DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 14 godzin temu
Teraz czytam
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych "Kronik portowych" oraz "Tajemnicy Brokeback Mountain". Pod koniec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel and Charles Du...
    czytelników: 766 | opinie: 30 | ocena: 7,27 (131 głosów) | inne wydania: 1
  • Jak zawsze
    Jak zawsze
    Autor:
    Komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojej historii. I o tym, co z tego wynikło. ...
    czytelników: 6340 | opinie: 535 | ocena: 6,98 (2737 głosów)
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 107 | opinie: 7 | ocena: 6,09 (22 głosy)
  • Opowiadania bizarne
    Opowiadania bizarne
    Autor:
    Świat staje się coraz bardziej bizarny. Najnowszy zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk. Zaskakujące i nieprzewidywalne opowiadania, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywi...
    czytelników: 1160 | opinie: 85 | ocena: 7,02 (483 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-09-22 21:39:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

(...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się... (...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się księgarnia Buch|bund, gdzie kupiłam książkę Ewy Wanat pod znamiennym tytułem Deutsche nasz. Reportaże Berlińskie (Świat Książki). I choć nie wszystko mi się w tym reportażu podoba, nie sposób mu odmówić dostarczenia szeregu argumentów dla zrozumienia „nowych Niemiec”, a to – zwłaszcza dla polskiej czytelniczki i polskiego czytelnika, do których skierowana jest ta książka – niewątpliwie bardzo dużo.

(...) Wanat napisała reportaż składający się z ośmiu części, które z kolei podzielone zostały na mniejsze, kilkustronicowe rozdziały. Często jeden rozdział równa się historii jednej rodziny, którą (zazwyczaj w niepełnym składzie) los przygnał do Berlina. To także opowieści „nowych Niemców”. Każda z części poświęcona jest trochę innemu problemowi, ale tworzą one spójną całość. Wanat maluje bowiem obraz Berlina jako miasta, w którym dom znaleźli wykluczeni, obcy, Inni. Tacy, których nie chciano tam, gdzie się urodzili lub których życie w ojczyźnie było stale zagrożone (zewnętrznie obcy). Także tacy, którzy mimo „czystej niemieckiej krwi” reprezentują inność (obcy wewnętrznie). Nie oznacza to bynajmniej pełnej zgodności Niemców co do przyjmowania uchodźców, przyznania prostytutkom praw pracowniczych czy zalegalizowania małżeństw i adopcji par homoseksualnych, jednak – ogólnie rzecz ujmując – współczesne społeczeństwo niemieckie uchodzi za najbardziej otwarte w Europie. Motywacją do przyjęcia takiej postawy przez państwo jako kierowaną przez kanclerz Niemiec całość, ale i przez pojedynczych ludzi, w tym bohaterów reportażu Wanat, jest wyrzut sumienia, moralny kac za okrucieństwo drugiej wojny światowej. „Wielu Niemców doszło do wniosku, że otwartość na Innych może ocalić ich od tego, czego się w sobie przestraszyli, stała się lekarstwem i próbą zadośćuczynienia – czytamy na czwartej stronie okładki.

(...) Bohaterowie Deutsche nasz reprezentują szereg odmienności od konserwatywnie przyjętej normy, którą Niemcy starają się konsekwentnie rozszerzać. To, głównie tureccy, gastarbeiterzy – przyjmowani w latach 60. i 70. ubiegłego wieku z otwartymi ramionami cudzoziemscy robotnicy, którzy mieli wypełnić pracownicze niedostatki związane z gwałtownym rozwojem gospodarki RFN-u. Dziś Berlin zamieszkują ich dzieci i wnuki -musiało minąć sporo czasu, zanim niemiecki rząd zrozumiał, że ich przodkowie nie byli tylko tanią siłą roboczą, ale przede wszystkim ludźmi, którzy marzyli o domu i osiedlili się w Niemczech na stałe. Wanat przywołuje zarzuty, które często padają pod adresem społeczeństwa tureckiego pochodzenia: niechęć do asymilacji i nieznajomość lub znikoma znajomość niemieckiego. I choć trudno się z nimi nie zgodzić, niewielu podnoszących je zdaje sobie sprawę, że to władze stworzyły tureckie getta przez dziesięciolecia zezwalając się na ich osiedlanie jedynie w czterech dzielnicach Berlina (m.in. na imigranckim Kreuzebergu). W podobny sposób reporterka obnaża skomplikowanie i niejednoznaczność sytuacji pozostałych „odmieńców”. Najbardziej gorący jest oczywiście problem uchodźczy, z którym – choć w mniejszym stopniu – zmaga się cała Europa. Reporterka opisuje trudną codzienność starania się o azyl, o mieszkanie, o pozwolenie na pracę. Pisze o trwaniu w ciągłej niepewności uchodźców spowodowanej zmienianiem się ich statusu prawnego, o nieoczekiwanych deportacjach. Wanat przedstawia też losy szczególnej grupy imigrantów – homoseksualistów pochodzących z krajów muzułmańskich, gdzie bycie gejem czy lesbijką jest niemal powszechnie nieakceptowalne, a przeprowadzka do Berlina bynajmniej nie rozwiązuje ich kłopotów. Kolejne bohaterki i bohaterowie to prostytutki i streetworkerki, transseksualiści (w 2017 roku niemiecki Sąd Najwyższy oficjalnie uznał istnienie trzeciej płci) czy squotersi, których w stolicy nie brakuje.

To pierwszy zbiór reportaży o współczesnym Berlinie i Niemczech w ogóle, jaki czytałam. Jego premiera miała miejsce kilka miesięcy temu, a więc jest bardzo aktualny. W tym przypadku czytanie nowości jest dużym walorem. Wanat opisuje obecny Berlin, przytacza dane liczbowe, twarde fakty, które dopełnia jednostkowymi historiami. Jest wnikliwa, o czym świadczy m.in. pokaźna bibliografia zamieszczona na końcu książki). Dzięki niewątpliwej empatii, jej rozmówczynie i rozmówcy otwierają się przed nią, dzieląc się smutnymi, bolesnymi przeżyciami. Połączenie faktów i relacji bohaterów stanowią o sile tej książki.
Jeśli chodzi o ton i sposób prowadzenia narracji, trzeba przyznać, że Deutsche nasz nie jest klasycznym reportażem. Narracja nie jest przezroczysta, mieszkająca od 2016 roku w Belinie reporterka jest emocjonalnie zaangażowana w problemy swoich rozmówców. Jest także współorganizatorką warsztatów dla młodzieży – za jej przyczyną poznańscy licealiści przyjechali do Niemiec na zajęcia z ich rówieśnikami i napływowymi mieszkańcami Berlina. Wanat nie kryje swoich poglądów, co niekoniecznie sprzyja bezstronności reportażu, ale też nie pogrywa z czytelnikiem, udając, że przedstawia mu obiektywną, jedyną właściwą prawdę. Przeszkadza mi miejscami rwana narracja przejawiająca się m.in. występowaniu po sobie szeregu zdań, spośród których każde kolejne rozpoczyna się od akapitu. Najbardziej jednak irytują mnie przywołane myśli mądrych głów (filozofów, polityków, socjologów), które nie pojawiają się jako motta, ale w ramach podsumowania wywodu i nie zostają opatrzone żadnym komentarzem autorki. W książce Wanat zgromadziła sporo takich pozostawionych samym sobie cytatów, na które – w mojej opinii – nie ma miejsca zarówno w dyskursie naukowym, jak i w reportażu czy literaturze w ogóle.

Tym, co rozczarowuje jest także skład i redakcja książki. Po pierwsze, wolumin mógłby być z powodzeniem kilkadziesiąt stron cieńszy. Nie mam na myśli uszczuplenia treści, ale zmniejszenie przesadnie dużej czcionki o przynajmniej jeden rozmiar i zredukowanie światła na stronach rozpoczynających kolejne części (każda część oddzielona jest kartką zawierającą jedynie tytuł, a właściwa treść rozpoczyna się dopiero w 1/3 kolejnej kartki). Nie jest to istotne z punktu widzenia ceny okładkowej, która nie budzi zastrzeżeń (34,90 zł), a raczej z troski o zużycie papieru, poręczność i ilość miejsca zajmowanego na półce. Zastaną objętość książki rozumiałabym, gdyby strony pozbawione tekstu wypełniały zdjęcia; wówczas byłabym z takiego zabiegu zadowolona. Takie rozdmuchane wydanie sugeruje (przeważającą nad treścią) istotność rozmiaru książki. To niestety zabieg coraz bardziej w Świecie Książki powszechny (który apogeum osiągnął w książce Z nienawiści do kobiet Justyny Kopińskiej). Po drugie, co pewien czas w książce pojawiają się twarde dane i statystyki dotyczące m.in. przyjmowania przez Niemcy uchodźców czy poparcia dla poszczególnych niemieckich partii. Te bogate w liczby, ważne i potrzebne dla zrozumienia książki, informacje zostały podane w okropnych ramkach, którym do pełnej tabloizacji, a przynajmniej do formy podręcznikowego vademecum brakuje jedynie napisu „Czy wiesz, że…”. Gorsze mogły być tylko diagramy i inne infografiki dewaloryzujące literacki aspekt reportażu. Po trzecie, książka nie jest wolna od niezgrabności językowych i literówek.

Deutsche nasz. Reportaże berlińskie to książka, po którą – mimo wskazanych przeze mnie mankamentów – warto sięgnąć, jeśli zależy nam na zrozumieniu „nowych Niemiec”. Świetnie czyta się ją właśnie tam, w Berlinie, na karuzeli kulturalnej różnorodności, jednak polecam jej lekturę niezależnie od szerokości geograficznej. Ewa Wanat wykonała ogromnie trudną pracę; po pierwsze, stając się powierniczką tragicznych historii tych, których wielu nie chce słuchać, po drugie – dokonując solidnej kwerendy bibliograficznej i posługując się tekstami z dwóch ostatnich dekad.

pokaż więcej

 
2018-09-22 21:37:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej... O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej pozycji, polecam sięgnąć po angielską wersję (tytuł oryginału: Feel Free). Dopiero wówczas poznacie świetny styl pisarski Zadie: lekki, ale dobitny, niewymuszony i szczery. Pisząc te teksty, autorce zależało na bezpośredniości przekazu. Polscy czytelnicy skazani zostali na dystans, potykając się o pokraczne konstrukcje, literówki i wysyp dowolnie stosowanych znaków interpunkcyjnych. Ale miało być o treści…

(...) Widzi mi się to zbiór trzydziestu jeden tekstów, które powstawały w ciągu ośmioletniej prezydentury Baracka Obamy. Jak we wstępie zaznacza autorka, opisuje w nich świat, którego już nie ma. To rzeczywistość sprzed rządów Trumpa, sprzed brexitu, sprzed zamykania granic. Składające się na zbiór eseje i felietony zostały wcześniej opublikowane w angielskiej i amerykańskiej prasie, a przemówienia wygłoszone w rożnych zakątkach świata.
Teksty, które znalazły się w Widzi mi się są, w mojej opinii, nierówne. Najbardziej przenikliwe i zajmujące były dla mnie eseje dotyczące nierówności społecznych, których doświadczyła Zadie (np. Łazienka). Ich siłę i wiarygodność stanowi fakt, iż autorka wielokrotnie doświadczyła różnic w traktowaniu na własnej skórze, a dzięki temu, jak potoczyło się jej życie, mogła spojrzeć na ten problem z obydwu perspektyw. Najpierw była tą, która jako uboga ciemnoskóra dziewczyna i kobieta o wszystko musiała walczyć, później – kiedy zrobiła pisarską karierę – lepsza pozycja nadal uniemożliwiała jej nawiązywanie pogłębionych relacji z innym. Tym razem z klasą społeczną, z której się wywodzi. Te doświadczenia i uważny namysł nad ich przyczynami znajdują ujście w odważnych, charyzmatycznych esejach.

(...) Pozostałe teksty to recenzje książek pisane dla Harper’s Magazine oraz felietony inspirowane wytworami (pop)kultury, filozofią, sztuką. Tym, co przebija się przez nie wszystkie jest ciekawość świata i potrzeba jego zrozumienia. Jeśli chodzi o efekt – bywa różnie. Niektóre teksty zaskakują sposobem ujęcia tematu, są nowatorskie i błyskotliwe. Takim z całą pewnością jest felieton Poznajcie Justina Biebera przybliżający filozoficznym laikom istotę filozofii spotkania uprawianą przez Martina Bubera. Bazując na chwytliwej homonimii nazwisk Bieber – Buber, autorka zauważa powierzchowność relacji międzyludzkich. Kolejny świetny tekst – Lekcje tańca dla pisarzy – poświęcony jest istocie i sztuce pisarstwa. Medium, które posłużyło Smith do przedstawienia tego tematu jest taniec. Autora zestawia pary największych tancerek i tancerzy po to, by – z dala od sztampy – wydobyć sedno mozolnego zadrukowywania kolejnych kartek papieru. Przywołam jeszcze jeden tekst, chyba mój ulubiony: Uśmiercając o północy Orsona Wellesa. Tu Zadie snuje rozważania o naturze czasu. I tym razem punkt wyjścia zasługuje na zainteresowanie. Inspiracją stała się filmowa instalacja artystyczna Christiana Marclaya, z którą autor podróżuje po świecie i którą felietonistka oglądała w nowojorskiej Paula Cooper Gallery. The Clock to dwudziestoczterogodzinny film, który wskazuje aktualną godzinę (jeśli oglądasz go o 15:05, w filmie też jest 15:05). Marclay powyciągał migawki z filmów światowego kina, w których występują zegary lub w których mówi się o czasie – wypowiada się czas – tworząc nieprzerwaną narrację. Całość nie jest przypadkowym zlepkiem kadrów, ale totalnym doświadczeniem rytmu dnia, w którym czas rzeczywisty miesza się z czasem scenicznym. Smith drobiazgowo analizuje koncepcję Marclaya (pod względem artystycznym i filozoficznym) oraz zachowania ludzi, którzy przyszli obejrzeć jego film. Wszystko po to, by zbadać rytm życia człowieka wpisany w rytm dnia (wczorajszego, dzisiejszego, jutrzejszego, tego, który miał miejsce dziesięć at temu i tego, który dopiero przed nami) i zobaczyć, co robi z nami czas.

(...) Mimo powyższych przykładów, wybór publicystycznych tekstów Zadie nie jest wolny od banału. Niektóre felietony ledwie przekraczają próg oczywistości (np. ten o mediach społecznościowych), a analizy literackie bywają powierzchowne. Mimo to, Widzi mi się jako całość wypada ciekawie. To zbiór, po który warto sięgać, ale w sposób przypominający ten, w jaki czytelnik anglojęzyczny otrzymał je pierwotnie. Czytanie tej książki „na raz” zabija jej urok, odziera z refleksyjności oferowanej przez gazetę, kiedy to otrzymujemy do lektury tylko jeden ze zgromadzonych tu tekstów. Polecam więc czytać najnowszą Zadie, ale powoli i na wyrywki. W oryginale, oczywiście.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/06/widzi-mi-sie-zadie-smith/

pokaż więcej

 
2018-08-09 13:14:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-08-09 13:13:23
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-08-09 13:13:06
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-08-09 13:12:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Kwartet klimatyczny (tom 2)

(...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która... (...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która po latach decyduje się wrócić do miejsca swoich narodzin i dorastania. Powrót do domu przywołuje trudne wspomnienia: zimną relację z apodyktyczną matką, niemożność porozumienia się z ukochanym mężczyzną, utratę dziecka. To także konieczność zmierzenia się z rozpadem ukochanego świata. Zniknął piękny norweski krajobraz – wzgórza, rzeka, wodospady. Właściwie to „został zniknięty”, kiedy ludzie ujarzmili naturę na rzecz elektrowni wodnej. Ostał się tylko lodowiec, który teraz znalazł się w niebezpieczeństwie ze strony przedsiębiorców. Jedyną wnoszącą sprzeciw wobec przerobienia go na kostki lodu do drinków z okolicznych kurortów jest dziennikarka i aktywistka środowiskowa, która mimo podeszłego wieku wsiada na jacht – tytułowy Błękit – by ratować białą górę.
Równolegle snuta opowieść toczy się w roku 2014. Susza panująca na południu Francji, panosząca się zresztą w całej Europie, doprowadza do tragicznego w skutkach pożaru. Davidowi i jego jedenastoletniej córce Lou ledwie udaje się uciec i dotrzeć do obozu dla uchodźców. Nie wiadomo, jaki los spotkał mamę i młodszego brata dziewczynki. Co gorsza, obóz wcale nie okazuje się azylem – tu także brakuje wody. Poza tym, trzeba odnaleźć się w nowej społeczności. Sposobem na uczynienie czekania (na rodzinę, na wodę, na śmierć) bardziej znośnym okazują się wycieczki po okolicy. W trakcie jednej z nich, David i Lou znajdują starą łódź, która pozwala im snuć naiwne plany na przeżycie i wypłynięcie na szerokie wody. Pozostaje pytanie: kiedy spadnie deszcz?

(...) Na fali książek prośrodowiskowych, zazwyczaj ze słowem „sekretne” w tytule, proza Mai Lunde zdecydowanie się wyróżnia. Niby mamy do czynienia z fikcją, ale – niestety – bardzo realną. Podobnie jak w Historii pszczół, właściwie trudno zrelacjonować, co się w Błękicie dzieje. To raczej zapis stanu, w którym trwają pozbawieni wody ludzie. Bogactwo treści przy minimum akcji są dla mnie ważnym wyznacznikiem talentu Lunde. Idąc dalej, autorka kolejny raz daje się poznać jako uważna obserwatorka – tak ludzi, jak i natury. Stara się wniknąć w ludzką psychikę, by zrozumieć, co powoduje człowiekiem, który niszczy swoje środowisko życia. Aby to odkryć, bada najpierw pozornie bardziej trywialną kwestię, jaką są więzi międzyludzkie.
Błękit to proza miejscami wręcz poetycka (Rozmawiali ze sobą, a góra połykała ich słowa – jedno z moich zdań-faworytów powieści), napisana bogatym, wrażliwym językiem. Pełna wymownych niedopowiedzeń. Uznanie w tej kwestii należy się także Annie Marciniakównie, która przetłumaczyła powieść na język polski.

(...) Maja Lunde opowiedziała wrażliwą historię o ludziach i ich odpowiedzialności za środowisko naturalne. Nienachalnie ukazała tymczasowość rzeczywistości, nie tylko jednostkowych istnień ludzkich, ale także całej planety. Lunde daleko do brutalności apokaliptycznych wizji, ale to właśnie cisza i podskórnie odczuwane napięcie budzą grozę. Najpierw zniknęły pszczoły, teraz kończy się woda. Jak zapowiedziała pisarka w jednym z wywiadów, trzecia część tetralogii będzie poświęcona ginącym gatunkom. Lunde konsekwentnie przedstawia niepokojącą wizję końca świata, którego – choć już się zaczął – nie widzimy, bo nie chcemy widzieć. Ważna informacja dla tych, którzy dopiero zaczynają lekturę prozy Norweżki: każda książka to oddzielna opowieść – nie trzeba czytać ich po kolei.
Błękit to dobra skandynawska proza, która każe otworzyć oczy na drugiego człowieka i na świat wokół nas.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/08/blekit-maja-lunde/

pokaż więcej

 
2018-08-06 17:22:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Reportaż

(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce....
(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce. Synowiec najpierw wyjechała do Meksyku (skąd pisała dla polskiej prasy), a dopiero później pojawiła się propozycja napisania reportażu. Czytając go widać, że fascynacja Meksykiem i rozległa wiedza na jego temat zdecydowanie wyprzedzają pragmatyczne zbieranie materiału do książki. Dzięki temu Synowiec udało się nakreślić obraz niejednorodnego społeczeństwa, w którym próżno szukać wiodącej religii, tradycji czy języka. Tym, co łączy Meksykanki i Meksykanów okazała się abstrahująca od swojego przedmiotu wiara. Na Dzieci szóstego słońca składa się siedem rozdziałów – w każdym z nich autorka oswaja jeden z aspektów meksykańskiej kultury. Są to kolejno: obchody Święta Zmarłych, rodzimowierstwo meksykańskie, ruch New Age, turystyka psychodeliczna, „coca-colonizacja” Meksyku, konflikt katolicyzmu i ewangelizmu oraz meksykańscy czarownicy.

(...)
W każdej części autorka startuje od przedstawienia, z czego Meksyk słynie, od obrazka z pogranicza prawdy (bo przecież dane wydarzenie miało miejsce, przecież je widzieliśmy) i mitu (bo ktoś zadbał, abyśmy taki właśnie obrazek mieli przed oczami). W dalszej części Synowiec pokazuje, jak wygląda meksykańska rzeczywistość od wewnątrz. Nie chcąc Wam psuć przyjemności odkrywania Meksyku poprzez lekturę, przytoczę tylko dwa przykłady.
Rozdział pierwszy otwiera opis parady z okazji Día de los Muertos z Bonda rodem. To nie żart, taki jest właśnie rodowód tej formy obchodów meksykańskiego Dnia Zmarłych. Choć to jedno z najważniejszych świąt, głęboko zakorzenionych w meksykańskiej kulturze, uroczysta parada, na którą zjeżdża się kraj i tysiące turystów z całego świata, zorganizowana została przede wszystkim dla tych drugich. Rząd, który musiał mocno postarać się o to, by Meksyk wylądował na srebrnym ekranie, tyle samo wysiłku włożył w to, by po obejrzeniu najnowszego filmu z agentem 007 w roli głównej widzowie nie zawiedli się, odwiedzając ich kraj. Wielu Meksykanów szybko uznało tę „wielką fiestę meksykańskości” (jak nazywa paradę jeden z bohaterów reportażu) za własną, jednak zdania są podzielone.
W rozdziale czwartym Synowiec opowiada o seansach uzdrawiania za pomocą grzybów halucynogennych. Niegdyś oczyszczające rytuały odbywały się w małej indiańskiej miejscowości o nazwie Hautla jedynie nocą i pod dachem. Legendarną znachorką – curanderą – była María Sabina, Mazatecka mistrzyni ezoterycznych uroczystości i jednocześnie katoliczka. Kobieta żyjąca w biedzie, bo za seans nie można było przyjąć pieniędzy, na której wizerunku zarabia teraz pół kraju. Dziś grzyby serwują wszyscy i wszędzie, a do Meksyku każdego dnia docierają rzesze psychodelicznych turystów. I pewnie można jeszcze spotkać curanderos z powołania, jednak niewielu ich dziś szuka. Dla wielu tubylców odprawianie kalekich względem tradycji rytuałów stało się przede wszystkim sposobem na łatwy zarobek. Dla turystów natomiast – hipsterską formą rozrywki, której oddawał się m.in. John Lennon.

(...)
Dzieci szóstego słońca Oli Synowiec to bardzo udany debiut, który przedstawia nieznany współczesny Meksyk – kraj coraz bardziej odległy od tego, który pięćset lat temu przyjął od Starego Kontynentu katolicyzm. Choć książka nie wyczerpuje poruszonych tematów – czasem brakowało mi odniesienia do historii Meksyku i genealogii opisywanych zjawisk – przekrojowo przedstawia, w co wierzy ta część Ameryki, a w co mają wierzyć, programowani przez rząd tego kraju, zagraniczni turyści. Oprócz dużej dawki informacji o meksykańskiej kulturze, odbiorca otrzymuje siedem dowodów na to, jak silnym narzędziem manipulacji może być religia, oraz, że tradycję można ukształtować w ciągu kilku chwil, jeśli tylko niesie ona za sobą obietnicę dużych pieniędzy. Poza tym, autorka świetnie puentuje swoją pracę, dowodząc, że każdy człowiek potrzebuje w coś wierzyć, i że dobrze upatrywać w tym fakcie element jednoczący ludzkość. Podoba mi się osobiste zaangażowanie Synowiec: wiedząc, że wyjechała do Meksyku w poszukiwaniu wiary, mam poczucie, że reportażystka możliwie dogłębnie zbadała opisane kwestie. Jest to więc w pewnym stopniu książka osobista, a dzięki temu autentyczna, spełniająca przy tym kryteria obiektywizmu. Napisana w przystępnej, nieprzegadanej formie. Budząca apetyt na podróż do Meksyku.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/06/dzieci-szostego-slonca-ola-synowiec/

pokaż więcej

 
2018-07-14 23:53:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

(...) Jeremi ma dwanaście lat. Pochodzi z rozbitej rodziny; mieszka z chorą na raka matką. Kiedy ta przestaje być zdolną do pracy i opieki nad synem, przenoszą się na wieś do domu dziadka chłopca. Relacje z seniorem nie należą do łatwych, jego przeszłość – zsyłka na Syberię oraz samobójcza śmierć żony – nie pozwalają mu na budowanie ciepłych relacji z genealogicznie najbliższymi. Bo choć... (...) Jeremi ma dwanaście lat. Pochodzi z rozbitej rodziny; mieszka z chorą na raka matką. Kiedy ta przestaje być zdolną do pracy i opieki nad synem, przenoszą się na wieś do domu dziadka chłopca. Relacje z seniorem nie należą do łatwych, jego przeszłość – zsyłka na Syberię oraz samobójcza śmierć żony – nie pozwalają mu na budowanie ciepłych relacji z genealogicznie najbliższymi. Bo choć Jeremi, jego matka i ciotka Estera (nawiedzona, kompulsywnie pragnąca w coś wierzyć lesbijka) to jego krewni, cierpiący na altzheimera wdowiec najlepiej czuje się w towarzystwie krów i pani Marii, byłej przyjaciółki żony. Nakreśloną sytuację życiową, w jakiej znalazło się dziecko, już określiłabym jako niesprawiedliwie trudną, niestety – będzie gorzej. Chłopiec czuje się na wsi wyjątkowo samotnie, postanawia więc zebrać pieniądze na powrót do Warszawy i utrzymanie mieszkania dla siebie i matki. Zostaje dilerem. Właściwie przypadkiem Jeremi dowiaduje się, że jest Żydem, a że akcja powieści dzieje się we współczesności, chłopiec przyznaje matce, że gorsza mogłaby być tylko arabska krew płynąca w jego żyłach. Poznawszy historię babki, obsesyjnie poszerza wiedzę o obozach koncentracyjnych. Budzi się w nim lęk, że zdarzenia z przeszłości mogą się powtórzyć.

(...) Kiedy matka Jeremiego umiera, chłopak czuje, że został na świecie sam. Obciążony porzuceniem przez ojca, nie daje sobie rady z kolejną stratą. Choć zawsze dziwaczna, to jednak dodająca wcześniej otuchy ciotka, już nie okazuje mu zrozumienia. Choroba dziadka, z którym od czasu zamieszkania pod jednym dachem, udawało się czasem szczerze pogadać (lub szczerze pomilczeć), postępuje. Senior coraz częściej nie rozpoznaje wnuka. August, przyjaciel, wysłuchuje go, ale przez wymuszone na Jeremim przyspieszone, bolesne dojrzewanie, ich relacja obumiera. Sierota pozostaje obojętny wobec uczucia, jakim darzy go kilka lat starsza dziewczyna. Pozostawiony sobie, z narastającą wskutek nieprzepracowania traumą, Jeremi postanawia ukoić swój ból. Podobnie jak babkę Elzę, nawiedzają go duchy. Rozmawia z nimi, widzi je, i dochodzi do wniosku, że nikt i nic nie jest w stanie mu pomóc.

(...) Duchy Jeremiego to zapis tragedii nastolatka, którego względnie spokojne i szczęśliwe życie stopniowo, ale w krótkim czasie, się rozsypało. Rient z pozbawioną patosu wrażliwością opowiada o sytuacji, w której bycie nas przerasta. To historia cierpienia spotęgowana udziałem w niej dziecka. Matka często powtarzała Jeremiemu, że ojciec zostawił ich, bo był nieczuły, i że on, Jeremi czuły być musi. Usposobionym w ten sposób ludziom jest w życiu szczególnie trudno. Społeczeństwo ich wrażliwość myli ze słabością, podkopując wiarę w siebie i chęć stawiania czoła cierpieniom. Nie do pojęcia zdaje się ogrom zła przedstawiony w Duchach. W nieprzychylnych opiniach dominuje zarzut, że nagromadzenie nieszczęść w tej stosunkowo niewielkiej objętościowo powieści prowadzi do sztucznej lamentacji i wyżyma z czytelnika emocje. Ja w tę historię uwierzyłam. Powieść podejmuje także uniwersalny problem tożsamości. Autor pyta, co determinuje nas jako jednostki: pochodzenie? wiara? wychowanie? światopogląd? relacje z drugim człowiekiem? Dopiero świadomość tego, kim jesteśmy i akceptacja naszego statusu pozwala wytrwać w świecie. Kreśląc postać Jeremiego, Rient dowodzi, że nie jest to łatwe zadanie.

(...) Wiarygodne portrety bohaterów, nieprzekombinowany, ale trafnie opisujący trudne doświadczenia i doznania język (narracja pierwszoosobowa; tym, który mówi jest Jeremi). Zwrócenie uwagi na ważny problem społeczny, jakim jest brak troski i próby zrozumienia młodzieży przez dorosłych. To, moim zdaniem, największe atuty Duchów Jeremiego pióra Roberta Rienta. I chyba nie tylko moim, bo - co mnie naprawdę cieszy - powieść została nominowana do tegorocznej Nagrody Nike.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/07/14/duchy-jeremiego-robert-rient/

pokaż więcej

 
2018-06-28 16:48:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Znane to na polskim rynku książki zjawisko, kiedy po przychylnej reakcji czytelników na wydanie głośnego, bestsellerowego (we właściwym tego słowa znaczeniu) dzieła zagranicznego autora, tłumaczy się i publikuje jego poprzednie utwory, firmując je, rzecz jasna, powodzeniem książki-poprzedniczki. Tak było np. z Ludźmi na drzewach Hanyi Yanagihary, autorki Małego życia. I tak jest w przypadku... Znane to na polskim rynku książki zjawisko, kiedy po przychylnej reakcji czytelników na wydanie głośnego, bestsellerowego (we właściwym tego słowa znaczeniu) dzieła zagranicznego autora, tłumaczy się i publikuje jego poprzednie utwory, firmując je, rzecz jasna, powodzeniem książki-poprzedniczki. Tak było np. z Ludźmi na drzewach Hanyi Yanagihary, autorki Małego życia. I tak jest w przypadku Księżyca (wyd. hiszp. 2009) Martína Caparrósa, autora monumentalnego Głodu (wyd. hiszp. 2014). Przeczytawszy opus magnum twórcy, książkę, która przyniosła mu światowy rozgłos, wysoko stawiamy poprzeczkę – i dobrze! – często ignorując fakt, że dzieło wydane w Polsce później, w rzeczywistości powstało wcześniej. Następuje rozczarowanie, pisarzowi zarzuca się regres i wypalenie. Z taką reakcją środowiska na różne sposoby komentującego literaturę spotkała się wydana w minionym miesiącu przez Wydawnictwo Literackie książka Caparrósa. Jasne, nie musi nam się ta książka podobać, ale jeśli skreślamy ją tylko z powodu nieprzystawalności do Głodu, to dla mnie nie jest to trafny argument.
Przede wszystkim, Księżyc. Od nowiu do nowiu to – jak nazywa go sam autor – „dziennik hiperpodróży”, z reporterskimi kawałkami, a nie reportaż w czystej formie. To hiperpodróż, bo oprócz naznaczonego cyklem księżycowym docierania do emigrantów w różnych zakątkach świata, Caparrós wnika wgłąb siebie. Otrzymujemy więc książkę bardzo osobistą, w której Argentyńczyk, również emigrant spisuje historie swoich rozmówców i, ustosunkowuje się zarówno do nich, jak i do swojej przeszłości wywoływanej przez miejsca, w jakich się znalazł.
Asumptem do powstania tej książki stał się problem migracji. Zadanie odwiedzenia kilkunastu rozsianych po świecie miejsc zleciła Caparrósowi Organizacja Narodów Zjednoczonych. Reporter w ciągu miesiąca miał dotrzeć do ofiar przesiedleń – bohaterowie jego historii nie opuszczali swoich domów z własnej woli. Na tym jednak nie zakończyły się instrukcje ONZ-u; reportaże miały nie przekraczać długości 2000 słów, a postać reportera – być transparentna. To wiele tłumaczy, bowiem, chcąc spełnić powyższe warunki nie wyrzekając się siebie, Caparrós jednocześnie je przekracza, co przekłada się na patchworkową formę Księżyca. Okładka chroni bowiem pozszywane (wyróżnione kursywą) opowieści emigrantów ze wspomnieniami i dywagacjami natury filozoficznej. Nastawiając się na lekturę klasycznego reportażu można doznać rozczarowania, choć i Głód był przecież hybrydą z pogranicza reportażu (także historycznego), eseju, zbioru rozmów i innych. Mnie taka postać tekstu odpowiada, choć rozumiem, że może ona budzić poczucie chaosu i dezorientacji. Myślę, że tym, co nie dbającego o formę Caparrósa ratuje, jest niewielka objętość utworu (zadrukowane dużą czcionką z licznymi przerwami 216 stron).
Argentyńczyk spisuje pełne bólu i cierpienia losy emigrantów. W mołdawskim Kiszyniowie doświadczająca od dzieciństwa przemocy Natalia opowiada mu o tym, jak mąż sprzedał ją albańskim handlarzom żywym towarem. Trafiła do libańskiego burdelu, z którego cudem zdołała uciec. Inną bohaterką Księżyca jest Zambijka, którą mąż zdradzał, a zaraził AIDS. Zdana na łaskę losu kobieta, matka trójki dzieci (w tym także chorą córkę) robi wszystko, by tym żyło się lepiej. Kolejny rozmówca, Koné, w obliczu biedy i wojny za wszelką cenę stara się uciec z Afryki do Hiszpanii. Kiedy wreszcie mu się udaje, okazuje się, że Europa wcale nie jest tak wspaniałym miejscem do życia, jak przedstawiali to ci, którzy się do niej przedostali. W uchodzącej za otwartą Hiszpanii pozwolono mu pozostać w kraju, ale bez dokumentów, a to tak, jakby go w ogóle nie było.W Monrovii (Liberia) reporter spotyka się z Richardem, na oczach którego zaszczuci sąsiedzi bestialsko zamordowali, a następnie zjedli jego babkę. Choć mężczyzna, świadek ciągnących się wojen domowych, został sam, odmawia się mu przyznania amerykańskiej wizy.
Opowiedzianych przez Caparrósa losów jest więcej, jednak wszystkie łączy to, że do tragedii, jakiej doświadczyli bohaterowie, dopuścili się inni ludzie. Zatrważające jest zło, tak jak zatrważająca jest ich wola życia. Caparrós pisze, że pamiętanie jest zapominaniem. Jego bohaterowie, by ocalić w sobie człowieczeństwo, muszą zapomnieć o tym, jak nieludzko zostali potraktowani. Potrafią przebaczyć swoim oprawcom po to, by dalej żyć. Dziennikarz okazuje im empatię i, będąc cierpliwym słuchaczem, pozwala na przepracowanie doznanej traumy.
Poza historiami emigrantów, autor snuje refleksje o istocie podróżowania, które – wykluczając turystyczne wypady – wynika z poczucia braku. Migrujemy w poszukiwaniu lepszego życia. Chcemy poczucia bezpieczeństwa, wolności, trywialnie brzmiącego szczęścia. Mając możliwość powrotów do miejsc, które już kiedyś – na dłużej lub krócej – odwiedził, Caparr
Księżyc. Od nowiu do nowiu to niewielka książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Mariaż nie mieszczących się w głowie opowieści emigrantów z intymnymi wynurzeniami autora sprawia, że mamy do czynienia z dziełem wielowymiarowym, które sprzyja refleksji. Obawiam się, że gdybyśmy odarli je z autobiograficznych fragmentów, trudno byłoby nam znieść takie nagromadzenie bólu i zła, jakiego dopuścił się drugi człowiek. Na docenienie zasługuje także język, jakim posługuje się autor (stąd tyle cytatów). Obrazowy, w prostych słowach wyrażających treści, o których trudno jest mówić. Miejscami poetycki. Powściągliwy, ale oddający emocje.
Można by się pastwić nad tą formą, nad dziennikarską niemocą, nad powtórzeniami i monotonną nostalgicznością. Mnie klimat tej książki wydał się autentyczny i głęboko filozoficzny. Oceńcie sami, ale dajcie Caparrósowi szansę.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/06/28/ksiezyc-martin-caparros/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
66 56 289
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd