Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
BOOKmal 
bookdetective.pl
status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 godziny temu
Teraz czytam
  • Wzgórze psów
    Wzgórze psów
    Autor:
    Mroczny thriller, którego akcja dzieje się w niewielkim mieście, w zamkniętej hermetycznie społeczności. Prowincja Polski jako miejsce, gdzie schowana jest pewna metafizyczna prawda o polskim losie....
    czytelników: 1295 | opinie: 54 | ocena: 7,78 (188 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-06-16 08:57:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Na F/Aktach
 
2017-06-16 08:34:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Erlendur Sveinsson (tom 10) | Seria: Mroczna Seria

Na wstępie od razu zaznaczę, że jest to moje pierwsze spotkanie z autorem i nigdy wcześniej nie miałam okazji czytać żadnej z książek napisanej przez Arnaldura Indriðasona.

Pewnego dnia w wynajmowanym mieszkaniu w Reykjaviku, zostaje znalezione ciało młodego mężczyzny. Zwłoki denata odnajduje właściciel lokum. Widok nie należy do najprzyjemniejszych. Ofiara leży z poderżniętym gardłem w...
Na wstępie od razu zaznaczę, że jest to moje pierwsze spotkanie z autorem i nigdy wcześniej nie miałam okazji czytać żadnej z książek napisanej przez Arnaldura Indriðasona.

Pewnego dnia w wynajmowanym mieszkaniu w Reykjaviku, zostaje znalezione ciało młodego mężczyzny. Zwłoki denata odnajduje właściciel lokum. Widok nie należy do najprzyjemniejszych. Ofiara leży z poderżniętym gardłem w kałuży krwi, z opuszczonymi do kostek spodniami. Ma na sobie jedynie damską koszulkę z napisem San Francisco. Na miejsce zdarzenia przyjeżdża detektyw Elinborg, która z odpowiednią starannością przygląda się miejscu zbrodni. Mieszkanie denata jest gustowne, urządzone minimalistycznie i perfekcyjnie.

Sprawa już na wstępie jest zastanawiająca. Denat miał nieposzlakowaną opinię, brak kartoteki kryminalnej i innych bliskich spotkań ze stróżami prawa. Nikt nie mógł powiedzieć o nim złego słowa. Brak poszlak wskazujących na motyw rabunkowy, co więcej, nie ma też śladów włamania. Zatem zero jakiegokolwiek motywu. Jednak w pewnym momencie następuje zwrot i pojawiają się ślady burzące nieskazitelny obraz ofiary. W jego kieszeni i na stoliku znaleziono ślady Ropychnolu, czyli tak zwanej tabletki gwałtu. Kiedy coraz to nowsze fakty systematycznie wychodzą na jaw, już nic nie jest tak oczywiste jakby się wydawało.

To, co osobiście odbieram jako największy plus fabuły, to fakt, że bohaterowie nie są wyciągnięci z kart powieści o super herosach. Kuloodporni, jasnowidzący i zawsze na odpowiednim miejscu, i w odpowiednim czasie. Wątki śledztwa przepleciono elementami obyczaju. Poznajemy nie tylko życie zawodowe bohaterów, ale też ich sprawy prywatne, jak na przykład problemy rodzinne i dylematy osobiste. Mamy zatem nie tylko działania nastawione na rozwiązanie sprawy, ale cały łańcuch ich relacji z otoczeniem.

Jak pisałam wcześniej, to moje pierwsze spotkanie z Indriðasonem, dlatego przedstawiona opinia jest oparta tylko na tym tytule. Czytało mi się o tyle dobrze, że sprawa była odrębnym wątkiem. Jedyny minus w braku ciągłości, to oczywiście życie bohaterów. Myślę że znajomość ich wcześniejszych historii i tego jak pisarz kształtował postaci przez poprzednie wydarzenia, może być tylko plusem dla czytelnika, choć może się mylę.

Indriðason poruszył w „Ciemnej rzece” bardzo ważny problem społeczny związany z wykorzystywaniem seksualnym. Rola otoczenia, tego bliższego i dalszego. Rola policji i ich sposób działania również mądrze wpleciona w całość. Brak zrozumienia w stosunku do ofiar i ich odpowiedniego traktowania.
Ważne problemy nad którymi warto się zastanowić.

Last, but not least to co kocham najbardziej, co dopełnia całości - klimat! Cudowna pogoda! Z punktu widzenia każdego normalnego człowieka brzydka, ale ja taką uwielbiam. A to wszystko z zarysowanym islandzkim „klimatem” w tle. Można przewrotnie rzec - żyć, nie umierać.

Na temat samego autora wiele czytałam. Od opinii, że jest mistrzem gatunku, po opinie, że nie wart jest poświęconego czasu. Muszę przyznać, że dla mnie na pewno nie jest on mistrzem skandynawskiego kryminału, ale na pewno jest wart poświęconego czasu, przynajmniej w przypadku „Ciemnej rzeki”.

Z tego gatunku kryminałów, obok mojego mistrza Jørn Lier Horsta, czy wice mistrza Mankella, mogę postawić teraz książkę Arnaldura Indriðasona. Pisarz wydał już sporą kolekcję z cyklu Erlendur Sveinsson, więc chyba czas zapoznać się z całością, aby potwierdzić, bądź całkowicie zburzyć swoją opinię.

Na marginesie -
Były momenty gdzie autor trochę za bardzo „odpływał” w wątki poboczne, przykładowo wątek kulinarny. Osoby z czytelniczym ADHD, które oczekują szybkiego tempa wydarzeń, wartkiej akcji, bądź te które lubują się w drastycznych scenach opisanych z anatomiczną dokładnością, mogą nie być zadowolone, ale spróbować zawsze warto. Ja polecam!

pokaż więcej

 
2017-06-08 08:20:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

I am the king of the word - say it out and loud !

Macie ochotę na letni wieczór z książką? Super! Jednak nie polecam lektury „Przeklęty prom”. Czekałam na tę książkę, ponieważ opis na stronie wydawnictwa zapowiadał ciekawą fabułę, co więcej, dotychczas książki Wydawnictwa Marginesy czytało mi się na prawdę dobrze. Niestety, ale to już druga pozycja tego wydawnictwa, tuż po „Skandynawskim...
I am the king of the word - say it out and loud !

Macie ochotę na letni wieczór z książką? Super! Jednak nie polecam lektury „Przeklęty prom”. Czekałam na tę książkę, ponieważ opis na stronie wydawnictwa zapowiadał ciekawą fabułę, co więcej, dotychczas książki Wydawnictwa Marginesy czytało mi się na prawdę dobrze. Niestety, ale to już druga pozycja tego wydawnictwa, tuż po „Skandynawskim Sekrecie”, która tak mnie zawiodła i której jakość nie jest w najmniejszym stopniu adekwatna do ceny.
Jednak do sedna.

Na statku czai się zło, co fakt to fakt, ale nie podejrzewałam, że owo zło zostanie przedstawione właśnie w takiej formie. To co dostałam, to połączenie Twilight z Titanikiem.

Podczas krwawego rejsu, poznajemy wiele osób. Matkę z malutkim i jakże „cudownym” synem Adamem. Starszą kobietę, która zgubiła swoje szczęście i chce je odzyskać. Rodzinę z dojrzewającym adoptowanym chłopcem, skrywającą tajemnicę, która bądź co bądź nie wnosi nic do fabuły. Dwie przyjaciółki, chcące raz jeszcze poczuć zew młodości i się zabawić. Jest też zakochany, były pracownik promu i jako że to nie statek widmo, to jest też załoga. Troszkę ich się tam uzbierało, ale prom solidny więc i wszystko udźwignie.

Mnogość wątków obyczajowych zdecydowanie przerasta wątki horroru. Niestety, tak na prawdę żadna, z jakże rozwiniętych historii osobistych, nie ma znaczącego połączenia z grozą która nastąpi. Mogłabym podzielić książkę na dwie części. Pierwszą - historie z życia uczestników rejsu, i drugą - krwawą rzeź z totalnie irracjonalnymi zachowaniami bohaterów w tle.

Co dostaniecie - dużo krwi, kawałków mięsa i wypadających zębów. „Akcja” rozkręca się bardzo powoli. Dopiero około trzysetnej strony fabuła nabierze „tempa”, jednak zaznaczam - „akcja” i „tempo” nie bez powodu piszę w cudzysłowie. Jedno czego autorowi nie można zarzucić, to brak konsekwencji, ponieważ zadbał o to żeby książka od początku do końca była fatalna. Aby przypieczętować swój talent w tworzeniu historii stworzył zakończenie spójne z całością - kompletnie bezsensowne.

Co mnie bardzo raziło w oczy to niektóre błędy.

- Stwierdzenie przy okazji zaręczyn pary mężczyzn - ”Chciał się z nim ożenić” (???). Myślałam, że można się ożenić tylko z kobietą, tu lepszym stwierdzeniem byłoby „pobrać się”.
- I co to znaczy „Utonąć jak szczur w kloace” - kiedyś mówiono tak na sławojkę i na jej zawartość - dziwne to porównanie w kontekście całości.
- „W głosie chyba słychać łzy” - jak w głosie słychać łzy?
- Mogłabym się też przyczepić do takich sformułowań jak skapować się, zamiast zorientować się, ale tego nie zrobię.

Pomyślicie, że przesadzam, że to przecież nie arcydzieło literackie, ale właśnie to mnie wkurza najbardziej. Dlaczego thriller (albo horror, nie wiem co to jest) nie może zostać napisany i przełożony starannie? Raziło mnie to potwornie, więc nie mogę tego pominąć.

Jedyne co wywołało we mnie autentyczny strach i dreszczyk, to komentarz do książki, szwedzkiej pisarki Åsa Larsson.

„Mats Strandberg wie, jak się pisze thrillery. Gryzę paznokcie. Płaczę i śmieję się. Już nigdy więcej nie wsiądę na prom”

Mogę podejrzewać, że ktoś o wyjątkowej wrażliwości rozpłacze się kiedy jeden z wampirów wyrwie flaki z czyjegoś brzucha, ale konia z rzędem dla tego, kto wskaże mi choć jedno miejsce w książce, w którym można się zaśmiać. Nie wiem zatem czy dostałam zupełnie inny egzemplarz niż Åsa Larsson, czy też powinnam zacząć podejrzewać panią Larsson o skłonności psychopatyczne.

Reasumując - jedna z gorszych książek jakie przeczytałam w tym roku, jeśli nie najgorsza.

pokaż więcej

 
2017-06-06 10:26:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2017-06-02 19:53:07
Został fanem autorki: Katarzyna Tubylewicz
 
2017-06-02 08:37:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Kończąc czytać „Miasteczko w Islandii” autorstwa Guðmundura Andri Thorssona wiedziałam już, że nie będzie mi łatwo napisać recenzję. Choć lektura jest niepozorna, bo ma jedynie 193 strony, to zdecydowanie jest dowodem na to, że niewiele może znaczyć bardzo dużo.

Pewnego dnia, w letnie popołudnie, poznajemy kilka historii z życia miasteczka, a właściwie z życia jego...
Kończąc czytać „Miasteczko w Islandii” autorstwa Guðmundura Andri Thorssona wiedziałam już, że nie będzie mi łatwo napisać recenzję. Choć lektura jest niepozorna, bo ma jedynie 193 strony, to zdecydowanie jest dowodem na to, że niewiele może znaczyć bardzo dużo.

Pewnego dnia, w letnie popołudnie, poznajemy kilka historii z życia miasteczka, a właściwie z życia jego mieszkańców i to tak na prawdę tyle, choć uważam, że aż tyle. Widzimy ich codzienne smutki, troski i radości. Obserwujemy jak mieszkańcy egzystują na codzień obok siebie - dosłownie i w przenośni. Dostrzegamy jak długo już się znają i ile o sobie wiedzą, bądź niewiedzą. A to wszystko z islandzkim klimatem w tle.

Fabuła „Miasteczka w Islandii” przedstawia to kim jesteśmy, nasze człowieczeństwo, niezależnie od tego czy mieszkamy w Islandii, czy w innym zakątku świata. Jest to historia o otwartości w życiu, ale też o ogromnym wycofaniu i samotności. Brzmi to wszystko tajemniczo i paradoksalnie, prawda? Ale właśnie dlatego jest tak nietuzinkowe. Całości dopełnia sposób w jaki pisze autor, a może lepszym stwierdzeniem byłoby to, że autor opowiada te historie. Niezależnie od definicji robi to wyjątkowo i wręcz poetycko.

To co znajdziecie jeszcze w powieści, to pełny wachlarz emocji. W miasteczku jest przekrój różnych osobowości i temperamentów. Różnych historii i tajemnic. Choć nie jest to z pewnością książka dla każdego, to paradoksalnie każdy powinien choć raz w życiu taką książkę przeczytać. Człowiek to biała karta, którą systematycznie zapisuje doświadczenie. Ludzie w miasteczku są jak te karty, każdy może przeczytać ich historię, ale nie każdy potrafi czytać między wierszami.

Chcąc więcej napisać o książce, musiałabym zacząć wchodzić w fabułę, przytaczając historie z życia poszczególnych mieszkańców, jednak nie chcę tego robić, bo uważam, że jeśli w przypadku „Miasteczka w Islandii” recenzja odkryje zbyt wiele, pozbawi powieść jej wyjątkowości. To co jest pewne, to fakt, że autor zaciekawił mnie sposobem pisania.

Jednak, aby być w pełni szczera, muszę uprzedzić, że jeśli czytelnicy nie przepadają za powolnym tempem, emocjami i refleksjami, to książka może okazać się dla nich męcząca. Zatem, jeśli ktoś z was oczekuje wysokiego poziomu adrenaliny to takiego nie dostanie.

To było fantastyczne kilka godzin w „Miasteczku w Islandii”. Jeśli znajdziecie wolną chwilę to wybierzcie się tam, bo warto.

pokaż więcej

 
2017-06-01 19:02:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Książki na okładkach których pojawia się nazwisko Tubylewicz, łapię z prędkością światła. Wiedziałam, że i tym razem nie będzie inaczej.

Katarzyna Tubylewicz i Agata Diduszko - Zyglewska skusiły się na analizę rynku czytelnictwa polskiego oraz szwedzkiego. Szwedzcy i polscy pisarze, wydawcy, bibliotekarze, agenci literaccy, związkowcy, urzędnicy państwowi i przedstawiciele samorządów. Rozmowy...
Książki na okładkach których pojawia się nazwisko Tubylewicz, łapię z prędkością światła. Wiedziałam, że i tym razem nie będzie inaczej.

Katarzyna Tubylewicz i Agata Diduszko - Zyglewska skusiły się na analizę rynku czytelnictwa polskiego oraz szwedzkiego. Szwedzcy i polscy pisarze, wydawcy, bibliotekarze, agenci literaccy, związkowcy, urzędnicy państwowi i przedstawiciele samorządów. Rozmowy z takimi osobami jak Joanna Kluzik-Rostkowska, Beata Stasińska, Beata Chmiel, Roman Chymkowski, Katti Hoflin i Stefan Ingvarsson. Lektura z pewnością daje sporo do myślenia, jednak czy wyciągnięte na jej podstawie wnioski mogą coś zmienić - niestety, ale nie sądzę.

Spadek czytelnictwa w Polsce to od lat powód do wielu lamentów. Co najbardziej mnie irytuje w tej kwestii, to fakt, że co roku przedstawiane są statystyki, które media przeżywają przez jakiś miesiąc, a potem wracamy do normy, nad wartościowaniem literatury i podziałem czytelników. Nikt nie zastanawia się nad tym jaki jest powód tak kiepskich statystyk. „Szwecja czyta, Polska czyta” to lektura, która pozwoliła mi pogłębić ten temat. Oczywiście że książka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, ale pojawiają się i dają przestrzeń na własną refleksję.

Autorki dzięki licznym rozmowom z ekspertami i specjalistami nakreślają różnicę między Szwedami i Polakami w zakresie czytelnictwa. To jak zachęca się do czytelnictwa najmłodszych w Szwecji. Jak tworzy się ciekawe inicjatywy takie jak, autobusy biblioteczne, czy statek biblioteczny. Świetnie działające i dofinansowane biblioteki. Reasumując, dbałość o rozwój kultury czytelnictwa. Z drugiej strony mamy szereg rozmów o polskim rynku czytelniczym który w zestawieniu z tymi szwedzkimi wypada fatalnie. Zamykane księgarnie, podnoszenie cen książek. Czytelnictwo w Polsce jest jedynie motorem napędzającym biznes. Żadne spoty i akcje nie zmienią tego dopóki kasta czytelnicza nie zejdzie na ziemię.

Liceum księgarskie ukończyłam szesnaście lat temu, a ja do dziś pamiętam jak na licznych zajęciach z literatury „obrzydzano” mi (nam) czytanie książek. Mieliśmy standardowo język polski, literaturę współczesną, historię literatury, księgoznawstwo i inne. To był okres w którym czytanie książek wychodziło mi bokiem, w którym naciski prowadzącej zajęcia na to jaką powinniśmy czytać literaturę były tak przytłaczające, że kiedy brało się do ręki romansidło czy kryminał nikt nawet tą wiedzą na zajęciach się nie dzielił. W książce "Szwecja czyta Polska" czyta możemy dowiedzieć się jak u naszego sąsiada zza Bałtyku promuje się czytelnictwo i czyni się z niego nawyk a nie przymus i obowiązek. Możemy przeczytać jak się to stało że różnica między krajami jest tak spora, gdyż poruszone są również wątki historyczne.

Trochę ta recenzja przyjęła formę masy wyrzucanych przeze mnie słów, ale myślę, że ta książka właśnie tak na was zadziała. Nie tylko powoduje ogromną refleksję ale przede wszystkim daje miejsce do dyskusji.

BARDZO POLECAM KSIĄŻKĘ!

pokaż więcej

 
2017-06-01 18:59:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Katie Maguire (tom 6)

Masterton to klasa sama w sobie, więc kiedy zobaczyłam te pozycję w ofercie wydawnictwa Albatros, to wiedziałam, że to właśnie ją będę chciała zrecenzować. Nazwisko Mastertona często widnieje w zestawieniu ze Stefanem, Królem powieści grozy. Jednak tak jak Kinga cenię za horrory (jego wyobraźnia nie ma granic), tak Mastertona cenię za jego serię thrillerów. „Pogrzebani” to jeden z sześciu... Masterton to klasa sama w sobie, więc kiedy zobaczyłam te pozycję w ofercie wydawnictwa Albatros, to wiedziałam, że to właśnie ją będę chciała zrecenzować. Nazwisko Mastertona często widnieje w zestawieniu ze Stefanem, Królem powieści grozy. Jednak tak jak Kinga cenię za horrory (jego wyobraźnia nie ma granic), tak Mastertona cenię za jego serię thrillerów. „Pogrzebani” to jeden z sześciu tomów, z cyklu o Katie Maguire. Kolejny tom, który i tym razem mnie nie zawiódł.

Pewnego dnia, dwójka robotników dokonuje makabrycznego odkrycia. Podczas prac remontowych, pod podłogą, znajdują zmumifikowane ciała, całej rodziny. Ślady w ich czaszkach, ewidentnie wskazują na egzekucję. Jednak co jest intrygujące, to fakt, że zbrodni dokonano jakieś 90 lat wcześniej. Być może ten początek nie był momentem budzącym poczucie, że to książka z dużą dawką emocji, jednak z pewnością był to, przynajmniej dla mnie, ciekawy początek. Swoją drogą takie „sceny” przerażają mnie o tyle, że zaczynam się zastanawiać co może być „schowane” w moim domu. Na szczęcie mieszkam w bloku więc jedyne co mam „pod podłogą” to dość nadpobudliwa i głośna sąsiadka.

Wracając do sedna - już po tym momencie książki, wiedziałam, że będzie na czym oko zawiesić. Co jest dla mnie istotne, to fakt, że Masterton nie jest w swojej twórczości powtarzalny. Nie widzę w „Pogrzebanych” kalki poprzednich tomów z serii i to bardzo cieszy. Nie mam co się rozdrabniać na temat budowy postaci i ich osobowości, bo to nie ten poziom i nie ta klasa autora, aby coś punktować. To co lubię również u Mastertona, to to że nie obawia się on poruszać obszarów obyczajowych i w tym przypadku było podobnie. Jednak bez obaw, to nadal jest thriller, jednak wzbogacony o wachlarz ludzkich emocji.

Jak wcześniej wspominałam „Pogrzebani” są już kolejnym, szóstym tomem z cyklu o Katie Maguire. Jednak jeśli nie czytaliście wcześniejszych pięciu tomów, to spokojnie możecie od razu sięgnąć po tom szósty, ale jeśli chcecie dowiedzieć się kim jest Katie, dlaczego znajduje się w takim punkcie życia, a nie w innym, to koniecznie nadróbcie też zaległości. Na prawdę warto.

Mam nadzieję że Masterton będzie tworzyć jeszcze bardzo długo. Choć sama nadzieja miesza się z obawami o jego zdrowie. Przy okazji robienia prasówki, czytałam o tym, że autor pisząc książki pobudza wenę w pubach, do których udaje się na alkoholowego motywatora. Także, sami rozumiecie.

Reasumują - jeśli macie chwilę wolnego czasu to warto wypełnić ją lekturą powieści „Pogrzebani”, a jeśli nie macie chwili wolnego to myślę że powinniście ją jak najszybciej wygospodarować.

pokaż więcej

 
2017-06-01 18:48:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Pięćdziesiąt twarzy Grey’a i Detektyw Monk z mocnym rysem socjopatycznym w tle.

Edward Monkford, z zawodu architekt, to prywatnie dobrze sytuowany wdowiec. Silna i dominująca osobowość. Zaborczy, kontrolujący i egoistyczny. Edward jest właścicielem nowoczesnego, minimalistycznego domu przy londyńskim Folgate Street 1. Dom jest niewątpliwie ekskluzywny, co więcej jak okaże się z czasem,...
Pięćdziesiąt twarzy Grey’a i Detektyw Monk z mocnym rysem socjopatycznym w tle.

Edward Monkford, z zawodu architekt, to prywatnie dobrze sytuowany wdowiec. Silna i dominująca osobowość. Zaborczy, kontrolujący i egoistyczny. Edward jest właścicielem nowoczesnego, minimalistycznego domu przy londyńskim Folgate Street 1. Dom jest niewątpliwie ekskluzywny, co więcej jak okaże się z czasem, skrywający tajemnice. Jednak jego plusem nie jest jedynie ekskluzywność i dobra okolica, a nieproporcjonalnie niska cena jak na taki standard. Cały ten zestaw skutecznie kusi zainteresowanych. Jednak nic nie jest „za darmo”. Niską cenę równoważą specyficzne warunki najmu. Właściciel życzy sobie domowników z określonym rysem psychologicznym, dlatego prowadzi rekrutację za pomocą rozmów kwalifikacyjnych i kwestionariuszy. Co więcej, osoby, które zdecydują się na wynajem, mogą zamieszkać w nim jedynie fizycznie, przez obostrzenia nie mają możliwości wprowadzenia do niego choć cząstki siebie. Zainteresowani godzą się na ten warunek, jednak żaden z nich nie wpada na to, że koszty jakie poniosą za wynajem, będą nie tylko materialne.

Między domem, a Edwardem można byłoby postawić znak równości, gdyż Folgate Street 1 to odbicie wszystkich cech właściciela. Jest przykładem skrajnego perfekcjonizmu i surowości. Wszystko w nim musi być nieskazitelne i doskonałe. Nic co dzieje się wokół domu nie może wyjść poza obszar kontroli Edwarda, w przeciwnym razie przestaje „istnieć”.

Autor przekazuje czytelnikowi historię rozgrywającą się przy Folgate Street 1 z dwóch perspektyw. Jedna z nich przedstawia Emme, która opowiada zdarzenia dziejące się w jej życiu, w przeszłości. Druga, to opowieść Jane, która jest tu i teraz. Obydwie te historie konsekwentnie się do siebie zbliżają, aż łączą się w jedną całość wyjaśniając tajemnice Folgate Street 1.

Dużym plusem historii jest fakt, że całość do samego końca jest owiana tajemnicą i niełatwo się domyśleć, co, gdzie, kto i dlaczego. Nie ma przesycenia sensacją (duży plus). Jest za to stopniowo budowane napięcie. „Lokatorka” na pewno wciąga, ale wydaje mi się, że jest to raczej taki kobiecy thriller. Nie bez powodu zatytułowałam recenzję „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a i Detektyw Monk z mocnym rysem socjopatycznym w tle”, ponieważ właśnie postać głównego bohatera który zdominował swoją osobowością nawet fabułę jest takim połączeniem Christiana Greya (tak, tak czytałam) i detektywa Monka.

JP Delaney stworzył ciekawe charaktery. Bardzo dobrze stworzona postać terapeutki. Konsekwentna i dopracowana. Podobnie z postacią Edwarda Monkforda. Mniej konsekwentnie stworzone postaci kobiet z czego czasem ich zachowania wydają się irracjonalne.

Nie mniej jednak czytało się bardzo dobrze. Szybko, lekko i przyjemnie. Czy sięgnęłabym po książkę raz jeszcze? Oczywiście że tak! Dla rozluźnienia i przyjemnej lektury. Jeśli ktoś z was jedzie na urlop i szuka lektury na wolne dni to "Lokatorka" będzie dobrym pomysłem.
Z czystym sumieniem polecam!


Na marginesie: Na podstawie książki rozpoczęto kręcenie filmu. Książka to dwa okresy czasowe - dziś i kiedyś, dlatego zastanawiam się jak reżyser je przedstawi. Zastanawiam się również jak zbuduje niektóre z postaci, tak aby nie były bardzo płaskie. Wiadomo że książka zawsze lepsza od filmu.

pokaż więcej

 
2017-06-01 18:32:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Dan Brown?

Przyznaje, że niechętnie czytam książki tego gatunku. Kwestie historyczne zawsze mnie lekko zniechęcały, ale po wstępnym zapoznaniu się z fabułą, postanowiłam zrobić wyjątek i ani trochę tego nie żałuje. Powieść „444” autorstwa Macieja Siembiedy, to przygodowa podróż na lini czasu, z kryminałem w tle.

Paweł Włodarczyk trudni się w zawodzie dziennikarza, który sunie po samym dnie...
Dan Brown?

Przyznaje, że niechętnie czytam książki tego gatunku. Kwestie historyczne zawsze mnie lekko zniechęcały, ale po wstępnym zapoznaniu się z fabułą, postanowiłam zrobić wyjątek i ani trochę tego nie żałuje. Powieść „444” autorstwa Macieja Siembiedy, to przygodowa podróż na lini czasu, z kryminałem w tle.

Paweł Włodarczyk trudni się w zawodzie dziennikarza, który sunie po samym dnie zawodowej egzystencji. Kiedy wydawałoby się, że nie może spaść niżej i to chyba na tyle złego co może go spotkać, ginie w wypadku samochodowym. O ironio, Włodarczyk jechał w tamtym momencie na spotkanie z prokuratorem IPN-u, Jakubem Kanią, któremu chciał przekazać pozyskane informacje wiążące się z obrazem Jana Matejki, gdzie sam obraz prowadzi do przepowiedni mówiącej o wybrańcach, pojawiających się co 444 lat. Ich zadaniem jest pojednanie dwóch religii - Chrześcijaństwa i Islamu. Można jednak w tym miejscu zadać sobie pytanie, czy to nie dziwne, że akurat w takim momencie doszło do wypadku? Prokurator Kania angażuje się w śledztwo, jednak nie będzie jedyną osobą, która będzie brała w nim udział, gdyż wesprze go Katarzyna Karewicz, której korzenie rodzinne również nie będą bez znaczenia.


Pomimo balansowania pomiędzy różnymi czasookresami, fabuła jest nieskomplikowana, odważę się na stwierdzenie, że nawet dość prosta. Można też przyjąć stanowisko, że autor pokusił się na historyczną dwubiegunowość. Od czasów dawnych, po daleką przyszłość, ponieważ ostatni okres czasowy w jaki zaprasza nas Siembieda to rok 2332. Kryminał z Matejką w tle jest na prawdę dobrze skonstruowany. Nie ma tu zatrważającej ilości, zawiłych kwestii historycznych, a zagadka i klimat budzą ciekawość. Nie nudzi, nie miesza wątków, możliwe, że czasem zbyt spokojnie się toczy, ale to też jego urok. Można powiedzieć, że autor zaczyna spokojnie, po czym rozpędza się i nabiera tempa pod koniec powieści. Spiskowe teorie, tajemnice, zagadki na sporej płaszczyźnie czasowej, to dobra zapowiedź, dobrej książki.

Wspomniałam w tytule mojego wywodu o Danie Brownie, sugerując podobieństwo pomiędzy historiami stworzonymi przez obydwu autorów, ale uważam, że Maciej Siembieda poradził sobie zdecydowanie lepiej od Amerykanina. Swoją opinię opieram głównie na tym, że dużo chętniej czytało mi się „444”. Nie nawiązuje natomiast do walorów "technicznych" samej powieści, a do tego na ile lektura mnie zainteresowała. Co więcej, pomimo wielu historycznych nawiązań w książce nie ma intelektualnego nadęcia. Nawet pojawią się elementy przy których się uśmiechniecie.

Myślę że warto sięgnąć po lekturę i przeżyć przygodę osobiście.

pokaż więcej

 
2017-06-01 18:29:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Plac zabaw (tom 1)

„Moje serce stanęło dwa razy - powiedziała ochryple. Za każdym razem śniło mi się, że znalazłam się w porcie z chińskimi szyldami i łodziami. Czy to nie dziwne?”

Tak, słowo dziwne jest tutaj słowem klucz. Czytaliście kiedyś książkę, która była tak dziwna, że aż intrygująca? „Plac zabaw” Larsa Keplera dokładnie taki jest!

Kompetencje wymagane do przeczytania książki:
-bardzo dobra...
„Moje serce stanęło dwa razy - powiedziała ochryple. Za każdym razem śniło mi się, że znalazłam się w porcie z chińskimi szyldami i łodziami. Czy to nie dziwne?”

Tak, słowo dziwne jest tutaj słowem klucz. Czytaliście kiedyś książkę, która była tak dziwna, że aż intrygująca? „Plac zabaw” Larsa Keplera dokładnie taki jest!

Kompetencje wymagane do przeczytania książki:
-bardzo dobra umiejętność wizualizacji;
-chęć poruszania się na metafizycznym poziomie grozy;
-otwartość w myśleniu.

To nie jest lekka lektura, ale na pewno godna polecenia i warta poświęconego czasu. Czytając tę książkę doznawałam swoistego rozdwojenia JA. To racjonalne JA wychwytywało różne błędy i czepiało się szczegółów zadając w myślach pytanie - „serio!?”, ale to wolne, artystyczne i dwubiegunowe alter ego myślało sobie „wow!”.
Tym razem alter ego wzięło górę!

Jasmin Pascal - Anderson, to kobieta, która nie ma w życiu łatwo. Jako oficer sił zbrojnych NATO zostaje postrzelona na misji w Kosowie. Wtedy pierwszy raz podczas stanu śmierci klinicznej trafia do chińskiego miasta portowego, gdzie rozpoczyna swoją wędrówkę w zaświatach i walkę o powrót do żywych. Miejsce to jest koszmarne, brutalne i rządzące się swoimi prawami. Jednak Jasmin udaje się wrócić. Kilka lat później ulega ona wypadkowi samochodowemu, w którym nie brak ofiar. Sama Jasmin znów wraca do portu, jednak po raz drugi, dzięki pomocy młodego człowieka którego poznaje w porcie, ponownie udaje jej się wrócić z zaświatów. Niestety, ale jej syn Dante, który jechał wtedy z nią, musi przejść poważną operację, do której trzeba na chwilę wstrzymać bicie jego serca. Kobieta wie gdzie jej syn trafi i co będzie musiał przejść. Jasmin chce zatrzymać swoje serce i wprowadzić się w smierć kliniczną (!!!), aby pomóc mu przetrwać w porcie. Jednak Dante trafia do najstraszniejszej części - na plac zabaw. To pole brutalnej walki bez zasad. To tor przeszkód na końcu którego jest tylko jedna nagroda - życie.

Czytając książkę, tworząc swoją wizję zaświatów, cały czas miałam w głowie film Constantine z Keanu Reeves’em. Moment kiedy wkraczał do piekieł, łączyłam z niektórymi momentami w podziemiu.

Autor zaprasza czytelnika do dwóch światów. Tego codziennego oraz do tego, którego nikt z nas nie chciałby odwiedzić. Jest klaustrofobicznie i przerażająco. Kepler pokusili się na wiele odwołań. Na pewno znajdą się tacy, którzy szybko je wychwycą. Na plus dla mnie zaważyły liczne odniesienia do „Boskiej Komedii”, którą uwielbiam i jest ona jednym z dzieł do których często wracam. Port to miejsce w którym przebywają dusze, wobec których nie zapadł jeszcze ostateczny wyrok. Niewielu udaje się wydostać z portu, gdyż rządzi się on swoimi prawami - brutalnymi i bezwzględnymi.

Nie wiem, czy to jedynie moja czepliwość, ale te chińskie elementy, niezależnie od tego jak spójne do odniesień przywołanych przez autora, kompletnie mi nie spasowały. Był taki moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać w jakim stanie Lars Kepler pisał (pisali) tę książkę. Miałam czasem wrażenie, że autor tworzy tak irracjonalną meta rzeczywistość, tak zagmatwaną, że w pewnym momencie nie wiem gdzie jestem, ale mimo wszystko chyba dlatego, że książka tak „inna”, tak mnie zaciekawiła.

pokaż więcej

 
2017-06-01 17:50:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Mama od dziecka wpajała mi, że książki mają duszę. Z tą wiedzą weszłam w dorosłe życie i tym przekonaniem kieruję się do dziś. Gdybym miała podać przykład takiej książki, bez zastanowienia byłby to reportaż „Szepty kamieni” Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczak.

Moda na Islandię rozprzestrzenia się niczym wirus. Wiem, zabrzmiało dość ostro, ale osobiście dokładnie tak postrzegam ten trend....
Mama od dziecka wpajała mi, że książki mają duszę. Z tą wiedzą weszłam w dorosłe życie i tym przekonaniem kieruję się do dziś. Gdybym miała podać przykład takiej książki, bez zastanowienia byłby to reportaż „Szepty kamieni” Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczak.

Moda na Islandię rozprzestrzenia się niczym wirus. Wiem, zabrzmiało dość ostro, ale osobiście dokładnie tak postrzegam ten trend. Najechać niczym Hunowie, zadeptać, zaśmiecić i zostawić ślad swojego człowieczeństwa na mapie natury. Zawsze, kiedy na horyzoncie widać wzrost zainteresowania turystów nieznanymi zakątkami, to już wiem, że miejsce utraci niebawem swoją tożsamość, przynajmniej na tak długo, aż człowiek nie wyeksploatuje go do cna, aż nie wyciśnie go jak cytrynę. Berenika i Piotr przedstawili nam Islandię swoimi oczyma i wcale nie są to same ochy i achy. Możemy przeczytać o pozytywach, jak i negatywach tego zakątku.Z jednej strony odległe opustoszone miejsca, z drugiem napływ turystów który bądź co bądź rozwija gospodarkę, jednak natura też ponosi swoje koszta.

„W 2017 roku w Reykjavíku przeniesiono na inną ulicę - aby zrobić miejsce dla pięciogwiazdkowego hotelu - dom z początku XX wieku, w którym przez jakiś czas mieszkał nagrodzony Nagrodą Nobla pisarz Halldór Laxness, a późniejszym lokatorem był jeden z najbardziej znanych islandzkich malarzy i poetów Kjarval.”

Klimat opisany przez autorów jest przedstawiony w taki sposób, że zdecydowanie można odczuć go na własnej skórze. Chłód wiatru na twarzy. Nie tylko piękno natury, takie jak bajkowe pejzaże, spokój i cisza, ale również ta druga strona medalu, mniej kolorowa. Odległe, opuszczone na Wyspie miejsca takie jak Djúpavík. Nie tylko piękno natury, ale również zalegające na ich tle upadłe fabryki, opuszczone farmy i domy.

„Kiedy głowa nie daje wyboru i dociera się do opustoszałych miejsc, przyroda uderza z całą siłą i weryfikuje wyobrażenia, zachwyt, poczucie stabilnego gruntu pod nogami. Iluzja się kończy.”

Można napisać książkę przesiąkniętą wiadomościami. Można napisać książki gdzie narracja autora dominuje nad jej klimatem, a ta książka jest po prostu, jakkolwiek pompatycznie to zabrzmi, piękna. Szczerze, to trudno rozwinąć to stwierdzenie. To jak autorzy opisują Islandię pokazuje, że to ich dom, który ich przyjął i który oni zaakceptowali z wadami i zaletami. Szepty kamieni to również synonim równowagi. To na pewno nie jest książka która ma przedstawiać same ochy i achy. Autorzy przedstawiają wszystkie odcienie Wyspy.

Choć nie byłam nigdy na Islandii mogę śmiało powiedzieć, że właśnie spędziłam sporo chwil na wyspie w doskonały towarzystwie. Oby więcej takich książek.

Bardzo polecam.

pokaż więcej

 
2017-06-01 17:47:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Mundus

Kiedy uświadomiłam sobie, że autorką „Życia po Duńsku” jest Brytyjka, trochę mną wzdrygnęło. Po ostatniej lekturze „Skandynawski raj” autorstwa rzekomo zabawnego Michaela Bootha przez sekundę przeszło mi przez głowę, że dostanę powtórkę z rozrywki, na szczęście szybko się z tej myśli otrząsnęłam. Aby nie przedłużać napiszę od razu „Życie po Duńsku” jest świetną książką, zarówno dla stałych... Kiedy uświadomiłam sobie, że autorką „Życia po Duńsku” jest Brytyjka, trochę mną wzdrygnęło. Po ostatniej lekturze „Skandynawski raj” autorstwa rzekomo zabawnego Michaela Bootha przez sekundę przeszło mi przez głowę, że dostanę powtórkę z rozrywki, na szczęście szybko się z tej myśli otrząsnęłam. Aby nie przedłużać napiszę od razu „Życie po Duńsku” jest świetną książką, zarówno dla stałych fanów klimatów skandynawskich, jak również tych początkujących. To przede wszystkim przyjemna lektura, a z mojej perspektywy ważne jest aby czytanie było czymś co sprawia nam przyjemność.

Roczna przygoda z Danią autorki Hellen Russell rozpoczyna się tak na prawdę już w momencie decyzji o wyjeździe. Początkowo Hellen jest sceptycznie nastawiona do opuszczenia Londynu, tym bardziej, że tak na prawdę nie była to decyzja, którą chciała zrealizować od zawsze, a raczej pewne poświęcenie, które przyczyni się do spełnienia zawodowych aspiracji męża, który otrzymał zatrudnienie w firmie Lego. Bardzo szybko jednak Hellen Russell nabiera ogromnego apetytu na Danię. Chce poznać kraj i przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to jest z tym szczęściem w Danii. Książka podzielona jest na dwanaście miesięcy w ciągu których przeżywamy każdy dzień razem z autorką, jednak nie są to jakieś tam przygody, a raczej towarzyszenie jej w codziennym życiu. Autorka opowiada o swoim doświadczeniu. Jeśli chcecie poznać styl życia Duńczyków, to z tej lektury na pewno się tego dowiecie. Faktycznie pojawiają się też statystyki, ale dzięki talencie lekkiego pióra autorki w ogóle nie jest to nużące. Ja sama dowiedziałam się też troszkę o Wielkiej Brytanii, ponieważ autorka omawiając niektóre kwestie duńskie zestawiała ze sobą te dwa kraje. Dzięki takiemu podejściu czytelnik może poznać dwie perspektywy. Hellen obrazuje wizję Dani również dzięki wiedzy zdobytej od szeregu specjalistów i ekspertów. „Życie po duńsku” to dla mnie dwa w jednym. Pakiet podstawowych informacji o Danii w połączeniu z humorem.


Reasumując - Bardzo dobra, lekka i przyjemna lektura. Możecie być pewni że będziecie czytać książkę z uśmiechem na twarzy.

pokaż więcej

 
2017-06-01 17:37:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Mundus

Bardzo zależało mi na przeczytaniu tej książki. Jednak strona po stronie, byłam delikatnie mówiąc, coraz bardziej zniesmaczona. Lektura nie była za cienka, co mnie mocno zachęciło, bo wiele informacji zawsze w cenie, lecz zamiast ciekawej, zachęcającej treści, dostałam trochę podróżnej statystyki, szereg generalizacji oraz narrację pogłębiającą stereotypy.

”Skandynawski raj” to podróż dookoła...
Bardzo zależało mi na przeczytaniu tej książki. Jednak strona po stronie, byłam delikatnie mówiąc, coraz bardziej zniesmaczona. Lektura nie była za cienka, co mnie mocno zachęciło, bo wiele informacji zawsze w cenie, lecz zamiast ciekawej, zachęcającej treści, dostałam trochę podróżnej statystyki, szereg generalizacji oraz narrację pogłębiającą stereotypy.

”Skandynawski raj” to podróż dookoła szeroko pojętej Skandynawii z kiepskim przewodnikiem w osobie autora. Stereotypowo i niebyt głęboko, a wręcz płytko. Momentami miałam wrażenie, że prześmiewczy styl autora miał zakryć brak wystarczającej wiedzy. Nie każdemu z krajów autor poświęcił tyle samo uwagi. Takim przykładem jest potraktowana po macoszemu Norwegia. Przykładowo, Michael Booth ironizuje jak to Norwedzy obchodzą swoje święta narodowe ubierając się w śmieszne stroje i machając zabawnie flagami. Pojawiły się również kwestie o hektolitrach wylanej ropy, o rybach, drewnie i mleczarniach, jak również statystyki z tym związane. To co zapadło mi w głowie to stwierdzenie, że Szwedzi potrzebni są Norwegom do obierania bananów. Zamiast swoich pseudozabawnych aluzji, autor mógłby więcej czasu poświęcić na opisanie kultury i mentalności Norwegów. Być może wtedy ironie zrównoważyła by rzetelna wiedza. Trzeba też przyznać, że Islandia i Finlandia została potraktowane równie po macoszemu, gdzie ta druga otrzymała łatkę kraju alkoholików. Najwięcej uwagi autor poświęcił Szwecji i Dani, w ich przypadku Booth też nie pohamował się przed umacnianiem stereotypów. Książka mogłaby zawierać przynajmniej o 35% stron mniej. Gdyby wyciąć docinki autora i treści, które się powtarzają to myślę, że właśnie o taki procent książką straciłaby na objętości.

Podobno na drugie mam ironia, a na trzecie sarkazm, ale autor jakoś średnio mnie przekonał do swojego poczucia humoru. Kiedy będziecie czytać „Skandynawski raj” weźcie pod uwagę inne pozycje w tym samym zakresie, choćby po to, aby porównać sobie wiedzę przedstawioną przez Michaela Bootha, z tym co przedstawiają inni. Na pewno można dowiedzieć się kilku ciekawostek i choćby z tego powodu warto sięgnąć po lekturę, ale kwestią zupełnie indywidualną jest to, jak odbierzecie formę przekazu tej wiedzy.

Reasumując - książka nie była bardzo zła, ale czytało się ją fatalnie!!! Za dużo liczb i historii dziwnej treści, ale przede wszystkim nadęcia autora, który przez swoją narrację pogłębiał jedynie stereotypy. Miałam też takie poczucie, jakby autor robił nam łaskę, że w ogóle napisał tę książkę, co więcej dostosował swoje myśli i treść książki do opinii na temat Skandynawów, którymi równie często operuje.

To że Skandynawia to „raj”, to pojęcie względne i tu nie odnoszę się do przewrotności autora, a do stanu faktycznego. Oczywiście należy zapytać jak poszczególni odbiorcy definiują słowo raj, bo jest to kwestia bardzo indywidualna. To nie region dla każdego. Jest bardzo specyficzny pod wieloma względami, szkoda tylko, że autor nie przedstawił nam wystarczającej wiedzy w tym zakresie. Bardzo mi tego brakowało.

Zapraszam Michaela Bootha do Polski. Przeczytam z ogromną przyjemnością reportaż na temat naszej ojczyzny.

pokaż więcej

 
2017-06-01 17:28:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

„Szwedzkie lato to najlepszy dzień w roku” - i bardzo dobrze! :) :)

Na temat Szwecji i jej mieszkańców, każdy ma swoje zdanie. Jedni mówią, że w Szwecji jest za zimno, inni że Szwedzi są za sztywni, a jeszcze inni, że jest tam za drogo, gdzie akurat to ostatnie to niestety prawda. Choć osobiście kocham Norwegię miłością niepodważalną, to dzięki Natalii Kołaczek w Szwecji poczułam się jak w...
„Szwedzkie lato to najlepszy dzień w roku” - i bardzo dobrze! :) :)

Na temat Szwecji i jej mieszkańców, każdy ma swoje zdanie. Jedni mówią, że w Szwecji jest za zimno, inni że Szwedzi są za sztywni, a jeszcze inni, że jest tam za drogo, gdzie akurat to ostatnie to niestety prawda. Choć osobiście kocham Norwegię miłością niepodważalną, to dzięki Natalii Kołaczek w Szwecji poczułam się jak w domu.

„I cóż że o Szwecji” to bardzo przyjemna podróż w różne mentalne zakątki narodu szwedzkiego. Co ważne, jest to podróż w zakątki nie tylko te aktualne, ale również te historyczne. Dodatkowym atutem jest towarzystwo sympatycznego przewodnika w osobie Pani Natalii Kołaczek, której głowa przepełniana jest nie tyle suchą i książkową wiedzą, co ogromnym doświadczeniem i miłością do Szwecji i Szwedów.

Zaangażowanie autorki można dostrzec również dzięki zamieszczonym przez nią autorskim zdjęciom. Dzięki temu książka zyskuje swoją osobowość, a raczej jej karty są przesiąknięte osobowością autorki. Natalia Kołaczek stworzyła obraz Szweda posługując się dowcipem i lekkim piórem. Z mojego punktu widzenia to trochę takie oswajanie polaków ze szwedzką mentalnością. Mamy zarazem zestawienie zimnego i zdystansowanego obywatela północy, w humorystycznym ujęciu polskiego oka.

”I cóż że o Szwecji” to lektura zdecydowanie dla każdego. Czytelnicy, którzy zaczynają swoją przygodę ze Szwecją, dowiedzą się wielu ciekawych rzeczy. Natomiast osoby, które dobrze znają Szwecję, docenią zabawny język i ciekawy sposób przekazu. Co więcej, czytając czułam się jakby autorka siedziała obok i opowiadała mi historie o kraju, który na pewno nie jest jej obojętny. W każdym rozdziale można znaleźć coś dla siebie i każdy rozdział okraszony jest szczyptą humoru. Osobiście popłakałam się ze śmiechu czytając rozdział „Wszystko zostaje w rodzinie?”.

Siłą tej książki jest również inteligencja autorki i jej wyczucie czytelnika. Nie sztuką jest mieć wiedzę i wyłożyć ją w sztywny, niewiele znaczący sposób. Takich książek mamy od groma. Co ważne, Natalia Kołaczek nie pisze po to, aby zarzucić nas setkami stron suchej wiedzy.

„I cóż że o Szwecji” jest dowodem na to, że można pisać dla innych, i jednocześnie zarażać pasją.

POLECAM! ŚWIETNA LEKKA LEKTURA!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
52 49 358
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (21)

Ulubieni autorzy (2)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd