LC Multimedia
Dołącz do nas! To proste.
» Własna biblioteczka
» System rekomendacji
» Zobacz, co czytają znajomi
» 100 tys. zarejestrowanych użytkowników
» 139 tys. książek
» Ponad 229 tys. recenzji
Stwórz własną internetową biblioteczkę,
pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!

Balladyny i Romanse

Autor:

więcej informacji
seria/cykl wydawniczy: Proza
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: październik 2010
ISBN: 978-83-08-04494-0
liczba stron: 526
słowa kluczowe: literatura polska, satyra
język: polski
typ: papier
dodał: ladyzafiro
6.81 (172 ocen i 32 opinie)
 
Kup książkę
Cena od 22,90 zł
Kup ebooka
Legimi
Cena: 22,90 zł

Sprawy na Ziemi nie idą najlepiej. Starych, potężnych bogów wyparli trywialni, ale i bezwzględni bożkowie popkultury. Świat globalnej wioski nie daje poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Osamotni... Sprawy na Ziemi nie idą najlepiej.

Starych, potężnych bogów wyparli trywialni, ale i bezwzględni bożkowie popkultury. Świat globalnej wioski nie daje poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Osamotnieni ludzie już dawno stracili nadzieję na odmianę losu, żyją z dnia na dzień, apatyczni i znudzeni… na domiar złego zaczyna brakować kawy. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają też żelazka.

Pewnego dnia bogowie postanawiają działać. Dużą grupą zstępują wśród ludzi. Czy Nike, Afrodycie, Jezusowi, Ozyrysowi, Lucyferowi i innym uda się przywrócić właściwe hierarchie? Czy ludzkość jeszcze raz uwierzy? I dlaczego bogowie, mając tak wiele możliwości, na miejsce swego „zniebozstąpienia” wybrali akurat „kraj w promocji”, czyli Polskę?

Najnowsza powieść Ignacego Karpowicza, nominowanego do Nagrody Nike za Gesty, to świetnie skonstruowany, ironiczny traktat o współczesności. Zabawny i przerażający zarazem. Prowokacyjny i obrazoburczy. Jednym się spodoba. Drugim nie. I tak ma być.
pokaż więcej.


źródło opisu: nota wydawcy



Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Moja ocena:
loading
Oficjalna recenzja

Bogowie schodzą z Olimpu

Ignacemu Karpowiczowi w nominowanej do nagrody Nike powieści „Balladyny i romanse” przyświecał ambitny plan – stworzyć mega-powieść, ukazać syntezę świata przez pryzmat polskiej rzeczywistości, odpowiedzieć na podstawowe pytania o sens życia. Aluzja do „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza zawarta w tytule sugeruje przełomowy charakter tej powieści. Z drugiej strony jest to próba przeniesienia klasycznego eposu do realiów XXI wieku. Świadczy też o owej przełomowości bogaty, 600-stronicowy rozmiar, bo to unikalny przypadek w twórczości Ignacego Karpowicza, dotychczas jego książki były nieco skromniejsze. Zresztą, w ostatnim czasie polska proza oscyluje w okolicach trzystu stron („Lód” Dukaja jest chlubnym wyjątkiem). Wiele obiecuje także intrygująca okładka, rozciągnięta między klasycznym, greckim pięknem a sztuką współczesną.

Nie mam wątpliwości, że Ignacy Karpowicz dużo wie o filozofii i o kulturze. Problem chyba leży w tym, że nie potrafi z tego należycie skorzystać – niestety wykładnia tej wiedzy jest w książce, mówiąc delikatnie, mało oryginalna pod względem formy. Porównałbym to do wytartego konceptu dużego rozpędu, by wyważyć otwarte drzwi. Z jednej strony miałem, czytając „Balladyny...”, wiele razy wrażenie, że sam myślę podobnie, że autor ma rację, ale wcale mi to nie pomagało w przekonaniu się do tego dzieła. Jestem niemal pewien, że gdyby Karpowicz napisał religioznawczy esej, to udałoby mu się wszystko ładnie i przekonująco podsumować. Niestety rozczarowała mnie forma.

W takich magicznych obrazkach przoduje u nas Mariusz Sieniewicz – jego „Czwarte niebo” i „Rebelia” to dobre przykłady wielkich zamiarów i marnego skutku, chociaż zdaję sobie sprawę, że książki te mają swoich zwolenników. Wszystkie wyżej wymienione pozycje z „Balladynami i romansami” na czele łączy wspólny mianownik językowej nieporadności, który tworzy nieprzyjemny zgrzyt między dużym tematem a „prozaiczną” formą. Mój główny zarzut to językowa monotonia, która nie pozwala rozróżnić języka bogów od języka ludzi, a pracownik naukowy posługuje się taką samą składnią jak kasjerka w markecie. Wszyscy mówią do siebie kolesiowatym slangiem, co miało chyba odcinać się od pompatyczności stylu Coelho, a wyszło jak luzacki Coehlo.

Bogowie zstąpili na Ziemię. I tyle. Ta gruba księga rozłazi się na poszczególne epizody, narracja jest naiwna i może ktoś znajdzie tu mądrości, ale dla mnie to tania wyprzedaż, a nie świeży towar. Bogowie ztąpili na ziemię. No i co z tego. Wyszło pretensjonalnie, a mogło być zwiewnie, lekko i wesoło jak na przykład w „Niehalo”.

Sławomir Domański


Opinie znajomych
Sprawdź czy twoi znajomi napisali opinie lub dodali książkę do biblioteczki. Zaloguj się
Dyskusje o książce
 (5)

Opinie czytelników
Na półkach: Przeczytane, Posiadam, 2011
Przeczytana: 23 marca, 2011

Mam problem z tą książką jak z rzadko którą, z jednej strony Karpowicz miał dobry, może nawet bardzo dobry pomysł, z drugiej nie do końca potrafił go wykorzystac zwłaszcza w drugiej części książki - już po zejściu bogów na ziemię. Wcześniejsze epizody - zwłaszcza te dziejące się w mieście miast czytałem z niekłamaną przyjemnością. Potem zaczął się hardcore a akcja stanęła jakby ktoś zaciągnął ręczny. Bohaterowie zlali się w jedno, zwłaszcza ci ludzcy. Nawet typowy przygłup Janek w drugiej części książki staje się trawionym angstem filozofem rozważającym rolę związku przyczynowo - skutkowego w życiu ludzi, nawet pozostający w alkoholowo-masturbacyjno-pornograficznym amoku Rafał (?) rozważa istotę wszechrzeczy nawet wtedy kiedy klęczy między nogami bogini. Gdzieś zatarły się wszystkie cechy charakterystyczne bohaterów, ich psychologia (nomen, omen nauka mocno wyśmiewana w książce, najbardziej dostało się Freudowi) bardzo uproszczona. W zasadzie tylko Jezus przez całą książkę pozostaje bohaterem JAKIMŚ, w zasadzie budzącym sympatię. Może to zubożenie charakterów nie byłoby tak dotkliwe gdyby nie to, że Karpowicz przyjął na drugą częśc książki bardzo niewygodną formę narracji - każdy drobny epizod przedstawiany jest z perspektywy od trzech do sześciu włącznie bohaterów przez co strony lecą a my wciąż w tym samym miejscu, to musi męczyc i męczy zwłaszcza w dużych dawkach. Nie sądziłem, że ja, jako zatwardziały miłośnik powieści obszernych, jak najgrubszych, kiedykolwiek to powiem, ale na zdrowie Balladynom wyszłoby gdyby były krótsze, zwłaszcza częśc trzecia, która zajmuje prawie połowę powieści a mogłaby się zawrzec spokojnie na stu stronach, ale wtedy Karpowicz musiałby zrezygnowac ze swoich wielopiętrowych dywagacji, które w pewnym momencie przestały zaskakiwac a stały się nieznośnie przewidywalne, kolejne strony mijały na powielaniu podobnych wątków i rozważań, do znudzenia. A co za dużo to i czytelnik nie zmęczy.



Język, styl. Polska jak wiadomo nie od dziś językowo stoi mocno, forma trzyma się uparcie, wysoki język (rozmaicie dziś rozumiany dodam) to wysoka treśc, tak to sobie chyba wyobrażają autorzy. Nie inaczej jest z Karpowiczem, którego język, soczysty i plastyczny bardzo przyjemnie prowadzi przez opowieśc. Denerwują mnie w jego stylu za to dwie rzeczy:

1. Nawiasy - pojawiają się często w nieodpowiednich momentach psując wrażenie (i nie dodając nic nowego do wątku)(często są podwójne lub więcej)(często pozbawiają czytelnika satysfakcji z odkrycia jakiegoś nawiązania [a tych jest w książce od groma] podając wszystko na tacy)(czasami nie mają sensu)(kaloryfer)

2. Absurd - lubię absurd, lubię dużo absurdu ale nie lubię absurdu wciskanego na siłę w każde możliwe miejsce, co nieuchronnie musi powodowac niższą tego absurdu jakośc. Przykro.



Mimo wytknięcia tutaj sporej ilości błędów i niedociągnięc (a jeszcze kilka chodzi mi po głowie) powieśc jak najbardziej warto przeczytac choc niekoniecznie kupowac, całośc robi pozytywne wrażenie, momentami powieśc naprawdę porywa, a zmyślna konstrukcja imponuje rozmachem.


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: maj, 2011

W wyniku przeróżnych zdarzeń znalazłam się nagle w sytuacji, w której wiedziałam, że muszę przeczytać Balladyny. No to przeczytałam.

Paszportowi Polityki nie ufam odkąd dostał go Dehnel za Lalę. Książkę uroczą na poziomie fabuły i beznadziejną na poziomie treści (bo nie było żadnej).

To samo mamy tu. Czyżbym wpadła na trop w śledztwie pt. "Za co oni dają te nagrody"?

Z rzeczy dobrych: dobry POMYSŁ na fabułę. Fajna strategia narracyjna, która przy odrobinie chęci byłaby potężnym atutem książki. Widać zachłanność autora na język. Inna sprawa, co z tego wychodzi. Forma koniugacji dla rodzaju nijakiego: bdb! I stworzenie nieba, w którym za sprawą KRK panują ziemskie zasady też mi się podobało. To znaczy nie samo niebo, a zasada. Lubię dialogowość tego tekstu. Podoba mi się, jak ktoś samego siebie poddaje w wątpliwość.


Z rzeczy złych: postaci zlewają się w jedno. Pod koniec książki (po 500 stronach!) widząc KAMA musiałam się dłużej zastanowić, kto zacz, nie wspominając już o RAFALE czy BARTKU. Może to ma być znak tego, jak bardzo jesteśmy wszyscy do siebie podobni, niemal nieodróżnialni? Warkocz przeplata się trochę zbyt luźno, zostawienie OLGI i JANKA na 200 stron, na przykład.

Język. Tak, wymieniłam go też w atutach. Mogą się podobać woltyżerki aliteracyjno-skojarzeniowo-absurdalne. Na mnie nie robią żadnego wrażenia, może dlatego, że sama w ten sposób myślę odkąd pamiętam. Poza tym niczemu, prócz dekoracji, nie służą. Można ustawić na kredensie tyle bibelotów, że nie widać mebla. To się Karopwiczowi udało.

Postaci posługują się identycznym językiem. ARTUR przez moment, po powrocie do dzieciństwa za sprawą EROSA, jest troszkę różny. Ale z biegiem książki nawet ta jaskółka odlatuje.

Przeczytałam niżej, że to wyprawa intelektualna. EKHM?! Po efekciarstwie chyba. Ja rozumiem, że danie głosu Prawdzie czy Nadziei jest urocze dla oka, że pojawienie się Tarskiego nadaje tekstowi sznytu semiotyczo-logicznego, że bogowie Majów są mało znani, więc mogą wywołać ekscytację, ale to wszystko to nic więcej, jak żonglerka kolorowymi piłeczkami. A wyprawa intelektualna jest wtedy, kiedy autor/narrator zmusza nas do przemyśleń. Karpowicz nie zmusza, tak jak patrząc na żonglera nie roztrząsamy tajemnicy bytu, a zachwycamy się zręcznością.

Wydaje się, że celem tej zabawnej momentami książki jest wykazanie, że związek przyczynowo-skutkowy nie istnieje, bogowie są zupełnie jak ludzie, a końca świata jako takiego (Armageddon) nie będzie.

Ręka w górę, Czytelnicy, dla których jest to coś nowego!

Boli mnie ten APENDYKS. Bo on bardzo dużo mówi o tej książce. Złych rzeczy.

Może jakby nie było APENDYKSU, miałabym więcej radości? Bo wyłożenie na talerz przyszłości bohaterów popsuło mi przyjemność wyobrażania sobie, że jednak coś się stało. Później, w przyszłości.


Na półkach: Przeczytane, Posiadane

Olaboga!

„Balladyny i romanse” są trochę jak jazda bez trzymanki przez szaloną wyobraźnię autora. Absurdalne, pełne przekory i sprzeczności wzbudzają ambiwalentne odczucia, opinie w Internecie bywają zupełnie skrajne. Może dlatego, że Karpowicz niebezpiecznie balansuje pomiędzy kiczem a ambitną literaturą, miesza schematy i bawi się konwencją, z zupełnym lekceważeniem traktuje literackie tradycje i jawnie drwi sobie ze wszystkiego.
Arcydzieło czy bełkot?

Bogowie postanowili zstąpić na Ziemię, do Polski, bo nasz kraj był akurat w promocji. Zajmą miejsce kawy i żelazek, które gdzieś zniknęły. A to wszystko zwiastuje niezłe zamieszanie. Tym bardziej, że bogowie niekoniecznie zachowują się tak, jak przeciętny śmiertelnik by się spodziewał. Eros na przykład jest synem Aresa i Hermesa przekonanym o patologiczności swojej rodziny, która ze sobą nie rozmawia. Gdy przyłapuje swoich ojców in flagranti, postanawia ich ukarać. Razem mają zstąpić na Ziemię i przez półwiecze żyć jak normalna rodzina. Nike jest bizneswoman i prowadzi międzynarodowy koncern odzieżowy. W powieści wiąże się z Jezusem. Inna nietypowa boska para to Atena (która została trafiona strzałą Erosa) i Ozyrys. Uwielbiają oglądać razem seriale, na przykład „Przyjaciół” lub „Sześć stóp pod ziemią”. Ach, może jeszcze wspomnijmy Balladynę (tak, tę od Słowackiego), która na spółkę z Grabcem i Aliną prowadzi w niebie firmę kateringową. Miszmasz? To jeszcze nic, bo bogowie zmieszają się z bohaterami ludzkimi, którzy są też nieźle pokręceni. Mamy pięćdziesięcioletnią starą pannę, która niespodziewanie dla samej siebie wdaje się w romans z młodym chłopakiem. Jest studentka, nimfomanka, która zwraca uwagę tylko na młodszych od siebie. Poza tym słucha samych beznadziejnych piosenek, bo przy dobrej muzyce płacze. Jest mężczyzna, który z dnia na dzień cofa się mentalnie do wieku dwunastu lat i jego ciężarna narzeczona. Poza tym jeszcze wykładowca i filozof, który onanizuje się przy filmach pornograficznych.

Książka śmiało poczyna sobie z naszymi wyobrażeniami bogów, jest trochę pornograficzna i wulgarna, pełna sprzeczności, najeżona niesamowitymi, absurdalnymi zdarzeniami, które bywają śmieszne, ale mogą się też zdawać po prostu głupie. A wszystko tworzy barwną mieszaninę, zdawałoby się jeden wielki chaos, który jednak jest ogarnięty i dobrze przemyślany. Mnie „Balladyny i romanse” się podobały, ale rozumiem tych, którzy odebrali je inaczej. Bo ta powieść, tak skrajna i pełna sprzeczności, cały czas stoi nad przepaścią, jest jakby na krawędzi. Krawędzi dobrego smaku, logiki, mądrości. Poniżej, całkiem przecież niedaleko, jest kicz, totalny bezsens i głupota. Trzeba mieć odwagę, żeby napisać taką książkę. Naprawdę dużo odwagi. I talentu, żeby się jednak na tej krawędzi utrzymać.

„Balladyny i romanse” wyśmiewają się z wielu rzeczy, ale przede wszystkim z popkultury. Dostaje się tu wszelakiej tandecie: Brownowi, Grocholi, Gosi Andrzejewicz, zespołowi Feel i przede wszystkim Coelho. Książka mówi, że popkultura robi nam z mózgu papki, ale, co ciekawe, sama czerpie z niej pełnymi garściami. Głęboka, wewnętrzna sprzeczność, ale jednak zamierzona i dająca ciekawy efekt. To też oczywiście książka o religii i o jej zmierzchu. Bogowie w końcu schodzą w świat już bardzo zeświecczony, do czego przyczyniają się zresztą bożkowie popkultury. Zstępując stają się mniej boscy, bez większych problemów stają się częścią społeczności, planują tu umrzeć. To więc książka o religii i zastępującej ją popkulturze. Ale „Balladyny i romanse” to też po części powieść obyczajowa – rozdziały o ludzkich bohaterach opowiadają o codzienności, bolączkach, problemach, skrytych obawach i pragnieniach.

Podobają mi się szalone pomysły Karpowicza, jego niezwykła kreatywność, która objawia się także w sferze językowej. Przykładem na to mogą być krótkie rozdziały, w których wypowiadają się pojęcia takie jak: piękno, prawda czy czas. Autor zgrabnie bawi się w nich językiem i konceptami kulturowymi. Takie gry językowe widać w całej książce, ale mimo styl jest raczej łatwy do przyswojenia i powieść można naprawdę szybko pochłonąć. Trzeba jednak przyznać, że choć cały czas czekamy na zejście bogów (pierwsza część to tylko ludzie, druga bogowie w mieście miast, dopiero w trzeciej jedni z drugimi mieszają się na Ziemi), to jednak wtedy akcja jakby zwalnia, a całość przestaje być tak wciągająca. Brak pomysłów na dalsze poprowadzenie historii? Nie wiem, ale druga część jest na pewno trochę gorsza, nieco pozbawiona wcześniejszej żywiołowości.

„Balladyny i romanse” są dobre, nie wybitne, ale jednak godne uwagi. Karpowicz proponuje barwną, fantastyczną, dowcipną i czasem szokującą podróż przez dzisiejszy świat pełen popkultury, za to coraz bardziej pozbawiony bogów.


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 19 stycznia, 2011

Absolutna rewelacja! Ignacy Karpowicz - bezdyskusyjny geniusz polskiej literatury po 2000 roku!
Książka burzy wszystkie porządki, które dotychczas panowały, degraduje mity i symbole europejskie, światowe, a także polskie, narodowe na wszystkich płaszczyznach!
Książkę czyta się jednym tchem, raz po raz wybuchając śmiechem, a zaraz potem zastanawiając się wspólnie z narratorem lub bohaterami nad istotą rzeczy.
"Balladyny i romanse" to powieść dla ludzi o otwartych umysłach, niebojących się podjąć polemikę z ugruntowanymi symbolami, mitologiami i skryptami kulturowymi! Lektura Karpowicza niesamowicie poszerza horyzonty, to swego rodzaju "policzek kulturowy" dla wszystkich intelektualnych "mamutów".
Zdecydowanie polecam! Żadna dotychczas przeczytana przeze mnie książka nie zasługuje tak bardzo na te 5 gwiazdek jak "Balladyny i romanse"


http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje/457/bogowie-schodza-z-olimpu


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 22 lipca, 2011

Bogowie zstępują na Ziemię, by zająć miejsca na widowni wszechświata. Ziemia jest piękna i szczęśliwa. Miejscami. Mogliby ulokować się na jakieś wyspie z katalogu, gdzie zawsze świeci słońce. Wybierają jednak „kraj z promocji” – Polskę. Podczas pobytu, wchodzą w interakcje, również seksualne, z mieszkańcami. Książka ma też swoich bohaterów wśród „zwyczajnych” ludzi, którzy przeżywają swoje, w sumie dość nudne mimo kontaktów z bogami, historie.
I tyle, jeśli idzie o fabułę.
Niebo jest zbudowane przede wszystkim ze słów – pisze Karpowicz. Podobnie jak książki. A słów jest u Karpowicza dużo. Układają się w skomplikowane porównania – ze względu na kontekst, można by nazwać je homeryckimi – obszerne opisy i wtrącenia. Występują po przecinkach, ale głównie w nawiasach przypominających wagony jednego pociągu – po kilka w jednym zdaniu. Niektóre z nich urzekają trafnością stwierdzeń, inne nużą. Na scenę, w przerwach pomiędzy fabułą, wkraczają pojęcia (jak pamięć, prawda, czas), które dokonują swoistej autoprezentacji. To w sumie najciekawsze fragmenty – prezentują bogactwo frazeologiczne języka.
Czytanie tej powieści przypomina surfowanie po Internecie. Tak naprawdę nie wiesz, gdzie zaniesie cię kolejny link. Wędrujesz po olbrzymiej sieci ciekawych odniesień i banalnych historii, pozornie ze sobą niepowiązanych. W jednej chwili czytasz o zakupach w Biedronce, w innym o Ozyrysie; w jednym o masturbacji, w innym o wykładaniu statystyki. Wybór kolejnych tematów jest przypadkowy. To taki sam wybór jak przy klikaniu w Internecie – nie poświęcasz mu czasu, nie zastanawiasz się nad nim, działasz pod wpływem impulsu. Czy taki zabieg ma jakiś głębszy sens? Można oczywiście powiedzieć, że to odniesienie do życia. No bo ile osób planuje je sobie dokładnie, a ile mówi: „Jakoś to będzie, zobaczymy” i klika dalej w niesatyfkacjonujące kontakty i niepewne okazje?


Spodziewałam się intelektualnej ekwilibrystyki. Drugiego dna, które odkrywa dopiero szczegółowa kontrola na lotnisku, wykonywana przez starą wygę. Obawiałam się, że nie pojmę aluzji, odniesień i nie dostrzegę misternej faktury gruntu pod całą paletą barw ... a tu dupa...
Po pierwszych stronach (z uwagi na język)nasunęły mi się skojarzenia z T Robbinsem "I kowbojki mogą marzyć", ale to było bardzo efemeryczne i błędne wrażenie.
Wszystko to gdzieś już było, ten dowcip rodem z fejsbuka, ta konwencja i absurd, który po kilkunastu stronach staje się przewidywany, a potem to już drażni, bo śmieszny nie jest. Te postaci, które zlewają się w jedno, rozróżnia je tylko płeć (i tylko dlatego, że jest anonsowana)
pomysł fajny, ale reszta ... jestem zawiedziona
Wszystkiego jest w nadmiarze i ten przesyt wychodzi uszami, wzbudza niechęć.
Do połowy jeszcze przeczytałam siłą rozpędu, drugą męczę już od 2 tyg i nie wiem, czy skończę. Nic mnie tam nie ciągnie.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 18 marca, 2011

Jezus przedstawiony bardzo "ludzko", z ludzkimi słabościami i wątpliwościami. Czy coś więcej jest potrzebne środowiskom radiomaryjnym do podniesienia wrzawy o obrazie uczuć religijnych?

Książka (choć może się mylę) jak do tej pory nie stała się w naszym kraju celem ataku, tych w których wiara jest na tyle mała, że jest w stanie obrazić ją inny człowiek. No cóż... O ile łatwiej wychwycić "obrazę" w filmie, obrazie, rzeźbie, czy koncercie Madonny, niż przeczytać książkę...

Czasem zastanawiam się nad przeprowadzeniem małej prowokacji. Oprócz tego że byłoby wesoło, okrzyknięcie tej książki jako bluźnierczej ładnie by się komponowało z "krajem w promocji" przedstawionym w książce.


Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam
Przeczytana: 18 lipca, 2011

gdyby la chapelle pisał po polsku, mógłby popełnić taką książkę. lament na popkulturową papkę przy jednoczesnym braniu z niej pełnymi garściami. książka do bólu współczesna, jej lektura przypomina męczące wędrowanie po stronach Wikipedii, najeżonych hiperlinkami, które nigdy nie pozwalają dotrzeć do celu. balladyny i romanse niepokoją i powodują ekstazę. zachwycają i odpychają. wciągają, żeby na końcu wypluć jak przeżutą tabakę. ta książka jest albo odrażającym płodem debila, albo dziełem geniusza. możliwe, że obie opcje są właściwe. lofciam ♥♥♥


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: kwiecień, 2012

Właśnie skończyłam. Mam tak dużo oplatających mnie równoczecześnie myśli, że nie wiem od czego

zacząć ten wpis.



Więc zacznę od końca. I od tego co pewne. Zdecydowanie przyznaję książce notę 6/6. Ma spore szanse zostać moją książką roku. I to pomimo, iż, jestem tego bardziej niż pewna, nie wszystko zrozumiałam. Nie wszystko potrafię zinterpretować. Nie każdą subtelność zdań wyłowiłam.

Na pewno szóstka, nawet z plusem za ironię. Za wnikliwą obserwację rzeczywistości – aż trudno uwierzyć, że autorem jest facet. I za rewelacyjny pomysł, ujęty w karby słów, zdań, rozdziałów. Jedna wielka gra językowa. Piękna woltyżerka skojarzeniowo-ironiczno-absurdalna.

Dla przykładu, zapadające w pamięć: Gdyby kózka kwiecień plecień, to by ślimak chuj ci w dupę, lub

Moje imię jest Jezus. Jezus Chrystus, ksywka Ichtys. Jestem bardzo popularny, od dwóch tysięcy lat na topie. Występuję głównie w Biblii, która jest obok Hair największym musicalem wszech czasów. (…) Jestem bogiem w Trójcy jedynym. To znaczy, że jedynym bogiem jest również mój Ojciec i Duch Święty. Jesteśmy jednością, aczkolwiek jesteśmy też osobni. Niezły pomysł, ciut skomplikowany. Od początku mówiłem Ojcu i Gołębicy, że ludzie tego nie załapią. (…)


Całość, podzielona szkatułkowo na trzy części. Pierwsza, to kilka historii osób nam współczesnych, żyjących w Polsce. To Polska Olgi, bogini płacy minimalnej, robiącej zakupy w Biedronce, Janka, pijącego, kradnącego sieroty, Rafała, Bartka, Kamy.Druga – to wielki miszmasz Bogów, żyjących w mieście miast, na górze gór i w chmurze chmur itd…Bogowie, pomimo, że w niebie, żyją jak ludzie, bo to co postanowi kościół (i ludzie) znajduje odbicie w niebie.

Trzecia część to zstąpienie Bogów na ziemię, do kraju w promocji, na miejsce kawy i żelazek, które nagle zniknęły. Od tej chwili nie ma już Piekła, Nieba. Ludzie zostali pozbawieni celowości życia. Nie ma związków przyczynowo-skutkowych, zbrodnia nie rodzi już w oczywisty sposób kary, strzała Erosa dosięga przekornie, łącząc nie te pary, które powinna.

A jak bogowie odnajdują się na Ziemi. Jedni lepiej, inni gorzej. Zupełnie jak ludzie.

Zarabiamy, płacimy rachunki, dajemy radę. Nie jest źle. Można takie życie polubić, zwłaszcza w sytuacji braku alternatywy.

Brak ambicji, wegetacja w M1, poranek szósta rano. Jedzenie, seks, seriale (już nawet polskie, nie tylko brazylijskie), jedzenie kupione w Biedronce, w promocji. Spanie. Następnego dnia to samo. Czy to czasem nie brzmi znajomo?

Czy to nie jest opis życia, a raczej wegetacji sporej części polskiego społeczeństwa?

Nie żyjemy w pełni życia na ziemi, omamieni, czasem opętani, kratami wyimaginowanego świata jaki nas czeka po śmierci. A jeżeli, jak w książce, Niebo zamknięte i niczego nie ma, nic na nas nie czeka po śmierci? Jak może zmienić się nasze życie, gdy w końcu do nas dotrze, że musimy żyć w pełni, nie na bródno, nie udając życia? Nie zamykając go w M1, serialach, braku ambicji. Wegetując?

Musimy się obudzić. Niebo zamknięte. a zespół Feel, Dan Brown, czy Grochola to za mało.

I tak ja odczytuję Balladyny…

Ja się już obudziłam Ale droga tak daleka, że nie wiem, czy zdążę. Smutne, tym bardziej, że świadomość wzmaga ból.

W lekturze, nie odnajdą się ludzie, którzy korzystając z lenistwa lub konformizmu (jak zwał, tak zwał), zapatrzeni w dogmaty wolą myśleć i żyć schematycznie.

Balladyny…, moim zdaniem, są dla tych czytelników, którzy nie boją się pomyśleć co mogą zrobić dalej ze swoim życiem. Dalej, w czasach upadku wiary, obalenia dogmatów. Gdy straszenie karą wiecznego potępienia, wpędzanie w poczucie winy i podsycanie lęku przed kolejnym, pozagrobowym życiem już uwiera.

Ja, po lekturze, zostałam z pytaniem – co innego niż wiara i sieczka popkultury może wyznaczać jakość mojego życia?

Nie mogę się tez oprzeć wrażeniu, że Balladyny, rodząc natychmiastowe skojarzenie z “Balladami i romansami” Mickiewicza (które zapoczątkowały w 1822 r. epokę romantyzmu), może zgodnie z intencjami autora, mają zapowiadać przełom? Przełom literacki, duchowy, życiowy? A może każdy po trochu?
http://pokojksiazek.wordpress.com/2012/04/11/balladyny-i-romanse-przelom-w-literaturze/#more-137


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 26 grudnia, 2011

Bardzo średnio. Czuję nie tyle zawiedziona, co oszukana. Przecież Paszport Polityki zobowiązuje (prawda?). Jeśli idzie o fabułę to owszem, jest niezła, być może nawet więcej, jednak fabuła to nie wszystko. Gdyby tak wyciąć z książki wszystkie fragmenty zbędne, wszystkie wcinki narratora, które psują nie tylko cały efekt, ale także sprawiają, że książka zwyczajnie traci na wartości estetycznej - gdyby wyciąć te fragmenty ( a trzeba wam wiedzieć, że jest ich od groma i ciut ciut, dajmy na to : " Jak dokładnie przylega dłoń do policzka! Zostawia czerwony odcisk zupełnie jak Saruman z Władcy Pierścieni na swych orkach" - motyw Sarumana jest całkowicie zbędny) książka miałaby pewnie z 400 stron. W porywach. Owszem, urzekło mnie kilka zdań, chociażby parafraza Nabokova, jednak obyło się bez orgazmów i ekstatycznych okrzyków. Na płaszczyźnie językowej Karpowicz mnie specjalnie nie zachwyca. Być może jest to jakaś nikczemna forma zapisanego strumienia świadomości dla osób, które nigdy nie sięgały po prawdziwą beletrystykę ( bynajmniej nie idzie mi wyłącznie o klasyków takich jak Tołstoj czy Mann - w prozie współczesnej znaleźć można sporo perełek) i najzwyczajniej w świecie potrzebują sztucznych podniet i wrażeń w postaci rozbuchanego, przestylizowanego języka. Amen.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 07 stycznia, 2012

Coś mnie do tej książki przyciągało i odstręczało, czytałam i przerywałam, i znowu czytałam. Zazdroszczę Autorowi gadanego- tej gry skojarzeń, liryczności, subtelności i wulgarności jednocześnie. Nie obraził żadnych moich uczuć (w tym religijnych), dostarczył rozrywki. Ileż tu aluzji i kontekstów, ile pola do myślenia dla czytelnika. Kompozycja szkatułkowa. Ponieważ czytałam z przerwami, gubiłam się w tym- kto i z kim, ale tu (w książce) jest niczym w "Rękopisie znalezionym w Saragossie". I to jest dobre.
Najciekawszy- moim zdaniem- bohater to Janek co po łbie dostał. Ileż to jankopodobnych prymitywów (przed wypadkiem) chodzi po polskim padole. Udzieliły mi się nawiasy Autora. Dowiedziałam się, co robi inteligent po godzinach na przykładzie Rafała, dotąd mi to przez myśl nie przeszło.
Wybitna książka, choć gorzka w wymowie. Polecam.


Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam

Należę do gorących zwolenników tej powieści. Argumenty "za" są chyba dobrze znane, w końcu o książce pisano wiele, tu i tam. Ignacy po raz kolejny udowodnił, że myśli o pisaniu w sposób kompleksowy - powieść powinna mieć jakąś formę, rozdziały powinny się jakoś nazywać, bohaterowie powinni być dobrze odmalowani... wskazany jest też humor, a poczucia humoru u I. Karpowicza jest bardzo dużo. Podsumowując: w przeciwieństwie do ogromnej większości polskich pisarzy, którzy siadają i piszą - Ignacy najpierw myśli, potem siada i pisze. Albo jakoś tak...


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 23 marca, 2012

brud, smród i ubóstwo. Autor trochę przeczytał, cośtam zaobserwował, słowem: coś wie i za wszelką cenę, przy pomocy nieudolnego stylu (parodia strumienia świadomości?), stara się swą wiedzą zaszpanować. Tylko że poza zlepkami słów i pokulturowych nawiązań, seksem, ćpaniem itepe czai się totalny banał podany w pretensjonalnej formie. Książka irytującą, wulgarna i nudna. Nie polecam.


Na półkach: Przeczytane

Karpowicz popisuje się erudycją i potrafi rozśmieszyć do łez. Stworzył dość autentyczne postaci: starą pannę, nimfomankę, zagubionego chłopaka i inne. Ciekawie wplata wątki mitologiczne. W książce jest jednak zbyt dużo pornografii i zbędnego bełkotu. Nie będę do tej książki wracał, ale muszę przyznać, że powiało świeżością.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 19 marca, 2011

Fantastyczna!!!
Dziwne, że taka książka ma rację bytu w takim kraju jak nasz - stereotypowym i trochę zaściankowym (nie chcę tu oczywiście nikogo urazić).
To taka książka, która swojego czasu znalazłaby się pewnie na stosie, razem z innymi, które odbiegają od utartych norm.


Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 14 lutego, 2011

Rewelacja. Dawno nie czytałam tak dobrej książki. Chylę czoła przed autorem za wiedzę i poczucie humoru.


Na półkach: Przeczytane, Ulubione
Przeczytana: 06 grudnia, 2010

Zdecydowanie najlepsza książka tego roku, no może razem z "Kapuściński - non fiction".
Bardzo polecam.


Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 03 stycznia, 2012

Balladyny i romanse to powieść o zwyczajnych ludziach, powiedziałbym nawet, że to apoteoza zwyczajności. Wszelkie istoty boskie pełne chwały i lśnienia z czasem upodabniają się do istot ludzkich. Bogowie greccy schodzą z Olimpu, bogowie chrześcijańscy „schodzą z krzyża”. Tylko staruszek bóg prowincji chrześcijańskiej zostaje na „górze gór i chmurze chmur” dręcząc się wyrzutami i milcząc niewymownie w ostatniej podniebnej knajpie sącząc ambrozję.



Karpowicz obnaża bogów, wyśmiewa się z bogów umiejętne w powieści nawiązując do mitów, wszelakich podań, Biblii i Koranu. Miesza to wszystko w powieściowym kotle i podaje na mistycznej tacy podważając smak i jakość potrawy. Oto Olga, Karpowiczowska bohaterka ludu kupująca w Biedronce, oto Janek „Luj podwórkowy” jakby nazwał go Michał Witkowski. Janek, który pod wpływem niewidzialnej boskiej ręki staje się dobrym i pomocnym chłopcem. Oto Rafał onanista, który na kanapie w swym domu w jednej ręce trzyma piwo, a w drugiej biodra nagiej bogini. Całą szlachetność bóstw mąci seks i wyuzdanie i chociaż niepoprawnością byłoby powiedzieć, że na tym osadza się ta powieść, to tak w istocie trochę jest.



Pisarz przedstawia w swej powieści niezwykły koniec świata. Ale nie tego ziemskiego, a boskiego. Kto mógł przypuszczać, że taka będzie kolej rzeczy. Ziemianie wygrali, boskość poszła „do piachu”. I jak tu mieć szacunek do boga, obojętnie jakiego, bo wszyscy byli tacy sami, pełni cech ludzkich, irytacji, zażenowania, wściekłości. Karpowiczowska boskość nie wiąże się w żaden sposób ze wszechwiedzą i wszechmocą. Jest podatna na zakazy i obostrzenia. Poznajemy Jezusa, pięknego boga chrześcijańskiego, który od czasów „krzyża” jest w delikatnym i milczącym konflikcie ze swoim Ojcem. Jest też Ramzes, który szuka w wodach Nilu swego przyrodzenia, jest Eros, który razem ze swymi „tatami” Aresem i Hermesem przybywa do Polski – kraju z promocji i stara się radzić sobie w mieszkanku z jednym pokojem, za to z łazienką z wielkim basenem.



Co ciekawe w powieści, Karpowicz z precyzją miesza wydarzenia religijne z literackimi, bo oto pojawia się Balladyna morderczyni swej siostry, która zakłada w „mieście miast” firmę cateringową służąc bogom i spełniając ich wszelkie zachcianki. Albo należy podejść do tematu inaczej i stwierdzić, że pisarz wszystkie postacie traktuje fikcyjnie, jak bohaterów literackich. Buduje on tutaj nową Biblię, zmienia historię, zamyka piekło, a później i niebo na trzy spusty. Brata bóstwa z ludźmi, nie ma tu różnicy między boskością a człowieczeństwem. Wszyscy są sobie równi, tak samo cierpią, tak samo kochają i finalnie tak samo umierają.



To powieść o wielu bohaterach, o zatarciu granic między jednam światem a drugim. Bohaterowie są w ciągłym ruchu, w ciągłej wędrówce. Tyczy się to zarówno bogów, jak i ludzi. Jezus wędruje ze świątyni do świątyni, rodzi się i umiera, Kama i Artur również są w podróży szukając swych przyjaciół. Losy bogów i ludzi wzajemnie się przenikają na początku, a z czasem stają się jednym. Nie wiadomo co będzie dalej, nie wiadomo jakie przyniesie to konsekwencje, jedno wiadomo, że zejście bogów na ziemię było nieuniknione. Karpowicz podważa tym samym stosunek do wszelakich religii i prowokuje do dyskusji. To powrót do mitologii greckiej, której znajomość nie raz przydaje się w trakcie czytania. To dobra powieść, nawet bardzo dobra i powinno się ją przeczytać.


Na półkach: Przeczytane

Podchodzę z dużą nieufnością do książek polskich autorów. Nie insynuuję moją nieufnością tego, że polscy autorzy są z gruntu źli. Skądże! Polscy autorzy, szczególnie ci nagradzani i hołubieni, naznaczeni są (a raczej ich książki) cechami, których nie znoszę i tolerować nie będę. Bo jak nie mesjanizm, to problemy w rodzinie, a to narodowa duma, gdzie indziej brak akceptacji społeczeństwa i jeszcze wszędobylski alkohol, kradziejstwo i homofobia.
Karpowicz zaskoczył.
Choć alkohol, kradziejstwo i homofobia także wystąpili. Lecz nie w rolach głównych.
Opis z tyłu tomiszcza nie mówi nic. No może trochę o schizofrenii autora i jego postaci. Okładka tylko akcentuje chorobę psychiczną (zestawienie dwóch fotografii starożytnej rzeźby oraz nagich dzieci w okularach przeciwsłonecznych ustawionych w kręgu naprzeciwko świeczki). I ten tytuł. „Balladyny i romanse”. Na początku przeczytałam „Ballady i romanse”, co tylko wzbudziło mój strach przed polskim romantyzmem, Mickiewiczem & Co. Poprawka na „Balladyny” nie zmniejszyła moich obaw – zmienił się tylko autor, pozostaliśmy w tej samej epoce.
Jeśli ktokolwiek ma podobne obawy do moich, nie czytał wcześniej recenzji i nadal nie chce przeczytać tej książki – na własną odpowiedzialność: polecam gorąco! Nie chcę ujawniać szczegółów, treści, w dzisiejszym języku – spoilerować. Abstrakcja, groteska, specyficzny humor wyśmiewający narodowe wady. Szybka zmiana scenerii, obraz na każdy wątek powieści z punktu widzenia różnych postaci, ciągłość wydarzeń. Karpowicz jeśli chciał zadziwić, zmienić stosunek czytelnika do polskiej literatury oraz do stylu pisania w ogóle - to udało mu się. Zachęcam również do czytania przeciwników Paulo Coelho. Dobry, sarkastyczny żart na temat jego książek na co dziesiątej stronie*.

*Grubo przesadzone, ale komizm i tak pozostaje na najwyższym poziomie :-).