Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Belcanto

Tłumaczenie: Aleksandra Wolnicka
Seria: Jej Portret
Wydawnictwo: Rebis
6,2 (196 ocen i 22 opinie) Zobacz oceny
10
7
9
16
8
15
7
52
6
50
5
28
4
8
3
10
2
5
1
5
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Bel Canto
data wydania
ISBN
9788375101393
liczba stron
410
słowa kluczowe
zamach, komedia, patchett
kategoria
satyra
język
polski
dodał
Franciszek

Inne wydania

Na przyjęcie organizowane przez jedno z ubogich państw Ameryki Południowej wdziera się grupa porywaczy, planująca uprowadzenie prezydenta. Ten jednak niespodziewanie został w domu, by obejrzeć kolejny odcinek ulubionej opery mydlanej. Plan zamachowców legł w gruzach, a napaść przeradza się w oblężenie. Między agresorami a ich ofiarami – wśród których jest piękna amerykańska diwa operowa i jej...

Na przyjęcie organizowane przez jedno z ubogich państw Ameryki Południowej wdziera się grupa porywaczy, planująca uprowadzenie prezydenta. Ten jednak niespodziewanie został w domu, by obejrzeć kolejny odcinek ulubionej opery mydlanej. Plan zamachowców legł w gruzach, a napaść przeradza się w oblężenie.

Między agresorami a ich ofiarami – wśród których jest piękna amerykańska diwa operowa i jej wielbiciel, japoński biznesmen – rodzą się silne więzi, a to, co miało być koszmarem, zamienia się w raj na ziemi… aż do zaskakującego końca.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 4834
orchisss | 2011-02-27
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 23 grudnia 2010

Recenzja z lutego 2012 r.

Jak mawia stare porzekadło - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Czy więc nie powinno czytać się dwa razy tej samej książki? Brwi unosicie, powoli ślecie słowa oburzenia w moją stronę. Nic dwa razy się nie zdarza, a każda książka przeczytana raz kolejny - zostanie przez nas odebrana inaczej. Wracając jednak do pytania, które sama sobie zadałam - nie, zdecydowanie nie czyta się dwa razy tej samej książki. Oczywiście, jeśli za pierwszym razem nam się nie spodobała.

"Belcanto" dość powściągliwie recenzowałam ponad rok temu (swoją drogą można zauważyć, ile daje dużo pisania - moje recenzje zrobiły bardziej rozwlekłe). Wtedy, za pierwszym razem nie spodobała się. Ba! Nawet za dobrze nie zapamiętałam treści. Okazja do ponownego zajrzenia do niej pojawiła się z okazji lutowego spotkania poznańskiego Klubu z Kawą nad Książką. Tak się nieszczęśliwie poskładało, że na spotkaniu pojawić się nie mogłam, książkę jednak postanowiłam mimo wszystko doczytać. Z ciekawości, z przekory, a chyba przede wszystkim z chęci sprawdzenia się - ile pamiętam z treści po ponad dwunastu miesiącach i czy czas oraz kondycja psychiczna, jaką prezentujemy w momencie czytania danej książki mają tak naprawdę wpływ na odbiór tekstu. Przynajmniej w moim wypadku.

I jak wypadł eksperyment? W przeciwieństwie do poprzedniej recenzji/opinii mogę bardziej zdecydowanie opowiedzieć się za tym, że subiektywnie książka mnie nie porwała. Nie potrafię jednak odmówić jej paru zalet - doskonale opisanych postaci, absurdalnego, niemal groteskowego podejścia do tematu oraz nieszablonowości. Niepokoi mnie jednak fakt, że w trakcie czytania nie otwierały się szufladki z gotowymi (znanymi już przecież) rozwiązaniami i zakończeniami. Ja naprawdę niemal nic z tej książki nie pamiętałam. Dużo czytam - to prawda. Bardziej jednak obawiam się, że historia opowiedziana przez Ann Patchett jest na tyle prosta (za chwilę się z tego słowa wytłumaczę), że taką się ją właśnie zapamiętuje. Bez niuansów, które przyuważone przy drugim czytaniu, zrobiły na mnie spore wrażenie.

Dlaczego użyłam określenia "prosta" na tę historię? Tytuł sugerowałby skojarzenia z muzyką. Bel canto to przecież styl w muzyce, w którym śpiew ma współgrać z linią melodyczną. Styl ten był uprawiany najchętniej w baroku, a ten okres w muzyce to z kolei bardzo utylitarne ujęcie tematu - utwory muzyczne miały przede wszystkim uczyć. "Belcanto" Ann Patchett, mimo mnogości elementów wskazujących na muzykę, bardziej odbieram jako obraz pod tytułem "Na pewno porwanie?". Wszelkie smaczki związane z opisem postaci, porównań umkną mi szybko i obawiam się, że znowu zapamiętam tylko tyle, że książka jest historią ataku terrorystycznego, który przemienia się w farsę.

Szczerze łudziłam się, że czytając tę książkę w grudniu 2010 roku byłam na tyle zaaferowana swoim poplątanym życiem, że książki tej najzwyczajniej nie doceniłam. To również, jednak nadal nie potrafię zachwycić się tą historią. Dużą radość sprawiały mi różne detale, które wychwytywałam, doceniając jak bardzo autorka dopracowała szczegóły specyfiku kraju, w którym rozgrywa się akcja (nienazwany kraj w Ameryce Południowej). Portrety charakterologiczne postaci są po prostu świetne. Jednak nie zawsze (moim zdaniem!) doskonałe składniki tworzą dobrą całość.

Książka jest mocno przyzwoita i wiem, że są osoby, którym bardzo się spodobała. Swoją ocenę zmieniłam, nieco ją podnosząc. Czułam się jednak, ponownie, dość sfrustrowana tą historią i nie umiałam dać się jej ponieść. Dlatego podtrzymuję swoje zdanie, że książki, które nie spodobały mi się za pierwszym razem - będę obchodzić raczej z daleka.

Recenzja z grudnia 2010 r.

O syndromie sztokholmskim słyszeli chyba wszyscy. Pojawia się on u ofiar porwania, które zaczynają sympatyzować z osobami je przetrzymującymi. A czym jest syndrom limski? Ano właśnie sytuacją odwrotną - to przetrzymujący współczują swoim zakładnikom.

Między innymi o tym jest książka "Belcanto" Ann Patchett. Moje odczucia? Dziwnie mi strasznie po przeczytaniu tej książki. Bo nie wiem co napisać. I podobała mi się i nie podobała. Dziwna, nierealna. Nieprzystająca zupełnie do tego co dzieje się wokół nas. Rzekomo inspirowana wydarzeniami autentycznymi - zainteresowanych odsyłam tu. Autorka otrzymała za nią nagrodę Orange Prize w 2002 roku. Z nagrodami jak jest każdy wie. Zaskakujące jest to, że książka zaczęła mnie serio wciągać dopiero pod samiuśki koniec [sic!] - stąd moja zasada, że każdej książce daję szansę do końca.

Co na plus? Postaci - ciekawe portrety ciekawych ludzi. Każdy jest tam Kimś. I nie jest postacią papierową. Na plus leniwa atmosfera książki, która totalnie wytrąca nas z przeświadczenia, że czytamy książkę o porwaniu, zakładnikach, o brutalności. Jest leniwie, błogo.

Polecam? Nie polecam? Nie wiem. Naprawdę trudno jest mi się jednoznacznie odnieść do tej książki. Nie czuję, że zmarnowałam czas, ale nie czuję też, że wniosła ona coś fajnego w moje jestestwo. Stąd pewnie i taka ocena.

bazgradelko.pl

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Pierwsze życie Angeli M.

Praca dająca wgląd w początki kariery politycznej Angeli Merkel oraz kontekst historyczny tej kariery. Ułatwia to zrozumienie współczesnej polityki Ni...

zgłoś błąd zgłoś błąd