CzytalaElzbieta 
https://czytalaelzbieta.blogspot.com, https://www.facebook.com/CzytalaElzbieta
Nigdy nie ukrywam, że moje recenzje są mocno subiektywne. W literaturze, jak i w życiu, lubię konsekwencję, charakter, ale i absurdalny humor oraz ironię. Najchętniej czytam szeroko rozumianą literaturę kryminalną, choć na niej nie poprzestaję.
kobieta, status: Czytelniczka, dodała: 17 cytatów, ostatnio widziana 2 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-12 11:25:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Informacja, że książka wydana została w ramach self-publishingu, z reguły oznacza, że nie można spodziewać się niczego dobrego. Ta zasada sprawdza się szczególnie, jeśli mowa o powieści kryminalnej. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń i, jeśli miałabym książkę Iny Lorelei zestawić z wcześniejszymi kryminałami wydanymi sumptem autora, to nie jest tak źle. Nie oznacza to jednak, że jest... Informacja, że książka wydana została w ramach self-publishingu, z reguły oznacza, że nie można spodziewać się niczego dobrego. Ta zasada sprawdza się szczególnie, jeśli mowa o powieści kryminalnej. Tak przynajmniej wynika z moich doświadczeń i, jeśli miałabym książkę Iny Lorelei zestawić z wcześniejszymi kryminałami wydanymi sumptem autora, to nie jest tak źle. Nie oznacza to jednak, że jest dobrze.

Na zamku, funkcjonującym jako hotel, odbywa się właśnie wesele człowieka, do którego rodziny należała niegdyś budowla. Cała rodzina zresztą nadal ma szlacheckie pretensje. Niestety, w poweselny poranek dzieci odnajdują pod murami zamkowymi zwłoki w ślubnej kreacji i nie jest to strasząca w zamczysku Biała Dama...

Pomysł jest interesujący, wykonanie już mniej. Przez pierwszą część książki miałam nieodparte wrażenie, że czytam raczej detektywistyczne opowiadanie dla dzieci i młodzieży, w połowie doszłam do wniosku, że to jednak „dorosła” powieść, by - przy okazji zakończenia - zgłupieć zupełnie. Wszystko przez to, że narrację rozpoczyna dziecięcy punkt widzenia: 16-letni chłopiec i jego o trzy lata młodsza siostra alarmują rodziców doniesieniem, że ciocia nie żyje. Rodzice przyjmują to w taki sposób, że przez cały pierwszy rozdział zastanawiam się, czy nie są chorzy psychicznie. Ten moment rozpoczyna całą akcję, autorka jednak porzuca narrację z punktu widzenia dzieci, aby przenieść siłę ciężkości na punkt widzenia inspektora policji. Zupełnie niepotrzebnie będzie zmieniała zdanie jeszcze kilkakrotnie w czasie tej niewielkiej objętościowo książeczki.

Panna młoda musi umrzeć to nie jest kryminał. To jest raczej wprawka pod opowiadanie o młodych detektywach i, miast wydawania jej jako powieści, należało wysłać ją na konkurs literacki dla młodzieży. W internecie zaś wyszukać można, iż Ina Lorelei wydała własnym kosztem aż cztery książki. Jeśli ich poziom jest podobny, chyba szkoda czasu. Odautorska informacja, że to klasyczny kryminał nie jest zgodna z prawdą.

pokaż więcej

 
2018-08-12 11:21:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Konsekwentnie w nurcie kobiecego kryminału pozostaję niezadowolona.

Z Anną Kleiber zetknęłam się już wcześniej, dzięki książce Półtora trupa na głowę. Tamta lektura wywarła na mnie dobre wrażenie, w przypadku Kobiety z pazurem jest już, niestety, znacznie gorzej.

Myślę, że podstawową różnicę stanowi postać głównej bohaterki. Tam nieporadna, starzejąca się i niespełniona dziennikarka...
Konsekwentnie w nurcie kobiecego kryminału pozostaję niezadowolona.

Z Anną Kleiber zetknęłam się już wcześniej, dzięki książce Półtora trupa na głowę. Tamta lektura wywarła na mnie dobre wrażenie, w przypadku Kobiety z pazurem jest już, niestety, znacznie gorzej.

Myślę, że podstawową różnicę stanowi postać głównej bohaterki. Tam nieporadna, starzejąca się i niespełniona dziennikarka wywoływała we mnie wybuchy radości samą swoją osobowością. Tutaj mamy nijaką postać Justyny. Wbrew tytułowi, pazura w niej nie dostrzegam, razi mnie za to jej nijakość i sztuczność. Irytuje też humor na siłę, wprowadzony w momencie, gdy Justyna korzystając z dobrodziejstw lata wypełnia szafki przetworami, aby przetrwać bezrobocie. Nie bawi, naprawdę.

Wątek kryminalny tym razem nie został przez autorkę dopracowany, zaś zwolenniczką motywów romansowych nigdy nie byłam. Tym razem, niestety, pozostają zawiedziona po lekturze.

pokaż więcej

 
2018-08-07 18:09:40
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Miał być trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Wyszła z tego bardzo przewidywalna książka. Po lekturze mniej więcej 1/3 stron doskonale wiem, co się wydarzyło i kto był w to zamieszany.

Treść jest prosta: dziecko zostało porwane jako sześciolatek. Po 10 latach odnajduje się w stanie kompletnego regresu psychicznego, nie mówiące, nie kontaktujące... Policja podejmuje dawne tropy,...
Miał być trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Wyszła z tego bardzo przewidywalna książka. Po lekturze mniej więcej 1/3 stron doskonale wiem, co się wydarzyło i kto był w to zamieszany.

Treść jest prosta: dziecko zostało porwane jako sześciolatek. Po 10 latach odnajduje się w stanie kompletnego regresu psychicznego, nie mówiące, nie kontaktujące... Policja podejmuje dawne tropy, próbując dociec, kto odpowiadał za uprowadzenie Aidena, zaś matka próbuje przywrócić chłopca światu.

Czytając Milczące dziecko przez długi czas zastanawiałam się, skąd właściwie wiem, co się za chwilę stanie. Teraz już wiem skąd! Fabuła skonstruowana jest na identycznej zasadzie jak Nie ma jej Joy Fielding. Jeśli czytaliście powieść Fielding, to tę możecie sobie odpuścić, bo poza drobnymi modyfikacjami: nową rodzinę ma matka, a nie ojciec, zamiast starszej siostry jest oczekiwanie na narodziny dziecka, fabuła jest identyczna. Nawet szukając sprawcy porwania, należy podążać podobnym tropem. Denzil dołożyła nam jedynie wykorzystywanie seksualne oraz traumę porwanego, które jednakowoż wielkiego znaczenia w treści nie mają.

W książce można znaleźć ponadto sporo błędów. Na stronie 264 główna bohaterka dzwoni do Centrum Kształcenia Ustawicznego, chcąc dowiedzieć się, czy jej mąż prowadzi tam kurs historii sztuki w każdy wtorek i czwartek. Dowiaduje się, że nie, że robi to inny człowiek. Nie rozumiem, dlaczego prowadzi to kobietę do wniosku, że jej mąż „Kłamał, odkąd się poznaliśmy. Miał tę pracę od zawsze [...] Co wtorek i czwartek Jake prowadził kurs historii sztuki dla dorosłych”... Przecież powiedziano jej, że ów kurs prowadzi jakiś Dave, a nie Jake... Na szczęście bohaterka sobie o tym przypomina, bo dwie strony później czyni już wyrzut mężowi, że przecież nie prowadzi tego kursu... Uprzedzając: nie, nie chodziło o podkreślenie zagubienia umysłowego bohaterki...

Książka generalnie jest bardzo przewidywalna i bardzo schematyczna. Psychologia postaci nie została pogłębiona, dziwne więc, że Milczące dziecko nazywa się thrillerem psychologicznym. Spokojnie można tę lekturę pominąć bez szkody dla wiedzy na temat gatunku, choć sam proces czytelniczy nie jest katorgą i czas wypełnia.

pokaż więcej

 
2018-08-05 12:03:25
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Przyciągnął mnie właściwie tytuł... Kilka dni temu przewinęła się przed moimi oczami informacja o nadchodzącej ekranizacji, a ja zdałam sobie sprawę, że książki nie kojarzę absolutnie z niczym. Postanowiłam nadrobić braki i nie żałuję!

Akcja książki przenosi nas do roku 1946. Juliet jest młodą pisarką, poszukującą inspiracji do kolejnego dzieła. Nieoczekiwanie, wskutek splotu okoliczności,...
Przyciągnął mnie właściwie tytuł... Kilka dni temu przewinęła się przed moimi oczami informacja o nadchodzącej ekranizacji, a ja zdałam sobie sprawę, że książki nie kojarzę absolutnie z niczym. Postanowiłam nadrobić braki i nie żałuję!

Akcja książki przenosi nas do roku 1946. Juliet jest młodą pisarką, poszukującą inspiracji do kolejnego dzieła. Nieoczekiwanie, wskutek splotu okoliczności, nawiązuje korespondencję z członkami istniejącego na wyspie Guernsey tytułowego Stowarzyszenia... Korespondując z członkami tego niecodziennego klubu książki, zbiera historie o życiu w czasie wojny, o radzeniu sobie z trudami codzienności, o tym, jak literatura pomogła przetrwać...

