pokaż co czytasz i dowiedz się,
co czytają Twoi znajomi.
Kliknij tutaj i dołącz do nas!
Zimowy monarcha
„A teraz brońcie się sami” – tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów.
Brytania, V wiek po Chrystusie, najmrocznie...
„A teraz brońcie się sami” – tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów.
Brytania, V wiek po Chrystusie, najmroczniejszy czas w dziejach wyspy. Rzymianie odeszli, ich śladem podążają pogańscy bogowie. Święte ognie gasną – nadchodzi era chrześcijaństwa…
Pogrążona w chaosie, podzielona na walczące ze sobą królestwa Brytania z trudem opiera się saksońskiej inwazji. Los wyspy wydaje się przesądzony. Starzejący się władca, Uther, nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, który po jego śmierci objąłby przywództwo w walce ze zdradzieckimi Sasami. Jedynym człowiekiem, który może sięgnąć po koronę i zjednoczyć kraj, jest podopieczny czarownika Merlina i nieślubny syn Uthera – Artur. Młody mąż stanu ma przeciwko sobie nie tylko saksońską furię, ale również zawistnych i nieprzychylnych mu ludzi. Uzbrojony w odwagę i honor, zdeterminowany, by ocalić Brytanię przed ostateczną klęską, musi stanąć do nierównej walki nie tylko ze zbrojną potęgą, ale również z siłami, których nie sposób zrozumieć… Nękany wątpliwościami, targany namiętnością, kochany i zdradzany, wielbiony i znienawidzony, Artur jest nie tylko symbolem honorowej walki o ginący świat – jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości.
pokaż więcej.
Moja Biblioteczka
Gdzie kupić?
Opinie znajomych
-
895
-
20
-
373
Opinie czytelników
„Zimowy monarcha” to wyjątkowa powieść, jednakowoż MAGICZNA co i MAGNETYCZNA. Dla mnie tak piękna, że nie ma odpowiedniej liczby gwiazdek, abym mogła satysfakcjonująco ją ocenić. To Perła wśród pereł.
Bernard Cornwell do mistrz słowa, gawędziarz, dawny bard, który wyśpiewuje prozą pieśń o bardzo odległych czasach, pełnych niepokoju, konfliktów politycznych, militarnych oraz religijnych w które wplecione były losy maluczkich.
Narratorem opowieści jest waleczny lord Derfel, nieustraszony Rycerz, zaś głównym bohaterem Artur, jego najwierniejszy przyjaciel, niedościgniony wódz-strateg, najprawdziwszy heros stawiający czoła potężniejszym.
Akcja książki dzieje się, jak to określa Pisarz, w „mrocznych wiekach”, czyli w 5 wieku n.e. kiedy to ziemie Brytów opuścili Rzymianie pozostawiając zromanizowanych rdzennych mieszkańców na pastwę przerażająco bezlitosnych, krwiożerczych i nienawistnych wrogów, do których należeli Irlandczycy, dziwni mieszkańcy szkockich gór oraz najgroźniejsi, czyli Saksonowie. Brytowie musieli się bronić, co ni ebyło łatwe. Królestwo Brytanii było bowiem podzielone na krainy, które posiadały własnych władców, często zwaśnionych między sobą. Wrogowie byli więc wszędzie i wewnątrz Brytanii i poza jej granicami.
W książce występuje ogromne bogactwo wątków. Cechuje je ogromny dynamizm i rozmaitość. Nie sposób jest streścić tego bezmiaru. Jednym, banalnym określeniem, które wydaje mi się w tym wypadku najwłaściwsze, można powiedzieć, że w tej książce znaleźć można dosłownie wszystko, co ważne i co charakterystyczne dla życia, czyli tak z grubsza powiem, że jest polityka, walka o władzę, bardzo trudne decyzje, miłość komplikująca życie i wpływająca na sprawy najwyższej rangi, braterstwo, przepiękne prawdziwe przyjaźnie, o których można marzyć, kłótnie i przymierza, szlachetność, piękno…, ale jest również brzydota, czyli zło, knowania, nienawiść, podłość, zazdrość, żądza władzy, przemoc i gwałt, zdrada, szaleństwo i pasja, rany, które powodują wściekłą i ślepą chęć zemsty, walka, wspaniałe opisy czarów i dawnych druickich wierzeń.
Bernard Cornwell stworzył zachwycającą galerię, żywych, z krwi i kości, postaci, pozytywnych oraz mrocznych. Muszę wymienić chociaż niektórych, a mianowicie: oprócz wspomnianych już Artura i Derfla, jest wielki czarnoksiężnik, przed którym uginały się wszystkie kolana, Merlin, następnie jego podopieczna, waleczna Nimue, anemiczny Tristan, niepokonany Galahad i wzbudzający we wrogu trwogę Sagramor, podstępny i zdradziecki Gundelus czy rozdarty między dobro a zło Owain, o wściekłym Gorfydydzie nie wspomnę. Bardzo ciekawie jest ukazany Lancelot, dla mnie Narcyz-Cwaniak z piekła rodem. Oczywiście jest również tak samo piękna co i sprytna Ginewra, która świadomie okręca sobie z wdziękiem wszystkich wokół paluszka.
Zwieńczeniem opowieści jest bitwa w dolinie Lug, która przewija się przez ostatnich kilkadziesiąt stron. Jest to prawdziwy majstersztyk batalistyczny poruszający emocje i budzący zachwyt.
Na końcu książki znajduje się Słowo od Autora, mówiące o źródłach historycznych, rzucające dodatkowe światło na całość.
Fanką Pisarza stałam się mniej więcej w połowie czytania Zimowego monarchy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego. Jestem przekonana, że kolejne części cyklu arturiańskiego napisane są z równie mistrzowskim epickim rozmachem.
Książkę polecam zarówno młodemu czytelnikowi jak i dojrzałemu. Myślę, że swym pięknem i mądrością jest w stanie poruszyć każdego.
To bardzo wartościowa lektura pod wieloma wzgledami dlatego zdecydowanie zachęcam.
Legenda o królu Arturze jest większości z nas dobrze znana, choć ja akurat należałam do tej niechlubnej mniejszości ;) Osobiście rzadzko sięgam po książki historyczne i początkowo nie miałam ochoty do niej zajrzeć. Jednak czytając blogi, recenzje nabrałam chęci zmierzenia się z samą sobą, tą książką i postanowiłam ją przeczytać. Powieść przypadła mi do gustu i ze zdziwieniem mogę stwierdzić, że chyba zaczynam lubić te historyczne lektury :) Jednym słowem warto próbować nowych gatunków, bo można się miło zaskoczyć.
„Zimowy monarcha” to pierwsza część Trylogii Arturiańskiej rozgrywająca się w V wieku, w mrocznych, tajemniczych czasach średniowiecza. Derfel, ocalony cudem chłopiec, wojownik Artura opowiada z perspektywy wielu lat historię jakiej był świadkiem..Uther, schorowany król Brytanii, czuje zbliżający się kres swego życia. Po jego śmierci na tron ma zasiąść wnuk Mordred, który jest jednak zbyt młody. Rozwiązaniem jest nieślubny syn Uthera – Artur, który chciałby zjednoczyć kraj i strzec Mordreda do czasu osiągnięcia odpowiedniego wieku, ale nie jest zbyt „popularny” i nie ma zwolenników, za to wrogów jak najbardziej. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów? Czy w ogarniętej chaosem Brytanii zapanuje ład i porządek? Polecam tę książkę każdemu bez wyjątku!
Liczni bohaterowie, opisani z najdrobniejszymi szczegółami oraz mnogość miejsc, w których toczy się akcja są imponjące. Nie przeszkadza to w zrozumieniu istoty fabuły, lepiej pozwala wczuć się nam w historię i co najważniejsze nie przytłacza podczas czytania. To co mnie urzekło to również niezwykły styl pisarski autora, który celowo wprowadził archaiczne słownictwo, ale w przystępny dla czytelnika sposób. Dlatego mimo ponad 500 stron, książkę czyta się szybko i lekko.
Odrobina magii i mistycyzmu, tajemniczy, mroczny klimat, ciekawe wątki, wartka akcja a całość owiana niezwykłą legendą.. Cóż więcej chcieć? Zapraszam wszystkich do tej wciągającej lektury :)
''Zimowy monarcha'' autorstwa Bernarda Cornwella jest powieścią historyczną, która opowiada o dzielnym królu Arturze, bohaterach walczących w obronie Brytanii. Historyczne wątki przeplatane są z fikcją, zaklęciami i wierzeniami pogan. Czytając tyle pozytywnych recenzji o tej trylogii, postanowiłam, że sama przeczytam i przekonam się czy jest się nad czym wychwalać.. :)
Bernard Cornwell (bo tak ma na imię autor ''Zimowego Monarchy''), jest pisarzem nie tylko powieści historycznych, ale również thrillerów. Mieszka na stałe w USA. Cornwell został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego przez królową Elżbietę II, w dowód uznania dla jego twórczości.
Trylogia Arturiańska jest opowiedziana przez chłopca, a później lorda któremu udało się uciec i który był świadkiem wielu wydarzeń, w których brali udział najważniejsi ludzie Brytanii. Brytanie walczą między sobą, przez co coraz trudniej odpierają ataki ze strony Sasów. Władca Uther nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, aby mógł zając jego miejsce po śmierci. Jedynym, który może zjednoczyć kraj i zasiąść na tronie jest nieślubny syn Uthera - Artur. Tak to ten Artur, którego wszyscy wychwalają, który jest odważny, zdeterminowany i posiada honor, by walczyć po to, by zapewnić Mordredowi, przyszłemu królowi, bezpieczeństwo. Nie wszyscy kochają i wielbią Artura, są też tacy którzy go nienawidzą i zdradzają. Czy Artur zjednoczy siły Brytanii aby pokonać wrogów? Zachęcam Was do lektury. :)
''Zimowy monarcha'' mimo, że jest powieścią historyczną, dla mnie jest przede wszystkim magiczną. Długie opisy, które zazwyczaj mnie nudzą, tutaj sprawiały mi przyjemność. Przy tej powieści nie da się nudzić, nie da się również jej odłożyć na półkę nawet na chwilę. Nie lubię historii, a jednak ta książka trafiła na listę moich ulubionych. Chyba to o czymś świadczy?
Wydaje mi się, że Bernard Cornwell tchnął w tę książkę wszystkie swoje uczucie, towarzyszące mu podczas pisania tej powieści. Naprawdę starałam się wyciągnąć z tej książki coś negatywnego, ale takiego czegoś ta książka nie posiada. Jest magiczna i dzięki niej zapragnęłam poznać samego Darfela, Merlina, Artura, Nimue.
''Zimowy Monarcha'' jest pierwszym tomem z Trylogii Arturiańskiej, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Drogi Czytelniku, jeśli nie przepadasz za historią, nie myśl że to książka nie dla Ciebie. Ta książka jest dla wszystkich, bez wyjątków! Polecam!!
http://miqaisonfire.wordpress.com/2011/08/17/57-zimowy-monarcha-bernard-cornwell/
Nie wiadomo, czy Artur rzeczywiście żył, źródła historyczne nie negują ani nie potwierdzają jego istnienia. Niektóre z nich zakładają, że nie był monarchą, tylko wodzem imieniem Artorius, inne ustawiają jego dzieje na półce obok Beowulfa i Robin Hooda. Któż z nas jednak nie zna legendy o sprawiedliwym i mężnym Królu na Camelot i jego dzielnych rycerzach zasiadających przy Okrągłym Stole? Cornwell trochę zweryfikuje naszą wiedzę i spojrzenie.
