Dołącz do nas! To proste.
» Własna biblioteczka
» System rekomendacji
» Zobacz, co czytają znajomi
» 100 tys. zarejestrowanych użytkowników
» 139 tys. książek
» Ponad 229 tys. recenzji
Stwórz własną internetową biblioteczkę,
pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!

Mariola, moje krople...

Autor:

więcej informacji
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: styczeń 2011
ISBN: 978-83-247-2281-5
liczba stron: 288
słowa kluczowe: prl, teatr
język: polski
typ: papier
5.34 (190 ocen i 68 opinii)
 
Kup książkę
Cena od 27,00 zł
Kup ebooka
Legimi
Cena: 29,61 zł

„Mariola, moje krople...!” – wykrzykuje raz po raz do swej sekretarki niejaki Zbytek, dyrektor prowincjonalnego teatru gdzieś na Dolnym Śląsku, który marzy o spokojnej emeryturze, gdy tymczasem nagle... „Mariola, moje krople...!” – wykrzykuje raz po raz do swej sekretarki niejaki Zbytek, dyrektor prowincjonalnego teatru gdzieś na Dolnym Śląsku, który marzy o spokojnej emeryturze, gdy tymczasem nagle wszystko wymyka mu się z rąk...
Jest listopad 1981. W teatrze Zbytka jak w całej Polsce: działa i „Solidarność” i stary związek zawodowy. Bufetowa na zapleczu pędzi bimber, a zespół ma mieć mięso ze świni, hodowanej za sceną. Krawiec wspomina wciąż powstanie warszawskie, a pewna aktorka spóźnia się na próby, bo stoi w kilometrowych kolejkach po... cokolwiek.
Podstarzała amantka, oczywiście żona dyrektora, gra Julię i pała uczuciem do młodego reżysera z Warszawy, który odbywa właśnie próby do „Horsztyńskiego”. Zostają jednak przerwane, bo 12 grudnia w teatrze ma gościć delegacja radziecka i sztuka się nie nadaje. Martel, pierwszy sekretarz komitetu powiatowego PZPR wymyśla, że dla radzieckich gości wystawi się „Streap-tease”, nie mając pojęcia, że w poważnej sztuce Mrożka nikt się nie rozbiera. Równolegle aktorzy mają przygotować „Pastorałkę” – obsesję miejscowego proboszcza - w koszmarnej, uwspółcześnionej wersji dramaturga-amatora.
Jakby tego było mało, w teatrze pojawia się Magda, córka bufetowej, działaczka NZS, by ukryć u matki powielacz i sprzedawać ksiązki z drugiego obiegu. Wszystko wskazuje, że powielacz, opakowany w karton po koniaku, został omyłkowo wysłany do komitetu PZPR zamiast łapówki w postaci kilku butelek bimbru, doprawionego „kukułkami” i udającego prawdziwego „Napoleona”...
Powieść Gutowskiej-Adamczyk, niemal nie wychodząca z teatru, jest zwariowaną komedią omyłek, opartą głównie na lekkich i zabawnych, a nawet błyskotliwych dialogach oraz idiotycznych sytuacjach, w jakie wplątują się celnie, choć grubą kreską (prawo gatunku!) scharakteryzowani bohaterowie. Jest w niej coś z ducha „Kabareciku Olgi Lipińskiej” wymieszanego z „Rozmowami kontrolowanymi” Chęcińskiego i filmami Barei.
pokaż więcej.


źródło opisu: opis od wydawcy

źródło okładki: okładka od wydawcy



Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Moja ocena:
loading
Opinie znajomych
Sprawdź czy twoi znajomi napisali opinie lub dodali książkę do biblioteczki. Zaloguj się
Dyskusje o książce
 (6)

Opinie czytelników
Przeczytana: 27 stycznia, 2011

Na wszelkiej maści blogach i portalach od jakiegoś czasu systematycznie pojawiają się książki pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Jako człowiek ciekawski miałem ochotę zapoznać się z którąś z nich jednak – jak się pewnie domyślacie – nie uśmiechała mi się perspektywa czytania „Cukierni pod Amorem”. Najnowsza powieść „Mariola, moje krople…” rozwiązała jednak ten problem.

Akcja powieści toczy się w jakimś niewielkim miasteczku, leżącym gdzieś w województwie dolnośląskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt że jest listopad 1981 roku. W całym kraju szerzą się strajki, solidarność zaczyna wychodzić z ukrycia i mniej lub bardziej otwarcie krytykować ówczesną władzę. Tak niespokojne czasy nie robią jednak wrażenia na ekipie miejscowego teatru, która jakby oderwana od rzeczywistości, mierzy się z codziennymi problemami takimi jak: bimber, nielegalne powielacze, świnka Małgosia w piwnicy czy nawiedzający ich nieustannie pierwszy sekretarz Martel.

„Mariola, moje krople…” w całości dzieje się w budynku teatru i książka napisana jest jakby na wzór sztuki w nim wystawianej. W tekście dominują dialogi. Opisy są skąpe i ograniczają się w większości do opisywania reakcji i zachowań danych osób. Powoduje to, że książkę powinno czytać się szybko i sprawnie i tak też w rzeczywistości jest. Przynajmniej na początku.

Pierwsze kilkadziesiąt stron to majstersztyk! Mnóstwo pomysłów, komiczne puenty i ciekawi bohaterowie, budują kunsztowny i dowcipny obraz, rodem z najlepszych PRLowskich komedii. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tym momencie książka się skończyła. Niestety historia ciągnie się dalej – dosłownie. Gdzieś od połowy „Mariola, moje krople…” zaczyna nużyć. Co prawda sama końcówka powieści próbuje trochę podgonić tempo, ale na niewiele się to zdaje.

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że książce brakuje po prostu fabuły. Niby jest motyw z przedstawieniem dla radzieckiej delegacji, ale nie scala on książki ani nie angażuje specjalnie czytelnika. „Mariola, moje krople…” przypominała mi zapis skeczy, spisanych przez jakiś kabaret. Pomysł z teatrem jest fajny i dobrze zrealizowany, jednak 300 stronnicowa powieść powinna mieć solidne rozwinięcie i zakończenie. Książka zaczyna się fajnie i niestety tym „fajnym” tempem toczy się równo aż do samego końca, gdzieś w połowie wywołując przesyt.

Czas podsumować jak wypadło moje pierwsze spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską – Adamczyk. „Mariola, moje krople…” to po prostu dobra książka. Nie żałuję absolutnie, że ją przeczytałem, jednak polecam z umiarkowanym optymizmem. Zaskoczyła mnie fenomenalnym poczuciem humoru, świetnymi postaciami i zdolnością uchwycenia specyficznego klimatu, jaki panował w naszym kraju w tych trudnych latach. Zawiodła zaś głównie fabułą, a raczej jej brakiem, oraz jednostajnością która z czasem wręcz męczy. Mogła być perełka, a jest mocny średniak.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam, 2011
Przeczytana: 19 stycznia, 2011

Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk rozpoczyna data 17 listopada 1981 roku, a kończy data 13 grudnia 1981 roku. Podczas tego miesiąca bohaterowie powieści będą zmagali się ze swoimi problemami w okresie PRL-u, będą przygotowywali przedstawienie teatralne dla towarzyszy radzieckich, będą na swój sposób pędzili bimber, drukowali nielegalne ulotki propagandowe, a przez przypadek doprowadzą do wybuchu stanu wojennego. Jak? Tego dowiecie się, jeśli sami przeczytacie tę fascynującą lekturę!

Z tytułową Mariolą spotykamy się już na początku, bo 17 listopada i towarzyszymy jej nieodłącznie do 13 grudnia, bo w tym dniu po raz ostatni zostaje ona tytułowo zawołana „Mariola, moje krople!”.
Ale tytuł zrozumiałam już na stronie 29, kiedy dyrektor Teatru Miejskiego po raz pierwszy wypowiedział te słowa. Mowa tu oczywiście o kropelkach na obniżenie ciśnienia.

Bardzo ciekawym zabiegiem jest zastosowanie nazwisk głównych bohaterów, jako czynnika określającego te postacie. Mamy na przykład: Mariolę Snopkowską, Jarosława Biegalskiego, Jana Zbytka, Amelię Podpuszkę, Zenona Chmurnego, Pawła Figurskiego, Marzenę Latałło, Andrzeja Bąka, Ligię Parol, Szymona Mizeraka i innych.
Powieść przybiera formę dziennika, który przedstawia czytelnikowi narrator wszechwiedzący. Język, którym pisze autorka, jest lekki, łatwo trafia do odbiorcy.

” – Za dużo się amerykańskich filmów naoglądaliście, towarzyszu. A u nas co jest? – zapytał stojącego najbliżej szeregowego.
- Prawo i porządek? – zaryzykował szeregowy.
- Ot, głupi jak zawsze! Polska jest u nas! I żadnego adwokata nie będzie!”

Scena, gdzie świnia zostaje członkiem teatru jest totalnie absurdalna. Ale przecież w czasach PRL-u wszystko było możliwe!
Mimo tego, że powieść jest zdecydowanie nakreślona humorystycznie, czytelnik zdaje sobie sprawę z groteskowości wydarzeń i okresu przedstawionego przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk.

” – Ale ludzie mówią, że w sklepach nic nie ma?
- Ludzie zawsze szukają dziury w całym. Jakby nic nie było, po co by stali w kolejkach?!”

Książkę polecam wszystkim tym, którzy czasy PRL-u przeżyli na własnej skórze, ale również tym, którzy poszukują lekkiej, humorystycznej, świetnie napisanej lektury :)



[ Zapraszam na mojego bloga: http://miqaisonfire.wordpress.com ]


Przeczytana: 17 stycznia, 2011

Otwierasz książkę, zaczynasz czytać i ....
po chwili uświadamiasz sobie, że cofnąłeś się w czasie o 30 lat.
Znajdujesz się w teatrze, w którym nic się nie ukryje, ale ciężko coś znaleźć.

To właśnie stało się ze mną kiedy zaczęłam czytać książkę "Mariola, moje krople". Dosłownie cofnęłam się w czasie, a ponieważ akcja toczy się na początku lat 80-tych, kiedy to jeszcze mnie na świecie nie było, książka wzbudziła jeszcze większe moje zainteresowanie.

Pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest jednym z tych autorów którzy piszą w tak wspaniały sposób, że całkowicie zatracamy się w lekturze.
Bohaterowie tej powieści to zdecydowanie postaci z charakterem, ba i to nie byle jakim - niesamowity dyrektor Zbytek, przystojny i nie do zdarcia reżyser Biegalski, zdeterminowana sekretarka Mariola i oczywiście nader upierdliwy Towarzysz Martel. Lecz oni to tylko część bohaterów tej wesołej powieści, nie sposób wymienić tu wszystkich, ale muszę zaznaczyć, że każdy wyróżnia się na swój ciekawy sposób.

Powieść "Mariola, moje krople" jest wspaniała, pełna humoru, akcji i oczywiście absurdu PRL'u, nie potrafiłabym wymienić ani jednej rzeczy która mi się nie spodobała (nawet jak by mnie przypalali żywym ogniem).

Jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że ta książka jest napisana przez polską autorkę, bo jak to mówią "cudze chwalicie, swego nie znacie".
Tak też niestety jest, ja sama czytam mało książek polskich, ale zamierzam to zmienić, a książka "Mariola, moje krople" utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu.

Mistrzostwo!


Na półkach: Przeczytane, Posiadam

Szanowni Państwo!

Teatr Miejski ma zaszczyt zaprosić Państwa na premierę spektaklu pt. „Mariola moje krople…”

Autor: Małgorzata Gutowska Adamczyk

Reżyseria: Jarosław Biegalski - pozyskana świeża krew marząca o wielkiej sławie. Załamany lenistwem aktorów. Szczerze wierzy w szybsze przygotowanie się krów do premiery niż swoich aktorów
Scenografia : Robert - Odpowiedzialny za projekty dekoracji, w wolnych chwilach malarz (nie, nie pokojowy), maluje obrazy (bohomazy?)
Kostiumy: Czesio Kąca –siedemdziesięcioletni pulchny staruszek, niegdyś żołnierz Września, członek AK, obecnie krawiec prujący kostiumy. Potrafi też całkiem nieźle wbijać igłę w nogę.
Muzyka: Najlepsze będą lata 80te…Ot np. pojawiający się na scenie „Bananowy song”
Światło: niezbędne dla amatorów nocnych (i mocnych) wrażeń.

Obsada:

Jan Zbytek: Dyrektor Teatru Miejskiego, Oddany pracy. Najciężej, bo aż w pocie czoła pracuje z sekretarką Mariolą Snopkowicz. Marzy mu się order chlebowy, czerwony maluch i syn.
Amelia Podpuszczka – Zbytek: Niegdyś aktorka i pierwsza żona dyrektora Jana Zbytka obecnie bufetowa, obdarzona wielkim talentem kulinarnym. Potrafi ugotować obiad z tego co akurat jest w sklepach – czyli z niczego.
Janina Bąk – Zbytek: Inspicjentka, druga żona dyrektora Jana Zbytka. Najlepsze lata ma już za sobą, ciężko jej z tym żyć.
Paulina Ciborska – Zbytek: Aktualna, trzecia (ale czy ostatnia?) żona dyrektora Jana Zbytka. Jej rubensowskie krągłości co rusz domagają się poświęcenia im uwagi i względów. Korzysta z nadarzających się okazji i poluje na swych amantów pragnąc przestudiować z nimi kolejne sceny i akty w sztuce (niekoniecznie walki).
Mariola Snopkiewicz: Ta od kropli, kawy i koniaku. Ambitna. Zacieśnia bliskie stosunki z dyrektorem, pokłada duże nadzieje w jego chorobie wieńcowej. Uczynna. W wolnych chwilach służy jako termofor ogrzewający zziębnięte dłonie Zbytka.
Paweł Figurski: Aktor, amator bimbru i gry w karty
Danuta Figurska: Aktorka. Jej rola najczęściej ogranicza się do stania w kilometrowych kolejkach i targania siatek z zakupami.
Andrzej Bąk, Marzena Latałła: Aktorzy
Szymon Mizerak: Szef teatralnej Solidarności
Ligia Parol: Suflerka na etat, w wolnych chwilach wróżka.
Zenon Chmurny: Palacz Centralny. Wiecznie podchmielony, nigdy nieogolony.

Gościnnie:

Magda Podpuszczka: Córka Amelii, studentka historii. Przyjechała z wizytą do matki. Przywiozła z sobą skrzynię z (i to skomplikowane bo każdy widzi w niej to, co chce widzieć) bibułami/ książkami/obrazami/ francuskim koniakiem/… w środku. Owa skrzynia a raczej jej zawartość jest powodem wielu zabawnych ale i mrożących krew w żyłach (zwłaszcza dyrektora) sytuacji.
Jean –Pierre: Chłopak powyższej, Francuz polskiego pochodzenia „Czi to znowu bendom pieciarki” „Na strofie” i takie tam…
Ludwik Martel: Pierwszy sekretarz komitetu miejskiego PZPR . Towarzysz wszystkich a szczególnie Jana Zbytka. Donoszący spodnie po Hitlerze.
Pani Wacia: Specjalistka ds. handlu obnośnego, wyspecjalizowana w cielęcinie.
Pałęta vel Kowalski: Hydraulik. A może Entomolog? A może kominiarz, tudzież kuzyn Biegalskiego? A może… Kto go tam wie :)
Ksiądz Różański: Proboszcz (zapewne parafii) zawracający gitarę swą Pastorałką
Małgosia: (s)Prośna świnia, cudem ocalona przed rzezią.

Ponoć życie to nie teatr. W przypadku „Marioli…” jest inaczej. Tutaj aktorzy żyją (niektórzy piją), kombinują i do ról się przygotowują. I grają - nie tylko swoje role. To tutaj uszczelnia się okna watą higieniczną, zaparza trzecią herbatę z jednej torebki a w chwilach zagrożenia daje nura pod łóżko i do szafy. Jedni wystają całe dnie w kolejkach, w których można dostać co najwyżej psa razem z budą rąbanego, inni w zakamarkach teatru oddają się pasji picia koniaku (ściślej bimbru kukułkami zaprawionym).
Warto wspomnieć czasy fusiastej kawy w szklankach, deficytu papieru toaletowego i kartek na mięso. Zapraszam do Teatru. Ot tak dla przypomnienia czasów „jak to było, gdy w sklepach nic nie było” Aż chce się napisać „ale kino”…

Premiera: 26 styczeń 2011
Czas trwania: w zależności od wciągnięcia ale przypuszczalnie spektakl będzie za krótki i za szybko się skończy…
Liczba przerw: nie przewidziano…
Bilety: dostępne w księgarniach :)

Na spektakl zaprasza autorka, dyrektor Jan Zbytek, aktorzy oraz ja (choć ja tu tylko sprzątam…) :)


Przeczytana: 26 stycznia, 2011

"Mariola, moje krople" jest teraz wszędzie. Właściwie na każdym średnio aktywnym blogu Mariola jest obecna. Co więcej, każdemu, no może prawie każdemu się podobało. Nie przesadzę jeżeli powiem, że znaczna większość piała z zachwytu. Mam więc problem bo ja nie piałam. Powiem więcej - mi się po prostu nie podobało i już. Przeczytałam do końca tylko dlatego, że po pierwsze zobowiązałam się napisać recenzję, a po drugie cały czas miałam nadzieję, że coś się jednak wydarzy. Niestety.
Akcja w całości dzieje się w teatrze. Fabułę właściwie trudno opisać. W małym miasteczku pracownicy teatru, żyją z dnia na dzień próbując łączyć koniec z końcem. Głównymi problemami jest świnka Małgosia, bimber, kolejki za wszystkim i za niczym, nielegalne powielacze. Teatr nawiedzany jest a to przez pierwszego sekretarza Martela, a to przez opozycjonistkę Magdę... Nad wszystkim próbuje zapanować dyrektor Zbytek, który od początku budził moją antypatię. Próbuje on zadowolić wszystkich dookoła bez względu na poglądy. Wiadomo, że to nie jest możliwe, więc jego postępowanie doprowadza do serii omyłek i sytuacji co najmniej dwuznacznych. Wiem, że to co napisałam trudno uznać za fabułę, ale ta książka właśnie taka jest... właściwie bez fabuły.
Czytając pierwsze strony ciągle mówiłam sobie, że to dopiero początek i zaraz jakoś się to rozwinie. Niestety - nie. Od połowy książki po prostu się nudziłam. Kiedy skończyłam miałam wrażenie, że ktoś obejrzał opolską noc kabaretową z lat osiemdziesiątych, a następnie najlepsze skecze próbował połączyć tylko po to, aby móc wydać to pod jednym tytułem i w jednej obwolucie. Anegdota o rajstopach kupionych bez względu na to czy pasują, bezmyślne poszukiwanie powielacza, to wszystko zdaje się być śmieszne. Jednak jak czyta się ciągle o tych poszukiwaniach, to w końcu czytelnik zaczyna zgrzytać zębami. I tak anegdota po anegdocie, ale kiedy w końcu zacznie się coś dziać? A tu nic. Czułam się tak jakbym wsiadła na dobry motor z nadzieją na szybką jazdę a tu jedyne co się udaje to w miejscu "palić gumę" . Wiele recenzentów pisze że "wszystko dzieję się błyskawicznie". Owszem, ale ta akcja zanim się dobrze zacznie to już się kończy i pozostaje marazm i poczucie całkowitego nieładu.
Nasunęła mi się jeszcze jedna myśl. Dla mnie mistrzynią pisania powieści jednego miejsca i kilku aktorów jest pani Joanna Chmielewska. Kto zna książkę "Wszyscy jesteśmy podejrzani" ten wie o czym mówię. "Mariola, moje krople" przypomina mi właśnie taką literaturę tyle że w dużo słabszej wersji.
Podsumowując - książka za lekka, za łatwa i za przyjemna. Jak na mój gust oczywiście.


Na półkach: Przeczytane, Wymienię, Mam
Przeczytana: 12 stycznia, 2011

Autorka powieści „Mariola, moje krople...” zabiera nas w czasy osławionego i obecnie często występującego w żartach PRL-u. Ja jako mała dziewczynka nie mogę pamiętać stania w kolejkach, jedzenia na kartki czy ciągle pustych półek. W obecnych czasach jest to dla mnie wręcz niewyobrażalne, a jednak przecież kiedyś tak było. I to wcale nie tak dawno. Dla pamiętających ten okres w naszej historii niezbyt dobrze, to świetna okazja by się trochę pośmiać z jego absurdów.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk jak na historyka teatru, scenarzystkę filmową oraz absolwentkę Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej przystało stworzyła świetną historię, którą po lekkim przycięciu, można wystawiać właśnie na teatralnej scenie. Widać to przede wszystkim w krótkich rozdziałach, które przypominają mi zmieniające się sceny w przedstawieniu. Autorka pokazuje nam absurdy i zabawne sytuacje, jakich pełen był okres Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pod koniec 1981 roku.

Bohaterami powieści są pracownicy teatru z małego miasteczka niedaleko Wrocławia. Ich życie toczy się normalnie, mimo sytuacji w państwie jakoś próbują sobie radzić. Każdego dnia stoją w kolejkach, załatwiają lewe interesy w celu pozyskania świeżego mięsa, niedostępnego w sklepach, pędzą bimber a nawet hodują w piwnicach teatru maciorę. Przy okazji i jedynie w wolnych chwilach, próbują wystawić sztukę, na którą mają przyjść Rosjanie i największe szychy z partii. Dyrektor Zbytek próbuje radzić sobie z żoną, która dla kariery potrafi oddać się w każde męskie ramiona. W tym samym czasie marzy też o synu z sekretarką Mariolą, której w głowie jedynie dyrektorski fotel i sława. Reżyserowi nikt nie ułatwia pracy, nie stawiając się na kolejnych próbach. Pracownicy umilają sobie czas na pogawędkach w bufecie Amelii, która próbuje wykombinować produkty na kolejny posiłek. za to jedna z aktorek wciąż stoi w kilometrowych kolejkach po cokolwiek. Jedynie towarzysz Martel nie jest przez nikogo mile widziany, a jednak wciąż z uporem przychodzi każdego dnia i sprowadza na teatr nieszczęścia. W tym samym czasie, gdy dyrektor przyjmuje go w swoim gabinecie, członkowie Solidarności drukują nielegalne ulotki w celu obalenia obecnego ustroju. Nie można więc się dziwić, że w całym zamieszaniu nagle interesują się nimi służby socjalistyczne, a nawet nieświadomie mają wpływ na wprowadzenie stanu wojennego...

Postacie stworzone przez panią Gutowską – Adamczyk są niewiarygodnie barwne i ciekawe. To głównie dzięki ich niepowtarzalnych charakterom i zachowaniom książka tak bardzo mi się podobała. Każdy w teatrze ma swoje zadania, ale jak przyjdzie co do czego, to nawet palacz Zenon i krawiec Czesio muszą wystąpić na scenie. Nie ważne, że dla większości liczy się to, czy został jeszcze bimber w butelce lub gdzie w tym momencie jest powielacz. Każdy musi jakoś starać się ratować teatr przed rosyjskim zainteresowaniem.

Najważniejszy w powieści jest jednak humor, przezabawne dialogi i absurdalne scenki. Już dawno tak się nie ubawiłam. Właściwie w każdym kolejnym zdaniu czy rozdzialiku można zaśmiewać się do łez. Podejrzewam, że Ci którzy żyli za czasów PRL-u właśnie tak chcieliby go widzieć. Jako zabawne, trochę przekorne i nierzeczywiste przedstawienie, którego są widzami, ale jednocześnie w nim nie uczestniczą. Pani Małgorzata napisała świetną książkę, językiem rodem z komedii Stanisława Barei. Nie będę tu przytaczać przykładowych cytatów, bo ciężko byłoby mi wybrać najlepsze.

Myślę, że to ten rodzaj książek, który spodoba się każdemu. Polecam!

6/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Świat Książki.


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 24 stycznia, 2011

„Mariola, moje krople…” najnowsza powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, autorki bestsellerowej „Cukierni pod Amorem” przenosi czytelnika w okres PRL-u, czasy których wielu z nas z racji młodego wieku nie pamięta, ci, dla których tak jak i dla mnie był to okres dzieciństwa i wczesnej młodości wspominają z nostalgią, a pokolenie moich rodziców czasami chciałoby zapomnieć raz na zawsze…

„-Mariola, moje krople…” - to chyba najczęściej powtarzana kwestia w budynku Teatru Miejskiego w podwrocławskim miasteczku. Wypowiada je Jan Zbytek, dyrektor tegoż teatru, a adresatką tej inwokacji jest Mariola Snopkiewicz - sekretarka, prawa ręka i najbardziej prawdopodobna kandydatka na czwartą panią Zbytkową. Owe krople to produkowana przez miejscowego proboszcza ziołowa mikstura na dyrektorskie problemy z sercem oraz nerwami.
A sytuacja jest taka, że nawet najzdrowszy młodzian by jej nie wytrzymał, a cóż dopiero mówić o człowieku w średnim wieku z chorobą wieńcową.
Jest 17 listopada 1981 roku, PZPR jest przewodnią siłą narodu, oficjalnie działa „Solidarność”, w sklepach straszą puste półki, prawie wszystko jest na kartki lub talony, a towary niereglamentowane trzeba wystać w kilkugodzinnych kolejkach.
W Teatrze Miejskim grany jest „Romeo i Julia”, przedstawienie idzie kompletami, a przybyły z Warszawy młody reżyser Jarosław Biegalski przygotowuje premierę „Horsztyńskiego” Juliusza Słowackiego. Premiera zaplanowana jest na 12 grudnia 1981 roku. Przedstawieniem żywo zainteresowany jest towarzysz Ludwik Martel, miejscowy sekretarz partii, gdyż na ten właśnie dzień przypada zakończenie wspólnych manewrów polsko-rosyjskich „Sojuz’81” i trzeba uczcić wizytę radzieckich towarzyszy kulturalną rozrywką.
Personel teatru to galeria ciekawych i oryginalnych typów: Paulina Ciborowska – Zbytek aktualna trzecia żona dyrektora i główna amantka, Szymon Mizerak – gwiazda zespołu, odtwarzający główne role męskie, Marzena Latałła i Andrzej Bąk najmłodsi w zespole, grający przysłowiowe ogony i mający nadzieję na karierę we Wrocławiu lub Poznaniu, a może nawet w samej Warszawie, aktorskie małżeństwo Danka i Paweł Figurscy – ona zawsze wie co gdzie można kupić, on najczęściej zajęty jest grą w karty z palaczem Zenkiem Chmurnym, Janina Bąk-Zbytek była druga żona dyrektora, która jest inspicjentką, pan Czesio Kąca, niegdysiejszy żołnierz AK i powstaniec warszawski a aktualnie krawiec teatralny, Ligia Parol suflerka, radiestetka i wróżka oraz Amelia Podpuszczka pierwsza żona dyrektora, świetna kucharka i teatralna bufetowa.
Wydaje się, że planowane przedstawienie ma dla aktorów i personelu wartość drugorzędną a najważniejszymi problemami jest produkcja i zbyt bimbru, który po doprawieniu kukułkami (popularne cukierki) uchodzi za koniak, wystawanie w kolejkach po atrakcyjne towary i ich rozprowadzanie w „drugim obiegu” czy wreszcie hodowla w teatralnym magazynie świnki, nazwanej wdzięcznym imieniem Małgosia. A dzień premiery zbliża się nieubłaganie…

Dawno już się tak świetnie nie bawiłam przy lekturze. Akcja toczy się płynnie, mnożą się pomyłki i nieporozumienia, które prowadzą do kolejnych humorystycznych zawirowań w życiu bohaterów. Autorka traktuje całą historię z przymrużeniem oka, postacie są świetnie zarysowane, potraktowane z dystansem, nie ma zdecydowanych czarnych charakterów, nawet miejscowy szef komórki partyjnej tak naprawdę nie jest groźny, tylko zwyczajnie śmieszny. Zresztą trzeba przyznać autorce, że malując grubą kreską rozmaite absurdy PRL-u nie przeszarżowała, nie stworzyła farsy lecz wykreowała postacie i sytuacje jak z filmów Barei – śmieszne, ale po bliższym poznaniu bardzo prawdziwe.
Serdecznie wszystkim polecam - i tym, którzy pamiętają czasy PRL-u, jak również i młodszemu pokoleniu, które tamte czasy zna z opowieści rodziców – książka gwarantuje kilka godzin świetnej zabawy.


Przeczytana: 26 stycznia, 2011

Towarzysze i Towarzyszki! Zapraszam do teatru! Może nawet przy odrobinie szczęścia uda się Wam zobaczyć jakąś sztukę. Jednak pewniejsze jest, że zostaniecie uraczeni pysznym bigosem i herbatką z prądem w bufecie Pani Amelii, niż "ukulturalnicie" się trochę.

Akcja powieści koncentruje się na teatrze w małej mieścinie, gdzie dzieje się dużo ciekawych rzeczy, jednak mających mało wspólnego ze sztuką przez duże "S". Aktorzy mają na głowie tyle spraw, że brakuje im już czasu na próby, nawet autorytet reżysera Biegalskiego nie jest w stanie na nich podziałać. Priorytet stanowią inne sprawy, kolejki w sklepach, pędzenie bimbru w piwnicach teatru, hodowla ciężarnej maciory o imieniu Małgosia na zapleczu teatru, a nawet antypartyjna działalność konspiracyjna. A nad tym całym rozgardiaszem czuwa dyrektor Jan Zbytek, którego pracownicy niemalże codziennie przyprawiają swoimi pomysłami o palpitacje serca. Na szczęście tuż obok czuwa sekretarka Mariola dzierżąc w ręce ratujące życie krople.

"Mariola..." to książka napisana lekkim językiem i pełna poczucia humoru, która przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi. Akcja jest dynamiczna, co rusz wybucha nowa afera, czytelnik nie ma szans, ani czasu się nudzić. Jednak brakowało mi tego czegoś...tego magnetyzmu, który przyciąga i każe czytać, czytać, nie przestawać. Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej wyczekiwałam końca, ale nie dlatego, że zżerała mnie ciekawość jak się zakończy cała ta historia, ale dlatego, że byłam coraz bardziej zmęczona tym całym teatrem. Gdy odkładałam przeczytaną książkę na półkę towarzyszyła mi ulga, a to raczej nie najlepsze uczucie po skończonej lekturze.


Przeczytana: 30 czerwca, 2011

Umieścić akcję książki w realiach PRL-u, dodać do tego wyjątkowo wyraziste postacie, dużą dawkę humoru sytuacyjnego i pokrętnych dialogów to według mnie przepis na udaną książkę. A z pewnością u mnie znajdzie ona uznanie.

To jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Marioli Gutowskiej-Adamczyk i z pewnością nie ostatnie. Książką czekała na półce cierpliwie, aż ja w końcu zdecyduję, że już nadszedł czas. Była to jedna z tych pozycji, którą wchłonęłam w dwa popołudnia i teraz żałuję, że tak szybko się skończyła....

O, ile bym dała, żeby na powrót przenieść się do małego miasteczka w PRL-u stać w kolejkach, kupować pończochy od koleżanek z pracy, pędzić nielegalny bimber i hodować świnie w teatrze.
Co ja bym dała, żeby spotkać takiego Towarzysza Martela...wybitna jednostka.
Cóż za charakter.

Sytuacje w tej książce były tak śmieszne, że spadałam z krzesła, tak absurdalne, że aż niemożliwe. Ale z drugiej strony wszystko w tamtych czasach było takie absurdalne. Nawet "Śluby panieńskie" na dramat ideologiczny w duchu robotniczym przerobić. Tego się nie spodziewałam...

Z pewnością sięgnę po 'Mariolę..' nie raz,polecam wszystkim entuzjastom dawnego ustroju;-)


Przeczytana: 25 stycznia, 2011

No więc mamy PRL. Jak pojawia się już ten system to powinno być GIT. No ale właśnie nie jest, ani GIT, ani PRLowo. Jest nuda na kółkach. A tych kółek tyle, że odjeżdżamy z nudów po kilkunastu stronach.

No książka o czasach komuny. No dzieje się w okresie gdzie stan wojenny ogłaszają. No fajnie, śmiesznie to napisane. Tylko dlaczego tak nudno, że szlak człowieka trafia i olewa książkę po 50 stronach?

Pani Gutowska napisała książkę dla 20latków, którzy podczas jej czytania "poznają" PRL. Książkę, która nudzi i opowiada o niczym. Czytało się to jak kiepski serial do kiepskiego odcinka Świata wg. Kiepskich.


Przeczytana: 23 stycznia, 2011

PRL, 1981 rok. Miasteczko. Gdzieś niedaleko Wrocławia, bliższych danych brak. W miasteczku tym znajduje się Teatr Miejski, instytucja znana, szanowana i odwiedzana. Głównie dlatego, że na prowincji wielu rozrywek nie uświadczycie, więc należy dbać o to, co się ma ;).

W teatrze zaś panuje dyrektor Zbytek wraz ze swoją małżonką Pauliną. Do tego dochodzą dwie poprzednie małżonki oraz kandydatka na przyszłą - czwartą już - żonę, tytułowa Mariola. Poza tym mamy też świeży nabytek - aż ze stolicy! - czyli reżysera Biegalskiego, aktorów, krawca, bufetową i jej córkę - działaczkę opozycji, przedstawicieli Solidarności, pracowników typu: przynieś, zanieś, załatw, a nawet świnię! Jest też masa przedmiotów nieożywionych, na przykład: pędzony nielegalnie bimber, powielacze do druku ulotek opozycyjnych oraz krople nasercowe dyrektora Zbytka. A skład osobowy dodatkowy, często bywający w teatrze, to sekretarz komitetu miejskiego PZPR, ksiądz proboszcz, autor pastorałki, słynny działacz opozycjonista. Przelotem wpadają także inni goście, np. oficerowie Urzędu Bezpieczeństwa.

Tak, bardzo dobrze myślicie, przy takim nagromadzeniu różnorakich bohaterów w teatrze tym nie ma szans na chwilę spokoju! Wydarzenie goni wydarzenie, co chwilę pojawia sie coś nowego, co powoduje, że dyrektor Zbytek woła "Mariola, moje krople!". W ogóle mu się zresztą nie dziwię, bo jak tu nie prosić o krople, gdy nagle dowiaduje się, że 12 grudnia 1981 roku na przedstawieniu gościć będzie delegacja z Rosji, a proponowana przez niego sztuka, to jednak nie jest najlepszy wybór? Gdy nagle dostaje odgórnie propozycję sztuki do wystawienia? Gdy jednak ona nie podoba się sekretarzowi? Do tego dochodzą inspekcje UB, zawirowania z Solidarnością, opozycją, intrygi między personelem, kłopoty z wyposażeniem, żądania proboszcza a propos wystawienia pastorałki, problemy natury romantycznej i wiele innych.

Wszystko w książce dzieje się błyskawicznie, sytuacja zmienia się wręcz z minuty na minutę, prawie bez chwil wytchnienia. Całość to istna satyra na czasy PRL-u, pełna śmiesznych sytuacji, przywołujących (przynajmniej u czytelników starszych niż 25 lat) wiele wspomnień. Jakże mogłoby być inaczej, jeżeli czytamy o aktorkach, które zamiast być na próbie, stoją w kolejkach, kupują byle co, a potem zamieniają na bardziej potrzebne produkty? O handlu mięsem "na czarno". O tym, że papier toaletowy był tylko w gabinecie dyrektora, do użytku ważnych gości. O talonach, kartkach, książeczkach mieszkaniowych. Jednak w książce tej wszystko potraktowane jest z przymrużeniem oka, ma powodować śmiech.

Bohaterowie są niesamowicie barwni, jak rzadko. Troszkę karykaturalni, ale przedstawieni znakomicie. Język jest świetnie dobrany do czasu i realiów, w których toczy się akcja książki. Fabuła niezmiernie ciekawa! Autorka miała pomysł jak rzadko - żeby temu, co dzieje się na prowincji i w małym teatrze dalsze losy miał zawdzięczać cały kraj? Całość jest bardzo dopracowana, wszystko pasuje, nie ma żadnych zgrzytów.

"Mariola, moje krople..." to naprawdę dobra rozrywka, a do tego niegłupia. Satyra satyrą, a pod jej płaszczykiem kryje się też sporo refleksji dotyczącej minionych czasów. Tylko trzeba to wyłapać i przemyśleć.

Autorce chciałabym pogratulować kolejnej świetnej książki. Do tej pory czytałam tylko pierwszy tom "Cukierni pod Amorem" (tom drugi czeka na półce) - inna to bajka, ale również bardzo dobrze napisana. Jak tak dalej pójdzie, to zostanę wierną czytelniczką jej książek. A czytając "Mariola, moje krople..." miałam cały czas głosik w głowie szepczący cichutko: "Książka genialnie nadająca się na scenariusz sztuki teatralnej! Ewentualnie na film lub mini-serial telewizyjny!". Nie mogę się z tym głosikiem nie zgodzić - faktycznie, idealnie pasuje ona do zrobienia z niej ekranizacji lub sztuki. Jest napisana tak wyraziście, "pełnokrwiście", że aż się chce to obejrzeć na scenie.

Polecam wszystkim zainteresowanym godziwą rozrywką, napisaną w dobrej polszczyźnie, z dodatkiem bardzo różnorodnych i interesujących bohaterów, okraszoną odrobiną absurdu :).

"- Patrz, Marian, wszystko spod lady! Spekulatn jeden! - wydarła się Całka, resztę sugestii kierując do dyrektora: - Bilety mają być w kasie! Dla każdego!
- Ja jednak nie rozumiem - wszedł jej w słowo Biegalski. - Sukces w teatrze jest wtedy, gdy biletów w kasie brakuje.
- To są burżuazyjne brednie! W kasie ma być zawsze pełno biletów! i już my tego dopilnujemy!"

[Recenzję opublikowałam wcześniej na moim blogu - http://ksiazkowo.wordpress.com]


Przeczytana: 28 stycznia, 2011

Miejsce akcji:

Teatr Miejski, gdzieś na Dolnym Śląsku, w najbliższej okolicy znajdują się znane wszystkim Kociomęki (Nie znacie? To poznacie towarzysze! Trafia tam każdy, kto zdaniem systemu „zasłużył” na stanowisko komendanta straży pożarnej.)

Czas akcji:

Mityczny już rok 1981 (listopad – grudzień), czasy kartek na mięso, kolejek sklepowych i cytrusów nadciągających w okolicy świąt z Kuby.

Bohaterowie:

Dyrektor Zbytek – niestrudzony poszukiwacz powielaczy, wielbiciel leczniczych kropli księdza Różańskiego, mąż „wielokrotny”
Janina Bąk – inspicjentka, pierwsza żona dyrektora
Amelia Podpuszczka – druga żona dyrektora Zbytka, właścicielka bufetu, mistrzyni w sporządzaniu wysokoprocentowych „francuskich” trunków
Paulina – trzecia żona dyrektora Zbytka, dla talonu na „malucha” gotowa zrobić wszystko
Mariola Snopkiewicz – sekretarka z aspiracjami, prawa ręka dyrektora
Jarosław Biegalski – reżyser z Warszawy, przez niektórych zwany towarzyszem Biegaczem
Ludwik Martel tzn. towarzysz Ludwik Martel - wybitny znawca literatury, szczególnie Horsztyńskiego vel. Holsztyńskiego - czołowego twórcy z Czechosłowacji ;-)
Powielacze – sztuk 3, przedmioty bardzo ruchliwe, przemieszczające się z miejsca w miejsce, ku utrapieniu dyrektora Zbytka

I wielu, wielu innych……..

Książka Pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to wspaniała wycieczka w czasy absurdów PRL-u. Czytając ją od razu nasunęło mi się skojarzenie z takimi znakomitymi polskimi komediami jak: Rejs, Miś, Rozmowy kontrolowane.

Panuje przekonanie, że kto nie przeżył PRL-u ten nie jest w stanie zrozumieć jego absurdalności i groteskowości. Coś w tym jest, ale myślę, że dzięki lekturze tej książki dla wielu z nas te czasy staną się bardziej realne i zrozumiałe. Autorka fantastycznie oddaje klimat tamtych czasów.

„Mariola, moje krople” to właściwie gotowa sztuka teatralna. Wartka akcja, niesamowite zwroty akcji, barwne postaci, i do tego wszystkiego ogromna dawka humoru.

Akcja książki toczy się wokół dwóch spraw: przedstawienia dla radzieckiej delegacji (początkowo ma to być „Striptease” Mrożka, ale z braku golizny na scenie zostaje zastąpiony bardziej ideologicznymi „Ślubami panieńskimi) i poszukiwań powielaczy, które to się pojawiają, to znowu znikają. Można nawet powiedzieć, że cudownie rozmnażają. Raz jest jeden powielacz a już za chwilę spod łóżka reżysera Biegalskiego straszą trzy powielacze.

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie tej powieści. Postaci są barwne, z krwi i kości, często dla wzmocnienia efektu przejaskrawione, pokazane z dużą dawka humoru. Do moich zdecydowanych faworytów należy towarzysz Martel. :-)

Towarzysz Martel… o tak, gdyby głupota mogła latać to Ludwik Martel unosiłby się swobodnie pod sufitem. To jego dziecinne przeświadczenie, że spodnie, które dostał od garderobianego nosił sam Lenin! Ta jego znajomość literatury:
- „Odprawa posłów greckich”, dobrze, że nie radzieckich, ale właściwie dlaczego odprawa a nie przyjęcie? Czyżby autor sugerował, że coś u nas nie tak z internacjonalizmem?
- „Małżeństwo z kalendarza”, czy aby nie o kalendarzyku małżeńskim? Tym propagowanym przez Kościół?
- „Barbara Radziwiłłówna”, dość niezręcznie przypominać towarzyszom z ZSRR o dawnej świetności Litwy
- „Wielki człowiek do małych interesów”, propagowanie drobnej przedsiębiorczości? Źle!
- „Szewcy”, w dobie kartek na buty? Nie wypada!
- „Kartoteka”, hmmm, mamy odsłaniać opozycji metody naszego działania?!
- „Striptease” Mrożka, o tak trochę pikanterii i gołego ciała na scenie się przyda!!!

Majstersztyk w ukazaniu absurdalności tamtych czasów to dla mnie streszczenie „Ślubów panieńskich” dla radzieckiej delegacji:

„… Towarzyszki Klara i Aniela, robotnice rolne, są tak oddane partii, że postanawiają nigdy nie wychodzić za mąż. Pierwszy sekretarz z pobliskiego kołchozu – towarzysz Albin chciałby z Klarą powołać do życia nowych członków partii socjalistycznej. Towarzysz Gustaw zajęty inspekcjami w okolicznych domach kultury, nie ma czasu na małżeństwo, jednak posłuszny swojemu przełożonemu, towarzyszowi Radostowi, opowiada Anieli historię WKPb, czym budzi w niej gorące uczucie. Od tej pory towarzysze i towarzyszki mają już tylko jeden wspólny cel: dobro socjalistycznej ojczyzny…”

Bardzo bym chciała żeby ktoś się pokusił i wystawił „Mariola, moje krople…” na scenie teatru.
Znakomita lektura na długie zimowe wieczory!


Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam, 2011
Przeczytana: 22 stycznia, 2011

Co może kryć w tajemniczych czeluściach swojego wnętrza zwyczajny Teatr Miejski w małej mieścinie? Prawdopodobnie scenę, biura, aktorów, rekwizyty i kostiumy, scenariusze i mnóstwo innych zadrukowanych plików... Nic nadzwyczajnego. Ale jeśli dodamy, że mowa o czasach PRL-u i niezwykłej książce Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, będziemy musieli tą listę uzupełnić. Najlepiej o pijaną świnię, kilka skrzynek nielegalnego bimbru udającego firmowy koniak, nieokreśloną liczbę znikających powielaczy (do druku wywrotowych ulotek, które też dopisujemy do listy inwentarza teatru), nachalnego prezesa partii i hydraulika, który nie jest hydraulikiem, trzy żony dyrektora teatru i kandydatkę na kolejną jego połowicę, kilku działaczy opozycji, tajemniczego Francuza i, tak, tak, tytułowe krople, bez których dyrektor, a więc i Teatr Miejski nie mógłby funkcjonować.
Absurdalne? I o to właśnie chodzi!

Książka "Mariola, moje krople..." przenosi nas w niezwykły świat końca roku 1981, w objęcia absurdalnego socjalistycznego ustroju. To tutaj, w Miejskim Teatrze aktorki spóźniają się na próby, bo stoją w kolejkach za rajstopami, wszystko i wszystkich ukrywa się pod łóżkiem reżysera, bufetowa pędzi bimber pod nosem głównego sekretarza jedynej i słusznej partii, który z kolei przypadkiem spotyka się z przewodniczącym regionalnej opozycji. Jak kończy się ta mrożąca krew w żyłach konfrontacja? Pierwszy z panów zaprasza drugiego do siebie, by ten... naprawił mu toaletę!

I zapewniam, że to dopiero początek świetnej zabawy, którą zapewnia lektura tej książki. I chociaż akcja toczy się pomiędzy 17 listopada a 13 grudnia, trwając krócej niż miesiąc, perypetii, które mają w tym czasie miejsce starczyłoby na kilkanaście lat. Nic dziwnego, że dyrektor Jan Zbytek tak często wzywa swoją sekretarkę tytułowym "Mariola, moje krople...". Bez melisy ani rusz!

Książka zachwyca błyskotliwie humorystycznymi dialogami, absurdalnymi zbiegami okoliczności oraz niezwykłą dokładnością, z jaką oddaje klimat tamtej "epoki". To sprawia, że z pewnością przypadnie ona do gustu każdemu - pamiętającym czasy PRL przypomni tak dobrze znane absurdy, młodszych rozbawi i wprowadzi w świat rodziców i dziadków.

Pozostaje mi zachęcić do sięgnięcia po najnowszą powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i jednocześnie podziękować Autorce za jej dzieło - mistrzostwo w swojej klasie. Miejmy nadzieję, że niedługo trafi ono na deski teatrów, bo wydaje się być do tego stworzone!


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 10 lutego, 2011

Lubicie kawały z okresu PRL-u? Ja mówiąc szczerze, nie znam ich zbyt wiele. Większą popularnością zdecydowanie cieszą się żarty o Jasiu, blondynkach czy teściowej. A jednak, gdy człowiek poszuka natchnie się na kawały i o teatrze:

W 1968r., po słynnym wystawieniu "Dziadów", delegacja polska bawiła w Moskwie. Chruszczow zwraca się do Gomułki:
- Podobno u was w teatrze wystawiono antyradziecką sztukę?
- No, tak, "Dziady" - z pokorą potwierdza Gomułka.
- I coście zrobili?
- Zdjęliśmy sztukę.
- Dobrze. A co z reżyserem?
- Został zwolniony z pracy.
- Dobrze. A autor?
- Nie żyje.
- A toście chyba przesadzili...

Chyba nie muszę mówić, że od razu skojarzyło mi się z czytaną ostatnio powieścią jednej z najpopularniejszych współczesnych pisarek. Autorka "Cukierni pod Amorem" tym razem zabiera nas w podróż w czasy komuny.
Lądujemy bowiem u dyrektora prowincjonalnego teatru - Jana Zbytka, który od pierwszej strony jawi się jako osoba nie bardzo przejmująca się kodeksem pracy, czy innymi tego typu rzeczami. Za to dostarcza nam (i sobie) wiele uciechy w trakcie swoich długich rządów.
Jako drugi aktor pierwszoplanowy występuje również (a jakżeby inaczej!) sekretarz Martel - główny przedstawiciel jedynej partii PZPR. Mamy również wielce oryginalnych bohaterów drugoplanowych i epizodycznych, jak choćby tytułowa sekretarka Mariola, nie całkiem wierna dyrektorowa Paulina, reżyser Biegalski , aktywistka Magda, Szymon Mizerak, ambicjonalna Marzena, wierni kompani - Zenek i Czesio.

Bohaterzy są idealnym przykładem hasła "Polak potrafi", czy też "Chcieć, to móc!" - hodują w teatrze świnkę Małgosię, pędzą bimber, prowadzą działalność antykomunistyczną przed samym nosem towarzysza Martela, a ponadto prowadzą bardzo interesujące życie towarzyskie. Przemycają także powielacz do drukowania "drugiego obiegu".
Kiedy jednak do teatru przychodzą ubecy wszystko zaczyna się do tego stopnia mieszać, że nie wiadomo, kto stoi po słusznej i jedynej stronie...

Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła zdecydowanie barwną i pełną humoru powieść, którą czytało się bardzo szybko. Mimo to jednak pozostawiła pewien niedosyt. Nie umiałam się z żadną postacią utożsamić, czy nawet polubić. To beletrystyka, która natychmiast wylatuje z pamięci nie zostawiając po sobie żadnych wspomnień. Nie ma tych "dobrych" i tych "złych", jedni i drudzy marzą o talonie na czerwonego malucha, orderze chlebowym, czy dostania czegoś z towarów deficytowych. Pod koniec zaczęłam się męczyć, czytając o kolejnej niespodziewanej wizycie "czarnych mężczyzn z województwa", czy innych person podobnego typu. Przestały mnie śmieszyć kwestie wypowiadane przez Sekretarza czy Dyrektora. Z wyrazem ulgi dobrnęłam do ostatnich stron stwierdzając, że Autorka według mnie nie poradziła sobie z tematem, a może po prostu groteska i absurd mają swoje granice.

Jeżeli jednak lubisz powracać do czasów z przed trzydziestu lat to może być książka dla Ciebie. Nie brakuje tutaj zakazanych przedsięwzięć i ideologicznych wywodów na temat wyższości socjalizmu, kilometrowych kolejek, kupowania "co rzucili" i innych nieznanych mi bliżej "rozrywek".


Na półkach: Przeczytane, Posiadam, Rok 2011
Przeczytana: 22 stycznia, 2011

Akcja książki rozgrywa się w "przededniu" wprowadzenia stanu wojennego w prowincjonalnym teatrze, gdzie dyrektoruje Jan Zbytek. W miejscu tym spotykamy plejadę barwnych postaci, które na każdym kroku plątają się w absurdalne sytuacje. Na zapleczu bufetu hodowana jest świnia Małgosia, w piwnicy pędzi się bimber, a na poddaszu drukuje ulotki. Teatr staje się miejscem wielu zabawnych sytuacji, w roli głównej z pierwszym sekretarzem Martelem.

Nie jestem pewna czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że na spotkaniu autorskim Pani Małgorzata mówiła, że wzorowała tę książkę trochę na serialu "Allo allo". Pewności nie mam czy mi się te słowa nie przyśniły, ale ja przez całą lekturę miałam skojarzenia z Cafe Rene. A serial ten swego czasu wręcz wielbiłam, więc tym przyjemniejsza była dla mnie lektura "Marioli..."

Nie wiem jak to było w tamtych czasach, mam tylko chwilowe przebłyski dziecinnych wspomnień, ale autorka świetnie pokazała wszystkie dziwactwa PRL-u w lekko krzywym zwierciadle. Stanie w kolejkach po cokolwiek (np. za małe rajstopy! :)), kombinowanie jedzenia i alkoholu, ideologiczne streszczenie "Ślubów Panieńskich" to tylko kilka z przykładów "absurdów" zawartych w tej książce.

"Mariola..." składa się z krótkich rozdziałów, wartkich i szalenie dowcipnych dialogów, które idealnie nadają się na serial. Mam nadzieję, że kiedyś doczekam chwili, gdy zobaczę to wszystko na małym ekranie. W końcu i nam przydałoby się takie polskie "Allo allo" ;)

Pani Małgorzata stworzyła książkę zupełnie inną niż poprzednie, ale na równi zasługującą na polecenie. Dlatego umilcie sobie trochę życie i sięgnijcie po Mariolę Towarzysze :)

A za książkę chciałam podziękować Pani Małgorzacie i wydawnictwu Świat Książki.


Na półkach: Przeczytane

"Mariola, moje krople..." to książka, której największą zaletą jest lekkość stylu i dość ciekawa forma. Można zasiąść w fotelu z książką w dłoniach i oddać się lekturze na kilka całkiem przyjemnych godzin. I jeżeli dobrze rozumiem zamysł autorki, to cel ten został osiągnięty.



Czytelnik wprowadzany jest w świat prowincjonalnego teatru, w którym główna rolę odgrywają intrygi (w tej dziedzinie niepodzielnie królują kobiety!) i ludzkie namiętności, chociaż, co stanowi duży atut książki, nie jest to opowieść o miłości. "Mariola, moje krople..." to współczesna komedia omyłek, w której wszystko dzieje się bardzo szybko, wątki zgrabnie przeplatają się ze sobą i jest to niewątpliwie kolejny powód, dla którego warto sięgnąć po tę książkę.

Tło historyczne, czyli czasy późnego PRL-u zdaje się nie mieć aż tak dużego znaczenia, jak można by wnioskować z okładki książki, aczkolwiek delikatnie podkreśla pewną absurdalność sytuacji, w której znajdują się bohaterowie.



Nie jest to być może literatura, która zmuszałaby czytelnika do głębszych przemyśleń, ale niewątpliwie należy docenić lekkie pióro, zgrabnie prowadzone wątki oraz delikatny i inteligentny humor.

Książkę można polecić wszystkim tym, którzy mają ochotę na spędzenie czasu wolnego przy miłej lekturze, a także tym, którzy nie wiedzą, że były takie czasy w naszym kraju, kiedy niektórych pisarzy drukowało się na zapomnianych już dzisiaj powielaczach...


Przeczytana: 21 stycznia, 2011

Życie to teatr. Aktorami jesteśmy my. Rekwizytami są rzeczy codziennego użytku.
Nieważne, jak długo życie będzie trwać, ważne jaką rolę w nim odegramy…
Bohaterowie nowej książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, wzięli to sobie do serca.

Książkę „Mariola, moje krople” określiłabym mianem bezustannego spektaklu. Dlatego, że miejscem akcji jest pewien Teatr Miejski, a jego pracownicy mają do odegranie podwójne role –te na scenie i te życiowe, które dają o sobie znać zaraz po opadnięciu kurtyny.

Gdy tylko sceniczne kostiumy zalegną w szafie, rozpoczyna się prawdziwe przedstawienie… Ktoś w teatralnej kotłowni hoduje prośną świnię, ktoś w piwnicy pędzi bimber, a jeszcze ktoś inny drukuje nielegalne ulotki ośmieszające panujący system. To wszystko pod nosem dyrektora Jana Zbytka –miłośnika kobiet, kropli na uspokojenie i świętego spokoju. Niestety nie dane mu jest go doświadczyć. Teatr co rusz nawiedzają kontrole, towarzysze, ksiądz, tajne służby i wszyscy przyprawiają wiekowego Zbytka o zawrót głowy. Do ważnej premiery zostało kilkanaście dni, a w teatrze dosłownie wrze. Dyrektor dwoi się i troi, by odnieść sukces i pójść na zasłużoną emeryturę.

Dla ciekawych rozwoju wypadków, mam ogłoszenie:
UWAGA! Wielkimi krokami nadchodzą senior Zbytek i jego zespół. Niosą ze sobą wspomnienie PRL’ u i dawkę dobrego humoru. Nie może cię zabraknąć (bilet znajdzie się dla każdego).
Czytelnicy, proszę zajmować miejsca!


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 22 stycznia, 2011

Jest listopad 1981 roku. To ważna data, wszyscy ludzie w średnim wieku pamiętają noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Wszyscy młodzi znają ją z opowiadań rodziców tudzież z lekcji historii. W pewnym prowincjonalnym miasteczku jest teatr. W teatrze wystawia się sztuki. Dyrektor próbuje jakoś panować nad artystycznym chaosem w swojej placówce, ale marnie mu to wychodzi. Wiadomo - kryzys. Panuje powszechny deficyt wszystkiego, a aktor, choć artysta i powinien żyć sztuką, to jednak nie chce. Okazuje się, że musi jeść. Wypić też musi.

No i pani Gutowska daje nam zabawny obrazek z życia takiego właśnie prowincjonalnego teatru w przededniu stanu wojennego. Jest to obrazek zabawny. Wszelkie ówczesne bolączki obróciła w żart - braki w zaopatrzeniu we wszystko, stanie w kilometrowych kolejkach po wszystko, wiodącą siłę partii komunistycznej w osobie miejscowego kacyka Martela, przewodniczącego miejscowej Solidarności w osobie (nomen-omen) Pałęty, konspirację w osobie przedsiębiorczej i mało zorganizowanej Magdy. A w tym wszystkim miota się dyrektor teatru Zbytek i próbuje zadowolić wszystkich - i sekretarza partii, który dziwnym trafem zalągł się w teatralnym barze i nie chce go opuszczać (czyżby dla smakowitych potraw pani Amelii?) i księdza z jego "Pastorałką", którą uparł się wystawić na Boże Narodzenie. To zadowalanie wszystkich, lawirowanie i robienie dobrej miny do złej gry nawet mu nieźle wychodzi. Lata wprawy.

Książka ta pokazuje życie w 1981 roku w krzywym zwierciadle. Owszem, pośmiałam się, ale wiem, że jest to śmiech gorzki. Nie było przecież tak zabawnie, nie wszystko kończyło się tak dobrze i nie zawsze następował szczęśliwy przypadek ratujący wszystkim skórę. Ale że to była epoka kolesiów i układów i że spotkanie kumpla z wojska często ratowało - to fakt.

W każdym razie jest to lektura lekka, co sugeruje już tytuł. Dobrze się ją czyta, polecam jako książkę rozrywkową. Arcydzieło epokowe to nie jest, ale myślę, że tym starszym przypomni absurdy PRLu, a tym młodszym pokaże, jak to drzewiej bywało. Bo czasami aż trudno uwierzyć, że te głupoty, te brednie wygadywane przez przedstawicieli "przewodniej siły narodu" wciąż budzą nostalgię niektórych ludzi. Naprawdę! Są tacy, którzy wzdychają, aż firanki falują, za tamtą epoką. To był raj dla wszelkiego autoramentu cwaniaków i kombinatorów. Uczciwy człowiek miał ciężko. Ale nie to jest przedmiotem mojej opinii.
Książka była bardzo dobra. Humor przedni. Polecam!


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: marzec, 2011

Tak jak w recenzji - miałam wrażenie, że oglądam świetny film Barei. Książka to idealny pomysł na scenariusz - na prawdziwie zabawną komedię, tylko gdzie dziś znaleźć reżysera, który by to udźwignął...?:)

Ubawiłam się setnie i serdecznie uśmiałam, śledząc jednym tchem perypetie bohaterów. Opisane czasy pamiętam jako mało zabawne, ale dziś, patrząc na okres kryzysu z perspektywy wielu już lat, potrafię się z nich śmiać. A powieść świetnie w tym pomaga.


Przeczytana: 20 marca, 2011

Jestem osobą, z pokolenia, któremu nie przyszło spotkać się z realiami powojennej Polski. Tamtejszą rzeczywistość znam tylko z opowiadań. Wiele rzeczy, które były wtedy na porządku dziennym, takie jak wieczne stanie w kolejkach bez pewności, czy aby na pewno dany towar uda się jeszcze dostać, budzi moje niedowierzanie. Trudno jest mi wyobrazić sobie taką sytuację, że mogłabym pójść do sklepu i nie dostać najprostszej rzeczy o jaką poproszę, na przykład pasty do zębów! Dzisiaj to wydaje się niemożliwe, ale tak kiedyś było naprawdę. Do tego dochodzą jeszcze kartki, które są dla mnie kompletnie absurdalnym pomysłem. Aż trudno uwierzyć jak bardzo to wszystko zmieniło się w ciągu tego stosunkowo krótkiego czasu.

Właśnie taką Polskę pokazuje książka pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pt. „Mariola, moje krople…”.
Była to pierwsza powieść tej autorki, z jaką miałam okazję się spotkać i chociaż może jest to książka będąca niezupełnie w moim stylu, nie żałuję, że ją przeczytałam.
Przedstawia ona niecały miesiąc z życia prowincjonalnego teatru, w którym wbrew wszelkim pozorom dzieje się bardzo wiele…
Dyrektor musi znosić ciągłe wizyty pierwszego sekretarz. Młody reżyser próbuje uporać się ze zrealizowaniem dwóch przedstawień w krótkim czasie, przy czym w przypadku jednego z nich, tego które ma uświetnić zakończenie manewrów Sojuz ’81, kilkakrotnie zmieniany zostaje tytuł sztuki. Natomiast w magazynie mieszka świnia – Małgośka, a córka bufetowej uskutecznia kolportaż ulotek.
To tylko poszczególne perypetie bohaterów, ponieważ cała książka jest nimi przepełniona. Jest to istna komedia omyłek, a całość moim zdaniem spokojnie można by zrealizować w postaci np. komediowej sztuki.

Chciałabym polecić tę książkę szczególnie tym, którym nie są obce realia tamtych czasów, a którzy pragną je sobie przez chwilę przypomnieć. Takie osoby z pewnością zrozumieją o wiele więcej śmiesznych drobnostek w niej zawartych. Nie mniej jednak jest to zabawna książka.
Z kolei jeśli chodzi o osoby w moim wieku, polecam jeśli chcą wczuć się w klimat Polski z lat 80, ponieważ ta książka to umożliwia i jeszcze bardziej uzmysławia jak uderzająco zmieniło się życie Polaków.