Jeśli jednak ten opis mógł zasugerować, że będzie to kolejna ckliwa opowieść o magicznej mocy literatury, która zmienia postawy ludzkie i świat, to spieszę donieść, że tak nie jest. Prawdę mówiąc, w samych spotkaniach literackich nie chodzi o książki jako takie, lecz o relacje, jakie stworzyły się pomiędzy poszczególnymi osobami, imitując w tych trudnych czasach rodzinę. O samej literaturze mówi się tu bowiem w sposób, najoględniej mówiąc, niesztampowy. Członkowie grupy to ludzie prości, raczej niewykształceni i ich interpretacja Wichrowych Wzgórz czy Wyznań Marka Aureliusza może zaskakiwać. Okazuje się też, że niewłaściwe wystąpienie na spotkaniu Stowarzyszenia może skutkować kłótniami małżeńskimi.

Książka jest wzruszająca, ostatecznie bowiem akcja dzieje się w czasie wojny, więc i trudnych momentów tu nie brakuje, choćby wtedy, gdy dowiadujemy się o wojennych losach Elizabeth, twórczyni Stowarzyszenia. Przewijają się tutaj również krótkie obrazki o tym, jak w czasie wojny traktowano zwierzęta, że nie każdy Niemiec jest zły, a tego dobrego nie można nazywać kolaborantem, o sposobach leczenia czy waśniach międzysąsiedzkich. To, co jest dla niej charakterystyczne, to niesamowity humor, najczęściej sytuacyjny.

Najbardziej urokliwe zaś są te momenty, w których akcja powieści skupia się na Elizabeth - jedynej bohaterce, której nie poznajemy osobiście, lecz jej osoba przybliżona zostaje poprzez relacje przyjaciół, rzeczy pozostawione w domu, listy i książki. "Byłoby dla niej lepiej, gdyby nie miała tak wielkiego serca" - czytamy. To młoda dziewczyna, która przed wojną studiowała malarstwo, później pracowała jako pielęgniarka, straciła w czasie wojny rodzinę, później zaś zakochała w niemieckim oficerze. W czasie wojny zaś urodziła jego dziecko. "To wszystko bardzo trudne, nawet gdy się jest wśród dobrych, życzliwych ludzi. Wobec pewnych spraw człowiek zawsze pozostaje sam".

Najbardziej ujmujące jest ciepło i życzliwość przebijająca z kart książki. Nie bez znaczenia jest fakt, że to powieść epistolograficzna, autorka zaś zadała sobie dużo trudu, aby każdy list pisany był innym językiem, kreując autentyczne postaci. I mimo że trochę mi szkoda pewnego Marka, którego polubiłam, rozumiem wybory Juliet.

pokaż więcej

 
2018-08-05 11:58:43
Najpierw trzeba dobrze poznać pewne sprawy, zanim się zacznie pisać książkę o wojnie. [...] Niemcy potrafili być straszni. Włazili nam do domów bez pytania, rządzili się jak u siebie. Rasa panów. Ale nie wszyscy tak się zachowywali, oj nie.
 
2018-08-05 11:57:15
To wszystko bardzo trudne, nawet gdy się jest wśród dobrych, życzliwych ludzi. Wobec pewnych spraw człowiek zawsze pozostaje sam.
 
2018-08-05 11:53:25
Nie ma na świecie mężczyzny, który choć w połowie byłby tak wierny jak pies. Jeśli psa się dobrze traktuje, odpłaci z całego serca; będzie najwierniejszym przyjacielem, który nigdy nie zdradzi i nie będzie zadawać żadnych pytań.
 
2018-08-04 12:43:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Jakub Zimny (tom 1) | Seria: Czarna seria

Spotkałam się z opinią, że jedynymi książkami w kategorii polskiego thrillera polityczno-prawniczego są powieści Remigiusza Mroza. Nic bardziej mylnego. Mariusz Zielke był wcześniej. Na dodateksą to powieści utrzymane na znacznie wyższym poziomie.

"Wyrok" przy okazji burzy moją teorię, że książki wydane w ramach self-publishingu nie grzeszą jakością. Pierwsza część czterotomowego, jak na...
Spotkałam się z opinią, że jedynymi książkami w kategorii polskiego thrillera polityczno-prawniczego są powieści Remigiusza Mroza. Nic bardziej mylnego. Mariusz Zielke był wcześniej. Na dodateksą to powieści utrzymane na znacznie wyższym poziomie.

"Wyrok" przy okazji burzy moją teorię, że książki wydane w ramach self-publishingu nie grzeszą jakością. Pierwsza część czterotomowego, jak na razie, cyklu z Jakubem Zimnym w roli głównej wydana została w 2012 roku za prywatne pieniądze autora. Od początku była kontrowersyjna, odnaleźć w niej można bowiem nie tylko elementy autobiograficzne Zielkego, ale również echa prawdziwych wydarzeń. Sam autor wyznaje zresztą wprost: "Książki nikt nie chciał wydać ze względu na tematykę, mimo pozytywnych recenzji wewnętrznych. Ale jak już sam wydałem od razu trafił się kupiec na cały nakład". (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/152571/wyrok).

Fabuła tej części wrzuca nas w świat dziennikarstwa śledczego. Wspomniany wyżej Zimny trafia na ślad podejrzanych finansowych transakcji na koncie znanego maklera, Andreasa Holdnera. Okazuje się, że planowany na jeden artykuł tekst rozrasta się do poziomu finansowej afery, mogącej wprowadzić Zimnego do dziennikarskiej elity lub pogrążyć.

Książka wciąga od pierwszych stron, chociaż za jej minus rzeczywiście można uznać profesjonalizm. Zdziwieni? "Wyrok" nie jest powieścią, którą możemy czytać w pociągu czy przeżuwając kanapkę, chyba, że świat opisywany przez Zielkego jest dla kogoś codziennością. Ja musiałam skupić się na ilości wprowadzonych terminów branżowych, finansowych pojęć oraz wprowadzonych zasad funkcjonowania giełdy. Wszystko to zostało okraszone dziennikarską rzeczywistością walki o „jedynkę” i wyniki sprzedaży, kłótniami o czasownik w tytule newsa i granice naginania prawdy. Sama fabuła i siatka zależności pomiędzy postaciami również jest nieco zagmatwana. Dla niektórych może to być minus.

Dla mnie zdecydowanie nie. Na dodatek pojawiające się w sieci porównania do Larssona uważam za zupełnie trafione. Co prawda Zielke bawi się z nami w swego rodzaju grę, pisząc wprost:

"Wiele go [Jakuba Zimnego - dopisek mój] różniło od Mikaela Blomkvista, dziennikarza niezależnego pisma „Millenium”, ale zaczął odnosić nieodparte wrażenie, jakby czytał swoją historię. Także trafił na związany ze znanym przedsiębiorcą intrygujący temat, który skończył się dla niego kłopotami. Także wszedł potem w inną aferę, która okazała się po części sprawą o morderstwo i której wyjaśnienie mogło doprowadzić do wielkiego skandalu na rynku finansowym. Oczywiście książkowa, szwedzka rzeczywistość znacznie różniła się od polskiej".

"Wyrok" bardzo dobrze wpasowuje się w ów klimat. Wszystko pasuje i klei się w całość. Finanse, polityka, zbrodnia na księgowej, która wiedziała za dużo, dziennikarstwo, diagnoza naszego społeczeństwa, a wreszcie i portrety psychologiczne bohaterów, często stojących na rozdrożu.

"W końcu muszę wybrać stronę szachownicy i kolor pionków".

Zielke intryguje, wciąga, choć z cała pewnością dla kogoś nieobeznanego w tematach finansowo-politycznych (jak ja) jest autorem wymagającym. Mimo to po zakończeniu lektury proszę o więcej...

pokaż więcej

 
2018-07-29 13:25:42
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Olgę Rudnicką darzę uczuciami umiarkowanymi. "Były sobie świnki trzy" zdecydowanie należą do słabszych pozycji w jej dorobku.

Oto poznajemy trzy kobiety, które są przede wszystkim żonami swoich mężów: adwokata, komornika i doradcy podatkowego. Wszystkie zmagają się z małżeńskimi problemami, choć są to dylematy zupełnie różne: brakiem dzieci, niechęcią współżycia z mężem czy też niechęcią męża...
Olgę Rudnicką darzę uczuciami umiarkowanymi. "Były sobie świnki trzy" zdecydowanie należą do słabszych pozycji w jej dorobku.

Oto poznajemy trzy kobiety, które są przede wszystkim żonami swoich mężów: adwokata, komornika i doradcy podatkowego. Wszystkie zmagają się z małżeńskimi problemami, choć są to dylematy zupełnie różne: brakiem dzieci, niechęcią współżycia z mężem czy też niechęcią męża do współżycia. Pewnego dnia szala przeważona zostaje tak mocno, że kobiety postanawiają zamordować swoich współmałżonków. Poszczególnym wypadkom o znamionach zbrodni przygląda się bacznie komisarz Kalinka oraz jego partnerka, a jednocześnie była ukochana.

Książka należy do kategorii tych, które czyta się bezwysiłkowo, mieszając zupę w garnku. O ile jednak lubię sobie od czasu do czasu sięgnąć po czytadło, o tyle "Były sobie świnki trzy" nie tylko mnie nie rozbawiły, ale wręcz znudziły. Ani humor słowny, okraszony solidną porcją wulgaryzmu, ani umysłowość ameby łatwa do stwierdzenia w przypadku każdej z trzech zbrodniarek, ani też dowcip sytuacyjny nie spowodowały u mnie wybuchów radości.

Olga Rudnicka miewa zresztą książki lepsze i gorsze. Ta zdecydowanie jest gorszą.

pokaż więcej

 
2018-07-29 13:20:47
Ma nowego znajomego: fianiebieska
 
2018-07-22 11:43:44
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Przeczytałam "Hashtag" Remigiusza Mroza i właściwie nawet nie wiem, co powiedzieć. Nawet doczepić się za bardzo nie ma do czego, bo w tej książce po prostu całkowicie nic się nie dzieje. Od początku jednak...

