InezStanley 
Mój książko-holizm zaczął się od przeczytania Harry'ego Pottera , no i zakochałam się w książkach od pierwszego wejrzenia:) A teraz to ja bez przeczytanej książki życia , a nawet dnia nie wyobrażam :) Po prostu kocham książki!!!!!!! Dla mnie książki są życiem , oderwaniem się od rzeczywistości oraz niesamowitą dawką wrażeń i wzruszeń , jak i ogromem emocji :)
25 lat, kobieta, status: Czytelniczka, ostatnio widziana 18 godzin temu
Teraz czytam
  • Czy jesteś psychopatą? Fascynująca podróż po świecie obłędu
    Czy jesteś psychopatą? Fascynująca podróż po świecie obłędu
    Autor:
    Autor "Człowieka, który gapił się na kozy" powraca z nową książką! To opowieść o obłędzie. Wszystko zaczęło się spotkania Jona Ronsona z akademicką specjalistką z zakresu neurologii. Podobn...
    czytelników: 1763 | opinie: 63 | ocena: 6,77 (493 głosy) | inne wydania: 2
  • Enklawa
    Enklawa
    Autor:
    Wyspy Owcze. Jedno z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Od 1988 roku zdarzyło się tutaj tylko jedno morderstwo, a mieszkańcom pojęcie przestępstwa jest właściwie nieznane. Farerzy żyją spokojnie...
    czytelników: 3758 | opinie: 281 | ocena: 6,82 (1856 głosów)
  • Grzech
    Grzech
    Autor:
    Gdy tajemnica staje się przedsionkiem piekła... Głęboko skrywana, ma nigdy nie ujrzeć światła dziennego, powinna zostać zapomniana, a jednak powraca każdej nocy w niespokojnym śnie. Upalny czerwiec. W...
    czytelników: 388 | opinie: 40 | ocena: 6,5 (133 głosy)
  • Milion małych kawałków
    Milion małych kawałków
    Autor:
    James budzi się na pokładzie samolotu z wybitymi zębami, złamanym nosem i rozciętym policzkiem. Nie wie, dokąd leci ani co się z nim działo przez ostatnie dwa tygodnie. Ma dwadzieścia trzy lata, od dz...
    czytelników: 10838 | opinie: 391 | ocena: 8,07 (3442 głosy) | inne wydania: 1
  • Mimo moich win
    Mimo moich win
    Autor:
    Nie, nie jestem bez winy, ale zanim mnie osądzisz, pozwól, że coś Ci powiem. Pomyśl o mężczyźnie, którego kochasz najbardziej. Pomyśl o każdej wspólnej chwili wypełnionej rozmowami i milczeniem, o lep...
    czytelników: 4399 | opinie: 246 | ocena: 7,52 (1575 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-02 18:52:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:

Witajcie, dzisiaj przychodzę do Was z krótką recenzją krótkiej, aczkolwiek bardzo dynamicznej powieści, którą miałam okazję w ostatnim czasie przeczytać. Nie jest to debiut autorki, więc zaczynając, miałam nadzieję, że nie okaże się słaba.
Szczerze mówiąc teraz każdy może siąść przed komputerem, laptopem, a nawet na telefonie czy tablecie jest w stanie zacząć pisać książkę. Jednak to silna...
Witajcie, dzisiaj przychodzę do Was z krótką recenzją krótkiej, aczkolwiek bardzo dynamicznej powieści, którą miałam okazję w ostatnim czasie przeczytać. Nie jest to debiut autorki, więc zaczynając, miałam nadzieję, że nie okaże się słaba.
Szczerze mówiąc teraz każdy może siąść przed komputerem, laptopem, a nawet na telefonie czy tablecie jest w stanie zacząć pisać książkę. Jednak to silna wolna jest jedynie w stanie doprowadzić do końca opowieści, którą sobie wymyślimy. Nie każdy ten dar posiada. Rynek jest przepełniony młodymi autorami, świeżymi, którym ciężko jest się przebić na wyżyny, gdzie mogli by zostać zauważeni. Tak jak i ja, nigdy nie słyszałam o autorce, dopiero gdy moja przyjaciółka przeczytała tę książkę opowiedziała mi o niej i ja postanowiłam spróbować zgłaszając się do Pani Ani. I co mi z tego przyszło?
Anna Mytyk - Urodzona w Lublinie i na stałe związana z tym miastem. Jest żoną i mamą. Anna ma w planach wydanie kilku powieści, które wywołają u czytelników gęsią skórkę. Córka Gangstera to jej trzecia powieść. Nowa książka autorki Anny Mytyk. Tym razem również autorka nie bała się sięgnąć po trudny temat i stworzyła powieść o trudnej, niezwykle skomplikowanej miłości.
Rose nigdy nie miała łatwego życia. Kiedy miała zaledwie miesiąc, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Maleńka Rose trafiła do domu dziecka. Jej dzieciństwo zatem nie było usłane różami. Po kilku latach trudnego życia młoda kobieta przyzwyczaiła się do swojego losu i żyła z dnia na dzień, ciesząc się każdą chwilą. Jej pozorne szczęście w szybkim czasie okazuje się być jedynie iluzją. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie Rose dowiaduje się, że...była córką gangstera, który zmarł niedawno i zostawił jej w spadku cały swój majątek. Ta szokująca wiadomość jest początek najpiękniejszych i zarazem najtrudniejszych chwil w jej życiu...
Jest to moje pierwsze spotkanie z piórem Anny Mytyk i na wstępie przyznam, że nie było tak źle. Owszem czasami zdania wydawały się niekoniecznie w pełnie rozbudowane, etc., ale nie była to wersja po korekcie, więc się nie czepiam. Pisarka ma lekkie pióro, bardzo dynamiczne, ale niestety wadą jest ulotność. Tak, jak szybko przeczytałam tę książkę, to nic w mojej głowie nie zostało na dłużej. Na plus oczywiście jest to, że jeśli się zdecydujecie, to bardzo szybko ją poznacie w całości ze względu jak na formie elektronicznej jest ponad dwieście stron, ale czcionka jest bardzo duża, więc strona za stroną znikają w szybkim tempie. Nie powinniście mieć jakichkolwiek blokad podczas lektury, bo styl naprawdę jest prosty i przystępny.
Reasumując, myślę, że lekkie pióro może Wam się spodobać i dzięki temu gdy będziecie potrzebować takiej lektury, niezobowiązującej, śmiało będziecie mogli sięgnąć po recenzowaną dziś powieść.

Rose, nasza główna bohaterka niestety nie przypadła mi do gustu. Zachowywała się jak rozpieszczona, rozkapryszona i nieodpowiedzialna dziewucha, w dodatku nie wiedząca czego chce, zmieniająca zdanie w przeciągu minuty dziesięć razy. Działała mi okropnie na nerwy, ale to już chyba taka jej uroda.
Jest również Paul, który swoje ma za uszami, ale i do niego nie zapałałam sympatią. Postacie są w miarę w porządku, ale niestety ze względu na małą ilość stron, nie jesteśmy w stanie zapoznać się z nimi bliżej, nie zdążyłam ich nawet polubić, bo... skończyłam czytać tę książkę.
Czy Wy ich polubicie - nie mam pojęcia, mam nadzieję jednak, że tak będzie.
Główny zarzut w stronę autorki mam taki, że Córka gangstera jest ZA KRÓTKA. Tutaj mamy do czynienia z tzw. szybką akcją. Ja rozumiem, ale nie jestem przyzwyczajona czytać krótkich, nierozbudowanych pozycji. Zdecydowanie wolę bardziej zaczytywać się w książce, w której są emocje, w której coś się dzieje, poznajemy dokładnie bohaterów, sytuację, a tutaj nie było na to czasu - i to niestety gryzło mnie najbardziej. Jeśli Wy lubicie takie szybkie lektury to nie mam oporów w tym, by Wam polecić. Jeżeli jednak oczekujecie dopracowanej, szczegółowej lektury, w której wszystko jest rozbudowane to nie spodziewajcie się wiele.
Anna Mytyk to polska autorka, pisząca książki z gatunku powieści obyczajowych, które swoją tematyką poruszają trudne tematy społeczne, jak np. przemoc domowa. W swoim dorobku ma także powieść erotyczną pt. "Pani męskich umysłów". Prywatnie szczęśliwa żona i matka, a także miłośniczka literatury i muzyki. Obecnie pracuje nad kolejną powieścią, której roboczy tytuł to "Przeszczepiona miłość".
Tym razem jednak autorka postanowiła pójść w nieco innym kierunku i stworzyła typowy romans. Nie myślcie jednak, że historia Rose to typowe, tanie romansidło, w którym brak jakichkolwiek wartości. Nic bardziej mylnego. Z racji tego, iż główna bohaterka miała trudne dzieciństwo, w książce tej nie zabraknie emocji i wielu przemyśleń. To czego mi jednak w niej zabrakło, to bardziej szczegółowych opisów dotyczących właśnie owych sytuacji, jednakże wiem, że istnieje wielu czytelników, którzy lubią czytać krótko, zwięźle i na temat, więc finalnie nie oceniam tego źle. Ot, co prostu lubię długie historie.
Całą historię poznajemy z perspektywy głównej bohaterki, jednakże opisów dotyczących uczuć Paula (drugiego głównego bohatera) na szczęście również nie zabraknie, dzięki czemu historię tę możemy nieco lepiej poznać i przede wszystkim zrozumieć.
Myślę również, że autorka cały czas ćwicząc w końcu nadrobi te błędy, jakie występowały w Córce gangstera i kto wie, może w najbliższym czasie odda nam tytuł, który będzie miał odpowiednio rozbudowaną treść, co za tym idzie długość, będziemy mogli odczuwać emocje, a tempo, które tu jest szybkie również będzie w kolejnej powieści? Miejmy nadzieję.
Powieść tę polecam głównie tym, którzy lubią sięgnąć po te nieco mniej wymagające pozycje, przy lekturze których można się po prostu zrelaksować. Idealnie spisze się na wieczór po ciężkim dniu w pracy, czy też wtedy, gdy będziecie potrzebować lektura, która nie zobowiązuje do niczego, a w dodatku jest lekka, którą czyta się w mgnieniu oka. Myślę, że gdybym miała się do czegoś doczepiać, to tylko do długości książki - jak dla mnie było za mało, za krótko, zbyt ogólnikowo. Jednak jeśli lubicie czasem poczytać takie pozycje - serdecznie zapraszam. "Córka Gangstera" to idealna lektura także dla wszystkich fanów powieści, w których nie brak dreszczyku emocji i zaskakujących zwrotów akcji. Myślę, że warto dać szanse autorce.
Decyzję, czy się skusicie czy nie - musicie podjąć sami. Ja jestem otwarta na nowych autorów, dlatego z całą przyjemnością staram się czytać, poznawać i mniej więcej nieco pomóc młodemu pisarzowi podpowiadając tym samym, co mnie, jako wymagającemu czytelnikowi brakuje.
Będę jednak jak to ja, podglądać dalsze poczynania młodej pisarki i zapewne będę starała się poznać dwie poprzednie powieści. Jestem ciekawa warsztatu i postępów Autorki. :)
Życzę więc Ani samych dalszych sukcesów i weny, która nigdy jej nie opuści. :)
A więc jak, skusicie się?

Autorka bestsellerowego "Nowego życia" powraca po dłuższej przerwie z nową powieścią. W "Córce Gangstera" nie zabraknie emocji, gwarantuję Wam to. Są łzy smutku, a także i radości. Miłość i tajemnice. Władza i pieniądze. To wszystko, połączone w jedną całość daje nam niezapomnianą i wzruszającą historię. Szczerze polecam!

pokaż więcej

 
2018-11-27 18:15:28
Ma nowego znajomego: EdytaDe
 
2018-11-27 17:14:22
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, WydawnictwoKsiążnica

Survivalowy romans oparty na faktach!

Miało być tak pięknie. Para zakochany w sobie młodych ludzi otrzymuje ofertę od znajomych. Mają przepłynąć Pacyfik, z Tahiti do San Diego, ich luksusowym jachtem. Podróż tej dwójki nie będzie jednak bajkową wyprawą, na jaką się zapowiadała. 41 dni nadziei to elektryzująca historia o próbie przetrwania w uszkodzonej łodzi na środku oceanu.

Szczerze...
Survivalowy romans oparty na faktach!

Miało być tak pięknie. Para zakochany w sobie młodych ludzi otrzymuje ofertę od znajomych. Mają przepłynąć Pacyfik, z Tahiti do San Diego, ich luksusowym jachtem. Podróż tej dwójki nie będzie jednak bajkową wyprawą, na jaką się zapowiadała. 41 dni nadziei to elektryzująca historia o próbie przetrwania w uszkodzonej łodzi na środku oceanu.

Szczerze powiedziawszy, lektura zaczyna się jak każdy typowy romantyk. Dwójka osób w niespotykany sposób odnajduje swoje wzajemne osobowości, a w nich cząstkę siebie samych, tę brakującą część, która zgodnie ze schematem romantycznych baśni tworzy całość. Tami (oraz niespokojny duch mieszkający wewnątrz niej) czekała tylko na skończenie szkoły, aby móc wyrwać się spod narzucanych zasad rodziców i otoczenia. Wkrótce po tym wyruszyła na spotkanie z przygodą, o której zawsze marzyła. Zaciągnęła się do pracy na statku, aby móc przemierzyć bezkresy oceanów i mórz. Richard – jej bratnia dusza, o której jeszcze nie ma pojęcia, to o wiele starszy bohater, którego serce i dusza wyrywają się ku wielkim przestrzeniom. Pewnego słonecznego dnia, podczas pracy Tami, zjawia się Richard – brodaty, umięśniony mężczyzna o lazurowo-błękitnych oczach i powalającym uśmiechu. Krótka wymiana zdań uświadamia młodym ludziom ich wspólne pasje. Nieplanowana znajomość przeradza się w wielką namiętność i zainteresowanie, wkrótce Richard zaprasza Tami na kolację, podczas której okazuje się, że podzielają oni miłość do podróży, pasję do żeglarstwa i odkrywania świata. Wyruszają w podróż życia, ich zadaniem jest dostarczyć powierzony im jacht do przystani po drugiej stronie równika. Czeka ich długa tułaczka pełna wrażeń, przygód i niespotykanych zwrotów akcji.

Setki tysięcy ton wody, niezbadany żywioł, który szybko może się zmienić w śmiertelną pułapkę. Wyobraźcie sobie dwójkę maluczkich na środku oceanu, w łódeczce jak łupinka, dwójkę zakochanych dla których jedyną nadzieją są własne umiejętności i doświadczenie. Czasem to niestety za mało. Dochodzi do tragedii i dalej musimy żeglować samotnie przez może naszego umysłu i wspomnień. "41 dni nadziei" to nie tylko książka o przetrwaniu i walce z żywiołem, to burza emocjonalna, która rozgrywa się w umyśle głównej bohaterki. Mocna i wzruszająca rzecz, tym bardziej przerażająca, że wydarzyła się naprawdę. Jest to historia, której warto wysłuchać, historia o zwykłych ludziach, których zdradziły własne pasje i marzenia.
Tami i Richarda łączy nie tylko miłość. Oboje kochają żeglarstwo i przygody. Pewnego dnia zakochani decydują się na dostarczenie łodzi z Tahiti do San Diego w Stanach Zjednoczonych. Spokojna podróż przeradza się w koszmar. Młodzi ludzie dostają się w sam środek tropikalnego huraganu. Richard nakazuje Tami schronić się pod pokładem i wyrusza na samotną walkę z żywiołem. Kiedy w jacht uderza potężna fala kobieta traci przytomność. Budzi się 27 godzin później. Kiedy wychodzi na pokład okazuje się, że łódź została kompletnie zniszczona, nie działają silnik ani radionadajnik. Jest sama na środku oceanu. I musi walczyć o przetrwanie. Bohaterowie powieści prezentują w niej wielką siłę miłości i siły przetrwania, która rodzi się w człowieku w niespodziewanych sytuacjach. Historia Richarda i Tami sprawia, że naprawdę chcę wierzyć i czekać na tak prawdziwe uczucie, jakie było pomiędzy tą dwójką. Samozaparcie, wiara i walka, którą prezentują w lekturze, napawają mnie optymizmem i wiarą w nieskończone możliwości ludzkiej siły. To, co prezentują bohaterowie w książce, przewyższa standardy ludzkiej natury, obrazuje potęgę i moc, która rodzi się w człowieku w nieoczekiwanych momentach.

Zacznijmy od tego, że Tami Oldham Ashcraft nie jest pisarką. Jest żeglarką, ocalałą z katastrofy osobą, która po latach chciała podzielić się swoimi wspomnieniami i doświadczeniami. Kiedy w przypadku "profesjonalnych" autorów z łatwością przychodzi mi wystawienie opinii, nawet tej najbardziej druzgocącej, tak recenzowanie czyichś wspomnień jest rzeczą dość śliską i trudną dla większości recenzentów. Jednak każdy, kto decyduje się na wydanie książki musi liczyć się z tym, że nie będzie ona traktowana bezkrytycznie. W przypadku biografii czy memuarów autor dostaje jednak duży kredyt a całość traktowana jest z przymrużeniem oka. Będę szczera. Jeśli "41 dni nadziei" byłoby fikcją literacką to zarówna na autorze jak i na edytorze nie pozostawiłabym suchej nitki. Jednak jest to powieść inspirowana faktami, i choć napisana po latach, to nadal trzeba liczyć się z tym , że przywołuje wspomnienia o tragicznych wydarzeniach związanych ze śmiercią bardzo bliskiej osoby. A to już nie podlega krytyce.

Podczas pechowego rejsu Tami miała zaledwie 19 lat jednak musicie państwo wiedzieć, że już wtedy była doświadczoną żeglarką,. Określenie swojej pozycji za pomocą układu gwiazd oraz prądów morskich było dla niej bułką z masłem. Jak mało kto znała się na nawigowaniu nawet w ekstremalnych warunkach. Kiedy doszło do zdarzenia na pokładzie znajdował się duży zapas wody pitnej oraz puszkowanego jedzenia. Tak naprawdę było tylko kwestią czasu kiedy dryfująca łódź zostanie dostrzeżona przez inne jednostki. Wszystko to wygląda ładnie, pięknie i przyjemnie dla osoby siedzącej przed telewizorem czy w fotelu a najbliższy akwen wodny to kałuża w jezdni. Wyobraźcie sobie obraz po burzy. Palące w oczy słońce oświetla połamane maszty i relingi, zerwany żagiel a za jedynego towarzysza mamy wszechobecną pustkę. Z burty samotnie zwiesza się linka do której przywiązana była najbliższa nam osoba. Osoba, której już nigdy nie zobaczymy. Skrajnie wyczerpani psychicznie, cierpiący fizycznie musimy walczyć o przetrwanie, uruchomić wszystkie nasze instynkty by ocalić życie. Walczyć z oceanem i czarną rozpaczą, emanacją żałoby, która kawałek po kawałku pożera naszą duszę. "41 dni nadziei" jest wewnętrznym dialogiem autorki, która walczy o przetrwanie swoje i pamięci o narzeczonym. To podróż z przeszłości, przez teraźniejszość aż do przyszłości. I choć momentami chaotyczna, to w tym chaosie jest wiarygodność, czytelnik widzi że wspomnienia są nadal żywe i nadal bolą, uczucia nadal są gorące a momentami brakuje słów by je opisać.

Książka 41 dni nadziei wywarła na mnie niesamowite wrażenie, prawdopodobnie jak żadna inna książka do tej pory. Wiąże się to chyba z moją niespokojną duszą i charakterem. Pod tym względem jestem podobna do głównej bohaterki Tami, która podobnie jak ja wyruszyła w wielki, odległy świat, by znaleźć siebie i spełnienie w życiu, swoje „JA”.

Choć powieść ta to zaledwie 240 stron maszynopisu, to muszę przyznać, że będzie to lektura wyłącznie dla prawdziwie zaangażowanych i zainteresowanych czytelników. Jeśli oczekujecie książki opisującej zmagania samotnej kobiety z żywiołem, typowej walki o przetrwanie gdzie liczy się każdy łyk wody i kęs jedzenia, to będziecie srodze zawiedzeni. Łódź naszej bohaterki była bardzo dobrze wyekwipowana. Jeśli liczycie na powieść psychologiczną rozgrywającą się w umyśle przerażonej, osamotnionej jednostki, to również się rozczarujecie. 70 procent powieści to wspomnienia z okresu "przed huraganem". Autorka wspomina szczęśliwe chwile, które spędziła wraz z narzeczonym. Osoby dla których pływanie jest pasją, a żeglarska terminologia jest bliska, będą oczarowane. Tym, które jachty i inne jednostki pływające oglądały jedynie w telewizji, spędzi sen z powiek. Przyznam szczerze, że przebrnięcie przez fachowe określenia i anatomiczne szczegóły łodzi było dla mnie nie lada wyzwaniem. I tu muszę podziękować zarówno Google jak i Wikipedii za poszerzenie mojej wiedzy. Żeglowanie może jest i przyjemnym sposobem na spędzanie czasu jednak z pewnością to nie najłatwiejsze hobby. Tak więc mamy tutaj zarówno elementy romansu jak i podręcznika żeglarstwa. Kolejne 20 procent to chwile "po uratowaniu". Autorka opisuje jak poradziła sobie po katastrofie, jak uporała się z żałobą i jakie wsparcie dostała od najbliższych. Wiecie, że dwa dni spędziła u fryzjera, który próbował rozczesać jej splątane i sklejone morską wodą włosy?

Zaledwie 10 procent to prawdziwa walka z żywiołem. Opis przeżyć na łodzi. Jak na książkę "survivalową" to troszeczkę mało prawda?
Nie da się ukryć, że Tami Oldham Ashcraft przeżyła piekło. Podziwiam ją za determinację i odwagę, za to że się nie poddała, umiała zachować zimną krew w tak kryzysowej sytuacji. Często zdarzają się momenty o których musimy opowiedzieć, podzielić się własną historią. Niestety tym razem zawiodła forma w jakiej wspomnienia te zostały przekazane. Wydaje mi się, że film jest zdecydowanie lepszym wyborem dla tego typu opowieści. Obrazy ruchome potrafią wiele wybaczyć a ich widzowie mają cierpliwość czego brakuje wielu czytelnikom. Jestem zadowolona, że poznałam historię Tami jednak wiem, że jest to książka dla pasjonatów. Jeśli kochacie żeglarstwo i macie ochotę na poznanie dwójki zakochanych ludzi, których miłość przegrała walkę z żywiołem to polecam. A ja? Ja idę obejrzeć film.

Historia opisana w książce oparta jest na faktach i prawdziwych przeżyciach. Autorka Tami Oldham Ashcraft to postać, którą poznajemy jako jedną z głównych bohaterek książki 41 dni nadziei.
Co stało się z drugim bohaterem książki – Richardem – gdzie jest i jakie znaczenie mają ich wspólne przygody w życiu Tami? Jak zakończyła się ich wspólna wyprawa do oddalonego o niezliczoną liczbę mil innego kraju? Koniecznie musicie dowiedzieć się, jak potoczyły się ich wspólne losy, jak zakończyła się ich wspólna wyprawa oraz jak wielkie i potężne znaczenie miała ich miłość dla Tami w chwilach słabości.
Warto czasami dać się porwać dryfującej łodzi na dzikim morzu , bo kurs jaki sobie obierze- mimo pewnych obaw- zabierze nas w to właściwe miejsce , tak jak Tami i Richarda.
„41 dni nadziei” to powieść, którą polecam Wam z czystym sumieniem. To historia, która porusza, daje do myślenia i uświadamia jak potężnym żywiołem, jest woda oraz prawdziwa miłość.

pokaż więcej

 
2018-11-24 21:58:20
Ma nowego znajomego: Bezimienna
 
2018-11-21 17:12:07
Została fanką autorki: Melissa Darwood
 
2018-11-21 17:11:58
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Grzech (tom 1)
 
2018-11-21 17:11:51
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-11-21 17:11:49
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Wysłannicy (tom 1)
 
2018-11-21 17:10:03
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2018-10-27 13:15:27
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione, Wydawnictwo FILIA
Autor:
Cykl: Komisarz Eryk Deryło (tom 3) | Seria: Mroczna strona

Max Czornyj – Pokuta. Ksiądz morduje w masce. Osobowość wieloraka w akcji…

Max Czornyj w powieści „Pokuta” odwołuje się do psychiatrycznego pojęcia „osobowości wielorakiej”. Wzorem sadystycznego szaleńca myli tropy, dając czytelnikom thrillerów sporo radości.

„Wciągam po­wiet­rze, je­go haus­ty, tak ner­wo­wo, jak gdy­by miały być moimi os­tatni­mi, zu­pełnie jak­bym już nig­dy miała nie...
Max Czornyj – Pokuta. Ksiądz morduje w masce. Osobowość wieloraka w akcji…

Max Czornyj w powieści „Pokuta” odwołuje się do psychiatrycznego pojęcia „osobowości wielorakiej”. Wzorem sadystycznego szaleńca myli tropy, dając czytelnikom thrillerów sporo radości.

„Wciągam po­wiet­rze, je­go haus­ty, tak ner­wo­wo, jak gdy­by miały być moimi os­tatni­mi, zu­pełnie jak­bym już nig­dy miała nie poczuć go w płucach. Is­tnieje tam praw­dzi­we piekło, roz­nieca się pożar, napędza­ny no­wymi dos­ta­wami tle­nu. Jak­by ka­ra za grzechy, które nieg­dyś po­pełniłam. Jak po­kuta, narzu­cona na mnie za coś, o czym już nikt nie pa­mięta ani nie myśli. Jak coś, co nie po­win­no się wy­darzyć, a jed­nak stało się. Wszys­tko, co zos­tało puszczo­ne w niepa­mięć wróciło roz­ry­wając moją oso­bowość na małe dro­bin­ki. Każda przyk­ra chwi­la stanęła przed ocza­mi mo­jego su­mienia, jak gdy­by chciała dać mi do zro­zumienia, że to wca­le nie ko­niec, że to do­piero początek. Przyj­muję ciosy, nie opieram się, jes­tem bier­na w tej wal­ce. Gdzieś po­między krzy­kiem a płaczem sta­je za mną ktoś, kto kładzie swoją zimną dłoń na moim na­gim ra­mieniu i szep­ce mi do ucha. Szep­ce nies­tworzo­ne rzeczy, mrożące krew w żyłach po­mysły i idee. Po­pycha mnie w stronę, w którą nie chcę iść, nie chcę podążać w kierun­ku, który nie zos­tał ob­ra­ny prze­ze mnie świado­mie. Prze­suwa kościs­ty­mi pal­ca­mi po mo­jej szyi, przeszy­wając mnie swoją lo­dowa­tością. Z każdym dreszczem przepływającym przez mo­je ciało, budzi się we mnie coś, co niszczyłam przez całe swo­je życie. Zmar­twychwsta­je to, co – jak myślałam – za­biłam na wieki. Sta­je na no­gi i jest go­towe do zem­sty; pełne chęci wal­ki i ener­gii, by spros­tać każde­mu wyz­wa­niu i każdej przeszkodzie. Budzi się we mnie zwie­rze.- W samym centrum zbrodni.”
Z przełożeniem ostatniej kartki nastąpił moment smutku i żalu. Oczy nabiegły łzami, usta pozostały lekko rozchylone w grymasie zdziwienia, gardło błagało o kilka kropel wody. Oto nadszedł finał uganiania się za Cztery Iksem. To była pogoń pełna przeszkód, wyboistych zakrętów i krwistych niespodzianek, które nie pozwalały się oderwać od lektury. Czas z Pokutą był jak płomienny romans, który niespodziewanie się zakończył. A ja pragnę być dalej pieszczona tymi bezeceństwami, pokrętnie wypluwanymi słowami Iksa i tymi skrupulatnie opisanymi zbrodniami. Zdecydowanie Max Czornyj osiągnął wyżyny w polskim kryminale.- Książkę odłożyłam kilka dni temu. Odpokutowałam swoje, ale zostałam powalona na kolana i nadal tkwię w tym stanie, emocjonalnego huraganu, jaki pozostawiła po sobie finalna powieść tej trylogii.

Drugie półrocze dla Maxa Czornyja jest bardzo płodne. Niedawno jeszcze rozpływałam się nad Najszczęśliwszą, a już mogłam głaskać strony Pokuty. To, co mnie raduje od środka to fakt, że autor zgrabnie pnie się do góry ze swoimi książkami. Każdej kolejnej premiery się boje. Boje się, że w końcu zabraknie mi słów, by opisać zachwyt, jaki mnie wypełnia podczas lektury jego powieści. Zdecydowanie Czornyj porządnie wyostrzył swoje pióro, którym doskonale manewruje pomiędzy scenami morderstw, śledztwa czy dramatów.

„Ktoś powiedział, że psychopaci są jak tanie dziwki. Pociągają, ale jak się za bardzo zbliża, mogą zostawić syfa.”

Pokuta to trzecia część serii o komisarzu Eryku Deryle wieńcząca zmagania policji z nieobliczalnym seryjnym mordercą Cztery Iksem. Oto pogoń dobiega końca, a zwyrodnialec zostaje schwytany. Zaczynają się przesłuchania, badania psychologiczne. Wszyscy się starają dowiedzieć, z kim mają do czynienia i co drzemie w jego chorym umyśle. Ale na rozwiązanie trzeba poczekać do końca historii. Eryk Deryło nadal jest pierdołą i nie zyskał mojej większej sympatii, jednak to nie on tu grał solówki. Ta część jest przesiąknięta jeszcze większym złem, psychozą i krwią, która kapie ze stron, próbując nam wyjaśnić, w co zostaliśmy wplątani.
Bezwzględnie jestem fanką kreatywności Maxa Czornyja. Brutalne mordy to jedno, ale te porównania! Wręcz czułam je nie tylko na skórze. To one jeszcze silniej podkreślały sceny, budząc niesmak, obrzydzenie, ale i chorą fascynację. Momentami naprawdę żal mi było mrugać, aby nie marnować tych cennych sekund na głupoty. Kolejnym atutem książki jest sam morderca: bezwzględny, szalony, nieprzewidywalny. I pomyśleć, że już przy Ofierze go obstawiałam, ale potem porzuciłam swoje typy. Mimo dość wczesnych podejrzeń, to było miłe zaskoczenie i jak najbardziej spełniło moje oczekiwania względem finału.

„Rzeźnia jest miła jak matka. Ale z tą matką się nie sypia.”

Jeśli chodzi o same morderstwa, to zakładałam, że po moich romantycznych chwilach w ramionach twórczości Cartera i Ketchuma, nic nie jest w stanie mnie zagiąć. A jednak! Jeden rozdział został tak opisany, że poczułam mdłości. Niby prosta tortura, ale została opisana w tak czornyjowy, odrażająco-świdrujący w umysł sposób, że nawet teraz nie mogę wyjść z podziwu. To już chyba tradycja, że jakiś rozdział z książek Czornyja musi zapaść mi szczególnie w pamięć, a ten po prostu wyrył się grubą kreską. I jeszcze te ostatnie zdanie zamykające książkę. Poczułam się, jakbym liznęła śmietankowego loda tuż przed jego upadkiem na chodnik. Nie wiem, jak ja teraz wytrzymam do kolejnej premiery. Nie wiem.

Kiedy ksiądz traci porcelanową maskę z kawałkami luster weneckich zamiast oczu i trafia pod obserwację psychiatrów, seria zbrodni ma się zakończyć. Staje się jednak inaczej. Już na powitanie człowieka w koloratce, zginie kolejna osoba. Krwawo i bez sensu, Czy zatem ksiądz posiadł zdolność bilokacji? Wypytywany przez profilera będzie bawił wodził go za nos, prezentując kolejne wcielenia swojego ja. Casanovę, Borgię, czy sadystycznego Ciula, przy którym de Sade jest szarmancką odmianą osobowości tego zwyrodnialca. Ale jak w porządnych thrillerach bywa, główni bohaterowie okażą się kimś zupełnie innym, za to policjanci prowadzący śledztwo, drogą żmudnych analiz, ale i podpowiedzi zwyrodnialca, wpadną na trop.
Jako już zadeklarowana fanka Maxa Czornyja, z niecierpliwością czekałam na premierę „Pokuty”. Uważam, że była to najlepsza część z całej serii. Autor od pierwszych stron wprowadza niesamowite napięcie, które rośnie ze strony na stronę. Ja nie byłam w stanie odłożyć książki, dopóki nie poznałam finału tej historii. Rozdziały są krótkie i tak zakończone, że jeszcze mocniej wzbudzają zainteresowanie czytelnika. Opisy tortur silnie działają na wyobraźnię, a zaskakujące zwroty akcji wciągają nas coraz głębiej w wir wydarzeń. Przyznaję się szczerze, że nawet mnie w pewnych momentach przeszedł dreszcz. Nie należę do osób strachliwych i wyznaję podobną filozofię do autora: boimy się o „coś”, a nie „czegoś”. Uważam jednak, że każdej dobrej lekturze powinny towarzyszyć emocje. Ta wywołuje zdenerwowanie, gniew, momentami przerażenie.

„Lepiej mieć jednego sprawcę niż całą grupę. Chociaż mnie myśl o tym, że mogli wszystko zaplanować, sprawiła ulgę. Bogu dzięki, że ten świr mógł mieć wspólnika.
-Co ty pleciesz?
-Dzięki temu podtrzymuję nadzieję, że to tylko banda popaprańców. A nie jakiś cholerny diabeł.”

W tej części autor dał nam możliwość przyjrzenia się antagoniście, wchodzimy w umysł Cztery Iksa. Jest to jednak proces skomplikowany, można powiedzieć, że przyglądamy się mu z wielu stron .Było to jednak równie interesujące doświadczenie, jak obserwowanie zmagań Deryły. Komisarza poznaliśmy bliżej już w poprzednich częściach, jednak teraz na światło dzienne wychodzą sekrety z przeszłości. Jego sytuacja rodzinna nie należy do najłatwiejszych, pochłania ona sporą część jego myśli. Jednak priorytetem jest dla niego rozwiązanie zagadki. Kto jest mordercą? Czy Cztery Iks działa sam? Jak mógł zabić skoro jest zamknięty w izolatce pod stałą obserwacją?

I jak to w takich fabułach bywa, to w ostateczności okażą się tropioną zwierzyną, a trup będzie padał gęsto, często wcześniej spektakularnie płonąc. Max Czornyj przy okazji poszedł w ślady Remigiusza Mroza, który w niektórych powieściach zwykł kończyć swoje rozdziały pytaniem, czy stwierdzeniem, każącym jeszcze szybciej przewracać kartki. Te pytania pojawiały się także w mojej głowie podczas czytania. Jednak stała się rzecz wyjątkowa. Pierwszy raz nie starałam się usilnie wytypować sprawcy. Dałam się wciągnąć w całości fabule oraz temu jaki autor miał pomysł na rozwiązanie tej tajemnicy. Strony przewracały się same, niecierpliwość i niepokój rosły, a zakończenie było niespodziewane, zaskakujące i ogromnie satysfakcjonujące. Trzy części serii ułożyły się w jedną logiczną całość. Wywołało to wręcz uśmiech zadowolenia na moich ustach, ponieważ mało jest książek, które tak mnie porwały.
Każdy książkoholik ma chyba listę swoich ulubionych pisarzy. Moim ulubionym jest jak do tej pory Jo Nesbø, jednak Max Czornyj depcze mu po piętach. Mam tylko nadzieję, że nie było to moje ostatnie spotkanie z komisarzem Deryło E.

„Pokuta” to popis erudycyjnej strony Maxa Czornyja. Garść informacji o metodach wywiadu psychiatrycznego, eksplorowanie owej osobowości wielorakiej, wszystko to ma dać przeświadczenie czytelnikom, że mają przed sobą coś więcej niż kryminał. Bez przesady – to po prostu sprawny thriller z zaskakującymi suspensami i odrobiną prywatnego życia komisarza Eryka Deryły.

„Tak zwany SPD. Stan Przedspoczynkowego Dupczenia. Dupczenia nie w żadnym seksualnym aspekcie, a w takim, że dupa bolała od siedzenia na fotelu i zgłębiania internetowych ciekawostek o praworządności ostatnich wyborów w San Escobar. Zwyczajowa sugestia od przełożonych, że czas się pożegnać. Zero przydzielanych spraw, zero perspektyw, zero bonusów. W przeciwieństwie do CDU (Czas do Upierdolenia), podczas którego pojawiały się symptomy możliwego przeniesienia, SPD było sympatycznym zwieńczeniem kariery.” :) :) :)

Gorąco Zachęcam do lektury!!!!

pokaż więcej

 
2018-10-11 18:19:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione, WydawnictwoMUZA

"Pułapki przyjemności" rozmowa z Robertem Rutkowskim.

Prowadząc hedonistyczny tryb życia, można wpaść w wiele pułapek. Kiedy przyjemność staje się toksyczna i w jaki sposób może zatruwać człowiekowi życie? O uzależnieniu od przyjemności?

Uwielbiam ten czas, kiedy mogę zająć się sobą! W nadziei spędzenia uroczego i budującego popołudnia sięgnęłam po książkę jednego z moich ulubionych...
"Pułapki przyjemności" rozmowa z Robertem Rutkowskim.

Prowadząc hedonistyczny tryb życia, można wpaść w wiele pułapek. Kiedy przyjemność staje się toksyczna i w jaki sposób może zatruwać człowiekowi życie? O uzależnieniu od przyjemności?

Uwielbiam ten czas, kiedy mogę zająć się sobą! W nadziei spędzenia uroczego i budującego popołudnia sięgnęłam po książkę jednego z moich ulubionych psychologów - Roberta Rutkowskiego... I.. zamiast relaksu, zostałam walnięta w łeb!

"Zatem święta zasada, od której nie ma odstępstwa (niezależnie od tego, czy jesteśmy pracownikami, czy właścicielami): w momencie, kiedy jesteśmy w domu, nie powinniśmy mieć nic wspólnego z pracą".

Przecież to miała być książka o przyjemnościach, ok o pułapkach przyjemności, ale, żeby tak już na początku burzyć mój idealny świat? Ale że niby jak?

"Mówiłem wcześniej, że nie należy przenosić pracy do domu. Większość z nas tego nie potrafi i problemy związane z pracą próbuje rozwiązywać również poza nią, czyli w czasie, który powinien być przeznaczony tylko i wyłącznie na odpoczynek, regenerację. Nie da się rozwiązywać problemów i efektywnie regenerować. Kiedy myślę o pracy w czasie wolnym, to osłabiam zdolności regeneracyjne. Jeżeli budzę się i nie mając jeszcze uruchomionej funkcji „powitanie dnia”, analizuję, co czeka mnie dzisiaj w pracy, to znaczy, że już od tego momentu w niej jestem, w myśl zasady: „Jesteśmy tam, gdzie są nasze myśli”. Najpierw należy wyjrzeć przez okno, uśmiechnąć się, głośno powiedzieć: „Witaj, piękny świecie, to będzie udany dzień!”, po czym spokojnie zasiąść do najważniejszego posiłku, czyli śniadania. Dopiero potem, może na parkingu w samochodzie, w metrze, autobusie, w drodze do pracy, możemy delikatnie przekierowywać się na zadania zawodowe". Kolejny cios! Jak teraz to wszytko sobie poukładać? Na szczęście są wakacje, czas wolny od mojej pracy... Zatem niech to będzie czas spokojnego powrotu do siebie samej, do tego, co lubię robić poza pracą, do moich pasji, marzeń, tego, co kocham :)
Książka cudna, ale wbiła mnie w fotel wiele razy. Tak to już jest z panem Robertem Rutkowskim. Uwielbiam go... Słucham wszystkich jego audycji, wykładów. Zwyczajnie trafia do mnie w 200%. Ale co potem z tym zrobić? Cóż, chyba trzeba zakasać rękawy i zabrać się, nomen omen, do pracy... nad sobą oczywiście...

"W naszym życiu najważniejsza jest harmonia i równowaga. Jeśli jest czas pracy, to powinien być też czas zabawy (...) Podprogowo powinniśmy pamiętać, że chociaż mamy świetną pracę, w której się doskonale czujemy, nie zwalnia nas to z obowiązku, żeby zadać sobie minimalny wysiłek, wyłączyć aplikację bycia wygodnickim leniem i poszukać aktywności, która nie ma nic wspólnego z zarabianiem pieniędzy. To po prostu działa".
Teraz o samej książce. Bardzo warto ją przeczytać.
Wywiad, który przeprowadziła Irena Stanisławska dotyczy kilku kwestii, podzielonych na rozdziały.

Autor opowiada o : jedzeniu, seksie, praca, odpoczynku, relacjach międzyludzkich i ich pułapkach. Czasami miałam wrażenie jakby pan Robert obnażał to, o czym wiele osób boi się mówić. Jak czerpać prawdziwą przyjemność z pracy, jedzenia, seksu, zabawy, sportu, zakupów, a nawet gier liczbowych? Gdzie jest granica, za którą zaczyna się uzależnienie, a pasja staje się obsesją? Jednym słowem – jak mądrze korzystać z przyjemności, o tym w rozmowie psychoterapeuty Roberta Rutkowskiego i dziennikarki Ireny A. Stanisławskiej.
Po intensywnym wysiłku fizycznym, np. długim biegu, mózg wydziela endorfiny podobnie jak po zażyciu heroiny. Gigantyczny dystans – powyżej czterdziestu kilometrów – potrafi spowodować „totalny odlot”, często wyłączający człowieka z rzeczywistości. Uzależnienie od własnego wizerunku, to konsekwencja stanu, w którym wraz z pierwszą operacją plastyczną czy efektami diety widzi się przed sobą nieskończone możliwości. Poddanie się terrorowi fitnessu może mieć związek z chęcią doświadczenia dobrze znanego kopa adrenalinowego. Niekontrolowane zakupy dają wieloetapową przyjemność. Uzależnić i stać się obsesją mogą nie tylko używki, seks, praca czy gry hazardowe. Niezwykle łatwo przyzwyczaić się do przyjemnych czynności, działań. Dlatego tak istotna jest umiejętność zarządzania przyjemnościami. W bezpiecznej dawce wprowadzają w stan odprężenia i stanowią zdrową odskocznię od obowiązków, czyniąc ludzi bardziej zadowolonymi, spełnionymi, po prostu szczęśliwszymi, w nadmiarze prowadzą do szkodliwych przyzwyczajeń.

„Pułapki przyjemności” to zapis rozmowy, momentami bardzo poważnej, a jednocześnie utrzymanej w lekkim i swobodnym tonie, na temat tego, jak odpowiednio sprawiać sobie radość. Robert Rutkowski, autorytet w dziedzinie uzależnień, prezentuje mechanizmy wchodzenia w nałogi i pokazuje, kiedy powinna zapalić się lampka kontrolna, tak aby można było zareagować, zanim dojdzie do utraty kontaktu z rzeczywistością. Co najważniejsze, psychoterapeuta wielokrotnie zwraca uwagę na istotny wątek – możliwość przejrzenie się w lustrze przyjemności. To, po jakie człowiek najczęściej sięga i od jakich najszybciej się uzależnia, może bardzo dużo powiedzieć o nim samym, jego osobowości, doświadczeniach.

Chcąc się rozwijać, czego wielu z nas tak bardzo pragnie, wydając często duże pieniądze na różnorakie szkolenia czy treningi, zadbajmy o wejrzenie w siebie samych, w odpowiednim momencie swojego życia, przy odpowiednich ludziach. Niektóre narzędzia, choćby najdroższe i najskuteczniejsze, będą bezużyteczne, jeśli użyjemy ich wtedy, gdy nie będziemy jeszcze na to gotowi. Nie wierzmy w magiczne formuły w rodzaju: wszystko możesz, dasz radę, musisz itd. Sami bądźmy zmianą, którą chcemy dostrzec we wszechświecie. Ucząc się siebie, dajemy sobie również prawo do bycia niedoskonałymi, a przyjemności używajmy jako motywatorów do działania, a nie jako formy ucieczki od nas samych lub jako kołderki przykrywającej nasze ułomności.

Książki "Oswoić narkomana" i "Pułapki przyjemności" to wynik rozmów dziennikarki Ireny A. Stanisławskiej i Roberta Rutkowskiego. Psychoterapeuta opowiada o uzależnieniach z perspektywy człowieka, który jako 18-letni zawodnik reprezentacji Polski juniorów w koszykówce po raz pierwszy sięgnął po narkotyk. i to nie byle jaki, bo po heroinę. Jego kariera sportowa zakończyła się niedługo potem. Dziś wspiera zawodników poprzez odpowiednie przygotowanie psychologiczne.

"Oswoić narkomana" to książka autobiograficzna. Rutkowski w szczery i bezkompromisowy sposób mierzy się z prawdą o sobie i swoim uzależnieniu. Przedstawione są tu losy młodzieży na tle PRL-u lat 80. Narkotyki miały odczarować szarą komunistyczną rzeczywistość. Rutkowski upatruje źródło uzależnień w nieuporządkowanym życiu, usianym kłamstwami. Istotnym czynnikiem, który może doprowadzić do nałogu jest zdrada. Osoby uzależnione są mistrzami manipulacji. Próbują dotrzeć do narkotyku za wszelką cenę. W przypadku autora, jednym z powodów sięgnięcia po heroinę była trudna relacja z szorstkim ojcem, który miewał kochanki. A gdy ten odchodził - także brak męskiego wzorca w domu. Z drugiej strony ojciec był tym, który uratował młodego człowieka od śmierci, tworząc organizację non profit i szukając specjalistów od uzależnień w całej Europie.

"Pułapki przyjemności" to książka, w której Rutkowski porusza zagadnienie przyjemności, które mogą stać się uzależnieniem oraz pasji, która może przerodzić się w obsesję. Autor wprowadza także rozróżnienie pomiędzy abstynencją a trzeźwością.

Jeszcze jedna myśl, zawsze traktowałam psychologię jako sferę myśli, emocji, a nie biologii. A tu dowiedziałam się o czysto biologicznych mechanizmach, o neurohormonach, adrenalinie, kortyzolu itd. Nasze myśli mogą być stymulowane przez odpowiednie hormony? Jeśli odczuwam stres, następuje wyrzut kortyzolu, który zagęszcza krew, co z kolei sprawia, ze gorzej dotleniony jest mój mózg i trudniej mi się myśli, reaguje, regeneruje... A jak ktoś żyje w nieustannym stresie? To zwyczajnie trudno być sobą? Muszę zgłębić ten temat... KONIECZNIE!!!

Gorąco Polecam tę pozycję, jak i „Oswoić Narkomana” .

pokaż więcej

 
2018-10-06 20:08:55
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione, WydawnictwoMUZA
Seria: Drogowskazy

„Oswoić narkomana”-Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską.

Co narkotyki mogą zrobić z człowiekiem?!

W wywiadzie-rzece przeprowadzonym przez Irenę A. Stanisławską psychoterapeuta Robert Rutkowski daje wstrząsające świadectwo tego, co narkotyki mogą zrobić z człowiekiem. Po heroinę sięgnął po raz pierwszy w wieku 18 lat. Wziął z bezsilności, rozpaczy, ale też ze zwykłej...
„Oswoić narkomana”-Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską.

Co narkotyki mogą zrobić z człowiekiem?!

W wywiadzie-rzece przeprowadzonym przez Irenę A. Stanisławską psychoterapeuta Robert Rutkowski daje wstrząsające świadectwo tego, co narkotyki mogą zrobić z człowiekiem. Po heroinę sięgnął po raz pierwszy w wieku 18 lat. Wziął z bezsilności, rozpaczy, ale też ze zwykłej ciekawości. Piekło nałogu, którego potem doświadczył, zmieniło go całkowicie.
Nigdy jednak się nie poddał; a na dodatek udało mu się zostać człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. Dokonał tego dzięki nieustającej pracy nad sobą, a potem - z innymi uzależnionymi. To właśnie podjęcie pierwszych kroków w praktyce terapeutycznej pozwoliło mu odkryć w sobie talent do niesienia pomocy potrzebującym. Dziś to jeden z najbardziej wziętych fachowców zajmujących się leczeniem wszelkiego rodzaju uzależnień.

W "Oswoić narkomana" Robert Rutkowski nie unika najbardziej bolesnych wspomnień. Opisuje swoje dzieciństwo i dorastanie w dysfunkcyjnej rodzinie. Opowiada o formatywnej przygodzie ze sportem oraz zetknięciu się ze środowiskiem młodzieżowej kontestacji. Wstrząsającym historiom o kolejnych prze dawkowaniach, pobytach w szpitalu i głodzie narkotykowym towarzyszą fascynujące portrety ofiar uzależnienia, poznanych przez autora w latach osiemdziesiątych i czasach późniejszych.

Robert Rutkowski wpadł w nałóg heroinowy w momencie, gdy właściwa profilaktyka antynarkotykowa jeszcze nie istniała. Skuteczności kolejnych rodzajów terapii doświadczył więc na sobie. To sprawiło, że jak nikt inny mógł zrozumieć działanie pułapek i mechanizmów psychologicznych, na jakie naraża się osoba uzależniona: zaprzeczenia, wyparcia, samooszukiwania.
Niektóre ze wspomnień - co Robert Rutkowski sam ze zdziwieniem stwierdza - powracają do niego w trakcie samej konwersacji. Zamieszczone w książce wypowiedzi są więc żywym, autentycznym zapisem rozmowy, w której nie ma miejsca na jakiekolwiek przemilczenia czy brak autentyzmu.

"Oswoić narkomana" to także interesujący dokument historyczno-obyczajowy ukazujący burzliwe życie młodzieży lat osiemdziesiątych, której narkotyki pozwoliły uciec od codziennej szarości PRL-u ("w tej zapyziałej warszawskiej rzeczywistości komunistycznej czuliśmy się wybrańcami"). W lokacjach dawnej Warszawy: skwerze na Chmielnej, pasażu przy Domach Towarowych Centrum, czy Dworcu Centralnym, stykali się ze sobą członkowie subkultur i środowisk artystycznych. Co niespotykane, "Oswoić narkomana" to także opowieść o relacjach miłosnych bohatera. Z perspektywy Roberta Rutkowskiego stan zakochania okazuje się zaskakująco bliski działaniu środków zmieniających percepcję.
Książka stanowi także ważny głos w toczącej się dyskusji na temat legalizacji marihuany. Stanowisko autora wydaje się równie odległe od zajmowanego przez obóz zdecydowanych zwolenników, jak i tego, na którym stoją zaciekli przeciwnicy tzw. miękkich narkotyków.

"Moja historia to zaprzeczenie wszystkiego, co współcześnie mówi się o narkotykach: że najpierw branie rekreacyjne, popalanie marihuany, a dopiero potem ewentualnie coś mocniejszego. Sam od razu «wpadłem pod pędzący pociąg towarowy», i to z naprawdę dobrym towarem, z heroiną. To był pierwszy narkotyk, jaki poznałem - jeden z najsilniejszych narkotyków na Ziemi". (fragment książki).

Robert Rutkowski jest pierwszym polskim psychoterapeutą, który zdecydował się na niezwykle szczerą rozmowę o sobie.
Pierwszy raz styczność z tym psychologiem miałam, gdy przypadkowo natknęłam się na program dokumentalny, w którym wypowiadał się na temat trudnych relacji. Robert Rutkowski wydał mi się bardzo doświadczonym życiowo człowiekiem, więc bardzo chciałam przeczytać tą książką.

Całe życie Roberta Rutkowskiego było jedną wielką gonitwą o siebie i uwolnienie od własnych słabości. Młody chłopak, który zainteresował się koszykówką, można byłoby rzec, że jego kariera stoi przed nim otworem .Ciężka atmosfera w domu, brak akceptacji ze strony najbliższych sprawia, że młody człowiek poszukuję czegoś co sprawi, że wszystkie troski odejdą. Nie dobre towarzystwo poszukiwanie własnej tożsamości spowodowała, że Rutkowski zaprzyjaźnił się z przyjacielem o imieniu Heroina. Heroina, która daje chwilowe poczucie błogości, poprawia samopoczucie. Jednak ta przyjaźń diabelnie uzależnia i rujnuje całe życie.
Wyobraź sobie pustynię 50 stopni i ktoś podaję ci szklankę wody. Nie napijesz się? -Na tym polega potworność działania heroiny. Są tacy, którzy twierdzą, że heroina uzależnia już za pierwszym razem. Ja tego doświadczyłem. Żaden narkotyk nie uzależnia tak jak ona.

Oswoić narkomana to niesamowita książka, która pokazuję jak wielkim błędem jest sięganie, bo jakiekolwiek narkotyki czy alkohol. Z łatwością można zatonąć we własnych słabościach, niestety trudniej jest z nich wyjść. Narkoman to osoba, która w pewnym momencie odłącza swoje logiczne myślenie, a uzależnienie staję się sensem życia. Osoba uzależniona ma tak naprawdę dwa wyjścia. Albo uwalnia się od słabości i stara się godnie żyć, lub całe swoje życie poświęca uzależnieniu, które z czasem niszczy życie.
Swoją postawą Robert Rutkowski pokazuję, ile wysiłku ,ile pracy trzeba włożyć by zostać człowiekiem, który uwalnia się od własnych słabości. Jednak dzięki silnej woli i wsparciu odpowiednich osób jest to możliwe. Był narkomanem, otarł się o śmierć. Dziś pomaga uzależnionym.

„…byłem seryjnym mordercą samego siebie. Byłem ekspertem w zabijaniu resztek świadomości i logiki w działaniu” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską. To bolesne, jakże paradoksalne zdanie jest najdobitniejszym podsumowaniem narkomańskiej młodości niegdysiejszego reprezentanta Polski w koszykówce, który pokonawszy swoje autodestrukcyjne skłonności został jednym z najbardziej znanych terapeutów.
W tym, co mówi o narkotykach, dopalaczach, alkoholu, papierosach, a także lekach brak taryfy ulgowej. Wszystkie te substancje, mogące doprowadzić nas do uzależnienia i w konsekwencji utraty zdrowia i życia są tu bardzo rzeczowo opisywane – zarówno z punktu widzenia ich sposobu działania, jak i szkodliwości. Rutkowski otwarcie mówi o stanach euforii, jakie powoduje heroina, o zwielokrotnianiu odczuć zmysłowych po kokainie czy marihuanie. Walczy jednak z powszechnymi stereotypami o tzw. miękkich narkotykach, których zażywanie niesie jakoby mniejsze negatywne skutki niż np. palenie papierosów czy picie alkoholu. Przestrzega też przed myśleniem, że legalne substancje są bezpieczne.

Choć wydaje nam się, że narkotyki to nie nasz problem, warto tę rozmowę przeczytać. Bo i nam zdarza się zaklinać rzeczywistość, manipulować swoimi działaniami, oszukiwać samych siebie. Myślę, że wielu ludzi, którzy nigdy nie wpadli w żaden nałóg, zauważy jednak u siebie skłonność do podobnego myślenia…

O CHOROBIE ZŻERAJĄCEJ DUSZĘ — NARKOMANII!!!!

Polecam tę książkę wszystkim, którzy zmagali lub zmagają się z uzależnieniami każdego typu. Nie ma znaczenie czy to narkotyki, alkohol, nikotyna czy seks. Każdy ten element to uzależnienie, którego warto się pozbyć.

Książka nie uderza tak jak inne powieści kojarzone z tematyką narkomanii – „My, dzieci z dworca ZOO”, „Pamiętnik narkomanki” – ale otwiera oczy na pewne sprawy, o których nie słyszymy na co dzień. Irena A. Stanisławka zadaje precyzyjne pytania, starając się, by zostały poruszone najważniejsze sprawy, ciągle podtrzymując zainteresowanie czytelnika. Trzyma w ryzach Rutkowskiego, który mógłby opowiadać bez końca. Lektura zachwyciła mnie na tyle, że przeczytałem ją w dwa dni. „Oswoić narkomana” to reportaż budzący emocje ze względu na poruszaną tematykę, dokładną analizę uzależnienia i niewiarygodną szczerość oraz odwagę jaką swoja postawą prezentuje Rutkowski. Gorąco polecam!

pokaż więcej

 
2018-10-06 19:46:30
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione, WydawnictwoCzarnaOwca
Autor:
Cykl: Sam Berger i Molly Blom (tom 1) | Seria: Czarna Seria

Arne Dahl „Pustkowia”: studium narodzin zła w człowieku. Świetny, bardzo kobiecy kryminał :)

„Uczyć się od zła, żeby je zrozumieć i umieć zwalczyć. W sobie i poza sobą”

Jak rodzi się zło? Czy każde zło można usprawiedliwić krzywdami doznanymi w przeszłości? Czy brak reakcji będący przyzwoleniem na zło zawsze czyni człowieka współwinnym? Dlaczego pielęgnowane latami poczucie krzywdy...
Arne Dahl „Pustkowia”: studium narodzin zła w człowieku. Świetny, bardzo kobiecy kryminał :)

„Uczyć się od zła, żeby je zrozumieć i umieć zwalczyć. W sobie i poza sobą”

Jak rodzi się zło? Czy każde zło można usprawiedliwić krzywdami doznanymi w przeszłości? Czy brak reakcji będący przyzwoleniem na zło zawsze czyni człowieka współwinnym? Dlaczego pielęgnowane latami poczucie krzywdy przeobraża się w najgorsze zło? Arne Dahl w swoim najnowszym kryminale „Pustkowia” stawia wiele trudnych pytań zostawiając czytelnika z dylematem moralnym. Bo w końcu nie wiadomo, co jest białe, a co czarne, odcieni szarości Dahl pokazuje wiele. Szwedzki pisarz powrócił w znakomitym stylu. „Pustkowia” to powieść, którą Arne Dahl udowodnił, że jest w czołówce najlepszych autorów skandynawskich kryminałów. Ten szwedzki kryminał ma ociężały – by nie rzec odrzucający – początek, lecz później żwawo się rozkręca, stając się interesującą powieścią. Jak to w życiu bywa, czasami nie warto dawać szansy. Są również chwile, że wykazanie się cierpliwością popłaca. Tak stało się w tym przypadku.

Kryminał jest pierwszym, który otwiera nową serię autora z policjantem Samem Bergerem i agentką Molly Blom. Wcześniej Arne Dahl dał się poznać fanom kryminałów m.in. bardzo dobrą serią o Drużynie A, specjalnej jednostce policji szwedzkiej, przeznaczonej do walki z przestępstwami o zasięgu międzynarodowym. Sam Berger, jak przystało na protagonistę kryminału, jest świetnym inspektorem kryminalnym, za to jego życie prywatne się rozsypało. Partnerka go zostawiła i nie wie czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy swoich ośmioletnich synów bliźniaków. Ma policyjny instynkt, intuicję, jest dociekliwy, inteligentny, nie odpuszcza, drąży sprawę do końca. Sam żyje jak asceta, ale ma słabość do luksusowych zegarków. Lubi podkreślać swoją pozycję, szczególnie względem koleżanek z komisariatu.
Kiedy go poznajemy, prowadzi sprawę zaginięcia Ellen Savinger. 15-letniej dziewczyny nie ma od trzech tygodni. Berger ma złe przeczucia, ale jego szef uważa, że skoro nie ma ciała, to nie ma przestępstwa. Sam zaczyna więc badać sprawę na własną rękę. Okazuje się, że tajemniczych zaginięć nastolatek jest więcej. Gdy nawiązuje kontakt z tajemniczą Nathalie Fredén, która może coś wiedzieć w sprawie Ellen, dochodzenie przybiera zaskakujący obrót. Łowca Berger staje się zwierzyną i celem.

Przyznanie, że gdzieś grasuje seryjny morderca pociąga za sobą szereg konsekwencji, a najłatwiej ich uniknąć udając, że nie dostrzega się powiązań między sprawami – tym bardziej, jeżeli w żadnej z nich nie znaleziono ofiary. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Koniec, kropka. Z drugiej strony tylko Sam Berger zdaje się dostrzegać, że za zniknięciami piętnastoletnich dziewczyn może stać jeden człowiek. Czy policjant wie więcej niż inni, czy to tylko przeczucia? Przecież w Szwecji codziennie znikają bez śladu ludzie, więc dlaczego w tym przypadku miałoby się za tym kryć skrupulatnie przemyślane działanie? Być może sprawie nada rozmachu znalezienie miejsca, w którym prawdopodobnie więziono jedną z zaginionych – Ellen Savinger. Ale czy to przypadek, czy ktoś tu się bawi ze śledczymi w perwersyjną grę?

Niewątpliwie swoją grę prowadzi z czytelnikiem Arne Dahl, który za punkt honoru wziął sobie chyba namieszanie mu w głowie. Przyzwyczaiłam się, że w kryminałach na początku wiele jest niewiadomych, ale tutaj czułam się jakbym błądziła we mgle i przyznam, że początkowo ciężko mi się było w niej odnaleźć. Z jednej strony podsyciło to moją ciekawość i sprawiło, że ciągnęło mnie do książki, nawet gdy odkładałam ją na chwilę, ale z drugiej – kiedy coraz więcej elementów wskakiwało na swoje miejsce – zaczęłam się zastanawiać czy autor jednak nieco nie przekombinował, stosując niektóre rozwiązania fabularne. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale czasami wydawało mi się, że podejmowane przez bohaterów działania były niewspółmierne do efektów, jakie chcieli osiągnąć.
Dokąd doprowadzi go śledztwo w sprawie Ellen? Czy w Szwecji grasuje pierwszy w historii tego kraju seryjny morderca? „Pustkowia” są mrocznym kryminałem, z dynamiczną akcją, wciągającą fabułą i bardzo ciekawie nakreślonymi postaciami. I ważne: z głębokim przesłaniem. Klimat i nastrój w „Pustkowiach” tworzą nie tylko świetna fabuła i akcja, ale także miejsce tejże akcji - zalany deszczem Sztokholm. Nie jest to stolica Szwecji, jaką znają miłośnicy serii Millennium czy czytelnicy kryminalnej serii Lizy Marklund. Sztokholm Arnego Dahla jest jak tytułowe pustkowia: mroczny, bezkresny, opustoszały. I wiecznie w strugach deszczu, jak norweskie Bergen.

Autorowi udało się ze Sztokholmu zrobić to, co od lat robi w swoich kryminałach Jo Nesbo z Oslo – pełnoprawnego i ważnego bohatera powieści. Warto podkreślić, że ten kryminał jest dopracowany od początku do końca. To bardzo dojrzała, przemyślana i wciągająca książka. I bardzo kobieca. Aż trudno uwierzyć, że napisał ją mężczyzna. Więcej w niej ciekawych i wyrazistych postaci kobiecych niż mężczyzn. Nie zdradzając zbyt wiele napiszę tylko, że na uwagę zasługują m.in. wspomniana już Nathalie Fredén, Molly Blom, policjantka Desiré Rosenkvist zwana Dee i Strzała, policyjna ekspertka komputerowa.

„Pustkowia” to również kryminał dotykający jakże ważnego problemu seksizmu i szowinizmu, ich źródeł i konsekwencji. Sam Berger to samiec alfa. Jego stosunek do Dee (dee to po szwedzku sarna; to ksywka, której wobec Desire używa tylko Sam) jest przedmiotem plotek i komentarzy w komisariacie. A jego zachowanie irytuje również inne kobiety. I na koniec chciałabym zwrócić uwagę na styl Arnego Dahla, jego umiejętność budowania napięcia, zapętlania wątków, podrzucania czytelnikowi fałszywych tropów i zgłębiania kolejnych tajemnic. To wszystko sprawia, że „Pustkowia” wciągają tak bardzo, że ja zarwałam dla tej powieści noc. Pustkowia to istna bomba, torpeda. Jest to dokładnie taki typ kryminału, jaki najbardziej lubię. To powieść o zawrotnie szybkiej akcji, pełna pułapek i kryjówek i bardzo zaskakująca, trzymająca w napięciu oraz zapadająca w pamięć.
Lekki minus dałabym tylko zakończeniu, które choć także mocne, zaskakujące, to jednak czuję po lekturze niewielki niedosyt. Gorąco zachęcam do lektury Pustkowi.

pokaż więcej

 
2018-09-28 14:28:28
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione, Wydawnictwo SzóstyZmysł
Autor:

„Wmawiając nam, że Miłość potrafi leczyć rany, ulżyć w największym bólu, ale szybko przekonujemy się, że ból jest w stanie zniszczyć nawet najsilniejszą Miłość.”- K. Perez

Okrzyknięta jedną z najbardziej kontrowersyjnych książek 2017 roku. Historia, która poruszy, wstrząśnie i wywoła lawinę uczuć. Możesz ją pokochać albo znienawidzić. Ale na pewno nie pozostaniesz jej obojętny. Poznajcie Mie...
„Wmawiając nam, że Miłość potrafi leczyć rany, ulżyć w największym bólu, ale szybko przekonujemy się, że ból jest w stanie zniszczyć nawet najsilniejszą Miłość.”- K. Perez

Okrzyknięta jedną z najbardziej kontrowersyjnych książek 2017 roku. Historia, która poruszy, wstrząśnie i wywoła lawinę uczuć. Możesz ją pokochać albo znienawidzić. Ale na pewno nie pozostaniesz jej obojętny. Poznajcie Mie Asher i jej opowieść o nieszczęśliwej miłości.

Cathy i Ben są razem od jedenastu lat. Miłość jak z bajki. Wiodą szczęśliwe życie i mimo upływu lat są w sobie szaleńczo zakochani. Jednak starania o dziecko zaczynają osłabiać - mogłoby się wydawać - związek idealny. Kolejne poronienia sprawiają, że Cathrine oddala się od męża, aby samej poradzić sobie z tym ogromnym bólem. Wtedy na jej drodze staje Arsen - młodszy, przystojny i przebojowy mężczyzna, który stopniowo będzie wnikać w życie i myśli kobiety. Czy Cathy uda się mu oprzeć? Czy jej małżeństwo przetrwa?

Mia Asher zgotowała nam istny rollercoaster emocji. W tym przypadku zapewnienia na tylnej okładce mówiące, że oto powieść, która nas poruszy, pochłonie i emocjonalnie rozłoży na łopatki się sprawdziły. Jednak przez swój lekko kontrowersyjny charakter nie jest to książka dla każdego. Tematyka zdrady, która gra tutaj pierwsze skrzypce wymaga od nas niejako trzeźwego spojrzenia na wydarzenia. Łatwo nam oceniać z boku, gdy sytuacja nas nie dotyczy, a tak na prawdę takie historię zdarzają się co chwilę, jednak często mocno skrywane, aby nie ujrzały światła dziennego. Autorka obnaża ludzie słabości, pokazuje wewnętrzną walkę z fascynacją i pożądaniem, którą nie każdy potrafi wygrać. Równocześnie ukazane jest jak ważna jest w związku komunikacja, rozmowa i wzajemne zrozumienie. Bez tego ludzie niebezpiecznie szybko odsuwają się od siebie i łatwiej ulegają czyhającym pokusom.
Arsen to istny wulkan namiętności i erotyzmu, dlatego jest to pozycja zdecydowanie dla dorosłych czytelników. Doświadczymy wielu miłosnych uniesień, pikantnych scen oraz erotyzmu w czystej postaci. Pisarka nie sili się na żadne powściągliwości czy ułagodzenia. Język jest mocny, dosadny oraz naznaczony sporą dawką wulgaryzmów. Świetnie to wszystko ze sobą współgrało. Fabuła wciąga od pierwszych stron, i mimo że większość wydarzeń da się z łatwością przewidzieć, to czyta się z zainteresowaniem do samego końca. Historia wzbogacona jest retrospekcjami. Mamy kilka rozdziałów ukazujących początki związku Cathy i Bena, jednakże w moim odczuciu były one zbędne. Nie wnoszą nic do obecnych wydarzeń, a to, że para kocha się bezgranicznie od samego początku się czuje i wie i bez tego. Te kilka stron mniej zrobiłoby dobrze Arsenowi. Historia jest trochę zbyt rozwleczona. Roztrząsanie i analizowanie w kółko tych samych dylematów w pewnym momencie może lekko przytłoczyć, ale fanom emocjonalnych huśtawek nie powinno to ani trochę przeszkadzać.

„Okrutna rzeczywistość zawsze do ciebie dotrze, nieważne jak szybko czy daleko będziesz uciekać. Rzeczywistość potrafi zniszczyć nadzieję i marzenia. Rzeczywistość nie gładzi cię po policzku, mówiąc, że jest z tobą. Nie, ona wali cię mocno po twarzy, przypominając, że marzenia… to marzenia.”

Głównym punktem, który jest tym całym kołem napędowym tej kontrowersji jest postać Cathy. To jej czyny, myśli i decyzje wywołają złość, smutek czy radość. To ona łamie ogólnie przyjęte normy i postępuje nie tak, jakbyśmy chcieli. Jednak nie możemy oceniać jej jako koleżanki z którą poszliśmy by na kawę, bo wtedy zdecydowanie nie miałaby ona grona przyjaciółek, a jako postać literacką. W tym wypadku spełnia ona wszystkie swoje zadania. Nie jest osobą perfekcyjną, popełnia błędy, ulega pokusom i stacza wewnętrzne walki w swojej głowie. Jest niezwykle prawdziwa i realna, a jej portret psychologiczny został świetnie ukazany. Z resztą dwójka pozostałych, głównych bohaterów wypada równie dobrze. Ben jest doskonałym facetem, idealnym mężem. Ciężko doszukać się w nim jakiejś wady, dlatego postępowanie Cathrine tak nas boli i wywołuje ogólny sprzeciw. Arsen to charyzmatyczny mężczyzna, lekkoduch, mogłoby się wydawać kobieciarz, któremu zależy tylko na zaciągnięciu kolejnej dziewczyny do łóżka. Jednak pod tą maską flirciarza kryje się coś więcej, co z biegiem wydarzeń autorka nam stopniowo ujawnia. Dzieło Asher w większości przedstawione jest w pierwszoosobowej narracji z punktu widzenia Cathy, ale także sporadycznie Bena i Arsena. Dlatego trzeba być przygotowanym na tę burzę uczuć i emocji, w którą wnikniemy poznając myśli Cathrine. Nikogo z czytających już tę pozycję zapewne nie zdziwię mówiąc, że mam mieszane odczucia co do głównej bohaterki. Zaskoczyło mnie bardzo to, że autorka postanowiła uczynić z Cathy tak egoistyczną, niedojrzałą i irytującą osobę. Nie potrafiłam w ogóle zrozumieć motywów nią kierujących. Naprawdę nigdy jeszcze tak nie miałam, że jednocześnie chciałabym udusić bohaterką i przytulić ją za cierpienia, jakie doświadczyła. Catherina, to ewidentnie jedna z tych postaci, których od początku się nie lubi, a z czasem wręcz nienawidzi.

„Gdy patrzyłem, jak odchodzisz, zabierając ze sobą wszystkie moje niespełnione marzenia, sny, które jeszcze się nie ziściły, czułem w sercu każdą uncję miłości, jaką do ciebie żywiłem, i byłem tego wszystkiego świadom… gdy patrzyłem, jak odchodzisz. Ale ty też to wiedziałaś, bo zabrałaś moje serce ze sobą.”

Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. „Arsen” totalnie mnie zaskoczył. Żadna książka do tej pory nie grała tak bardzo na moich emocjach. Czytając jej opis miałam wrażenie, że będzie to kolejny przewidywalny romans z trójkątem miłosnym w tle – i choć faktycznie przez jedną trzecią książki tak było, to jednak dalsze wydarzenie niesamowicie mnie zaskoczyły. Ta historia według mnie to emocjonalny roller-coaster! Mia Asher sprawiła, że czytając „Arsena” doświadczyłam chyba wszystkich możliwych emocji. Autorka w naprawdę mistrzowski sposób pokazała, co może się wydarzyć, kiedy zabraknie szczerej rozmowy nawet w najszczęśliwszym związku.

Arsen to niezwykle mocna historia, która poraża swoim realizmem. To powieść o walce z własnymi uczuciami i pożądaniem, o ludzkich dylematach, wewnętrznym zagubieniu i odnajdywaniu szczęścia. Chciałoby się powiedzieć, że to lektura ku przestrodze, ale nie każda sytuacja jest taka sama i taki sam wybór były najlepszy. Mimo to jest to książka pokazująca dobitnie uniwersalne prawdy i wartości, które nieraz mogą się zatrzeć w naszym umyśle, gdy pogrążymy się w smutku i depresji. Arsen to idealna lektura, dla dusz spragnionych emocji i budzących kontrowersje wydarzeń. Skuś się i sprawdź, jak Ty mocno znienawidzisz Cathy.
Jeśli szukacie książki innej niż wszystkie, to gorąco polecam Wam „Arsen”. Drugiej tak dobrej, nieprzewidywalnej i kontrowersyjnej historii prędko możecie nie znaleźć. Mia Asher naprawdę się postarała, by o jej książce długo nie można było zapomnieć.

"Miłość jest nieskończona. Nie ma początku ani końca. Nie ma punktu wyjścia, nie ma mety. Miłość po prostu jest. Miłość się rodzi, rośnie, dojrzewa, a czasem umiera. Ale wspomnienia pozostają z tobą do ostatnich godzin, w których oddychasz. Można się zakochać, można się odkochać. Ale pokochasz ponownie. Zawsze tak jest."

pokaż więcej

 
2018-09-25 21:24:30
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Wydawnictwo Znak
Autor:
Seria: Twarda Seria

Mroczna podróż do umysłów przestępców…

Z pewnością wielu czytelników kryminałów zastanawia się, jak dokładnie wygląda praca śledczych i profilerów. Czy jest tak fascynująca i pełna zagadek jak w książkach? O tym, jak dokładnie wygląda współpraca psychologa-profilera z policją opowiada Paul Britton, jeden z najbardziej znanych profilerów w Wielkiej Brytanii.

Profil mordercy zabiera nas w...
Mroczna podróż do umysłów przestępców…

Z pewnością wielu czytelników kryminałów zastanawia się, jak dokładnie wygląda praca śledczych i profilerów. Czy jest tak fascynująca i pełna zagadek jak w książkach? O tym, jak dokładnie wygląda współpraca psychologa-profilera z policją opowiada Paul Britton, jeden z najbardziej znanych profilerów w Wielkiej Brytanii.

Profil mordercy zabiera nas w mroczne zakamarki ludzkich umysłów. Dowiadujemy się jak tworzone są charakterystyki psychologiczne morderców i w jaki sposób wpływają one na pracę policji. Pomagają czy wręcz przeciwnie? Jaka, z literackiego punktu widzenia, jest ta książka?

"Nie zabieram pracy do domu, lecz za każdym razem zostawiam cząstkę siebie na miejscu zbrodni. Zastanawiam się tylko, czy któregoś dnia nie zabraknie mnie zupełnie i czy będzie miał kto wrócić do rodziny."

Jak głosi napis na okładce Profilu mordercy, Paul Britton to jeden z najsłynniejszych profilerów na świecie. Nie wiem, czy to prawda, bo z jego nazwiskiem spotkałam się przy okazji tej lektury po raz pierwszy, ale po zapoznaniu się z nią mogę wam powiedzieć, że Britton to jeden z pierwszych Brytyjczyków, którzy zajęli się profilowaniem i człowiek mający ogromne doświadczenie w swojej pracy.
Kariera Brittona zaczęła się raczej kiepsko. Skończył zawodówkę i imał się najróżniejszych zajęć. Zdążył już założyć rodzinę, gdy doszedł do wniosku, że chce zdać maturę i spróbować szczęścia na studiach. Kosztem wielu wyrzeczeń udało mu się to, ukończył psychologię i rozpoczął praktykę w szpitalu dla psychicznie chorych. Z czasem jego praca zaczęła nabierać kryminalnego zabarwienia. Mniej więcej wtedy pojawiły się pierwsze kontakty z policjantami, którzy prosili go o pomoc w śledztwach.
Kryminalistyka to nauka interdyscyplinarna i śledczy, którzy pragnęli zasięgnąć rady Brittona, psychologa, świetnie zdawali sobie z tego sprawę. Choć profilowanie do tej pory wzbudza wiele kontrowersji, poparte twardymi naukowymi tezami, może stanowić nieocenioną pomoc w śledztwie i właśnie to autor stara się w swojej książce udowodnić. Jednocześnie cały czas podkreśla, że przy pomocy profilowania nie może na sto procent stwierdzić, że ktoś jest winny. Może natomiast ocenić, że prawdopodobieństwo, by na jednym terenie mieszkały dwie osoby o takich samych specyficznych zboczeniach seksualnych, jest bardzo niewielkie…

„Oglądanie zdjęć bądź samych miejsc zbrodni ma fatalny wpływ na osobowość. Równie poruszające jest słuchanie sprawcy, który przypomina sobie najstraszniejsze czyny i fantazje oraz uświadomienie sobie, jaką niesamowitą przyjemność mu sprawiają”.

Tytuł tej książki sugeruje, że znajdziemy na jej kartach opisy wielu morderców, którzy zostali schwytani dzięki profilowaniu. I faktycznie, Britton pisze o licznych makabrycznych morderstwach, z którymi zetknął się w swojej karierze, ale z pewnym zdziwieniem przekonałam się, że nie tylko. Jak się okazuje policjanci prosili go o pomoc nie tylko w sprawach morderstw, tworzył też oczywiście profile psychologiczne gwałcicieli czy porywaczy, ale również szantażystów, w tym człowieka, który groził zatruciem karmy dla zwierzą i odżywek dla dzieci, by wyłudzić pieniądze od dużych firm.
Britton pisze o kolejnych sprawach, w których pomagał. Nie zawsze znał ich przebieg i często o wyniku dowiadywał się po długim czasie, co też znajduje odbicie w jego książce. Autor wielokrotnie podkreśla, że za swoją pracę dla policji nigdy nie był wynagradzany, co jest nieco zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak wiele czasu jej poświęcił. Wyjaśnia też, co go do tego motywuje i jak w ogóle zainteresował się psychiką przestępców, a także co sprawia, że ludzie dokonują zbrodni.
Profil mordercy po raz pierwszy ukazał się w oryginale w 1997 roku i daje się to wyczuć. Recenzowane przeze mnie wydanie jest wznowieniem ­– w Polsce po raz pierwszy książka ukazała się w 2010 roku (swoją drogą przydałaby się ponowna redakcja, bo niestety pod względem językowym ta pozycja ma sporo mankamentów). Britton opisuje sprawy z ubiegłego wieku i choć robi to w sposób interesujący, nie mogłam pozbyć się w trakcie lektury przeświadczenia, że książka jest nieaktualna i że obecnie wszystko to wygląda już inaczej. Fajnie, że Znak wydaje takie pozycje, ale szkoda, że nie decyduje się na bardziej aktualne tytuły. Podobnie rzecz się ma z opublikowaną niedawno książką Trupia farma. Nowe śledztwa. To wszystko jest ciekawe, ale w ciągu dwudziestu, trzydziestu lat nauka robi tak ogromne postępy, że to, o czym piszą Britton czy Bass, jest już historią.

Profil mordercy – przestępstwo
Książka Profil mordercy przedstawia czytelnikowi autentyczną wieloletnią współpracę brytyjskiego psychologa Paula Brittona z policją. Britton w czasie swojej kariery psychologa spotkał się z wieloma przestępcami. To doświadczenie pozwoliło mu na podjęcie współpracy z policją w celu tworzenia profili psychologicznych różnej maści zbrodniarzy. Warto w tym miejscu zauważyć, że nie tylko morderców. W książce przytaczane są przypadki szantażystów lub porywaczy, których profile psychologiczne tworzył Britton. Jednak gównie przypadki przytaczane w książce to głośne sprawy morderstw. Towarzyszymy autorowi począwszy od miejsca popełnienia zbrodni, przez tworzenie profilu po ewentualny wyrok sądowy.
Nie uczestniczymy w jednej sprawie przez cały czas, autor przeplata różne historie. Zgodne jest to zresztą z samymi słowami autora, który zaznacza, że brał udział w kilku sprawach naraz. Należy tutaj zauważyć, że przedstawiane opisy są niezwykle brutalne. Mamy tutaj do czynienia z morderstwami na tle seksualnym, gwałtami, kanibalizmem. Dla osób o słabych nerwach książka ta może być szokiem. Jednakże autor unika nadmiernego epatowania brutalnością. Nie interesuje go, samo przestępstwo lecz jego sprawca, a swoje zainteresowanie przelewa także na czytelnika.

Profil mordercy – historia
Innym elementem poruszanym przez autora jest sama historia profili psychologicznych. Ta odrębna historia toczy się niejako w tle. Kilkukrotnie pokazane są spięcia na linii psycholog – policja, gdzie idea profili psychologicznych traktowana była jak wróżenie z fusów. Widać jak zmieniało się to podejście na przestrzeni lat.
Ciekawym zabiegiem, nadającym lekkości całej powieści są wtrącenia z życia prywatnego autora. Nie ma ich zbyt dużo, ale pozwalają oderwać się nam od przestępstw. Są niczym oddech przed nurkowaniem. Dla fanów Trupiej farmy jest to pozycja obowiązkowa. Profil mordercy jest jednak zdecydowanie lepiej napisany. Psychika zbrodniarzy jest jednocześnie przerażająca i fascynująca. Zawsze zastanawia mnie, co popycha ludzi do tak okrutnych czynów. Przedstawione sprawy są na tyle niewyobrażalne, że łatwo wpaść w pewnego rodzaju pułapkę, traktując tę książkę jak wciągającą powieść. Przyznam szczerze, że sama nie potrafiłam się oderwać i wiele razy celowo robiłam przerwy, żeby znaleźć w Internecie artykuły na ich temat, zobaczyć zdjęcia ofiar i przestępców, nadać im twarze.

Długo zapoznawałam się z książką, nie wynikało to z jej złej jakości, choć chaotyczny styl narracji nie należy do mocno wciągających, czy nużącej tematyki, lecz przede wszystkim ze sporego ciężaru przestępstw, bezwzględności morderców, intensywności opisów ludzkich tragedii. Ale taki właśnie jest prawdziwy obraz wynaturzeń niektórych ludzkich umysłów, a zanurzanie się w nich, wykorzystanie psychologii w pracy śledczej ma pomóc w szybkim złapaniu sprawcy. Zrozumienie stymulacji, motywacji i przyczyn zachowań jest trudne, dokonywane przez oprawców wybory to efekt kulminacji wielu drobnych zdarzeń i okoliczności przypadkowo zbiegających się. Sztuką jest wniknąć w psychikę przestępców, zgłębić i opisać ją.

Profil mordercy, mimo iż dotyka, bardzo mrocznych zagadnień, jest lekką i świetnie napisaną książka, przedstawiającą nam świat profili psychologicznych. Zupełnie inny niż przedstawiony w kultowym milczeniu owiec. Z pewnością warto ją przeczytać. Polecam wszystkim fanom kryminalnych klimatów i osobom zainteresowanym kryminalistyką. Autor pisze o swojej pracy w ciekawy sposób i przedstawia liczne przykłady wykorzystania profilowania w praktyce. Jednocześnie niektóre z opisywanych przestępstw są tak makabryczne, że osoby o słabych nerwach mogą mieć po niej koszmary, także czytacie na własną odpowiedzialność!

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
874 210 2135
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (44)

Ulubieni autorzy (50)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (24)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd