Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Wyspa klucz

Wydawnictwo: Znak
7,46 (283 ocen i 38 opinii) Zobacz oceny
10
12
9
44
8
83
7
87
6
41
5
13
4
2
3
1
2
0
1
0
Darmowe dodatki Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
978-83-240-1161-2
liczba stron
315
słowa kluczowe
Nagroda Literacka Gdynia
kategoria
literatura faktu
język
polski
dodał
Marcin

Najnowsza książka cesarzowej polskiego reportażu. Małgorzata Szejnert, autorka książki Czarny ogród, zabiera nas tym razem w daleką podróż na Ellis Island, małą wyspę u wybrzeży Nowego Jorku, która przez lata była nazywana "bramą do Ameryki". Od końca XIX wieku do lat 50. wieku XX mieściło się na niej centrum przyjmowania imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. W tym czasie przez...

Najnowsza książka cesarzowej polskiego reportażu. Małgorzata Szejnert, autorka książki Czarny ogród, zabiera nas tym razem w daleką podróż na Ellis Island, małą wyspę u wybrzeży Nowego Jorku, która przez lata była nazywana "bramą do Ameryki". Od końca XIX wieku do lat 50. wieku XX mieściło się na niej centrum przyjmowania imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych. W tym czasie przez wyspę przewinęło się blisko 12 milionów osób. Większość przebywała na niej zaledwie kilka godzin. Ci, którzy mieli mniej szczęścia, spędzali tam nawet do kilkunastu miesięcy, przechodząc długotrwałą kwarantannę i najróżniejsze badania. Inni zaś byli po prostu odsyłani z powrotem, ponieważ zgodnie z ustawami imigracyjnymi zakaz wstępu obejmował: "idiotów, chorych umysłowo, nędzarzy, poligamistów, osoby, które mogą się stać ciężarem publicznym, cierpią na odrażające lub niebezpieczne choroby zakaźne, były skazane za zbrodnie lub inne haniebne przestępstwa, dopuściły się wykroczeń przeciw moralności" oraz tych, którzy nie mieli pieniędzy na podróż w głąb kraju. Autorka nie tylko śledzi dramatyczne losy emigrantów polskich, żydowskich, niemieckich czy włoskich, ale dzięki ogromnej reporterskiej pasji i dociekliwości ożywia postaci pracowników stacji na Ellis Island - lekarzy, pielęgniarek, komisarzy, tłumaczy oraz opiekunek społecznych, a nawet przyzwoitek. To fascynujący reportaż, bogato ilustrowany unikatowymi zdjęciami archiwalnymi.

 

pokaż więcej

książek: 156
Magdalena Szyszka | 2011-09-14
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: maj 2011

Za plecami statuy wolnośßci
Stany Zjednoczone to z całą pewnością kraj imigrantów. Kim bowiem jest współczesny przeciętny Amerykanin, jeśli nie potomkiem ludzi, którzy tam przybyli
z Europy czy Azji, albo zostali przymusowo przywiezieni z Afryki? Napływ imigrantów do nowej ziemi obiecanej był tak wielki, że pod koniec XIX wieku postanowiono
stworzyć stację przejściową dla przybywających, by tam sprawdzać ich stan zdrowia, dokumenty czy prawo do przyjazdu i osiedlenia się.

Założono ją na niewielkiej wysepce Ellis Island, położonej nieopodal wybrzeża Nowego Jorku. Kiedyś Indianie Lenni Lenape chowali tu swoich zmarłych, a okoliczne
wody roiły się od najlepszych ostryg, ale te czasy minęły bezpowrotnie. Wyspa okazała się świetnym miejscem do tego celu, ponieważ siłą rzeczy była odizolowana
od reszty kraju i znajdowała się dosłownie za plecami słynnej Statuy Wolności, cóż za okrutna symbolika. Pasażerów przybijających do nabrzeża statków natychmiast
kierowano na promy, które dowoziły ich na wyspę. Tu imigranci byli badani, najczęściej w trybie sześciosekundowym. Z czasem stacja była rozbudowywana i
powstawały również szpitale, w których chorych leczono, nim mogli wkroczyć na teren USA. Badano nie tylko stan fizyczny, ale również zdrowie psychiczne.
Tu również sprawdzano dokumenty przybyłych, ich prawo do przyjazdu i osiedlenia się w nowym kraju oraz cele podróży. Warto zaznaczyć, że to wszystko dotyczyło
najbiedniejszych podróżnych, tych, którzy przypływali do Ameryki na tzw. Steerage, w fatalnych warunkach higienicznych i sanitarnych. Wielu z tych ludzi
wsiadało na statek w przynajmniej przyzwoitym stanie zdrowia, ale tam łatwo szerzyły się najróżniejsze choroby. Władze dbały o nierozprzestrzenianie epidemii
oraz o to, by nie przyjmowano imigrantów, którzy automatycznie staną się dla społeczeństwa ciężarem, a zatem niepełnosprawnych fizycznie, upośledzonych
umysłowo, chorych psychicznie. Takich odsyłano z powrotem. Okrutne to, ale niepozbawione rozsądku.

Dziś na Ellis Island znajduje się muzeum imigracji. Muzeum, w którym współcześni Amerykanie mogą choć spróbować poczuć to, co było udziałem ich zwykle przerażonych
i zabiedzonych przodków, schodzących na ten niezbyt przecież gościnny ląd. A oni taszczyli ze sobą wszystko, co mieli. Kufry, kuferki, walizki, tobołki
i tłumoczki, dzieci uczepione matczynych spódnic, chustki na głowach, za ciężkie buty, za ciężkie bagaże, za dużo strachu o przyszłość i za mało sił po
tak wyczerpującej podróży. Na dzisiejszej Ellis Island możemy też obejrzeć kolekcję zdjęć zrobionych imigrantom, często tym, którym się nie udało, którzy
zostali zatrzymani do wyjaśnienia albo musieli wracać skąd przybyli.

Małgorzata Szejnert szczegółowo opowiada o samej wyspie, o jej kolejnych komisarzach, którzy zresztą często byli ciekawymi postaciami, o pracujących tam
lekarzach, tłumaczach, fotografach, tragarzach, matronach, sekretarkach. Wielu z tych ludzi prowadziło zapiski, niektórzy później wydali książki i to one
stały się bardzo cennym źródłem informacji o wyglądzie imigrantów, ich cechach charakterystycznych, zachowaniu, a nawet zapachach, jakie ze sobą przywozili.
Autorka podobnie, jak to było w „Czarnym ogrodzie”, odtwarza dzieje wyspy i ludzi, którzy się przez nią przewinęli, a zaczynając jakiś wątek, nigdy go
nie gubi ani nie pozostawia niezakończonego. Wiemy zatem dokładnie, w jakich okolicznościach żyli i umierali opisywani pracownicy stacji. Znajdziemy tu
również kilka zatrzymanych przez carską cenzurę listów do Polski. Pisali je zwykle mężowie do swych żon, zachęcając do sprzedania całego dobytku i przyjazdu
do Ameryki, gdzie żyje się lepiej i jest więcej szans. Jest coś niemal rozczulającego w tym, jak autorka wciąż poszukuje na listach osób przybyłych na
wyspę jednej kobiety – Franciszki Jagielskiej, która miała dołączyć do swego męża Józefa.

Ta wyspa miała być swoistym kluczem do bram raju, do wymarzonego świata, w którym wszystko miało być lepsze i łatwiejsze. Każdy z imigrantów poza bagażami,
przywoził ze sobą swoje marzenia, nadzieje, plany. Niejedne się ziściły, ale wiele pozostało nigdy niespełnionych, bo kim mogli być chłopi czy niewykwalifikowani
robotnicy, często nieumiejący czytać i pisać, kim mogli być więcej w nowym kraju? Co zyskiwali, gdy już dano im prawo do ujrzenia twarzy słynnej Liberty?


Poszczególne części książki oddają bardzo dobrze kolejne etapy funkcjonowania wyspy i fal imigracyjnych. Bywały bowiem lata, kiedy przypływało tam kilka
tysięcy imigrantów dziennie, bywało jednak też, że było ich o wiele mniej, a w okresie wielkiego kryzysu zaczął się ruch w przeciwną stronę, powroty do
starych krajów, gdy ten nowy zawiódł. Ellis Island jako stacja imigracyjna umarła w 1954 roku śmiercią naturalną, a przyczyną tej śmierci było coraz większe
rozpowszechnienie transportu lotniczego. Ludzie przestali przypływać statkami do Ameryki, przybywali samolotami przelatującymi nad coraz bardziej niepotrzebną
i niszczejącą wyspą.

Całe szczęście, że Ellis Island nie zniszczała całkowicie, że pamięta się dziś, choćby symbolicznie o wszystkich tych, którzy postawili swą stopę na tym
lądzie, o wszystkich, którzy szukali lepszego życia, lepszego świata i mimo ogromnego przerażenia, mieli odwagę, by wyruszyć w tak daleką podróż, pozostawić
za sobą wszystko, często spalić mosty i zacząć od nowa w nowym miejscu, w nowym kraju. Jest to tym bardziej ważna książka, że jak wskazuje sama autorka,
w Polsce o Ellis Island się nie pisze i nie mówi, w naszej polskiej świadomości ta wyspa zupełnie nie istniała. Mnie osobiście nazwa ta dotąd absolutnie
nic nie mówiła, a przecież powinna, bo jest to również fragment naszej historii.

Podziwiam Małgorzatę Szejnert za lekkość pióra, za przyjemność, jaką ewidentnie sprawia jej pisanie i obcowanie z tematem, który porusza, za czułość i wzruszenia,
jakie z pewnością były i jej udziałem, gdy sama poznawała opowiadane nam historie. Jej reportaże są świetne warsztatowo, ale jest w nich też coś, co wymyka
się wszelkim klasyfikacjom i czego nie da się w żaden sposób nauczyć ani udoskonalić, jest ogromna wrażliwość, ciekawość, dociekliwość i zainteresowanie
każdym pojedynczym człowiekiem, bez którego nie byłoby przecież żadnej większej całości, żadnej wielkiej historii. Gorąco polecam tę książkę, bo opowieść
o tej wyspie i związanych z nią ludziach naprawdę warto poznać.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Murder Park. Park morderców

Spodziewałam się czegoś innego,a dostałam coś innego.Podobał mi się pomysł ze znakami zodiaku i morderstwami.Jeśli chodzi o wyspę i lunapark-to już by...

zgłoś błąd zgłoś błąd