Tesa, a właściwie Teresa, pewnego dnia dostaje sms z powiadomieniem, że w paczkomacie czeka na nią przesyłka. Niczego nie zamawiała, a ponieważ cierpi na pewien rodzaj fobii społecznej,...
Przeczytałam "Hashtag" Remigiusza Mroza i właściwie nawet nie wiem, co powiedzieć. Nawet doczepić się za bardzo nie ma do czego, bo w tej książce po prostu całkowicie nic się nie dzieje. Od początku jednak...

Tesa, a właściwie Teresa, pewnego dnia dostaje sms z powiadomieniem, że w paczkomacie czeka na nią przesyłka. Niczego nie zamawiała, a ponieważ cierpi na pewien rodzaj fobii społecznej, wyjście z domu po paczkę jest dla niej katastrofą. Tesa dodatkowo zmaga się także z chorobliwą otyłością, która jest dla niej poważnym problemem. Jest także leitmotivem dla autora, który w toku powieści kilkakrotnie wraca do tematu, podkreślając, że rozmówca Tesy je 6 pierogów, a ona 24, a także jak poradzić sobie z potem pod dużymi piersiami. Wracając do paczki jednak, Tesa odbiera pakunek, a w środku znajduje się figurka i kartka z hashtagiem #apsyda.

Co robi kobieta po powrocie do domu? Zgadza się, wyszukuje hasła w Google'u, następnie na Facebooku i Twitterze. Tym sposobem odkrywa, że sprawa jest związana z wydarzeniami sprzed lat, studiami na Akademii Koźmińskiego, zaginioną kobietą, której ona nie znała, jednak jej mąż, owszem.

Nie pamiętam, kto w recenzji wydawniczej określił tę książkę mianem wciągającej. Jeśli taka ona jest, ja być może dostałam wybrakowany egzemplarz. Przy wszystkich nieporadnościach, o których pisałam w kontekście "Nieodnalezionej", prawniczych potknięciach w serii o Chyłce czy płynięciu a'la James Bond w powieściach o Forście, nie sposób zaprzeczyć, że tam się cokolwiek działo. Był jakiś punkt wyjścia, dochodziły dodatkowe wydarzenia, wątki, zwroty akcji, a potem docieraliśmy do jakiegoś finału. Tutaj akcja snuje się niczym nie powiem co, mamy mnóstwo retrospekcji, właściwie w połowie książki wiadomo, o co chodzi (ja wiedziałam), a na koniec rozwiązanie akcji następuje, dzięki drugiemu znaczeniu słowa "apsyda", o którym żaden z bohaterów książki nie wiedział, a które podczas testowego wyszukiwania, które ja przeprowadziłam, pojawiło się u mnie na drugim miejscu w Google'ach.

Na szczęście z lektury płynie jeden pożytek: w końcu załapałam, co mnie w książkach Mroza wkurza, a co w Hashtagu przybrało jakiś katastrofalny rozmiar. Pojawia się tutaj tyle anegdotek z nazwiskami, tyle nazw marek różnych produktów, instytucji, tytułów seriali, filmów i programów telewizyjnych, że staje się to wręcz niestrawne. Nie wiem, czy autor w ten sposób chce się wykazać swoją erudycją (której przecież nie zaprzeczam), czy szykuje podstawy pod ekranizację i product placement, ale - cytując klasyka - Remigiuszu Mrozie, nie idź tą drogą, tego nie da się czytać! Z czystej ciekawości postanowiłam wynotować część z tych smaczków - wedle kolejności pojawiania się w powieści:
"Małe życie" Yanagihary, "Bastion" Kinga, "Droga królów" Sandersona, Netto (ten market - pisane raz małą, raz dużą literą), Facebook, Instagram, klasztor Convento de Cristo w Portugalii, bazylika Świętego Jerzego w Pradze, Twitter, Wayback Machine, Peter Drucker, Max Weber, Fayol, Ford, Taylor, McGregor, czasopismo "Manager", bracia Mroczkowie, Bernard Baruch, Motorola RAZR V3 z wyświetlaczem TFT, Bierhalle, Arkadia, The Wire, Breaking Bad, Lehman Brothers, Fed, Google, Wikipedia, Fakt, Super Express, Iwona Wieczorek, Ewa Tylman, Magdalena Żuk, YouTube, Życie Warszawy, znowu Arkadia, fikcyjny serwis NSI, lody Grycan Biała Czekolada, iPhone.
- to wszystko mieści się na pierwszych 35 stronach książki. Dalej już nie notowałam, bo stwierdziłam, że to próżne działanie, ale jest i Matrix, i Power Rangers, i prosiak z Lonney Tunes, a nawet Mietczyński. Do tego mamy dorzucone kilka słówek typu "odjaniepawla" czy "Wypok" zamiast "Wykop" okraszony komentarzem męża Tesy: "tak się teraz mówi!" czy trochę teorii na temat budowania start-upów. Mamy trochę Mrozowych niekonsekwencji, gdy główna bohaterka jest zaskoczona, że na przesyłce widnieje imię Tesa, bo właściwie nikt poza nią i jej mężem nie używa tej formy, a potem mówią do niej tak zupełnie wszyscy, w tym osoby, które powracają do jej życia po latach niebytu.
Powieść ma aspiracje, aby nawiązywać do tematu zaginięć ludzi, czego dowodem jest przywołanie chociażby głośnej sprawy Iwony Wieczorek czy przywołanie postaci Ewy Tylman, problem w tym, że powieść w ogóle nie jest o tym, chociaż hastag prowadzi do profilu studentki Koźmińskiego, która zaginęła. Właściwie nie wiem, o czym jest ta książka... O wyszukiwaniu w internecie informacji za pomocą hashtagów i o tym, że jak człowiek jest gruby, poci się pod biustem. Zdecydowanie wolę już puszczone wodze fantazji w serii o Forście czy Chyłce niż zaprezentowany w "Hashtagu" marazm i nudę. Dość zabawnym przełamaniem tejże jest moment, w którym pielęgniarka ze szpitala psychiatrycznego po latach mówi Tesie, że była bardzo szczególnym przypadkiem, który zapamiętała na lata, bo na badaniach krwi wyszło, że jej rodzice nie są jej biologicznymi rodzicami. Pomijając fakt, że to nie jest nic niesamowitego i pielęgniarki spotykają się z tym częściej niż myślicie, był to jednorazowy pik, gdy czytelnik wodzony za nos, pomyślał "może coś się ruszy" (a była to 248 strona książki).

Właściwie na tym mogłabym zakończyć, ale chciałabym dodać jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Dysfunkcja psychiczna, o której pisze Remgiusz Mróz w najnowszej książce, wcale nie przebiega w ten sposób i osoby chore wcale o niej nie opowiadają tak jak autor, siląc się na kobiecą narrację pierwszoosobową. Zanim zacznie się pisać o chorobach psychicznych, dobrze jest, poza przeczytaniem hasła w Wikipedii, zgłębić temat bardziej, porozmawiać z kimś, kto żyje z tym na co dzień, może z psychiatrą chociaż... Serio, bo tak można narobić sporo biedy w społecznym postrzeganiu dysfunkcji psychicznych.

pokaż więcej

 
2018-07-16 18:39:49
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Inspektor Salgado (tom 2)

Zaczęłam od drugiego tomu przygód inspektora Salgado i, mimo dobrych skojarzeń, nie będę lektury cyklu kontynuować. Miłośnikom kryminałów z bardzo silnie rozbudowanymi wątkami obyczajowymi (ja takich nie darzę miłością) mogę ten cykl z całą pewnością polecić.

Swoją drogą, gdyby wykroić cały wątek obyczajowy, pozostawiając tylko zagadkę kryminalną, „Piękni samobójcy” nie straciliby wiele. Dla...
Zaczęłam od drugiego tomu przygód inspektora Salgado i, mimo dobrych skojarzeń, nie będę lektury cyklu kontynuować. Miłośnikom kryminałów z bardzo silnie rozbudowanymi wątkami obyczajowymi (ja takich nie darzę miłością) mogę ten cykl z całą pewnością polecić.

Swoją drogą, gdyby wykroić cały wątek obyczajowy, pozostawiając tylko zagadkę kryminalną, „Piękni samobójcy” nie straciliby wiele. Dla mnie zyskaliby natomiast sporo, bo intryga jest rzeczywiście dobrze dopracowana.

Oto autor zderza nas z tajemniczą sprawą. Gaspar Rodenas dusi swoją półtoraroczną córeczkę poduszką. Później zabija też żonę, na końcu zaś siebie. Później samobójstwo popełnia kobieta, pracująca w tej samej firmie co Gaspar. Nie można dłużej mówić o przypadku.

Byłoby zupełnie dobrze w sferze kryminalnego śledztwa, gdyby nie bardzo mocno rozbudowane wątki obyczajowe, którym owo śledztwo zostało poddane w służbę. Dodatkowo zabieg opowiedzenia historii różnych osób w ramach jednej powieści nazbyt często wprowadza zamęt i zamieszanie, czyniąc powieść bardzo zawikłaną.

Miłośnikom klimatu polecam, pozostali mogą sprawę odpuścić bez żalu.

pokaż więcej

 
2018-07-13 17:33:31
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Kiedy zobaczyłam fragment "365 dni" na grupie czytelniczej, wiedziałam, że to jest coś, co muszę przeczytać w ramach mojego upodobania do czytelniczego masochizmu. Całe szczęście, że istnieje Legimi - nie musiałam kupować książki, tylko jednym klikiem pobrać ją w formie elektronicznej. Po lekturze mam wyłącznie taką refleksję, że całe szczęście Blanka Lipińska nie zdecydowała się na osadzenie... Kiedy zobaczyłam fragment "365 dni" na grupie czytelniczej, wiedziałam, że to jest coś, co muszę przeczytać w ramach mojego upodobania do czytelniczego masochizmu. Całe szczęście, że istnieje Legimi - nie musiałam kupować książki, tylko jednym klikiem pobrać ją w formie elektronicznej. Po lekturze mam wyłącznie taką refleksję, że całe szczęście Blanka Lipińska nie zdecydowała się na osadzenie akcji w roku przestępnym, bo powieść byłaby jeszcze dłuższa.

Okładka zapowiada nam genialne zestawienie "50 Twarzy Grey'a" i "Ojca chrzestnego". Mogę się do tego porównania odnieść. Jestem prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która przeczytała "Ojca chrzestnego", a nie oglądała filmu. Omawiany tytuł nie ma nic wspólnego z odniesieniem przywołanym sprytnie przez wydawcę, może poza faktem, że przystojny mafioso co jakiś czas pakuje komuś kulkę w głowę. Co do skojarzeń z Grey'em... Cóż, powieść E.L. James jest lepsza, a trzeba Wam wiedzieć, że nie jestem fanką. Do rzeczy...

Pierwszym bohaterem "365 dni" jest Massimo - młodziutki szef mafijnej rodziny, jednocześnie biznesmen, cierpiący na bardzo przykrą chorobę, polegającą na tym, że penis sam wyskakuje mu ze spodni (proszę wybaczyć dosadność, ale autorka używa jeszcze gorszych określeń). Drugą bohaterką jest Laura, którą ów Massimo uprowadza w czasie jej wakacyjnego relaksu. Wszystko przez to, że kilka lat temu, wskutek wypadku, jego serce zatrzymało się na kilka minut i wówczas ujrzał kobietę. Ubzdurał sobie, że ona istnieje, kazał namalować portret z pamięci, a teraz - szczęśliwie - rozpoznał ją w Laurze. Postanawia ją porwać i oczekuje, że dziewczyna zostanie z nim na rok i spróbuje go pokochać. Już w pierwszej rozmowie uspokaja Laurę, mówiąc, że nie będzie jej do niczego zmuszać i może odejść, jeśli tego chce, choć - jeśli się na to zdecyduje - Massimo zabije jej rodzinę. Oczywiście, nie wywiera w ten sposób żadnej presji, skądże znowu. Dobre serce Massima musi wywrzeć na dziewczęciu ogromne wrażenie, gdyż dwie kartki po tym, gdy mówi o swoim "śmiertelnym przerażeniu sytuacją", dochodzi do wniosku, że skoro i tak nie może uciec, to chociaż się zabawi w łóżku. Tyle, jeśli chodzi o jakikolwiek szacunek.

Nie sam seks w książce jest jednak problemem. Poza nim właściwie nie ma tu akcji. W przerwach pomiędzy opisami łóżkowymi autorka raczy scenkami, w których Laura obserwuje z okna swojego właściciela, pakującego komuś kulkę w łeb (czyżby Ojciec chrzestny). Mamy tu też sporo opisów opalenizny Laury, jej ubrań, biżuterii, makijażu, nazw perfum używanych przez więzioną.

Powieść Lipińskiej przede wszystkim jest nieudolna. Autorka operuje mnóstwem stereotypów, jak chociażby tym, że przeciętny Włoch jest wysoki. Nie jest, o czym przekonał się każdy, kto Italię odwiedził. Ten zaś, kto nie odwiedził, mógł wyszukać dane statystyczne w Google w 16 sekund (tyle dokładnie mi to zajęło: https://imgur.com/SyRrY0w). Stereotypem też jest przemycane w niemal każdym rozdziale stwierdzenie: "Lauro, jesteś taka nieposłuszna, aż dziwne, że nie jesteś Włoszką", "Jakim cudem nie jesteś Włoszką. To nie jest słowiański temperament" itd. Lipińska ewidentnie ma jakiegoś hopla na tym punkcie.

Drugim minusem jest widoczna nieporadność językowa. Za każdym razem, gdy autorka pisze o tym, że Massimo miał ogromne usta, widzę mężczyznę z twarzą jednej z sióstr Godlewskich. Język polski ma wiele określeń, którymi można wyrazić to zręczniej, ale autorka za każdym razem prowokuje mnie do śmiechu. Interesująca jest też gradacja językowa: "Chcę cię mieć i posiadać". Rozbawiła mnie informacja, że Massimo ma penisa grubości przedramienia dziewczyny, choć może nie miało to być wcale zabawne...

Trzecim minusem wreszcie jest zakończenie: tak sztampowe, że aż zęby bolą. Kto czytał Grey'a, domyśla się, jakie ono może być.

Generalnie więc nie polecam, chyba, że dla masochistycznej rozrywki.

pokaż więcej

 
2018-07-09 16:48:54
Dodała książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Chciałam „pojechać” po tej książce z góry na dół, ale doczytawszy, że Kinga Gebel to 17-letnia wówczas licealistka, postanowiłam skorzystać z prawa łaski. Będzie więc łagodniej niż powinno być, a do tego króciutko, bo i Paradoks zbyt obszerną lekturą nie jest.

Na miłość Boską, co podkusiło dziewczynę, aby sięgnąć po formułę thrillera prawniczo-śledczego, tego nie wiem, ale był to bardzo zły...
Chciałam „pojechać” po tej książce z góry na dół, ale doczytawszy, że Kinga Gebel to 17-letnia wówczas licealistka, postanowiłam skorzystać z prawa łaski. Będzie więc łagodniej niż powinno być, a do tego króciutko, bo i Paradoks zbyt obszerną lekturą nie jest.

Na miłość Boską, co podkusiło dziewczynę, aby sięgnąć po formułę thrillera prawniczo-śledczego, tego nie wiem, ale był to bardzo zły głos doradczy. Poszukiwanie zaginionego osiemnastolatka autorka ubrała w zlecenie dla kancelarii adwokackiej, nie zaś agencji detektywistycznej, co z miejsca stanowi dla mnie olbrzymi minus. Później jest coraz gorzej, by kulminować w momencie, gdy adwokat zleca swojemu aplikantowi napisanie apelacji, polecając, aby ściągnął sobie wzór z internetu i na jego podstawie opracował wniosek.

Doceniam młodą dziewczynę, która chce się rozwijać literacko, może jednak powinna zacząć od konkursów dla uczniów szkół średnich, nie zaś od razu publikować każdy paździerz (choć sama autorka dumnie przyznaje, że nie jest to jej pierwsza książka, bo pierwszą napisała w szóstej klasie szkoły podstawowej).

Nie, nie i jeszcze raz nie.

pokaż więcej

 
2018-07-01 11:55:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Janusza Brzozowskiego poznałam już przy okazji lektury "Oranżerii rodziny Williamsów". Nie podobało mi się zupełnie i, niestety, w drugiej powieści autora nie jest lepiej w żadnym elemencie pisarskiego rzemiosła.

Tym razem Tuppence i Tommy Beresford, których z niezrozumiałych przyczyn Brzozowski nazwał Anną i Piotrem Balickimi - Polakami mieszkającymi w Australii, otrzymują zlecenie...
Janusza Brzozowskiego poznałam już przy okazji lektury "Oranżerii rodziny Williamsów". Nie podobało mi się zupełnie i, niestety, w drugiej powieści autora nie jest lepiej w żadnym elemencie pisarskiego rzemiosła.

Tym razem Tuppence i Tommy Beresford, których z niezrozumiałych przyczyn Brzozowski nazwał Anną i Piotrem Balickimi - Polakami mieszkającymi w Australii, otrzymują zlecenie rozwikłania sprawy morderstwa dokonanego na tasmańskiej plantacji winorośli. Autor obiecuje rodzinne tajemnice, sekrety i milion dolarów, tylko nie wiemy, czy australijskich, czy amerykańskich.

Zamiast tego po raz kolejny dostajemy garść nieudolnej narracji i drewnianych dialogów. Autor do tego stopnia nie ma pomysłu na wprowadzenie czytelnika w klimat opowieści, że czyni to za pomocą dialogu właśnie. Oto Anna otwiera list z Tasmanii od Maggi Klombach, która zaprasza ich na swój ślub. Przy tej okazji Piotr pyta żonę, skąd właściwie zna Maggi i tu dostajemy kilka stron dialogu... Mężczyzna wypytuje o szczegóły rodzinne, a Anna cofa się do króla Ćwieczka, czyli czasów, gdy rodzina Klombachów uprawiała winorośl na Ukrainie, by potem robić to samo w Australii...

Choć wyżej przywołałam postaci Tuppence i Tommy’ego, dodać muszę, że Brzozowski tym razem postanawia nawiązać też do postaci Sherlocka Holmesa, przywołując go z nazwiska, a może i Herculesa Poirota, sięgając po znany miłośnikom tych dwóch detektywów motyw rywalizacji pomiędzy prywatnymi detektywami a policją (choć tutaj akurat policjant jest dość przyjaźnie nastawiony do pomocy ze strony Anny i Piotra). Nadal nie potrafię zrozumieć, po kiego grzyba autor przeniósł miejsce akcji do Australii, czyniąc tak wyraźne aluzje pod kątem kryminału brytyjskiego.

Litościwie pomijam niewiarygodność językową. Anglojęzyczni bohaterowie w Australii używają określeń typu „wygwizdów”.

Jeśli czytać, to na własną odpowiedzialność. Ja nie polecam.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
145 144 987
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (12)

Ulubione cytaty (6)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd