągnięta w świat przedstawiony.

Mimo to uważam, że Dożywocie jest książką sprawnie napisaną, nie znajdziemy tutaj żadnych językowych baboli czy niezręczności. W to miejsce autorka serwuje nam odwołania literackie czy nawiązania do znanych powiedzonek. Natomiast kompletnie nie jest to moje poczucie humoru, mimo że zdaniem niektórych jest bardzo „Chmielewskie”. Bohaterowie: ani ci realni, ani bardziej fantastyczni nie przekonali mnie do siebie w żadnym stopniu. Tylko Licho mi podpasował (podpasowało?) i obdarzyłam go (je) dawką sympatii.

Prawdopodobnie zabrakło mi tu fabuły z prawdziwego zdarzenia. Proszę nie zrozumieć mnie źle: jakaś akcja tutaj jest, jednak mało angażująca. Dla mnie humor, nawet jakby był w moim typie, dla samego humoru to trochę za mało, aby uznać lekturę za udaną.

pokaż więcej

 
2018-09-01 12:05:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Przez większość lektury miałam wrażenie, że czytam tekst pisany dla nastolatek rodem z internetowego bloga. To najlepsze podsumowanie poziomu tej książki...

Patrycja Gryciuk, według zapowiedzi na okładce, pisze tak, jak pisałby Coben, gdyby był kobietą. W sumie cieszę się, że Coben kobietą nie jest, ponieważ pisarstwo Patrycji Gryciuk jest męczące i kiepskie warsztatowo. Ilość zaimków na...
Przez większość lektury miałam wrażenie, że czytam tekst pisany dla nastolatek rodem z internetowego bloga. To najlepsze podsumowanie poziomu tej książki...

Patrycja Gryciuk, według zapowiedzi na okładce, pisze tak, jak pisałby Coben, gdyby był kobietą. W sumie cieszę się, że Coben kobietą nie jest, ponieważ pisarstwo Patrycji Gryciuk jest męczące i kiepskie warsztatowo. Ilość zaimków na centymetr kwadratowy książki jest zatrważająca, a treść i pomysł nie rekompensują braków językowych.

Motyw morderstw dokonywanych zgodnie z treścią nieopublikowanej jeszcze książki - to już było, po wielokroć zresztą. Okraszenie go postacią niemal 40-letniej autorki kryminałów, romansującej z 25-letnim młodziakiem nie wróży nic dobrego. Pan idealny w ogóle mnie nie przekonuje, a sposób, w jaki autorka buduje relację pomiędzy młodym a Wiktorią raczej bawi i dziwi swoją infantylnością. Przedsmakiem budowania kontaktów międzyludzkich był zresztą już fakt poznania przez Wiktorię aktora grającego w ekranizacji jej książki. Spotkali się w samolocie, gdzie mężczyzna musi „do jutra” przeczytać książkę, stanowiącą bazę scenariusza. Pomysł jest dziwny. Czyżby odtwórca jednej z ról uczył się książki zamiast skryptu? Czyżby dopiero w przeddzień rozpoczęcia pracy dowiadywał się, w czym gra?

Również sama intryga kryminalna kuleje. Już po przeczytaniu 1/4 książki wiem doskonale, co zaszło. Autorka jest bardzo szczodra w oferowaniu czytelnikowi wszelkich szczegółów prowadzących do rozwiązania zagadki i bardzo szybko odkrywa wszelkie ogniwa tajemnicy. Ułożenie ich we właściwej kolejności dla kogoś, kto jest oczytany w książkach z gatunku, nie nastręcza żadnych trudności.

Najbardziej w tym wszystkim wkurza mnie określenie „kryminał dla kobiet” używane w kontekście "450 stron". Zupełnie, jakby każda kobieta była umysłową amebą, która kupi taki kit. Amebą zresztą jest główna bohaterka, która włożywszy laptop do piekarnika, zapomina o nim i jest to takie zabawne... Rzekłabym raczej, że książka jest propozycją dla niewymagającego czytelnika.