Na samym początku znajdziemy spis osób i miejsc poruszonych w książce oraz mapkę Brytanii z przełomu V i VI wieku. Nie będę tu wymieniać postaci, szczególnie, że duży procent imion jest Wam znany. Nadmienię, że bohaterów powieści oglądamy z perspektywy narratora, Derfela Cadarn, obnażając sympatie i antypatie naszego młodego wojownika, a dojrzały starzec, brat Derfel czasem prostuje te ukazane w krzywym zwierciadle karykatury.
Walczę sama ze sobą, ponieważ chciałabym w tym miejscu opisać Wam fabułę książki, jednak każda moja próba okazuje się elaboratem skrzyżowanym z odą ku chwale i czci autora. Fabułę więc zamknę nietypowo w punktach:
umierający Wielki Król Uther wyznacza na swojego następcę swego nowo narodzonego wnuka, Mordreda, ustanawiając jednocześnie opiekunów, w tym swego wydziedziczonego syna z nieprawego łoża, Artura. Matka Mordreda, mieszkająca tymczasowo we włościach nieobecnego druida Merlina, zostaje ponownie wydana za mąż za króla Gundleusa, jednak oblubieniec zabija ją oraz prawie wszystkich mieszkańców domu Merlina
Artur powraca by opiekować się swym bratankiem i jego ziemiami. Jako dobry wódz dąży do zawarcia pokoju ze wszystkimi plemionami Brytów i zjednoczenia się przeciw najeźdźcom spoza granic Brytanii. Planuje nawet małżeństwo z córką jednego z najgroźniejszych przeciwników aby ten cel osiągnąć. Niestety, szaleństwo (czytaj miłość do Ginewry) niweczy jego dobre chęci, a dziedzictwo oraz życie Mordreda zawisają na przysłowiowym włosku
Merlin w tym czasie poszukuje Mądrości Brytanii, Trzynastu Skarbów stanowiących najbardziej tajemniczy i najpilniej strzeżony zbiór talizmanów, dzięki któremu ma nadzieję przywrócić w Brytanii dawny ład
Balansująca na granicy szaleństwa Nimue, kapłanka Merlina, pała żądzą zemsty na królu Gundleusie, który zadał jej dwie z Trzech Ran będących swoistą bramą do oświecenia
Nasz narrator, Derfel, służy Arturowi i pnie się w hierarchii wojskowej, walczy, kocha, nienawidzi, uczy się, obserwuje, żyje.
Cornwell ożywił ducha dawno minionej i prawie zapomnianej epoki. Z mroku dziejów i spośród mgieł Avalonu przywołał do nas postacie Morgany, Artura, Merlina, Mordreda, Galahada czy Lancelota, lecz nie posadził ich przy Okrągłym Stole, ani nie kazał toczyć magicznych bojów. Dał im w zamian broń z żelaza w dłoń i, wspierając się historycznymi faktami, pokazał na czym tak naprawdę polegało życie i rycerstwo w piątym stuleciu naszej ery.
Egzystencja ludzka w tamtych czasach niewiele miała wspólnego z bajką, pięknymi strojami i ucztowaniem. Na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo, wszędzie można było natknąć się na zatknięte na włóczniach głowy nieprzyjaciół, wojownicy, kiedy nie walczyli z sąsiadami, wyżynali w pień osady na pograniczu, gwałcąc kobiety i rabując co się da. Szybko zdobyte bogactwo łatwo można było stracić, podobnie jak zdrowie, czy życie. Na królewskim dworze nie czekały hulanki, koronkowe intrygi i trucizna, a raczej narady wojenne, pojedynki w imię honoru, krew, pot i łzy. Mężczyźni nie pertraktowali tylko walczyli, kobiety zaś czekały na swych mężczyzn, by dać im ukojenie po wygranej walce, lub stawały się niewolnicami w razie porażki.
Ogromną rolę odgrywała religia - krwawe ofiary miały zapewnić pomyślność i przychylność bogów, we wszystkim dopatrywano się wróżb i znaków. Postępująca chrystianizacja również nie pozostała w Brytanii bez echa, wielu mieszkańców Wyspy przyjęło chrześcijaństwo, ale niektórzy z nich nadal, po cichu i na wszelki wypadek, pozostawało wiernymi wyznawcami starych bogów, a w dziele Cornwella można obserwować wiele przykładów takich zachowań. Jedna z głównych postaci kilkakrotnie popełnia gafę szybko poprawiając "Boga" na "bogów" i odwrotnie, w zależności z kim rozmawia.
Należy również nadmienić, że autor ma duże poczucie humoru. Czytając krwawą książkę historyczną dość często wybuchałam śmiechem. Cornwell podszedł z dystansem zarówno do postaci, jak i do poruszanych, często kontrowersyjnych, tematów.
"Podrapał się po brodzie, bo dokuczała mu wesz. Potem spojrzał na Galahada, który miał zawieszony na szyi krzyż. - Zazdroszczę temu waszemu chrześcijańskiemu Bogu - stwierdził kręcąc głową. - Jest jeden, ale w trzech osobach. Jest równocześnie żywy i martwy. Jest wszędzie i nigdzie. Żąda, byście oddawali mu cześć, ale nie pozwala czcić innych bogów. W obliczu takich sprzeczności człowiek może wierzyć we wszystko albo w nic. Z naszymi bogami jest inaczej. Są jak królowie, kapryśni i potężni. Kiedy chcą zapominają o nas. Nie ważne, w co wierzymy. Liczy się jedynie ich wola. Nasze czary działają tylko wtedy, gdy oni na to pozwolą. Merlin oczywiście by się ze mną nie zgodził. Sądzi, że jeśli będziemy dostatecznie głośno krzyczeć, bogowie zwrócą na nas uwagę. Ale co się robi z krzyczącym dzieckiem?
- Sprawdza się, co mu dolega - powiedziałem.
- Dostaje lanie, lordzie Derfel - stwierdził (...)"
Reasumując: świetnie napisana książka z wartką akcją, żywymi i zróżnicowanymi postaciami, stanowiąca obraz Brytanii w najmroczniejszym okresie jej dziejów. Doskonale opisane zwyczaje, osady ludzkie, stroje. Może język jest zbyt wyszukany, jednak Derfel odebrał solidne, jak na owe czasy wykształcenie, wiele nauczył się od bardów, późniejsza zaś jego profesja również wymaga od niego ogłady.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, obawiam się jednak, że o tej pozycji mogłabym mówić godzinami. Jest aż tak dobra. Jest lepsza. Karty Zimowego Monarchy spływają krwią wrogów, dawne wierzenia ożywają, a zróżnicowane postacie nie dają o sobie zapomnieć. Dobrze, że mam przed sobą jeszcze dwie części.
http://ksiazkawmiescie.blogspot.com
http://zaginionyalmanach.blogspot.com/2010/12/zimowy-monarcha-bernard-cornwell.html
"O królu Arturze, który nie był królem"
Bernard Cornwell to angielski pisarz, autor thrillerów i powieści historycznych, mieszkający na stałe w USA. W jego dorobku znajdują się rozmaite tytuły, ale największą sławę przyniosły Cornwellowi "Trylogia Arturiańska" ("Zimowy monarcha", "Nieprzyjaciel Boga", "Excalibur") oraz osadzony w czasach wojen napoleońskich cykl o przygodach Richarda Sharpe'a. Ceniony za umiejętności łączenia rzetelnej, popartej studiami, wiedzy oraz literackiej fikcji, Cornwell jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej poczytanych anglosaskich autorów powieści historycznych. W dowód uznania dla jego twórczości, królowa Elżbieta II odznaczyła pisarza Orderem Imperium Brytyjskiego.
Brytania na przełomie V i VI wieku to mroczny czas w dziejach wyspy. Jest ona pogrążona w chaosie, walcząca między sobą, z trudem opiera się atakom Saksonów. Zaś starzejący się Uther nie ma potomka w odpowiednim wieku, by mógł objąć po nim władzę, ponadto jedynym człowiekiem, który zdolny jest zjednoczyć kraj i sięgnąć po koronę, jest Artur, jego nieślubny syn i podopieczny Merlina. Jest on wielce odważny i zdeterminowany by ocalić i zjednoczyć Brytanię. Wszyscy pokładają w nim swe ostatnie nadzieje, jednak on jest tylko zwykłym człowiekiem z wielkimi ambicjami. A musi podołać wielkiemu zadaniu i prawie niemożliwemu do zrealizowania, zważając na niektóre niesprzyjające sukcesowi okoliczności.
Postacie są zupełnie różne od tych, które spotykamy w legendach. Tutaj mamy do czynienia z bohaterami realnymi, z krwi i kości i w ogóle niewyidealizowanymi. W końcu są oni tylko ludźmi. Artur jest co prawda odważny, dobry i honorowy, jednak najważniejsze dla niego są jego ambicje, niekiedy zaś odzywa się w nim egoizm. Był także czasami irytujący i wydawało się, że jego niektóre decyzje graniczyły z hipokryzją. Merlin, nie jest wielkim czarownikiem, a strasznie zrzędliwym, złośliwym, niecierpliwym i impulsywnym fanem kotów. No może z tym fanem kotów troszeczkę przesadziłam, ale tylko troszeczkę, gdyż on naprawdę je lubił. Dlatego na początku przypominał mi trochę Magnusa z "Darów Anioła", jednak odniosłam wtedy mylne wrażenie. Prawdziwie był druidem, jednak nie miało się pewności czy miał kontakt z bogami, gdyż kochał udawać i grać Merlin dodatkowo był najzabawniejszą postacią w tej powieści. Jeszcze co mi się rzuciło w oczy przy bohaterach to to, że Lancelot nie był wcale tym wykwintnym, odważnym rycerzem, a kapryśnym i pragnącym poklasku mężczyzną, czasami nawet odzywał się w nim zwykły tchórz. Nie spotykamy w tej historii istot nadnaturalnych, jak Pani z Jeziora, co także odbiera trochę tej baśniowej atmosfery i wprowadza historyczny poblask.
W książce tej cały czas coś się dzieje. Nie można powiedzieć, że jest w niej za mało akcji. Walki, bitwy, wojny, to wszystko tak nas absorbuje, że nie mamy chwili wytchnienia. Trwamy wciągnięci w intrygi, spiski i spekulacje. Jesteśmy świadkami zdrady, zazdrości, miłości i męstwa, które prezentują swoją postawą bohaterowie. Mogłoby się niektórym wydawać, że wojny, ciągła walka może być nudna, gdyż nie każdy się tym fascynuje, jednak jest zupełnie odwrotnie. Pochłonięty czytelnik nie zauważa nawet kiedy mija kolejne strony, jak szybko leci czas. Ponadto czytając o dokonaniach, kogoś tak sławnego jak Artur, nie sposób się nudzić. Na tle historycznym, wielu z Nas dobrze znanym, dzieją się rzeczy spektakularne i niespodziewane. Ponadto zwroty akcji, które odwracają naszą wizję przyszłości do góry nogami, tak by nie dość, że zaskoczeni, to jeszcze żebyśmy byli bardziej zafascynowani.
Styl pisania w tej lekturze był przystępny, a autor bez problemu zaciekawiał odbiorcę. Nie stosował żadnych archaicznych zwrotów i jedynym utrudnieniem mogły być nazwy miejsc oraz imiona, do których po pewnym czasie i tak się przyzwyczajało. Przy tej pozycji mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Jednakże jest ona dość specyficzna, gdyż tak naprawdę nie skupiamy się na losach głównego bohatera Derfla, a na Arturze, o którym mnich snuje opowieść. Przez to także, mimo, że opisuje wszystko ze swojego punktu widzenia, nie zapoznajemy się zbyt często z jego uczuciami, a tym bardziej myślami. Tak naprawdę mamy wrażenie, jakby był tylko postronnym obserwatorem, choć tak nie jest. Jedynie w pewnym momencie, gdy to nie opowiada ani o Arturze, ani o innych osobach, będąc po prostu od nich tymczasowo odseparowanym, bardziej skupiamy się na jego postaci.
"Zimowy monarcha" jest pozycją ukazującą nam wiele ważnych wartości, których dużo osób nie pojmuje i nie chce pojąć. Widzimy w tej powieści prawdziwą przyjaźń, męstwo i honor. Jednakże ta lektura nie należy do łatwych, a zwolennicy lekkich utworów, możliwe, że nie dadzą rady jej przeczytać. Atmosfera, jaka panuje w książce, jest ponadto często napięta i tylko odrobina humoru ją czasami rozluźnia. Jedynie Merlin sprowadzał go do tej powieści i było go raczej niewiele, jednak według mnie i tak wystarczająco. Pierwszy tom "Trylogii Arturiańskiej" diametralnie różnił się od arturiańskich legend, jednak według mnie na korzyść. Mamy przed sobą, nie osoby wymyślne, idealne i jednocześnie nierealne, a zwyczajnych ludzi, którzy są wartościowymi postaciami. Polecam tę lekturę tym, którzy chętnie zobaczą inne oblicze Artura, nie króla Artura, lecz wodza i wojownika.
Moja ocena 9/10
Czy w obecnych czasach spotkamy kogoś, kto nie słyszał nigdy legendy o królu Arturze? Wątpię, ale jeżeli są wyjątki - napiszę już na wstępie - koniecznie zapoznajcie się z "Zimowym Monarchą". Jeśli ktoś jest pasjonatem historii, wielbicielem zamierzchłych czasów - ta książka również jest dla niego. I nawet jeśli zwyczajnie jesteście ciekawi tej legendy, zadajecie sobie pytanie : jak to mogło być? - tak jak ja - przeczytajcie!
Akcja książki rozgrywa się w V wieku po narodzinach Chrystusa, czasy za panowania Wielkiego Króla Brytanii, Uthera, niestety zbliżającego się wielkimi krokami do Krainy Cieni. Stary i osłabiony, zamęczany jest ciągle pytaniami - kto zasiądzie na tronie po jego śmierci? Uther zna już odpowiedź : nowym władcą zostanie jego wnuk, Mordred. Dzieciątko nie jest jednak doskonałe, ma skrzywioną stopę, a kaleki książę jest złym znakiem dla całego królestwa.
Całą opowieść poznajemy od narratora saksońskiego pochodzenia - Derfla Cadarna, jednego z wojowników Artura. Naturalnie rzeczony osobnik rycerzem został nie od razu i nie bez problemów. Po narodzeniu potomka Uthera zaczyna się wieloetapowa przygoda, w której nie tylko Artur, ale również sam kronikarz odgrywa bardzo istotną rolę. Czytelnik najpierw przez dłuższy czas jest wprowadzany w całą legendę, a dopiero później zaczyna brać w niej czynny udział.
Świetna książka! Nie spodziewałam się, że książka o takiej tematyce i z takiego gatunku może mnie tak bardzo wciągnąć. Chociaż pierwsze pięćdziesiąt stron lekko mnie nużyło, kolejne pięćset bardzo mi się podobało!
Bernard Cornwell wspaniale przedstawił tę historię. Darował sobie miecz wbity w skałę czy czary, jakimi posługiwali się Merlin i Morgana. Dla niego to zabobony i głupoty, przyprawiające współczesnego człowieka o co najwyżej atak śmiechu. Wszystkie wydarzenia dzieją się tu przez ludzi i z ich udziałem, mimo, iż bohaterowie modlili się nieustannie do Bogów - ich interwencji trudno byłoby wypatrywać. "Zimowy Monarcha" skupia w sobie wiele wątków, wszystkie starannie zobrazowane i opisane, dzięki czemu możemy sobie wyobrazić tamtejszy klimat, krainy i widoki. Sama historia może zaintrygować czytelnika i sprawiać, że ten nie odłoży książki, co głównie jest zasługą wielu zwrotów akcji i niespodziewanych zdarzeń.
Anglik znakomicie wykreował także bohaterów, których pojawia się mnóstwo. Bardzo dokładnie ich opisuje, przydziela im charakterystyczne cechy, dzięki którym szybko ich zapamiętujemy. Żadna z postaci nie jest idealna, każda ma swoje wady. Poza tym łatwo się z nimi utożsamiamy, co też bardzo pozytywnie wpływa na odbiór postaci. Na przykład Merlin - najlepszy czarownik w Brytanii, ale nie mający żadnych skrupułów czy zahamowań. Albo Artur, bardzo sympatyczny, jednak tylko do czasu bitew. Ale przecież nikt nie jest doskonały, prawda?
Bardzo istotą rzeczą decydującą o ocenie jest również styl. Pióro Cornwella jest lekkie i bardzo uwspółcześnione. Biorę to za zaletę, ponieważ dzięki łatwemu, prostemu językowi możemy się zagłębić w lekturze, a nie sprawdzać w słowniku znaczenie słów lub przedzierać się przez kilometrowe adnotacje.
Autor potrafi opowiadać historie, z wyczuciem buduje napięcie, rozładowując je później - gdy trzeba - dowcipem.
"Zimowy Monarcha" to pierwsza część Trylogii Arturiańskiej. Obie swoje funkcje - wprowadzenie czytelnika w świat powieści i wywołanie jego zainteresowania - spełnia bardzo dobrze. Już ostrzę pazurki na drugą część trylogii, "Nieprzyjaciela Boga", którą całe szczęście posiadam. Samo wydanie stoi na wysokim poziomie, okładka bardzo ładna, czcionka przyjazna dla oczu, a literówek praktycznie nie ma wcale. Bonusem są trzy przydatne rzeczy umieszczone na samym początku książki : mała mapa, która pozwalała mi sprawdzić, gdzie też są aktualnie bohaterowie; alfabetyczny spis wszystkich postaci i ich krótki opis, żeby wiedzieć, kto kim jest oraz lista miejsc, w których rozgrywa się akcja (i nie tylko). Nie wiem jak Wam, ale dla mnie to bardzo pożyteczna rzecz.
Książkę warto przeczytać, co napisałam już na początku. Polecam.
To, co wydaje się oczywiste, przedstawione z innej perspektywy może nabrać zupełnie innego sensu. To, co znane i oklepane, nabiera piękniejszego kształtu, nie opływa w wychwalanki, nie przedstawia też suchych faktów. Wydawać się może, że temat czasów Artura i samego bohatera to temat wyczerpany, wielokrotnie oklepany, zadeptany i wysuszony do dna. Mimo wszystko to jednak temat bez dna, nie wiemy dokładnie co się działo, nie możemy opisać z takimi szczegółami jak dzień wczorajszy. Być może tymi przesłankami kierował się sam autor kreując swoją niebywałą powieść o czasach arturiańskich.
Legenda nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia z kilku względów: otóż głos narratora dostaje Derfel Cadarn, jeden z wojowników Artuta; opowiadana przez niego historia to raczej kronika niż powieść, także nie ma tutaj zbędnego wychwalania bohaterów, opiewania i nakreślania niebywałych dokonań, jeśli bohater był tchórzem, to taki pozostał; postacie nabierają głębokich kolorów żyjąc na kartach tych powieści, ich budowa i opisy pełne są kunsztu literackiego, przez co wydają się jak żywe; nie bywała zdolność autora do snucia opowieści jest bardzo przyciągająca i nie sposób oderwać się od czytania, historia bardzo krwawa a zarazem piękna, ubrana w zwyczajne słowa staje się bajkową baśnią, którą mogłabym czytać godzinami. Cóż, legenda i wszystkie snute opowieści mogą się skryć przy tak epickim rozmachu.
Derfel Cadarn to saksoński wojownik, który dorastał u bok Merlina. Uratowany przez potężnego druida wiedzie w miarę spokojne życie. Przyjaźni się z kapłanką druida, Niume, z którą łączy go silna więź. Początek historii rozpoczyna się w trakcie panowania Wielkiego Króla Uthera, będącego już na schyłku życia króla, który bardzo usilnie stara się zapewnić ciągłość linii. Dorosłego syna Mordreda mordują Saksonii w bitwie (o co oskarża Artura), jedyna nadzieje teraz w Norwennie, wdowie po przyszłym królu Dumnonii. Starego i schorowanego króla nękają nie tylko utarczki z Saksonami, jak również brak potomka na jego miejsce. Pewnego dnia, o wiele wcześniej niż się spodziewano, król umiera pozostawiając wyznaczone osoby do pilnowania jego wnuka, następcy tronu krainy zwanej Dumnonią.
Pomimo "Trylogii arturiańskiej" Artur nie pozostaje w epicentrum wydarzeń, nie dostaje prawa głosu w opowieści. Całość nie biegnie wokół jakiejkolwiek postaci; nadaje barwy i tworzy postacie z krwi i kości, posiadające zarówno dobre i złe strony. Brak tu jakiegokolwiek roztrząsania nad charakterami bohaterów, ludzie żyjący na łamach powieści również mają miłosne rozterki, popełniają błędy, boją się zmian, śmierci i wojny, która nie dotyczy ich osobiście. Walczą, bo tak każe im honor i przysięga. Posiadają wrogów, własne osobiste problemy, mężczyźni zdradzają żony, tracą ziemię, umierają na zarazy. Można by rzec ani trochę niezwyczajne czasy czy życie. Można. Jednak, stworzony przez Cornwella świat jest tak barwny i wyrazisty, że chcąc nie chcąc sami w nim pozostajemy. Anglik stworzył jedną z piękniejszych historii o Arturze. Wykonał misterną i brawurową robotę.
Ciekawym aspektem powieści jest religijności ówczesnych plemion (zaznaczę, że czas powieści dzieję się w V wieku po Chrystusie), pogaństwo walczy z rozprzestrzeniającym się chrześcijaństwem. Ci, którzy nadal trwają przy religii druidów nie zdają sobie sprawy, jak wiele ubarwiają i pokazują swoimi obyczajami i zachowaniem. Wiara w klątwy, uroki, ofiary i moce jest bardzo duża i wielu lękało się zwyczajnie rzucanych słów na wiatr. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mentalności ludzi niewiele się zmienia z czasem. Dzisiaj nadal wielu wierzy w istotną rolę boga w życiu, modlitwą błagają o przychylność, oddają się pod władzę boga. Cóż, pod tym względem nic się nie zmieniło. Nie zmieniły się też kłótnie polityczne, chociaż teraz rzadziej sięga się po miecz, a częściej krytykuje rywala w politycznych programach, nie mniej jednak walka o pozycję i władzę w państwie jest. Nie zmieniają się też ludzie, zawsze trafią się te czarne charaktery gotowe na zdradę byleby piąć się po drabinie społecznej. I jeśli nadal ktoś twierdzi, że XXI wiek to cywilizowane czasy, to polecam głęboko zastanowić się nie nad zdobyczami technicznymi, a zachowaniem ludzi, które jak widać nie ulega diametralnym zmianom.
Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia historii, w bardzo rzetelny, spójny sposób. Zawsze można zajrzeć na przód książki, gdzie umieszczono mapkę krain, alfabetyczny spis osób i miejsc. Nawet najwytrwalszym i najdzielniejszym czytelnikom zdarza się pogubić w tym, kto kim jest i dlaczego. Nieustanna walka zmienia władców, czasem nazwy ziemi i przystałoby za tym nadążyć. O tym pomyślano, zadbano o każdy szczegół wydania - piękna okładka, pięknie przetłumaczona wersja. Podoba mi się również sposób podzielenia książki (na pięć części), pisanych w jednym ciągu wydarzeń, lecz przerywane na moment rozmowami dużo starszego Derfela z Igraine, Królową Powys. Obsadzenie tego nic nie znaczącego na początku chłopca w roli narratora spełniło zadanie najwyższej próby - czyli abyśmy poczuli się zauroczeni i zachęceni do dalszych losów osób opisywanych w książce. Dzięki opisom chłopca bohaterowie stają się nam bliżsi, schodzą z wygórowanych piedestałów, nabierają ludzkich twarzy, a ich zachowania mają typową ludzką podstawę.
To niesamowite jak z tak marnych i niedokładnych wiadomości o tych czasach można stworzyć cudowną i interesującą książkę. Nieważne, ile by stron nie miała, pozostaje w każdym momencie równie ciekawa i intrygująca. Krwawość i okrucieństwo wypływa z książki, mimo to (i pewnie dzięki temu) ta historia nadal pozostaje w kanonie tych przyciągających uwagę. Polecam naprawdę gorąco, nie tylko fanatykom historii czy czasów arturiańskich. Sama już nie mogę się doczekać co też znajdę w kolejnych tomach.
„Zimowy Monarcha” Bernarda Cornwella wpadła na mój regał przez przypadek – wygrałem książkę w konkursie, nie wiedząc kompletnie nic na temat autora i jego dokonań. Obawiałem się z początku kolejnej książki fantasy, gdzie znowu będziemy mogli oglądać znane na pamięć wydarzenia, ale okazało się, że powieść jest czymś zupełnie innym. Powieścią historyczną konkretnie. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie znajdziemy tu absolutnie żadnych mistycznych bredni w stylu starych bogów, jedynego boga, czarów hokus pokus i tym podobnych bezsensów. Bohaterowie co prawda wierzą w różne nadprzyrodzone zdolności niektórych druidów, sami druidzi także są święcie przekonani o swoim talencie. Ale właśnie dlatego tę książkę tak dobrze się czyta – prezentuje ona bardzo realny świat wieku V, gdy na terenach dzisiejszej Wielkiej Brytanii wciąż pamięta się o Cesarstwie Rzymskim i jego kulturze i potędze, ale świat pomału okrywa mrok średniowiecza, tępoty, podziwu dla kwestii niewyjaśnionych, pogardy dla rozumu i nauki.
Cornwell świetnie się do powieści przygotował. Nie ma tu żadnych bredni w stylu stalowe miecze, rycerze i turnieje, ogromne królestwa. Jest tak, jak było – wyspa podzielona jest na sporo niewielkich krain, każdą rządzi osobny król, trwa wieczna wojna między Brytami, Saksonami i Irlandczykami, słychać też sporo o dokonaniach Franków na stałym lądzie. Klasyczny dla epoki ustrój dopiero będzie się tworzył, jedynym celem wszelkich plemion jest podbój, walka o ziemię do zasiedlenia. Chrześcijaństwo wcale nie jest wyznawaną przez Uthera, ani Artura religią – dzieli wyznawców po mniej więcej połowie ze starymi wierzeniami. Nawet konie, jako znana ze średniowiecza jazda, są wciąż nowością.
Znane z legend postaci tu zajmują nieraz zupełnie inne stanowiska, zupełnie nie odpowiadają wyobrażeniom, jakie o nich mamy. Jednocześnie Cornwell buduje fabułę tak sprytnie, iż z góry wiadomo, że po latach nikt nie będzie przekazywał prawdy, że tchórze okażą się postaciami bez skazy, a dzielni wojownicy zostaną zredukowani do krótkiej wzmianki. Polityka rządzi wszystkim, historię piszą zwycięzcy.
Książka jest dość brutalna, opisując rzeczywistość taką, jaka prawdopodobnie w tamtych czasach była. Opisanych jest mnóstwo gwałtów, zdrad i okrucieństwa, wszystko okryte jest ogromnym cierpieniem i brakiem nadziei – nie znajdziemy tu wielkich bohaterów, którzy będą walczyli o pokój i dostatek dla wszystkich, a jedynie o swój dobrobyt i swą chwałę. Przeróżni królowie doskonale manipulują słabszymi umysłami, niejednokrotnie wykorzystując do swoich celów właśnie wierzenia chrześcijan czy druidów.
„Zimowy Monarcha” Cornwella jest tym dla pełnej magii i mistycyzmu legendy arturiańskiej, czym „Troja” Davida Gemmella była dla mitu o wojnie trojańskiej. Dopiero teraz, dzięki tym pisarzom, wreszcie można się zagłębić w prawdziwie wciągającą lekturę, pozbawioną nadprzyrodzonych bredni, w której herosem i bohaterem nie jest się dlatego, że ukochali nas (lub przeklęli) bogowie, ale często wręcz przez przypadek, lub w wyniku splotu okoliczności. Dzięki tej książce mam kolejnego autora, na którego będę zwracał baczną uwagę. Nie tylko dobrze się Cornwella czyta, robi wrażenie także zasobem wiedzy na temat czasów, o których pisze. A to dziś zjawisko coraz rzadziej spotykane...
Co prawda recenzję piszę po prawie tygodniowym upływie czasu od przeczytania książki, ale gdy mam przed sobą ponownie „Zimowego monarchę” wracam myślami do jej treści. Mimo objętości, książka wciąga czytelnika w świat wykreowany przez znakomitego pisarza Bernarda Cornwella. Można wkroczyć w świat V wieku po Chrystusie, kiedy w Brytanii nie ma już, co prawda Rzymian, ale nie są to najchlubniejsze dzieje tego kraju, w którym panuje chaos. Jest wielu wodzów, wielu pretendentów do tronu, rody walczą o władzę, a religia pogańska styka się z coraz silniejszą religią chrześcijańską. Po za tym Brytania nie potrafi sobie radzić z najazdami Sasów.
Narratorem powieści jest Derfel, cudem ocalony z druidzkiego dołu chłopiec, który stanie się wiernym żołnierzem Artura, a później zostanie mnichem. Historię opowiada z perspektywy zdobytych doświadczeń i lat. Opowieść rozpoczyna od czasu, gdy służy u schorowanego króla Uthera, który po śmierci swojego syna nie ma następcy. Co prawda synowa Uthera, Nowenna rodzi syna ze skrzywioną nóżką, ale nowego księcia Dumnonii należy należycie chronić, a gdy osiągnie swój wiek nie lękać się przekazać mu władzę. Jedynym człowiekiem, który może spróbować zjednoczyć kraj i być strażnikiem Mordreda, wydaje się być nieślubny syn Uthera – Artur. Nie ma on jednak zbyt wielu zwolenników wśród władców. Po za tym potrafi w imię miłości zerwać zaręczyny zawarte dla utrzymania pokoju i po kryjomu poślubić Ginewrę, księżniczkę Henis Wyren. Ten pochopny czyn staje się powodem do wojny, prowadzonej na kilku frontach.
Król Artur nie jest jednak w tej książce najważniejszy. Czytelnik poznaje życie codzienne w Brytanii w V wieku po Chrystusie. Autor świetnie ukazuje tło historyczne tego czasu. Czytelnik poznaje po za tym druidów, kapłanki Merlina: Morganę i Nimue oraz samego Merlina. Pojawia się wiele znanych imion rycerzy z legendy miedzy innymi Galahad i Lancelot. Nie ma tu jednak mowy o rycerzach okrągłego stołu, ani w ogóle o okrągłym stole. Lancelotowi daleko do szlachetności i wizerunku rycerza bez skazy, a każda inna z postaci - włącznie z Arturem - ma nieczyste sumienie.
Cóż można nowego napisać nawiązując do legendy arturiańskiej, tak opiewanej w książkach i filmach? Ano można! „Zimowy monarcha” wciąga czytelnika w mroczny i brudny świat Brytanii, gdzie pogańscy kapłani mają specjalne metody na swoje czary, gdzie istnieją różne zabobony, a jednak chrześcijaństwo zaczyna nabierać znaczenia. Realizm postaci, dbałość o szczegóły, niesamowite opisy i dynamiczna akcja to atuty tej książki, przy której czytaniu miło spędzicie czas. Po za tym ksiązka jest wspaniale wydana. Odnajdziemy tu mapę Brytanii, indeks występujących osób i nazw miejsc wraz z wyjaśnieniem, co przy czytaniu staje się bardzo pomocne. Po za tym nota autora nawiązuje do tego, co jest w książce prawdą historyczną, a co nie.
"Zimowy monarcha" to pierwsza część serii „Trylogii Arturiańskiej", w której ukażą się również Nieprzyjaciel Boga i Excalibur.
http://slowemmalowane.blogspot.com/2010/05/bernard-cornwell-zimowy-monarcha.html
"Zimowy Monarcha" Bernarda Cornwella to w równym stopniu pierwsza część Trylogii Arturiańskiej, jak i pierwsza powieść historyczna z jaką miałam okazję się spotkać. Do tej pory książki tego typu kojarzyły mi się jedynie z częstą nudą, strasznie długimi opisami oraz tekstami nie z tej epoki, czy "Zimowy Monarcha" to zmienił?
Brytania, V wiek. Derfel, narrator powieści to stary już człowiek, jednak aby nie stracić wspomnień za czasów kiedy służył Arturowi będąc jeszcze młodzieńcem,spisuje to co pamięta. Nie jestem fanką książek pisanych z perspektywy pierwszoosobowej, jednak ta książka jest wyjątkiem. Mówi się, że gdy narrator jest siłą wszystkowiedzącą, a nie bohaterem powieści wszystko jest wiele lepiej opisane, więcej uwagi skupia się na otoczeniu i przez to wszystko wydaje się realniejsze, jednak Bernard Cornwell doskonale poradził sobie z opisami, które na szczęście nie były jakieś nazbyt długie i nużące a zdecydowanie ciekawe i zwięzłe, oraz, jak na powieść historyczną było tam dość dużo dialogów. Język także zasługuje na pochwałę, bo nie był aż tak bardzo różniący się od naszego, a przecież w V wieku zdecydowanie inaczej się do siebie zwracali, chociaż oczywiście nie biorę tego za wadę.
Na początku książka mi się dość dłużyła, i przerażała taką solidną objętością, ale akcja, mimo, że czasami zwalniała, zazwyczaj była dość interesująca i wciągała czytelnika. Legenda, odmienna nieco od orginalnej, stworzona przez Cornwella bardzo mnie zaciekawiła, a lekki dodatek fantastyki jeszcze nieco ją ubarwił. Mimo, że ten sam Artur, to jednak inny, ale czy lepszy? Zależy od gustu.
Powieść także idealnie trzyma w napięciu - pełno zakazanych romansów, tajemnic i zagadek, więc tak naprawdę, nawet gdy ktoś na ogół nie przepada za powieściami historycznymi, myślę, że nie miałby złej opinii na temat tej pozycji.
Teraz przechodzimy do ostatniego punktu a zarazem najprzyjemniejszego - oprawa graficzna. Okładki są naprawdę rewelacyjne! Przyciągają wzrok estetycznościa i starannością wykonania, co zdarza się rzadko przy powieściach tego gatunku. Wydawnictwo także odwaliło kawał dobrej roboty idealną czcionka, porządnym, przyjemnym w dotyku papierem oraz bezbłędnością!
Posumowywując, tą krótką, niestety recenzję, bo nie widzę sensu zwracać uwagi na jakieś poszczególne bitwy których, co prawda, to prawda - było wiele, książka Cornwella jest lekturą wartą sięgnięcia, nawet jeśli nie jesteś zwolennikiem powieści historycznej doszukasz się elementów fantastycznych, czy romansów, które cię wciągną. Polecam jako ksiązkę którą można sobie czytać na kocu w słoneczne dni z okularami przeciwsłonecznymi pod ręką iorzeźwiającym napojem - w sam raz na ten czas! Moja ocena to 6,5/10. Dałabym więcej, ale nie mogę się zmusić, bo mimo wielu pozytywów tej książki, była dość ciężka, a ja teraz jednak wolę zaznajamiać się z lżejszmi powieściami ;) Oczywiście druga część już się czyta :D
http://reviev-books-by-me.blogspot.com/2011/06/zimowy-monarcha-bernard-cornwell.html
Legendy arturiańskie nigdy nie są za stare, by do nich nie powrócić...
V i VI w. n.e to mroczne wieki w dziejach Brytanii. Sasi wciąż najeżdżają na wschodnie ziemie, grabiąc je, rabując, zabijając mężczyzn, gwałcąc kobiety i składając dzieci w ofierze bogom. Z zachodu natomiast zagrożeniem są Irlandczycy - naród gwałtowny, więc mimo zawartego pokoju, w każdej chwili może napaść na zachodnie wybrzeża, a czyny ich są straszniejsze od saksońskich. Najgorsze jednak tkwi w samym sercu Brytanii. Brytowie zamiast walczyć z wrogami, walczą ze sobą. Konflikty religijne, polityczne i militarne zaostrzyły się, kiedy Mordred - książę, syn Uthera Pendragona - umiera, a wkrótce po nim jego ojciec - Najwyższy Król Dumnonii jak i całej Brytanii. Na szczęście znalazł się następca tronu. Młody Mordred jest synem poległego w bitwie księcia Mordreda i księżniczki Norwenny. Król jest jednak nie jest w pełni sił fizycznych. W celu protektorowania państwem powołana jest Najwyższa Rada, w której zasiąść ma nie kto inny jak sam legendarny Artur.
"Nadchodzą ciężkie czasy. Wszystko co dobre, stanie się złe, a co złe jeszcze gorsze. (...) Czasem myślę, że bogowie z nas kpią. Rzucają naraz wszystkie kości, żeby sprawdzić jak skończy się ta gra."
~Nimue
Kiedy dostałam w swoje ręce Cykl arturiański, nie wiedziałam czego się po nim spodziewać. Nimue wynurzającej się z toni jeziora i wyciągającej ku Arturowi Ekskalibura? Pięknej i niewinnej Ginerwy? Z pozoru lojalnego i oddanego Lancelota? Niemożliwie inteligentnego i niewymownie sprawiedliwego Artura? Dobrodusznego i tolerancyjnego Merlina? Cokolwiek by to nie było - w książce było zupełnie inaczej. Ale zacznijmy od początku...
Choć historia niewątpliwie ma za zadanie opowiadać dzieje wszechmocnego, mądrego, sprawiedliwego i pragnącego pokoju za wszelką cenę Artura, głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest Derfel - kaleki, stary mnich przebywający w klasztorze w Dinnewrac, którego największą zmorą jest święty Sansum, a najserdeczniejszą przyjaciółką Igrane, królowa Powys. Derfel za młodu był jednak postacią istotną dla historii Brytanii. Najlepszy przyjaciel Artura, Galahada, Culhwcha czy Tristana, spadkobierca majątku Merlina, kochający mąż i oddany ojciec, lord, którego herbem była pięcioramienna gwiazda, z wierną i zgraną drużyną. Jak to możliwe, że stracił to wszystko i został mnichem?
Język jest prosty i łatwy w odbiorze. I choć nie musimy siedzieć nad książką i się męczyć, zastraszająco szybko też jej się nie połyka (przynajmniej jak dla mnie). Choć akcja jest płynna, a typowych opisów przyrody nie ma wiele, to dialogi też nie grzeszą długością. A te 554 strony muszą w końcu być czymś zapełnione jeśli nie dialogami. A! No i mam wrażenie, że tłumacz (Jerzy Żebrowski) ma nieco (ale tylko troszeczkę) ciężkie pióro. Ale tak tylko odrobinkę :).
Coś co także sprawiało, że ciężko mi było czytać, to rozdziały. A właściwie ich niemalże brak. Na 554 strony przypada 5 rozdziałów (śr. 111str/rozdział). Jestem zwolenniczką odkładania książki dopiero, gdy skończę rozdział (żeby później się nie zastanawiać, co działo się w ów rozdziale), więc przystanki tak rzadko trochę mnie męczą. Co prawda są przerwy oddzielające od siebie poszczególne akapity, kiedy akcja jest przenoszona w inny czas i miejsce, ale i te zdarzają się nader rzadko.
Nie powinnam przywiązywać tak strasznej wagi do spraw technicznych, ale kiedy byłam jeszcze w trakcie lektury postanowiłam, że muszę o tym wspomnieć. Między mapką (za którą jestem serdecznie wdzięczna), a akcją książki jest spis bohaterów i miejsc z krótką definicją. Uważam, że pomysł był doskonały - w gąszczu tych wszystkich imion (w szczególności tych na "c" ;]) łatwo się pogubić, a gdy chcemy sobie przypomnieć kim był ten czy tamten bohater, wystarczy sprawdzić w spisie, a nie szukać w tych 554 stronach. Żałuję jednak, że spisy te były na kartkach przed akcją właściwą. Czytelnik, widząc te spisy już na początku, chce od razu je przeczytać, a przecież zdradzają one fabułę książki. Ile razy musiałam bić się po łapach, żeby tam nie zaglądać... :)
A teraz koniec! Wylałam swoje żale na temat spraw technicznych, czas zająć się samą historią!
Fabuła bogata jest w prze najróżniejsze wydarzenia zaczynając od dzieciństwa Derfla[1] na górze Tor (Ynys Wyrdyn), przez zaręczyny Artura i Ceinwyn oraz bitwę pod Ynys Trebes (Benoic), aż po bitwę w dolinie Lugg (Powys). I choć, jak już wspomniałam wcześniej, dialogów nie jest przerażająco wiele, nie czujemy się przygnieceni przez opisy.
A skoro już jesteśmy przy przygniataniu przez opisy... Dialogi dialogami, opisy opisami, ale biorąc do ręki książkę o tematyce (wczesno)średniowiecznej (Ba! O królu Arturze!) spodziewa się ciągłych bitew, epickich walk, rzek krwi i potu! I fakt - są ciągłe bitwy, epickie walki, rzeki krwi i potu, ale one po prostu są. Nie ma żadnych ich opisów, z czego nie jestem zachwycona - podobnie jak Igraine. Tym bardziej, że nie wydaje mi się, żeby autor nie potrafił pisać opisów walk. Walka między Owainem a Arturem była bardzo fajnie opisana, a dzięki bitwie w dolinie Lugg wiemy jak to wszystko wygląda od środka. Nie rozumiem więc trochę tego, że autor ogranicza się do krótkiego komentarza informującego, że "wydarzyło się to i to. Zginął ten i ten. Wygrali ci i ci. Niesie to ze sobą takie a takie korzyści".
Z reguły nie opisuję każdego bohatera po kolei, ale postacie z legend arturiańskich są na tyle znane, że krótko, bo krótko, ale je trochę opiszę.
Jeśli spodziewaliście się owej wynurzającej się z toni jeziora Nimue, to się się pomyliliście. Nimue była bohaterką młodą, z pochodzenia Irlandką, kochanką Merlina i wyśmienitą druidką z długimi kruczoczarnymi włosami. I choć wydawałoby się, że jest do postać, której trudno nie lubić, to naprawdę sama nie jestem pewna uczuć wobec niej. W pewnym momencie chciało się płakać, gdy Gundleus robił jej krzywdę, czasami jednak miałam ochotę podejść i uderzyć ją w twarz.
Ginerwę natomiast wyobrażałam sobie jako niewinne dziewczę podobne do aniołka, które jedynie przez podstępnego Lancelota zostało zmuszone do zdrady. Tymczasem jest to kobieta (oczywiście piękna, lecz bliżej jej do królowej piekieł niż do anioła), która twardo stąpa po ziemi i która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Więcej! Nie tylko nie została schwytana przez Lancelota, a sama schwytała i jego, i Artura.
Sam Artur też jest inny, niż bym sobie go wyobrażała. Choć jest waleczny, odważny, rozsądny i sprawiedliwy, wydaje mi się jakiś... Inny. Sama nie wiem, co jest w nim takiego innego, ale wiem, że jest inny :).
Jedynie Merlin wydaje się być taki, jakiego się spodziewałam. Ironiczny, nieprzeciętnie mądry i inteligentny, podróżujący po całym kraju, nieco cyniczny, lecz do swojej religii podchodzący bardzo poważnie.
Choć sam autor wspominał, że nie pisał tej opowieści, by pokazać pokazać tego najprawdziwszego Artura i ukazać tę najprawdziwszą historię, sądzę, że nieco do tego dążył. Chciał, żebyśmy zobaczyli Wielkiego Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu, takimi jakimi byli naprawdę, a przynajmniej takimi, jakimi mieli prawo istnieć. W ten sposób odrzucił znaczną część znanych nam opowieści o królu Arturze, chociażby Świętego Graala (o którym pisze w innej trylogii - o Świętym Graalu), rycerzy Okrągłego Stołu, czy w ogóle rycerzy. Wiedział jednak, że bez niektórych bohaterów, historia Artura nie będzie już taka sama (Lancelot, Nimue, Merlin, Galahad, Morgana czy Ekskalibur). Postanowił więc oczyścić opowieść o wielkim władcy z najbardziej rzucających się w oczy niezgodności i pozostać przy tych najstarszych.
Podsumowując... "Zimowy monarcha" to opowieść bardzo ciekawa, z mnóstwem akcji, z barwnymi i wyrazistymi bohaterami. Miłośnikom legend arturiańskich serdecznie polecam, jak i reszcie czytelników lubiących średniowieczne czasy, choć oddanym fanom jedynie jednej legendy, może być trochę ciężko.
"Życie to igraszka bogów i próżno szukać sprawiedliwości. Trzeba nauczyć się śmiać, powiedział mi kiedyś [Merlin], bo inaczej można zapłakać się na śmierć."
~Derfel
-----------------------
[1] IHMO powinno się odmieniać Derfela, ale ja tam się nie znam... :)
Ludzkość ma przynajmniej kilka historii, które lubi opowiadać sobie wciąż od nowa i nigdy jej się to nie nudzi. Należą do nich opowieści i legendy o królu Arturze i jego niezwykłych druhach. I choć dzieje jego życia pokazano już w kilkudziesięciu filmach, kilku serialach i kilkuset utworach literackich, wciąż powstają nowe, a ich popularność nie słabnie. Każdy z nas kojarzy takie postaci, jak Artur, Ginewra, Lancelot (swoją drogą jeden z najsłynniejszych trójkątów na świecie), Merlin, Morgana, Nimue, Galahad czy Tristan. I choć wydawać by się mogło, iż niewykonalne jest opowiedzieć tę historię jeszcze inaczej, dokładając coś nowego, oryginalnego, od siebie, Bernardowi Cornwellowi udało się to nienajgorzej.
Cornwell, jeden z najsłynniejszych na świecie twórców powieści historycznych, postanowił usunąć z opowieści o Arturze wszystkie magiczne elementy. Nie znaczy to, iż w jego wersji arturiańskiej historii zabraknie takich postaci i miejsc, jak Merlin, Morgana, Avalonia czy słynny Excalibur. Jego „Zimowy monarcha” jest jednak historią Artura wojownika, wodza, wielkiego człowieka. Cornwell tworzy postać mężczyzny, który z powodu namiętności i miłości do kobiety był gotów zgubić cały kraj. Z drugiej strony Artur jawi nam się jako wytrawny polityk, zręczny manipulator i świetny mówca, chwilami wręcz retor, który wie, jak przemówić do ludzi tak, by spełniali jego polecenia. To mężczyzna, pragnący pokoju, a jednocześnie dążący do zaspokojenia swoich ambicji. Również Merlina potraktował autor „Zimowego monarchy” zupełnie inaczej, niż wszyscy dotychczasowi twórcy opowieści arturiańskich. To mędrzec i druid, strzegący starożytnej wiedzy, ale także manipulator i fanatyk religijny, w którego zdrowe zmysły czytelnik zacznie w pewnym momencie powątpiewać. Warto zwrócić uwagę również na postać Ginewry. W tej wersji historii jest ona rudowłosą, wyrachowaną księżniczką i sprytnym politykiem. Lancelot… cóż, wspomnę tylko, że daleko mu do swoich odpowiedników z poprzednich wersji historii Artura. Bernard Cornwell, pisząc swoją powieść, zanegował wszystko, do czego byliśmy przyzwyczajeni w arturiańskich opowieściach. Szczególną przyjemność lektura „Zimowego monarchy” sprawi czytelnikom, znającym już „Mgły Avalonu”. Czytając, miałam wrażenie, iż autor pragnie swoim dziełem wejść w polemikę z kultową już pozycją Marion Zimmer Bradley. Bohaterowie, których pisarka przedstawia jako szlachetnych są w powieści Cornwella kanaliami, tchórzami i kłamcami, bogobojne niewiasty, zmieniają się z czcicielki bogini Izydy, a wielcy mędrcy stają się fanatykami.
Bardzo dobrze sportretował Cornwell także Brytanię. Ziemie po odejściu Rzymian wciąż pełne są brukowanych duktów, podupadłych grodów i opuszczonych willi. Brytowie są podzieleni, po śmierci Uthera Pendragona walczą między sobą o władzę, przez co trudniej im bronić kraju przed Saksonami. Jest to także kraj, w którym dawna, pamiętana przez niewielu wiara walczy o dominację z dziwnym, chrześcijańskim Bogiem. I choć brak tu zaklęć, czarownic i magicznych wydarzeń, Brytowie wierzą w gusła, a ich postępowaniem tak naprawdę rządzą milczący bogowie, którzy choć fizycznie nieobecni, wciąż przypominają o swoim istnieniu w wypowiedziach i czynach postaci.
Dodatkowym plusem jest specyficzny rodzaj narracji, na jaki zdecydował się autor „Zimowego monarchy”. Wydarzenia opisuje bowiem Derfel, mnich mieszkający w klasztorze na wyspie Glastonbury, a zarazem były wojownik i towarzysz Artura. Derfel spisuje swoje wspomnienia na prośbę królowej Igreine. Jest to więc zarazem narrator będący blisko centrum wydarzeń, a jednocześnie posiadający dystans. Spisując swoją opowieść i relacjonując rozmowy z królową, Derfel wspomina kilkakrotnie, iż nieco nagiął wydarzenia, przedstawił je w sposób bardziej dynamiczny, acz nieco mijający się z prawdą. Jak sam stwierdza, uczynił tak ku uciesze czytelników, aby opowieść była bardziej zajmująca. Poprzez ten ciekawy zabieg Bernard Cornwell pokazał, w jaki sposób mogła kształtować się i obrastać w mityczne wydarzenia biografia wodza Brytów, żyjącego na przełomie V i VI ery.
I jeśli do tej beczki miodu można dodać jakąkolwiek łyżkę dziegciu to jest nią fakt, iż pomylił się albo polski tłumacz powieści, albo jej autor. Derfel snując swą opowieść, wspomina o „dantejskich scenach” rozgrywających się na polu walki. Zakonnik żyjący pięćset lat po Chrystusie nie mógłby posłużyć się tym określeniem. Derfel z całą pewnością nie znał dzieła wielkiego włoskiego poety. „Komedia” Dantego Alighieri bowiem jeszcze nie powstała i nie powstanie przez następne… dziesięć wieków!
„Zimowy monarcha” to pozycja obowiązkowa dla miłośników opowieści o Arturze. To zupełnie nowe spojrzenie, na wydawałoby się oklepany już temat. Jednakże również pozostali czytelnicy odnajdą w niej coś dla siebie. Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do sięgnięcia po tę niesamowitą książkę.
Znasz to jedyne w swoim rodzju uczucie, kiedy po całym dniu biegania, nerwów i stresu zasiadasz w swoim ulubionym fotelu, przykrywasz się kocem, w jedną rękę bierzesz kubek aromatycznej herbaty a w drugą ukochaną książkę i oddajesz się magicznym działaniom słów? Ten wyjątkowy czas, kiedy wszystko zależy od Ciebie i Twojej wyobraźni? Kiedy podróżójesz dookoła świata, cofasz się w przeszłość bądź pędzisz do przyszłości, poznajesz nowe obyczaje i znajdujesz przyjaciół, takich na całe życie?
Tak, ja też. I jest to dla mnie czas niezastąpiony, którego nie oddałabym za żadne skarby świata. Gdzie przeniosłam się tym razem? Dzisiaj Sir Bernard Cornwell zabrał mnie w podróż do najmroczniejszy i najgroźniejszych czasów w historii Brytanii. Do V wieku, kiedy to wyzwoleni z władań Rzymian Brytyjczycy poznają nową religię- chrześcijaństwo, walczą o władze, giną na polach walki a jednocześnie zawierzają swój los druidom i licznym bogom, odprawiając pogańskie, niezwykle ciekawe muszę przyznać, obrządki.
“Zimowy monarcha”, bo o nim mowa, jest pierwszą częścią Trylogii Arturiańskiej, która zdobyła rzeszę wiernym fanów na całym świecie a i ja zdecydowanie się do nich zapisuję. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Cornwella, o wrażeniach z wcześniejszej lektury również tutaj pisałam, i muszę powiedzieć, że Jego styl niesamowicie mnie pociąga i pochłaniam w oka mgnieniu kolejne zapisane strony. Tak barwnym i żywym językiem operuje. Ciekawym zabiegiem, z którym spotkałam się również w poprzedniej lekturze, jest uczynienie narratorem osoby pozornie mało ważnej w całej historii. Autor bowiem zapoznaje nas z Derflem, który będąc już zakonnikiem w podeszłym wieku na życzenie swej królowej zapisuje swoje często zawiłe losy. Pisze o dzieciństwie na górze Tor, o ucieczce z wilczego dołu, o wychowaniu przez największego w całej Brytanii druida, o swojej miłości, braterskich obietnicach i marzeniach. I gdzie wśród tego wszystkiego miejsce dla powodu całej książki? Dla króla Artura? Otóż zabieg, który zastosował Sir Bernard jest bardzo przemyślany. Derfel jest bowiem wojownikiem a z czasem staje się bliskim przyjacielem Artura, snuje więc domysły, nie przeinacza faktów dla własnej sławy, wkrada się do głowy Artura i pisze o wątpliwościach i pragnieniach Jego jak i całego królestwa.
Nie będę rozpisywała się na temat fabuły, ponieważ jest ona tak bardzo rozbudowana, że naprawdę trudno byłoby ją skrócić. Nie ma innego wyjścia jak samemu sięgnąć po tą niezwykłą książkę i przekonać się na własnej skórze, czy historia Derfla poruszy Cię tak bardzo jak mnie.
Wspomnę za to jeszcze o poczuciu humoru Pana Bernarda. Uwielbiam to, że traktuje on swojego czytelnika nie jak półgłówka, któremu wszystko trzeba dokładnie pokazać. Często puszcza do nas oczko, zaprasza do zabawy a ja z wielką radością to zaproszenie przyjęłam. Tak na przykład niezwykle zaciekawił mnie sposób przedstawienia Lancelota, który również pojawia się na kartach powieści. Ten powszechnie uważany za wzór rycerza mężczyzna według Derfla (i jak przypuszczam Cornwella) jest zwykłym kłamcą podszytym strachem i tchórzostwem, trzymającym się maminej spódnicy, niezwykle zadufanym w sobie księciem. Bardzo ciekawy jest również sposób przedstawienia chrześcijaństwa oraz kapłanów, no ale to pozostawiam do oceny Tobie, o ile zdołam przekonać Cię do lektury.
Jest tyle rzeczy, o których chciałabym jeszcze wspomnieć i podzielić się z Tobą, Drogi Czytelniku. Trudno jednak wybrać mi najważniejsze dla mnie odczucia, bo towarzyszyło mi ich całe multum. Chciałabym wspomnieć o Nimue, Norwennie, Merlinie, Gundleusie czy Galahadzie. O magicznych, często okrutnych obrządkach. O szerzeniu się chrześcijaństwa oraz o ich przedstawicielach, tak różnorodnych. O Sansumie i Bedwinie. O wszystkich nowo poznanych mi ludziach, którzy jednak na długo pozostaną w mej głowie i sercu. Nie wiem czy zdołałam Cię przekonać, by poznać tą historię. Bardzo zachęcam Cię chociaż do spróbowania, bo przegapić taką cudowną, wpisującą się na listę moich ulubionych, książkę byłoby naprawdę szkoda.
Czy myślicie, że Artur to mały, grzeczny chłopiec, którego wychował Merlin - znany czarodziej w okularach i spiczastym kapeluszu? Że pewnego dnia zobaczył w tłumie wielki głaz i sterczący z niego miecz, który cudem wyciągnął i wszyscy przepowiadali mu, że będzie królem Anglii, a gdy dorósł zasiadł na tronie w Camelot i rządził u boku Ginewry, a Brytania żyła w dobrobycie długo i szczęśliwie?
To źle myślicie.
Tak naprawdę akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy na świat przychodzi następca Wielkiego Króla Dumnonii - Uthera. I od tej pory zaczynają się też kłopoty. Bo pewnego dnia Uther umiera i pozostawia kraj w rękach półrocznego niemowlaka, który na dodatek jest kaleką. Brytania staje na skraju upadku i wtedy na wyspę przybywa Artur, który marzy o pokoju wśród Brytów. Czy jego wielka idea zostanie ziszczona? Czy ktoś mu na tej drodze stanie?
Do przeczytania tej powieści zachęciła mnie przede wszystkim piękna okładka i tematyka. Uwielbiam historię, zwłaszcza gdy pomieszana jest z fikcją. O tych czasach trochę słyszałem, więc z tym większą ciekawością pochwyciłem książkę. Ale od razu uprzedzam, że ta książka zmieni Wasz wizerunek Artura, Merlina i wszystkich legend z nimi związanymi. Przede wszystkim narratorem w tej opowieści jest Derfel, który od dzieciństwa na dworze Merlina przechodzi aż do swoich walk u boku Artura. To on opisuje swoje dokonania, ale w taki sposób, że wielu z nas może pomyśleć, iż wcale głównym bohaterem nie jest. Bo tak naprawdę akcja kręci się wokół Artura, jego przekonaniach, umiejętnościach dowódczych i walk. I nie jest to postać prostolinijna, gdyż ukazuje się nie tylko jako mężny, sprawiedliwy dowódca, ale także jako zdrajca i władca, który dąży po trupach do celu. W powieści Bernarda Cornwella nie ma postaci prostych, gdyż każdy z nich ma swoje przewinienia, zasługi i w każdej chwili z potulnej owieczki może stać się groźnym wilkiem.
I w ten sposób obrazuje historię Brytanii na przełomie V i VI wieku...
A w powieści "Zimowy Monarcha" dzieje się bardzo dużo. Mamy oblężenia zamków, dramatyczną bitwę, konflikt religijny, samotną podróż i wiele innych wydarzeń, które nie możemy odłożyć na półkę z napisem: "Nuda"... Jestem zdziwiony, że Bernard Cornwell zmieścił w 500-stronowej książce tyle wydarzeń, które każdy inny autor rozbiłby na co najmniej pięć tomów. Świadczy to tylko o tym, że Cornwell szanuje portfel czytelnika i wie, że przepełniona po brzegi akcją powieść na pewno nikogo nie zanudzi.
I gdyby pominąć niekiedy opisy przyrody i ciągnące się wieczory przy ognisku, książkę nie dałoby się odłożyć. No i z humorem wcale najgorzej nie jest. Wprawdzie rozrywkę dostarcza tylko Merlin, który niestety pojawia się rzadko, i niekiedy zgryźliwe komentarze narratora, to są warte tego, aby czekać na nie wiele stron...
"Zimowego Monarchę" czyta się ciężko, ale nie wydaje mi się, że jest to wina języka, jakim pisze Cornwell. W końcu narrator to młodzieniec, który nie używa wyszukanych słów, a raczej pisze językiem przystępnym dla wszystkich. Należy się zaś przygotować na to, że autor serwuje nam bardzo dużo nazw miejsc i imion, które zaś po mniej więcej połowie nie powinny sprawiać już problemów.
Podsumowując, uważam, że "Zimowy Monarcha" rozświetli mroki panujące każdego wieczoru i wskaże wam drogę do realizowania swoich marzeń. Bo pan Cornwell swoje na pewno spełnił. Jego książka to wielki sukces i dobry przewodnik po ciemnych wiekach historii Anglii. I choć nie należy brać tego na poważnie, warto przeczytać "Od autora" i pokochać bohaterów: odważną Nimue, pewną siebie Ginewrę, oddanego Derfla i mądrego Merlina
z mojego bloga: www.books-are-all-i-need.blogspot.com
Chyba już wam kiedyś mówiłam ,że nie lubię powieści historycznych ,dzisiaj dopowiem jeszcze tylko ,że moje poglądy bardzo powoli zaczynają ulegać zmianom .Strasznie długo zwlekałam z zaczęciem czytania tej powieści ,później z kontynuowaniem owej czynności ,a na sam koniec już z napisaniem recenzji, przez co pewnie Instytut Erica już mruczy sobie pod nosem ładne słówka na mój temat ;D
Brytania, V wiek po Chrystusie, najmroczniejszy czas w dziejach wyspy. Rzymianie odeszli, ich śladem podążają pogańscy bogowie. Święte ognie gasną – nadchodzi era chrześcijaństwa…
Pogrążona w chaosie, podzielona na walczące ze sobą królestwa Brytania z trudem opiera się saksońskiej inwazji. Los wyspy wydaje się przesądzony. Starzejący się władca, Uther, nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, który po jego śmierci objąłby przywództwo w walce ze zdradzieckimi Sasami. Jedynym człowiekiem, który może sięgnąć po koronę i zjednoczyć kraj, jest podopieczny czarownika Merlina i nieślubny syn Uthera – Artur. Młody mąż stanu ma przeciwko sobie nie tylko saksońską furię, ale również zawistnych i nieprzychylnych mu ludzi. Uzbrojony w odwagę i honor, zdeterminowany, by ocalić Brytanię przed ostateczną klęską, musi stanąć do nierównej walki nie tylko ze zbrojną potęgą, ale również z siłami, których nie sposób zrozumieć… Nękany wątpliwościami, targany namiętnością, kochany i zdradzany, wielbiony i znienawidzony, Artur jest nie tylko symbolem honorowej walki o ginący świat – jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości.
Jak już mówiłam na początku nie zaprzyjaźniłam się z panem Cornwellem i jego książką . O Arturze wiem prawie tyle co nic ,a legend o nim prawie w ogóle nie słyszałam ,więc ciężko mi było na początku "połapać się " we wszystkich nazwach miejsc i imionach ( owszem spis owych oraz mapka znajduje się na początku książki ,ale takiemu leniowi jak ja po prostu nie chciało się przewracać co chwilę tych kilkudziesięciu kartek :D)
Pewnie każdy z was choć raz słyszał cokolwiek o królu Arturze ,jednak wydaje mi się ,że wielu z nas po prostu "puszcza to mimo uszu " , no bo "co nas to obchodzi ?".Jak się niedawno dowiedziałam ,tak naprawdę ludzie nie wiedzą zbyt wiele o jego historii ,a to co często o nim możemy usłyszeć jest wynikiem wielu hipotez lub też mniej czy bardziej prawdziwych legend.Bernard Cornwell oparł się na legendach i tych faktach ,które uznawane są za prawdziwe i wymieszał je z elementami fantastycznymi. Wyszło mu to po prostu genialnie i ja - osoba niezbyt zorientowana w historiach i legendach arturiańskich nie byłam w stanie zorientować się czy to co czytam jest fikcją ,czy zdarzyło się kiedyś naprawdę i pozwoliłam się przenieść na te kilka godzin do magicznego ,średniowiecznego świata.Spodobał mi się również fakt ,że tak naprawdę król Artur "nie gra " w książce pierwszych skrzypiec. Czytelnik poprzez jej lekturę poznaje prawdziwe,codzienne życie średniowiecznych obywateli ,żyjących w V wieku po narodzinach Chrystusa.W tej powieści odbiorca może poznać życie biskupów,kapłanek ,rycerzy , a także zorientować się w tym ,jak postępowały owe osoby i jak nieczyste były ich sumienia.
Zacznę jednak od moich zachwytów :) Na pierwszy z nich z pewnością zasługuje styl pisania autora .Jest on tak lekki ,prosty ,przyjemny i zrozumiały,że czytanie historii nim napisanej jest po prostu czystą przyjemnością .Imponującym faktem jet dla mnie również to ,że Pan Bernard sam połapał się w tej układance imion i miejsc i tak swobodnie nimi operował .Naprawdę za to należą się mu jak największe brawa . Kolejnym plusem tej powieści jest narracja pierwszoosobowa ,której udziela nam Derfel - wierny żołnierz Artura .Taki sposób narracji pozwala odbiorcy "wciągnąć się " w świat Artura i być świadkiem tych wszystkich zdarzeń .Nie mogłabym też skończyć moich pochwał dla tej powieści bez wspomnienia o przepięknym wydaniu . Instytut wydawniczy Ercia naprawdę się postarał i co do wydania nie mam im nic do zarzucenia .
Jednak obok wielu zalet tej historii znalazło się też kilka wad,ale w sumie w pamięć zapadła mi tylko jedna z nich .Głupio mi się do tego przyznawać ,ale były momenty, w których po prostu przewracałam kilka kartek bez rzucenia na nie okiem . Nie wynikało to jednak ze znudzenia ,tylko czasami denerwowały mnie zbyt długie opisy niektórych sytuacji.
Zapytacie pewnie ,czy polecam wam tę powieść? Oczywiście . Jestem pewna ,że spodoba się ona zapewne miłośnikom historii , no a zwłaszcza króla Artura i legend o nim . Mimo to jeśli jesteś osobą ,która niekoniecznie przepada za książkami historycznymi też powinieneś sięgnąć po tę książkę ,głównie ze względu na to ,że czytając ją zapomnisz o tym,że mówi ona o historii i zaczniesz się czuć jakbyś oglądał pełen akcji film sensacyjny . :) Ja już z niecierpliwością czekam na moment kiedy sięgnę po kolejne części tej sagi .
„Zimowy monarcha” to pierwszy tom trylogii opisującej dzieje legendarnego Artura i jednocześnie jedno z najsłynniejszych dzieł pióra znanego pisarza Bernarda Cornwella, odznaczonego nawet Orderem Imperium Brytyjskiego przez samą Elżbietę II. O tej części cyklu czytałam sporo, a w miarę zgłębiania kolejnych recenzji mój apetyt na lekturę wciąż rósł.
Muszę szczerze przyznać , że na początku nie polubiłam się z dziełem Cornwella. Legendy arturiańskie znam słabo, więc siłą rzeczy nadmiar imion i nazw miejsc, które serwuje nam pisarz ostudził mój zapał. Kiedy jednak zorientowałam się w akcji powieści jej lektura okazała się czystą przyjemnością.
Błędem niemal niewybaczalnym byłoby pominięcie największej zalety „Zimowego monarchy”- świetnego stylu autora. Pióro Bernarda Cornwella jest niezwykle lekkie i zrozumiałe, a tworzone przezeń opisy plastyczne i dynamiczne. Bez większego trudu potrafiłam wyobrazić sobie sceny batalistyczne, pomimo faktu, iż z działaniami wojennymi jestem raczej na bakier.
Ciekawym posunięciem zdaje się narracja pierwszoosobowa, jednak nie z punktu widzenia Artura (co byłoby nieco banalnym rozwiązaniem), a jednego z czołowych wojowników- Derfela Cadarna. Mężczyzna saksońskiego pochodzenia okazał się wyjątkowo wdzięcznym narratorem i dobrym obserwatorem.
Podobała mi się stworzona przez Cornwella realna i bardzo ludzka kreacja Artura. Trudno nazwać go człowiekiem bez wad, z sercem bez skazy i sumieniem czystym niczym łza. Artur jak wszyscy ludzie ulega namiętnościom, popełnia błędy i zawodzi, co jednak nie ujmuje mu męstwa czy waleczności. Ciekawym określić można również świat, w którym dzieje się akcja powieści- brutalną i mroczną Brytanię, w której jednocześnie przenika się chrześcijaństwo oraz wierzenia pogańskie, tworząc razem interesującą kombinację.
Nie oszukujmy się- autorowi nie udało się uniknąć kilku słabszych momentów i paru dłużyzn, mimo to po książkę z pewnością powinni sięgnąć wszyscy miłośnicy legend arturiańskich czy powieści historycznych w ogóle.
Bernard Cornwell to świetny pisarz. Podziwiam jego kunszt. Byłam pod wielkim wrażeniem jego opowieści o wikingach. Zachwyciły mnie przygody Uthereda z Bebbanburga, o których opowiadały książki "Ostatnie Królestwo" i "Zwiastun Burzy". Autorowi sławę przyniosła "Trylogia Arturiańska", więc postanowiłam przeczytać jeszcze chociaż pierwszy tom tej sagi. Jej tytuł to "Zimowy Monarcha" i opowiada o najmroczniejszych czasach w dziejach Brytanii, czyli czasach Arturiańskich.
Dumonią rządzi król Uther. Jest już stary, a jego dziedzic, Mordred, zginął w bitwie. Ojciec winą za jego śmierć obarcza swojego drugiego syna, a przyrodniego brata Mordreda, Artura. Całe szczęście, będąca w błogosławionym stanie Norwenna powiła syna. Dziecko, mimo iż kalekie, ma odziedziczyć tron i władzę. Nadano mu imię Morderd. Jednym z jego opiekunów ma zostać sam Merlin, jednak druid stawia warunek: opiekunem dziecka ma zostać również Artur. Co postanowi król? Czy powierzy życie swojego dziedzica w ręce człowieka, którego uważa za zdrajcę i twierdzi, że jest winny śmierci swojego przyrodniego brata? Czy zaufać osobie, która może chcieć śmierci Mordreda?
Gdy sięgałam po tę książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jedyne, co wiedziałam o królu Arturze było to, co zapamiętałam z lektury "Liceum Avalon" Meg Cabot i może jeszcze jakieś trzy po trzy z lekcji angielskiego, gdy to lektorowi rozwiązał się język i mieliśmy ciekawy temat o historii angielskiej. Za źródło swojej wiedzy mogę też podać film z Kierą Knightley "Król Artur". O jego dziejach wiem mniej więcej tyle, że był sobie kiedyś jakiś miecz w skale, a on go wyciągnął. Miał przyjaciela Lancelota, który popłynął za morze po żonę dla niego. Ginewra miała jakąś miksturę miłosną, która miała dać Arturowi, ale wypił ją Lancelot i się w sobie zakochali. Jednak ona i tak wyszła za Artura. I byli jeszcze jacyś Rycerze Okrągłego Stołu (a może to inna bajka?). Słyszałam też coś o przyrodnim bracie, Mordredzie, który był wcielonym złem i nie lubił Artura. I oczywiście cała ta historyjka o tym, że gdy Brytania będzie w niebezpieczeństwie to Artur powróci i ich uratuje. Tyle, jeśli chodzi o moją wiedzę. A co robi Bernard Cornwell? Twierdzi, że jestem niedouczonym głąbem i pokazuje mi historię, która obala wszelkie moje dotychczasowe wyobrażenia o dobrym, sprawiedliwym, odważnym, mężnym, najlepszym pod słońcem i Bóg jeden jeszcze wie, jakim władcy.
Owszem, Artur w opowieści Cornwella był odważny, ale był również zbyt ambitny i trochę głupi. Chciał pokoju w królestwie, które mógłby przekazać Mordredowi. Co dziwne, kochał Ginewrę, i to z wzajemnością. Wywołał wojnę zrywając zaręczyny z córką innego władcy i żeniąc się z nią. Lancelot to już całkiem inna historia. Nie zawsze był przy Arturze. Nie uważam też, by rzeczywiście był takim jego najlepszym druhem. Co dziwne, myślałam, że Merlin to stary mędrzec, a okazał się raczej starym głupcem. I nie było Rycerzy Okrągłego Stołu. Owszem, była jakaś rada i zasiadała sobie ona od czasu, do czasu, ale nie siedzieli przy żadnym stole. Nawet kwadratowym.
Nie wiem, czy podoba mi się ta nowa wizja. Chyba jako osoba kochająca świat fantastyki wolę te głupie legendy, choć i tak jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. Czytając "Trylogię Arturiańską" spodziewałam się narratora wszechwiedzącego, który by opisywał, co to się przydarzyło memu ukochanemu bohaterowi, a tymczasem...
Tymczasem narracja pierwszoosobowa, z punktu widzenia Derfela, człowieka przygarniętego i wychowanego przez Merlina, w późniejszym czasie walczącego u boku Artura. Jest to przedstawione w formie wspomnień. Zauważę jednak, że jak na powieść o dziejach Artura, trochę mało w niej Artura. Przez pierwsze sto stron, jego postać jest tylko wspominana. Dalej również sytuacja nie do końca się zmienia, bowiem Derfel opowiada o rozmowach z Ginewrą, ratowaniu Nimue, co było raczej jego prywatną sprawą. Tekst podzielony na pięć ksiąg i raczej połowa z niego nie opowiada o losach króla. A poza tym, jest istna "Moda na Sukces". Każdy z każdym i już pod koniec ciężko się połapać, kto jest rodzeństwem przyrodnim, kogo nie łączą żadne więzy, a kto jest czyją macochą. Aż dziwne, że autor się nie pogubił.
Nie do końca podoba mi się wizja "nowego Artura". Świat, jaki autor stworzył jest piękny, polubiłam nawet bohaterów, jednak nie mogę się pogodzić z faktem, że to Ten Artur. Wszystko miałoby się dużo lepiej, gdyby nie dotyczyło jednego z moich ulubionych wojowników. Trudno mi się pogodzić z faktem, że on wcale nie był idealny.
Jednak mimo wszystko zachęcam was do sięgnięcia po "Zimowego Monarchę". Ostrzegam jednak, że nie są to legendy, których nasłuchałam się dotychczas. Bernard Cornwell niszczy stereotypy i świetnie łącząc fikcję literacką z wiedzą popartą studiami, opowiada dzieje legendarnego władcy. Stworzył ciekawą i piękną historię, którą świetnie się czyta. Szkoda tylko, że zniszczył legendę.
Nigdy nie interesowałam się postacią króla Artura, nigdy nie było mi jakoś po drodze z nim… Owszem podobnie jak setki innych osób znałam legendę o Królu Arturze i okrągłym stole, nie umknęło mi także istnienie Excalibura, lecz nigdy nie starałam się zagłębić w tą legendę. „Zimowy monarcha” jest pierwszą książką Bernarda Cornwella jaką przeczytałam, ale już w tej chwili wiem, że nie było to moje ostatnie spotkanie z tym autorem. Trylogia arturiańska pomimo mogącego wprowadzić w błąd tytułu nie stanowi jedynie opowieści o Arturze i jego życiu, ale przede wszystkim stanowi zapis historii jego państwa. Cornwell prowadzi nas przez pogrążoną w ciemnościach V i VI w n.e. Brytanię. Wyprowadza nas na zasnute mgłami pola, nad którymi unosi się fetor rozkładających się ciał. Chwyta nas za rękę i prowadzi przez doliny pełne konających wojowników nad ciałami których krążą wygłodniałe kruki. Wprowadza pomiędzy tańczących ku chwale bogów, odczyniających czary, modlących się nad czaszkami martwych zwierząt, druidów z długimi brodami. Umiejętnie przybliża realia życia i wierzenia ludzi w ówczesnych jakże odległych dla nas czasach, w których nawet lot czapli stanowił dobrą albo złą wróżbę.
Historia opowiadana przez Derfla - saksona będącego przyjacielem Artura - rozgrywa się w niespokojnych dla Brytanii czasach.
Po ucieczce Rzymian, Brytowie zostają porzuceni na pastwę losu. Krajem wstrząsają niepokoje, następuje rozbicie terytorialne, które uwydatniają narastające od wielu lat antagonizmy między władcami poszczególnych krain. Król Uther – Pendragon Brytanii będący w podeszłym wieku z niepokojem patrzy w przyszłość. W ludziach narasta strach, a na domiar złego urodzony następca tronu Mordred okazuje się kaleką. Wkrótce umiera Pendragon, Mordred jest jeszcze oseskiem. Nad krajem gromadzą się ciężkie chmury będące zapowiedzią mających nadejść strasznych wydarzeń. Oczy wszystkich ludzi z nadzieją skierowane są w stronę, z której powinien nadejść ich wybawca – Artur – nieślubny syn Uthera. Artur jest ich jedyną szansą na utrzymanie jedności, spokoju. Jest ostatnią szansą na przetrwanie.
Książka aż „ugina” się od nadmiaru ciekawie skrojonych postaci. Bohaterowie obdarci są z właściwych dla legendarnych postaci cech. Pozbawieni są właściwej dla bohaterów chwały i szlachetności. Tak jak zwykli ludzie bywają impulsywni, lekkomyślni, często pozbawieni skrupułów. Targają nimi emocje, które popychają ich do działania. Nie obca jest im zazdrość i chciwość, która niejednokrotnie popycha ich do haniebnych czynów. Wszyscy z nich mają wady i to właśnie czyni ich bardziej ludzkimi niż legendarnymi. Opisywane w książce sceny batalistyczne pokazują jak brutalne bywały w tamtych czasach walki i jak bezwzględni byli to ludzie. Nie ośmieliłabym się nazwać ich rycerzami. Byli to zwykli wojownicy, najemnicy, którzy idąc przez wioski gwałcili kobiety, zabijali małe dzieci, plądrowali chaty żeby na koniec podpalić wszystko i wziąć ze sobą niewolników. Właśnie tak wyglądały w tamtych czasach wychwalane przez bardów walki „odważnych” rycerzy walki, którzy zdobywając ziemię wroga pozostawali po sobie szlak spalonych wsi i zabitych ludzi.
Początkowo akcja książki płynie leniwie, żeby po około pięćdziesięciu stronach nabrać tępa i rozkręcić się na dobre. Książka do końca obfituje w ciekawe wydarzenia i zwroty akcji przez co nie można się od niej oderwać nawet na moment. Cornwell zawarł w powieści wszystko to czego oczekuję po dobrej książce historycznej; walki, intrygi, zdrady, piękne księżniczki, odważni wojowie i świetnie oddane realia zamierzchłych czasów.
Zdecydowanie do książki powinien być dołączany czasowstrzymywacz, żeby móc do woli czytać, czytać, czytać…
http://dozaczytania.blogspot.com/
Na półkach
Cytaty z książki
- „Nadchodzą ciężkie czasy. Wszystko co dobre, stanie się złe, a co złe jeszcze gorsze. (...) Czasem my...” - 1 osoba to lubi
- „Życie to igraszka bogów i próżno szukać sprawiedliwości. Trzeba nauczyć się śmiać, powiedział mi kie...” - 1 osoba to lubi

Empik
Selkar
Matras
Albertus
Weltbild
Zinamon





























