Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wszystkie poranki świata

Książka jest przypisana do serii/cyklu "Biblioteczka Interesującej Prozy". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Prószyński i S-ka
6,57 (58 ocen i 7 opinii) Zobacz oceny
10
6
9
8
8
3
7
15
6
8
5
8
4
4
3
5
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Tous les matins du monde
data wydania
ISBN
837337809X
liczba stron
84
słowa kluczowe
powieść francuska
kategoria
Literatura piękna
język
polski
dodała
Agnieszka

Po śmierci młodej, pięknej żony pogrążony w rozpaczy pan de Saint Colombe zamyka się przed światem i ludźmi, poświęcając się całkowicie muzyce i wychowaniu swoich dwóch maleńkich córeczek. Ale cudowne dźwięki, które tworzy, przedostają się poza mury samotni, ściągając nad Bièvre wysłanników króla i... cienie przeszłości. Pewnego wiosennego dnia u wrót starego domostwa staje nieśmiały...

Po śmierci młodej, pięknej żony pogrążony w rozpaczy pan de Saint Colombe zamyka się przed światem i ludźmi, poświęcając się całkowicie muzyce i wychowaniu swoich dwóch maleńkich córeczek. Ale cudowne dźwięki, które tworzy, przedostają się poza mury samotni, ściągając nad Bièvre wysłanników króla i... cienie przeszłości.

Pewnego wiosennego dnia u wrót starego domostwa staje nieśmiały młodzieniec o twarzy czerwonej jak grzebień starego koguta. Młodzieniec nazywa się Marin Marais i pragnie zgłębić tajniki gry na violi. Wraz z jego przybyciem spokojne życie nad Bièvre zamienia się w dramat

 

źródło opisu: Prószyński i S-ka, 1997

źródło okładki: http://www.proszynski.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 0
| 2011-11-24
Na półkach: Przeczytane, Ulubione, Posiadam

Pascal Quignard dokonał, zda się, niemożliwego. Nieliczne karty tej powieści po brzegi wypełnił muzyką, zaklinając w literach pełne tęsknoty płacze, miłosne westchnienia, szepty obietnic. To krótkie dzieło stało się podstawą dla filmu o tym samym tytule. Filmu, będącego jedną z najjaśniejszych pereł kinematografii francuskiej, w którym zadebiutował u boku swojego ojca świętej pamięci Guillaume Depardieu. Jako amatorka zarówno powieści, jak i jej ekranizacji, nie jestem jednak w stanie stwierdzić, nad czym wylałam więcej łez wzruszenia.

Surowa prostota książki czyni ją utworem niejako predestynowanym do stania się scenariuszem. Brak tu rozbudowanych opisów, partii dialogowych, akcji we współczesnym tego pojęcia rozumieniu. Nieliczni bohaterowie nie prowadzą dialogów wewnętrznych, nie analizują swoich uczuć, pozostawiając swoje myśli zagadką dla czytelnika - zagadką, którą nagle rozwiązują poprzez działanie. Jak przy takim sposobie kreślenia portretu, udało się autorowi stworzyć typy o wyraźnym charakterze, typy głębokie i zwarte? Wydaje mi się, że odpowiedzią na to pytanie jest inspiracja bohaterem corneilleańskim, jednak odartym z patriotyzmu i patosu dramatów z tłem politycznym. Corneilleanizm bohaterów Quignarda to przede wszystkim niezłomna wola przejawiająca się w konsekwencji postępowania, czyniąca prostych ludzi wielkimi. Monsieur de Sainte Colombe poświęca się muzyce, rezygnując z bycia prawdziwym ojcem. Nie analizując motywów swojego postępowania, nie przeżywa tym samym wzlotów i upadków motywacji, pozostając całkowicie wiernym obranej drodze. Madelaine poświęca się miłości, a kiedy ją traci, pozostaje wielka w zatwardziałym żarze swojego cierpienia. Motorem ich działania, jak u Corneille'a, jest poza tym miłość. Miłość różnie pojmowana i realizowana w odmienne sposoby, zawsze jednak związana z muzyką.

Muzyka jest tu osią akcji. Wątki poboczne, jak miłość, jak połyskujący zwodniczo w tle Wersal, jak delikatny akcent polityczny (Port-Royal, o którym wspomnę później), są przez muzykę determinowane. Monsieur de Sainte Colombe tęskni za żoną - sięga po violę. Madelaine umiera - przed śmiercią chce usłyszeć "La Reveuse". Miłość Maraisa i Madelaine zaczyna się od muzyki. Wersal interesuje się Sainte Colombem z uwagi na jego twórczość. Muzyka staje się kością niezgody pomiędzy mistrzem a uczniem, wreszcie jednak staje się spoiwem, które ich pogodzi. Muzyka jest integralnym elementem życia każdego bohatera tej krótkiej powieści, którą można właściwie, właśnie z uwagi na tę znikomą ilość wątków, a także niewielkie gabaryty, przyrównać do noweli. Rozmiar zdeterminował tu "gęstość". Przełożona na ekran książka nie pozostawia reżyserowi miejsca na domysły i dłużyzny, precyzyjnie określając następujące po sobie wydarzenia, gesty i słowa postaci. W efekcie otrzymujemy dzieło syntetyczne, pod każdym względem dopracowane i przemyślane.

Narrator, Marin Marais, najbardziej dynamiczna postać w tekście, to początkujący muzyk. Poznajemy go jako młodzieńca zapalczywego, lecz już naznaczonego stratą. Obserwujemy, jak staje się mężczyzną zepsutym przez bliskość dworskiego otoczenia Ludwika XIV, jak poddaje się panującym modom, jak oddala się od tego, co naprawdę jest muzyką, na rzecz bycia "grajkiem". Widzimy, jak wiek męski uświadamia mu jego zgniliznę i marność dokonań, jak przychodzi do starego mistrza, by pojąć w końcu jego nauki, nauki, które w wieku młodzieńczym deprecjonował przez swoją hardość, a którymi później wręcz pogardzał uważając je za mało życiowe. Najbardziej niezwykłą postacią jest tu jednak Sainte Colombe. Człowiek, który odziera definicję artysty z tego, co tak chętnie mu się przypisuje - z marzycielstwa, z roztargnienia, z romantycznego zamyślenia, łagodności i indywidualizmu przejawiającego się nie w śmiałości poglądów, a w dziwactwie. Sainte Colombe jest jansenistą, człowiekiem niezwykle surowym, który po śmierci ukochanej żony jeszcze bardziej pogrąża się w swoim zatwardziałym milczeniu. Zaczyna żyć przeszłością, traktując swoją muzykę jako sposób na wyrażenie tego, czego wyrazić nigdy nie umiał za pomocą słów. Muzyka nie jest jednak dialogiem, ponieważ z uwagi na swą boską niemal naturę nie może być przeznaczona dla żywych. To monolog, którego wysłuchać mogą wszyscy, a który prawdziwie rozumieją jednak tylko ci, którzy już odeszli, lub jeszcze się nie narodzili. By się nie rozpraszać, wyprowadza się do ogrodowej chatki, gdzie odgrywa koncerty przeznaczone dla jednych uszu - dla uszu ukazującej mu się zmarłej żony.

Obu mężczyzn, choć pierwotnie spoić miała ich muzyka, łączy strata, którą uświadamiają sobie na różne sposoby. Marais nie dopuszcza do siebie wyrzutów sumienia i nie obarcza się winą za śmierć Madelaine, choć przyczynił się do niej ponad wszelką wątpliwość. Sainte-Colombe nie dopuszcza do siebie emocji i nie umie okazać córce ciepła nawet wtedy, gdy ta leży na łożu śmierci. Jedynym wyrazem uczucia, jaki znajduje, to gniecione brzoskwinie, którymi chce ją karmić - ponieważ tym karmiła go ukochana żona, czyniąc smak tych owoców smakiem jednoznacznie kojarzącym się z miłością. Dla tego pierwszego, odejście Madelaine będzie zalążkiem zmiany, która zaowocuje nawróceniem na drogę muzyki. Dla drugiego - kolejny cios, który zachwieje sensem jego życia.

Czytelnik z pewnością ma świadomość, że zarówno Marin Marais jak i Monsieur de Sainte Colombe to postaci autentyczne, prawdziwy uczeń i prawdziwy mistrz. Poza nimi w filmie pojawiają się jeszcze - acz w sposób niezwykle miglisty - Ludwik XIV oraz...Racine i Pascal. Wspomniany w dwóch może zdaniach Port Royal oraz "heretycy", których potępiono, to właśnie ci wybitni intelektualiści swojej epoki, których poglądy i działania niekoniecznie pokrywały się z polityką dworu. Warto wiedzieć, że Port Royal był niewielkim opactwem cysterek, w 1709 roku zrównanym z ziemią, jednak w czasach swojej działalności skupiającym ludzi o określonych przekonaniach religijnych, to znaczy - głoszących konieczność odnowy moralnej i potępiających wszechogarniającą zgniliznę obyczajów. Znajomość tego drobnego faktu rzuca trochę inne światło na te delikatne sugestie autora poczynione w tekście, a także poszerza spektrum odbioru książki przez pryzmat postaci Sainte Colombe'a, który był jansenistą.

Usiłuję wystrzegać się streszczania fabuły, jednak bez mglistego jej zarysowania opowiadanie o tej książce jest po prostu niemożliwe. Cóż można powiedzieć o języku, który wydać może się ubogim i mało plastycznym, a który w istocie stanowi kunsztowny ozdobnik z surowego metalu? Cóż o postaciach, które niewiele ze sobą rozmawiają i nie odsłaniają się przed nami, a mimo wszystko wzbudzają współczucie, obrzydzenie, sympatię? To zadanie niezwykle trudne, stąd też nie sądzę, bym była w stanie mu podołać bez posiłkowania się umieszczonymi w tej krótkiej recenzji zdradzieckimi fragmentami wydarzeń opisanych przez Quignarda z taką finezją.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Ostatni list od kochanka

"Czy zwykły list może komuś zaszkodzić?" Młoda dziennikarka Ellie natrafia na stare listy z lat 60-tych. Okazuje się, że w tej koresp...

zgłoś błąd zgłoś błąd