pokaż więcej

 
2018-08-26 12:22:45
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Zwykle mam tak, że jeśli o jakiejś książce dużo się mówi, staram się odczekać chwilę z recenzją, aby mieć czysty umysł i pogląd. Wyjątki czynię wyłącznie wtedy, kiedy odliczam dni do premiery. Książka Nosowskiej zdecydowanie zalicza się do tej pierwszej sytuacji. Przeczytałam... i właściwie równie dobrze mogłabym o niej natychmiast zapomnieć, gdyby nie to, że mam tu coś do powiedzenia. Na... Zwykle mam tak, że jeśli o jakiejś książce dużo się mówi, staram się odczekać chwilę z recenzją, aby mieć czysty umysł i pogląd. Wyjątki czynię wyłącznie wtedy, kiedy odliczam dni do premiery. Książka Nosowskiej zdecydowanie zalicza się do tej pierwszej sytuacji. Przeczytałam... i właściwie równie dobrze mogłabym o niej natychmiast zapomnieć, gdyby nie to, że mam tu coś do powiedzenia. Na wstępie dodam, że nie jestem jakąś szczególną fanką piosenkarki. Oczywiście, znam Teksańskiego i jeszcze kilka innych piosenek, a Romans Petitem towarzyszył mi w chwilach euforii, by szybko okazać się nieprawdą - ale te fakty akurat raczej działają na moją niekorzyść w oczach pani Katarzyny. Do rzeczy jednak...

Poza kilkoma felietonami, które są tak zabawne, jak niewiele wnoszące do mojego życia (typu motywacja do regularnych ćwiczeń - skąd ja to znam), pojawiają się u Nosowskiej wątki, nazwijmy je umownie, psychoterapeutyczno-coachingowe. Jeden z felietonów poświęcony został nawet w całości psychoterapii, która w przypadku autorki okazała się kompletnie nieudanym przedsięwzięciem. Rzekoma pierwsza terapeutka na spotkaniu z Nosowską popłakała się, powiedziała, że ma tak samo, po czym odwróciła rolę, a druga powiedziała, że nie ma nad czym pracować i wyszła z gabinetu. Mogłabym oczywiście potraktować to jako średniośmieszną dla mnie akurat opowieść, gdyby nie bardzo autorytarne podsumowanie:

"Mam koleżankę, która poleca terapię, bo po dwunastu latach kozetkowania czuje się znacznie lepiej. Dwanaście lat temu byłoby mi szkoda dwunastu lat. A teraz to już w ogóle".

Powiem wam coś: mam koleżankę, która wyleczyła sobie wszystkie zęby. Mnie by było szkoda pieniędzy, bo raz spieprzyli mi kanałowe...

Aby było jeszcze zabawniej, Nosowska w dalszej części książki opisuje sytuacje, w których jako dziecko pisała pamiętnik, a ten był czytany przez rodziców, co podkopało jej zaufanie do rodziców. Opisuje, że jeśli niebacznie zakończyła rok szkolny z czwórką z danego przedmiotu, w ramach kary musiała przez całe wakacje rozwiązywać niezliczoną ilość zadań matematycznych. Takie opowieści sprawiają, że jest mi Nosowskiej nawet trochę żal... Tylko do momentu jednak, gdy zaczyna niebezpiecznie przypominać Beatę Pawlikowską, mówiąc chociażby:

"Masz wpływ tylko na kwestie, które wypowiadasz. Możesz reżyserować tylko siebie. [...] Nie biczuj się. Jutro znów będziesz miał szansę poprowadzić swoją postać inaczej. Nie zrani cię nic, bo akceptujesz już, że nie masz wpływu na nikogo z obsady, ale masz ogromny wpływ na siebie. [...] Opluwany jesteś tym, kim jesteś: jesteś czysty, jesteś spokojny w poniżeniu [...]".

Albo:

"Nie umiesz kochać, bo nie umie kochać ten, kto tam bardzo nie lubi siebie [...]. Podaj sobie rękę. Wyciągnij z lochu tę małą, głodną miłości istotę. Jesteś wolna".

W tym momencie właściwie chce mi się śmiać. Kobieta, która twierdzi, że psychoterapia to bzdet, serwuje na kolejnych stronach swojej książki taki misz-masz złotych myśli, autoterapii i "potęgi podświadomości", że aż mdli. Dowiemy się, żeby kochać tę kobietę, którą widzisz w lustrze, i że "moje ciało i wszystkie jego aktywności to tylko powidok. JA nie mam granic". Swą wiedzę podkreśli autorka jeszcze zapewnieniem, że wierzącym jest trudniej, bo mają świadomość, iż ich czyny są obserwowane przez Stwórcę, niewierzący zaś mogą wszystko. Wszystko to byłoby może i spójne, gdyby nie fakt, że z kolejnych felietonów wyraźnie przebija kompleks autorki na punkcie tuszy i wagi. Wiem, że niektórzy dostrzegają w tym dystans do siebie: ja nie, bo wiem, jak to jest mieć kompleks i wiem, jakie są wówczas proporcje opowiadania o innych swoich przymiotach i właśnie o tym dręczącym.

Chciałabym podkreślić, że nie jest tak, że w książce Nosowskiej nie ma nic interesującego. Dla mnie to pole ogranicza się jednak do pojedynczych cytatów i kilku felietonów: o pogoni za piękną sylwetką, o hipokryzji polskiej wigilii czy o powszednieniu miłości. Zgadzam się w pełni. Pomijam teksty poświęcone relacjom damsko-męskim i "szanowaniu się" przez kobiety, bo inni napisali o tym już całkiem sporo.

"A ja żem jej powiedziała" to w dużej mierze zbiór motywacyjnych głodnych kawałków, które naprawdę od tak ganionej przez autorkę psychoterapii (mam na myśli rzetelną, a nie pseudoterapię) różnią się wyłącznie brakiem wiedzy na temat mechanizmów psychologicznych, płytkością sposobu przekazu i brakiem indywidualnego podejścia. Brak konsekwencji jest zaś tym, czego bardzo nie lubię.

Zakończę jednak słowami samej Nosowskiej:

"To, że na liście lektur zwolniły się miejsca, a ty umiesz składać prześcieradło z gumką i wiesz, jak utrzymać wagę z ciąży, nie oznacza, że musisz wydawać książkę".

Hmm, miło byłoby czasami posłuchać samego siebie. Może i lustrzane, i inne rady zaczęłyby działać.

pokaż więcej

 
2018-08-19 12:53:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Podobno zanim pojawiła się Bonda, była Jodełka. Wcześniej styczność z tą autorką miałam o tyle, że parokrotnie przerzucałam jej książki w bibliotece i poczytując fragmenty, nigdy jakoś nie oddając się lekturze. Nie przekonywała mnie po prostu i po przeczytaniu Kryminalistki nadal przekonana nie jestem.

Kryminał oznacza dla mnie gatunek literacki, w którym albo dociekam sedna sprawy i szukam...
Podobno zanim pojawiła się Bonda, była Jodełka. Wcześniej styczność z tą autorką miałam o tyle, że parokrotnie przerzucałam jej książki w bibliotece i poczytując fragmenty, nigdy jakoś nie oddając się lekturze. Nie przekonywała mnie po prostu i po przeczytaniu Kryminalistki nadal przekonana nie jestem.

Kryminał oznacza dla mnie gatunek literacki, w którym albo dociekam sedna sprawy i szukam odpowiedzi na kluczowe pytanie „kto zabił”, albo też rekonstruuję psychologię zbrodniarza. Sądząc po szumnych zapowiedziach „kryminału psychologicznego” na okładce książki, Jodełka miała zamiar popełnić to drugie. Przykro mi: nie udało się.

Joanna to autorka książek kryminalnych. Średnio ceniona, średnio sławna. Postanawia pozbyć się męża. Narracja prowadzona jest dwutorowo: każdy rozdział opisujący poszczególne wydarzenia zakończony jest wewnętrznym monologiem Joanny, objaśniającym nam to, co się wydarzyło i co będzie dziać się za chwilę. Ten czas teraźniejszy przemieszany z retrospekcjami jest zabiegiem bezcelowym, bo ani napięcia nie buduje, ani niczego nie dodaje i nie dopowiada. O jakiejkolwiek tajemnicy czy napięciu również trudno tu mówić, ponieważ wszelkiego rodzaju znaki zapytania objaśniane są nam na bieżąco.

Dziwi mnie tylko wydawnicze klasyfikowanie książki jako „kryminał psychologiczny”. Powieści już bliżej jest do zakręconych i humorystycznych kryminałów Rudnickiej, tyle że tego humoru tu jak na lekarstwo. Niespełnionych psychologicznych aspiracji (niespełnionych ewidentnie ze względu na brak należytego researchu w temacie chorób psychicznych) jest aż nadto.

Nie sądzę, żebym miała ochotę sięgnąć po kolejną książkę Jodełki.

pokaż więcej

 
2018-08-12 11:25:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Informacja, że książka wydana została w ramach self-publishingu, z reguły oznacza, że nie można spodziewać się niczego dobrego. Ta zasada sprawdza się szczególnie, jeśli mowa o powieści kryminalnej. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń i, jeśli miałabym książkę Iny Lorelei zestawić z wcześniejszymi kryminałami wydanymi sumptem autora, to nie jest tak źle. Nie oznacza to jednak, że jest... Informacja, że książka wydana została w ramach self-publishingu, z reguły oznacza, że nie można spodziewać się niczego dobrego. Ta zasada sprawdza się szczególnie, jeśli mowa o powieści kryminalnej. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń i, jeśli miałabym książkę Iny Lorelei zestawić z wcześniejszymi kryminałami wydanymi sumptem autora, to nie jest tak źle. Nie oznacza to jednak, że jest dobrze.

Na zamku, funkcjonującym jako hotel, odbywa się właśnie wesele człowieka, do którego rodziny należała niegdyś budowla. Cała rodzina zresztą nadal ma szlacheckie pretensje. Niestety, w poweselny poranek dzieci odnajdują pod murami zamkowymi zwłoki w ślubnej kreacji i nie jest to strasząca w zamczysku Biała Dama...

Pomysł jest interesujący, wykonanie już mniej. Przez pierwszą część książki miałam nieodparte wrażenie, że czytam raczej detektywistyczne opowiadanie dla dzieci i młodzieży, w połowie doszłam do wniosku, że to jednak „dorosła” powieść, by - przy okazji zakończenia - zgłupieć zupełnie. Wszystko przez to, że narrację rozpoczyna dziecięcy punkt widzenia: 16-letni chłopiec i jego o trzy lata młodsza siostra alarmują rodziców doniesieniem, że ciocia nie żyje. Rodzice przyjmują to w taki sposób, że przez cały pierwszy rozdział zastanawiam się, czy nie są chorzy psychicznie. Ten moment rozpoczyna całą akcję, autorka jednak porzuca narrację z punktu widzenia dzieci, aby przenieść siłę ciężkości na punkt widzenia inspektora policji. Zupełnie niepotrzebnie będzie zmieniała zdanie jeszcze kilkakrotnie w czasie tej niewielkiej objętościowo książeczki.

Panna młoda musi umrzeć to nie jest kryminał. To jest raczej wprawka pod opowiadanie o młodych detektywach i, miast wydawania jej jako powieści, należało wysłać ją na konkurs literacki dla młodzieży. W internecie zaś wyszukać można, iż Ina Lorelei wydała własnym kosztem aż cztery książki. Jeśli ich poziom jest podobny, chyba szkoda czasu. Odautorska informacja, że to klasyczny kryminał nie jest zgodna z prawdą.

pokaż więcej

 
2018-08-12 11:21:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Konsekwentnie w nurcie kobiecego kryminału pozostaję niezadowolona.

Z Anną Kleiber zetknęłam się już wcześniej, dzięki książce Półtora trupa na głowę. Tamta lektura wywarła na mnie dobre wrażenie, w przypadku Kobiety z pazurem jest już, niestety, znacznie gorzej.

Myślę, że podstawową różnicę stanowi postać głównej bohaterki. Tam nieporadna, starzejąca się i niespełniona dziennikarka...
Konsekwentnie w nurcie kobiecego kryminału pozostaję niezadowolona.

Z Anną Kleiber zetknęłam się już wcześniej, dzięki książce Półtora trupa na głowę. Tamta lektura wywarła na mnie dobre wrażenie, w przypadku Kobiety z pazurem jest już, niestety, znacznie gorzej.

Myślę, że podstawową różnicę stanowi postać głównej bohaterki. Tam nieporadna, starzejąca się i niespełniona dziennikarka wywoływała we mnie wybuchy radości samą swoją osobowością. Tutaj mamy nijaką postać Justyny. Wbrew tytułowi, pazura w niej nie dostrzegam, razi mnie za to jej nijakość i sztuczność. Irytuje też humor na siłę, wprowadzony w momencie, gdy Justyna korzystając z dobrodziejstw lata wypełnia szafki przetworami, aby przetrwać bezrobocie. Nie bawi, naprawdę.

Wątek kryminalny tym razem nie został przez autorkę dopracowany, zaś zwolenniczką motywów romansowych nigdy nie byłam. Tym razem, niestety, pozostają zawiedziona po lekturze.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
155 154 1105
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (14)

Ulubione cytaty (6)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd