Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/

„Frankenstein” Mary Shelley obchodzi swoje 200-lecie!

19 wartościowy tekst

Wyjątkowo śmiały, żeby nie powiedzieć diaboliczny plan zrównania się człowieka z postacią Boga-Stwórcy i próba oszukania niezmiennych praw rządzących światem natury – to dwa wielkie tematy stanowiące o wartości „Frankensteina”. Historia stojąca za powstaniem słynnej powieści jest tematem interesującym samym w sobie, podobnie jak obraz życia i twórczości Mary Shelley, literackiej matki nieśmiertelnego monstrum.

Autorka jednej z najsłynniejszych powieści w kanonie literatury światowej, prekursorka fantastyki naukowej, urodziła się w domu brytyjskich intelektualistów. Ludzi, którzy na otaczającą ich rzeczywistość starali się patrzeć w sposób krytyczny i wnikliwy. Nic dziwnego, że wrażliwość Shelley można byłoby definiować poprzez chęć odkrycia prawdziwej natury świata. Zarówno materialnego, jak i może przede wszystkim duchowego. Po rodzicach odziedziczyła swój pisarski talent i zmysł do obserwacji.

Życie naznaczone tragedią

Matką artystki była Mary Wollstonecraft, angielska pisarka, eseistka i filozofka zajmująca się między innymi działalnością na rzecz równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Wollstonecraft to jedna z prekursorek feminizmu, o czym wiemy między innymi za sprawą publikacji „Wołanie o prawa kobiet”, w której to autorka podnosiła kwestie związane z brakiem odpowiedniej edukacji młodych dziewcząt, nierównego statusu kobiet w purytańskim społeczeństwie Wielkiej Brytanii. Z kolei ojciec, William Godwin, był publicystą politycznym, zaliczanym dziś do pierwszych przedstawicieli anarchizmu, który przewodniczył londyńskiemu klubowi intelektualistów, w składzie którego znajdowała się również jego żona. Życie Shelley naznaczone było tragedią, a to dlatego, że raptem jedenaście dni po narodzinach córki, doszło do śmierci Mary Wollstonecraft. Po tym traumatycznym wydarzeniu opiekę nad córką w pełni przejął ojciec, który zapewnił jej nieformalne wykształcenie, od najmłodszych lat zachęcając ją do studiowania przepastnych ksiąg ze skarbca domowej biblioteki. Samotne wychowanie córki nie było jednak łatwe, stąd też między innymi decyzja Godwina o powtórnym ożenku z Mary Jane Clairmont. Dla Shelley była to jednak kolejna, po śmierci matki, trauma, która wiązała się z brakiem akceptacji. Macocha żywiła wobec swojej przybranej córki w najlepszym razie pogardę, w najgorszym nienawiść, starając się faworyzować własne dzieci. Godwin starał się być w tej sytuacji mediatorem, niejednokrotnie podkreślał też, że osobowość dziewczyny jest wyjątkowa, umysł śmiały, a chęć poznania – wielka i nienasycona.

Shelley dorastała w środowisku artystów, filozofów, twórców odwiedzających domostwo Godwina. Jedną z najbardziej intrygujących osób dla początkującej pisarki był Percy Shelley, wolnomyśliciel i poeta, przyszły mąż autorki „Frankensteina”. Uczuciowa relacja, która nawiązała się pomiędzy tą dwójką, przybrała charakter skandalu – Percy był bowiem żonaty, posiadał dziecko, a kolejnego oczekiwał. Zakazany owoc smakuje jednak lepiej, stąd też dwójka kochanków postanowiła iść drogą dyktowaną przez serce, skazując się jednak na banicję. 1814 roku piętnastoletnia Mary Shelley i jej o kilka lat starszy partner uciekli na kontynent europejski. Po to, aby poczuć wolność, zerwać kajdany obyczajowych oczekiwań. I obudzić demony.

Noc, w której narodziły się potwory

Wydaje się, że stworzenie nieboskiego stworzenia przez Mary Shelley musiało nastąpić w dokładnie określonym czasie i konkretnie wyznaczonym miejscu. Zapowiedzią wyjątkowych wydarzeń była już sama Matka Natura, która postarała się o to, aby wywołać serię gwałtownych, letnich anomalii pogodowych, w wyniku czego doszło do zniszczenia upraw na terenach półkuli północnej – przede wszystkim w Europie Północnej, Ameryce i Kanadzie. Nie kończyło się jednak na tym. Według kronik był to czas, w którym w miesiącach letnich padał intensywny śnieg, słońce prawie nie wychodziło zza chmur (stąd też nazwa „Lata bez słońca”), a wyjątkowo intensywne burze i srogie przymrozki tylko potęgowały nastrój sugestywnej grozy. Ludzie mogli poczuć, że prawa natury zostały przełamane, że w takim czasie zdarzyć się może niemal wszystko. Wyobraźnia karmiona poniekąd apokaliptycznymi obrazami mogła przynieść (i faktycznie przyniosła) artystyczne wizje, które zdumiewają do dziś. Bo w tym czasie, dokładnie w 1816 roku, oprócz słynnego monstrum narodziła się również postać pewnego wampirycznego arystokraty, swoistego przodka Drakuli.

Shelley i Percy podróżując po kontynencie zdecydowali się skorzystać z zaproszenia lorda George'a Byrona, jednego z najbardziej wpływowych poetów epoki romantyzmu, który przebywał wówczas w wynajętej willi Diogai nad Jeziorem Genewskim. W tym samym miejscu przebywał również John Polidori, lekarz zafascynowany ekscentrycznymi przypadkami śmierci i truciznami. Słowem – życiem i śmiercią. Napięcie pomiędzy jedną a drugą siłą w dalszym ciągu obecne było w życiu Shelley – kobieta zmagała się bowiem z depresją po śmierci córki. Emocjonalne życie było dla niej zresztą wyjątkowo burzliwe, a to też ze względu na wolnościowe przekonania obyczajowe Percy'ego, który starał się uwieść przyrodnią siostrę Shelley, Claire Clairmont. Ta jednak swoje serce postanowiła oddać Byronowi. Jeśli dodamy do tego, że autorka „Frankensteina” nie była obojętna dla Polidoriego, wówczas zrozumiemy, że emocjonalny wulkan był wyjątkową, tak twórczą, jak i również destrukcyjną siłą. Na kanwie tych wydarzeń powstał zresztą znakomity film Kena Russela zatytułowany pod wiele mówiącym tytułem „Gotyk” (1986). Horror stanowi fikcyjną, ale wyjątkowo sugestywną wizję, w której erotyczne napięcie łączy się z onirycznymi wizjami, w których to demony budzą się do życia. A powołali je wspomniani wcześniej literaci.

George Byron wpadł bowiem na pomysł, aby wieczorne spotkania umilić sobie wysłuchiwaniem historii o duchach i upiorach. Stymulantem było czytanie zbioru niemieckich opowiadań fantastycznych pod nazwą „Fantasmagorii”. Po jakimś czasie Byron postanowił zaproponować stworzenie własnych opowieści podszytych strachem, szaleństwem i nadnaturalną grozą. Nie spodziewał się chyba, że tym samym dał impuls do stworzenia prawdziwych legend literackiego horroru. Choć nie tylko.

Wspomniany John William Polidori tak naprawdę wprowadził postać wampira do tradycji literatury romantycznej, dał też początek dla wykształcenia się zupełnie nowego gatunku fantastyki grozy, a jego „Wampir” stanowił jedną z kilku głównych inspiracji dla Brama Stokera przy tworzeniu „Drakuli”. Z kolei Mary Shelley dokonała sztuki ożywienia potwora o sile oddziaływania równie wielkiej, a kto wie, czy pod pewnymi względami nie większej, jak krwiopijcy. Jej „Frankenstein” stanowi bowiem efekt chęci ujarzmienia żywiołu Tanatosa, oswojenia śmierci, ba, nawet odwrócenia tego naturalnego przecież procesu. Pewnego razu we śnie Shelley miała podobno ujrzeć postać człowieka, przed którym nachyla się widmowa postać, sługa, niewolnik, a może nieboskie stworzenie. Relacja pomiędzy stwórcą a ożywionym przez owładniętego żądzą przekraczania granic naukowca stanowi esencję powieści.

Shelley mogła zainspirować się takim przedstawieniem między innymi za sprawą historii owianego złą sławą zamku Frankenstein znajdującego się niedaleko Darmstadt w Niemczech, w którym to urzędował Konrad Dippel, zafascynowany alchemią syn pastora. Dippel był zafascynowany życiem wiecznym do tego stopnia, że postanowił stworzyć recepturę, dzięki której można byłoby przezwyciężyć ludzką śmiertelność. Podobno do swoich laboratoryjnych eksperymentów miał używać pociętych i odpowiednio spreparowanych części ciał zwierząt oraz ludzkich trupów. Podobno – bo legendy żyją przecież własnym życiem. Coś musiało być jednak na rzeczy, a to dlatego, że gdy miejscowi dowiedzieli się o procederach, ten natychmiast został przepędzony z zamku.

Pojawiają się też głosy mówiące o związku kultowej książki Shelley z niemiecką miejscowością Frankenstein, która znajduje się na Dolnym Śląsku, a jej dzisiejsza nazwa to Ząbkowice Śląskie. To właśnie w tym mieście w 1606 roku odbyła się sprawa pojmania, a następnie skazania grabarzy, którzy zostali posądzeni o kultywowanie magicznych rytuałów, guseł i bezczeszczenie zwłok, co miało się wiązać z panującą w owym czasie zarazą. W czasie procesu z torturami ośmioro podejrzanych przyznało się do okradania zwłok, a następnie sporządzania z nieboszczyków trujących proszków rozsypywanych w domach żyjących mieszkańców Frankenstein, co umożliwiało kolejne kradzieże i plądrowania. Obecnie przypuszcza się, że tortury, którym poddawani byli grabarze, wpłynęły na koloryt tej historii – a mówi się chociażby o tym, że ciała zmarłych kobiet w stanie błogosławionym zostały rozcinane, a płody zjadane przez wandali i szubrawców. Wydaje się, że motywacją były w tym przypadku głównie kwestie materialne, chęć wzbogacenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że ta szaleńczo odmalowana wizja mogła wpłynąć i rezonować na wyobraźnię ludzi. Sprawa była zresztą szeroko komentowana w ówczesnej prasie, a legenda przetrwała kolejne wieki. Mary Shelley słysząc o tym, co przed dwoma stuleciami działo się w niemieckiej miejscowości, mogła zainspirować się echem tamtych wydarzeń. Stąd też oczywista analogia zachodząca na gruncie etymologicznym, ale też wymowa dwóch opowieści, w której to ludzie zapragnęli – z różnych przyczyn – w jakiś sposób nawiązać do mrocznej sztuki nekromancji.

Piękno monstrum, czyli za co cenić „Frankensteina”?

Zdiagnozować stan ducha istoty wyobcowanej, społecznie wykluczonej, pokusić się o szaloną wizję naukowego rozwoju, w którym to człowiek może – a przynajmniej gorąco próbuje – zestawić się, porównać, a ostatecznie zmierzyć z postacią boskiego Twórcy świadczą o tym, że Shelley wykazała się po pierwsze niebywałą pomysłowością, a po drugie intuicją, co do cywilizacyjnych przemian dziejących się w ówczesnym, jak i dzisiejszym świecie.

Shelley rozważała przecież tematy bliskie również nam, gdy zastanawiamy się nad etycznymi problemami związanymi chociażby z klonowaniem, modyfikacją ludzkich genów, ingerencją w dzieło stworzenia. Autorka „Frankensteina” w jakimś sensie stara się zdiagnozować napięcie pomiędzy rozumem a wiarą, nauką a religią, rozstrzygnąć to, czemu staramy się zawierzać. Stąd też na kartach powieści znaleźć można zapisane myśli romantyczne, odwołujące się do uczuć, emocji, często skrajnych, a także myśli oświeceniowe, gdy podejmujemy problem nauki, jej wpływu na nasze życie, a także do tego, do czego doprowadzić nas może wyłącznie rozumowe postrzeganie rzeczywistości.

Dzieło brytyjskiej autorki może być rozpatrywane jako groza, to oczywiste i uzasadnione, wszak nadnaturalny element pod postacią ożywionej istoty poskładanej z martwych części ciał ludzi i zwierząt, może budzić trwogę i przerażenie, jednak trzeba też pamiętać o wartości filozoficznej „Frankensteina albo: Współczesnego Prometeusza”. Drugi człon tytułu odsyła nas bowiem do postaci mitologicznego tytana, który dał życie człowiekowi. Wiktor Frankenstein uczynił podobnie, wykreował wszak postać inteligentną, a przynajmniej odczuwającą, jednak wyparł się swojego nieboskiego dziecka. Imię Wiktor może być znaczące, bo przecież odnosi się do zwycięstwa, w tym przypadku jednak niepełnego. Ciało i umysł potwora stanowią części niekompletne, nieprzystające, a bezimienna postać pozszywana z ciał nabytych w kostnicach czy cmentarzach, odczuwa zagubienie, które przeradza się później w bunt wobec swojego stwórcy. Historia jest doskonale znana i przepracowana również za sprawą filmów, jednak X muza zazwyczaj podkreśla aurę grozy, a nie filozoficznych rozważań. W tym miejscu warto wyróżnić ekranizację „Frankenstein” z 1994 roku w reżyserii Kennetha Branagha i z nim jako Wiktorem Frankensteinem oraz Robertem De Niro jako Monstrum. Dramatyzm, refleksyjność i humanistyczny wydźwięk historii poraża. Podobnie interesującą, poetycką wizję przedstawiono również w serialu „Dom grozy”, w którym to ożywiony człowiek, pozbawiona wspomnień i przeszłości istota, poszukuje swojego miejsca w świecie, ukojenie znajdując w poezji i obcowaniu z pewną demoniczną, ale przepełnioną wrażliwością i troską, kobietą imieniem Vanessa Ives.

Podobnie niejednoznaczną postacią była również Mary Shelley. Nad wyraz inteligentna, wykształcona i zafascynowana osiągnięciami nauki, choćby badaniami Luigiego Galvaniego, który odkrył istnienie zjawisk elektrycznych w tkankach zwierzęcych (a przecież dzięki elektryczności powołano ożywieńca) czy naukowymi teoriami Karola Darwina, była również postacią niebywale emocjonalną i, niestety, nieszczęśliwą. Doświadczenie straty bliskich osób towarzyszyło jej przecież właściwie od samych narodzin. I być może właśnie ten interpretacyjny klucz stanowi o dodatkowej wartości „Frankensteina”. Powieść gotycka jako przepracowanie egzystencjalnych lęków, odpowiedź na racjonalizm, oddanie tajemniczości stworzenia i próba oswojenia tego, co nieuniknione, czyli śmierci. Nieśmiertelny jest jednak mit, który powołany został do życia. Od nocy, w której narodziły się potwory, minęły już ponad dwa wieki, jednak moment oficjalnego opublikowania historii nastąpił równo dwieście lat temu, w styczniu 1818 roku. Początkowo wydanej anonimowo, później opatrzonej nazwiskiem, które zapisało się w historii literatury. Fantastycznej w formie i przekazie. Bo mówiącej o stworzeniu, ale też stawaniu się człowiekiem, a równocześnie wyrzekaniu się tego, co ludzkie.


Pokaż wszystkie artykuły użytkownika Marcin Waincetel


Komentarze
Autor:  Marcin |  wypowiedzi: 13  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 6571
allison
15-01-2018 17:08
Dla mnie to jedna z najważniejszych i najmądrzejszych książek wszech czasów, którą można odczytywać na różnych poziomach.

Szkoda, że po wyjściu za mąż autorka nie stworzyła już niczego wartościowego - od dawna zastanawia mnie, czy to przypadek, czy też nie:)
książek: 3191
FannyBrawne
15-01-2018 19:29
Jej małżeństwo chyba nie było zbyt udane, więc może to nie przypadek :(
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1361
Wiedenka
15-01-2018 22:46
Świetna książka, i nie trąci myszką! Polecam!
książek: 3337
Aurora92
16-01-2018 19:04
Cudowna książka, jedna z moich ulubionych. Jedna z tych, których nigdy się nie zapomina. :)
książek: 562
Zoltar
17-01-2018 06:24
Uczczę ten jubileusz lekturą... "The Last Man" autorstwa tejże Mary Shelley. To jedna z pierwszych powieści katastroficznych (to tak a propos, jakoby ta pani nie stworzyła poza "Frankensteinem" niczego wartościowego...).
książek: 1339
Monika
23-01-2018 02:58
Korekta w ogóle by się temu artykułowi przydała, ale jedną uwagę mam bardzo znaczącą: dlaczego w całym tekście, od samego początku, już od narodzin, pisarka nazywana jest nazwiskiem męża? Nawet nie imieniem i nazwiskiem, ale najczęściej samym nazwiskiem? To wygląda dziwnie przy urodzinach, straszy w zestawieniu z informacją o feministycznych poglądach matki i jest naprawdę groteskowe gdy... Korekta w ogóle by się temu artykułowi przydała, ale jedną uwagę mam bardzo znaczącą: dlaczego w całym tekście, od samego początku, już od narodzin, pisarka nazywana jest nazwiskiem męża? Nawet nie imieniem i nazwiskiem, ale najczęściej samym nazwiskiem? To wygląda dziwnie przy urodzinach, straszy w zestawieniu z informacją o feministycznych poglądach matki i jest naprawdę groteskowe gdy "Shelley" poznaje Percy'ego Shelleya.

Książka świetna, ale jeśli w ogóle uczczę jakoś jubileusz, to chętniej sięgnę po "Wampira" Polidoriego - bo trochę mi wstyd, że jeszcze nie znam.
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie
Biblioteczka redaktora
310 1 141
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (5)

zgłoś błąd zgłoś błąd