MonikaOlga 
https://monikaolgaczyta.blogspot.com
Autorka bloga o książkach, podróżach i nie tylko.
status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-27 21:50:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Napiszę to na samym początku. Ta powieść jest rewelacyjna! Sofi Oksanen odsłania czytelnikom historię Aliidy i Zary niespiesznie, powoli, bez porządku chronologicznego. Taki zabieg sprawia, że cały czas pozostajemy w napięciu. Nie do końca rozumiemy zachowania i motywacje głównych bohaterek, a dopiero następne odsłony pokazują, jak bardzo można się pomylić posługując się schematami czy też... Napiszę to na samym początku. Ta powieść jest rewelacyjna! Sofi Oksanen odsłania czytelnikom historię Aliidy i Zary niespiesznie, powoli, bez porządku chronologicznego. Taki zabieg sprawia, że cały czas pozostajemy w napięciu. Nie do końca rozumiemy zachowania i motywacje głównych bohaterek, a dopiero następne odsłony pokazują, jak bardzo można się pomylić posługując się schematami czy też stereotypami. Dopiero z czasem, gdy obraz nabiera wyraźniejszych kształtów, a my rozumiemy więcej i więcej widzimy jak bardzo może zmienić się perspektywa. I to wszystko dotyczy przede wszystkim Aliide. Historia Zary jest bardziej przewidywalna… A wszystko rozgrywa się z Estonią w tle. Estonią, w której przemiany historyczno-społeczne poczynając od 1936 do 1949 roku zmieniały się jak w kalejdoskopie. Stagnacją był czas, gdy Estonia znalazła się pod powojenną okupacją ZSRR aż do 1991 roku.

Aliide. Co takiego w swoim życiu zrobiła, że w rodzinnej wiosce była znienawidzona i oznak tej nienawiści mieszkańcy w ogóle nie skrywali? Na czym polegał jej grzech? Czy kiedykolwiek zdoła się z niego oczyścić? Na czym polegał jej dramat? Czy kiedykolwiek w swoim życiu była szczęśliwa czy też jej dni wypełniała tylko gorycz? Jak to jest żyć wiecznie w cieniu swej idealnej siostry? Jak to jest przeżyć całe swoje dorosłe życie blisko kochanego mężczyzny, który jednocześnie jest tak daleko? Jaką cenę powinien ponieść ów mężczyzna za odrzucenie jej uczucia?

Aliide Truu to kobieta, która wszystkie decyzje podejmowała myśląc tylko o jednej jedynej osobie. Sama gotowa była wycierpieć wiele, aby tylko on był bezpieczny. Sama była w stanie przyglądać się cierpieniu innych, aby tylko jemu nic się nie stało. Wszystko miała przemyślane i trzeba przyznać, że przez wiele lat udawało jej się chronić ukochaną osobę. A że cenę przyszło płacić za to wysoką nie tylko jej… Cóż z tego… Takie były czasy.

Sofi Oksanen bardzo dobitnie opisała czasy opresji radzieckiej, jaka po zakończeniu drugiej wojny światowej rozpanoszyła się także w Estonii. Ale też poruszyła problem lat dziewięćdziesiątych, gdy wszyscy raptem zerwani ze smyczy wcale nie byli wolni. Temat mafii, dziewczyn szukających wysokopłatnej pracy na Zachodzie, a w rzeczywistości padających ofiarą prostytucji… Bestialstwo, szantaże i przemoc. Napiętnowanie. Brutalność.

Autorka nie bała się poruszać tematów sadyzmu, zwyrodnień i bezwzględności. Mimo to ten cały zdziczały i zezwierzęcony świat przestępców, czy to w mundurach czy nie potrafiła opisać bez przesadnej wulgarności. Tu wszystko jej wyważone. A mimo to czytelnik nie ma wątpliwości jak ciężkie doświadczenia stały się udziałem bohaterek.

Autorka rewelacyjnie nakreśliła portrety psychologiczne Allide i Zary. Obie odważne i silne. Obie pragnące zrealizować swoje marzenia. Obie okropnie doświadczone przez los. Obie skrzywdzone. Zara przez złych ludzi i swoją naiwność. Aliida przez swą zawiść i wyimaginowane upokorzenie. Ale obie łączy coś więcej…

http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-11-27 21:48:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Cztery drogi (tom 1) | Seria: Don Kichot i Sancho Pansa

"Cztery drogi" to piękna powieść, choć niełatwa. To historia pewnej rodziny z fińskiej prowincji, której perypetie poznajemy z perspektywy czterech bohaterów. Wszystkie obrazy wzajemnie się przeplatają, by w końcu stworzyć spójną całość. Bo tylko wtedy jesteśmy w stanie zrozumieć zachowania i postawy bohaterów, a mam tu na myśli szczególnie Lahję.

Lahja. To jej postać wprowadza nas do...
"Cztery drogi" to piękna powieść, choć niełatwa. To historia pewnej rodziny z fińskiej prowincji, której perypetie poznajemy z perspektywy czterech bohaterów. Wszystkie obrazy wzajemnie się przeplatają, by w końcu stworzyć spójną całość. Bo tylko wtedy jesteśmy w stanie zrozumieć zachowania i postawy bohaterów, a mam tu na myśli szczególnie Lahję.

Lahja. To jej postać wprowadza nas do powieści. To ona towarzyszy nam cały czas i to ona, choć niebezpośrednio, zamyka historię. Lahja to kobieta silna i niezależna. Zupełnie jak jej matka – Maria. Tak samo jak matka samotnie wychowuje córkę – Annę, ale do czasu. Bo w przeciwieństwie do swojej matki ona chce stworzyć pełną rodzinę. Chce mieć wsparcie w mężczyźnie. Chce, by to on był głową rodziny i ponosił za nią odpowiedzialność. Ona mimo całej swej samodzielności i przedsiębiorczości jak na owe czasy nie chce przejmować na siebie roli przynależnej mężczyźnie. Gdy na jej drodze staje Onni wydaje się, że los w końcu się do niej uśmiechnął. Oto on. Czarujący mężczyzna, który potrafi zadbać o swoją rodzinę. Lubiany przez wszystkich, przystojny, pracowity, pełen ogłady… Annę pokochał i wychowywał jak własną córkę. Nawet wtedy, gdy później na świecie pojawiły się jego biologiczne dzieci. Zresztą Onni miał świetny kontakt z dziećmi zawsze, niezależnie od ich wieku. Zupełnie inaczej niż Lahja…

Pierwszy zgrzyt pojawia się, gdy córeczka Lahji i Onniego poważnie zachorowała. Reakcja Onniego była dość intrygująca – za wszystko obwiniał siebie. I nie chodzi tu o zbagatelizowanie symptomów choroby czy jakiekolwiek inne zaniedbanie. Onni powtarza w kółko jak zahipnotyzowany bardzo wyraźnie, że niepełnosprawność Heleny to kara za jego grzechy. Pojawia się zatem pytanie, cóż takiego uczynił, że kara jest tak wysoka?

Kolejny rozdźwięk pojawił się, gdy Onni wrócił po wojnie do domu. Od razu zabrał się za odbudowę zniszczonego domu, aby jego rodzina mogła w końcu godnie mieszkać i powoli wracać do normalności. I to nie był byle jaki dom, tylko niezwykle okazały, duży i przestronny, aby każdy znalazł w nim swoje miejsce. Aby być jak najdalej od Lahji… I te nieustanne kłótnie między Lahją i Onnim. I to dziwne zachowanie Onniego. I znowuż możemy snuć jedynie przypuszczenia o przyczynę. Czy to zespół stresu pourazowego? Skąd ta niechęć do własnej żony? Skąd te ciągłe ucieczki z domu?

Ta nienawiść w oczach Lahji. Te oczy wyrażające jedynie zawód. Nie tego sie spodziewała. Czy to dlatego później była taka zgorzkniała i okrutna w stosunku do swoich najbliższych? Czy to dlatego raniła wszystkich naokoło? Lahja stała się tak nieznośna, że nawet jej córki nie chciały się z nią spotykać i pouciekały najszybciej jak to było możliwe z rodzinnego domu. Tym bardziej, że ojca w tym domu już nie było…

"Cztery drogi" to powieść wielowątkowa. Dla mnie na pierwszym planie pozostał dramat Lahji i Onniego. Na dłuższą metę nie można prowadzić podwójnego życia. Nie ucieknie się od problemu, gdy ten problem tkwi w Tobie. Nie pomoże zmiana miejsca zamieszkania. Nie pomoże życie pozornie normalne. A konsekwencje ponoszą i najbliższe osoby. Dla Onniego to było wieczne rozdarcie, aż w końcu przyszedł czas, aby dokonać wyboru. Dla Lahji to było totalne rozczarowanie i ... upokorzenie.

"Cztery drogi" to powieść napisana pięknym, literackim językiem. Obcowanie z taką literatura to sama przyjemność. Mimo trudnego tematu inności, wyobcowania i osamotnienia. Nawet wtedy, gdy dom jest pełen mieszkańców.

http://monikaolgaczyta.blogspot.com/2018/11/obcowanie-z-taka-literatura-to-sama.html

pokaż więcej

 
2018-11-27 21:44:36
Ma nowego znajomego: Agnieszka
 
2018-11-10 18:06:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

W swojej najnowszej powieści Piotr Tymiński przenosi nas do Lwowa 1918 roku i przybliża temat obrony tego miasta. Przez dwadzieścia dwa dni Polacy mieszkający we Lwowie walczyli o to, aby ich miasto znalazło się w granicach odradzającej się Polski. Ale to była szczególna walka, ponieważ za broń chwyciła głównie młodzież. Na odsiecz wojskową z centralnej Polski czekali z wytęsknieniem, ale nie... W swojej najnowszej powieści Piotr Tymiński przenosi nas do Lwowa 1918 roku i przybliża temat obrony tego miasta. Przez dwadzieścia dwa dni Polacy mieszkający we Lwowie walczyli o to, aby ich miasto znalazło się w granicach odradzającej się Polski. Ale to była szczególna walka, ponieważ za broń chwyciła głównie młodzież. Na odsiecz wojskową z centralnej Polski czekali z wytęsknieniem, ale nie mogli siedzieć bezczynnie, gdy tymczasem Ukraińcy próbowali przejąć władzę w mieście.


Dwadzieścia dwa dni walk w mieście o każdą kamienicę i o każdą ulicę. Dwadzieścia dwa dni ciężkich zmagań. Dwadzieścia dwa dni oczekiwania na pomoc Wojska Polskiego. To były niewymownie trudne dwadzieścia dwa dni listopada 1918 roku. Tym bardziej, że do walki stanęła w większości młodzież szkolna i akademicka. To im przyszło stoczyć bój o swoje miasto… Jakie oni mogli mieć doświadczenie? Jakie perspektywy zwycięstwa? A jednak nie zawahali się…

Piotr Tymiński główną bohaterką uczynił piętnastoletnią Antoninę i to z jej perspektywy poznajemy całą historię. Tosia nie wyobrażała sobie, aby jej ukochane miasto znalazło się poza graniami Polski. Jak to?! Trzeba walczyć! Mało tego! Tońka była tak bardzo nastawiona bojowo, że nie przyjmowała do wiadomości tego, że nie będzie mogła walczyć z bronią w ręku. I to w sytuacji, gdy każdy strzelec jest na wagę złota. To nie czas na to, aby obowiązki rozdzielać według płci. Ona chce być żołnierzem, a nie sanitariuszką czy kucharką. I dopięła swego. Podstępem, ale jednak. Osiągnęła swój cel i udowodniła, że potrafi być wyborowym żołnierzem i bez mruknięcia wykonywać rozkazy swoich przełożonych.

Autor skrupulatnie i bardzo szczegółowo odtworzył przebieg wydarzeń listopadowych z 1918 roku. Tu cały czas coś się dzieje. Czytelnik ani na chwilę nie ma wytchnienia. I mimo tego, że książka napisana jest bardzo przystępnym językiem, trzeba być skupionym i uważnym, bo … tyle się dzieje. A w toczące się bezustannie akcje bojowe autor wplata wątki bardzo prozaiczne. Taki zabieg sprawia, że uświadamiamy sobie bardzo wyraźnie, iż cały czas czytamy o autentycznych wydarzeniach, a przede wszystkim o autentycznych ludziach.

Powieść skupia się oczywiście na walkach o Lwów, które stoczyła ta armia żołnierzy w szkolnych mundurkach, ale nie tylko. Tymiński zwraca uwagę na trudny proces konsolidacji państwa polskiego po odzyskaniu niepodległości. Największe punkty zapalne to oczywiście tereny graniczne. Ale w książce znajdziemy także motyw żydowskich mieszkańców Lwowa, którzy teoretycznie mieli zachować neutralność. A jak było w rzeczywistości? Kolejny ważny motyw to … nie dotrzymywanie słowa przez stronę ukraińską, która na przykład podczas oficjalnego rozejmu ściśle określonego w czasie … otwierała ogień do Polaków. Takich niuansów w książce możemy znaleźć więcej i to dzięki tym niuansom powieść zyskuje na swojej wartości. Bo to nie jest tylko rekonstrukcja walk o Lwów. Tu ważni są ludzie.

Warto sięgnąć po tę powieść z wielu powodów. Warto, by hasło Orlęta Lwowskie nie było tylko bezrefleksyjnym hasłem. Bo za nim stoją ludzie, którzy sto lat temu ginęli w walce na ulicach swojego ukochanego miasta. Bo byli Polakami, którzy nie chcieli być mniejszością narodową w obcym państwie, a cieszyć się wraz z pozostałymi rodakami niepodległą w końcu Polską.
http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-11-03 21:19:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Publikacja Stephen’a Brown’a to nie tylko biografia słynnego odkrywcy. To coś więcej. To pełna emocji książka przygodowo-podróżnicza. Brown w bardzo ciekawy sposób opisał najważniejsze osiągnięcia Roalda Amundsena, ale nie tylko. Nie pominął i mniej pochlebnych wątków z jego życia mimo tego, że nie kryje swojej fascynacji Amundsenem, przez co książka do obiektywnych nie należy. Ale myślę, że... Publikacja Stephen’a Brown’a to nie tylko biografia słynnego odkrywcy. To coś więcej. To pełna emocji książka przygodowo-podróżnicza. Brown w bardzo ciekawy sposób opisał najważniejsze osiągnięcia Roalda Amundsena, ale nie tylko. Nie pominął i mniej pochlebnych wątków z jego życia mimo tego, że nie kryje swojej fascynacji Amundsenem, przez co książka do obiektywnych nie należy. Ale myślę, że można mu to wybaczyć. Tak samo jak Amundsenowi i jego przewinienia.

Roald Amundsen jest bez wątpienia człowiekiem legendą. Podróżnik i odkrywca. Polarnik. Pionier lotnictwa. Awanturnik. Bankrut. Celebryta. Takie określenia bardzo często przewijają się w prezentowanej przeze mnie dziś publikacji i w wielu artykułach poświęconych postaci Amundsena. I to wszystko prawda, ale ja chciałabym podkreślić jeszcze dwa ważne aspekty, których mi zabrakło. Amundsen to etnolog. Amundsen to człowiek, który potrafił uczyć się od innych, ale też potrafi uczyć się na błędach, czy to swoich czy to cudzych.

Amundsen to niepokorna dusza To człowiek, który marzył o wielkich wyprawach i te marzenia realizował. Całe swoje życie podporządkował swoim marzeniom. Hartował swój charakter, ale i ciało, aby być gotowym do działania, gdy nadejdzie właściwa chwila. Mimo wielu przeciwności nie poddawał się. Był bankrutem, a mimo to organizował niewyobrażalnie kosztowne przedsięwzięcia. Biegał od jednych drzwi do drugich, aby pozyskać fundusze dla swoich wypraw. Mocno wierzył w swój sukces i wiedział, że gdy tylko uda mu się zaskoczyć świat, wszystko jakoś się ułoży.

A świat zaskakiwał niejednokrotnie. Jako pierwszy człowiek przepłynął Przejście Północno-Zachodnie, jako pierwszy człowiek opłynął cały Ocean Arktyczny, jako pierwszy człowiek zdobył Biegun Południowy, później zdobył Biegun Północny. A gdy wszystko zostało zdobyte i odkryte, gdy potrzebował kolejnego powodu, aby zaskoczyć świat wpadł na szalony pomysł, aby spenetrować obszar Bieguna Północnego z lotu ptaka. I ten plan udało mu się zrealizować, choć nie do końca na własnych warunkach.

W czym tkwił fenomen Amundsena? Co sprawiało, że zawsze prędzej czy później osiągał swój cel? Sam mówił o tym, że sukces gwarantuje perfekcyjne przygotowanie wyprawy w najdrobniejszych szczegółach. Bo później te szczegóły mogą zdecydować nie tylko o sukcesie czy porażce, ale o życiu i śmierci członków ekspedycji. Wyruszając w każdą wyprawę Amundsen odpowiedzialny był przecież nie tylko za swoje życie, ale za życie całej załogi. A wyprawy trwały po kilka lat i w skrajnie ciężkich warunkach.

Wspominałam wcześniej, że Amundsen był etnografem. Tak, był amatorem w tej dziedzinie, jak i w wielu innych, ale potrafił czerpać garściami z doświadczenia Inuitów, którzy od pokoleń żyli w surowych warunkach północy. Któż jak nie oni byli lepiej przygotowani do życia w skrajnie trudnych warunkach? Dzięki tej wiedzy Amundsen był świetnie przygotowany do zdobycia Bieguna Południowego. Owszem ukrył fakt wyprawy na Biegun Południowy przed wszystkimi. Miał ku temu swoje powody. Fakt, że chcąc nie chcąc ścigał się ze Scottem. Ten pojedynek wygrał Amundsen, choć nie było mu dane w pełni świętować swojego sukcesu. Wyprawa Scotta skończyła się tragicznie, a Wielka Brytania wręcz oskarżycielsko wypowiadała się pod adresem Amundsena… Już na zawsze te dwie wyprawy będą połączone ze sobą i już zawsze będą porównywane…

Jakim człowiekiem był Amundsen? Dla członków ekspedycji potrafił być szorstki. Był też apodyktyczny, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dowodzić wyprawą może tylko jeden człowiek. Inaczej wkradnie się chaos i niepotrzebne konflikty. A dla zwycięstwa potrzebna jest jedność i rzetelnie wypełnianie powierzonych obowiązków. Bo wszystko ma znaczenie. Amundsen był świetnym psychologiem. Podejrzewam, że inaczej nie mógłby być tak skutecznym dowódcą. I mimo tego, że przez wielu był wręcz znienawidzony to miał w życiu szczęście do ludzi.

Publikacja Stephen’a Brown’a to nie tylko przybliżenie sylwetki ostatniego z wikingów. Autor świetnie nakreślił tło historyczne. Czasy sukcesów Amundsena to czasy, gdy Norwegia zdobyła niepodległość. Ale to też czasy I Wojny Światowej i początki narodzin faszyzmu w Europie.

Niewątpliwe Roald Amundsen to człowiek o bardzo bogatym życiorysie i o bardzo bogatej osobowości. To człowiek o silnym charakterze. To człowiek, który nie poprzestawał na marzeniach, ale je spełniał. To człowiek, który potrafił przewidywać konsekwencje działań i podejmowanych decyzji. To człowiek, który nigdy nie rezygnował z obranego celu i zawsze wierzył w to, że znajdzie wyjście z każdej sytuacji.
https://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-11-03 21:18:44
Ma nowego znajomego: Barbara Bereżańska
 
2018-10-25 19:41:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Reportaż

Magdalena Kicińska postanowiła wydobyć postać Stefanii Wilczyńskiej z zapomnienia. Myślę, że wielu przypadkach to nawet nie jest przypomnienie o Pani Stefie, a uświadomienie, że taka osoba w ogóle istniała. Tak było przynajmniej ze mną. Panią Stefę niezaprzeczalnie przyćmił Janusz Korczak. I nie chodzi teraz o to, aby prowadzić rachunek zasług każdego z nich, bo ich siła płynęła ze wspólnej... Magdalena Kicińska postanowiła wydobyć postać Stefanii Wilczyńskiej z zapomnienia. Myślę, że wielu przypadkach to nawet nie jest przypomnienie o Pani Stefie, a uświadomienie, że taka osoba w ogóle istniała. Tak było przynajmniej ze mną. Panią Stefę niezaprzeczalnie przyćmił Janusz Korczak. I nie chodzi teraz o to, aby prowadzić rachunek zasług każdego z nich, bo ich siła płynęła ze wspólnej pracy. Byli niezwykle zgranym duetem. A co ich połączyło?

Miłość. Miłość do dzieci! I Stefania Wilczyńska, i Janusz Korczak całe swoje życie związali z Domem Sierot, który prowadzili wspólnie od początku jego istnienia w 1912 roku do samego końca w 1942 roku. Obydwoje zrezygnowali z założenia własnych rodzin, aby w pełni poświęcić się swojej pracy. Zresztą można spojrzeć na to z nieco innej strony. Mieli wielką rodzinę. Wychowali setki dzieci. Mieli swój dom, w którym spędzili przeważającą większość swojego dorosłego życia. To był Dom Sierot na ul. Krochmalnej 92, który został przeniesiony między innymi na Chłodną 33, gdy Niemcy utworzyli getto żydowskie w Warszawie. Jak wspominał jeden z wychowanków to Pani Stefa była ojcem, a Doktor – matką. To on był od żartów i zabaw. Ona była od dbania o to, aby dzieci miały co jeść, w co się ubrać. Aby były czyste i zdrowe. Obydwoje poświęcili się pracy pedagogicznej. Mało tego. Jak na owe czasy ich metody były wręcz rewolucyjne!

Dziecko traktowali jak podmiot, a nie jak przedmiot. Dziecko to człowiek, któremu należy się szacunek. Dziecko to człowiek, który ma myśleć samodzielnie. Dziecko to człowiek, który ma prawo głosu. I w Domu Sierot funkcjonował sąd, przed którym mógł stanąć każdy, nawet wychowawca! Korczak przed sądem stanął przynajmniej raz. Stefa – nigdy!

Reportaż Magdaleny Kicińskiej poświęcony jest Stefanii Wilczyńskiej, ale nie jest to jej biografia. Przede wszystkim dlatego, że brak źródeł, które pozwoliłyby odtworzyć życie tej niesamowitej działaczki społecznej. Autorka dysponuje jedynie strzępkami faktów, z których próbuje utkać życiorys Stefy. Nie jest to łatwe. Pozostaje mnóstwo wątpliwości. Pojawia się wiele niedomówień. Rodzi się mnóstwo pytań, na które trudno znaleźć dziś odpowiedź. Kicińska zastosowała zatem ciekawą formę. Dokładnie rozgranicza fakty od przypuszczeń. Wiemy, że Stefania Wilczyńska urodziła się 26 maja 1886 roku. Wiemy, że pochodziła z zamożnej rodziny zasymilowanych Żydów. Wiemy, że na studia musiała wyjechać z Warszawy, ponieważ Uniwersytet Warszawski otworzył swoje bramy dla studentek dopiero w 1915 roku. Wiemy, że całe swoje życie poświęciła pracy i działalności społecznej. Wiemy, że potrafiła świetnie zarządzać powierzoną jej placówką, nawet w ekstremalnie ciężkich warunkach. Najpierw była wojna, a później wielki kryzys gospodarczy. A mimo to Dom Sierot nadal funkcjonował. Przecież podczas I Wojny Światowej Wilczyńska została sama z dziećmi. Korczak musiał stawić się w wojsku… Musimy też pamiętać, że Dom Sierot nie otrzymywał żadnego wsparcia finansowego od rządu. Była to wyłącznie prywatna inicjatywa. I tak Wilczyńska na przemian z Korczakiem biegali po całej Warszawie w poszukiwaniu sponsorów.

I Korczak, i Wilczyńska w pewnym momencie byli wypaleni zawodowo. Piętrzące się problemy nie tylko finansowe zachęcały do tego, aby w końcu porzucić Dom Sierot i wyjechać. Ale dokąd? Wszystkie wydarzenia zachodzące w Europie wskazywały na to, że długo pokojem cieszyć się nie będą. Do tego propaganda nazistowska nie zwiastowała niczego dobrego dla Żydów. A może wyjechać do Palestyny, jak wielu innych?

W Palestynie kilka razy był i Korczak, i Wilczyńska. Stefa otrzymała nawet pozwolenie stałego pobytu, ale … Obydwoje w końcu wrócili do Warszawy. Na Krochmalną 92. Do swojego domu. Do swoich dzieci. I razem ze swoimi dziećmi zginęli w Treblince…

Czytając tę książkę przeraziło mnie jak fatalna była sytuacja dzieci! Jak nagminne było ich porzucanie na ulicy! Jak wiele dzieci było osieroconych i osamotnionych po wojnie! Jak często były one pozostawione same sobie!

"Pani Stefa" to książka nie pozbawiona emocji. Choćby ostatnie tygodnie… Obawa Stefy, żeby nie zabrano dzieci bez niej. Marsz całego sierocińca na Umschlagplatz. Trwanie przy dzieciach do końca…

Książka rozbudziła we mnie chęć poszukiwania i zapoznania się z innymi publikacjami poświęconymi pracy społecznej i Wilczyńskiej, i Korczaka. I celowo zawsze wymieniam ich razem, bo uważam że to, co osiągnęli to owoc ich współpracy. Doskonale się uzupełniali i tylko w duecie mogli realizować wytyczony cel. A cel był wspólny.

http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-10-07 19:57:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Salamandra

"Poste restante" to pierwszorzędna powieść. Ta polszczyzna! Te pięknie zbudowane zdania! Ta nutka ironii… To zawoalowanie wypowiedzi... Bo czemu nazywać wszystko wprost? Ciekawiej będzie posłużyć się metaforą czy porównaniem. Bo czy zawsze o zwyczajnym życiu należy mówić zwyczajnym językiem? Nie! I właśnie to udowadnia Wojsław Brydak.

"Poste restante" to historia pewnego młodzieńca o imieniu...
"Poste restante" to pierwszorzędna powieść. Ta polszczyzna! Te pięknie zbudowane zdania! Ta nutka ironii… To zawoalowanie wypowiedzi... Bo czemu nazywać wszystko wprost? Ciekawiej będzie posłużyć się metaforą czy porównaniem. Bo czy zawsze o zwyczajnym życiu należy mówić zwyczajnym językiem? Nie! I właśnie to udowadnia Wojsław Brydak.

"Poste restante" to historia pewnego młodzieńca o imieniu Jarosław. To z jego perspektywy poznajemy otaczającą go rzeczywistość oraz wszystkich bohaterów. Ale też poznajemy i samego narratora – wrażliwy, spostrzegawczy, uważny, inteligentny, ironiczny i niepozbawiony poczucia humoru.

Jarek to jedynak. Matka pochodziła z Krakowa, ojciec z Rzeszowa, a Jarek swoje życie związał z Sopotem. Trzy zupełnie różne miasta, trzy zupełnie różnie światy. Każdy ze swoim charakterem i każdy zupełnie inaczej uwarunkowany przez historię. I tę historię autor przemyca w wypowiedziach swojego bohatera. I znowuż wszystko dzieli się na świat sprzed wojny i po wojnie. I jakże różne postawy. I wszyscy zmęczeni wieczną tułaczką. I znowu dwie skrajne postawy. Ojciec naszego bohatera pogodzony z tym co tu i teraz i patrzący w przyszłość, a matka nie potrafiąca sobie znaleźć miejsca w zupełnie nowym dla niej świecie i z nostalgią patrząca w przeszłość. Nie oszukujmy się. Powojenny Rzeszów to nie przedwojenny Kraków. I tu chciałabym zatrzymać się przy matce Jarka, bo pojawia się ważny problem, o którym przez niemalże całą powieść nie mówi się wprost.

Depresja. Tak, matka naszego bohatera przez długie lata cierpiała na depresję i tej depresji nigdy nie pokonała. To niedopasowanie się do świata, w którym przyszło jej żyć. Te notoryczne ucieczki w nieznane. Ta wieczna pogoń za … no właśnie. Po prostu za czymś innym, niż codzienność. Nie pomogła nawet wyprowadzka do ukochanego Krakowa, bo to nie jest już ten Kraków, do którego tęskniła. Nigdzie nie czuje się dobrze. Nigdzie nie zazna spokoju. Nie potrafi czerpać radości z życia.

"Poste restante" to wysublimowana lektura. Cała finezja polega na wyłapywaniu tych niuansów ukrytych w opisach pozornie zwyczajnej rzeczywistości. To sprawia, że chce się zaczytywać w tej powieści bezustannie mimo tego, że nie znajdziemy tu dynamicznej akcji. Cały urok polega na powolnym i niespiesznym odkrywaniu historii osób i miejsc, z którymi styka się nasz bohater.
http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-09-26 12:13:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Autor:
Seria: Poza serią

Oksanen wprowadza nas do swojej powieści sceną pożegnania Juudit i Rolanda. Jest rok 1948. Mimo zakończenia II Wojny Światowej Estonia nadal pozostawała pod drugą okupacją sowiecką. Któż pamięta tych kilka chwil, w których Estonia była naprawdę wolna? Komu tak naprawdę była potrzebna wolna Estonia? Flaga estońska trzepotała na wietrze tylko kilka przez kilka dni… Między odejściem Niemców a... Oksanen wprowadza nas do swojej powieści sceną pożegnania Juudit i Rolanda. Jest rok 1948. Mimo zakończenia II Wojny Światowej Estonia nadal pozostawała pod drugą okupacją sowiecką. Któż pamięta tych kilka chwil, w których Estonia była naprawdę wolna? Komu tak naprawdę była potrzebna wolna Estonia? Flaga estońska trzepotała na wietrze tylko kilka przez kilka dni… Między odejściem Niemców a powrotem Sowietów…

"Gdy zniknęły gołębie" to powieść o wielowątkowej narracji. Ówczesną estońską rzeczywistość poznajemy z perspektywy trzech bohaterów: wspomnianych wcześniej Juudit i Rolanda oraz z perspektywy Edgara. Wszyscy są ze sobą mocno powiązani, a jakże są różni. I jak różnie potoczyło się ich życie… Zupełnie inaczej postrzegali otaczający ich świat. W życiu kierowali się zupełnie innymi zasadami. Ich pragnienia i marzenia też były bardzo odległe, choć…

Juudit i Roland mieli więcej podobieństw. Jedynie Edgar był odszczepieńcem. A sprawa była o tyle skomplikowana, że Juudit była żoną Edgara i zarazem bliską przyjaciółką narzeczonej Rolanda. Z kolei Roland i Edgar byli kuzynami. Mało tego… Edgar wychowywał się w domu Rolanda i to on był najważniejszy.

I tak ścieżki Juudit, Rolanda i Edgara to splatały się, to rozchodziły. Tak różni, a jednocześnie tak beznadziejnie połączeni ze sobą. Dawne demony przeszłości i skomplikowane życiorysy nie pozwalały im o sobie zapomnieć. Tym bardziej, że Edgarowi w pewnym momencie bardzo zależało na tym, aby odnaleźć Rolanda. Dlaczego? Ano dlatego, że był niewygodnym dla niego świadkiem. Świadkiem znającym wszystkie tożsamości Edgara. Świadkiem mogącym zniszczyć jego obecne życie. A jakim było to jego obecne życie? Edgar po kilkuletniej resocjalizacji w sowieckim łagrze zrozumiał swój dotychczasowy błąd. Od powrotu z łagru próbował ułożyć sobie życie w sowieckiej rzeczywistości. Pragnął osiągnąć to, co było możliwe do osiągnięcia. Wystarczyło być po prostu przydatnym nowej władzy. Pokazowe procesy okazały się wyjątkowo dobrą okazją, aby udowodnić swoje oddanie ideologii sowieckiej. Ale Edgar nie byłby sobą, gdyby nie pragnął więcej i więcej. Kariery lotnika już nie zrobi, ale pisarza jak najbardziej. Tym bardziej, że nowa władza nie poszukuje pisarzy operujących skomplikowaną metaforą. Pisarz-wyrobnik ma służyć władzy, a nie skłaniać czytelników do refleksji. Ma wprost opiewać władzę komunistyczną. Ot, tylko tyle… Ale z niewygodnym życiorysem aż tyle… I jeszcze ta nieszczęsna Juudit, z której żadnego pożytku nie ma. To kolejny balast w życiu Edgara. Ale akurat tego balastu może się dość łatwo pozbyć…

Cięższa sprawa będzie z Rolandem… To zapalony idealista, który nigdy nie pogodzi się z przegraną. Zawsze taki był… Zawsze marzył o wolnej Estonii. Roland to chłopak wychowany na estońskiej wsi, dla którego praca na roli i życie rodzinne były najważniejsze w życiu. Tęsknił do prostego życia, w którym będzie kultywował rodzinne wartości. A jego życie potoczyło się zupełnie inaczej. Może, gdyby Rozalia cały czas była wśród nich…

I w końcu Juudit, która nie pragnęła niczego innego tylko miłości, czułości i zainteresowania ze strony ukochanego mężczyzny. To wszystko miało dać jej małżeństwo z Edgarem. Jak bardzo się pomyliła! Dla Juudit wojna była wybawieniem od nieszczęśliwego małżeństwa. Podczas gdy inni z wytęsknieniem czekali na powrót swoich mężczyzn do domu, Juudit marzyła o czymś zupełnie przeciwstawnym. Dla Juudit okupacja niemiecka była najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Nie dość, że Niemcy przegnali Sowietów, to jeszcze od pewnego Niemca otrzymała to wszystko, czego nie chciał dać jej mąż! Tak, to były szczęśliwe dni mimo rozdarcia, co będzie później. Co będzie po wojnie?

Te pytania zadawał sobie każdy. Każdy z nich wiedział, że przyjdzie czas rozliczenia z podejmowanych wcześniej decyzji. Edgar był najbardziej asekuracyjny, najbardziej przebiegły i wolny od skrupułów. To człowiek kameleon, który zabezpieczał się od każdej strony.

"Gdy zniknęły gołębie" to powieść dość mroczna. To powieść pełna smutku. Tu nie ma szczęśliwego zakończenia. Autorka bezlitośnie uświadamia, że za każdą decyzję przyjdzie ponieść konsekwencje a za chwile szczęścia przyjdzie słono zapłacić. Nikt ani nic nie jest takim, jakim nam się wydaje. Nikogo ani niczego nie można być pewnym. A nieoczekiwane i pozornie nie powiązane ze sobą sytuacje okazują się całością większego planu.

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, które uważam za bardzo udane. Z wielką ciekawością sięgnę po pozostałe publikacje pióra Sofi Oksanen.
http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-09-22 15:16:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Czy powieść osnuta na prawdziwych wydarzeniach, ale wzbogacona o elementy grozy i … fantastyki może się udać? W przypadku "Głodu" autorstwa Almy Katsu taki eksperyment można uważać w pełni za udany.

Kanwą powieści jest wędrówka niemalże stuosobowej grupy składającej się z mężczyzn, kobiet i dzieci, której trasa biegła ze Springfield w stanie Illinois do Kalifornii. To rodziny i osoby...
Czy powieść osnuta na prawdziwych wydarzeniach, ale wzbogacona o elementy grozy i … fantastyki może się udać? W przypadku "Głodu" autorstwa Almy Katsu taki eksperyment można uważać w pełni za udany.

Kanwą powieści jest wędrówka niemalże stuosobowej grupy składającej się z mężczyzn, kobiet i dzieci, której trasa biegła ze Springfield w stanie Illinois do Kalifornii. To rodziny i osoby samotne, które z całym swoim dobytkiem postanowili porzucić dotychczasowe życie w Springfield i zacząć wszystko od nowa w nowym miejscu. Każdy miał swoją motywację, każdy miał swoją historię, każdy miał swoje demony. Każdy miał nadzieję, że droga, którą podejmuje w ostatecznym rozrachunku warta będzie ich wysiłku. Wszakże przez nimi droga długa, trudna i mozolna. Wydawać by się mogło, że byli do niej świetnie przygotowani. Co prawda nie pokonywali codziennie długich tras, ale też specjalnie się nie spieszyli. Życie karawany miało swój ustalony rytm i zwyczaje. Ale co niektórzy, jak Charles Stanton czy Edwin Bryant doskonale zdawali sobie sprawę, że muszą przyspieszyć. Nadszedł czas trudnej decyzji: czy odłączyć się od karawany i z minimalnym bagażem ruszać przed siebie czy nie? Czy gnać do celu póki pogoda sprzyja? Póki jest czas? Póki jesień nie nadeszła? Ale tak trudno zostawić cały swój dobytek…

Gdy dowództwo w karawanie przejął George Donner przekonał pozostałych do tego, aby pójść skrótem podobno wcześniej wypróbowanym przez Hastings’a. Donner nie miał żadnych wątpliwości co do swojej decyzji, przecież Hastings wcześniej opisał ten szlak! Niestety po drodze zignorowali ostrzeżenia pozostawione przez innych. Zignorowali też inne sygnały. Powinni być świadomi tego, że wyruszyli za późno, a oni poruszają się za wolno! Nie zdążą przed zimą, a utknąć w nieznanym sobie miejscu w trudnych warunkach to niemalże samobójstwo. Czy zapasy jedzenia, które mają są wystarczające? Czyżby nie zauważyli, że nie będą w stanie nic upolować, bo po drodze nie spotkali żadnej zwierzyny? Czy nie powinno to wzbudzić ich czujności? Jakie błędy jeszcze popełnią? Błędy, które będą kosztowały ich życie…

Historia słynnej wyprawy Donnera z lat 1846-1847 została idealnie wykorzystana przez autorkę. Do swojej powieści wplotła sporo autentycznych faktów, ale dodała też elementy grozy. Umiejętnie dozowana dawka strachu i zaciekawienia trzyma czytelnika w napięciu bezustannie. Z jednej strony mamy prawdziwą historię, co wyklucza jakiekolwiek elementy nadprzyrodzone, z drugiej zaś coś nieludzkiego prześladuje karawanę. Czy to kara za grzechy? Czy to obłęd? Czy to ich wymysł? Czy ktoś doskonale nimi manipuluje? Kim są te zjawy, które bardziej przypominają zwierzęta, aniżeli ludzi? Wszystko stało się irracjonalne, niezrozumiałe, nierzeczywiste. Rzeczywisty jest jedynie głód, który stał się ich zabójcą… Czy właśnie tak ma wyglądać ich koniec? Czy umrą tu wszyscy z głodu nie osiągnąwszy celu swojej podróży? Czy wszystkie dotychczas poniesione wysiłki miały pójść na marne?

Wśród uczestników wyprawy Donnera znaleźli się tacy, którzy za nic w świecie nie pozwolą sobie odebrać życia! A do przeżycia potrzebne jest pożywienie. Nieważne skąd ono pochodzi. Aby przeżyć, gotowi są nawet posilić się ludzkim mięsem, skoro w pobliżu nie ma innego…

Alma Katsu znakomicie pokazała, jak w ekstremalnych sytuacjach potrafi zachować się człowiek. Instynkt przeżycia czasem jest tak silny, że ludzie decydują się na rozwiązania, których w ogóle nie braliby pod uwagę w normalnych warunkach. Ale czy na pewno wszyscy?

Motyw kanibalizmu zawsze będzie wywoływał skrajne emocje i zawsze będzie pojawiało się pytanie o granice, których nie powinno się przekraczać. Tym bardziej, że w przypadku wyprawy Donnera kwestia kanibalizmu okazała się dość kontrowersyjna.

"Głód" Almy Katsu to powieść nieszablonowa i niejednoznaczna. Skłania do refleksji. Dostarcza wielu emocji. Nie pozwala się nudzić. Wręcz przeciwnie. Ciężko się od niej oderwać. Mnie skłoniła także do tego, aby poszukać więcej informacji o autentycznej wyprawie Donnera i prześledzenia jej losów.

http://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-09-16 06:49:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Lato, a szczególnie wrzesień 1939 roku było bardzo upalne i bardzo suche. Niczym jakaś klątwa, która spadła na Polskę. Wszystko i wszyscy byli przeciwko niej. To było wyjątkowe lato pełne napięcia i niepokoju. To było lato pełne rozterek o przyszłość i to tę najbliższą. Wojna wisiała w powietrzu od bardzo dawna i w końcu stała się faktem. Mimo wszystko ta wojna, z potworności której niewielu... Lato, a szczególnie wrzesień 1939 roku było bardzo upalne i bardzo suche. Niczym jakaś klątwa, która spadła na Polskę. Wszystko i wszyscy byli przeciwko niej. To było wyjątkowe lato pełne napięcia i niepokoju. To było lato pełne rozterek o przyszłość i to tę najbliższą. Wojna wisiała w powietrzu od bardzo dawna i w końcu stała się faktem. Mimo wszystko ta wojna, z potworności której niewielu zdawało sobie jeszcze sprawę była zaskoczeniem. Pod koniec sierpnia ci, którzy wcześniej wybrali się do kurortów na wypoczynek wracali w pośpiechu do swoich domów. Byle zdążyć nim cały kraj będzie sparaliżowany i … zaatakowany. W sierpniu 1939 roku na wakacje do Polski przyjechał Alexander Polonius. Planował wypocząć, spotkać się z rodziną i przyjaciółmi. Wojna zastała go w Warszawie. Pierwsze naloty. Pierwsze bombardowania. Pierwsze niebezpieczeństwo, które później towarzyszyło mu nieustannie. Lekarstwem okazało się pisanie dziennika, który stał się ciekawym źródłem wiedzy o tym, jaka atmosfera panowała w stolicy Polski w ostatnich dniach sierpnia i przez całe wrześniowe jej oblężenie…

1 września 1939 roku. A więc zaczęła się wojna! Nagle całe dotychczasowe życie legło w gruzach. Wszystko, co do tej pory było ważne i istotne teraz ustąpiło miejsca jednemu pragnieniu. Przeżyć, przetrwać, bronić się! Do broni stanęli żołnierze! Ale cóż oni mogli?! Z szablą na czołg? Do walki i obrony stolicy zaangażowali się cywile. Ale częstotliwość nalotów była bezlitosna. I obierane przez Niemców cele ataków… To była wojna totalna wymierzona także w ludność cywilną. Niemcy nie przestrzegali żadnych praw. Oni tu przybyli, aby niszczyć.

Początkowy entuzjazm opadał, ale nadal liczono na pomoc aliantów. Przecież wiadomo, że Wielka Brytania i Francja za chwilę staną w obronie Polski. Tylko dlaczego angielscy lotnicy zrzucają na Niemcy ulotki, podczas gdy niemieccy lotnicy na Polskę zrzucają bomby?! Chaos i dezinformacja. A najgorsza była bezsilność. Alexander chciał walczyć, chciał zaciągnąć się do armii, chciał być przydatny… a tymczasem biegał od jednego biurka do drugiego, a przydziału i tak nie znalazł. Oczywiście angażował się w obronę stolicy jako cywil, ale on chciał więcej! I nie był w tym odosobnionym młodzieńcem. Jedyne, co mógł teraz zrobić to choćby uświadamianie Polaków, aby nie wierzyli w niemiecką propagandę, która próbowała w Polakach zdusić najpierw chęć do walki, a później nadzieję na jakiekolwiek światełko w tunelu.

Gdy było wiadomo, że walka przegrana Alexander postanowił jak najszybciej opuścić kraj. Skoro na polskiej ziemi już walczyć nie może musi przedrzeć się do Anglii i tam kontynuować walkę. Co do tego nie miał żadnej wątpliwości. I tak zaczęła się jego długa, pełna przygód i niebezpieczeństwa droga. Postanowił przedostać się do Anglii przez Litwę, Łotwę, Szwecję i Norwegię. Innej drogi w ogóle nie brał pod uwagę. Jedynie ta trasa wydawała mu się realna do pokonania. Mimo tego, że nie miał całego oglądu aktualnej sytuacji podjął ryzyko. Wiedział, że 17 września Polska została zaatakowana ze Wschodu przez Armię Czerwoną, ale musiał spróbować…

Publikacja Alexandra Poloniusa to ciekawie napisana relacja z oblężenia Warszawy. To nie jest pozbawiony emocji chronologiczny zapis działań wojennych. Tu emocji jest cały wachlarz. Alexander to inteligentny obserwator, który zwracał uwagę na kwestie pozornie nieistotne. Jego dziennik relacjonuje też ileż trudności i niebezpiecznych sytuacji musiał pokonać na swojej drodze do celu. To też swojego rodzaju podziękowanie za otrzymaną pomoc i życzliwość zwykłych ludzi, których na swojej drodze spotykał. Bo gdyby nie oni zakończenie jego misji mogłoby być tragiczne. To także świadectwo jak na atak na Polskę oprócz aliantów zareagowali Litwini i Łotysze, którzy nie mieli złudzeń, że prędzej czy później i oni podzielą los Polaków.

Dziennik Poloniusa to też zestawienie dwóch, jakże różnych armii, które we wrześniu 1939 roku postanowiły zmiażdżyć Polskę. Zorganizowani i świetnie przygotowani do wojny Niemcy. Zainfekowani faszystowską propagandą wypełniali wolę swojego Fuhrera. Nieprzystępni i niebezpieczni. Od pierwszego dnia pokazywali Polakom jaka teraz będzie panować tu hierarchia. Żołnierze Armii Czerwonej, którzy nawet porządnych mundurów nie mieli. To biedni prości ludzie, których większość nawet nie wiedziała, co na tej wojnie robi. Pilnowani jeden przez drugiego bardziej zajęci byli kupowaniem zegarków, aniżeli działaniami wojennymi. Przecież oni nie przyszli tu w charakterze najeźdźcy… Te i wiele innych niuansów Alexander Polonius zapisał w swoim słynnym dzienniku.

A kim był ów tajemniczy autor? Marek Przybyłowicz postanowił przeprowadzić śledztwo, aby ustalić tożsamość Poloniusa. Mimo rzetelnie przeprowadzonej kwerendy pozostawia nutkę wątpliwości, choć wszystkie fakty połączone ze sobą powinny utwierdzać go w jego przekonaniu.

"Widziałem oblężenie Warszawy" to emocjonująca relacja z wydarzeń, które ciężko nam sobie nawet wyobrazić. Bo jak to możliwe, że raptem nie mam domu, a moje życie może w każdej chwili zostać przerwane? Jak to możliwe, że wszystko, co znałem w ułamku sekundy przestało istnieć? Jakże szybko potrafi zmienić się perspektywa postrzegania świata i życiowych priorytetów…
https://monikaolgaczyta.blogspot.com/

pokaż więcej

 
2018-09-16 06:48:48
Ma nowego znajomego: Rudolfina
 
Moja biblioteczka
85 84 657
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (9)

zgłoś błąd zgłoś błąd