DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 dni temu
Teraz czytam
  • Cesarski zegarmistrz
    Cesarski zegarmistrz
    Autor:
    Czy dla każdego czas płynie tak samo? Alister Cox, angielski zegarmistrz i twórca automatów, po tragicznej śmierci córki porzuca swoje rzemiosło i pogrąża się w rozpaczy. Szansę na wybawienie odnajdu...
    czytelników: 112 | opinie: 6 | ocena: 5,45 (11 głosów)
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych „Kronik portowych” oraz „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Pod koniec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel i Charles Duquet, przybywa do Now...
    czytelników: 830 | opinie: 34 | ocena: 7,26 (155 głosów) | inne wydania: 1
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 119 | opinie: 7 | ocena: 6,24 (25 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-13 13:01:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Przeczytane w 2019

(...) Na mieszczącą się w kieszeni kurtki książeczkę składa się sześć tekstów autorek i autorów, którzy wyrobili już sobie w Polsce nazwisko. Zostały one ułożone w porządku alfabetycznym, biorąc pod uwagę osobę twórcy: Cichy, Grzegorzewska, Murek, Pustkowiak, Stasiuk i Varga. Pokrótce o każdym z nich:

Szesnaście łap, trzydzieści lat Michała Cichego to całkiem udane otwarcie antologii… jeśli...
(...) Na mieszczącą się w kieszeni kurtki książeczkę składa się sześć tekstów autorek i autorów, którzy wyrobili już sobie w Polsce nazwisko. Zostały one ułożone w porządku alfabetycznym, biorąc pod uwagę osobę twórcy: Cichy, Grzegorzewska, Murek, Pustkowiak, Stasiuk i Varga. Pokrótce o każdym z nich:

Szesnaście łap, trzydzieści lat Michała Cichego to całkiem udane otwarcie antologii… jeśli nie wie się, kto jest jego autorem. Z ogromną przyjemnością czytałam jego pełne wrażliwości, noszące znamiona książki poetyckiej Pozwól rzece płynąć. Pamiętam, jak podczas spotkania autorskiego poświęconego tej publikacji, Cichemu towarzyszyła jego suczka, obserwuję jego profil na Facebooku, gdzie z ogromną czułością całkiem często pisze o swojej relacji z czworonogami. Tymczasem jego tekst w tym zbiorze niewiele wykracza poza pamiętnikarskie wspomnienie zwierząt, które towarzyszyły autorowi przez trzydzieści lat życia. Zgrabnie napisana, ale wyzuta z uczuć opowieść.

(...) W Olfaktorii Wioletta Grzegorzewska przekazuje nieoczywistą, bliską mi ideę, zgodnie z którą to pies oswaja człowieka, to pies dyktuje warunki ich relacji i ma do tego prawo jako ten, dla którego więź z człowiekiem stanowi sedno istnienia. Na potwierdzenie tej tezy jako motto pisarka wybiera cytat z Myśliwskiego (Miałby pan psa, to niejedno by pan zrozumiał. Musiałby się pan nawet zgodzić, że psy nam wyświadczają łaskę, że żyją z nami na świecie.). Grzegorzewska pięknym literacko językiem otwiera i zamyka swój tekst (esej? felieton?), jednak, wbrew deklarowanemu uznaniu dla czworonogów, w większości skupia się na sobie. Pisze o trudach brytyjskiej codzienności związanej z wątłym portfelem, o relacjach z sąsiadami i właścicielką mieszkania, o przeprowadzce, o dzieciństwie spędzonym na wsi i o prowadzeniu dzieci do szkoły. I choć słowo pies odmieniane jest w kolejnych linijkach przez wszystkie przypadki, to jednak jakoś niknie i staje się jednym z tysięcy rzeczowników, które składają się na tekst. Na szczęście na końcu wynurza się ze słownej topieli.

Następne w kolejności jest opowiadanie Weroniki Murek pt Rok w długim domu. Interesujące pod względem języka i literackiej konwencji. Można powiedzieć „Murkowate” – miłośnikom twórczości autorki to określenie nasunie charakterystyczny dla jej prozy zespół cech: dziwność, szorstkość, eliptyczność, trochę strasznej prowincji, trochę realizmu magicznego. Do tego dochodzą słowotok, potocyzmy i onomatopeje, na kolejnych stronach kotłują się codzienne ludzkie aktywności i ich psia percepcja. Aż do momentu, w którym bez uprzedzenia z psiej egzystencji znika sieć ludzkich nawyków i cała życiowa krzątanina i nic już nie jest takie samo. Fatalne są skutki śmierci, tytułuje finalną część opowiadania Murek. Wart uwagi kawałek nieoczywistej prozy, który mógłby okazać się ciężkostrawny w tekście o większej objętości.

Bezkonkurencyjnie najsłabszym tekstem w zbiorze jest Ostatnia podróż Patrycji Pustkowiak. Ja wiem, że to miała być „nieoczywista psia antologia”, ale dmuchany pies w historii rozpadającego się małżeństwa potrzebny jest jeszcze mniej niż przysłowiowy kwiatek do kożucha. Staram się znaleźć jakiś walor tego opowiadania, ale nie potrafię, nawet abstrahując od bezzasadności włączenia go do zbioru choćby luźno poświęconego psom. Poza tym, na czwartej stronie okładki wydawca obiecuje „wspaniały literacki hołd oddany wiernym towarzyszom człowieka”. Chętnie przyjmę wszelkie podpowiedzi, gdzie tego hołdu u Pustkowiak szukać. Zamiast tego czytelnik otrzymuje powierzchowną i okropnie nudną obserwację rozpadu związku niegdyś bliskich sobie osób, który jedna ze stron desperacko próbuje uratować. Ostatnia podróż to zapis podwójnego niepowodzenia – bohaterki opowiadania i jego autorki.

(...) Jedynym, który sprostał moim oczekiwaniom okazał się Andrzej Stasiuk i jego Psy. Ale ten tekst był od początku moim pewniakiem całego zbioru. Podobnie jak prosty jest tytuł, tak prosta jest opowieść Stasiuka, co stanowi jej siłę. Bez żadnego przymusu autor pisze o psach, które zawsze były w jego domu, mimo że o to nie zabiegał (Znajdy, podrzutki, przybłędy. Zjawiały się w naszym życiu i zostawały do śmierci). Czytając Stasiuka, ma się nieodparte wrażenie, że pozostałym autorom zadało się napisanie tekstu nadającego się do tej antologii (może poza Vargą, o którym za chwilę). Wreszcie to psy stają się bohaterami opowiadanej historii, wreszcie czytanemu przeze mnie sprawozdaniu z koegzystencji Stasiuka i jego psów nie przyświeca żaden pozapsi cel. Opowiadający z czułością o psach-członkach rodziny, psach-towarzyszach losu pisarz idzie o krok dalej. Jak zawsze, wychodząc od swoich doświadczeń, puentuje swój tekst w sposób, który nie pozostawia wątpliwości, że napisał go właśnie dla nas. Dwa lata temu umarł mój pierwszy pies, co okazało się dla mnie najdotkliwszym doświadczeniem śmierci. Często o nim myślę, często mi się śni. I kiedy czytam, że psy nigdy nie odchodzą na zawsze, że nawet gdy już ich nie ma, to ich duchy wciąż strzegą swoich panów, czuję spokój i wierzę, że tak właśnie jest.

(...) O ile Stasiuk sprostał moim oczekiwaniom, o tyle Krzysztof Varga Bogami starości zdecydowanie je przerósł. Lepiej znam Vargę-publicystę niż Vargę-pisarza. Cenię jego ostre pióro, (auto)ironię, inteligencję i przenikliwość. Poza tym, w jego tekstach i wypowiedziach roi się od autoodniesień (do czego pisarz sam się w rzeczonym eseju przyznaje: Pragnąłem więc psa, bo jestem z natury egoistyczny, egocentryczny i skupiony na sobie, i wreszcie chciałem się skupić na kimś innym, ponieważ własne towarzystwo zaczynało mi coraz bardziej ciążyć). Dlatego tak bardzo mnie zaskoczył. Już od pierwszych linijek czytałam tekst Vargi ze ściśniętym gardłem. Po kilku stronach musiałam porzucić lekturę, by powrócić do niej dzień później, następnego dnia – to samo. Nie byłam przygotowana na to, że na samym końcu tej książeczki będę musiała zmierzyć się z tak ciężkim kalibrem. Bo Varga traktuje o wpisanym w człowieczo-psią relację odchodzeniu i o reakcji na śmierć przez tego, który nadal żyje. Rozbrajając mnie swoją niezakamuflowaną ironią ani żadnym innym narzędziem szczerością, autor opowiada o przeczuwanym przez psa odejściu ojca, o nieszczęśliwej śmierci Nestora, w którego stygnące ciało zachłannie się wtulał oraz o powolnym gaśnięciu usypianego schorowanego Alfa. Z lektury tego eseju wyłania się postać człowieka, który, chcąc po prostu kogoś bezgranicznie i bezwarunkowo kochać, ulokował w towarzyszących sobie czworonogach najszczersze uczucia, a potem nauczył się obdarzać nimi innych. Człowieka, który przyznaje, że to od psów – świetnych analityków odebrał lekcję rozumienia i słuchania ludzi. Kilkustronicowi Bogowie starości to chyba najlepsze, co o psach udało mi się przeczytać.

(...) Nie ma innego zwierzęcia, z którym człowiek może przeżyć takie zespolenie duchowe, jak tylko pies – tymi słowami Varga zamyka antologię O psach. W mojej rodzinie psy były od zawsze, dom bez psa trudno byłoby mi nazwać domem, a rodzina bez psa jest dla mnie mocno dysfunkcyjna. Z tego powodu czekałam na ten zbiór. Tym bardziej przykro mi, że książka jako całość sprawiła mi zawód, zwłaszcza, że po autorach, wydawcy i problematyce duże oczekiwania były uzasadnione. O psach to pozycja bardzo nierówna. Zwieńczające ją dwie poruszające opowieści Stasiuka i Vargi mogą rzutować na pozytywny odbiór książki, jednak „na chłodno” trudno jej bronić. Zwłaszcza ostatnia historia chwyciła mnie za serce i nie chciała puścić. Poziom trzyma opowiadanie Murek. Teksty Cichego i Grzegorzewskiej są w mojej ocenie dość przeciętne, natomiast twórczość Pustkowiak nie tyle nie wnosi żadnej wartości dodanej, ale także ujmuje całemu zbiorowi. Zawartość książki stanowią również ilustracje Oli Niepsuj. Lubię nowoczesną, abstrakcyjną, trochę geometryczną ilustrację, ale ta – rzecz gustu – nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia.

Powtórzę raz jeszcze: zdecydowanie warto przeczytać autobiograficzne teksty Vargi i Stasiuka. [Z powodzeniem mogłyby ukazać się one wTygodniku Powszechnym, do którego regularnie (czasem także o psach) pisze Stasiuk albo w Piśmie]. Jednak zapytana, czy dla dwóch spośród sześciu tekstów warto było kupić tę książkę?, moja odpowiedź pełna byłaby wątpliwości. Acha, jeśli jesteście kociarzami, Czarne wydało analogiczną publikację O kotach, na którą składają się teksty Chwina, Drendy, Pazińskiego, Rejmer, Siemiona i Sołtysa (nie czytałam).

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2019/01/10/o-psach-cichy-grzegorzewska-murek-pustkowiak-stasiuk-varga/

pokaż więcej

 
2019-01-09 21:20:50
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2019-01-09 21:19:59
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Non fiction, Przeczytane w 2019

Chyba już kiedyś o tym pisałam, ale dalej zastanawia mnie, jak to się dzieje, że w krótkim czasie ukazuje się przynajmniej kilka książek poświęconych tej samej tematyce. Zwłaszcza, jeśli nie jest ona oczywista i nie stanowi odpowiedzi na aktualny problem kraju, świata czy grupy społecznej. Bohaterkami ostatniej jesieni niewątpliwie były polskie kobiety, o których losie do tej pory nie mieliśmy... Chyba już kiedyś o tym pisałam, ale dalej zastanawia mnie, jak to się dzieje, że w krótkim czasie ukazuje się przynajmniej kilka książek poświęconych tej samej tematyce. Zwłaszcza, jeśli nie jest ona oczywista i nie stanowi odpowiedzi na aktualny problem kraju, świata czy grupy społecznej. Bohaterkami ostatniej jesieni niewątpliwie były polskie kobiety, o których losie do tej pory nie mieliśmy okazji usłyszeć. Co znamienne, ich głosy wydobyły reporterki i autorki literatury faktu. Choć nie ulega wątpliwości, że książki te powstawały kilka lat, a proces kwerendy wiązał się z przynajmniej takim samym trudem jak akt pisarski, asumptem do wydania tych pozycji w okolicy listopada 2018 zapewne była setna rocznica uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Mam nadzieję, że te okoliczności okażą się sprzyjające sięgnięciu po historie dziesiątek tysięcy kobiet, które w XIX i XX-wiecznej Polsce pracowały w pocie czoła jako służące i robotnice w fabrykach. Wspomniane książki to: Aleja Włókniarek Marty Madejskiej (Czarne), Anioł w domu, mrówka w fabryce Alicji Urbanik-Kopeć (Krytyka Polityczna) i Służące do wszystkiego Joanny Kuciel-Frydryszak (Marginesy). Dziś piszę o ostatniej z wymienionych.

(...) Książka Kuciel-Frydryszak to pierwsza pozycja non fiction poświęcona polskim służącym. Czterystu stronicową publikację można by podzielić na dwie części. W pierwszej przedstawione zostały zasady, jakich musiały przestrzegać, ramowy plan zajęć, a także ogólna charakterystyka bezimiennych „białych niewolnic”, jak zwykło się nazywać zdane na łaskę i niełaskę chlebodawców dziewczynki (niektóre podejmowały pracę mając niespełna dziesięć lat), dziewczyny i kobiety. Czytelnik otrzymuje szansę zajrzenia do wewnątrz ubiegłowiecznych polskich domostw, nie dostając się do nich jednak głównym wejściem, ale kuchennymi schodami. Jak nie trudno się domyślić, z perspektywy służącej do wszystkiego, a więc kucharki praczki, sprzątaczki i opiekunki w jednej osobie, dwudziestowieczne salony wyglądają zgoła inaczej.

Autorka prześwietla postać służącej od stóp do głów: poczynając od motywacji podjęcia pracy (przede wszystkim brak środków do życia, ale także chęć wyrwania się z rodzinnego domu, najczęściej ze wsi), przez moralność, której nauczycielami byli „Państwo”, po edukację (płatne szkoły dla służących dostępne były tylko wybranym, działały również Zytki – Stowarzyszenie Sług Katolickich, a także prywatne przedsięwzięcia społeczników, którzy mecenasowali tej grupie społecznej i wreszcie nieliczni chlebodawcy dbający o sprawność intelektualną służących – zdecydowana większość była analfabetkami). Wiele miejsca Kuciel-Frydryszak poświęca również odmalowaniu często skandalicznych warunków życia służących. Także w tej ogólniejszej, dążącej do możliwego uwspólnienia służalczego losu dziesiątek tysięcy kobiet części książki, autorka przedstawia losy konkretnych kobiet, jednak z żadną z nich nie pozostajemy na dłużej. To raczej splot możliwie licznych świadectw poświęconych służącym, których autorami są będące dziś w podeszłym wieku dzieci współwychowywane przez służące lub w inny sposób dbające o ich dom dziecięcy, ale także pisarze-portreciści epoki oraz prasa z tamtych lat.
Odpowiednio przygotowawszy grunt, autorka odkurza bardziej szczegółowo życiorysy kilku służących, o których wiadomo wiele, m.in. dzięki sławie domów, w jakich służyły. Kuciel-Frydryszak zaprasza czytelnika na salony Sienkiewicza, Gombrowicza, Witkiewicza, Nałkowskiej czy szczególnie dobrze jej znanej Iłłakiewiczówny. Dzięki pozostawionym materiałom oraz rozmowom z kolejnymi pokoleniami literackiej elity, rysuje fascynujący obraz więzi łączącej służącą i Panią lub Pana. Choć relacje te były bardzo różne, pewna jest ich istotność dla życia i twórczości wymienionych. Poznajemy także zwykłe-niezwykłe służące wcale sławnych rodzin, które towarzyszyły im przez całe życie, mimo że – głównie z racji wojny – różnie się ono toczyło.

(...) Trudno byłoby wymienić tu wszystkie podjęte w Służących do wszystkiego kwestie. Poza tymi już wspomnianymi, ważnym problemem była służba katolickich służących w domach żydowskich oraz Żydówek u rodzin katolickich. Nawet dobrze płatna posługa u Żydów okazywała się nieroztropna z uwagi na późniejszą niechęć przyjęcia dziewczyny pod swój dach przez katolików. Najbardziej intrygującą okazała się dla mnie jednak relacja łącząca służącą i jej Państwa, w którą wpisane były obustronna nieufność i pogarda wynikająca z różnicy pochodzenia. Książka mieści w sobie liczne przykłady potwierdzające te awersje (m.in. okradanie przez służące domów, w których pracowały czy dopuszczanie się przez Panów przemocy seksualnej na pracownicach). Z drugiej strony Kuciel-Frydryszak przedstawia dowody na szczerą więź i wzajemne przywiązanie służącej i rodziny, której czuła się członkiem (świadczyła o nim np. decyzja katolickiej służącej do udania się z żydowską rodziną, u której pracowała do getta, a więc na śmierć czy rezygnacja służącej z wyjścia za mąż z uwagi na związaną z nim konieczność opuszczenia rodziny chlebodawców). Ne sposób wreszcie nie zauważyć wyłaniającego się z książki obrazu polskiego społeczeństwa. Tylko u nas przez tak długi czas utrzymywała się niemal powszechna instytucja służącej. Próżno szukać kraju, który dorównywałby Polsce w tego rodzaju wyzyskiwaniu kobiet, co przełożyło się na – pokutujące w niektórych środowiskach do dziś – poddańcze rozumienie roli kobiety w społeczeństwie.

Służące do wszystkiego to książka ważna i potrzebna. Składa się na nią zarówno tekst (oprócz narracji snutej przez autorkę pojawiają się również fragmenty powieści i opowiadań opisujących realia służalczego życia), jak i liczne wycinki z gazet, ilustracje, zdjęcia oraz wyimki Poradnika dla służby domowej autorstwa Michaliny Ulanickiej. Wszystko to dowodzi ogromu wykonanej przez Kuciel-Frydryszak pracy. Jeżeli miałabym mieć jakieś zastrzeżenie do tej publikacji, stanowiłaby je rozwlekłość (roboczo nazwanej przeze mnie) pierwszej części książki. Powtarzające się lub wprowadzane w ciągnących się akapitach informacje dotyczące różnych aspektów pracy służącej momentami stawały się nużące i sprawiały, że kilkukrotnie odkładałam książkę „na potem”. Myślę, że książka zyskałaby dzięki większej syntetyczności. Za to jej „drugą część”” przeczytałam z zaangażowaniem niemal jednym tchem.
Marginesy zadbały o staranne wydanie i redakcję książki, więc obcowanie z nią było przyjemnością (choć z uwagi na dobór papieru ciężar książki nie sprzyjał jej lekturze w komunikacji miejskiej.

Pionierskie podjęcie tematyki polskich służących, której dotychczasową niewidzialność trudno racjonalnie uzasadnić, czyni tę książkę jedną z najważniejszych publikacji literatury faktu minionego roku. Jestem zdania, że to wystarczający powód, dla którego powinien po nią sięgnąć każdy polski czytelnik. Odczuwających niedosyt uspokajam: w tym roku ukaże się kolejna książka o służących: Instrukcja nadużycia. Historia kobiet służących w dziewiętnastowiecznych domach Alicji Urbanik-Kopeć (Post Factum).

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2019/01/08/sluzace-do-wszystkiego-joanna-kuciel-frydryszak/?fbclid=IwAR2CpwBBmVv8SwEkO--_bxcYHFZzO8MZ__JYqeHygqbchCtMJegyDCzhHas

pokaż więcej

 
2018-12-31 17:29:04
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: EKO
 
2018-12-31 17:20:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
 
2018-12-23 12:07:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska
 
2018-12-23 12:06:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska
 
2018-12-23 11:50:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...) Historię przedstawioną na kartach japońskiej powieści można streścić w kilku dłuższych zdaniach. Rzecz dzieje się w Tokio, gdzie na jednej z handlowych ulic mieści się mały lokal gastronomiczny Doraharu, w którym Sentarō (lat ok. 30) serwuje dorayaki – naleśniki nadziewane an, czyli słodką pastą z czerwonej fasoli. Praca ta męczy chłopaka; nie lubi jej i nie wykonuje jej dobrze. Marzy mu... (...) Historię przedstawioną na kartach japońskiej powieści można streścić w kilku dłuższych zdaniach. Rzecz dzieje się w Tokio, gdzie na jednej z handlowych ulic mieści się mały lokal gastronomiczny Doraharu, w którym Sentarō (lat ok. 30) serwuje dorayaki – naleśniki nadziewane an, czyli słodką pastą z czerwonej fasoli. Praca ta męczy chłopaka; nie lubi jej i nie wykonuje jej dobrze. Marzy mu się kariera pisarska, ale musi pracować, żeby spłacić długi. Pewnego dnia do lokalu przychodzi staruszka imieniem Tokue, która za wszelką cenę, (tj. za bardzo niską stawkę) chce zatrudnić się w sklepie. Kobieta ma zniszczoną twarz i odstręczająco powykrzywiane dłonie – Sentarō obawia się, że obecność takiej osoby w pracy z żywnością wpłynie negatywnie na wizerunek firmy, jednak po spróbowaniu an jej roboty mężczyzna decyduje się ją zatrudnić. Jak nietrudno się domyślić, przygotowywane z sercem i zaangażowaniem dorayaki smakuje nieporównanie lepiej i ściąga do pustawego dotychczas lokalu tłumy. Wśród przesiadujących w Doraharu osób jest kilkunastoletnia Wakama – małomówna dziewczyna „z trudnego domu”. Kiedy po okolicy roznosi się wieść, że w sklepie z naleśnikami pracuje chora na trąd staruszka, właścicielka biznesu każe ją zwolnić, jednak Tokue sama rezygnuje z pracy. Na powrót samotny, dręczony wyrzutami sumienia Sentarō nie radzi sobie najlepiej. Wraz z Wakamą postanawiają odnaleźć bliską im staruszkę pod pretekstem chęci udoskonalenia receptury na dorayaki. Kiedy udaje im się dotrzeć do miejsca zamieszkania Tokue, poznają szokującą historię jej życia, która prowokuje w nich refleksję nad tym, kim są i jakie jest ich życiowe powołanie.

(...) Co prawda nie zdradziłam zakończenia opowieści, ale to nie fabuła jest u Sukegawy najważniejsza. Zresztą niewiele tu akcji i nawet znając finał tej niewielkiej objętościowo książki warto po nią sięgnąć. Prostota i podyktowany symbolizmem minimalizm stanowią siłę opowiedzianej historii i jestem skłonna bronić jej przed zarzutami banału, naiwności czy prymitywizmu. To przykład prozy oszczędnej w słowa i bogatej w znaczenia, dlatego objaśnianie elementów powieściowego świata zrobiłoby czytelnikowi większą krzywdę niż streszczenie fabuły. Tytuł, wnikliwa lektura oraz powracający motyw graficzny odsyłają do zapoznania się z symboliką ważnego w kulturze japońskiej kwiatu wiśni. Warto pójść tym tropem.
Sukegawa – absolwent filozofii orientalnej na Uniwersytecie Waseda bez nadęcia pisze o życiowej pokorze i szacunku, na który zasługuje każdy człowiek. Tłumaczy mechanizmy wykluczenia ze społeczeństwa, jednocześnie nie dając na nie zgody. Każdy z jego bohaterów jest w jakiś sposób wyalienowany – ze względu na nieciekawą przeszłość, pochodzenie z dysfunkcyjnej rodziny czy stygmatyzowaną chorobę sprzed lat. Dlatego, mimo różnicy wieku, Sentarō, Tokue i Wakama stają się sobie bliscy – tylko w swoim gronie zaznają tak brakującego im zrozumienia. Ukazując losy trzech pokoleń autor dowodzi, że człowiek wciąż boryka się z tymi samymi problemami, a potrzeby ustalenia własnej tożsamości oraz odnalezienia życiowego powołania są głęboko zakorzenione w naturze ludzkiej. Ponadto Sukegawa podkreśla wartość pracy i zależność jej efektów od naszego do niej nastawienia. Każde doświadczenie nas czegoś uczy, a więc jest pozytywne, nawet jeśli towarzyszy mu ból i cierpienie – mówi między wierszami japoński autor. Mimo dominującej melancholii wymowa Kwiatu wiśni jest budująca – prawdopodobnie to miał na myśli wydawca określając książkę jako „słodko-gorzką opowieść o życiu i naleśnikach”.

Lektura Kwiatu wiśni i czerwonej fasoli jest przygodą na jeden wieczór. Japończyk nie strzępi języka, a dzięki sprawnemu przekładowi na język polski (Dariusz Latoś) powieść czyta się z przyjemnością. Jej ciepło i bezpretensjonalność sprzyjają refleksji. Durianowi Sukagawie udało się opowiedzieć prostą i mądrą historię bez narażania się na śmieszność. Myślę, że to nie lada sztuka wymagająca dużego wyczucia i świadomości pisarskiej.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/12/22/kwiat-wisni-i-czerwona-fasola-durian-sukegawa/

pokaż więcej

 
2018-12-23 11:48:14
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska

(...)
Podobnie jak w Rdzy, na Nikt nie idzie składają się losy kilku bohaterów. Bliżej poznajemy czwórkę: Marzenę i Klemensa oraz Olgę i Igora. Pierwszą parę wiąże relacja macierzyństwa, Marzena jest matką Klemensa, niepełnosprawnego „chłopaka-mężczyzny” osieroconego w wieku kilku lat przez ojca – pilota. To kobieta silna, jednak nie z uwagi na niezłomny charakter, ale przez zmuszające ją do...
(...)
Podobnie jak w Rdzy, na Nikt nie idzie składają się losy kilku bohaterów. Bliżej poznajemy czwórkę: Marzenę i Klemensa oraz Olgę i Igora. Pierwszą parę wiąże relacja macierzyństwa, Marzena jest matką Klemensa, niepełnosprawnego „chłopaka-mężczyzny” osieroconego w wieku kilku lat przez ojca – pilota. To kobieta silna, jednak nie z uwagi na niezłomny charakter, ale przez zmuszające ją do tego okoliczności. Jest przede wszystkim matką; nie ma czasu ani energii do realizowania się jako kobieta. Upośledzony umysłowo Klemens żyje w swoim świecie, gdzie królują przedmioty codziennego użytku: chropowate, śliskie, wydające dziwne dźwięki. Takie, na które nie zwracamy uwagi dopóki nam się nie zepsują. Chłopak-mężczyzna, któremu w zachowaniu często bliżej do zwierzęcia niż człowieka. Narażony na niezrozumienie i społeczny ostracyzm „Dzik” idzie prze życie z plecakiem wypełnionym balonami z helem i wytatuowanym na przedramieniu adresem zamieszkania. Relacje Olgi i Igora ewoluują w czasie. Na przestrzeni trzydziestu lat, kiedy toczy się akcja powieści, łączy ich koleżeństwo, przyjaźń, miłość – zawsze dotknięte niepewnością i dystansem. To związek kontrastujących ze sobą osobowości. Ekstrawertyczna Olga vs. zamknięty w sobie Igor; dziewczyna rzucająca świetnie płatną pracę na rzecz spokojnego wypiekania słodyczy vs. chłopak kochający haiku, który etat na wydziale japonistyki zastępuje grą na giełdzie. Marzena, Klemens, Olga i Igor – czwórka bohaterów mogących z powodzeniem naprawdę zamieszkiwać stolicę naszego kraju.

(...) Małecki splata losy postaci podszywając ich życie doświadczeniem straty. Osamotnieni, łaknący miłości przeżywają śmierć bliskiej osoby: męża, matki, nienarodzonego dziecka, dziadka, brata. Nikt nie idzie odczytuję przede wszystkim jako opowieść o samotności, która dopada człowieka w domu pełnym ludzi i w zatłoczonej Warszawie. Najgłośniej wybrzmiewają w niej zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane – ze strachu przed odtrąceniem albo dlatego, że śmierć przyszła nieoczekiwanie. To również refleksja nad tym, jak ważna w życiu jest pasja. Muzyka, kolekcjonowanie zdjęć z fontannami, haiku, pieczenie ciast – dla jednych nic nie znaczące wycinki świata, dla innych – cały świat popychający życie do przodu.

Nikt nie idzie jest lekturą na dwa, może trzy wieczory albo na kilka dłuższych przejazdów autobusem. Opowiedziana historia absorbuje czytelnika, zwłaszcza, że poszatkowana na kawałki stawia go w permanentny stan czujności. Stopniowo scalana ze strzępów wspomnień opowieść pozwala lepiej zrozumieć bohaterów, wobec których trudno o obojętność. Małecki posługuje się staranną polszczyzną, którą coraz rzadziej można znaleźć na kartach powieści młodych autorów. Nie jest brutalny, nie pisze, by szokować, woli nie dopowiedzieć niż przegadać. Lubię pełne zdania Małeckiego-narratora i wiarygodne wypowiedzi jego bohaterów potęgowane wprowadzaniem do fabuły rzeczywistych kawałków Polski opisywanych czasów. To wszystko sprawia, że raczej smutne i przygnębiające książki autora niosą spokój i poczucie swojskości. Rzec można, proza życia, w której nic nas nie zaskoczy. Dla niektórych to zarzut, dla mnie – duży atut.
Lekturę Nikt nie idzie zaczęłam w sposób nietypowy. Okoliczności skłoniły mnie do sięgnięcia po udostępnioną przez Audiotekę w formie audiobooka pierwszą część książki. W roli lektorki wystąpiła Agnieszka Więdłocha, której słuchanie okazało się prawdziwą przyjemnością. Na co dzień nie sięgam po audiobooki, ale gdyby nie fakt, że wcześniej kupiłam książkę w wersji papierowej, prawdopodobnie skusiłabym się na jego zakup. Na rzecz wersji papierowej przemawia staranne wydanie, za którym stoi oficyna SQN – przyjemny skład, dobra redakcja, miły papier i poręczny format. Świetna okładka i ciekawa grafika wewnątrz książki.(...)

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/12/21/nikt-nie-idzie-jakub-malecki/

pokaż więcej

 
2018-12-08 22:10:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

(...) Przyjaciel z szafy to dzieło brytyjskiego duetu: A.F. Harrold (tekst) & E. Gravett (ilustracje). Autorką polskiego przekładu jest Maria Jaszczurowska. Książka ukazała się wiosną tego roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. To opowieść o chłopcu, którego istnienie uwarunkowane jest od wyobraźni innych i dziewczynce potrafiącej za pomocą myśli stwarzać niezwykłe światy. Choć koncept... (...) Przyjaciel z szafy to dzieło brytyjskiego duetu: A.F. Harrold (tekst) & E. Gravett (ilustracje). Autorką polskiego przekładu jest Maria Jaszczurowska. Książka ukazała się wiosną tego roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. To opowieść o chłopcu, którego istnienie uwarunkowane jest od wyobraźni innych i dziewczynce potrafiącej za pomocą myśli stwarzać niezwykłe światy. Choć koncept wymyślonego przyjaciela może wydawać się oklepany, to pierwszy znany mi przypadek, w którym, jeśli musiałabym wybrać głównego bohatera, raczej postawiłabym na „wyobrażonego”. Mieszkający w szafie Amandy Rudger (intrygujące pierwsze zdanie: „Tamtego wieczoru Amanda Szuruburska otworzyła drzwi do szafy i powiesiła kurtkę na jakimś chłopcu”.) szybko staje się jej kompanem do zabawy. Wyobraźnia dziewczynki przemienia dom i ogród w przestrzeń kosmiczną, łódź podwodną albo ciemną jaskinię. Nigdy im się nie nudzi. Kiedy Amanda i Rudger zaakceptowali fakt, iż nikt poza dziewczynką nie może go zobaczyć, w historii pojawiają się burzący to wyobrażenie pan Trznadel i jego niewidzialna przyjaciółka. To za ich sprawą na parkingu koło basenu dochodzi do wypadku, w wyniku którego Amanda nieprzytomna trafia do szpitala. Rudger zostaje sam na ulicy: nie ma się gdzie podziać, a co gorsza, zapomniany zaczyna znikać. Z pomocą wymyślonego kota trafia do wylęgarni wyobraźni – biblioteki. W końcu, jak mawia Amanda, „każda książka to przygoda”.

(...) Harrold stworzył nieoczywistą, pełną zwrotów akcji opowieść na cześć wyobraźni. Nic nie jest w niej niemożliwe, a jednocześnie wszystko wydaje nam się prawdopodobne. Nie jest trudno w ten świat uwierzyć. Historia opowiadana jest dynamicznie, każde zdanie narratora wnosi do historii coś nowego. Dialogi brzmią autentyczne, są pełne humoru. Język nie jest przekombinowany, co traktuję jako atut sprzyjający samodzielnej lekturze książki przez młodego czytelnika, choć po pierwszym zdaniu spodziewałam się więcej świeżych i zaskakujących fraz, które ucieszyłyby także dorosłych. Na treść książki nie składają się jednak same słowa. Ciekawe i wyraziste ilustracje Emily Gravett budują nastrój opowieści, stając się równie sugestywne jak tekst. Czarna strona pozwala poczuć wywołaną burzą awarię prądu, a zastosowanie barw tylko w nielicznych przypadkach podkreśla, że czasem bardziej żywe jest to, co wyobrażone. Pewne jest, że Przyjaciel z szafy powstał dzięki artystom obdarzonym ogromną wyobraźnią.

The Imaginary – Wyobraźnia (bo tak brzmi oryginalny tytuł opowieści) to pochwała nieskrępowanego fantazjowania. Nigdy nie jest się za dużym na bujanie w chmurach, oderwanie od rzeczywistości pomaga lepiej ją znosić – tak brzmi niepisany manifest autorów książki. Dodatkowo, pod płaszczykiem budzącej grozę i jednocześnie niepozbawionej humoru powieści przygodowej przemycone zostały ważne idee. Jest nią niewątpliwie potrzeba rodzicielskiej miłości pełnej zrozumienia i empatii (Amanda mieszka z mamą, która szanuje uczucia i wyobraźnię córki. Przypomniawszy sobie własnego wymyślonego przyjaciela, wspiera dziewczynkę, nie widząc w jej zabawie nic zdrożnego. Niestety nie jest to powszechna postawa rodzicielska, na co Harrold zwraca uwagę w opowiadanej historii). Drugą bardzo ważną myślą jest ukazanie siły znoszącej podziały przyjaźni (dziewczynka kilkukrotnie wspomina o swoich przyjaciołach ze szkoły, którzy są zupełnie inni: poważniejsi, stroniący od ubogacania rzeczywistości za pomocą wyobraźni). Dzieci nie zważają na pochodzenie czy stan majątkowy swoich kolegów, nie obchodzą ich relacje między ich rodzicami. Przyjaźń dziecięca jest szczera i bezwarunkowa. Pod tym względem wolałabym nigdy nie dorastać. Po trzecie, ale nie najmniej ważne, autorzy doceniają literaturę jako tę dziedzinę aktywności ludzkiej, dzięki której możemy być tym kim chcemy i gdzie chcemy. W książkach wszystko jest możliwe, dlatego wymyślony Rudger może żyć w bibliotece – miejscu, gdzie wyobraźnia nie zna granic. Wszystko to zostało przemycone w treści książki jakby mimochodem, bez zbędnego bajdurzenia i moralizatorstwa.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/12/08/przyjaciel-z-szafy-a-f-harrold-tekst-emily-gravett-ilustracje/

pokaż więcej

 
2018-12-08 22:09:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska

(...) Kto zna prozę Myśliwskiego, ten wie, że oscyluje ona wokół spraw najważniejszych. Nie inaczej jest tym razem. Ucho Igielne to powieść-pytanie. Piszący i czytający, przewracając kolejne kartki, zastanawiają się: kim jest wpisany w czas człowiek? Nie wyabstrahowana jednostka ludzka badana przez egzystencjalistów czy antropologów, ale pojedynczy byt, jak ja czy ty. Uporczywie powraca... (...) Kto zna prozę Myśliwskiego, ten wie, że oscyluje ona wokół spraw najważniejszych. Nie inaczej jest tym razem. Ucho Igielne to powieść-pytanie. Piszący i czytający, przewracając kolejne kartki, zastanawiają się: kim jest wpisany w czas człowiek? Nie wyabstrahowana jednostka ludzka badana przez egzystencjalistów czy antropologów, ale pojedynczy byt, jak ja czy ty. Uporczywie powraca pytanie: kim byłeś przed laty, wczoraj, kim jesteś teraz, kim będzie za czas jakiś. Genetycznie wciąż jesteśmy tacy sami, ale oglądając fotografie sprzed lat, trudno odnaleźć nam ciągłość z tamtym sobą. Problemem tożsamości osobowej naukowo zajmował się m.in zmarły w ubiegłym roku Derek Parfit (zainteresowanych odsyłam do jego książki Racje i osoby). Rozterki stanowiące punkt wyjścia badań brytyjskiego filozofa obecne są w prozie Myśliwskiego, której bohaterowie: pełne sił witalnych ja i ja starcze spotykają się w Uchu Igielnym, rzeczywiście istniejącej w Sandomierzu zielonej dolinie. To taka brama, przez którą nie sposób przejść w dwie osoby bez otarcia się o siebie i spojrzenia sobie w oczy. Myśliwski z wrażliwością i uwagą rejestruje to spotkanie starości z młodością, kiedy ożywają wspomnienia. Gdzieś po środku drogi spotykają się więc wybiegające w przyszłość aspiracje młodzieńca i oglądające się wstecz myśli starca.

(...) Jest więc Ucho Igielne historią o przemijaniu. Nie zdradzę konceptu fabuły (rewelacyjny, nieoczywisty i trzymający w napięciu początek!), jednak już od pierwszych stron powieść przywiązała mnie do siebie i zajęła myśli. Myśliwski z poszanowaniem dla swojego bohatera prowadzi czytelnika po meandrach pamięci protagonisty. To podróż przez polską historię ubiegłego wieku, która wymagała redefiniowania tak własnej, jak i zbiorowej tożsamości. „Przeszłość wciąż się w nas dzieje, dopominając się o naszą pamięć” – konstatuje bohater. Upływ czasu daje szansę na zdystansowany ogląd tego, co się już stało; pozostaje jednak pytanie, czy nasze wspomnienia odzwierciedlają wydarzenia mające miejsce lata temu. Jakiej obróbce poddajemy zwłaszcza te bolesne momenty; co wypieramy z pamięci, a co stanowi naszą fantazję nie znajdującą odzwierciedlenia w rzeczywistości? Myśliwski w subtelny, właściwy sobie sposób pokazuje, co robi z nami czas, oraz, że na przeszłość składa się niemożliwy do rozdzielenia mariaż jawy ze snem. A może, wbrew zdrowemu rozsądkowi, to właśnie marzenia senne należałoby uznać za prawdę – pyta.

(...) Zupełnie nie lubię książek obłożonych obwolutą. Obwoluta buduje dystans, przywodzi na myśl album, który powinno się oglądać z namaszczeniem, po czym z należytą ostrożnością odłożyć na półkę. A powieść ma służyć przecież do czytania, czasem wielokrotnego wertowania przeczytanych stron. Do zaznaczania ważnych miejsc (kto odważyłby się pisać po albumie!?); do lektury w autobusie czy w łóżku, nierzadko w towarzystwie jedzenia czy picia; do pożyczania. Obwoluty chroniące książki Myśliwskiego są jednak w pełni uzasadnione. Nie znam drugiej równie szlachetnej prozy, a taką należałoby chronić przed zębem czasu oraz przed zapomnieniem. „Trywialność i wzniosłość to niemal siostry syjamskie” – pisze w Uchu Igielnym Myśliwski. Wielka to rzecz opisywać emocje i problemy, z jakimi musi się zmierzyć człowiek, bez zbędnego zawoalowania, nie narażając się przy tym na śmieszność. To chyba przywilej życiowej mądrości i wyzucia potrzeby popisywania się przed sobą i światem. Myśliwskiemu jak nikomu innemu wychodzi trudna sztuka pisania tego, co niby wszyscy wiemy, w sposób zasługujący na podziw i uznanie. Ucho Igielne to książka o tym, co robi z nami czas, na której lekturę i późniejszy namysł potrzeba czasu właśnie. Jednemu i drugiemu sprzyja jesień. Do dzieła.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/11/16/ucho-igielne-wieslaw-mysliwski/

pokaż więcej

 
2018-10-25 15:38:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Literatura polska, Non fiction

(...)
Książka z Gaudím w tytule nie ogranicza się do przybliżenia losów jednego z najbardziej znanych architektów XX wieku. Trudno byłoby wskazać wszystkie pojawiające się w niej wątki. Dużo tu historii: architektury, techniki, Kościoła, Hiszpanii i Katalonii oraz świata w ogóle. Są też niekrótkie kawałki dla smakoszy: receptury i historia powstania paelli, lodów, waty cukrowej i absyntu. I...
(...)
Książka z Gaudím w tytule nie ogranicza się do przybliżenia losów jednego z najbardziej znanych architektów XX wieku. Trudno byłoby wskazać wszystkie pojawiające się w niej wątki. Dużo tu historii: architektury, techniki, Kościoła, Hiszpanii i Katalonii oraz świata w ogóle. Są też niekrótkie kawałki dla smakoszy: receptury i historia powstania paelli, lodów, waty cukrowej i absyntu. I dużo biogramów – często przywoływane aforyzmy i złote myśli skutkują szczegółowym przypisem (na taki zasłużył sobie m.in. Ch. Baudelaire). Dobre kilka stron zawiera życiorys Jacka Jonsona, ciemnoskórego pięściarza, który miał uratować Gaudíego od zbirów zaczepiających go na ulicy (ciekawe, czy ich spotkanie w ogóle miało miejsce). Jest też drobiazgowa definicja geometrii euklidesowej. I wiele innych. Ten ekstra materiał, którym z godną podziwu swobodą operują autorzy, rozmywa narrację i zwyczajnie irytuje. Do zarysowania tła z powodzeniem wystarczyłyby trzy wątki historyczne. Warto znać ubiegłowieczną architekturę, by dostrzec geniusz i szaleństwo Gaudíego; dobrze jest orientować się w kwestiach religii i, której – zwłaszcza w ostatnich latach życia – architekt był gorliwym wyznawcą; nie bez znaczenia pozostają dzieje Katalonii jako obszaru, do którego artysta zawężał swoją ojczyznę. W tych trzech planach przedstawiony został Antoni Gaudí.

Wiedząc już, ile jest w Antonim Gaudím. Czarodzieju architektury Gaudíego (objętościowo, myślę, że trochę ponad połowa książki), przejdźmy do jego postaci. Książkę rozpoczyna rozdział wstępny, hołd złożony artyście i saldo jakie pozostawił z chwilą śmierci. Następny w kolejności jest prolog stanowiący zapis samotniczej śmierci mistrza (1926), który wpadł pod tramwaj i, wzięty za włóczęgę, zmarł w hospicjum dla ubogich. Dalej zaczynają się właściwe rozdziały chronologicznie przedstawiające losy Gaudíego, który przychodzi na świat w katalońskim Reus w roku 1852. Każda z części poświęcona jest innemu etapowi życia artysty, w końcowej partii wracamy do otwierającego powieść wypadku (jako że po lekturze prologu wiemy, w jaki sposób zginął Gaudí, autorzy budują napięcie, wrzucając go pod tramwaj w sumie trzykrotnie).

Gaudí jako architekt to artysta niepodrabialny. Jego twórczość, choć czerpie z wzorców epok ją poprzedzających, nie przypomina niczego, co tworzono wcześniej ani później. „Bujny romantyzm i rozwichrzona secesja” – tak określona została jego spuścizna. Warto wspomnieć, że stworzone przez niego kościoły, budynki, bramy, latarnie i inne detale, które dziś urosły do rangi symboli Barcelony, nie znalazły powszechnej aprobaty za życia Gaudíego. Podobnie jak Sagrada Familia – jego najznamienitsze dzieło, którego budowa rozpoczęła się w 1882 roku i trwa do dziś (według rozpowszechnianych w sieci informacji, prace mają dobiec końca w 2026 roku, a więc w setną rocznicę śmierci człowieka, który odmówiwszy przyjęcia choćby złotówki za budowę świątyni, poświęcił jej dwanaście lat życia. Autorzy jako datę końcową wskazują natomiast rok 2030.), wzbudzały nie lada emocje, często prowadząc do rodzinnych waśni i obyczajowych skandali. Budynki wychodzące spod ręki Gaudíego były wolne od linii prostych, a motywami królującymi w zdobieniach, które zazwyczaj sam rzeźbił czy wykuwał była natura, Katalonia oraz… symbole masonerii, o przynależność do której był posądzany, czego jednak mu nie udowodniono. W książce zostały opisane wszystkie jego projekty i ich realizacje.
Gaudí – katolik to człowiek, który wychował się w głęboko religijnej rodzinie. Sam jednak dość szybko wiarę porzucił na rzecz hulaszczego życia chwilą. Potwierdzenie odwrotu od Boga stanowi jego fascynacja kulturą masońską, magią i astrologią. Jednak, jeżeli w młodości Antoniego można mówić o zaniedbaniu wiary, to wiek dojrzały, a zwłaszcza schyłek jego życia były okresami duchowego wzrostu. Odtrącony przez kobietę, którą darzył ogromnym uczuciem, Gaudí został świeckim zakonnikiem i żył jak asceta (przez cały rok nosił jedno ubranie i nigdy nie najadał się do syta). Mówił, że tworzył na chwałę Boga, Wielkiego Architekta. W 1992 roku rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny, który trwa do dziś.
Katalończyk Gaudí patriotyzm ograniczał do, stanowiącej administracyjny odpowiednik naszego województwa, wspólnoty autonomicznej, w której urodził się i mieszkał całe życie. Z pełną świadomością mówił jedynie w języku katalońskim – bez względu na to, czy jego pracodawcą był człowiek spoza tego obszaru, czy jego opus magnum przyjechała obejrzeć królowa, czy wreszcie, kiedy posługiwania się tym językiem zabraniało prawo. Starał się być blisko katalońskiego ludu – wspierał robotników, brał udział w lokalnych ruchach, chętnie rozprawiał na, powiedzielibyśmy dzisiaj, geopolityczne tematy (choć nigdy nie związał się z żadną partią).

(...) Przechodząc do stylu pisarskiego autorów, jest on kwiecisty, zwłaszcza w opisach pór roku i pogody. Są one iście malarskie, co potwierdza jeden z licznych fachów Przemysława Słowińskiego (strzelam, że jest pejzażystą). Nie mogę sobie odmówić chociaż dwóch przykładów: „Oblany letnim słońcem poranek był złocisty jak miąższ dojrzałej brzoskwini” albo „Dzień od rana kisł w mżawce, atramentowy wieczór z zasnutym niskim niebem rozpadał się drobnym, zimnym deszczem. (…) [ludzie] w miodowym blasku latarni odpływali za krawędź światła wchłaniani przez mrok”. I tak co kilka stron. W pewnym sensie Słowińscy w tych pełnych ornamentów opisach odzwierciedlili nie znający umiaru styl Gaudíego, który budzi podziw, ale nie zawsze znajduje zrozumienie. Idąc dalej, zwłaszcza część otwierająca książkę przypomina bardziej dzieło hagiograficzne pełne patosu i wyświechtanego moralizatorstwa („Istnieją nawet przypuszczenia, że sam Gaudí był masonem. (…) Osąd ten wywodzi się z opinii, jakoby artysta „obracał się w masońskim środowisku”. I owszem, Josep Fontserè i Mestre sympatyzował z masonerią, ale w żaden sposób nie świadczy to automatycznie o tym, że Gaudí, jako jego bliski przyjaciel, również należał do tego ugrupowania. Nigdy nie sądźmy człowieka po jego przyjaciołach. Judasz na ten przykład miał ich nienagannych…”). Moim zdaniem, nie tylko w biografii, ale w literaturze w ogóle, nie ma miejsca na takie frazy. Na końcu książki znalazł się wykaz głównych dzieł Gaudíego, kalendarium (i znów, są tu nie tylko daty ważnych wydarzeń w życiu artysty, ale także proklamacja II Cesarstwa Francuskiego czy data wynalezienia telefonu), słownik użytych w książce terminów (obecność haseł pokroju „dachówki”, „pałacu” i „gipsu” zastanawia, czy autorzy tak nisko cenią odbiorców książki, czy zakładają, że sięgną po nią przedszkolaki). Całość wieńczy bibliografia, która jednoznacznie dowodzi, że nie jest to książka czysto biograficzna – wykaz nie zawiera ani jednego opracowania w języku katalońskim, czy nawet hiszpańskim, a publikacje naukowe stawiane są tu na równi z Cieniem wiatru Zafóna. Jeśli przymkniemy na to wszystko oko, książkę czyta się gładko, a lektura bywa pasjonująca, zwłaszcza, kiedy nie podzielając zainteresowania piętrzącymi się dygresjami, pozwolimy sobie na opuszczenie kilku stron. Co do wydania książki, nie jest to szczególnie udana okładka, za to znajdujące się w środku wkładki z fotografiami dzieł artysty cieszą oko (szkoda jedynie, że na zdjęciach zostały uwiecznione tylko te bardziej znane budowle, podczas gdy przeczytać możemy o wszystkich projektach A.G.). Część z tych zdjęć zobaczycie w filmiku promującym książkę.

Antoni Gaudí. Czarodziej architektury pióra Słowińskich to książka, której lektury nie odradzam, ale też trudno mi ją przy tych wszystkich zastrzeżeniach polecić. Wyłania się z niej obraz człowieka, który – jak mówi okładka -„tworzył jak geniusz, żył jak święty, zmarł jak żebrak”. Bez wątpienia wiele można się z niej o życiu jednego z największych Katalończyków dowiedzieć, co nie znaczy, że wszystkie opisane wydarzenia rzeczywiście miały miejsce. W całym zamieszaniu, mnogości wątków, które czasem trudno w jakikolwiek sposób skojarzyć z tytułowym bohaterem, postać „Czarodzieja architektury” zwyczajnie ginie. Dostajemy powieść historyczną, w której sportretowany został nie tylko Antoni Gaudí, ale cała jego epoka. Książka uosabia postać mistrza: (na przemian) zaciekawia, budzi podziw, irytuje.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/10/22/antoni-gaudi-czarodziej-architektury-przemyslaw-slowinski-krzysztof-k-slowinski/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
79 66 369
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd