DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 tydzień temu
Teraz czytam
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych "Kronik portowych" oraz "Tajemnicy Brokeback Mountain". Pod koniec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel and Charles Du...
    czytelników: 749 | opinie: 29 | ocena: 7,29 (126 głosów) | inne wydania: 1
  • Jak zawsze
    Jak zawsze
    Autor:
    Komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojej historii. I o tym, co z tego wynikło. ...
    czytelników: 5966 | opinie: 509 | ocena: 6,98 (2519 głosów)
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 105 | opinie: 6 | ocena: 6 (20 głosów)
  • Opowiadania bizarne
    Opowiadania bizarne
    Autor:
    Świat staje się coraz bardziej bizarny. Najnowszy zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk. Zaskakujące i nieprzewidywalne opowiadania, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywi...
    czytelników: 1030 | opinie: 66 | ocena: 7,09 (398 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-09 13:14:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-08-09 13:13:23
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-08-09 13:13:06
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-08-09 13:12:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Kwartet klimatyczny (tom 2)

(...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która... (...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która po latach decyduje się wrócić do miejsca swoich narodzin i dorastania. Powrót do domu przywołuje trudne wspomnienia: zimną relację z apodyktyczną matką, niemożność porozumienia się z ukochanym mężczyzną, utratę dziecka. To także konieczność zmierzenia się z rozpadem ukochanego świata. Zniknął piękny norweski krajobraz – wzgórza, rzeka, wodospady. Właściwie to „został zniknięty”, kiedy ludzie ujarzmili naturę na rzecz elektrowni wodnej. Ostał się tylko lodowiec, który teraz znalazł się w niebezpieczeństwie ze strony przedsiębiorców. Jedyną wnoszącą sprzeciw wobec przerobienia go na kostki lodu do drinków z okolicznych kurortów jest dziennikarka i aktywistka środowiskowa, która mimo podeszłego wieku wsiada na jacht – tytułowy Błękit – by ratować białą górę.
Równolegle snuta opowieść toczy się w roku 2014. Susza panująca na południu Francji, panosząca się zresztą w całej Europie, doprowadza do tragicznego w skutkach pożaru. Davidowi i jego jedenastoletniej córce Lou ledwie udaje się uciec i dotrzeć do obozu dla uchodźców. Nie wiadomo, jaki los spotkał mamę i młodszego brata dziewczynki. Co gorsza, obóz wcale nie okazuje się azylem – tu także brakuje wody. Poza tym, trzeba odnaleźć się w nowej społeczności. Sposobem na uczynienie czekania (na rodzinę, na wodę, na śmierć) bardziej znośnym okazują się wycieczki po okolicy. W trakcie jednej z nich, David i Lou znajdują starą łódź, która pozwala im snuć naiwne plany na przeżycie i wypłynięcie na szerokie wody. Pozostaje pytanie: kiedy spadnie deszcz?

(...) Na fali książek prośrodowiskowych, zazwyczaj ze słowem „sekretne” w tytule, proza Mai Lunde zdecydowanie się wyróżnia. Niby mamy do czynienia z fikcją, ale – niestety – bardzo realną. Podobnie jak w Historii pszczół, właściwie trudno zrelacjonować, co się w Błękicie dzieje. To raczej zapis stanu, w którym trwają pozbawieni wody ludzie. Bogactwo treści przy minimum akcji są dla mnie ważnym wyznacznikiem talentu Lunde. Idąc dalej, autorka kolejny raz daje się poznać jako uważna obserwatorka – tak ludzi, jak i natury. Stara się wniknąć w ludzką psychikę, by zrozumieć, co powoduje człowiekiem, który niszczy swoje środowisko życia. Aby to odkryć, bada najpierw pozornie bardziej trywialną kwestię, jaką są więzi międzyludzkie.
Błękit to proza miejscami wręcz poetycka (Rozmawiali ze sobą, a góra połykała ich słowa – jedno z moich zdań-faworytów powieści), napisana bogatym, wrażliwym językiem. Pełna wymownych niedopowiedzeń. Uznanie w tej kwestii należy się także Annie Marciniakównie, która przetłumaczyła powieść na język polski.

(...) Maja Lunde opowiedziała wrażliwą historię o ludziach i ich odpowiedzialności za środowisko naturalne. Nienachalnie ukazała tymczasowość rzeczywistości, nie tylko jednostkowych istnień ludzkich, ale także całej planety. Lunde daleko do brutalności apokaliptycznych wizji, ale to właśnie cisza i podskórnie odczuwane napięcie budzą grozę. Najpierw zniknęły pszczoły, teraz kończy się woda. Jak zapowiedziała pisarka w jednym z wywiadów, trzecia część tetralogii będzie poświęcona ginącym gatunkom. Lunde konsekwentnie przedstawia niepokojącą wizję końca świata, którego – choć już się zaczął – nie widzimy, bo nie chcemy widzieć. Ważna informacja dla tych, którzy dopiero zaczynają lekturę prozy Norweżki: każda książka to oddzielna opowieść – nie trzeba czytać ich po kolei.
Błękit to dobra skandynawska proza, która każe otworzyć oczy na drugiego człowieka i na świat wokół nas.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/08/blekit-maja-lunde/

pokaż więcej

 
2018-08-06 17:22:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Reportaż

(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce....
(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce. Synowiec najpierw wyjechała do Meksyku (skąd pisała dla polskiej prasy), a dopiero później pojawiła się propozycja napisania reportażu. Czytając go widać, że fascynacja Meksykiem i rozległa wiedza na jego temat zdecydowanie wyprzedzają pragmatyczne zbieranie materiału do książki. Dzięki temu Synowiec udało się nakreślić obraz niejednorodnego społeczeństwa, w którym próżno szukać wiodącej religii, tradycji czy języka. Tym, co łączy Meksykanki i Meksykanów okazała się abstrahująca od swojego przedmiotu wiara. Na Dzieci szóstego słońca składa się siedem rozdziałów – w każdym z nich autorka oswaja jeden z aspektów meksykańskiej kultury. Są to kolejno: obchody Święta Zmarłych, rodzimowierstwo meksykańskie, ruch New Age, turystyka psychodeliczna, „coca-colonizacja” Meksyku, konflikt katolicyzmu i ewangelizmu oraz meksykańscy czarownicy.

(...)
W każdej części autorka startuje od przedstawienia, z czego Meksyk słynie, od obrazka z pogranicza prawdy (bo przecież dane wydarzenie miało miejsce, przecież je widzieliśmy) i mitu (bo ktoś zadbał, abyśmy taki właśnie obrazek mieli przed oczami). W dalszej części Synowiec pokazuje, jak wygląda meksykańska rzeczywistość od wewnątrz. Nie chcąc Wam psuć przyjemności odkrywania Meksyku poprzez lekturę, przytoczę tylko dwa przykłady.
Rozdział pierwszy otwiera opis parady z okazji Día de los Muertos z Bonda rodem. To nie żart, taki jest właśnie rodowód tej formy obchodów meksykańskiego Dnia Zmarłych. Choć to jedno z najważniejszych świąt, głęboko zakorzenionych w meksykańskiej kulturze, uroczysta parada, na którą zjeżdża się kraj i tysiące turystów z całego świata, zorganizowana została przede wszystkim dla tych drugich. Rząd, który musiał mocno postarać się o to, by Meksyk wylądował na srebrnym ekranie, tyle samo wysiłku włożył w to, by po obejrzeniu najnowszego filmu z agentem 007 w roli głównej widzowie nie zawiedli się, odwiedzając ich kraj. Wielu Meksykanów szybko uznało tę „wielką fiestę meksykańskości” (jak nazywa paradę jeden z bohaterów reportażu) za własną, jednak zdania są podzielone.
W rozdziale czwartym Synowiec opowiada o seansach uzdrawiania za pomocą grzybów halucynogennych. Niegdyś oczyszczające rytuały odbywały się w małej indiańskiej miejscowości o nazwie Hautla jedynie nocą i pod dachem. Legendarną znachorką – curanderą – była María Sabina, Mazatecka mistrzyni ezoterycznych uroczystości i jednocześnie katoliczka. Kobieta żyjąca w biedzie, bo za seans nie można było przyjąć pieniędzy, na której wizerunku zarabia teraz pół kraju. Dziś grzyby serwują wszyscy i wszędzie, a do Meksyku każdego dnia docierają rzesze psychodelicznych turystów. I pewnie można jeszcze spotkać curanderos z powołania, jednak niewielu ich dziś szuka. Dla wielu tubylców odprawianie kalekich względem tradycji rytuałów stało się przede wszystkim sposobem na łatwy zarobek. Dla turystów natomiast – hipsterską formą rozrywki, której oddawał się m.in. John Lennon.

(...)
Dzieci szóstego słońca Oli Synowiec to bardzo udany debiut, który przedstawia nieznany współczesny Meksyk – kraj coraz bardziej odległy od tego, który pięćset lat temu przyjął od Starego Kontynentu katolicyzm. Choć książka nie wyczerpuje poruszonych tematów – czasem brakowało mi odniesienia do historii Meksyku i genealogii opisywanych zjawisk – przekrojowo przedstawia, w co wierzy ta część Ameryki, a w co mają wierzyć, programowani przez rząd tego kraju, zagraniczni turyści. Oprócz dużej dawki informacji o meksykańskiej kulturze, odbiorca otrzymuje siedem dowodów na to, jak silnym narzędziem manipulacji może być religia, oraz, że tradycję można ukształtować w ciągu kilku chwil, jeśli tylko niesie ona za sobą obietnicę dużych pieniędzy. Poza tym, autorka świetnie puentuje swoją pracę, dowodząc, że każdy człowiek potrzebuje w coś wierzyć, i że dobrze upatrywać w tym fakcie element jednoczący ludzkość. Podoba mi się osobiste zaangażowanie Synowiec: wiedząc, że wyjechała do Meksyku w poszukiwaniu wiary, mam poczucie, że reportażystka możliwie dogłębnie zbadała opisane kwestie. Jest to więc w pewnym stopniu książka osobista, a dzięki temu autentyczna, spełniająca przy tym kryteria obiektywizmu. Napisana w przystępnej, nieprzegadanej formie. Budząca apetyt na podróż do Meksyku.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/06/dzieci-szostego-slonca-ola-synowiec/

pokaż więcej

 
2018-07-14 23:53:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

(...) Jeremi ma dwanaście lat. Pochodzi z rozbitej rodziny; mieszka z chorą na raka matką. Kiedy ta przestaje być zdolną do pracy i opieki nad synem, przenoszą się na wieś do domu dziadka chłopca. Relacje z seniorem nie należą do łatwych, jego przeszłość – zsyłka na Syberię oraz samobójcza śmierć żony – nie pozwalają mu na budowanie ciepłych relacji z genealogicznie najbliższymi. Bo choć... (...) Jeremi ma dwanaście lat. Pochodzi z rozbitej rodziny; mieszka z chorą na raka matką. Kiedy ta przestaje być zdolną do pracy i opieki nad synem, przenoszą się na wieś do domu dziadka chłopca. Relacje z seniorem nie należą do łatwych, jego przeszłość – zsyłka na Syberię oraz samobójcza śmierć żony – nie pozwalają mu na budowanie ciepłych relacji z genealogicznie najbliższymi. Bo choć Jeremi, jego matka i ciotka Estera (nawiedzona, kompulsywnie pragnąca w coś wierzyć lesbijka) to jego krewni, cierpiący na altzheimera wdowiec najlepiej czuje się w towarzystwie krów i pani Marii, byłej przyjaciółki żony. Nakreśloną sytuację życiową, w jakiej znalazło się dziecko, już określiłabym jako niesprawiedliwie trudną, niestety – będzie gorzej. Chłopiec czuje się na wsi wyjątkowo samotnie, postanawia więc zebrać pieniądze na powrót do Warszawy i utrzymanie mieszkania dla siebie i matki. Zostaje dilerem. Właściwie przypadkiem Jeremi dowiaduje się, że jest Żydem, a że akcja powieści dzieje się we współczesności, chłopiec przyznaje matce, że gorsza mogłaby być tylko arabska krew płynąca w jego żyłach. Poznawszy historię babki, obsesyjnie poszerza wiedzę o obozach koncentracyjnych. Budzi się w nim lęk, że zdarzenia z przeszłości mogą się powtórzyć.

(...) Kiedy matka Jeremiego umiera, chłopak czuje, że został na świecie sam. Obciążony porzuceniem przez ojca, nie daje sobie rady z kolejną stratą. Choć zawsze dziwaczna, to jednak dodająca wcześniej otuchy ciotka, już nie okazuje mu zrozumienia. Choroba dziadka, z którym od czasu zamieszkania pod jednym dachem, udawało się czasem szczerze pogadać (lub szczerze pomilczeć), postępuje. Senior coraz częściej nie rozpoznaje wnuka. August, przyjaciel, wysłuchuje go, ale przez wymuszone na Jeremim przyspieszone, bolesne dojrzewanie, ich relacja obumiera. Sierota pozostaje obojętny wobec uczucia, jakim darzy go kilka lat starsza dziewczyna. Pozostawiony sobie, z narastającą wskutek nieprzepracowania traumą, Jeremi postanawia ukoić swój ból. Podobnie jak babkę Elzę, nawiedzają go duchy. Rozmawia z nimi, widzi je, i dochodzi do wniosku, że nikt i nic nie jest w stanie mu pomóc.

(...) Duchy Jeremiego to zapis tragedii nastolatka, którego względnie spokojne i szczęśliwe życie stopniowo, ale w krótkim czasie, się rozsypało. Rient z pozbawioną patosu wrażliwością opowiada o sytuacji, w której bycie nas przerasta. To historia cierpienia spotęgowana udziałem w niej dziecka. Matka często powtarzała Jeremiemu, że ojciec zostawił ich, bo był nieczuły, i że on, Jeremi czuły być musi. Usposobionym w ten sposób ludziom jest w życiu szczególnie trudno. Społeczeństwo ich wrażliwość myli ze słabością, podkopując wiarę w siebie i chęć stawiania czoła cierpieniom. Nie do pojęcia zdaje się ogrom zła przedstawiony w Duchach. W nieprzychylnych opiniach dominuje zarzut, że nagromadzenie nieszczęść w tej stosunkowo niewielkiej objętościowo powieści prowadzi do sztucznej lamentacji i wyżyma z czytelnika emocje. Ja w tę historię uwierzyłam. Powieść podejmuje także uniwersalny problem tożsamości. Autor pyta, co determinuje nas jako jednostki: pochodzenie? wiara? wychowanie? światopogląd? relacje z drugim człowiekiem? Dopiero świadomość tego, kim jesteśmy i akceptacja naszego statusu pozwala wytrwać w świecie. Kreśląc postać Jeremiego, Rient dowodzi, że nie jest to łatwe zadanie.

(...) Wiarygodne portrety bohaterów, nieprzekombinowany, ale trafnie opisujący trudne doświadczenia i doznania język (narracja pierwszoosobowa; tym, który mówi jest Jeremi). Zwrócenie uwagi na ważny problem społeczny, jakim jest brak troski i próby zrozumienia młodzieży przez dorosłych. To, moim zdaniem, największe atuty Duchów Jeremiego pióra Roberta Rienta. I chyba nie tylko moim, bo - co mnie naprawdę cieszy - powieść została nominowana do tegorocznej Nagrody Nike.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/07/14/duchy-jeremiego-robert-rient/

pokaż więcej

 
2018-06-28 16:48:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Znane to na polskim rynku książki zjawisko, kiedy po przychylnej reakcji czytelników na wydanie głośnego, bestsellerowego (we właściwym tego słowa znaczeniu) dzieła zagranicznego autora, tłumaczy się i publikuje jego poprzednie utwory, firmując je, rzecz jasna, powodzeniem książki-poprzedniczki. Tak było np. z Ludźmi na drzewach Hanyi Yanagihary, autorki Małego życia. I tak jest w przypadku... Znane to na polskim rynku książki zjawisko, kiedy po przychylnej reakcji czytelników na wydanie głośnego, bestsellerowego (we właściwym tego słowa znaczeniu) dzieła zagranicznego autora, tłumaczy się i publikuje jego poprzednie utwory, firmując je, rzecz jasna, powodzeniem książki-poprzedniczki. Tak było np. z Ludźmi na drzewach Hanyi Yanagihary, autorki Małego życia. I tak jest w przypadku Księżyca (wyd. hiszp. 2009) Martína Caparrósa, autora monumentalnego Głodu (wyd. hiszp. 2014). Przeczytawszy opus magnum twórcy, książkę, która przyniosła mu światowy rozgłos, wysoko stawiamy poprzeczkę – i dobrze! – często ignorując fakt, że dzieło wydane w Polsce później, w rzeczywistości powstało wcześniej. Następuje rozczarowanie, pisarzowi zarzuca się regres i wypalenie. Z taką reakcją środowiska na różne sposoby komentującego literaturę spotkała się wydana w minionym miesiącu przez Wydawnictwo Literackie książka Caparrósa. Jasne, nie musi nam się ta książka podobać, ale jeśli skreślamy ją tylko z powodu nieprzystawalności do Głodu, to dla mnie nie jest to trafny argument.
Przede wszystkim, Księżyc. Od nowiu do nowiu to – jak nazywa go sam autor – „dziennik hiperpodróży”, z reporterskimi kawałkami, a nie reportaż w czystej formie. To hiperpodróż, bo oprócz naznaczonego cyklem księżycowym docierania do emigrantów w różnych zakątkach świata, Caparrós wnika wgłąb siebie. Otrzymujemy więc książkę bardzo osobistą, w której Argentyńczyk, również emigrant spisuje historie swoich rozmówców i, ustosunkowuje się zarówno do nich, jak i do swojej przeszłości wywoływanej przez miejsca, w jakich się znalazł.
Asumptem do powstania tej książki stał się problem migracji. Zadanie odwiedzenia kilkunastu rozsianych po świecie miejsc zleciła Caparrósowi Organizacja Narodów Zjednoczonych. Reporter w ciągu miesiąca miał dotrzeć do ofiar przesiedleń – bohaterowie jego historii nie opuszczali swoich domów z własnej woli. Na tym jednak nie zakończyły się instrukcje ONZ-u; reportaże miały nie przekraczać długości 2000 słów, a postać reportera – być transparentna. To wiele tłumaczy, bowiem, chcąc spełnić powyższe warunki nie wyrzekając się siebie, Caparrós jednocześnie je przekracza, co przekłada się na patchworkową formę Księżyca. Okładka chroni bowiem pozszywane (wyróżnione kursywą) opowieści emigrantów ze wspomnieniami i dywagacjami natury filozoficznej. Nastawiając się na lekturę klasycznego reportażu można doznać rozczarowania, choć i Głód był przecież hybrydą z pogranicza reportażu (także historycznego), eseju, zbioru rozmów i innych. Mnie taka postać tekstu odpowiada, choć rozumiem, że może ona budzić poczucie chaosu i dezorientacji. Myślę, że tym, co nie dbającego o formę Caparrósa ratuje, jest niewielka objętość utworu (zadrukowane dużą czcionką z licznymi przerwami 216 stron).
Argentyńczyk spisuje pełne bólu i cierpienia losy emigrantów. W mołdawskim Kiszyniowie doświadczająca od dzieciństwa przemocy Natalia opowiada mu o tym, jak mąż sprzedał ją albańskim handlarzom żywym towarem. Trafiła do libańskiego burdelu, z którego cudem zdołała uciec. Inną bohaterką Księżyca jest Zambijka, którą mąż zdradzał, a zaraził AIDS. Zdana na łaskę losu kobieta, matka trójki dzieci (w tym także chorą córkę) robi wszystko, by tym żyło się lepiej. Kolejny rozmówca, Koné, w obliczu biedy i wojny za wszelką cenę stara się uciec z Afryki do Hiszpanii. Kiedy wreszcie mu się udaje, okazuje się, że Europa wcale nie jest tak wspaniałym miejscem do życia, jak przedstawiali to ci, którzy się do niej przedostali. W uchodzącej za otwartą Hiszpanii pozwolono mu pozostać w kraju, ale bez dokumentów, a to tak, jakby go w ogóle nie było.W Monrovii (Liberia) reporter spotyka się z Richardem, na oczach którego zaszczuci sąsiedzi bestialsko zamordowali, a następnie zjedli jego babkę. Choć mężczyzna, świadek ciągnących się wojen domowych, został sam, odmawia się mu przyznania amerykańskiej wizy.
Opowiedzianych przez Caparrósa losów jest więcej, jednak wszystkie łączy to, że do tragedii, jakiej doświadczyli bohaterowie, dopuścili się inni ludzie. Zatrważające jest zło, tak jak zatrważająca jest ich wola życia. Caparrós pisze, że pamiętanie jest zapominaniem. Jego bohaterowie, by ocalić w sobie człowieczeństwo, muszą zapomnieć o tym, jak nieludzko zostali potraktowani. Potrafią przebaczyć swoim oprawcom po to, by dalej żyć. Dziennikarz okazuje im empatię i, będąc cierpliwym słuchaczem, pozwala na przepracowanie doznanej traumy.
Poza historiami emigrantów, autor snuje refleksje o istocie podróżowania, które – wykluczając turystyczne wypady – wynika z poczucia braku. Migrujemy w poszukiwaniu lepszego życia. Chcemy poczucia bezpieczeństwa, wolności, trywialnie brzmiącego szczęścia. Mając możliwość powrotów do miejsc, które już kiedyś – na dłużej lub krócej – odwiedził, Caparr
Księżyc. Od nowiu do nowiu to niewielka książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Mariaż nie mieszczących się w głowie opowieści emigrantów z intymnymi wynurzeniami autora sprawia, że mamy do czynienia z dziełem wielowymiarowym, które sprzyja refleksji. Obawiam się, że gdybyśmy odarli je z autobiograficznych fragmentów, trudno byłoby nam znieść takie nagromadzenie bólu i zła, jakiego dopuścił się drugi człowiek. Na docenienie zasługuje także język, jakim posługuje się autor (stąd tyle cytatów). Obrazowy, w prostych słowach wyrażających treści, o których trudno jest mówić. Miejscami poetycki. Powściągliwy, ale oddający emocje.
Można by się pastwić nad tą formą, nad dziennikarską niemocą, nad powtórzeniami i monotonną nostalgicznością. Mnie klimat tej książki wydał się autentyczny i głęboko filozoficzny. Oceńcie sami, ale dajcie Caparrósowi szansę.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/06/28/ksiezyc-martin-caparros/

pokaż więcej

 
2018-06-18 16:14:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(...) Patrioci Sany Krasikov (W.A.B.), rozpisana na sześciuset stronach amerykańsko - rosyjska trzypokoleniowa saga rodzinna z wielką historią w tle musi robić wrażenie.

Sana Krasikov sytuuje swoją opowieść w dwóch krajach: w Związku Radzieckim i w Stanach Zjednoczonych, w dwóch płaszczyznach temporalnych: w latach 30. ubiegłego wieku (i kolejnych) i we współczesności. Bohaterką z ...
(...) Patrioci Sany Krasikov (W.A.B.), rozpisana na sześciuset stronach amerykańsko - rosyjska trzypokoleniowa saga rodzinna z wielką historią w tle musi robić wrażenie.

Sana Krasikov sytuuje swoją opowieść w dwóch krajach: w Związku Radzieckim i w Stanach Zjednoczonych, w dwóch płaszczyznach temporalnych: w latach 30. ubiegłego wieku (i kolejnych) i we współczesności. Bohaterką z powieściowej przeszłości jest młoda amerykanka żydowskiego pochodzenia, Florence Fein, która w czasach wielkiego kryzysu opuszcza Brooklin. Omamiona miłością oraz wizją dobrej posady, zafascynowana komunizmem, porzuca rodzinę i wsiada na pokład transatlantyku, by dotrzeć do Magnitogorska, a finalnie do Moskwy. Zastana przez nią rzeczywistość odbiega jednak od wyobrażeń. Codzienna konfrontacja z nieprzejednanym systemem zmusi Florence do wyrzeczeń i wyborów, których konsekwencje zaważą na losach nie tylko jej, ale także jej bliskich. Opowieść Fein przeplata się z nam współczesnym życiem jej syna, Juliana Brika, który po latach życia w Rosji wraca do USA, a także z losami mieszkającego w Moskwie wnuka bohaterki, Lenny'ego. Ten ostatni zdaje się nie dostrzegać czyhających na niego niebezpieczeństw, czym nieustannie frustruje ojca przytłoczonego tragicznymi skutkami wpływu rosyjskiego reżimu na życie rodziny. Rodzinna przeszłość ożywa, kiedy podczas jednego z wyjazdów służbowych do rosyjskiej stolicy Julian decyduje się na poznanie historii matki poprzez zgłębienie odtajnionych akt KGB. (...)

Krasikov zderza ze sobą Rosję przedwojenną, tę z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i stalinizmu z Rosją dzisiejszą. Pozornie nowoczesny i demokratyczny kraj Breżniewa i Putina w rzeczywistości niewiele odbiega od realiów ZSRR. Propaganda i manipulacja, szczucie ludzi, antysemityzm wciąż mają się tu dobrze. Zapomnieć oznaczało odrzucić nie tylko przeszłość, ale i przyszłość - tę frazę wypowiada Florence, kobieta złamana przez władzę. Jego ofiarą niewątpliwie jest także Julian, któremu we wczesnym dzieciństwie zabrano ojca i którego matkę okrzyknięto mianem zdrajcy. Przepełniony goryczą, nie był w stanie rozmawiać z nią o tamtych czasach, jednak podświadomie idealizował jej postawę. Prawda okaże się bolesna, a narracja Florence broniącej systemu przerażająca.

Nawiązując do tytułu powieści, Patrioci poruszają fundamentalny problem tożsamości. Krasikov wskazuje na konieczność autodefinicji, jej bohaterowie - niezależnie od miejsca i czasu - próbują ustalić, kim są. Okazuje się, że nie jest to takie proste, a początkowo przyjęta tożsamość może zostać zakwestionowana, można ją utracić. Można wreszcie słono zapłacić za próbę jej odzyskania. Duże znaczenie ma kwestia emigracji i związanej z nią skomplikowanej przynależności narodowej. Wie o tym dobrze sama Krasikov, amerykańska pisarka gruzińskiego pochodzenia. I tak, radziecki dom dziecka może okazać się dla chłopca, którego rodzice byli Amerykanami jedynym pozytywnym wspomnieniem z dzieciństwa, a Stany Zjednoczone zapominają i wymazują obywatelstwo tych, którzy dobrowolnie znaleźli się po drugiej stronie żelaznej kurtyny.
Patrioci mogą także nieść wartość poznawczą dla odbiorcy niezorientowanego w kwestiach geopolitycznych, choć nie obyło się tu bez nadużyć, takich jak otwarte pogrywanie Florence z enkawudzistami, potulne przesłuchania czy objęcie wysokiego stanowiska w międzynarodowej firmie handlowej w latach 30. XX wieku przez kobietę, w dodatku żydowskiego pochodzenia.(...)

Tym, co stanowi o szczególnej wartości Patriotów jest epicki rozmach powieści. Rozpiętość czasu i przestrzeni, mnogość wątków i sposób portretowania postaci zasługują na uznanie. Sana Krasikov przedstawiając historię jednej rodziny, pisze o sprawach wielkiej wagi: o miłości, o oddaniu ideom, o poszukiwaniu własnej tożsamości. W szerszym planie Patrioci opowiadają o procesie łamania człowieka przez władzę, o losach człowieka sowieckiego i obojętności wolnego świata na los ludzi pozostawionych za żelazną kurtyną. Walor opowiedzianej historii stanowi bezstronność autorki wobec konfliktu na linii Rosja - Zachód. Dodając do tego wątek szpiegowski oraz rodzinne tajemnice, czytelnik otrzymał powieść, od której ciężko się oderwać. Atutem jest potoczysta, bogata narracja (osobiście urzekło mnie sformułowanie "niebosiężna katedra"), za którą brawa należą się także tłumaczce, Dorocie Konowrockiej-Sawie. Jeśli szukacie przepastnej powieści, w której można się zatracić, Patrioci powinni się Wam spodobać.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/06/18/patrioci-sana-krasikov/

pokaż więcej

 
2018-05-22 21:43:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Po genialnych Wielkich kłamstewkach (serial wyprodukowany w ubiegłym roku przez HBO, książki nie czytałam) z Nicole Kidman w roli głównej z dużym entuzjazmem czekałam na książkę, której ekranizację zapowiedziała firma producencka aktorki. Zwłaszcza, że Wydawnictwo Literackie na czwartej stronie okładki zauważa pewnego rodzaju pokrewność poruszanych w serialu i powieści tematów. Bardzo chętnie... Po genialnych Wielkich kłamstewkach (serial wyprodukowany w ubiegłym roku przez HBO, książki nie czytałam) z Nicole Kidman w roli głównej z dużym entuzjazmem czekałam na książkę, której ekranizację zapowiedziała firma producencka aktorki. Zwłaszcza, że Wydawnictwo Literackie na czwartej stronie okładki zauważa pewnego rodzaju pokrewność poruszanych w serialu i powieści tematów. Bardzo chętnie obejrzę ekranizację Emigrantek. Co się natomiast tyczy książki…

Emigrantki to druga powieść pióra Janice Y.K. Lee, urodzonej w Hongkongu amerykańskiej pisarki koreańskiego pochodzenia. Proweniencja autorki okazuje się o tyle istotna, że podzielają ją, przynajmniej w jakiejś części, jej bohaterki. Akcja powieści toczy się w egzotycznym Hongkongu, do którego trafiają trzy zupełnie różne kobiety. Lee zręcznie szkicuje ich charaktery i historie z przeszłości. Mercy, absolwentka prestiżowego Uniwersytetu Columbia nie może znaleźć sobie miejsca w Hongkongu – zarówno jeśli chodzi o stałą pracę, jak i stabilizację życiową. Margaret to kobieta z klasą, żona i matka, która przenosi się tu z całą rodziną w związku z awansem męża. Z tego samego powodu z Ameryki emigruje Hillary, czterdziestolatka udręczona z powodu niezaspokojonego marzenia o macierzyństwie. Jak nie trudno się domyślić, ścieżki bohaterek się krzyżują, a na oczach czytelnika rozgrywa się seria, wykraczających poza zwyczajne bolączki cudzoziemców, dramatów.

Mercy, Margaret, Hillary i ich rodziny to przedstawiciele ekspatów, których Hongkong jest pełen. Lee podejmuje kwestię, motywowanej przede wszystkim karierą i marzeniami o lepszym życiu, emigracji Amerykanów do tego miasta – tygla. Melanż kultur wywołuje bezdomność – nikt nie czuje się tu u siebie. Próba zakorzenienia się w obcej rzeczywistości skutkuje tworzeniem się enklaw narodowościowych, co jedynie potęguje rozkawałkowanie tego niby-rajskiego miasta. Emigrantki są także opowieścią o kobiecej solidarności i sile wsparcia, która pozwala przetrwać następujące po sobie kryzysy. Jak się jednak okazuje, z tymi szczególnie bolesnymi doświadczeniami radzić musimy sobie sami. (...)

Lee stworzyła melodramatyczną powieść, która dla mnie okazała się wyzuta z emocji. Samotność, cierpienie, macierzyństwo, niezdolność do adaptacji i tęsknota za amerykańskim życiem – to poruszane przez autorkę struny, które świetnie nadają się do tego, by wzruszać. Zastanawiam się, co zatem nie zagrało, i nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Bo Emigrantki to powieść napisana zręcznie (choć nie obyło się bez translatorskich zgrzytów), dozująca napięcie, z wiarygodnymi postaciami i otwartym zakończeniem. A może to ja jestem nieczuła? Pozostaje mi czekać na ekranizację – cała nadzieja w Nicole.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/05/10/emigrantki-janice-y-k-lee/

pokaż więcej

 
2018-05-22 21:37:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Szara matowa okładka, na niej tylko autor, tytuł i nazwa wydawnictwa. Wielkie litery na niewielkich rozmiarów książeczce. I jeszcze to zagięte „em”! Przedmiot zupełnie inny od tych, które mają nas mamić na witrynach księgarń. Przygaszony, niepozorny, smutny. [Można się zastanawiać, czy rzeczy mogą być smutne. Sądzę, że autor zgodziłby się ze mną, że tak.] Książka, na którą moglibyśmy w ogóle... Szara matowa okładka, na niej tylko autor, tytuł i nazwa wydawnictwa. Wielkie litery na niewielkich rozmiarów książeczce. I jeszcze to zagięte „em”! Przedmiot zupełnie inny od tych, które mają nas mamić na witrynach księgarń. Przygaszony, niepozorny, smutny. [Można się zastanawiać, czy rzeczy mogą być smutne. Sądzę, że autor zgodziłby się ze mną, że tak.] Książka, na którą moglibyśmy w ogóle nie zwrócić uwagi, a o której słusznie było głośno: Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy od wydawnictwa Karakter. (...)

Wydana prawie rok temu książka autora Jak przestałem kochać design? to opowieść o jego matce, którą zdają się snuć osierocone przez nią rzeczy. Rozprawiając się z pozostawioną w mieszkaniu „masą spadkową”, Wicha przywołuje wspomnienia związane z jej właścicielką. Pisze o piętrzących się stosach książek (od których nikt nie chce go uwolnić), żeby wyrazić wagę kultury słowa w życiu matki. Pisze o rytualnie gromadzonych przedmiotach i o tym, jak rodzice szykowali dom na ich przybycie, żeby uwydatnić uważność i troskę, jaka należy się temu, co mamy w posiadaniu.
Ze stworzonego z synowską czułością portretu wyłania się jednak obraz osoby, dla której najważniejsi byli ludzie. Od rodziny bardziej liczyli się przyjaciele, ci na całe życie, bowiem to oni – z wyboru, a nie tylko z przyrodzenia – trwają przy nas. Liczyła się także młodzież (matka autora zajmowała się poradnictwem zawodowym). W człowieka trzeba wierzyć, pomóc mu się ukierunkować, pozwolić się mylić i naprawiać błędy. Kobieta kierująca się tą dewizą była przy tym bardzo wymagająca i powściągliwa, szczera, wręcz dosadna. Po jej śmierci nadszedł czas na zrobienie porządku z tym, co pozostawiła po sobie. Z rzeczami stanowiącymi dowód jej istnienia; ale przede wszystkim ze wspomnieniami i emocjami, które uparcie porzucona materia przywołuje.(...)

[Matka] nie pozwalała kombinować ze słowami – wspomina Wicha. Z lektury książki można wywnioskować, że obojgu bliskie były i są Wittgensteinowskie zasady: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” i „Granice mego języka są granicami mego świata”. Rzeczy, których nie wyrzuciłem to bowiem precyzyjna, zakorzeniona w drobiazgowo uchwyconej rzeczywistości opowieść o stracie. Pełna krótkich, rwanych fraz wyrażających silną emocjonalność (poczucie pustki, smutek i tęsknotę, ale nie rozgoryczenie czy gniew) oraz bezsilność wobec śmierci. Wybrzmiewają one szczególnie w ostatniej części książki, stanowiącej zapis ostatnich dni życia matki. Nie oznacza to jednak niedbałości czy językowego chaosu – to książka napisana pięknym, bogatym językiem. Przywołane wspomnienia nie są pozbawione humoru, który pozwala nieco odciążyć trudny i niewesoły temat.
Zazwyczaj zagłuszani przez człowieka nieożywieni świadkowie egzystencji i odchodzenia głównej bohaterki pozwalają autorowi przywołać ją do życia, a troska o dalszy los stawianych przez lata zakurzonych barykad dają zajęcie i odsuwają na bok koncentrację na własnym bólu. Wicha otwiera się przed czytelnikiem, obnaża swoją prywatność, ale w jego książce nie ma miejsca na łzy. Jego intymna retrospektywna opowieść, zbiór wydartych przeszłości wspomnień, nosi pewne znamiona uniwersalności. Autor bynajmniej nie oswaja odchodzenia i śmierci osób dla nas najbliższych, ale podpowiada, jak docenić ich wpływ na nasze ukształtowanie oraz jak kultywować pamięć o nich. To czyni tę książkę tym bardziej ważną i potrzebną. (...)

Rzeczy, których nie wyrzuciłem to książka poruszająca, ale stroniąca od moralizatorstwa i pouczeń w kwestii tego, jak pozbierać się po stracie najważniejszej osoby. Raczej potwierdzająca, że takiej uniwersalnej instrukcji nie ma i nie będzie. Nie sądzę zresztą, żeby autorowi przyświecał taki cel. Wicha robi coś więcej: pokazuje, że pamięć i szacunek sprawiają, iż umarli nie całkiem odchodzą. Wzrusza, nie będąc ckliwym. Trafia głęboko, nie mnożąc słów ponad potrzebę. Wielka mała książka.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/04/26/rzeczy-ktorych-nie-wyrzucilem-marcin-wicha/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
64 54 273
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd