Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dzień tryfidów

Tłumaczenie: Wacława Komarnicka
Seria: Mistrzowie SF i Fantasy
Wydawnictwo: Amber
7,37 (599 ocen i 70 opinii) Zobacz oceny
10
35
9
93
8
143
7
193
6
85
5
33
4
8
3
6
2
2
1
1
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
The Day of the Triffids
data wydania
ISBN
9788324112708
język
polski
dodał
Habdank

Inne wydania

Piękny zielony blask rozjaśnia noc, kiedy deszcz odłamków komety przelatuje nad Ziemią. Wszyscy podziwiają świetlny fenomen. I wszyscy tracą wzrok. Ludzkość pogrąża się w mroku. Nieliczni, którzy widzą, stają się przewodnikami ociemniałych. I jedyną szansą na przetrwanie ludzi, bezbronnych wobec krwiożerczych roślin, które opanowują planetę ślepców...

[z okładki, Wydawnictwo Amber, 2001]

 

Brak materiałów.
książek: 888
Alannada | 2016-04-14
Na półkach: Przeczytane

Natykałam się na tę książkę kilka razy, ale jakoś nie czyłam do niej „ciągu”. Aż w końcy brat mi o niej przypomniał w tym roku i ppoczułam „ciąg”. No i poszłam, znalazłam, zdobyłam i zwyciężyłam. To znaczy - przeczytałam. To jedna z tych powieści, których akcja rozgrywa się współcześnie, ale nie przeszkadzało mi to tak, jak zwykle mi przeszkadza.
Bill obudził się w szpitalu niezbyt pewny co do daty i pory dnia, a to z powodu opatrunku na głowie. Przebył on niedawno operację oczu po wypadku, który miał miejscce na farmie tryfidów. Kiedy, zaniepokojony brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony personelu, zdjął opatrunek (który i tak miał być ściągnięty tego dnia) odkrył, że świat, w którym się obudził, nie jest tym samym miejscem, w którym poszedł spać.
I nie, nie znaczy to, że został magicznie przeniesiony do innego universum, po prostu w trakcie tej nocy wiele się działo. Oto ludzie na całej Ziemi mogli obserwować niezwykłe zielone światła na niebie, fantastyczną feerię barw przypisywaną pojawieniu się komety i wpadaniu jej odłamków w naszą atmosferę.
Każdy, kto oglądał światła, stracił wzrok.
Ale to nie było najgorsze. To znaczy - samo w sobie było poważnym utrudnieniem dla ludzkości, jednakże ludzie mogli jakoś sobie poradzić, przyzwyczaić się do ślepoty i polegać na swoich widzących przewodnikach. Część populacji zachowała przecież wzrok i mogła służyć pomocą niewidomym. Tylko, że ludzkość nagle straciła przewagę nad roślinami, które stworzyła i rozsiała po świecie. Przed katastrofą były owe rośliny zaledwie źródłem olejów, ciekawymi ozdobami ogrodowymi i eksponatami. Teraz jednak ich trujące wici i upodobanie do padliny. A już czy to była padlina zwierzęca, czy ludzka... Można powiedzieć, że tryfidy (bo tak nazywały się te rośliny) wychodziły z założenia, że i tak wszystko smakuje jak kurczak. A ponieważ tryfidy poruszały się dośc cicho i mogły atakować z dość dużego dystansu (przy czym wystarczył jeden cios w nieosłonięte ciało, by prawie na pewno zabić człowieka) mogły spokojnie sobie ucztować na nieporadnych ślepcach.
Bill i jemu podobni musieli podjąć się trudnego zadania ratowania z cywilizacji ludzkiej tego, co się da. Przy czym wielu miała całkiem inne wizje tego, jak powinna wyglądać ta nowa cywilizacja, powstała na resztkach starej.
Ciężko mi było nie zwrócić uwagi na fakt, że podobne motywy pojawiały się w filmie, który niedawno oglądałam z Lordem Yau - 28 dni później. Też mamy bohatera budzącego się wopuszczonym szpitalu. Okazuje się on być jedynym, jak można na początku sądzić, ocalałym z jakiejś katastrofy o zasięgu krajowym. Rzecz także dzieje się w Brytanii. Niewidomi snują się trochę jak zombie... To znaczy zarażeni. No, a tryfidy żywią się między innymi ludziną, są czułe na dźwięki i otaczają sadyby ludzi prawie tak samo jak zombiaki. Także motyw z pierwszą zorganizowaną grupą zdorwych ludzi przypominał tochę ten z filmu, ku mojej radości jednak poprowadzono go inaczej. Wiadomo, film nie mógł zerżnąć wszystkiego, plus był bardziej pro-drastyczny.
Książkę czyta się przyjemnie, bo język jest łatwy do przyswojenia. Także dobre proporcje między akcją, opisami i rozważaniami bohaterów są przyczyną tego, że powieść czytało mi się bardzo dobrze. Zwroty akcji nie raz zaskakiwały mnie całkowicie.
Polecam szczególnie fanom fantastyki i książek typu „a po katastrofie...” Świetnie jest obserwować, jak bohaterowie muszą radzić sobie
Natykałam się na tę książkę kilka razy, ale jakoś nie czyłam do niej „ciągu”. Aż w końcy brat mi o niej przypomniał w tym roku i ppoczułam „ciąg”. No i poszłam, znalazłam, zdobyłam i zwyciężyłam. To znaczy - przeczytałam. To jedna z tych powieści, których akcja rozgrywa się współcześnie, ale nie przeszkadzało mi to tak, jak zwykle mi przeszkadza.
Bill obudził się w szpitalu niezbyt pewny co do daty i pory dnia, a to z powodu opatrunku na głowie. Przebył on niedawno operację oczu po wypadku, który miał miejscce na farmie tryfidów. Kiedy, zaniepokojony brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony personelu, zdjął opatrunek (który i tak miał być ściągnięty tego dnia) odkrył, że świat, w którym się obudził, nie jest tym samym miejscem, w którym poszedł spać.
I nie, nie znaczy to, że został magicznie przeniesiony do innego universum, po prostu w trakcie tej nocy wiele się działo. Oto ludzie na całej Ziemi mogli obserwować niezwykłe zielone światła na niebie, fantastyczną feerię barw przypisywaną pojawieniu się komety i wpadaniu jej odłamków w naszą atmosferę.
Każdy, kto oglądał światła, stracił wzrok.
Ale to nie było najgorsze. To znaczy - samo w sobie było poważnym utrudnieniem dla ludzkości, jednakże ludzie mogli jakoś sobie poradzić, przyzwyczaić się do ślepoty i polegać na swoich widzących przewodnikach. Część populacji zachowała przecież wzrok i mogła służyć pomocą niewidomym. Tylko, że ludzkość nagle straciła przewagę nad roślinami, które stworzyła i rozsiała po świecie. Przed katastrofą były owe rośliny zaledwie źródłem olejów, ciekawymi ozdobami ogrodowymi i eksponatami. Teraz jednak ich trujące wici i upodobanie do padliny. A już czy to była padlina zwierzęca, czy ludzka... Można powiedzieć, że tryfidy (bo tak nazywały się te rośliny) wychodziły z założenia, że i tak wszystko smakuje jak kurczak. A ponieważ tryfidy poruszały się dośc cicho i mogły atakować z dość dużego dystansu (przy czym wystarczył jeden cios w nieosłonięte ciało, by prawie na pewno zabić człowieka) mogły spokojnie sobie ucztować na nieporadnych ślepcach.
Bill i jemu podobni musieli podjąć się trudnego zadania ratowania z cywilizacji ludzkiej tego, co się da. Przy czym wielu miała całkiem inne wizje tego, jak powinna wyglądać ta nowa cywilizacja, powstała na resztkach starej.
Ciężko mi było nie zwrócić uwagi na fakt, że podobne motywy pojawiały się w filmie, który niedawno oglądałam z Lordem Yau - 28 dni później. Też mamy bohatera budzącego się wopuszczonym szpitalu. Okazuje się on być jedynym, jak można na początku sądzić, ocalałym z jakiejś katastrofy o zasięgu krajowym. Rzecz także dzieje się w Brytanii. Niewidomi snują się trochę jak zombie... To znaczy zarażeni. No, a tryfidy żywią się między innymi ludziną, są czułe na dźwięki i otaczają sadyby ludzi prawie tak samo jak zombiaki. Także motyw z pierwszą zorganizowaną grupą zdorwych ludzi przypominał tochę ten z filmu, ku mojej radości jednak poprowadzono go inaczej. Wiadomo, film nie mógł zerżnąć wszystkiego, plus był bardziej pro-drastyczny.
Książkę czyta się przyjemnie, bo język jest łatwy do przyswojenia. Także dobre proporcje między akcją, opisami i rozważaniami bohaterów są przyczyną tego, że powieść czytało mi się bardzo dobrze. Zwroty akcji nie raz zaskakiwały mnie całkowicie.
Polecam szczególnie fanom fantastyki i książek typu „a po katastrofie...” Świetnie jest obserwować, jak bohaterowie muszą radzić sobie na gruzach świata, który tak dobrze znali i ktory zdawał się taki stabilny, a zawalił się w przeciągu jednej nocy. To bardzo zacna lektura.

(http://dywagacjenadherbata.blogspot.com/2016/04/245-dzien-tryfidow-john-wyndham.html) gruzach świata, który tak dobrze znali i ktory zdawał się taki stabilny, a zawalił się w przeciągu jednej nocy. To bardzo zacna lektura.

(http://dywagacjenadherbata.blogspot.com/2016/04/245-dzien-tryfidow-john-wyndham.html)

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Festung Breslau

Najlepszy Krajewski z wszystkich jego książek. Oblężenie Breslau, trup ściele się gęsto a Mock szuka zabójcy /poruta.pl

zgłoś błąd zgłoś błąd