Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
Fabuła pierwszego tomu „Lastmana” jest naprawdę prosta: wątły chłopiec, Adrian, marzy o wygraniu turnieju, ale w dzień zawodów jego partner rezygnuje z udziału. Na szczęście wt...

Mangopodobny żart

Autor recenzji:
Tytuł książki: Lastman Tom 1
6 (6 ocen i 2 opinie)

Fabuła pierwszego tomu „Lastmana” jest naprawdę prosta: wątły chłopiec, Adrian, marzy o wygraniu turnieju, ale w dzień zawodów jego partner rezygnuje z udziału. Na szczęście wtedy pojawia się nieznajomy osiłek, Aldana, bredzący coś o motorach i papierosach, który sprzymierza się z malcem – razem walczą i wychodzi im to świetnie. Dodajmy do tego inne, poboczne postaci – współzawodników, uczniów szkoły sztuk walki, mistrza tejże szkoły zakochanego w niemożebnie seksownej mamie Adriana, która i lubi, i nie lubi gburowatego Aldanę. I to w zasadzie jest cała zawartość tomiku otwierającego francuską serię mangopodobną. Dosyć… nudne.

Pierwszy tom jest zawsze bardzo ważny, bo nie tylko prezentuje nam cały świat przedstawiony, ale musi też w jakiś sposób wzbudzić w nas zainteresowanie tym, co będzie dalej. Mnie „Lastman” nie zachęcił do kolejnych tomów. Nie jestem pewna, do jakiej grupy docelowej chcieli trafić autorzy, ale zapewne nie do mnie i stąd być może moje uczucie zawodu. Historia tutaj opowiedziana jest typowa dla tzw. shonenów – komiksów wydawanych z myślą o młodzieży płci męskiej z Kraju Kwitnącej Wiśni. Podejrzewam – a opieram się na internetowych recenzjach kolejnych tomów – że autorzy zwyczajnie zagrali czytelnikom na nosie i w dalszych częściach zamierzają przełamać schemat, który tutaj w zasadzie tylko wyśmiewają, i wyskoczyć z czymś niespodziewanym.

Zastanawiam się, dla kogo nadałby się ten komiks. Dlaczego narysowano go w nawiązaniu do stylu i treści typowej dla shonenów? Co chciano tym osiągnąć? Czy komiks jest dla tych, którzy lękają się czytać mangę (dla niewtajemniczonych: to po prostu komiksy japońskie o charakterystycznych cechach nie tylko rysunku, ale i tematyki) albo chcą zacząć od czegoś jeszcze im znanego, europejskiego, aby potem nie przeżyć wielkiego szoku, wchodząc w świat komiksów azjatyckich? Wydaje się, że jest to eksperyment z tamtejszą kreską i stylem, choć pierwszy tom wygląda raczej na jeden wielki żart z mnogich chwytów fabularnych typowych dla shonenów.

Można by go też uznać za swego rodzaju parodię. Niestety, jak to często bywa, nie dorównuje ona w zasadzie temu, z czego się natrząsa. Autorzy podobno opierali się na „Dragon Ballu” Akiry Toriyamy czy „Naruto” Masashiego Kishimoto; mi wątki z przywoływaniem mocy podczas turnieju kojarzą się bardzo z popularnym serialem „Avatar: The Last Airbender”. Cały motyw szkoły walki, uczniów i pojedynkowania się to okropnie typowy, ograny na wszelkie sposoby schemat występujący w setkach shonenów – walka i poczucie rywalizacji są w nich osią, najważniejszą częścią fabuły. Dałoby się z tego naprawdę wiele wycisnąć. Mangi to często japońskie wersje telenoweli – tasiemcowate, niekończące się odpowiedniki amerykańskich komiksów o superherosach, niemożliwie wciągające, liczone w dziesiątkach tomików. Shoneny są tworzone na ogranych i znanych schematach w celu zdobycia szerokiego grona czytelników. Jednak aby utrzymać zainteresowanie tych ostatnich, muszą się wybić ponad przeciętność. Stąd żonglerka intrygami, przetasowanie wątków, stawianie na rozwój postaci, tak łatwe do zaakcentowania przy wykorzystaniu motywu walki z przeciwnikami. W „Lastmanie” całe te zawody będące zawiązkiem fabuły nie mają wielkiego sensu – nie wiadomo po co są, kto je w zasadzie organizuje (skoro władcy tej quasi-średniowiecznej krainy pojawiają się dopiero pod koniec tomu), jakie są dokładnie zasady… Nie ma też tutaj żadnego napięcia, żadnego rozbudowywania postaci, co stanowi spory kontrast z bardzo udanymi pod tym względem mangami – np. „My Hero Academia” Koheiego Horikoshiego (zaczęła wychodzić około roku po „Lastmanie”) czy klasykach gatunku wspomnianych wyżej. W „Lastmanie” nie zadbano o najważniejszy wątek, który istnieje tu tylko po to, aby się z niego natrząsać.

Jeśli idzie o kreskę, to fani Vivesa powinni być zachwyceni. Wzorem mang komiks jest czarno-biały (poza kilkoma stronami na początku), co jednak nie odbiera mu uroku, bo styl Vivesa jest cudownie lekki i swobodny. Oczywiście barwy zrobiłyby swoje, zwłaszcza mając na uwadze te z serii „Za imperium” (kolorystka: Sandra Desmazieres), no i usprawiedliwiłyby cenę pozycji – 39 złotych (okładkowa) za naprawdę niegruby tomik (mniej więcej jak typowa manga) w formacie A5, gdy pojedynczą mangę możemy dostać za połowę tej kwoty, wydaje mi się przesadą. Jeśli idzie o wykorzystanie chwytów znanych z komiksów japońskich, to „Lastman” mógłby się bardziej postarać. Jest nadal bardzo vivesowski i bardzo europejski – chociaż to może być zamierzony efekt. Boleję nad brakiem linii ruchu, tak charakterystycznych dla mang, no i oczywiście brakiem tej przesadzonej mimiki (udanie wykorzystanej choćby przez Berliaca w „Sadboiu”). Vives nadrabia nienachalną dynamicznością i ekspresyjnością kreski – dla mnie to zdaje egzamin. Jednym pociągnięciem kreski potrafi oddać masę niuansów, nie jest nadmiernie skupiony na detalach – stąd plansze wyglądają bardzo schludnie i zwyczajnie są przyjemne dla oka. Ale to jak zwykle kwestia gustu.

Jest to chyba jedyny znany mi przypadek, kiedy przewidywalność może być plusem. Przez to, że spodziewamy się, co będzie dalej, bo znamy schematy tego typu historii, autorzy mogą nas wpuścić w maliny. I generalnie tego też poniekąd oczekujemy, bo kto by chciał czytać toporne żarty oparte na sile pięści przez kolejne kilka tomów? Coś się tu musi zmienić w kolejnych tomach, po prostu musi – to może stanowić jakąś zachętę do kontynuacji czytania tej serii. Postaci nie zaskakują – są koszmarnie typowe i mało charakterystyczne. Ot, kolejny mały delikatny chłopczyk i jego śliczniutka zadziorna mamusia. No i ten męski do przesady typ macho, boksera wierzącego w siłę swoich mięśni, nieokrzesanego, ale nieodmiennie magnetyzującego płeć przeciwną: pakers Richard Aldana. Mnie irytował – nie tylko przez kult pięści, który reprezentuje (nie ma w tym nic złego, ale można by to ukazać o wiele, wiele lepiej, jak np. w „My Hero Academia”), ale także za sprawą wtórnego wątku romantycznego związanego z mamą Adriana (i lekkiego fanserwisu) oraz zgrzytu fabularnego w postaci wprowadzania wątku science fiction. Jedyne, co wzbudziło we mnie zaciekawienie, to interesujące zestawienie Adriana i Richarda: wyglądają jak nowe wersje starotestamentowych postaci Dawida i Goliata, walczące ramię w ramię – ale nic z tego niestety nie wynika*.

Generalnie polecałabym ten tomik osobom, które nie chcą z mangą mieć nic wspólnego albo chcą ją poznać, ale boją się od razu skoku na głęboką wodę. „Lastman” może ich jakoś na to przygotować. Także ci, którzy lubią styl Vivesa, powinni być zadowoleni. U innych, a zwłaszcza fanów mangi, „Lastman” może wywołać tylko wzruszenie ramion, jeśli nie kompletne znudzenie. Ja osobiście należę (niestety dla autorów) do tej drugiej grupy, więc gdybym chciała poczytać zabawne perypetie osiłka, zainwestowałabym raczej w „One-Punch Mana” One (to autor webkomiksu!) i Yusuke Muraty. Albo obejrzała sobie jeszcze raz całkiem udane anime o bijatykach: „Bakemono no Ko” (reż. Mamoru Hosoda). Styl lekki jak i Vivesa, akcja jak należy, no i ten ruch! Choć film ma tutaj zawsze przewagę nad komiksem.

Zapewne znajdą się osoby, którym „Lastman” przypadnie do gustu, ale ja niestety do nich nie należę. Nie jestem pewna, czy fair jest odrzucanie danej serii po zapoznaniu się tylko z pierwszym tomikiem (zawsze inaczej się go odbiera, znając całość; z kolei nie można nie ocenić początku jako osobnego tworu, skoro jako taki został wydany), ale z drugiej strony nie znajduję w sobie dość zainteresowania, aby brać się za kolejne. I tylko chciałoby się wierzyć w zapewnienia wydawcy w nowym katalogu komiksów na drugą część bieżącego roku: „to seria, która konsekwentnie, z tomu na tom jest coraz lepsza”. Co brzmi prawdopodobnie, zważywszy na to, że tom szósty wygrał nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angouleme (2015 r.). Jeśli kogoś kręcą takie tematy i czuje się zachęcony – to brać i czytać!

Agata Majchrowicz

 

* Gdzież tam temu Richardowi do „Goliata” Toma Gaulda!



Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.

Pokaż wszystkie oficjalne recenzje książek
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Zapisując się na newsletter zgadzasz się na otrzymywanie informacji z serwisu Lubimyczytac.pl w tym informacji handlowych, oraz informacji dopasowanych do twoich zainteresowań i preferencji. Twój adres email będziemy przetwarzać w celu kierowania do Ciebie treści marketingowych w formie newslettera. Więcej informacji w Polityce Prywatności.

Opinie czytelników


O książce:
Ania z Zielonego Wzgórza

Ania to ja, Ja to Ania. Rozmarzona, chcąca dobrze, może tylko jeden wyjątek, ja nie byłam sierotą, ale za to także nazywałam ulubioną Alejkę wysadzan...

zgłoś błąd zgłoś błąd