Doktor Faustus

Wydawnictwo: Muza
7,76 (616 ocen i 60 opinii) Zobacz oceny
10
109
9
138
8
110
7
139
6
53
5
38
4
11
3
12
2
2
1
4
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Doktor Faustus
data wydania
ISBN
9788374954624
liczba stron
544
kategoria
klasyka
język
polski
dodał
Krzysiek W

Serenus Zeitblom, przyjaciel i powiernik genialnego kompozytora, Adriana Leverkühna, przystępuje do spisania żywota Adriana. Wspomnieniowa biografia kompozytora nasycona jest aktualną refleksją nad podobieństwem historii Adriana i historii narodu niemieckiego. Doktor Faustus już od chwili powstania - a nawet wcześniej jeszcze, w trakcie prezentowania fragmentów powieści - stał się jednym z...

Serenus Zeitblom, przyjaciel i powiernik genialnego kompozytora, Adriana Leverkühna, przystępuje do spisania żywota Adriana. Wspomnieniowa biografia kompozytora nasycona jest aktualną refleksją nad podobieństwem historii Adriana i historii narodu niemieckiego.
Doktor Faustus już od chwili powstania - a nawet wcześniej jeszcze, w trakcie prezentowania fragmentów powieści - stał się jednym z ważniejszych punktów w powojennej dyskusji na temat niemieckiej tożsamości. Dyskusja ta trwa do dzisiaj; do dzisiaj też książka Tomasza Manna odgrywa w niej istotną rolę. Ale obok tej dyskusji toczy się inna: to dyskusja na temat autonomii sztuki, suwerenności literatury. I tu również powieść autora Wybrańca odgrywa role znaczącą: ta książka bardziej niż wszystkie inne jego dokonania skupia uwagę na etycznym wymiarze dzieła literackiego.

 

źródło opisu: http://merlin.pl

źródło okładki: http://merlin.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 817
PonuryDziadyga | 2017-08-22
Przeczytana: 22 sierpnia 2017

Dawno nie czytałem takiej książki.

Czegoś tak nudnego, że z trzaskiem zamykałem książkę po dwóch stronach, często nie zawracając sobie głowy zakładką.
Chętnie bym sobie darował czytanie tego germańskiego kloca już na początku, ale gdzieś tu przeczytałem, że od połowy jest lepiej. Jeśli autor to teraz czyta: tak, dałem ci się zrobić w konia. Chociaż przyznaję, gdzieniegdzie trafiało się coś żwawszego.
Pierwszych trzysta stron naświetla osobowość i młodzieńcze lata Adriana Leverkühna - wymyślonego niemieckiego kompozytora początku XX wieku, który jest personifikacją tegoż narodu. Traktat wersalski, wojny światowe, kryzys gospodarczy - przy dużym nakładzie skupienia jako tako idzie wyczytać te wydarzenia z jego życiorysu, pojawiają się takie nieśmiałe refleksy. Ale... gdybym nie wiedział tego przed przystąpieniem do lektury, to za cholerę bym się nie zorientował.

A więc po kolei: narracja. Zeitblom jako narrator, ma same wady. Przegadany niemiłosiernie, walący dygresję za dygresją, używa zdań tak potężnie złożonych, a jednocześnie tak bardzo pokręconych, że czyta się to ze spoconym czołem. Owszem, przy dobrym warsztacie przyjemnie się czyta tak długie zdania, ale tu dostaje się po potylicy młotem nudy, a ziewanie staje się stałym nawykiem. I nie dajcie się nabrać na to jego częste "i jeszcze wtrącę słówko...", bo Mann z miejsca walnie trzy strony drobiazgowej analizy jakiegoś detalu, który nawet nie ma drugorzędnego znaczenia. Narrator nie sili się na obiektywizm i wybiela jak się da Adriana, często dając dowody swego psiego uwielbienia, marginalizując swoją osobę i dając czasem do zrozumienia czytelnikowi, że owa parka chyba nie do końca jest heteroseksualna. Dalej idąc, o czym wielu tu wspominało, przechodzimy do zagadnień muzycznych. Możliwe, że to najlepiej przelane na papier prozatorskie ujęcie klasycznej muzyki, ale ludzie niezbyt w temacie obeznani, a już tym bardziej kompletni amatorzy, odbiją się od tych fragmentów jak od ściany. Po dwóch próbach po prostu przelatywałem wzrokiem te epistoły i wcale się tego nie wstydzę. Podsumowując: narracja w "Doktorze Faustusie" pomoże każdemu cierpiącemu na bezsenność, ale może też wywołać nieludzką irytację i chęć zrobienia najgłupszej nawet rzeczy, byle odpocząć od tej cegły. A pierwszych trzysta stron da czytelnikowi tyle uciechy i wykwintnej rozrywki, co pół kilo pasztetowej. Jednak, jak wyżej napomknąłem, w drugiej połowie zdarzają się interesujące przebłyski, zwłaszcza pod koniec. Całości to nie ratuje, ale zawsze to jakiś plus.

Trzeba by omówić kwestię głównego bohatera. Adrian, owa metafora niemieckiego narodu, jest tak stereotypowo teutoński, że to aż śmiech wywołuje. Zresztą, jest tu bardzo dużo o niemieckiej supremacji, odcięcia się od barbarzyńskiego wschodu i pozbawionego ducha zachodu.Fanatycznego nacjonalizmu nie ukrywa też protagonista. Do każdego odnosi się z dystansem przemieniającym się czasem w pogardę (obrywa się też Polakom i Żydom), wiecznie niezrozumiany i skłócony z innymi powtarza te same błędy w pogoni za stworzeniem czegoś wielkiego. Żyjąc w skromnie urządzonym pokoiku cierpliwie cyzeluje swoje dzieła, co właściwie można potraktować jako odlewanie dział. Jakoś tak wychodzi, że jak Niemcy chcą zrobić coś wielkiego, to kogoś atakują. Siła nawyku. Nie popisuje się również w rozmowie z Szatanem (jedyny jaśniejszy punkt tej książki): Mefisto powala elokwencją, piękną i pełną mocy spójnością, trafną argumentacją. A Niemiec? Po szczeniacku coś czasem odburknie, albo butą próbuje przykryć własne dyletanctwo. Już chyba lepiej by było napisać ten fragment jako monolog, bo wypowiedzi Leverkühna są jak psia kupa w parkowej alejce.

Nie wiem skąd ochy i achy nad tą książką. Ta teutońska cegła nie prezentuje sobą niczego sensownego i odkrywczego. Lubię trudne książki, naprawdę. Ale ten trud musi mi dać coś w zamian, poszerzyć wiedzę, albo dostarczyć estetycznych wrażeń. Mordowanie się przez półtora miesiąca nad książką tylko po to, żeby ją odhaczyć na swej liście i móc się tym chwalić, to masochizm. Próbowałem ją czytać wszędzie: w przerwie między atrakcjami na Grunwaldzie, mocząc giry w Bugu, czy siedząc na ulubionej ławce w rodzinnym Garwolinie - niezależnie od okoliczności przyrody, to coś jest praktycznie niestrawne. Mann próbuje zmiękczyć swoją książkę wątkami pobocznymi, wołającymi o pomstę do piekła francuskimi wstawkami i masą udziwnień, ale to nie działa. "Doktor Faustus" ma ambicje być czymś więcej, niźli tylko rejonową lekturą, ale to się nie udaje. I jeśli tak porównywać, to francuska literatura klasyczna jest smyczkiem wiolonczeli, angielska laską dżentelmena, ale germańska jest tylko podkutym trepem żołdaka.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dzieci z Bullerbyn

Próbowałem to czytać dwa razy. Nie udało się. W szkole udawałem, że przeczytałem kiedy nauczycielka pytała. No nie mogłem przebrnąć za połowę. Stras...

zgłoś błąd zgłoś błąd